Pokazywanie postów oznaczonych etykietą borubar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą borubar. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 listopada 2017

Borubar, człowiek z Ministerstwa Prawdy, odchodzi na zasłużoną emeryturę

     Przyznam, że nie wiem, czemu tak jest, ale mimo iż jest całe mnóstwo okazji do wspominania czegoś, co ostatecznie zapisało się w naszej najnowszej historii, jako „przemysł pogardy” – inna sprawa, że ja tu zdecydowanie bardziej wolę określenie „przemysł nienawiści” – dla mnie na pierwszym miejscu zawsze już będzie stał ów niezwykły projekt pod nazwą „Borubar”. Jak niektórzy z nas pamiętają, przez  ponad cztery lata swojej prezydentury Lech Kaczyński był dręczony na wszelkie możliwe sposoby, poczynając od zwykłych szyderstw, przez najbardziej wymyślne obelgi i kłamstwa, aż wreszcie po ostateczne rozwiązanie w Smoleńsku, ów „Borubar” jednak robi wrażenie czegoś wyjatkowo złego. Przez te wszystkie lata, podobnie zresztą jak w latach poprzednich i tych, które nastąpiły później, nie mieliśmy do czynienia z projektem tak doskonale szatańskim.
      Dzięki owemu projektowi wyatwaiano Lecha Kaczyńskiego na pośmiewisko przez wiele długich lat, a też zapewne i dziś to tu to tam on znakomicie spełnia swoje cele, a ja od samego początku wiedziałem, że jest tak naprawdę tylko jedna osoba, która mogłaby jednym krótkim gestem to zło uciszyć, a mianowicie sam Artur Boruc. Jestem głęboko przekonany, że gdyby on w odpowiednim czasie wystąpił publicznie i ogłosił, że nie ma najmniejszej wątpliwości, że Prezydent doskonale wie, jak on ma na nazwisko, że odcina się od tej nagonki i że sobie nie życzy, by go wciągać w coś tak podłego, to zło dostałoby fangę w ryj, a świat automatycznie stałby się lepszy.
      Niestety, z tego co wiem, Artur Boruc w tej sprawie zabrał głos tylko raz, na samym początku, kiedy poproszony przez któregoś z nich o komentarz odpowiedział: „Jeśli na moje mecze mają przychodzić tacy kibice, wolę grać przy pustych trybunach”. Dlatego też, kiedy wczoraj Telewizja Polska urządziła wielką fetę na cześć Artura Boruca właśnie, z okazji jego ostatniego występu w reprezentacji, a przy tym wręcz stawała na głowie, by pokazać, jaki z niego prawdziwy polski patriota i katolik, to ja przepraszam bardzo, ale mnie proszę do tego nie mieszać. Dla mnie Artur Boruc póki co pozostaje cześcią owego diabelskiego przekrętu i dopóki on nie zabierze w tej sprawie głosu po raz drugi, ja sobie nawet nie życzę słyszeć jego nazwiska.
     Minęło już wiele lat i zdaję sobie sprawę z tego, że są tu osoby, które nie bardzo wiedzą, w czym rzecz. Dla nich więc – ale też i dla nas, bo czemu nie – przypominam swój stary bardzo tekst o Borubarze, człowieku z Ministerstwa Prawdy. Zapraszam.



