Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Maziarski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Maziarski. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Czy polscy Dominikanie to sekta?

Wydawało mi się, że sprawę wyjaśniałem już wielokrotnie, ostatnio nawet w odpowiedniej notce swojego Elementarza, a mimo to, wciąż to tu to tam pojawiają się pytania o moje pretensje do Dominikanów. Czemu ja się akurat ich tak fatalnie czepiam? Nie Franciszkanów, nie Jezuitów, nie Salezjanów, ale akurat tych biednych Dominikanów. Za co?
Najprościej byłoby powiedzieć, że wystarczającą rekomendacją dla Dominikanów mogłoby być to, że właściwie jedyny zauważalny punkt sporu wśród tych, którzy uważają, że cokolwiek by sądzić o Katastrofie Smoleńskiej, to jedno jest jasne: Kaczyńscy dostali za swoje, to ten, czy fajniej jest u Dominikanów w Warszawie, czy może u Dominikanów w Krakowie. I to zupełnie niezależnie od tego, czy dyskutują osoby związane z Kościołem, czy od niego bardzo zdystansowane. Można powiedzieć, że temperatura zachwytu nad Dominikanami wśród walczących antyklerykałów jest nawet wyższa. Weźmy takiego młodego Maziarskiego. Jak się dowiaduję, on niedawno w „Gazecie Wyborczej” napisał coś takiego:
„Najbardziej bym chciał, by [wrak tupolewa] czym prędzej przetopić na żyletki, puszki, czy co tam się robi z samolotowego złomu. Jeśli jednak w tej chwili jest to niemożliwe, to z dwojga złego wolę, żeby ten wrak był jak najdalej od Krakowskiego Przedmieścia. Moskwa jest niezłym miejscem, ale jeszcze lepsze byłyby Władywostok, Bangkok albo Sydney. Gdyby więc dało się przewieźć tego tupolewa gdzieś dalej od Polski, to ja bym bardzo prosił”.
Albo spójrzmy na znaną nam wszystkim Dominikę Wielowieyską. Oto ona: „Sprawa wraku i to, gdzie on leży, jest kompletnie drugorzędna. Jest mi kompletnie wszystko jedno, gdzie leży wrak”.
Ktoś spyta, co mają wspólnego z Dominikanami Wielowieyska i Maziarski, lub co Dominikanie mają do Katastrofy w Smoleńsku. Otóż ja nie mam oczywiście pewności, ale czuję pod skórą, że zarówno Wielowieyska jak i Maziarski, nawet jeśli sami tam nie bywają, to już ich dzieci z tego ich kościoła wychodzą, tylko po to, by coś zjeść, choć i to nie jest pewne. I że tam tego typu teksty, jakie zacytowałem powyżej, są na porządku dziennym. Dlatego że – nie oszukujmy się – to co mówią Wielowieyska i Maziarski, to żadna egzotyka. To jest najczystszy mainstream. Ani on, ani ona nigdy nie byli na tyle undergroundowi, by sobie pozwalać na jakiekolwiek ekscesy. Każde słowo, jakie wychodzi z ich ust, to coś, co słychać na mieście.
No dobra. Już słyszę, jak ktoś mówi, że owszem, Wielowieyska z Maziarskim mogą tam nawet służyć do mszy, ale jaka to wina Dominikanów? Czy oni mają cierpieć za to, że ich Słowo jest tak dźwięczne, że dociera nawet do najbardziej zakutych pał? No i skąd wreszcie ja mam taką pewność, że wśród tych pał są właśnie ci, którzy chcieliby, aby wrak tupolewa przetopić na żyletki? Ja to po prostu wiem. Nie chce mi się tego tłumaczyć, ale ja to najzwyczajniej w świecie wiem. To wszystko jest jedno towarzystwo. A polscy Dominikanie, w swojej masie tworzą część tego właśnie środowiska, i je systematycznie pompują na tak zwanym poziomie duchowym. W zamian za to, ze tamci z kolei ich pompują intelektualnie. Nie będę się nad tym dłużej rozwodził, bo ja to po prostu wiem. Z doświadczenia, umiejętności obserwacji i dzięki jakiejś tam swojej inteligencji.
