Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura popularna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura popularna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 lutego 2020

Nasze usta nucą pop


        Wczoraj na swoim blogu Coryllus zamieścił tekst zatytułowany „Infantylizacja żołnierzy wyklętych” którego podstawowa myśl wystarczająco mocno manifestuje się już w samym tytule, jednak odpowiedniemu doprecyzowaniu ulega w jednym z pierwszych zdań wspomnianego tekstu, a mianowicie w opinii, że „jeśli bowiem ktoś uważa, że podejmowanie tematów dotyczących żołnierzy wyklętych i mieszanie ich z popkulturą, prowadzi do jakiegoś dobrego celu, ten musi biec do lekarza. I to natychmiast”.
       A ja zdecydowałem się dziś zająć tą kwestią z dwóch względów i jest w błędzie ktoś kto myśli, że poszło o kolejne zdania, gdzie, choćby odnosząc się do kompletnie fałszywej rzeczywistości, pisze Coryllus iż „wielu osobom zdaje się, że jeśli z postawy i śmierci tych ludzi zrobimy jakieś popkulturowe ikony, nie wspominając przy tym ani słowem o kontekstach politycznych i historycznych, to uzyskamy fantastyczny efekt [który] będzie polegał na tym, że rzesze całe młodzieży, gotować się będą na śmierć za ojczyznę, [a] każdy kto tych przygotowań nie podejmie zostanie okrzyknięty zdrajcą”. To jest oczywiście nieprawda, bo ani nikomu się nie zdaje, że dzięki wkręcaniu tej części polskiej historii w popkulturę uda się zachęcić kogokolwiek, w tym młodzież, do umierania za Ojczyznę, ani tym bardziej, że wszystkich tych, którzy nie zadeklarują owej chęci, zostaną okrzyknięci zdrajcami. Ten rodzaj retoryki – bo biorę pod uwagę, że to jest tylko retoryka – nie ma najmniejszej mocy. Chodzi mi mianowicie o coś innego. Przede wszystkim, zasadniczo nie zgadzam się z opinią, że owa „infantylizacja”, zarówno żołnierzy wyklętych jak i tego wszystkiego, co kojarzy się z tym co niektórzy lubią nazywać „bohaterskim polskim męczeństwem”, nie jest niczym dobrym. Powiem więcej, moim zdaniem, jeśli zależy nam na tym, by  zainteresować dzieci, młodzież, a nawet młodszych-starych, ową bohaterską historią, a przez zainteresowania mam na myśli wzbudzenie w nich względnie trwałych emocji, nie znajdziemy na to innego sposobu, jak maksymalne zinfantylizowanie tematu, czyli – powiedzmy to wreszcie jasno – umieszczenie tych wszystkich bohaterów i konteksty, w których oni działali, w najbardziej ordynarnym popie. A to z tej prostej przyczyny, że poza popem nie ma nic; poza popem mamy już tylko to, co tworzy wieczną porażkę. 
      A to mnie prowadzi do refleksji kolejnej, która tu się pojawia od kwietnia 2010 roku, i która, kto wie, czy nie została przez mnie zaprezentowana jeszcze wcześniej, również w dziś już niedostępnej książce o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji, że wszystko co daje realne zwycięstwo ma swój początek i koniec w popie właśnie. Jedyna kwestia, o której warto dyskutować to ta, z jakim talentem potrafimy ów pop eksploatować i na ile uda się nam przy tym zachować podstawową uczciwość wobec tego, do kogo nas przekaz jest skierowany. Mówiąc krótko, najgorsze – i tak naprawdę jedyne – zło, jakie ryzykujemy, sprowadza się do tego, że w którymś momencie zaczniemy lekceważyć ludzi i potraktujemy ich jak naturalnie głupszych od siebie.
       Wspomniałem o kwietniu 2010 roku, bo przypomniał mi się tekst, który właśnie wtedy opublikowałem tu pod tytułem „Ich oczy nucą pop”, a w którym, jak sądzą bardzo celnie pokazałem, w jaki sposób wspomniana przez Coryllusa „infantylizacja” może okazać się porażką, ale też jak najbardziej zwycięstwem. To był czas gdy zarówno w galeriach handlowych, jak i w sklepach z pamiątkami we Władysławowie i na zakopiańskich Krupówkach, królowały koszulki z „Borubarem” oraz radiem, które „ma ryja” i musiało upłynąć wiele lat, zanim wszystkie zostały – w co głęboko wierzę, skutecznie i na długie dekady – wyparte przez biało-czerwone flagi, szaliki z napisem „Śmierć wrogom Ojczyzny” i t-shirty z podobiznami rotmistrza Pileckiego, Zygmunta Szendzielarza, czy Danutą Siedzikówną. No ale przede wszystkim też to, jak poza nią – a więc poza popkulturą – nie ma nic, poza bezużytecznym głupstwem. Bardzo proszę o uwagę:

      Kultura pop, taka jaką dziś znamy, oczywiście cuchnie i każdy z nas jest w stanie wykazać na wiele przeróżnych sposobów, że ta ocena jest jak najbardziej sprawiedliwa. Mimo to, nie da się też ukryć, że z punktu widzenia tego co się liczy i co w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie, nie ma nic ponad ten pop, ponad wszystko z czego on wyrasta i ponad to, co on tworzy. Od pierwszych dni, kiedy na tym blogu zaczęły pojawiać się te refleksje, problem wpływu jaki kultura popularna ma na nasze życie spotykał się ze szczególnym szacunkiem. Od pierwszych dni bowiem, kiedy pojawił się problem tego nieprawdopodobnego, bezprecedensowego kłamstwa i manipulacji, jakie niszczy Polskę i nas wszystkich, wiadomo było, że sukces tej czarnej misji mógł się powieść wyłącznie dzięki potędze kultury popularnej. Tych kolorowych magazynów, tych kabaretów, tych żartów, tańców, tego wielkiego, niekończącego się supermarketu. Tej galerii. Tego co w języku angielskim określa się słowem mall.
      A zatem, nie sposób tę kulturę lekceważyć. Szczególnie dziś, gdy wszyscy bardzo wyraźnie możemy zobaczyć z jaką siłą ta właśnie kultura – ten pop – w tak spektakularnym geście, najpierw rozerwał na strzępy, a następnie zmiótł z powierzchni ziemi niemal całą polityczną, intelektualną, czy po prostu kulturową elitę naszego kraju. Bo to on stał na samym początku tego dalekosiężnego planu. To pop. I jeśli te słowa czyta jakiś ambitny miłośnik kultury wyższej i czuje w tej chwili niepokój, to niech wie, że tam nie było nic więcej ponad zwykły pop. Naprawdę nie ma się czym szczycić.
      Chodzi mi po głowie ten pop, bo i sam nie jestem bez winy. Tak się składa, że znaczna część mojej wrażliwości jest właśnie stamtąd. Właśnie stamtąd. Tyle że ja akurat czuję – i wiem że mam rację – że udało mi się ten pop wykorzystać dla siebie, a nie pozwolić, by to on mnie wykorzystał i wystawił na pośmiewisko czasów. Jak wielu innych. Dziś. A więc przychodzi dziś mi do głowy ten pop w postaci wiecznie niezgłębionego „Ojca Chrzestnego” Puzzo oraz Coppoli. Druga jego część, kiedy ktoś chce zabić Michaela Corleone, ale jakimś cudem on, jego żona i syn uchodzą z życiem i już po chwili okazuje się, że nawet nie dowiemy się, kto stał za tym zamachem, bo obaj zabójcy już i tak nie żyją, a zatem łańcuch się urwał. Nic takiego. Jak mówię, normalny pop.
      Ale to już przeszłość. Obiecywałem sobie, że nie będę się zajmował grzebaniem w przyczynach katastrofy – KATASTROFY! – spod Smoleńska, bo i po co? I tak nic z tego. I tak umrę, nie doczekawszy się oficjalnego potwierdzenia tego, co się tam naprawdę stało. Ale się nie da. Moje dzieci choćby wciąż o tym gadają. Grzebią w Internecie, zbierają jakieś relacje, wciąż czytają jakieś ekspertyzy, ale – jakby tego było mało – są coraz bardziej przerażone i to przerażenie rozsiewają wokół. Pomyślcie tylko, jak one się czują. W efekcie jest tak, że nie sposób żyć, gdy wciąż wraca obraz tych biednych pilotów, którzy najprawdopodobniej przez te kilkanaście sekund wiedzieli jedno: że, cholera, wszystko przestało działać. Że to co było zawsze takie proste – no ma człowiek ten fach i to doświadczenie – w pewnym momencie staje się niczym. A tu, nagle widać, jak pojawiła się obca ręka. I nie ma sposobu by ją odsunąć. Jakież to straszne!
      A więc tak się jakoś dzieje, że ten nastrój faluje. Od prawdziwego życia, od tego mięsa – do przygody i zwykłych wzruszeń. Trochę mi to przypomina muzykę do „Taksówkarza” Scorsesego, gdzie groza przeplata się nieustannie z taką niezwykła lirycznością. A więc słyszę te codzienne głosy, które wciąż do mnie dochodzą jak złe fatum i znak zwykłej beznadziei, a jednocześnie wspominam te tłumy, te znicze, tę desperację, żeby nie ulec, nie zrezygnować. By dać znak. I żyję nadzieją. A później znów przychodzi ta noc. I znów myślę o tych wspaniałych, świetnie wyszkolonych pilotach, znakomitych, pewnych siebie fachowcach, i myślę – co oni czuli w momencie, gdy zorientowali się, że na pokładzie jest jeszcze ktoś, kogo nikt się nie spodziewał. No bo, kurcze, takie rzeczy się nie dzieją. Nie tu.
      Myślałem, że ta żałoba potrwa dłużej. Że to co się stało, to jest coś tak wielkiego, coś tak niewyobrażalnego, coś tak oczywistego nawet dla najbardziej pustej głowy, że każdy musi temu ulec. Że nie ma takiej niewrażliwości, takiej bezmyślności, czy wreszcie takiej obojętności, która nie przestanie w tej sytuacji wciąż gadać. A tu mamy pop. Niezniszczalny, nigdy nie zmęczony, zawsze na posterunku – pop.
      A więc i mi przychodzi do głowy coś równie mocnego jak ci wszyscy ludzie – i tu i tam i wszędzie, którzy nagle uznali, że zabawa się wcale nie skończyła. Przypomina mi się inny film, „Prawdziwy romans”, gdy niejaki Virgil, brutalny morderca do wynajęcia, siedzi w fotelu nad zmasakrowaną Alabamą, którą zresztą już za chwilę ma zabić i mówi mniej więcej w ten sposób: „Pierwszy człowiek jakiego zabijasz, jest zawsze najgorszy. Nie ma znaczenia, czy jesteś Dusicielem z Bostonu czy jakimś Wyattem Earpem, Założę się, że ten facet, Charles Whitman, który z tamtej wieży wystrzelał tych wszystkich ludzi, musiał to przeżyć. Choćby pierwszego z nich. Poważnie. Pierwszy jest zawsze ciężki. Drugi już jest łatwiejszy. Zdecydowanie łatwiejszy. Pewnie – wciąż się coś czuje, ale już nie tak. Trzeci to już pestka. Trzeci to nic. Dochodzi do tego, że w końcu zabijasz ludzi tylko po to, by sobie popatrzeć, jak się zmienia wyraz ich twarzy”.
      I myślę sobie, że to właśnie tak musi wyglądać. Najtrudniej było na początku. Niewykluczone, że niektórzy – na wiadomość o tym co się stało – w pierwszej chwili się zwyczajnie porzygali. Ja sam przez kilka dni oglądałem ich poszarzałe z przerażenia twarze. Dziś już jest im łatwiej. Ale przecież, jak uczy kultura popularna, drugi raz jest już zdecydowanie łatwiejszy. A trzeci – wystarczy się rozejrzeć. Nawet nie trzeba szczególnie nastawiać uszu.
      A mi wciąż żal tych pilotów, bo mogę się domyślać, co oni czuli w ostatnich chwilach tamtego strasznego lotu. I żal mi Prezydenta i pani Kaczyńskiej i wszystkich tych ludzi, którzy – tak im się w życiu złożyło – znaleźli się tam, wtedy, na samym końcu tego strasznego planu. I z których dziś pozostały tylko skrawki, które wpadły w ręce ludzi złych. I tych tutaj i tamtych – tam. I żal mi Jarosława Kaczyńskiego, który kiedy nawet jeszcze nie opadła ta dziwna smoleńska mgła, znalazł się w samym środku szyderstw ze strony tych, którzy już nie są debiutantami, ale doświadczonymi uczestnikami tej gry. Już jest spokojnie.
      Uważajmy na nich. Oni w tej chwili robią to co robią, i mówią to co mówią, już tylko po to, by zobaczyć, jak zmienia się wyraz naszych twarzy. A więc starajmy się. Zachowajmy postawę wyprostowaną. Pamiętajmy choćby o roku 1990. Ja, na przykład, wspominam słowa, które padły wtedy, w sobotę przed pierwszą turą wyborów prezydenckich z ust osoby mi bardzo bliskiej: „Jestem dziwnie spokojny. Mazowiecki wygra w pierwszej turze”. I powiem szczerze, że wtedy – wbrew mojej nadziei i wierze – bałem się, że on może mieć rację.






poniedziałek, 2 września 2013

Czy Kitty to dziewczynka?

