Właśnie
dotarła do mnie wiadomość, że władze Kościoła w Polsce
ostatecznie wydały zakaz współorganizowania oraz uczestnictwa w
ruchu znanym pod nazwą Wspólnota Miłość i Miłosierdzie Jezusa,
a
tym samym zainicjowane
przez ojca Daniela Galusa spotkania stały się niczym
więcej jak jego
prywatnym eventem. Decyzja owa została zakomunikowana w sposób
jednoznaczny i w moim odczuciu na
tyle brutalny,
by
ani ojciec Galus ani jego wyznawcy
nie mieli żadnej wymówki:
„W
nawiązaniu do informacji podanej przez Biskupa Płockiego na
Konferencji Księży Dziekanów w dniu 15 marca 2017 r., powiadamiamy
duszpasterzy i wiernych diecezji płockiej, że działalność
Pustelni w Czatachowie (o. Daniel Galus) nie posiada aprobaty
Metropolity Częstochowskiego, ks. arcybiskupa Wacława Depo. Dotyczy
to również działającej przy tzw. Pustelni Wspólnoty Miłość i
Miłosierdzie Jezusa.
W
związku z tym apeluje się do kapłanów i wiernych świeckich o
powstrzymanie się od organizowania wyjazdów zbiorowych i
indywidualnych do tego miejsca. Przypominamy starożytną zasadę św.
Ignacego Antiocheńskiego: ‘Nie czyńcie nic bez biskupa, […]
kochajcie jedność, unikajcie podziałów’ (List do Filadelfian,
7, 1)”.
Ktoś
spyta, co nas tu może obchodzić to co się dzieje w miejscu, w
którym nie dość że nie bywamy choćby i myślą, to wielu z nas o
tym nawet nie słyszało. To prawda. Losy ojca Daniela Galusa i owej
wspólnoty są nam obce tak samo jak losy którejkolwiek z owych
wciąż powstających w obrębie Kościoła Katolickiego sekt, a
jednak czuję osobiście, że to między innymi ludzie, którzy
tworzą sukces miejsc takich jak owa Pustelnia w Czatachowie,
stanowią największe zagrożenie dla naszego Kościoła. To oni
bowiem przesuwają go w stronę, którą od lat znamy z działalności
tak zwanych zielonoświątkowców, czyli w gruncie rzeczy Szatana. I
znów ktoś powie, że to jest margines, który nie ma jakiegokolwiek
dostępu do pobożności, którą wszyscy znamy i rozumiemy, a która
w rzeczy samej tworzy siłę naszej Wiary. Otóż obawiam się, że
nie jesteśmy w żaden sposób bezpieczni. To bowiem nie owe sekty –
rzekomo niosące wiarę prawdziwą – są narażone na największą
agresję ze strony bezbożnego świata. Prawdziwy atak, wbrew temu,
czego można by się było spodziewać, kierowany jest w stronę
Kościoła ludzi prostych, szczerych i grzesznych jak każdy z nas, i
to oni bowiem stanowią największe zagrożenie dla tego świata.
Przez swoją skromność i cierpliwą wierność.
Rozmawialiśmy
o tym w tym miejscu całkiem niedawno, czy to przy okazji pewnego
tekstu w „Gościu Niedzielnym”, czy medialnym manipulacjom
słowami papieża Franciszka. I nie minął tydzień, jak musimy
wrócić do sprawy, jak się zdaje z jeszcze większą niż wówczas
troską. Oto, jak może niektórzy z nas słyszeli, papież
Franciszek pojawił
się niedawno
w Bazylice
św. Bartłomieja na Wyspie Tyberyjskiej, gdzie odprawił
Mszę Świętą i naturalnie wygłosił kazanie. O czym mówił
papież? Otóż jego słowo było w całości poświęcone męczeństwu
chrześcijan zarówno w czasach starożytnych jak i dziś, ginących
z rąk jak najbardziej muzułmańskich fanatyków.
Oto fragment wypowiedzi Papieża:
„Starożytna
historia męczeństwa łączy się z pamięcią nowych męczenników,
wielu chrześcijan zabitych przez obłąkane ideologie minionego
wieku, zabitych także i dziś i to zabitych tylko dlatego, że byli
uczniami Jezusa.
Wspomnienie
bohaterskich świadków epoki starożytnej i niedawnych czasów
umacnia nas w świadomości, że Kościół jest Kościołem
męczenników. A męczennikami są ci, którzy, jak przypomniała nam
Księga Apokalipsy, "przychodzą z wielkiego ucisku i opłukali
swe szaty, i w krwi Baranka je wybielili" (7,14). Mieli oni
łaskę wyznawać Jezusa aż do końca, aż do śmierci. Cierpią,
oddają życie, a my otrzymujemy błogosławieństwo Boże ze względu
na ich świadectwo. A jest również wielu męczenników ukrytych,
tych mężczyzn i kobiet wiernych łagodnej sile miłości, głosowi
Ducha Świętego, którzy codziennym życiu starają się pomagać
swoim braciom i bezwarunkowo kochać Boga.
