Wczoraj na swoim blogu Coryllus
zamieścił tekst zatytułowany „Infantylizacja żołnierzy wyklętych” którego
podstawowa myśl wystarczająco mocno manifestuje się już w samym tytule, jednak
odpowiedniemu doprecyzowaniu ulega w jednym z pierwszych zdań wspomnianego
tekstu, a mianowicie w opinii, że „jeśli
bowiem ktoś uważa, że podejmowanie tematów dotyczących żołnierzy wyklętych i
mieszanie ich z popkulturą, prowadzi do jakiegoś dobrego celu, ten musi biec do
lekarza. I to natychmiast”.
A ja zdecydowałem się dziś zająć tą
kwestią z dwóch względów i jest w błędzie ktoś kto myśli, że poszło o kolejne
zdania, gdzie, choćby odnosząc się do kompletnie fałszywej rzeczywistości,
pisze Coryllus iż „wielu osobom zdaje
się, że jeśli z postawy i śmierci tych ludzi zrobimy jakieś popkulturowe ikony,
nie wspominając przy tym ani słowem o kontekstach politycznych i historycznych,
to uzyskamy fantastyczny efekt [który] będzie
polegał na tym, że rzesze całe młodzieży, gotować się będą na śmierć za
ojczyznę, [a] każdy kto tych
przygotowań nie podejmie zostanie okrzyknięty zdrajcą”. To jest oczywiście
nieprawda, bo ani nikomu się nie zdaje, że dzięki wkręcaniu tej części polskiej
historii w popkulturę uda się zachęcić kogokolwiek, w tym młodzież, do
umierania za Ojczyznę, ani tym bardziej, że wszystkich tych, którzy nie
zadeklarują owej chęci, zostaną okrzyknięci zdrajcami. Ten rodzaj retoryki – bo
biorę pod uwagę, że to jest tylko retoryka – nie ma najmniejszej mocy. Chodzi
mi mianowicie o coś innego. Przede wszystkim, zasadniczo nie zgadzam się z
opinią, że owa „infantylizacja”, zarówno żołnierzy wyklętych jak i tego
wszystkiego, co kojarzy się z tym co niektórzy lubią nazywać „bohaterskim
polskim męczeństwem”, nie jest niczym dobrym. Powiem więcej, moim zdaniem, jeśli
zależy nam na tym, by zainteresować
dzieci, młodzież, a nawet młodszych-starych, ową bohaterską historią, a przez
zainteresowania mam na myśli wzbudzenie w nich względnie trwałych emocji, nie
znajdziemy na to innego sposobu, jak maksymalne zinfantylizowanie tematu, czyli
– powiedzmy to wreszcie jasno – umieszczenie tych wszystkich bohaterów i
konteksty, w których oni działali, w najbardziej ordynarnym popie. A to z tej
prostej przyczyny, że poza popem nie ma nic; poza popem mamy już tylko to, co tworzy
wieczną porażkę.
A to mnie prowadzi do refleksji kolejnej,
która tu się pojawia od kwietnia 2010 roku, i która, kto wie, czy nie została
przez mnie zaprezentowana jeszcze wcześniej, również w dziś już niedostępnej książce o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji, że wszystko co daje realne
zwycięstwo ma swój początek i koniec w popie właśnie. Jedyna kwestia, o której
warto dyskutować to ta, z jakim talentem potrafimy ów pop eksploatować i na ile
uda się nam przy tym zachować podstawową uczciwość wobec tego, do kogo nas
przekaz jest skierowany. Mówiąc krótko, najgorsze – i tak naprawdę jedyne –
zło, jakie ryzykujemy, sprowadza się do tego, że w którymś momencie zaczniemy
lekceważyć ludzi i potraktujemy ich jak naturalnie głupszych od siebie.