Mieliśmy dwutygodniową przerwę w zaglądaniu na łamy "Warszawskiej Gazety" i powiem szczerze, że była ona jak najbardziej celowa. Po prostu, ani tekst poprzedni, ani ten jeszcze wczesniejszy jakoś tu moim zdaniem nie pasowały. Natomiast ten o Kitty, jak najbardziej. Posłuchajmy więc.

Jak idzie o kwestię ewentualnej obecności Szatana w naszym życiu, moje podejście jest idealnie ambiwalentne. Z jednej strony, bardzo się staram ową obecność lekceważyć, a więc ani o nim szczególnie mocno nie myśleć, nie rozważać jego – znów ewentualnej – ukrytej to tu to tam obecności, a już na pewno owej obecności specjalnie nie wypatrywać, z drugiej jednak strony ani mi w głowie uznać, że jego nie ma, albo że nawet jeżeli, to z pewnością nie tu. Obok. Między nami.
Z tego też powodu, jeśli ktoś mnie przestrzega, żebym albo nie słuchał jakiejś muzyki, albo nie oglądał pewnych obrazów, czy nie odwiedzał pewnych miejsc, bo tam czeka na mnie Szatan, to ja nie widzę powodu, by tu się akurat jakoś szczególnie denerwować, jednak zawsze biorę pod uwagę możliwość, że on tam te swoje czarne palce w ten czy inny sposób wpycha.
Tyle że, znów, nie moja sprawa, nie moje zmartwienie. W razie czego, zawsze mam do dyspozycji znak krzyża i określony zestaw modlitw.
I teraz, jak idzie o reakcje innych na te dylematy, przyznaję chętnie, że jeśli z jednej strony widzę obsesyjne wypatrywanie obecności Złego, a z drugiej kpiny i szyderczy śmiech, to ja już wybieram ostrożność, choćby po to, by nie popaść w głupią beztroskę, z której zostanę niemiło wyrwany.
Zauważyłem ostatnio, że wiadomości, jakie docierają do mnie z Internetu, choćby nie wiadomo jak drobne i nieistotne, niezwykle szybko stają się własnością publiczną. Rzecz w tym, że kiedy przychodzi do mnie moje dziecko i przekazuje mi informację, która jest dla mnie całkowicie nowa i egzotyczna, mogę być pewien, że nie minie godzina, a ja o tym przeczytam na blogach, a jak wpiszę odpowiednie hasło w googla, od razu okaże się, że to wiedzą już wszyscy. Tak też było z wiadomością dotyczącą tego, że niezwykle popularna rysunkowa postać o imieniu Kitty, bohaterka dziecięcych bajeczek zatytułowanych „Hello Kitty”, to wynik paktu, jaki z Szatanem podpisała ich autorka. Mówiąc krótko, chodziło o to, że swego czasu pewne dziecko zachorowało na ciężki nowotwór, a ponieważ modlitwy, jakie matka kierowała do Boga, nie przynosiły efektu, ona ostatecznie skutecznie wyprosiła ów ratunek u samego Diabła, na pamiątkę czego stworzyła ów tytuł, podobno poprawnie czytany, jako Hell-O-Kitty.
Otóż, jak mówię, jeśli owa historia mnie interesuje, to nie przez moje satanistyczne obsesje, ale wyłącznie jako zjawisko religijno-kulturowe. Bo rzecz nie w tym, czy ta historia to prawda, czy może szaleństwo, ale w tym, że zawsze możemy postawić pytanie: „A co jeśli tak?”
Bo jeśli nie, to nie ma o czym gadać. Natomiast, jeśli tak, to mamy problem. I to problem nie byle jaki. My bowiem sobie poradzimy, ale jeśli to prawda – a ja znów zapytam: „Czemu nie?” – to lepiej będzie się nie śmiać.

Jak zwykle proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Zapewniam, że każdy grosz zostanie przeznaczony na konieczne bieżące wydatki i podstawowe życie. Dziękuję.