Na początku tego tekstu zaznaczyłem, że odpowiedź na pytanie, co ja chcę od Dominikanów, mogłaby się ograniczyć jedynie do tych paru wspomnień i doświadczeń, jakie nabyłem, mając na oku ludzi takich jak Katarzyna Kolenda-Zaleska, czy Justyna Pochanke. Nie oznacza to jednak, że nie miałem okazji widzieć w akcji samych Dominikanów. Owszem, ich też znam na tyle dobrze, by ich obchodzić z daleka, i wcale nie mam tu nawet na myśli tych paru pijaków i dziwkarzy, którzy niejednokrotnie przynosili wstyd polskiemu Kościołowi. Ja tu mówię o Dominikanach jak najbardziej aktywnych i cieszących się świetną formą.
Tu gdzie mieszkam, jak już wspominałem, mamy kościół garnizonowy, do którego chodzimy. Ponieważ w Katowicach nie ma już wojska, w pewnym momencie pojawiła się najpierw informacja, że ten nasz kościół zostanie przekazany Duszpasterstwu Akademickiemu, a następnie, że go jednak przejmą Dominikanie. Szczęśliwie, póki co, nie nastąpiło ani jedno ani drugie, natomiast, owszem, Dominikanie dostali parafię przy ulicy Sokolskiej. Ponieważ moja starsza córka jest osoba bardzo religijną, i niestety religijną w sensie tym, że zadaje się moim zdaniem z ludźmi, jak idzie o wiarę, nie do końca poukładanymi, ona na tych Dominikanów trafiła niemal natychmiast. No i przy pierwszej okazji poszła tam na spotkanie z jakąś krakowską gwiazdą, która tu przyjechała z naukami rekolekcyjnymi. Był to starszy już ksiądz, i wedle relacji mojej córki te jego rekolekcje to był niemal w stu procentach kabaret na tematy tak między Radiem Maryja a Smoleńskiem. Jej się akurat nie podobało, ale reakcja publiczności była oczywiście jak należy. Po imprezie ona poszła do jakiegoś swojego pobożnego kolegi i mu powiedziała, że tam był ten staruszek i że jej się nie podobał. No i pobożny kolega wyjaśnił, że jej tak mówić nie wolno, bo to jest fantastyczny ksiądz, że on już o nim słyszał wcześniej, no i opowiedział o nim pewną anegdotę. Otóż któregoś dnia do niego do spowiedzi przyszedł któryś z ich kolegów, i przyznał się, że on nie bardzo lubi chodzić do normalnego kościoła, bo go denerwują te wszystkie ławki. Na to ów krakowski gwiazdor powiedział coś takiego: „Mnie też te ławki wkurwiają”. No i że to było takie wspaniałe. I to właśnie tego typu poczucie humoru sprawia, że ten ksiądz jest w środowisku postacią kultową.
Opowiedziała mi moja córka tę historię, i zamiast machnąć na tych Dominikanów ręką i trzymać się – skoro już musi – dalej tych swoich Ślązaków w Krypcie, uznała za konieczne pójść do spowiedzi na Sokolską. Wróciła, powiedziała, że było tak sobie, natomiast ona nie bardzo wie, o co temu księdzu chodziło, kiedy jej powiedział, że ona „nie powinna być takim pokurczem”. Ja jej wyjaśniłem, że, moim zdaniem, „pokurcz” to ktoś niezgrabny i brzydki, jednak ustaliliśmy, że jemu nie mogło o to chodzić. I to nawet nie ze względu na to, że moje dziecko jest zgrabne i, wedle powszechnie obowiązujących standardów, ładne, ale przez to, że on, siedząc w konfesjonale, nie był nawet w stanie tego ocenić. Ostatecznie ustaliliśmy, że jemu musiało chodzić o to, że ona w tej spowiedzi zaprezentowała się – z jego punktu widzenia – mało atrakcyjnie. I tyle. Że on pomyślał, że ona musi być jakaś do dupy. Że z niej po prostu żadna „bitch”, tylko właśnie taki „pokurcz”. I że powinna coś z tym zrobić.