Wspomniałem o kwietniu 2010 roku, bo
przypomniał mi się tekst, który właśnie wtedy opublikowałem tu pod tytułem „Ich
oczy nucą pop”, a w którym, jak sądzą bardzo celnie pokazałem, w jaki sposób wspomniana
przez Coryllusa „infantylizacja” może okazać się porażką, ale też jak
najbardziej zwycięstwem. To był czas gdy zarówno w galeriach handlowych, jak i
w sklepach z pamiątkami we Władysławowie i na zakopiańskich Krupówkach,
królowały koszulki z „Borubarem” oraz radiem, które „ma ryja” i musiało upłynąć
wiele lat, zanim wszystkie zostały – w co głęboko wierzę, skutecznie i na
długie dekady – wyparte przez biało-czerwone flagi, szaliki z napisem „Śmierć
wrogom Ojczyzny” i t-shirty z podobiznami rotmistrza Pileckiego, Zygmunta
Szendzielarza, czy Danutą Siedzikówną. No ale przede wszystkim też to, jak poza
nią – a więc poza popkulturą – nie ma nic, poza bezużytecznym głupstwem. Bardzo
proszę o uwagę:
Kultura pop, taka jaką dziś znamy, oczywiście cuchnie i każdy z nas jest
w stanie wykazać na wiele przeróżnych sposobów, że ta ocena jest jak
najbardziej sprawiedliwa. Mimo to, nie da się też ukryć, że z punktu widzenia
tego co się liczy i co w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie, nie ma nic ponad ten
pop, ponad wszystko z czego on wyrasta i ponad to, co on tworzy. Od pierwszych
dni, kiedy na tym blogu zaczęły pojawiać się te refleksje, problem wpływu jaki
kultura popularna ma na nasze życie spotykał się ze szczególnym szacunkiem. Od
pierwszych dni bowiem, kiedy pojawił się problem tego nieprawdopodobnego,
bezprecedensowego kłamstwa i manipulacji, jakie niszczy Polskę i nas
wszystkich, wiadomo było, że sukces tej czarnej misji mógł się powieść
wyłącznie dzięki potędze kultury popularnej. Tych kolorowych magazynów, tych
kabaretów, tych żartów, tańców, tego wielkiego, niekończącego się supermarketu.
Tej galerii. Tego co w języku angielskim określa się słowem mall.
A zatem, nie sposób tę kulturę lekceważyć. Szczególnie dziś, gdy wszyscy
bardzo wyraźnie możemy zobaczyć z jaką siłą ta właśnie kultura – ten pop – w
tak spektakularnym geście, najpierw rozerwał na strzępy, a następnie zmiótł z
powierzchni ziemi niemal całą polityczną, intelektualną, czy po prostu
kulturową elitę naszego kraju. Bo to on stał na samym początku tego
dalekosiężnego planu. To pop. I jeśli te słowa czyta jakiś ambitny miłośnik
kultury wyższej i czuje w tej chwili niepokój, to niech wie, że tam nie było
nic więcej ponad zwykły pop. Naprawdę nie ma się czym szczycić.
Chodzi mi po głowie ten pop, bo i sam nie jestem bez winy. Tak się
składa, że znaczna część mojej wrażliwości jest właśnie stamtąd. Właśnie
stamtąd. Tyle że ja akurat czuję – i wiem że mam rację – że udało mi się ten
pop wykorzystać dla siebie, a nie pozwolić, by to on mnie wykorzystał i
wystawił na pośmiewisko czasów. Jak wielu innych. Dziś. A więc przychodzi dziś
mi do głowy ten pop w postaci wiecznie niezgłębionego „Ojca Chrzestnego” Puzzo
oraz Coppoli. Druga jego część, kiedy ktoś chce zabić Michaela Corleone, ale jakimś
cudem on, jego żona i syn uchodzą z życiem i już po chwili okazuje się, że
nawet nie dowiemy się, kto stał za tym zamachem, bo obaj zabójcy już i tak nie
żyją, a zatem łańcuch się urwał. Nic takiego. Jak mówię, normalny pop.
Ale to już przeszłość. Obiecywałem sobie, że nie będę się zajmował
grzebaniem w przyczynach katastrofy – KATASTROFY! – spod Smoleńska, bo i po co?
I tak nic z tego. I tak umrę, nie doczekawszy się oficjalnego potwierdzenia
tego, co się tam naprawdę stało. Ale się nie da. Moje dzieci choćby wciąż o tym
gadają. Grzebią w Internecie, zbierają jakieś relacje, wciąż czytają jakieś
ekspertyzy, ale – jakby tego było mało – są coraz bardziej przerażone i to
przerażenie rozsiewają wokół. Pomyślcie tylko, jak one się czują. W efekcie jest
tak, że nie sposób żyć, gdy wciąż wraca obraz tych biednych pilotów, którzy
najprawdopodobniej przez te kilkanaście sekund wiedzieli jedno: że, cholera,
wszystko przestało działać. Że to co było zawsze takie proste – no ma człowiek
ten fach i to doświadczenie – w pewnym momencie staje się niczym. A tu, nagle
widać, jak pojawiła się obca ręka. I nie ma sposobu by ją odsunąć. Jakież to
straszne!