      W ciągu paru ostatnich dni, wśród osób komentujących na moim blogu, pojawił się kilka razy, podpisujący się różnie osobnik, którego komentarze niezmiennie zawierały absolutnie niemerytoryczne bluzgi pod adresem prezydenta Kaczyńskiego. Komentator ten nie komentował, nie polemizował, nawet nie krytykował w sposób szczególnie złośliwy. Jego komentarze stanowiły czyste obrażanie Prezydenta, przy użyciu najbardziej wulgarnego i chamskiego języka, dla samej satysfakcji obrażania. Mimo że z zasady nie usuwam jakichkolwiek komentarzy pojawiających się na moim blogu, w przypadku tego kogoś zrobiłem wyjątek. Z tego jednak co on pisał, zostało mi w pamięci jedno. O prezydencie – choć same epitety zmieniały się nieustannie –  niezmiennie mówił „Borubar”. Domyślam się, że w pewnym momencie uznał on, że to, iż Lech Kaczyński wymyślił, że piłkarz Boruc nie nazywa się Boruc, ale Borubar, jest wystarczającym powodem, żeby tępić Prezydenta na najwyższych rejestrach.
       Kiedy czytałem wpisy tego dziwnego człowieka, kasowałem je, czytałem kolejne, znów je kasowałem i znów czytałem następne, zastanawiałem się nad destrukcyjną –  destrukcyjną w naprawdę szatańskim stylu – potęgą mediów. Bo nie jest tak, że ten komentator narodził się sam z siebie. Nie jest tak, że on sobie chodził po świecie, czytał książki, wracał z pracy, oglądał telewizję i w tym czasie osiągnął opisany przez mnie stan. On został stworzony przez medialną propagandę i manipulację, która przez ponad dwa lata sączyła w jego serce i w jego duszę odpowiednio dobraną truciznę i ostatecznie zrobiła z niego idealnego robota, by, jako jeden z wielu podobnych sobie, mógł – razem ze swoim stwórcą – budować nowe czasy.
      Chciałbym dziś skupić się tylko na tym jedynym, zapamiętanym przeze mnie, elemencie zjawiska, o którym mówię, mianowicie na owym „Borubarze”. Ponieważ chcę wiedzieć, o co chodzi, zaglądam na youtube i tam znajduję jednominutowy filmik zatytułowany „Pan Prezydent o meczu z Austrią ... ‘Roker Perejro’ i Artur ‘Borubar’” http://pl.youtube.com/watch?v=gtg7Otj14rE.   
      Sprawa polega na tym, że po zremisowanym przez Polskę meczu z Austrią, dziennikarz Polsatu zwrócił się do Prezydenta z prośbą o ogólną ocenę tego, co się właśnie stało. Prezydent przez minutę opowiada o swoich wrażeniach, jego wypowiedź jest spokojna, stonowana, płynna – zwyczajna wypowiedź prezydenta Kaczyńskiego na temat meczu. Pod sam koniec swojej wypowiedzi, Prezydent mówi następujące słowa: "ALE DOBRY TEŻ BYŁ NASZ BRAKMKARZ, ARTUR BORUC, BARDZO". Ponieważ, jak mówię, jest to już koniec całej kwestii, Lech Kaczyński mówi z naturalnie opadającą intonacją, co sprawia, że końcówka zdania jest niewyraźna, a biorąc pod uwagę fakt, że dykcja Prezydenta, jak zwykle, pozostawia wiele do życzenia, z tego „bardzo” pozostaje tylko zaakcentowana pierwsza sylaba „bar...”.
       W opowiadaniu J.D.Salingera „Just Before The War With Eskimos”, brat Seleny zwraca się do Ginnie z pytaniem: "Jeet yet?" Ginnie oczywiście nie rozumie, więc brat Seleny powtarza pytanie: "Jeet lunch yet?" Ponieważ pojawił się ów lunch, Ginnie wie, że brat Seleny nie jest idiotą, tylko chce ją poczęstować kanapką z kurczaka, tyle że mówi niestarannie. Skąd Ginnie wie, że brat Seleny nie jest idiotą? Stąd, że to jest oczywiste. Gdyby był idiotą to by się zachowywał jak idiota i można by było mu ten idiotyzm udowodnić na tysiąc innych sposobów, niż czepiając się jego wymowy.
      Każdy normalnie myślący człowiek wie, że w świecie, w którym żyjemy, to co słyszymy jest przetwarzane na dziesiątki różnych sposobów. Nasz głos może być niewyraźny, ponieważ odbija się echem, albo jest zagłuszany przez hałas, albo ginie wśród innych szmerów, czy wreszcie może być niewyraźny, bo mówimy niewyraźnie. Mówimy natomiast niewyraźnie też z różnych powodów. Albo mamy wadę wymowy, albo mamy marną dykcję, albo nam się mówić wyraźnie nie chce, albo jesteśmy zmęczeni, albo akurat z jakiegoś powodu coś nam się powiedziało niewyraźnie. Jedni z nas więc mówią, inni słuchają i choć oczywiście lepiej by było, gdyby jedni mówili wyraźnie, a drudzy słuchali uważnie, to tak się często dzieje, że coś się w tej transmisji psuje.
      W tej sytuacji jednak, mamy swój rozum i doświadczenie i oczytanie i wyobraźnię, więc często potrafimy się domyślić, kto co do nas mówi, mimo, że słowa są nieczytelne. Wiemy to i tylko niektóre przesadnie ambitne dzieci, kiedy słyszą coś, co brzmi im absurdalnie, zamiast uznać, że albo źle usłyszały, albo, że ktoś coś powiedział niewyraźnie, albo wręcz się przejęzyczył, wybuchają szyderczym śmiechem i zaczynają się głupio popisywać. Ojciec mówi na przykład: „Idź juśsie myć!”, a piekielnie inteligentny pięciolatek pyta: „Juśsie? Co to znaczy juśsie? Kto to jest Juśsie? Nie znam nikogo takiego”.
      W przypadku Borubara, nie sugeruję, że doszło do kontaktu Prezydenta z jakimś głupim jeszcze, choć, jak mówię, ambitnym dzieckiem. Nie było tak, że jakiś dziesięciolatek-prymus, po meczu Polski z Austrią, obejrzał rozmowę z Prezydentem, uznał, że Prezydent zamiast Boruc, powiedział Borubar i że warto by tę wypowiedź wbić na youtube’a i pokazać całemu światu, jaki to z Lecha Kaczyńskiego palant. Takich głuptasów nie ma nawet wśród dziesięcioletnich prymusów.
       Uważam, że było inaczej. Któryś z dorosłych uczestników tego, co się powszechnie nazywa walką polityczną, bądź, być może, ktoś zatrudniony na etacie przez odpowiednią sekcję w Urzędzie Rady Ministrów, albo odpowiednią komórkę wewnątrz współpracujących z obozem rządzącym mediów, słuchając wypowiedzi Prezydenta, zwrócił uwagę na tę, słynną już dziś, sekwencję i postanowił, że to może się okazać jeszcze większym hitem, niż Irasiad, czy wieśmaki. No i tego Borubara wylansował.
       Proszę zwrócić uwagę. Prezydent w tej samej wypowiedzi faktycznie powiedział „Perreiro” zamiast „Guerreiro”. Pomylił się. Pomylił się, bo może myślał, że Roger Guerreiro nazywa się Perreiro, albo po prostu Perreiro – co akurat mnie nie dziwi – zabrzmiało mu bardziej naturalnie i się zagapił. Ale proszę, zwróćcie też uwagę, że z tego „Perreiro”, media nie zrobiły takiego cyrku, jak z Borubara. Dlaczego? Dlatego, bo Kaczyński faktycznie się pomylił, a jego pomyłka – właśnie przez to, że się zdarzyła – była naturalna. A skoro naturalna, to mało użyteczna dla akcji zniesławiającej Prezydenta. Borubar, to co innego. Borubar gwarantował sukces.
      Oczywiście, w normalnie funkcjonującym społeczeństwie, ten numer by nie przeszedł. Z tej prostej przyczyny, że normalni członkowie normalnie funkcjonującego społeczeństwa, przede wszystkim nie uwierzyliby, że ktoś, i to niekoniecznie nielubiany przez nich prezydent, ale ktokolwiek, mógłby wykazać się aż taką wyobraźnią, żeby nazwisko Boruc przekręcić na Borubar. Boruc mógłby się zmienić w Boruta, albo Goruta, ewentualnie nawet w Borysa, ale – na Boga – nie w Borubara. I nieważne też by było, czy dla przeciętnego obserwatora miałby ten ktoś przekręcić to nazwisko w tak fantazyjny sposób z tego powodu, że zawsze myślał, że to nie Boruc, tylko Borubar, czy przez to, że się przejęzyczył, czy nawet przez to, że nagle pomieszało mu się w głowie i zapomniał, a jak już sobie przypomniał, to właśnie tak jakoś bez sensu. Standardowo myślący człowiek tego „Borubara” by nawet nie usłyszał. Normalny człowiek albo nie zrozumiałby końcówki wypowiedzi Prezydenta, albo by zgadł, że Prezydent wypowiedział na końcu słowo „bardzo", tyle że niewyraźnie. A najprawdopodobniej w ogóle by się nad tym nie zastanawiał, bo i trudno analizować każdy akcent w każdej wypowiedzi każdego człowieka, który mówi albo do nas, albo obok nas to tu to tam, od rana do wieczora. No, ale kiedy się kogoś naprawdę nienawidzi i kiedy nie jest się w stanie poradzić sobie z tą nienawiścią w sposób rozumny, to wówczas dochodzi do sytuacji najbardziej kosmicznych. Wtedy, albo z wyrachowania, albo z czystego zaślepienia, człowiek – niekiedy zupełnie z pozoru zwyczajny i w innych sytuacjach bardzo rozsądny – zaczyna się zachowywać, jak kompletny wariat.
      Sam niedawno przeżyłem podobną sytuację. Tu na blogu, w którejś z moich odpowiedzi na komentarz popełniłem prosty literowy błąd, polegający na tym, że, starając się bardzo szybko reagować na napływające wciąż komentarze, zamiast „mądrość”, napisałem „mądroś” i popędziłem dalej, nie patrząc na to, co wysłałem. Na to otrzymałem od pewnego językoznawcy potwornie długi elaborat, tłumaczący mi i innym, na poziomie najbardziej zaawansowanej inteligenckiej paplaniny, w jaki sposób to, że zapomniałem wbić do słowa „mądrość” ostatniej literki świadczy o moich intelektualnych i kulturowych niedostatkach. Na to, zabrała głos pewna pani psycholog, która, w równie mądrych słowach, dorzuciła swoje trzy grosze na temat tego, jak mój stan psychiczny może wchodzić w interakcję z moją kulturowością.
      I to jest dla mnie idealny przykład na to, jak osobista niechęć może człowieka doprowadzić do zaburzeń na poziomie zupełnie podstawowego rozsądku. A to, co tu przed chwileczką opowiedziałem, byłoby pewnie nieistotne – w końcu ani ten pan od języka, ani ta pani od dusz, nie pełnią na tyle ważnych społecznie funkcji, żeby swoimi głupstwami szkodzić na szerszą skalę – gdyby nie symbolizowało czegoś o wiele bardziej niebezpiecznego. Bo otóż stało się tak, że ktoś, bardzo przejęty rolą rządowego propagandzisty, postanowił, że taki Borubar może długo i skutecznie się przydawać, jako kluczyk otwierający kolejne drzwi z napisem:                       „NIENAWIŚĆ”. I w pewnym momencie okazało się, że dzięki temu zagraniu, udało się skutecznie wyhodować całe tabuny takich nasączonych tą czarną miazgą umysłów, jak ten, od którego wątku zacząłem dzisiejszy mój tekst.
    A ich się już nie da tak łatwo wyłączyć. Oni będą się żywić swoją nienawiścią – nienawiścią autentyczną, nie taką tam nienawiścią, o której ostatnio słyszeliśmy aż nazbyt często – i będą tę swoją nienawiść kultywować, doglądać jej, dbać o nią, jak o swój ogródek, a w niej sadzić bardzo czarne kwiatki, z których kiedyś wyrośnie coś, co przestraszy wszystkich.
       Ich samych też nie oszczędzi.