A zatem, wróćmy do podstawowego pytania: Co jest nie tak z tymi Dominikaninami? Przez co ja ich tak tępię? Otóż ja osobiście jestem przekonany, ze na czym jak na czym, ale zarówno na Kościele jak i na księżach, to ja się akurat znam. Związany jestem z Kościołem od urodzenia, moje życie jest wypełnione Kościołem, i myślę, że jak idzie o ten temat, nic mnie nie zaskoczy. Wiem, że księża są różni: dobrzy, wspaniali, bohaterscy, zabawni, inteligentni, sympatyczni, ale też podli, głupi, występni, i nudni jak wojskowa latryna. Powiem więcej – ja zdaję sobie sprawę, że wśród księży są też tacy, co za księży się tylko przebrali i jeśli wciąż robią to co robią, to dlatego, że jest im tak towarzysko i finansowo wygodnie. Jak idzie o Dominikanów natomiast, mam wrażenie, że oni mają w sobie cos takiego, co sprawia, że oni są zupełnie inni. Oni mogą być naprawdę pobożni i inteligentni i uczciwi, tyle że mają na koncie ten jeden jedyny grzech, mianowicie nieskończoną pychę, i ta pycha właśnie sprawiła, że jako księża stali się całkowicie bezużyteczni. Swoim istnieniem czynią więcej szkody niż pożytku, i uważam, że nie byłoby źle, gdyby gdzieś tam – pewnie w Watykanie – uznano, że dla dobra Kościoła przydałoby się ich wszystkich zebrać do kupy i powiedzieć im bardzo stanowczo, że albo niech się opanują, albo, jeśli nie są w stanie już wrócić do korzeni, niech sobie założą jakąś sektę.

Osobiście, nie bardzo wiem, dlaczego początek kolejnego roku kalendarzowego ma być jakąś szczególną okazją do składania sobie życzeń, jednak szanując tradycję, każdemu, który lubi tego typu refleksje, jak najszczerzej życzę wszystkiego dobrego w nowym roku. A przyjaciół tego bloga zachęcam, by byli tu ze mną jak najczęściej. Dziękuję.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Będą dziarać

Oryginalny, przedświąteczny mój plan polegał na tym, że na ten szczególny czas zostawię i sobie i wszystkim, którzy zechcą tu zajrzeć, wpis o Marii Egipcjance. I ze względu na samą osobę tej świętej kobiety, i na to marzenie, które towarzyszyło mi podczas pisania tego tekstu. Marzenie, by może właśnie w tych dniach, udało się nam wszystkim ujrzeć tę niezwykłą prawdę. Że oto zarówno dobro jakie czynimy, jak również to nasze zło, nigdy nie jest wyłącznie naszą sprawą. I że nawet kiedy jesteśmy sami, w czterech ścianach naszego domu i jedynym świadkiem naszych uczynków jesteśmy my sami, to i tak ani jedno ani drugie nie jest naszą tylko sprawą. Mało tego. Wydawało mi się, że przykład Marii Egipcjanki świetnie nam pomoże zrozumieć, że nie tylko nasze czyny, ale i każda nasza dobra, czy podła myśl, nie jest już tylko naszą sprawą, od momentu gdy ona wypełni tę realną całkowicie przestrzeń, którą dzielimy z resztą tego świata.
I nagle, zupełnie nieoczekiwanie, tu w Salonie pojawiła się najpierw myśl, potem gest i wreszcie samo słowo, a tym samym – znak, który to moje zamierzenie kompletnie unicestwił, a jednocześnie pokazał głęboką słuszność tego, co chciałem na przykładzie życia i pokuty niegdysiejszej Marii pokazać. A więc na Święta zostawię i siebie i czytelników tego bloga z nowym wpisem, a jednak wciąż w tej samej intencji – by dowieść, jak bardzo jedna nasza myśl, jedno nasze słowo i jeden nasz gest nie należą w żaden sposób tylko do nas.