niedziela, 12 września 2010

O starszych i młodszych Żydach w moherowych beretach

Po raz kolejny okazało się, że jednym z głównych gwarantów skuteczności jest tak zwana upierdliwość. W naszym wypadku, wszystko sprowadziło się do tego, że nasz kolega Student SGH, tyle razy użył w swojej argumentacji epitetu ‘mohery’ i tyle razy zrobił to w sposób świadczący niezbicie o tym, że on nie ma pojęcia, o czym mówi, że poczułem się zmuszony do zabrania głosu, już nie w polu przeznaczonym na komentarz, lecz tu, w normalnym blogowym wpisie.
Jak wiemy, kiedy oni potrzebują użyć wobec nas argumentu ostatecznego, kończącego dyskusję i zamykającego nam usta raz i na dobre, informują nas, że ponieważ jesteśmy ‘moherami’, wszystko co chcemy powiedzieć, nie ma żadnego znaczenia i równie dobrze możemy mówić do ściany. I odwrotnie, jeśli ktoś z nas z jakiegoś powodu zostanie przez nich uznany za partnera, to natychmiast musimy się dowiedzieć, że wprawdzie jesteśmy głupi, nawiedzeni i mało przytomni, ale mimo to zostajemy dopuszczeni do rozmowy, bo tymi ‘moherami’ jednak nie jesteśmy.
Co trzeba zrobić, żeby będąc wyborcą Prawa i Sprawiedliwości, nie być ‘moherem’ jest dość oczywiste. Należy mieć mniej niż 60 lat i legitymować się co najmniej tytułem magisterskim. Dobrze jest też oprócz tego mieszkać w dużym mieście i najlepiej być co najmniej tzw. agnostykiem, a skoro już się wybiera jakąś religijność, to dobrze żeby to nie był rzymski katolicyzm, a już na pewno nie przejawiający się nieironicznym używaniem fraz takich jak ‘Bóg zapłać” i „Szczęść Boże”. Co trzeba z kolei, żeby (mówimy oczywiście wciąż wyłącznie o wyborcach PiS-u) tym ‘moherem’ być. Otóż tu mamy do czynienia z pewnym problemem. Jeśli ktoś przekroczył sześćdziesiątkę i w jakikolwiek sposób demonstruje swoją pobożność – może się już czuć oznaczony. Czy musi chodzić w moherowym berecie? Otóż to nie jest absolutnie warunek konieczny. Beret oczywiście pomaga, ale większego znaczenia nie ma. Co natomiast zrobić z ludźmi, którzy są bardzo pobożni, wykształceni, lubią słuchać Radia Maryja, a na swoje szczęście jeszcze – są w wieku średnim, lub jeszcze młodsi? A nie wolno nam jeszcze zapominać o starszych paniach, noszących na głowach berety jak najbardziej moherowe, chodzące co niedziela do kościoła, a Jarosława Kaczyńskiego nienawidzących z całego serca, o czym informują nas co dzień w telefonach do Szkła Kontaktowego? Czy to też ‘mohery’, czy już nie? No, to już wygląda na poważny dramat. Jednak oni nie byliby sobą, gdyby i z tym sobie jakoś nie poradzili.
O ile dobrze odgaduję sposób kombinowania zaprezentowany nam tu przez naszego studenta – będącego w końcu ledwie symbolem pewnego szerszego nurtu – oni postanowili założyć, że jeśli ktoś jest bardzo pobożny i jeszcze, nie daj Boże, tę swoją pobożność częściowo realizuje słuchając Radia Maryja, nie może być ani młody, ani wykształcony, ani – oczywiście – nie może nie lubić Jarosława Kaczyńskiego. I odwrotnie – jeśli ktoś ma więcej niż 60 lat, nie jest co najmniej magistrem, i przechodząc obok kościoła robi znak krzyża, z całą pewnością słucha regularnie Radia Maryja. I możliwe bardzo, że jest brzydki, pomarszczony i na głowie ma ten obciachowy beret. To założenie, rozjaśniło im scenę idealnie i sprawiło, że mogą od rana do wieczora czuć się świetnie i co najważniejsze, zawsze bardzo wesoło.
Jeśli Student czyta tę notkę, jestem pewien, że już w tej chwili myśli sobie, że to co ja robię, jest dalece nieuczciwe, bo podczas gdy on chce jak najpoważniej zdiagnozować naszą scenę pod względem socjologicznym, to ja stroję sobie żarty. Że on, na przykład, używa epitetu ‘moher’ w sposób jak najbardziej zasadny, wyłącznie w stosunku do tej części społeczeństwa, która Polsce szkodzi i na którą Polska w żaden sposób nie może już liczyć, a więc dziś reprezentowanej choćby przez tych kilkunastu ludzi pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. I co najważniejsze, on go używa też w sposób wyłącznie symboliczny, który nie ma nic wspólnego ani z religijnością, ani PiS-em, ani krzyżem, ani tak naprawdę też z rodzajem nakrycia głowy. Że zwyczajnie, zamiast powiedzieć „kretyn”, albo „idiota”, albo „won do Torunia!”, on elegancko i kulturalnie używa określenia ‘moher’.