No, no! To dopiero były czasy. Dziś jednak jest już zupełnie inaczej. Artur Boruc kończy z reprezentacją, a ja zapraszam jak zawsze do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Warto. Naprawdę warto.


piątek, 22 stycznia 2016

Rubikoń vs. Borubar, czyli Archipelagi Kłamstwa

Część z nas zapewne pamięta jeszcze, jak podczas Mistrzostw Europy w piłce nożnej w Austrii, komentując przegrany przez polski zespół mecz i oceniając grę naszych piłkarzy, prezydent Kaczyński powiedział „No i dobry był też Boruc bardzo” i wtedy, ktoś, kto już pewnie do końca świata pozostanie niezidentyfikowany, uznał, że zdaniem „tego durnia” polski bramkarz ma na nazwisko Borubar, ową wiadomość puścił w świat, a świat ją z wielką satysfakcją i radością przyjął. Od tego dnia owa przedziwna, i jakże absurdalna przecież, plotka, zaczęła robić zawrotną karierę we wszystkich możliwych środowiskach, do tego stopnia, że pewnego dnia podczas wakacji nad morzem byłem wręcz świadkiem, jak ojciec z dzieckiem grają w piłkę, a dziecko woła wesoło do taty: „Teraz ja kopię, a ty jesteś Borubar”. Mało tego. Ja do dziś pamiętam, jak w maju roku 2010, już po śmierci Prezydenta, występowałem w programie Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać”, naprzeciwko siebie miałem Jana Hartmana, Eryka Mistewicza, jednego z braci Karnowskich, oraz Ludwika Dorna, próbowałem im zwrócić uwagę na ten typ jakże strasznej, niczym nieusprawiedliwionej manipulacji, a oni wszyscy uśmiechali się do mnie z pobłażaniem i apelowali, bym przestał bronić czegoś, czego obronić się nie da, bo Borubar był i kropka.
Ja to wszystko pamiętam i myślę, że, choć podobnych manipulacji i kłamstw, jakie zostały sprokurowane przez reżimową propagandę przeciwko Lechowi Kaczyńskiemu była cała masa, numer z Borubarem zachowałem we wspomnieniach, jako perfidny w sposób szczególny, gorszy nawet od pamiętnego rysunku Andrzeja Mleczki, przedstawiającego prezydencką limuzynę, ciągnącą za sobą budkę na kółkach z napisem „toi toi”. W końcu to akurat, że pewnego dnia prezydent Kaczyński odwołał jakieś swoje obowiązki ze względu na „kłopoty żołądkowe”, było faktem, a więc też ktoś o mentalności wyznaczanej przez umysł Andrzeja Mleczki, w istocie rzeczy mógł wpaść na pomysł, że mamy prezydenta, który cierpi na regularne ataki sraczki i że to jest bardzo śmieszne. W przypadku Borubara jednak, wszystko nie dość, że było wymyślone, to, jak już wspomniałem, opierało się na pomyśle wręcz obłąkanym. Każdy bowiem normalnie myślący człowiek wiedział, że nie tylko prezydent kraju, ale nawet głupia baba ze wsi, nie mogli uznać, że może istnieć coś tak kosmicznie nieprawdopodobnego, jak nazwisko Borubar. A mimo to niektórzy jeszcze dziś nawet z wielkim upodobaniem, wspominając Lecha Kaczyńskiego, używają owego szyderczego imienia.
Przypomniały mi się owe czasy nienawiści, jakiej świat nie znał i już chyba nie pozna, dziś właśnie, kiedy wszyscy szydzimy z Ryszarda Petru. Nie ulega wątpliwości, że on akurat sobie na ów parszywy los w całej rozciągłości zasłużył, zarówno swoim faktycznie niezbyt wyostrzonym intelektem, no ale również, i to może przede wszystkim, ową niezwykłą wręcz, nawet jak na standardy do których zostaliśmy przyzwyczajeni przez minione osiem lat, bezczelną butą. Zasłużył sobie, więc i jest dziś wyszydzany, czy to za pamiętnych „sześciu króli”, czy za Rzymskie Imperium, które upadło „w szczycie swej największej chwały”, czy za nazwanie „sejmu niemego” „sejmem głuchym”, czy wreszcie za sugestię, że zamach majowy miał miejsce już po śmierci Marszałka. Należy więc też zrozumieć, że internauci, którzy w swojej przeważającej liczbie Petru nie lubią, z najwyższą uwagą przysłuchują się jego wypowiedziom, by wyłapywać kolejne równie smakowite kąski. Można też rozumieć, że śmiejemy się wszyscy nawet z tego, czego on jeszcze nie powiedział, ale co z niekiedy fantastycznym wręcz poczuciem humoru antycypujemy, organizując akcje typu „historia według Petru”, czy „geografia według Petru”.
Nie widzę natomiast żadnego usprawiedliwienia dla sytuacji, gdy owa świadomość zwycięstwa doprowadziła nas do takiej pychy, że uznaliśmy, że cóż nam prawda i cóż nam przyzwoitość, skoro po drugiej stronie mamy jakiegoś śmiecia. A to się właśnie od paru dni dzieje na naszych oczach, gdy prawicowa część Internetu najpierw kolportuje żarty na temat Petru, jako prawdę, a następnie sama zaczyna w nie wierzyć. Doszło do tego, że na prowadzonym przez braci Karnowskich portalu wpolityce.pl ukazał się wielki tytuł: „Petru do dziennikarza: ‘Kaczyński przejechał się już na Rubikoniu’. Na czym? ‘No na Rubikoniu, tak jak Cezar’”, natomiast z samego już tekstu wynika, że ani Petru nic takiego nie powiedział, ani nawet nie było takiej rozmowy, natomiast owa „wpadka” została wyjęta z tekstu w „Rzeczpospolitej” właśnie na temat fali internetowych szyderstw z Petru, a wspomniany Rubikoń, to wyłącznie jedno z nich. Zabawnych, ale wyłącznie jako żart.
No i teraz mamy owego nieszczęsnego Borubara sprzed lat. Tam też na początku najprawdopodobniej mieliśmy tylko żart, który w pewnym momencie ktoś postanowił przedstawić jako fakt, a następnie ktoś inny rozpuścił go w formie okrutnej plotki, która stając się ostatecznie częścią czegoś, co dziś nazywamy „przemysłem nienawiści”, doprowadziła do 10 kwietnia. To było dawno, ktoś powie, a poza tym nie ma takiego zagrożenia, że ktoś z naszych będzie próbował, czy to Ryszarda Petru, czy któregoś z jego partyjnych kolegów, zamordować. Wrogowie, jakich miał Lech Kaczyński, to nie byli ci sami ludzie, którzy dziś powtarzają sobie nawzajem, jaki to ten Petru jest głupi. I to jest prawda. Petru może spać spokojnie. Wśród tych, którzy z niego szydzą, nie ma morderców. Tu są sami łagodni, pobożni ludzie. Nie zmienia to jednak faktu, że nie ma najmniejszego powodu, byśmy akurat my szukali wzorów po tamtej stronie, choćby tylko w ramach codziennej rozrywki dla rozluźnienia nagromadzonych przez lata emocji, bo to jest po prostu wstyd i żal. No a poza tym – o czym my prawicowi konserwatyści w odróżnieniu od nich dobrze wiemy – grzech.

O bardzo dobrym i inspirującym spotkaniu w Opolu napiszę jutro. Dziś musiałem załatwić to. Jak zawsze zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl i do kupowania książek.