A więc tak się jakoś dzieje, że ten nastrój faluje. Od prawdziwego
życia, od tego mięsa – do przygody i zwykłych wzruszeń. Trochę mi to przypomina
muzykę do „Taksówkarza” Scorsesego, gdzie groza przeplata się nieustannie z
taką niezwykła lirycznością. A więc słyszę te codzienne głosy, które wciąż do
mnie dochodzą jak złe fatum i znak zwykłej beznadziei, a jednocześnie wspominam
te tłumy, te znicze, tę desperację, żeby nie ulec, nie zrezygnować. By dać
znak. I żyję nadzieją. A później znów przychodzi ta noc. I znów myślę o tych
wspaniałych, świetnie wyszkolonych pilotach, znakomitych, pewnych siebie
fachowcach, i myślę – co oni czuli w momencie, gdy zorientowali się, że na
pokładzie jest jeszcze ktoś, kogo nikt się nie spodziewał. No bo, kurcze, takie
rzeczy się nie dzieją. Nie tu.
Myślałem, że ta żałoba potrwa dłużej. Że to co się stało, to jest coś
tak wielkiego, coś tak niewyobrażalnego, coś tak oczywistego nawet dla
najbardziej pustej głowy, że każdy musi temu ulec. Że nie ma takiej
niewrażliwości, takiej bezmyślności, czy wreszcie takiej obojętności, która nie
przestanie w tej sytuacji wciąż gadać. A tu mamy pop. Niezniszczalny, nigdy nie
zmęczony, zawsze na posterunku – pop.
A więc i mi przychodzi do głowy coś równie mocnego jak ci wszyscy ludzie
– i tu i tam i wszędzie, którzy nagle uznali, że zabawa się wcale nie
skończyła. Przypomina mi się inny film, „Prawdziwy romans”, gdy niejaki Virgil,
brutalny morderca do wynajęcia, siedzi w fotelu nad zmasakrowaną Alabamą, którą
zresztą już za chwilę ma zabić i mówi mniej więcej w ten sposób: „Pierwszy człowiek jakiego zabijasz, jest
zawsze najgorszy. Nie ma znaczenia, czy jesteś Dusicielem z Bostonu czy jakimś
Wyattem Earpem, Założę się, że ten facet, Charles Whitman, który z tamtej wieży
wystrzelał tych wszystkich ludzi, musiał to przeżyć. Choćby pierwszego z nich.
Poważnie. Pierwszy jest zawsze ciężki. Drugi już jest łatwiejszy. Zdecydowanie
łatwiejszy. Pewnie – wciąż się coś czuje, ale już nie tak. Trzeci to już
pestka. Trzeci to nic. Dochodzi do tego, że w końcu zabijasz ludzi tylko po to,
by sobie popatrzeć, jak się zmienia wyraz ich twarzy”.
I myślę sobie, że to właśnie tak musi wyglądać. Najtrudniej było na
początku. Niewykluczone, że niektórzy – na wiadomość o tym co się stało – w
pierwszej chwili się zwyczajnie porzygali. Ja sam przez kilka dni oglądałem ich
poszarzałe z przerażenia twarze. Dziś już jest im łatwiej. Ale przecież, jak
uczy kultura popularna, drugi raz jest już zdecydowanie łatwiejszy. A trzeci –
wystarczy się rozejrzeć. Nawet nie trzeba szczególnie nastawiać uszu.
A mi wciąż żal tych pilotów, bo mogę się domyślać, co oni czuli w
ostatnich chwilach tamtego strasznego lotu. I żal mi Prezydenta i pani
Kaczyńskiej i wszystkich tych ludzi, którzy – tak im się w życiu złożyło –
znaleźli się tam, wtedy, na samym końcu tego strasznego planu. I z których dziś
pozostały tylko skrawki, które wpadły w ręce ludzi złych. I tych tutaj i
tamtych – tam. I żal mi Jarosława Kaczyńskiego, który kiedy nawet jeszcze nie
opadła ta dziwna smoleńska mgła, znalazł się w samym środku szyderstw ze strony
tych, którzy już nie są debiutantami, ale doświadczonymi uczestnikami tej gry.
Już jest spokojnie.
Uważajmy na nich. Oni w tej chwili robią to co robią, i mówią to co
mówią, już tylko po to, by zobaczyć, jak zmienia się wyraz naszych twarzy. A
więc starajmy się. Zachowajmy postawę wyprostowaną. Pamiętajmy choćby o roku
1990. Ja, na przykład, wspominam słowa, które padły wtedy, w sobotę przed
pierwszą turą wyborów prezydenckich z ust osoby mi bardzo bliskiej: „Jestem dziwnie spokojny. Mazowiecki wygra w
pierwszej turze”. I powiem szczerze, że wtedy – wbrew mojej nadziei i
wierze – bałem się, że on może mieć rację.