Jeśli
przyjrzeć się bliżej, przyczyną wszystkich prześladowań jest
nienawiść, nienawiść księcia tego świata wobec tych, którzy
zostali zbawieni i odkupieni przez Jezusa poprzez Jego śmierć i
zmartwychwstanie.
Ileż
razy w trudnych momentach historii, słyszeliśmy: ‘Dziś ojczyzna
potrzebuje bohaterów’. O męczenniku można pomyśleć jako o
bohaterze. Ale podstawowe dla męczennika jest on człowiekiem
obdarzonym łaską. To łaska Boga, a nie męstwo czyni nas
męczennikami. Podobnie można zapytać: ‘Czego dzisiaj potrzebuje
Kościół?’. Męczenników, świadków, to znaczy świętych dnia
powszedniego, bo Kościół naprzód prowadzą święci, bez nich
Kościół nie może ich naprzód. Kościół potrzebuje świętych
dnia powszedniego, zwyczajnego życia, przeżywanego konsekwentnie.
Ale także i tych, którzy mają odwagę przyjąć łaskę bycia
świadkami aż do końca, aż do śmierci. Wszyscy oni są żywą
krwią Kościoła. Są świadkami, którzy prowadzą Kościół
naprzód, ci którzy zaświadczają, że Jezus zmartwychwstał, że
Jezus żyje, a świadczą o tym konsekwencją życia i mocą Ducha
Świętego, którą otrzymali w darze”.
I
oto w pewnym momencie Papież zmienił tekst przygotowanego kazania i
podzielił się pewną refleksją:
„Chciałbym
dzisiaj do tego Kościoła
dodać jeszcze jedną ikonę. Kobietę, której imienia nie znam, ale
patrzy ona na nas z nieba. Kiedy byłem na wyspie Lesbos i
pozdrawiałem uchodźców, spotkałem człowieka 30-letniego z trzema
dziećmi. Spojrzałem. Powiedział: ‘Ojcze, jestem muzułmaninem,
ale moja żona była chrześcijanką. Do naszej ojczyzny przybyli
terroryści, popatrzyli na nas, pytali nas o religię, zobaczyli, że
ma krzyż i zażądali, aby zrzuciła ten krzyż na ziemię.
Odmówiła. Ścieli ją na moich oczach. Bardzo się kochaliśmy. Tę
ikonę przynoszę dziś tutaj jako dar’.
Nie
wiem czy ten człowiek jest nadal na Lesbos, czy udało się jemu
pojechać gdzie indziej. Nie wiem, czy udało się jemu wydobyć z
tego obozu koncentracyjnego, bo obozy dla uchodźców są obozami
koncentracyjnymi dla mnóstwa ludzi. Są tam zostawieni samymi sobie.
Narody wielkoduszne, które ich przyjmują muszą też nieść ten
ciężar”.
Co
z tego zostało przekazane przez światowe media? Już wiemy, prawda?
Główna wiadomość dnia, jak najbardziej zaznaczona w tytułach
doniesień, była taka, że Franciszek powiedział, że „obozy
uchodźców to obozy koncentracyjne”. I to wszystko. I ani słowa
więcej. Przepraszam bardzo, ale to jest dokładnie tak samo, jakby
ten sam Papież w trosce o los dręczonych przez mężów-muzułmanów
kobiet w Szwecji czy w Niemczech powiedział, że „dla wielu tych
kobiet
małżeństwo jest piekłem”, a media by o tym poinformowały
tytułami: „Papież Franciszek: małżeństwo to piekło”. A
najpobożniejsi z nas w jednej chwili zaczęliby rwać sobie włosy z
głowy, że oto mamy kolejny dowód na to, że od czasów Benedykta
XVI Kościół się już tylko stacza.
A
w tej sytuacji nie pozostaje nam nic innego jak przeciwstawić się
temu zepsuciu przy pomocy Ducha Świętego i
specjalnych charyzmatów.
Pisząc
te refleksje przypominam sobie, że parę lat temu wspomniany
Franciszek, w przemówieniu do którejś z grup neokatechumenalnych,
napomniał zebranych, by w swoim pobożnym zaangażowaniu nawet nie
próbowali się stawiać ponad tych,
którzy
faktycznie
tworzą
Kościół,
a więc, mówiąc krótko, ludzi, którzy
co
niedzielę zakładają odświętne
buty i
posłusznie całymi rodzinami udają się do parafialnego kościoła
na Mszę.
Niestety, dziś już nie pamiętam, w jaki sposób ten news został
podany. Nie zdziwiłbym się gdyby wiadomość była taka, że Papież
zakazał się modlić, lub
zakwestionował moc Ducha Świętego.
Podejrzewam jednak, że temat zwyczajnie został zlekceważony. W
końcu nie było nic o uchodźcach.
Zachęcam
wszystkich do kupowania moich książek. Naprawdę nie
ma tu żadnego ryzyka.
Wszystkie są do nabycia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.