Oto parę dni temu, jeden z blogerów, a jednocześnie dziennikarz Newsweeka, Piotr Śmiłowicz wezwał ludzi, którzy uważają krzyż za wartość szczególną, żeby każdy z nich, jeśli ma ochotę, wytatuował sobie znak owego krzyża na czole, zaznaczając jednocześnie, że to jest maksimum ustępstw na jakie go wobec Chrześcijan stać. Wprawdzie red. Śmiłowicz o robienie sobie tatuaży z jezusowym krzyżem na czole, zaapelował do „publicystów i polityków”, ale z kontekstu jego wypowiedzi wynika, że on swój apel kieruje do wszystkich osób, które uważają, że krzyż ma prawo być publicznie eksponowany, a więc na przykład i do mnie. Stąd więc, miedzy innymi dzisiejszy wpis.
Swoją drogą, ciekawe dlaczego zatem red. Śmiłowicz, dziennikarz Newsweeka i bloger, nie skierował swojego apelu w kwestii tatuaży, explicite do „wszystkich”, lecz tylko do „publicystów i polityków”? Myślę, że za tym zabiegiem krył się jednak i spryt i lęk. Red. Śmiłowicz wie, że, jak idzie o „publicystów i polityków” można sobie pozwalać na więcej. A, jak każdy minimalnie inteligentny czytelnik widzi, on sobie pozwolił tym razem na bardzo wiele.
Jak to się stało, że Piotr Śmiłowicz wpadł na pomysł, że każdy, kto uważa krzyż za wartość, może co najwyżej go sobie wyskrobać na czole i tak z nim chodzić? Jak to jest, że dla red. Śmiłowicza, w klasach szkolnych, w urzędach, przy drogach i w innych publicznych miejscach, krzyż jest czymś skandalicznie obraźliwym, natomiast wytatuowany na czołach mijanych na ulicy ludzi już nie.? Czy gdyby red. Śmiłowiczowi udało się wprowadzić taki obyczaj, że wszyscy pobożni ludzie w Polsce pokazywaliby się publicznie z krzyżem wytatuowanym na czole, to on by ten widok zawsze cierpliwie i spokojnie znosił, czy po pewnym czasie, kiedy by mu przeszedł pierwszy śmiech, zagnałby tych wszystkich ludzi do chirurga na operację usuwania tatuaży? To jest jedno z pytań, na które chętnie bym poznał odpowiedź.
Chodzi mi zresztą po głowie mnóstwo innych zagadek. Na przykład, czy te wytatuowane krzyże znalazłyby się na czołach ludzi pobożnych wszystkich, czy zależnie od wieku? Czy red. Śmiłowicz uważa, że małe dzieci, w wieku powiedzmy pierwszokomunijnym, mogłyby jeszcze nosić łańcuszki z krzyżykiem na szyjach, czy im też pozostałby już wyłącznie tatuaż? Na czole. No i kwestia być może najważniejsza i najbardziej podstawowa. Co by było, gdyby ktoś pobożny, przez swoją niechęć do tatuaży (są przecież wciąż jeszcze w liberalnych demokracjach tacy ludzie), odmówiłby zrobienia sobie tego znamienia? Czy red. Śmiłowicz zabroniłby takiej osobie eksponowania krzyża w ogóle, czy może zorganizowałby jakieś grupy – niewykluczone że złożone z uczniów któregoś z wrocławskich liceów – by owych buntowników, którzy nie chcą nosić tatuaży, wyłapywać i im wycinać te krzyże na czole nożem? A jeśli tak, to po co?