środa, 6 czerwca 2012

Borubar - człowiek z Ministerstwa Prawdy (reprise)

Zaglądam dziś do Salonu24 i widzę, że sprawa tak zwanego „Borubara” wraca po latach i ma się świetnie. Prezydent Lech Kaczyński już od ponad dwóch lat w ciemnym grobie, a „Borubar” szaleje jak najbardziej. Wystarczyło bowiem, że jakiś Bogu ducha winien bloger zechciał przypomnieć króciutko historię tamtej manipulacji, i natychmiast został otoczony przez sępy, które – jak to sępy – mają w głowach tylko jedno. Dziobać. Najlepiej tych, którzy już, jak mówię, w ciemnym grobie. Ponieważ uważam, że nigdy za dużo dawania świadectwa i tłumaczenia, tłumaczenia, tłumaczenia, przypominam tekst sprzed lat właśnie. Swój stary salonowy tekst o Borubarze. Człowieku z Ministerstwa Prawdy.
Kiedy niedawno wspomniałem tu o manipulacji sprzed dwóch lat, w sprawie szalika z napisem ‘Polska’, nie sądziłem, że sprawa wzbudzi takie zainteresowanie. Wydawało mi się, że dwa lata, to wystarczający czas, by każdy – nawet najbardziej zawzięta ofiara najbardziej podłej propagandy – doszła do siebie po tym szaleństwie. Okazało się jednak, ze zło – prawdziwe zło, zło zaplanowane i zło nieustannie podlewane – nie więdnie tak łatwo. I że jest wciąż wiele osob, dla których ten szalik stanowi rozdział wciąż otwarty. A więc, tym samym okazało się, że nigdy za wiele przypominania. W tej sytuacji, pomyślałem sobie, że przedstawię tu jeszcze jeden stary wpis, opublikowany w Salonie24 w sierpniu 2008 roku, a dotyczący innej – co najmniej równie podłej manipulacji – z nadzieją, ze może wciąż są ludzie, którzy na ten tekst czekają. Bardzo proszę.
W ciągu paru ostatnich dni, wśród osób komentujących na moim blogu, pojawił się kilka razy, podpisujący się różnie osobnik, którego komentarze niezmiennie zawierały absolutnie niemerytoryczne bluzgi pod adresem prezydenta Kaczyńskiego. Komentator ten nie komentował, nie polemizował, nawet nie krytykował w sposób szczególnie złośliwy. Jego komentarze stanowiły czyste obrażanie Prezydenta, przy użyciu najbardziej wulgarnego i chamskiego języka, dla samej satysfakcji obrażania. Mimo że z zasady nie usuwam jakichkolwiek komentarzy pojawiających się na moim blogu, w przypadku tego kogoś zrobiłem wyjątek, zresztą absolutnie niepotrzebnie, bo ze względu na dużą ilość skarg, on i tak byłby kasowany, a przez to, że w sposób rażący łamał regulamin Salonu - jak mi się zdaje - został ostatecznie zablokowany przez administrację. A z tego co pisał, zostało mi w pamięci jedno. O prezydencie - choć same epitety zmieniały się nieustannie - niezmiennie mówił "Borubar". Domyślam się, że w pewnym momencie uznał on, że to, iż Lech Kaczyński wymyślił, że piłkarz Boruc nie nazywa się Boruc, ale Borubar, jest wystarczającym powodem, żeby tępić Prezydenta na najwyższych rejestrach.
Kiedy czytałem wpisy tego dziwnego człowieka, kasowałem je, czytałem kolejne, znów je kasowałem i znów czytałem następne, zastanawiałem się nad destrukcyjną - destrukcyjną w naprawdę szatańskim stylu - potęgą mediów. Bo nie jest tak, że ten komentator narodził się sam z siebie. Nie jest tak, że on sobie chodził po świecie, czytał książki, wracał z pracy, oglądał telewizję i w tym czasie osiągnął stan, w którym jego ekscesy zostały uznane w Salonie 24 za nielegalne. On został stworzony przez medialną propagandę i manipulację, która przez ponad dwa lata sączyła w jego serce i w jego duszę odpowiednio dobraną truciznę i ostatecznie zrobiła z niego idealnego robota, by, jako jeden z wielu podobnych sobie, mógł - razem ze swoim stwórcą - budować nowe czasy.
Chciałbym dziś skupić się tylko na tym jedynym, zapamiętanym przeze mnie, elemencie zjawiska, o którym mówię, mianowicie na ‘Borubarze'. Ponieważ chcę wiedzieć, o co chodzi, zaglądam na youtube i tam znajduję jednominutowy filmik zatytułowany Pan Prezydent o meczu z Austrią ... "Roker Perejro" i Artur "Borubar" http://pl.youtube.com/watch?v=gtg7Otj14rE. Sprawa polega na tym, że po zremisowanym przez Polskę meczu z Austrią, dziennikarz Polsatu zwrócił się do Prezydenta z prośbą o ogólną ocenę tego, co się właśnie stało. Prezydent przez minutę opowiada o swoich wrażeniach, jego wypowiedź jest spokojna, stonowana, płynna - zwyczajna wypowiedź prezydenta Kaczyńskiego na temat meczu. Pod sam koniec swojej wypowiedzi, Prezydent mówi następujące słowa: "ALE DOBRY TEŻ BYŁ NASZ BRAKMKARZ, ARTUR BORUC, BARDZO". Ponieważ, jak mówię, jest to już koniec całej kwestii, Lech Kaczyński mówi z naturalnie opadającą intonacją, co sprawia, że końcówka zdania jest niewyraźna, a biorąc pod uwagę fakt, że dykcja Prezydenta, jak zwykle, pozostawia wiele do życzenia, z tego "bardzo" pozostaje tylko zaakcentowana pierwsza sylaba "bar...".
W opowiadaniu J.D.Salingera Just Before The War With Eskimos, brat Seleny zwraca się do Ginnie z pytaniem: "Jeet yet?" Ginnie oczywiście nie rozumie, więc brat Seleny powtarza pytanie: "Jeet lunch yet?" Ponieważ pojawił się ten ‘lunch', Ginnie wie, że brat Seleny nie jest idiotą, tylko chce ją poczęstować kanapką z kurczaka, tyle że mówi niestarannie. Skąd Ginnie wie, że brat Seleny nie jest idiotą? Stąd, że to jest oczywiste. Gdyby był idiotą to by się zachowywał, jak idiota i można by było mu ten idiotyzm udowodnić na tysiąc innych sposobów, niż czepiając się jego wymowy.
Każdy normalnie myślący człowiek wie, że w świecie, w którym żyjemy, to co słyszymy jest przetwarzane na dziesiątki różnych sposobów. Nasz głos może być niewyraźny, ponieważ odbija się echem, albo jest zagłuszany przez hałas, albo ginie wśród innych szmerów, czy wreszcie może być niewyraźny, bo mówimy niewyraźnie. Mówimy natomiast niewyraźnie też z różnych powodów. Albo mamy wadę wymowy, albo mamy marną dykcję, albo nam się mówić wyraźnie nie chce, albo jesteśmy zmęczeni, albo akurat z jakiegoś powodu coś nam się powiedziało niewyraźnie. Jedni z nas więc mówią, inni słuchają i choć oczywiście lepiej by było, gdyby jedni mówili wyraźnie, a drudzy słuchali uważnie, to tak się często dzieje, że coś się w tej transmisji psuje.