W tej sytuacji powinienem chyba przypomnieć, w jaki sposób to słynne kluczowe dziś już dla całej naszej kultury pop określenie się pojawiło. Jeśli się pomylę, z całą pewnością mnie ktoś poprawi, ale wydaje mi się, że jako pierwszy użył go Donald Tusk po to by opisać elektorat Prawa i Sprawiedliwości. A więc, żeby poinformować tych którzy jeszcze nie do końca wiedzą, jak się sprawy mają, że PiS jest popierany wyłącznie przez tandetne staruszki ze wsi, które wszystko co wiedzą o życiu, to to, że jeśli się nie chce pójść do piekła, to trzeba słuchać księdza, a najlepiej księdza Rydzyka. I tyle. To był cały przekaz i cały tego przekazu sens. Kto głosuje na PiS, to frajer, i to w dodatku frajer szczególny. Bo powinien sobie zdawać sprawę z tego, że w momencie jak te stare babcie wreszcie odwalą kitę, i tym samym Kościół straci swoją klientelę, to taka partia jak PiS utraci też rację bytu, a oni zostaną na lodzie. Uważam więc, że Donald Tusk, kiedy wypowiadał te dwa słowa po raz pierwszy, świetnie sobie zdawał sprawę z tego, ze on w tym własnie momencie, dla czystej władzy i osobistego sukcesu, wpuszcza w popularną kulturę informację, że religijność i starość to kompletne dno i powód do wstydu.
I dziś tak naprawdę, praktyczny rezultat tego pierwszego gestu pozostaje dokładnie taki, jak go Tusk na początku zdefiniował. Chodzi o to, że jeśli pojawia się słowo ,moher’ pewna szczególna część opinii publicznej przyjmuje je wyłącznie jako tę właśnie informacje: że starość i religijność to obciach. Bo w żaden sposób nie będzie nikt sobie myślał, że to słowo odnosi się do tych dzieci, czy tej młodzieży, którzy nabożnie chodzą co niedzielę do kościoła, albo nabożnie wieczorem odmawiają różaniec. Że on nie opisuje całej tej grupy młodych, wykształconych ludzi z miast, wsi i miasteczek, które lubią słuchać Radia Maryja i przy okazji szanują Jarosława Kaczyńskiego. Wreszcie, wiadomo też było, że nikt – wypowiadając słowo ‘moher’ – nie będzie sobie go kojarzył z tymi wszystkim ludźmi, jakich mieliśmy okazję oglądać na filmie Solidarni 2010, ale wyłącznie z religijnością i starością, cokolwiek by te dwa słowa miały oznaczać. I że oczywiście to religijność i starość – a tak naprawdę sklerotyczna religijność – tworzą Prawo i Sprawiedliwość.
Dziś, po tych wszystkich latach, kiedy widać bardziej niż wyraźnie, że cała wstępna teoria – teoria, by tak powiedzieć, założycielska – tego określenia, legła w gruzach, kiedy już nikt nie próbuje podtrzymywać tego mitu, że PiS to wyłącznie tępa starość i głupia wiara, Radio Maryja to demencja i różaniec, że PiS to ojciec Rydzyk, i że wiara w Chrystusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego to wyłącznie wieśniacka tępota, tak samo i pojęcie ‘mohery’ jest już niczym innym jak pustą obelgą, której wciąż jedyna wartość to ta, że pewne części społeczeństwa, kiedy słyszą słowo „krzyż”, lub „starość” – drżą z czarnego podniecenia.
Student SGH broni mojego dobrego imienia, a przy okazji też dobrego imienia przyjaciół tego bloga, i uroczyście zapewnia jakichś zaczadzonych nienawiścią trolli, że my nie jesteśmy moherami. Dlaczego on tak myśli? Skąd on wie, że my nie jesteśmy moherami? Czy dlatego, że gdy on czyta te teksty, to widzi za nimi normalnych, inteligentnych – często równie inteligentnych jak on sam – ludzi? Czy może dlatego, że czyta te teksty i widzi, ze po stronie, którą on uważa za obcą sobie i niezrozumiałą, stoją ludzie wykształceni, ciężko pracujący, często ludzie podobnego sukcesu jak on sam? Czy może dlatego, że on, widząc kim my jesteśmy, jest przekonany, że my nie słuchamy Radia Maryja, uważamy ojca Rydzyka za krętacza i głupka, i że ani Ginewra, ani Latinitas, ani pani Toyahowa nie mają beretów z moheru? To on stąd właśnie wie, że my nie jesteśmy moherami? Co on o nas wie, poza tym, że jesteśmy zwykłymi, inteligentnymi, wrażliwymi, ciężko pracującymi ludźmi, tak jak on, i że z powodów których on nie umie pojąć, popieramy PiS? No i wreszcie, kiedy on z takim przejęciem używa epitetu ‘moher’, co on o wie o tych ludziach, których umieścił na drugim końcu tej obelgi, poza tym, że oni są starzy i pobożni?
I znów muszę zgadywać, co na to wszystko usłyszę. Że to słowo w jego ustach i pod klawiaturą jego komputera funkcjonuje wyłącznie jako znak. Tyle że ja własnie od wczoraj próbuję mu to wyjaśnić. Że to iż on postanowił używać tego terminu właśnie w ten sposób, w poważnej rozmowie z poważnymi ludźmi, których on poważanie podobno traktuje, świadczy o nim jak najgorzej. Bo to jest sytuacja dokładnie taka sama, jak ja bym tu zaczął w stosunku do tych wszystkich, którzy dziś próbują zniszczyć pamięć Lecha Kaczyńskiego, dobre imię Jarosława Kaczyńskiego i wszystkie te wartości, którym staram się być wierny, używać słowa ŻYD. A gdyby ktoś zaczął niepotrzebnie moim zdaniem brzydko mówić o Studencie, powiedziałbym mu, żeby jednak przestał, bo co by o Studencie nie powiedzieć, to on z pewnością nie jest Żydem.