Wbrew pozorom, to pytanie nie jest pytaniem retorycznym. Redaktor Śmiłowicz nienawidzi znaku krzyża. Jego krzyż denerwuje i wyprowadza z równowagi. Domyślam się, że gdyby mógł, to by kazał pousuwać krzyże z wszystkim możliwych miejsc, gdzie on, jako przedstawiciel owej wspomnianej już liberalnej demokracji, musi je oglądać. A jednak mimo to, on chce, żeby pobożni ludzie eksponowali krzyże na swoich czołach. Więc ja, co chyba nawet dla Śmiłowicza jest zrozumiałe, chcę wiedzieć, do czego mu to jest potrzebne. Czy – tak jak już wspomniałem – on tę propozycję sformułował dla własnego śmiechu i prywatnej zabawy? Czy jemu chodzi o to, że kiedy on zobaczy na ulicy kogoś z krzyżem wytatuowanym na czole, będzie mógł się pośmiać, czy tam – w tej jego czarnej głowie – jest coś jeszcze? A jeśli jest, to co? Czy jest możliwe, że redaktor Piotr Śmiłowicz, bloger i dziennikarz ogólnopolskiej edycji prestiżowego, międzynarodowego magazynu, potrzebuje oznakować wszystkich pobożnych chrześcijan, żeby się z nich śmiać, czy jeszcze może po coś więcej? Na przykład po to, by mieć na nich oko? A jeśli on chce ich mieć pod kontrolą, to żeby im zrobić coś złego, czy może tylko od czasu do czasu jednemu z drugim podstawić nogę, czy walnąć go w głowę kamieniem, lub zgniłym kartoflem? A jeśli chodzi o to coś złego, to co by to mogło być?
Takie są te moje pytania, które kieruję pod adresem Piotra Śmiłowicza, ale mimo to nie do niego. Pod jego adresem, bo to on może i powinien na nie odpowiedzieć. A nie do niego, bo wiem, że mi nie odpowie. Nie odpowie mi, bo on nie rozmawia, ale tylko mówi. Widziałem to na jego blogu, że on nie dyskutuje. Siedzi w swoim mieszkaniu, myśli, a następnie to co wymyśli, wysyła w realną już bardzo przestrzeń. Albo za pieniądze swojemu kumplowi Wojciechowi Maziarskiemu, albo za darmo – tu do nas, żebyśmy zobaczyli, co się dzieje w liberalnych demokracjach. A więc albo jako zawodowy dziennikarz, albo pełen pasji bloger. A zatem – co oczywiste – jeśli ja stawiam te pytania, to nie po to, by uzyskać na nie odpowiedź, ale żeby pokazać, że one są. I jeszcze po coś. Żeby udowodnić już najbardziej dobitnie swoją tezę z poprzedniego wpisu. Że nic nie jest naszą prywatną sprawą. Czy mamy do czynienia z kimś, kto sprowadza sobie do domu prostytutki i raczy je i siebie kokainą, czy siedzi w domu zupełnie sam, i popijając co najwyżej wódkę czystą, duma sobie, jak by to było liberalnie i demokratycznie, gdyby tak wszystkim chrześcijanom wyrżnąć na czole krzyż, nic nie jest tylko naszą sprawą. Nawet gdyby Piotr Śmiłowicz nigdy tej swojej fascynacji pewnymi tatuażami nie ujawnił publicznie, lecz wyłącznie je śnił w serdecznym i cichym upojeniu, to też nie byłaby jego sprawa. Bo tak to się jakoś dzieje, że kiedy człowiek, wracając w niedzielny poranek z nocnej zabawy, słyszy dzwony kościoła, a później widzi ludzi udających się na poranną mszę i przyłapuje się na tym, że nie może swojego pełnego miłości spojrzenia oderwać od ich czół, wszystko co zrobi już później, wszystko co powie i wszystko co sobie zaplanuje będzie robił, mówił i planował w pewien ściśle zdeterminowany sposób. A świat to zauważy. I zadrży.