W tej sytuacji jednak, mamy swój rozum i doświadczenie i oczytanie i wyobraźnię, więc często potrafimy się domyślić, kto co do nas mówi, mimo, że słowa są nieczytelne. Wiemy to i tylko niektóre przesadnie ambitne dzieci, kiedy słyszą coś, co brzmi im absurdalnie, zamiast uznać, że albo źle usłyszały, albo, że ktoś coś powiedział niewyraźnie, albo wręcz się przejęzyczył, wybuchają szyderczym śmiechem i zaczynają się głupio popisywać. Ojciec mówi na przykład: "Idź juśsie myć!", a piekielnie inteligentny pięciolatek pyta: "Juśsie? Co to znaczy juśsie? Kto to jest Juśsie? Nie znam nikogo takiego."
W przypadku Borubara, nie sugeruję, że doszło do kontaktu Prezydenta z jakimś głupim jeszcze, choć, jak mówię, ambitnym dzieckiem. Nie było tak, że jakiś dziesięciolatek-prymus, po meczu Polski z Austrią, obejrzał rozmowę z Prezydentem, uznał, że Prezydent zamiast Boruc, powiedział Borubar i że warto by tę wypowiedź wbić na youtube i pokazać całemu światu, jaki to z Lecha Kaczyńskiego palant. Takich głuptasów nie ma nawet wśród dziesięcioletnich prymusów.
Uważam, że było inaczej. Któryś z dorosłych uczestników tego, co się powszechnie nazywa walką polityczną, bądź, być może, ktoś zatrudniony na etacie przez odpowiednią sekcję w Urzędzie Rady Ministrów, albo odpowiednią komórkę wewnątrz współpracujących z obozem rządzącym mediów, słuchając wypowiedzi Prezydenta, zwrócił uwagę na tę, słynną już dziś, sekwencję i postanowił, że to może się okazać jeszcze większym hitem, niż Irasiad, czy wieśmaki. No i tego Borubara wylansował.
Proszę zwrócić uwagę. Prezydent w tej samej wypowiedzi autentycznie powiedział "Perreiro" zamiast "Guerreiro". Pomylił się. Pomylił się, bo może myślał, że Roger Guerreiro nazywa się Perreiro, albo po prostu Perreiro - co akurat mnie nie dziwi - zabrzmiało mu bardziej naturalnie i się zagapił. Ale proszę, zwróćcie też uwagę, że z tego "Perreiro", media nie zrobiły takiego cyrku, jak z Borubara. Dlaczego? Dlatego, bo Kaczyński faktycznie się pomylił, a jego pomyłka - właśnie przez to, że się zdarzyła - była naturalna. A skoro naturalna, to mało użyteczna dla akcji zniesławiającej Prezydenta. Borubar, to co innego. Borubar gwarantował sukces.
Oczywiście, w normalnie funkcjonującym społeczeństwie, ten numer by nie przeszedł. Z tej prostej przyczyny, że normalni członkowie normalnie funkcjonującego społeczeństwa, przede wszystkim nie uwierzyliby, że ktoś, i to niekoniecznie nielubiany przez nich prezydent, ale ktokolwiek, mógłby wykazać się aż taką wyobraźnią, żeby nazwisko Boruc przekręcić na Borubar. Boruc mógłby się zmienić w Boruta, albo Goruta, ewentualnie nawet w Borysa, ale - na Boga! - nie w Borubara. I nieważne też by było, czy dla przeciętnego obserwatora, miałby ten ktoś przekręcić to nazwisko w tak fantazyjny sposób z tego powodu, że zawsze myślał, że to nie Boruc, tylko Borubar, czy przez to, że się przejęzyczył, czy nawet przez to, że nagle pomieszało mu się w głowie i zapomniał; a jak już sobie przypomniał, to właśnie tak jakoś bez sensu. Standardowo myślący człowiek tego "borubara" by nawet nie usłyszał. Normalny człowiek albo nie zrozumiałby końcówki wypowiedzi Prezydenta, albo by zgadł, że Prezydent wypowiedział na końcu słowo -"bardzo", tyle że niewyraźnie. A najprawdopodobniej w ogóle by się nad tym nie zastanawiał, bo i trudno analizować każdy akcent w każdej wypowiedzi każdego człowieka, który mówi albo do nas, albo obok nas to tu to tam, od rana do wieczora. No, ale kiedy się kogoś naprawdę nienawidzi i kiedy nie jest się w stanie poradzić sobie z tą nienawiścią w sposób rozumny, to wówczas dochodzi do sytuacji najbardziej kosmicznych. Wtedy, albo z wyrachowania, albo z czystego zaślepienia, człowiek - niekiedy zupełnie z pozoru zwyczajny i w innych sytuacjach bardzo rozsądny - zaczyna się zachowywać, jak kompletny wariat.
Sam niedawno przeżyłem podobną sytuację. Tu w Salonie, w którejś z moich odpowiedzi na komentarz popełniłem prosty literowy błąd, polegający na tym, że, starając się bardzo szybko reagować na napływające wciąż komentarze, zamiast ",mądrość", napisałem "mądroś" i popędziłem dalej, nie patrząc na to, co wysłałem. Na to, otrzymałem od pewnego językoznawcy potwornie długi elaborat, tłumaczący mi i innym, na poziomie najbardziej zaawansowanej inteligenckiej paplaniny, w jaki sposób to, że zapomniałem wbić do słowa "mądrość" ostatniej literki, świadczy o moich intelektualnych i kulturowych niedostatkach. Na to, zabrała głos pewna pani psycholog, która, w równie mądrych słowach, dorzuciła swoje trzy grosze na temat tego, jak mój stan psychiczny może wchodzić w interakcję z moją kulturowością.
I to jest dla mnie idealny przykład na to, jak osobista niechęć może człowieka doprowadzić do zaburzeń na poziomie zupełnie podstawowego rozsądku. A to, co tu przed chwileczką opowiedziałem, byłoby pewnie nieistotne - w końcu ani ten pan od języka, ani ta pani od dusz, nie pełnią na tyle ważnych społecznie funkcji, żeby swoimi głupstwami szkodzić na szerszą skalę - gdyby nie symbolizowało czegoś o wiele bardziej niebezpiecznego. Bo otóż stało się tak, że ktoś, bardzo przejęty rolą rządowego propagandzisty, postanowił, że taki Borubar może długo i skutecznie się przydawać, jako kluczyk otwierający kolejne drzwi z napisem: "NIENAWIŚĆ". I w pewnym momencie okazało się, że dzięki temu zagraniu, udało się skutecznie wyhodować całe tabuny takich nasączonych tą czarną miazgą umysłów, jak ten, od którego wątku zacząłem dzisiejszy mój tekst.
A ich się już nie da tak łatwo wyłączyć. Oni będą się żywić swoją nienawiścią - nienawiścią autentyczną, nie taką tam nienawiścią, o której ostatnio słyszeliśmy aż nazbyt często - i będą tę swoją nienawiść kultywować, doglądać ją, dbać o nią, jak o swój ogródek, a w niej sadzić bardzo czarne kwiatki, z których kiedyś wyrośnie coś, co przestraszy wszystkich.
Ich samych też nie oszczędzi.