sobota, 3 października 2009

Przedostatni przystanek

Oglądałem dziś w TVN24 kawałek programu, który stacja emituje co sobotę, a zatytułowanego Drugie śniadanie mistrzów. ‘Śniadanie’ dlatego, że, jak się zdaje, program ów jest nadawany jakoś tak koło południa. Natomiast ciekawsza sprawa dotyczy tych ‘mistrzów’. Otóż mamy się do ludzi obsługujących ten program zwracać per ‘mistrzu’, ponieważ oni – a więc zarówno prowadzący Marcin Meller, Zbigniew Hołdys, Andrzej Mleczko, Wojciech Pszoniak, czy kogo tam licho przyniesie – to tzw. celebryci, a więc dla współczesnego świata, ktoś na miarę Jezusa z Nazaretu. Program jest na ogół bardzo śmieszny, z tego choćby powodu, że zaproszeni tam goście najczęściej są naturalnymi głuptasami, których głuptactwo zostało zresztą skutecznie i ostatecznie potwierdzone choćby przy okazji najnowszej historii, związanej z aresztowaniem Romana Polańskiego. Są głuptasami, a mimo to w trakcie programu, wbrew jasnym, wydawałoby się, oczekiwaniom, nie zajmują się opowiadaniem o nutkach, gitarowych chwytach, czy aktorskich pomyłkach, lecz opisują swoje refleksje dotyczące spraw najważniejszych. Takich jak polityka, wojna, postęp, korupcja, czy moralność ludzi i zwierząt. A to, oczywiście, siłą rzeczy, musi być bardzo zabawne.
Dziś, wprawdzie akurat na ten moment wyszedłem, ale moja córka, która z kolei, na chwilę tam weszła, zrelacjonowała mi punkt programu, gdy to rysownik Mleczko nie umiał sobie przypomnieć, jak się nazywa obecny prezydent Francji, a siedzący obok niego aktor Pszoniak, przypomniał mu bardzo przytomnie, że „Chirac”. Wprawdzie red. Meller, natychmiast podpowiedział obu mistrzom, że to będzie jednak Sarkozy, no ale wiadomo – on, jako redaktor naczelny polskiej edycji Playboya – na czym jak na czym, ale na Paryżu znać się musi. Myślę sobie, że ta sytuacja jest interesująca z jednego podstawowego powodu. Dziś mianowicie ma się rozstrzygnąć kwestia ewentualnego opowiedzenia się Irlandczyków za unijnym traktatem i już nawet sam premier Tusk zakomunikował nam, biednym poddanym jego i jego wypacykowanych doradców, że od dziś wszyscy będziemy musieli już do końca naszych dni żyć w poczuciu pewnego nowego obowiązku. Bo inaczej, świat nam tego nie daruje i pogrążymy się w takim wstydzie, że nawet nieskazitelny charakter i publiczna postawa Mirosława ‘Mira’ Drzewieckiego nas tu nie uratuje. Ktoś się może spytać jednak, jak w tym wszystkim mieszczą się Andrzej Mleczko i Wojciech Pszoniak. No więc ja pamiętam, jak jeszcze na studiach miałem koleżankę Ewę – skądinąd cudowną osobę – która na informacje, że stolicą Albanii jest Tirana, parsknęła śmiechem, bo ją bardzo rozśmieszyło, że coś się może tak głupio nazywać. Nasza Ewa jednak, nie była, wówczas przynajmniej, w żaden sposób członkiem ani zjednoczonej, ani w ogóle Europy, by nie wspominać o funkcji ‘mistrza’. Podobnie jak my wszyscy, była dzieckiem komuny, czy, jak to mawiał nieodżałowany ksiądz Tischner, człowiekiem sowieckim, a więc – jeśli dobrze zrozumiałem Księdza – czymś w rodzaju untermensch. A więc – cóż my?
Obok tych dwóch cymbałów siedział Zbigniew Hołdys, w różowej kiecce i takowym kapeluszu i nic nie powiedział. I ja się zastanawiam, czy on wiedział, czy nie? Może i nie wiedział, a może się tylko zamyślił nad tym, co ma powiedzieć w dalszej kolejności i nie usłyszał, bo inaczej by z pewnością krzyknął „Sarkozy!” Tak jak jedna moja koleżanka-nauczycielka, która kiedyś, podczas zorganizowanego przez uczniów konkursu na temat wiedzy ogólnej, siedząc na publiczności, zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć na jedno z pytań, wrzasnęła „Kennedy!”. I wszyscy się zaczerwienili.
No ale tu nikt się nie czerwienił. W ogóle, mam wrażenie, że czerwienienie się jest już u nas od pewnego czasu passé. Mam wrażenie, że świat współczesny zmierza nieuchronnie do tego, że o tym, kto odchodzi, a kto zostaje, nie będą już decydowały kwestie w jakikolwiek odnoszące się do poczucia racji, prawdy, słuszności, czy własnie wstydu, jako testu sumienia, lecz głos opinii publicznej, odpowiednio wcześniej nakręconej przez popularną kulturę i tak zwane interesy. Dlaczego wspominam o Irlandii? Dlatego, że oto – najprawdopodobniej – dziś okaże się, że nasi bracia Irlandczycy ostatecznie przyjęli zasadę, opartą własnie na nowej moralności, a mówiącą, że demokracja to głos ludu, i dopóki ów głos ludu nie będzie taki jak ma być, to lud będzie ten swój głos ćwiczył tak długo, aż tę zasadę do końca zrozumie i ostatecznie ją zaakceptuje. „Ile palców widzisz, Winstonie?” Dlaczego o Irlandii wspominam w kontekście durnoty Wojciecha Pszoniaka? Dlatego, że to wszystko, i oni wszyscy, stanowią już być może ostatni przystanek na drodze do Nowego Dzielnego Świata. I Pszoniak ze swoim szaliczkiem i Meller ze swoimi dziewczynami i Roman Polański ze swoim popędem i Krzysztof Zanussi ze swoją tajemnicą i Zbyszek ze swoim Rysiem.
Siedzę teraz zupełnie sam. Młody Toyah poszedł ze starszą Toyahówną rozdawać indyjskie żarcie kibolom na Gieksie, młodsza Toyahówna dała się zaprosić do kina, Toyahowa chora w Kolonii, a ja siedzę sam, pisze ten tekst, a za ścianą John Lee Hooker gra na gitarze, tupie swoim bucikiem i śpiewa „I’m in the mood for you!”. Dziś rano Grzesiek powiedział, ze Miro zostanie jeśli wystąpi na konferencji i zaprezentuje się na tyle ładnie, że ludziom się jego występ spodoba. Miro wystąpił i zapytany przytomnie na koniec przez jednego z dziennikarzy, jak ocenia swój występ, odpowiedział skromnie, że on ocenę zostawia „państwu”. I myślę sobie, że może to jeszcze nie jest ostatni przystanek. Ostatni będzie wtedy, gdy ktoś od nich – może Janusz, albo Asia, względnie Pawełek – nie będą urządzali konferencji prasowych, ale stworzy się dla nich specjalny telewizyjny show, gdzie oni, w sytuacjach kryzysowych, będą sobie gadać, jednocześnie jeżdżąc na wrotkach albo robiąc fikołki, a wyborcy będą głosowali, czy przechodzą do dalszej rundy, czy może won w biznesy, przy pomocy esów.