Jest jeszcze gorzej. Jest taka ewentualność – a domyślam się, że wielu obrońców red. Śmiłowicza wybierze własnie takie wyjaśnienie owego fenomenu – że Śmiłowicz napisał co napisał nie dlatego, że on tak naprawdę myśli, ale dlatego, że chciał błysnąć. A że jest zwykłym idiotą, to błysnął jak błysnął. Osobiście uważam, że tak nie jest. Mam w stosunku do Śmiłowicza wiele bardzo paskudnych podejrzeń, ale akurat nie to. Ja myślę – niestety – że on jest bardzo zwykły. Ale, nawet gdyby miało się okazać, że się co do niego mylę, to też jego ewentualny idiotyzm nie jest jego prywatną sprawą. No, po prostu nie. Nawet gdyby powiedział przepraszam.

środa, 26 listopada 2008

Zdesperowani, głupi, źli

Wiele osób komentujących moje teksty w Salonie, kpi ze mnie, że się udręczam oglądaniem TVN24, zamiast - jak przystało na idiotę z PiS-u - oglądać telewizję Trwam, albo przynajmniej TVP Info. Na swoje usprawiedliwianie miałem dotychczas to, że może i oglądam z upojeniem Szkło Kontaktowe, ale za to nikt mnie nie przyłapie na studiowaniu czegoś takiego, jak Newsweek. No i nagle, okazało się, ze to też był błąd. Bo, gdybym zajrzał od czasu do czasu, do wspomnianego tygodnika, zapoznałbym się z artykułem Wojciecha Maziarskiego, „Kaczyńscy muszą odejść" i może to ja, a nie mój serdeczny kolega rosemann, skopałbym Maziarskiego tak, jak na to zasłużył. Niestety, siedzę, jak głupi przed tym telewizorem i daję się wyprzedzać, jak dziecko (http://rosemann.salon24.pl/103926,index.html).
Trudno. Całe szczęście, że rosemann mnie toleruje, więc liczę na to, ze i dziś pozwoli mi skorzystać ze swojego odkrycia i wtrącić parę groszy. Zależy mi chociaż na bardzo skromnym skomentowaniu wystąpienia Wojciecha Maziarskiego z paru powodów. Przede wszystkim, mam wrażenie, że rosemann w swoim, znakomitym skądinąd, wpisie pominął jeden ważny bardzo punkt, a poza tym, swoje dwa ostatnie wpisy poświęciłem bardzo niebezpiecznym obsesjom kultywowanym przez ludzi dokładnie pokroju Maziarskiego i uważam, że te kilka słów uzupełnienia, pozwoli mi stworzyć bardzo efektowną klamrę dla całości problemu.
Gdyby ktoś nie wiedział, na czym polega sprawa, a nie chciało mu się czytać ani samego Maziarskiego, ani choćby podsumowania, którego dokonał rosemann, w paru słowach opowiem, o co poszło. Otóż, krótko mówiąc, Maziarski napisał w Newsweeku, że ponieważ przez polityczną aktywność Lecha Kaczyńskiego, rząd Donalda Tuska ma kłopoty z rządzeniem, należy coś zrobić z Prezydentem. Tytuł artykułu Maziarskiego wprawdzie odnosi się do obu braci Kaczyńskich, ale należy przypuszczać, że Jarosław Kaczyński wpadł Maziarskiemu do głowy zupełnie przy okazji, tak jakby pan redaktor doszedł do wniosku, że może, skoro będziemy się brać za jednego, to można by było od razu stuknąć i tego drugiego.
W jaki sposób Maziarski tłumaczy konieczność uporządkowania sytuacji? W taki mianowicie, że zdaniem Maziarskiego, nie może być tak, że Platforma Obywatelska wygrywa wybory parlamentarne, obejmuje z PSL większościowe rządy i nie może robić tego co jej przyjdzie do głowy, bo Prezydent wykorzystuje procedury i przeszkadza. Jak to możliwe, żeby doszło do sytuacji, że ktoś w demokracji ma większość i samo posiadanie tej większości nie pozwala na bezproblemowe korzystanie z tej większości? Przecież - zdaniem Maziarskiego - Prezydent, rzucając Donaldowi Tuskowi kłody pod nogi, w gruncie rzeczy dokonuje zamachu na wolę narodu, który przecież jednoznacznie pokazał, że jego zdaniem, rządom Platformy Obywatelskiej kłód pod nogi rzucać nie wolno. Czyniąc to co czyni, Prezydent gwałci Konstytucję, łamie prawo, dopuszcza się zbrodni wobec Narodu i w rezultacie zasługuje najpierw na sąd, a później kompletną anihilację.