Wreszcie dostałem i ja Elementarz. Wygląda fantastycznie. W ręku leży jeszcze lepiej niż "Liść". Oczywiście niestety, tak jak i poprzednio, mamy problem z błędami, których nie zauważyłem. To jest prawdziwe nieszczęście. Ale nie jestem w stanie tego uniknąć. Korekta kosztuje, a ja staram się wszystko robić najtańszym kosztem, a więc wszystko sprawdzałem sam. A więc - to jest to co udało mi się zauważyć od razu - w notce o Górnikach z Wujka wpadło mi na samym początku słowo "zastrzelony" - jak najbardziej w temacie, niestety nie w treści i w logice tekstu. Skąd ono się tam wzięło? Nie mam pojęcia. A więc niech tam już zostanie, jako dowód mojej słabości i tamtego strasznego chaosu o którym ono i tak siłą rzeczy musi świadczyć. Zachęcam do kupowania książki i proszę wspierać ten blog pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 9 sierpnia 2008

Borubar - tajemniczy człowiek z Ministerstwa Prawdy

W ciągu paru ostatnich dni, wśród osób komentujących na moim blogu, pojawił się kilka razy, podpisujący się różnie osobnik, którego komentarze niezmiennie zawierały absolutnie niemerytoryczne bluzgi pod adresem prezydenta Kaczyńskiego. Komentator ten nie komentował, nie polemizował, nawet nie krytykował w sposób szczególnie złośliwy. Jego komentarze stanowiły czyste obrażanie Prezydenta, przy użyciu najbardziej wulgarnego i chamskiego języka, dla samej satysfakcji obrażania.
Mimo że z zasady nie usuwam jakichkolwiek komentarzy pojawiających się na moim blogu, w przypadku tego kogoś zrobiłem wyjątek, zresztą absolutnie niepotrzebnie, bo ze względu na dużą ilość skarg, on i tak byłby kasowany, a przez to, że w sposób rażący łamał regulamin Salonu - jak mi się zdaje - został ostatecznie zablokowany przez administrację.
A z tego co pisał, zostało mi w pamięci jedno. O prezydencie - choć same epitety zmieniały się nieustannie - niezmiennie mówił "Borubar". Domyślam się, że w pewnym momencie uznał on, że to, iż Lech Kaczyński wymyślił, że piłkarz Boruc nie nazywa się Boruc, ale Borubar, jest wystarczającym powodem, żeby tępić Prezydenta na najwyższych rejestrach.
Kiedy czytałem wpisy tego dziwnego człowieka, kasowałem je, czytałem kolejne, znów je kasowałem i znów czytałem następne, zastanawiałem się nad destrukcyjną - destrukcyjną w naprawdę szatańskim stylu - potęgą mediów. Bo nie jest tak, że ten komentator narodził się sam z siebie. Nie jest tak, że on sobie chodził po świecie, czytał książki, wracał z pracy, oglądał telewizję i w tym czasie osiągnął stan, w którym jego ekscesy zostały uznane w Salonie 24 za nielegalne.
On został stworzony przez medialną propagandę i manipulację, która przez ponad dwa lata sączyła w jego serce i w jego duszę odpowiednio dobraną truciznę i ostatecznie zrobiła z niego idealnego robota, by, jako jeden z wielu podobnych sobie, mógł - razem ze swoim stwórcą - budować nowe czasy.
Chciałbym dziś skupić się tylko na tym jedynym, zapamiętanym przeze mnie, elemencie zjawiska, o którym mówię, mianowicie na ‘Borubarze'.
Ponieważ chcę wiedzieć, o co chodzi, zaglądam na youtube i tam znajduję jednominutowy filmik zatytułowany Pan Prezydent o meczu z Austrią ... "Roker Perejro" i Artur "Borubar" http://pl.youtube.com/watch?v=gtg7Otj14rE.
Sprawa polega na tym, że po zremisowanym przez Polskę meczu z Austrią, dziennikarz Polsatu zwrócił się do Prezydenta z prośbą o ogólną ocenę tego, co się właśnie stało. Prezydent przez minutę opowiada o swoich wrażeniach, jego wypowiedź jest spokojna, stonowana, płynna - zwyczajna wypowiedź prezydenta Kaczyńskiego na temat meczu.
Pod sam koniec swojej wypowiedzi, Prezydent mówi następujące słowa:
"ALE DOBRY TEŻ BYŁ NASZ BRAKMKARZ, ARTUR BORUC, BARDZO".
Ponieważ, jak mówię, jest to już koniec całej kwestii, Lech Kaczyński mówi z naturalnie opadającą intonacją, co sprawia, że końcówka zdania jest niewyraźna, a biorąc pod uwagę fakt, że dykcja Prezydenta, jak zwykle, pozostawia wiele do życzenia, z tego "bardzo" pozostaje tylko zaakcentowana pierwsza sylaba "bar...".
W opowiadaniu J.D.Salingera Just Before The War With Eskimos, brat Seleny zwraca się do Ginnie z pytaniem: "Jeet yet?" Ginnie oczywiście nie rozumie, więc brat Seleny powtarza pytanie: "Jeet lunch yet?" Ponieważ pojawił się ten ‘lunch', Ginnie wie, że brat Seleny nie jest idiotą, tylko chce ją poczęstować kanapką z kurczaka, tyle że mówi niestarannie. Skąd Ginnie wie, że brat Seleny nie jest idiotą? Stąd, że to jest oczywiste. Gdyby był idiotą to by się zachowywał, jak idiota i można by było mu ten idiotyzm udowodnić na tysiąc innych sposobów, niż czepiając się jego wymowy.
Każdy normalnie myślący człowiek wie, że w świecie, w którym żyjemy, to co słyszymy jest przetwarzane na dziesiątki różnych sposobów. Nasz głos może być niewyraźny, ponieważ odbija się echem, albo jest zagłuszany przez hałas, albo ginie wśród innych szmerów, czy wreszcie może być niewyraźny, bo mówimy niewyraźnie. Mówimy natomiast niewyraźnie też z różnych powodów. Albo mamy wadę wymowy, albo mamy marną dykcję, albo nam się mówić wyraźnie nie chce, albo jesteśmy zmęczeni, albo akurat z jakiegoś powodu coś nam się powiedziało niewyraźnie. Jedni z nas więc mówią, inni słuchają i choć oczywiście lepiej by było, gdyby jedni mówili wyraźnie, a drudzy słuchali uważnie, to tak się często dzieje, że coś się w tej transmisji psuje.