środa, 16 września 2009

Krzesełko

Wczoraj, wśród najróżniejszych wiadomości, i ważnych i mniej ważnych, pojawiła się informacja, obiektywnie kompletnie nieistotna, a jednak w jakiś sposób poruszająca. Otóż dowiadujemy się, że w Zielonej Górze, podczas koncertu rapera Peji, zgromadzani miłośnicy polskiego hip-hopu pobili jakiegoś nastolatka, bo ten pokazał Peji tzw. faka i Peja poprosił swoich fanów, żeby pokazali „frajerowi”, jak kończą tacy jak on. Więc oni frajerowi wlali. Niestety ktoś nagrał zdarzenie na komórce, wysłał do TVN24 i wygląda na to, że artysta Peja będzie może mieć kłopoty.
Jak mówię, cała historia wydaje się być pozbawiona jakiejkolwiek wagi. W końcu, tamtego wieczoru, z całą pewnością nie było to jedyne miejsce w Polsce, gdzie banda kiboli albo się wzajemnie pobiła, albo postanowiła wlać jednemu ze swoich. Co jeszcze ważniejsze, nie było to też jedyne miejsce w Polsce, gdzie jakiś gwiazdor – pisarz, aktor, muzyk, piosenkarz, dziennikarz… obojętne – postanowił po raz kolejny zrobić z siebie debila. W tym środowisku, zachowania ekscentryczne są częścią natury, a w połączeniu z naturalnym tam jak najbardziej głuptactwem, tworzą mieszankę prawdziwie wybuchową. Ja jednak już tak mam, że zwracam uwagę na rzeczy kompletnie nieważne i dopiero jak siądę przed chałupą i pomedytuję to z tego wszystkiego zaczyna mi się tworzyć coś, co – przynajmniej mam taka nadzieję – nagle stanie się istotne. Ja pewnie jestem trochę jak Perry z Fisher King, który znalazł na śmietniku tę drucianą siatkę z korka po szampanie i zbudował z niej krzesełko. A więc, i jedno i drugie bez znaczenia, choć krzesełko pewnie lepsze.
A więc gdzie to krzesełko? Otóż pojawiło się ono dziś w telewizji w osobie radiowego dziennikarza związanego z kulturą pop i jednocześnie kultury tej wybitnego przedstawiciela, Hirka Wrony (proszę mnie nie poprawiać, jemu naprawdę jest Hirek). Hirek Wrona, wbrew pozorom, nie jest nastolatkiem, lecz starym facetem, starszym nawet od Kuby Wojewódzkiego. Pani dziennikarka zaprosiła tego Wronę do studia, żeby zapytać go a propos tej bijatyki w Zielonej Górze. Najpierw padło pytanie, czy to co tam się działo, to prawdziwy polski hip-hop. Hirek Wrona zapewnił, że absolutnie nie, bo polski hip-hop jest bardzo kulturalny, a ci chuligani już nie. Zapytała go więc pani redaktor, czy Peja, to typowy polski hip-hop. Wrona przygasł, spuścił głowę, zaczął nerwowo stękać i oświadczył, ze sprawa jest bardzo skomplikowana, bo jemu się wydaje, że ten tekst Peji żeby bandyci wlali frajerowi, to był tylko fragment tekstu piosenki. Zupełnie jak u Rolling Stonesów – kłamał dalej najbezczelniej na świecie Hirek – kiedy to oni w piosence Sympathy for the Devil wspomnieli coś o zabijaniu i jakiś członek Hell Angels zasztyletował jednego czarnego. Bo myślał, że to naprawdę, a to była tylko piosenka. Kiedy pani redaktor wyjaśniła mu zakłopotana, ze to nie była piosenka, Hirek zmienił front i opowiedział o tym, jak to on zna tego Peję i Peja to jest równy kolo z osiedla i on żył zawsze w biedzie i mógł nawet zostać słynnym judoką, ale jakoś nie poszło i że on zawsze żył wśród bandytów i dealerów, ale to fajne chłopaki, bo Hirek ich tez zna i może za nich poręczyć. Etcetera, etcetera.
I jeśli ktoś mi powie, że to wciąż nie jest krzesełko, tylko drucik od korka, to zaprotestuję. To już jest krzesełko. Może jeszcze nie całkiem skończone, ale krzesełko. Bo ja wcale nie mam ochoty pisać o Hirku Wronie i o Peji. Ale też nie interesuje mnie dziś ani Zbigniew Hołdys, ani Skiba, ani ten intelektualista od Dody o ksywie Nardal. Nie są tematem tego wpisu ani oni, ani żaden z tych wszystkich debili, którzy zostali wpuszczeni na salony przez naszych współczesnych europejczyków tylko po to, żeby mogli uwiarygodnić ten Nowy Wspaniały Świat, od którego dobrym ludziom już się chce zwyczajnie rzygać. Ja planuję dziś powiedziec słów parę wyłącznie o tych, którzy ich własnie tam wpuścili, wpuszczają i – jak podejrzewam – już niedługo doprowadzą do tego, że to nasze życie publiczne sparszywieje do tego stopnia, że jeśli ktoś będzie chciał coś powiedzieć i mieć pewność, że go ktokolwiek zechce wysłuchać, to będzie musiał założyć na łeb wielki, czarny kapelusz, w ryj wbić sobie kilka kolczyków, a swój messageprzynajmniej wyrapować. Bez tego, będzie mógł gadać wyłącznie o sporcie.
Więc tak wróciliśmy do sportu. Wczoraj paru z moich serdecznych kumpli zarzuciło mi, że stosuję podwójną miarę, bo naigrywam się z kibica Tuska, a nie mam pretensji do kibica Kaczyńskiego. Otóż jest zupełnie inaczej. Osobiście, kiedy widzę, jak mój prezydent zakłada kibolski szalik i słyszę, jak planuje po raz kolejny nagradzać państwowymi orderami sportowców, to czuję prawdziwą rozpacz. Dla mnie wymarzona sytuacja polegałaby na tym, że proszony o komentarz na temat sukcesu polskich siatkarzy prezydent Kaczyński odpowie coś w stylu: „O! Naprawdę? Bardzo mi przyjemnie. Jak pan ich spotka, proszę im ode mnie pogratulować.” I cześć. I do widzenia z państwem. Wówczas wszystko by było na swoim miejscu. Piłkarze by łoili Francuzów, kibole by się wydzierali ze szczęścia, a Lech Kaczyński byłby jak brytyjska królowa. Uprzejmie dyskretny. Niestety, tak nie można. Ja wiem, że zawsze było tak, że w większym lub mniejszym stopniu kultura popularna wyślizgiwała się ze swoich estrad i próbowała się rozpychać. Nigdy jednak nie dochodziło do tego, że ktoś kto tę kulturę odważył się zlekceważyć, zostawał przez tę kulturę natychmiast usunięty. Niestety, wygląda na to, że Lech Kaczyński wie to znacznie lepiej ode mnie.
W tym wczorajszym wpisie o sporcie, wyraziłem obawę, że jeśli tak dalej pójdzie, to ministrowie założą szaliki, do pracy będą chodzili z siekierami i kijami do baseballa, na drzwiach swoich gabinetów napiszą hasło HWDP, policja z tarczami będzie ich atakować wodą i gazem, a odpowiednio już nastawione i wychowane społeczeństwo będzie ryczeć „zabić psa”. Najświeższa historia z raperem Peją i dzisiejsza ekspertyza w wykonaniu Hirka Wrony, każą się obawiać, że tak się stanie. Peja na koncercie poprosił swoich fan ów, żeby skatowali jakiegoś nastolatka, banda łobuzów wykonała pokornie polecenie, zaproszony do telewizyjnego studia ekspert usprawiedliwił gwiazdę, tłumacząc jego postępowanie alternatywnym rodzajem kultury i tej kultury prawami, a policja i władze zastanawiają się tylko, czy nie doszło do naruszenia prawa przez organizatorów zabawy. Jestem przekonany, że efekt będzie taki, że wyleci z pracy jakiś urzędnik z zielonogórskiego ratusza; najlepiej ten, który nie potrafi wymienić nazwisk polskich siatkarzy.
Bo to wszystko jest częścią tego samego zjawiska. Sportowcy, muzykanci, aktorzy, piosenkarze, estradowcy zdominowali oficjalne życie państwa. Najbardziej wpływowymi komentatorami politycznymi są kabareciarze ze Szkła Kontaktowego, współczesnymi inżynierami dusz nie są już ani pisarze, ani poeci, lecz jakiś komik występujący pod pseudonimem Ącki – co za niespodzianka, ze edytor mi to coś podkreślił; w nowym Windowsie pewnie już się ten błąd nie powtórzy – a premier naszego rządu zatrudnia cały swój propagandowo-urzędniczo-biznesowy aparat do tego, by to on mógł jako pierwszy dostać koszulkę od siatkarzy, a nie prezydent.
Czy zauważyliście, że kiedy Donald Tusk zwraca się do ludzi, używa formy „wy”, natomiast kiedy robi to Jarosław Kaczyński, zawsze mówi „proszę państwa”? I zauważył ktoś może, że Donald Tusk nie jest już w stanie uśmiechnąć się szczerze i naturalnie, a Jarosław Kaczyński – owszem? Syberia przegra. O tak! O tak!