Proszę spojrzeć, jaka jest sytuacja. Polska ma rząd, który, według coraz szerszej opinii, jest rządem całkowicie nieudolnym. Po roku działalności Donalda Tuska, jest kwestią właściwie stwierdzoną oficjalnie, że to, z czym mieliśmy dotychczas do czynienia jest kompletną porażką. Po tym roku, okazuje się, że nawet ktoś taki, jak Lech Kaczyński, człowiek ubezwłasnowolniony przez swoją jędzowatą żonę i przebiegłych doradców, uzależniony od alkoholu i cierpiący na przeróżne jawne i skryte choroby, człowiek tak fatalnie nieudany, jest w stanie kompletnie sparaliżować pracę tego gabinetu i tego premiera. Okazuje się nagle, że ten jeden rok, wykazał dobitnie, że ktoś taki jak Donald Tusk wobec kogoś takiego, jak Lech Kaczyński, okazał się kompletnie bezradny. A miało być tak pięknie.
I co na to wszystko proponuje Wojciech Maziarski? Oczywiście należy zrobić porządek z Prezydentem. Jak? No nie wiadomo jak, ale coś trzeba zrobić. I w tym momencie, Maziarski przedstawia wyliczenie, z którego wynika, że Lech Kaczyński dokonał faktycznego zamachu stanu. A to już jest podstawa do podjęcia działań. Rosemann naiwnie sugeruje, ze Maziarski jest po prostu głupi. I tu ja protestuję. On może i jest głupi - w końcu nie on pierwszy i nie ostatni - ale wcale nie koniecznie. Moim zdaniem, Maziarski jest człowiekiem najzwyczajniej zdesperowanym. On po prostu nie może już Kaczyńskich znieść. Na początku, on liczył - podobnie jak wielu innych szaleńców - że sprawę rozwiąże się przy pomocy najprostszego prawa. Jest przestępstwo - jest kara - jest więzienie. Tymczasem okazało się, że to była pomyłka. Wydawało się więc, że może odpowiednia propaganda unicestwi znienawidzone kartofle. Też nic. A na domiar złego, wygląda na to, ze nawet internauci zaczynają okazywać zniecierpliwienie.
Wielu przyjaciół Maziarskiego w cierpieniu, zrozumiało, że proste rozwiązania są na nic. I o tym pisałem w moim blogu i wczoraj i przedwczoraj. On sam, jako człowiek światły i kulturalny, nie lubi przemocy, a krwią się brzydzi. Stąd ta jego rozpacz. I stąd zaczyna wymyślać tak brawurowe konstrukcje, jak te, które przedstawił w Newsweeku i które tak zirytowały rosemanna. No ale co ma robić? Modlić się o awarię samolotu, czy może o jakiś efektowny nowotwór dla pana prezydenta? A może ma sam wziąć nóż z kuchni i zaczaić się gdzieś na Krakowskim Przedmieściu?
Oczywiście głupio to mówić, ale naprawdę wszystko wskazuje na to, że innego wyjścia on i ludzie o jego mentalności po prostu nie mają. Lech Kaczyński - sam jeden - jest po prostu po stokroć lepszy od każdego ministra, od całego rządu i od samego Donalda Tuska. Politycznie, intelektualnie, zawodowo - jest po prostu dla nich nie do przeskoczenia. Nawet jeśli Maziarski tego sobie nie uświadamia, to on to niewątpliwie czuje. I stąd ten jego strach. Nie głupota. Zwykły strach.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...