W tej sytuacji jednak, mamy swój rozum i doświadczenie i oczytanie i wyobraźnię, więc często potrafimy się domyślić, kto co do nas mówi, mimo, że słowa są nieczytelne. Wiemy to i tylko niektóre przesadnie ambitne dzieci, kiedy słyszą coś, co brzmi im absurdalnie, zamiast uznać, że albo źle usłyszały, albo, że ktoś coś powiedział niewyraźnie, albo wręcz się przejęzyczył, wybuchają szyderczym śmiechem i zaczynają się głupio popisywać. Ojciec mówi na przykład: "Idź juśsie myć!", a piekielnie inteligentny pięciolatek pyta: "Juśsie? Co to znaczy juśsie? Kto to jest Juśsie? Nie znam nikogo takiego."
W przypadku Borubara, nie sugeruję, że doszło do kontaktu Prezydenta z jakimś głupim jeszcze, choć, jak mówię, ambitnym dzieckiem. Nie było tak, że jakiś dziesięciolatek-prymus, po meczu Polski z Austrią, obejrzał rozmowę z Prezydentem, uznał, że Prezydent zamiast Boruc, powiedział Borubar i że warto by tę wypowiedź wbić na youtube i pokazać całemu światu, jaki to z Lecha Kaczyńskiego palant. Takich głuptasów nie ma nawet wśród dziesięcioletnich prymusów.
Uważam, że było inaczej. Któryś z dorosłych uczestników tego, co się powszechnie nazywa walką polityczną, bądź, być może, ktoś zatrudniony na etacie przez odpowiednią sekcję w Urzędzie Rady Ministrów, albo odpowiednią komórkę wewnątrz współpracujących z obozem rządzącym mediów, słuchając wypowiedzi Prezydenta, zwrócił uwagę na tę, słynną już dziś, sekwencję i postanowił, że to może się okazać jeszcze większym hitem, niż Irasiad, czy wieśmaki. No i tego Borubara wylansował.
Proszę zwrócić uwagę. Prezydent w tej samej wypowiedzi autentycznie powiedział "Perreiro" zamiast "Guerreiro". Pomylił się. Pomylił się, bo może myślał, że Roger Guerreiro nazywa się Perreiro, albo po prostu Perreiro - co akurat mnie nie dziwi - zabrzmiało mu bardziej naturalnie i się zagapił. Ale proszę, zwróćcie też uwagę, że z tego "Perreiro", media nie zrobiły takiego cyrku, jak z Borubara. Dlaczego? Dlatego, bo Kaczyński faktycznie się pomylił, a jego pomyłka - właśnie przez to, że się zdarzyła - była naturalna. A skoro naturalna, to mało użyteczna dla akcji zniesławiającej Prezydenta. Borubar, to co innego. Borubar gwarantował sukces.
Oczywiście, w normalnie funkcjonującym społeczeństwie, ten numer by nie przeszedł. Z tej prostej przyczyny, że normalni członkowie normalnie funkcjonującego społeczeństwa, przede wszystkim nie uwierzyliby, że ktoś, i to niekoniecznie nielubiany przez nich prezydent, ale ktokolwiek, mógłby wykazać się aż taką wyobraźnią, żeby nazwisko Boruc przekręcić na Borubar. Boruc mógłby się zmienić w Boruta, albo Goruta, ewentualnie nawet w Borysa, ale - na Boga! - nie w Borubara.
I nieważne też by było, czy dla przeciętnego obserwatora, miałby ten ktoś przekręcić to nazwisko w tak fantazyjny sposób z tego powodu, że zawsze myślał, że to nie Boruc, tylko Borubar, czy przez to, że się przejęzyczył, czy nawet przez to, że nagle pomieszało mu się w głowie i zapomniał; a jak już sobie przypomniał, to właśnie tak jakoś bez sensu. Standardowo myślący człowiek tego "borubara" by nawet nie usłyszał.
Normalny człowiek albo nie zrozumiałby końcówki wypowiedzi Prezydenta, albo by zgadł, że Prezydent wypowiedział na końcu słowo -"bardzo", tyle że niewyraźnie. A najprawdopodobniej w ogóle by się nad tym nie zastanawiał, bo i trudno analizować każdy akcent w każdej wypowiedzi każdego człowieka, który mówi albo do nas, albo obok nas to tu to tam, od rana do wieczora.
No, ale kiedy się kogoś naprawdę nienawidzi i kiedy nie jest się w stanie poradzić sobie z tą nienawiścią w sposób rozumny, to wówczas dochodzi do sytuacji najbardziej kosmicznych. Wtedy, albo z wyrachowania, albo z czystego zaślepienia, człowiek - niekiedy zupełnie z pozoru zwyczajny i w innych sytuacjach bardzo rozsądny - zaczyna się zachowywać, jak kompletny wariat.
Sam niedawno przeżyłem podobną sytuację. Tu w Salonie, w którejś z moich odpowiedzi na komentarz popełniłem prosty literowy błąd, polegający na tym, że, starając się bardzo szybko reagować na napływające wciąż komentarze, zamiast ",mądrość", napisałem "mądroś" i popędziłem dalej, nie patrząc na to, co wysłałem.
Na to, otrzymałem od pewnego językoznawcy potwornie długi elaborat, tłumaczący mi i innym, na poziomie najbardziej zaawansowanej inteligenckiej paplaniny, w jaki sposób to, że zapomniałem wbić do słowa "mądrość" ostatniej literki, świadczy o moich intelektualnych i kulturowych niedostatkach. Na to, zabrała głos pewna pani psycholog, która, w równie mądrych słowach, dorzuciła swoje trzy grosze na temat tego, jak mój stan psychiczny może wchodzić w interakcję z moją kulturowością.
I to jest dla mnie idealny przykład na to, jak osobista niechęć może człowieka doprowadzić do zaburzeń na poziomie zupełnie podstawowego rozsądku. A to, co tu przed chwileczką opowiedziałem, byłoby pewnie nieistotne - w końcu ani ten pan od języka, ani ta pani od dusz, nie pełnią na tyle ważnych społecznie funkcji, żeby swoimi głupstwami szkodzić na szerszą skalę - gdyby nie symbolizowało czegoś o wiele bardziej niebezpiecznego.
Bo otóż stało się tak, że ktoś, bardzo przejęty rolą rządowego propagandzisty, postanowił, że taki Borubar może długo i skutecznie się przydawać, jako kluczyk otwierający kolejne drzwi z napisem: "NIENAWIŚĆ". I w pewnym momencie okazało się, że dzięki temu zagraniu, udało się skutecznie wyhodować całe tabuny takich nasączonych tą czarną miazgą umysłów, jak ten, od którego wątku zacząłem dzisiejszy mój tekst.
A ich się już nie da tak łatwo wyłączyć. Oni będą się żywić swoją nienawiścią - nienawiścią autentyczną, nie taką tam nienawiścią, o której ostatnio słyszeliśmy aż nazbyt często - i będą tę swoją nienawiść kultywować, doglądać ją, dbać o nią, jak o swój ogródek, a w niej sadzić bardzo czarne kwiatki, z których kiedyś wyrośnie coś, co przestraszy wszystkich.
Ich samych też nie oszczędzi.

środa, 9 lipca 2008

Artur Borubar, a twórczość Juliana Tuwima

Wróciłem dziś do domu po całym tygodniu spędzonym na Kaszubach. I muszę od razu zakomunikować, że nie zauważyłem, by ktokolwiek coś tam w okolicy rozpylał. Świat wokół mnie wyglądał sympatycznie, ludzie zachowywali się normalnie, jeśli cokolwiek pojawiało się na niebie, to tylko przelotne chmurki.
Tym samym, zagadka ostatniego kulturowego obsunięcia się premiera Donalda Tuska musi pozostać przynajmniej częściowo nierozwiązana.
Oczywiście jest możliwe, że to coś, co zaatakowało pana premiera, jeśli dotarło do Helu, to tylko do Władysławowa, najdalej do Chałup (do dziś nie umiem zapomnieć, jak przed laty pan Donald uznał za stosowne poinformować mnie, że śpi nago).
Natomiast Kuźnica, w której się wczasowałem, pozostała na sto procent nietknięta.
Na dziś więc, o premierze i jego piłkarzykach - sza!
amiast o nich, chciałem tu porozmawiać o pewnym wczasowiczu i pewnym artyście, czyli o zjawisku, które na swój własny użytek nazywam ‘nadętą amatorszczyzną'.
Jeszcze zanim wyjechałem nad morze, trafiłem tu w Salonie na blogowicza o ksywie Mireks. Bloger Mireks zaintrygował mnie z dwóch powodów: pierwszy to taki, że przedstawił się, jako "publicysta amator", drugi to taki, że okazał się amatorem w obu znaczeniach tego słowa, czyli kimś, kto uwielbia pisać, a jednocześnie, kto pisać umie na poziomie wyłącznie podstawowym. Czyli, że na ogół wie, że zdania oddziela się kropkami. Czyli taki człowiek spod znaku: "Ja nie bardzo umiem, ale bardzo lubiem."
Trafiłem więc na tego Mireksa i pomyślałem sobie, jak to jest, że pewne dziedziny życia są dla różnego typu ‘pasjonatów' otwarte, a inne nie.
Na przykład wiadomo powszechnie, że jeśli ktoś nie ma prawa jazdy, to, nawet jeśli bardzo lubi szybką jazdę, nie powinien jeździć autem w miejscach, gdzie przebywają ludzie. Podobnie, jeśli ktoś nie jest wykształconym lekarzem, to medycyną może się parać jedynie na poziomie syropu, ewentualnie apapu. A jeśli przyjdzie mu do głowy wziąć do ręki skalpel i przy pomocy kleju kropelka łączyć złamane kości, bo "jestem lekarzem amatorem z Poznania", to od razu go opiszą w programie Z dala od Polski, czy jakoś tak.
Są też dziedziny, gdzie bez odpowiednich referencji nie ma się wstępu fizycznie. Na przykład, jeśli ktoś uwielbia być posłem, musi najpierw skutecznie podlizać się pewnej określonej grupie wyborców i tym posłem zostać. Inaczej się nie da.
Jednak wiadomo też, że na przykład można nie umieć śpiewać, a zostać słynnym piosenkarzem; albo można "mieć we krwi" aktorstwo i występować w filmach, nawet w rolach pierwszoplanowych.
No i oczywiście, jak się okazuje, można nie mieć pojęcia o polityce, o społeczeństwie, o języku pisanym, a z powodzeniem - oczywiście "amatorsko" - wymądrzać się na każdy dowolny, nawet najbardziej skomplikowany temat.
Ciekawe, że na przykład tu w Salonie, jeśli idzie o tę konkretną kwestię, proporcje rozkładają się zupełnie "po równo" między czerwonymi, a całą resztą. Kto wie, czy nawet czerwoni są słabsi?
Na plaży w Kuźnicy, któregoś dnia pojawił się człowiek z rodziną i telefonem komórkowym. Najpierw przez telefon pozałatwiał bieżące sprawy biznesowe (chodziło o ustawienie programu artystycznego na dyskotekę, czy jakieś wesele), a później, zgodnie ze wskazówkami Donalda Tuska poszedł grać ze swoim małym synkiem w piłkę. Wszystko odbywało się tradycyjnie. Pan Tato wrzeszczał, pokazywał żółte kartki, wywalał się, groził kartką czerwoną. W pewnym momencie dziecko zapytało, jak się nazywa w ich drużynie bramkarz. W tym momencie pan Tato uśmiechnął się porozumiewawczo do współplażowiczów i powiedział: "Borubar".
Pomyślałem sobie wówczas, że nie jest wykluczone, że człowiek ten jest wybitnym gitarzystą basowym, albo klarnecistą, albo świetnym tzw. dyrektorem artystycznym do spraw letnich imprez muzycznych. Możliwe też, że dobrze gra w piłkę nożną. Nie ulega dla mnie jednak wątpliwości, że politycznie pan Tato zorientowany jest na tyle tylko, że na dowolną kwestię może odpowiedzieć - tak jak w tej grze o nazwie pomidor - jedynie "Borubar".
Wracając z plaży, kupiłem Rzepę, a w niej wywiad ze Zbigniewem Hołdysem, autorem paru znanych piosenek, oraz gitarzystą Maryli Rodowicz i zespołu Perfect. Hołdys opowiada troszkę o muzyce, najwięcej jednak o prawie, teatrze i o życiu społecznym. Trochę też o polityce.
Co mówi? Mianowicie tak:
Prawnicy oszukują, ale nie wszyscy, bo w Ameryce nie oszukują, a nawet, jak oszukują, to też są inni, którzy pomagają nie dać się oszukać.
Teatr jest fascynujący, o wiele bardziej niż granie na gitarze.
Lecha Wałęsę, podobnie jak O.J.Simpsona, nikt za rękę nie złapał; Simpsona uniewinnili, a Wałęsę skazali.
Dzieci nie należy bić. On Tytusa nie bił.
W imię prawa i sprawiedliwości człowiek okrutnie niszczy.
Chyba lepiej mieć jedną żonę i dzieci, ale są tacy, którzy uważają, że nie - na przykład Jodie Foster, albo różne egzotyczne kultury.
Największą ofiarą rozwodów są dzieci.
Pieniądze to nie wszystko.
I wreszcie: zespól Feel jest do niczego.
Po co tu się znęcam nad Zbigniewem Hołdysem - ani wybitnym muzykiem, ani tym bardziej wybitnym analitykiem? Z tego prostego powodu, że on właśnie, w sposób chyba najdoskonalszy symbolizuje całą intelektualną ubogość naszej debaty. Kiedy czytam tu w Salonie refleksje niektórych tzw. publicystów-amatorów, to widzę to, co Rzepa tak wyraźnie pokazała na przykładzie właśnie Hołdysa. Czyste, histeryczne zainteresowanie obrazami i gestami, bez najmniejszej próby syntezy i wyciągania wniosków. Coś, co kiedyś tak przejmująco wyraził Julian Tuwim:
Od rana bełkot. Bełkocą, bredzą,
Że deszcz, że drogo, że to, że tamto.
Trochę pochodzą, trochę posiedzą,
I wszystko widmo. I wszystko fantom.
Sprawdzą godzinę, sprawdzą kieszenie,
Krawacik musną, klapy obciągną
I godnym krokiem z mieszkań - na ziemię,
Taką wiadomą, taką okrągłą.
I oto idą, zapięci szczelnie,
Patrzą na prawo, patrzą na lewo.
A patrząc - widzą wszystko oddzielnie
Że dom... że Stasiek... że koń... że drzewo...
Jak ciasto biorą gazety w palce
I żują, żują na papkę pulchną,
Aż papierowym wzdęte zakalcem,
Wypchane głowy grubo im puchną.
I znowu mówią, że Ford... że kino...
Że Bóg... że Rosja... radio, sport, wojna...
Warstwami rośnie brednia potworna...
Gdyby Julian Tuwim pisał dziś, a chciałoby mu się wpaść w tandetną publicystykę, to pewnie zamiast tego "Że dom... że Stasiek... że koń... że drzewo..." napisałby, że WSI... że Kaczory... że laptop... że tarcza... że Borubar.
Jak wspomniałem, Zbigniew Hołdys zakończył swoje refleksje krytyką grupy muzycznej Feel. Ta ostatnia informacja jest szczególnie interesująca, ponieważ Zbigniew Hołdys obudowuje ją merytorycznie i retorycznie. Mówi tak: "Gdybym tak źle grał na instrumentach, nie założyłbym zespołu".
Myślę, że teraz już każdy wie, do czego zmierzam. Jestem pewien, że zarówno pan Tato z plaży, przeróżni komentatorzy z Salonu i mnóstwo innych specjalistów w swojej dziedzinie, od czasu do czasu wydają z siebie okrzyk: "Gdybym ja tak źle..."
Co oczywiście, nie przeszkadza ani jednemu, ani drugiemu, ani całej reszcie niedzielnych amatorów, w przerwie od swoich zwykłych zajęć, zadzierać nosa na każdy temat.
Czy tym swoim dzisiejszym wpisem sugeruję, że niektórzy moi koledzy z Salonu powinni przestać pisać? Absolutnie. Muszą - niech piszą. Ich prawo. Ich wstyd. Jeśli któregoś dnia, na naszym forum pojawi się ten człowiek od Borubara, albo nawet sam Zbigniew Hołdys - powiedzmy, że teatr mu zbrzydnie i postanowi się wziąć za publicystykę - trudno, niech już i oni się tu popisują. Niech te "wypchane głowy grubo im puchną".
Natomiast jeśli już będą pisać te swoje głupstwa, to niech przynajmniej przed kliknięciem w guziczek ‘wyślij', zechcą przeczytać choć raz, to co wyżej napisali i wezmą pod uwagę, że ich teksty czytają nie tylko ich politycznie rozchwiani fani, ale i inni użytkownicy Salonu, którzy szukają czegoś bardziej merytorycznego.
I przynajmniej zadbają o to, żeby zdanie, akapit, czy wreszcie cały wpis, miały w miarę wyraźny początek, rozwinięcie i zakończenie.
Przynajmniej tyle.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...