sobota, 15 sierpnia 2009

Szatan jest nudny

Nie wiem, jak to się stało i dlaczego, ale faktem jest, że jeszcze od czasu kiedy byłem bardzo młodym chłopcem, moją autentyczną pasją była muzyka. Wprawdzie nigdy nie potrafiłem grać na żadnym instrumencie, ale muzyki słuchałem nieustannie i zarówno wtedy, jak i dzisiaj, bez muzyki nie potrafię funkcjonować. Kiedy mówię „muzyka”, mam na myśli każdy jej rodzaj, każdy muzyczny styl, każdy stopień zaawansowania. Oczywiście, nie jest tak, że wystarczy, że coś gra, a ja już czuję satysfakcję. O nie! Doskonale znam różnicę między Wojciechem Kilarem, a Henrykiem Mikołajem Góreckim, między Zbigniewem Hołdysem, a Grzegorzem Ciechowskim, czy między Urszulą Dudziak, a Bobby McFerrinem. Chcę tylko powiedzieć, że ja znakomicie znam i to i to i tamto. Słucham więc, niemal od zawsze, absolutnie wszystkiego i efekt jest na przykład taki, że jeśli ktoś życzy sobie ze mną porozmawiać na tematy muzyczne, może walić jak w dym. A jeśli ktoś nagle sobie wyobrazi, że może na te tematy rozmawiać ze mną w sposób choćby minimalnie protekcjonalny, to się z pewnością zawiedzie.
Żeby troszeczkę może całą kwestię zilustrować, opowiem pewną historię, która mi się przydarzyła nie tu w Salonie, lecz u Maryli na Blogmediach24. Napisałem tekst, w którym wyraziłem mój najszczerszy zachwyt dla malarstwa (malarstwa!) Picassa i pewien bloger z tego powodu mnie wyśmiał i poinformował, ze Picasso to tandeta. Wszystko byłoby w porządku, gdyby w tym samym momencie nie zmienił tematu i wszedł w okolice właśnie muzyki. Bowiem od tego momentu, dokładnie wszystko co do mnie mówił było dla mnie tak przewidywalne i jednocześnie tak trywialne, że nie widziałem nawet sposobu, żeby z nim dyskutować. On coś gadał na temat free jazzu, na temat Milesa Davisa, na temat swojego saksofonu i solówek, które on na tym saksofonie wygrywa, a ja byłem kompletnie bezradny, nie dlatego, że nie wiedziałem, o czym on mówi, ale właśnie dlatego, że zbyt dobrze wiedziałem, o czym on mówi i skąd mu się to gadanie bierze. No ale nie mogło być inaczej, jeśli się wie, że jeszcze kiedy miałem 14 lat, próbowałem bardzo nauczyć się grać na gitarze sam początek piosenki Led Zeppelin Baby, I’m Gonna Leave You, a rok później, na Jazz Jamboree, wysłuchałem występu Tria Johna Surmana i do dziś pamiętam z niego każdą sekundę.
Po co się tym wszystkim tak chwalę? Powód, wbrew pozorom, jest bardzo błahy. Otóż dziś w Warszawie występuje piosenkarka Madonna, a wczoraj w mojej ulubionej stancji TVN24, trzech zaproszonych gości plus Anita Werner próbowało widzom, w tym niestety również mnie, wytłumaczyć, dlaczego ów występ jest wydarzeniem najwyższej wagi. Konkretnie było tak, ze pani Werner spytała piosenkarza o ksywce Skiba, czy on słucha Madonny. Skiba odpowiedział – zdecydowanie wymijająco – że nawet gdyby nie słuchał, to i tak by słuchał, bo piosenki Madonny są tak znane, że nie sposób ich nie słuchać. W tym momencie nie mogłem nie zareagować zdziwieniem, ponieważ, gdyby mnie ktoś spytał, jakie piosenki Madonny znam, to ja bym, potrafił wyłącznie wskazać - Like a Virgin. I to nie ze względu na samą Madonnę, ale w związku z czołówką filmu Tarantino Reservoir Dogs, gdzie sam Tarantino tłumaczy swoim kolegom-bandytom, o co chodzi w jej tekście. Poza tą wzmianką u Tarantino, ze sztuką Madonny spotkałem się jeszcze dwa razy. Raz w zakończeniu cudownego filmu Wayna Wanga Blue in the Face i właśnie we wczorajszym wydaniu tefauenowskich 24 godzin, gdzie zobaczyłem ją, raz rozpiętą na krzyżu w cierniowej koronie na głowie i zakrwawionym czołem, a drugi raz w jakimś teledysku, gdzie – na ile się zdążyłem zorientować – też udawała Chrystusa. Poza tym, wszystko co wiem na jej temat, a więc to, że zanim została piosenkarką, była prostytutką, że pije wyłącznie wodę mineralną wyprodukowana przez Kościół Scientologiczny, że ma fijoła na punkcie kabały i że jej narzeczony ma na imię Jezus, pochodzi z artykułów prasowych.
Powstaje pytanie, dlaczego TVN24 przejął się tak bardzo dzisiejszym występem Madonny, że znaczną część swojego sztandarowego programu, poświęcił właśnie jej, i do omawiania tematu zaprosił aż trzech ekspertów. I tu odpowiedź jest jeszcze bardziej oczywista, niż ta, której udzieliłem na poprzednie pytanie. Koncertowa trasa piosenkarki została zaplanowana w taki sposób, by jej warszawski koncert mógł się odbyć właśnie dziś, czyli 15 sierpnia. TVN24 do swoich politycznych planów może angażować nie trzech, ale siedemnastu jednakowo brzmiących komentatorów, którzy będą opowiadać, jakie to wyróżnienie spotkało ten nędzny naród, ze ktoś taki jak Madonna zechciał się tu pojawić. Podobnie, zarówno Robert Kozyra, prezes Radia Zet, jak i przeróżne gwiazdy polskiej popkultury mogą stawać na głowie w swoich drobnych kłamstwach i tłumaczyć, jak zupełnym przypadkiem, kobieta o zupełnie przypadkowym imieniu Madonna, zakochała się w kimś, kto – również kompletnie przypadkowo – miał na imię Jezus i jak to występ musiał się odbyć dzisiaj, bo przecież wczoraj Madonna była w Pradze, a z Pragi do Warszawy jest już blisko. Tak samo też ja, nie muszę nawet podejmować tak marnej dyskusji i pytać, czemu akurat autorzy trasy nie zaplanowali sobie Pragi dziś, a Warszawy wczoraj, by w ten sposób uniknąć całego nieszczęścia. To wszystko jest absolutnie pozbawione sensu i celu, ponieważ wyjaśnienie jest proste ja struna. Wszystko to, z czym mamy do czynienia codziennie, od tylu, tylu lat – i tu, w przypadku dzisiejszego koncertu, w bezprzykładnej agresji Systemu skierowanej wobec Rodzin Radia Maryja, i w niedawnej wypowiedzi Dody na temat Pisma Świętego, i wcześniej jeszcze, w wyroku sądu nakazującego Ryszardowi Nowakowi przeproszenie lidera satanistycznego projektu Behemoth za to że ten publicznie podarł Biblię i nazwał ja „pieprzonym gównem”, i jeszcze wcześniej, w zdjęciach umieszczanych na stronach magazynu pod tytułem Zły, w zapomnianej już piosence Pawła Kukiza, szyderczo wykpiwającej pierwszokomunijne dzieci, w uprowadzeniu córki nieżyjącego już marszałka Kerna, w okładkach pornograficznych pism, wystawianych codziennie na ulicach polskich miast - ten plan, w ten czy inny sposób, towarzyszy każdej chwili naszego życia. A my powinniśmy wiedzieć, że będzie zawsze już tylko gorzej.
I jeśli dziś, martwimy się, z jednej strony tym, że właśnie w tym dniu, kiedy świętujemy i Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny i rocznicę tak zwanego Cudu nad Wisłą i chcielibyśmy być tacy uroczyści i radośni, po raz kolejny ktoś próbuje nas pozbawić nadziei, a z drugiej zastanawiamy się, czy to naprawdę wróg taki silny, a my tacy słabi, myślę sobie, ze może powinienem coś nam wszystkim przypomnieć. Szatan to amator. Amator, który żywi się wyłącznie naszym amatorstwem (dokładnie tak samo jak marna popowa piosenkarka). A jeśli nawet udało mu się pod sobą zgromadzić całe tabuny wiernych sług, to każdy z nich, odpowiednio do miejsca, które mu przypadło w tej hierarchii zła, i tak może być od niego tylko głupszy, tylko bardziej tandetny, tylko bardziej nudny. Bo nawet i tu – może nawet szczególnie tu – „sługa nie jest większy od swojego pana”.
A zatem, czy będziemy przed sobą mieli światową mega gwiazdę, szydzącą z naszej wiary, czy jej fanów, rozradowanych jej pozornym sukcesem, czy wynajętych ekspertów o wynajętych poglądach, czy choćby – już na samym dnie tej czarnej drabiny – jakiegoś pojedynczego internetowego komentatora, który podzieli się z nami swoją bardzo specjalną refleksją o tym, jak to Matka Chrystusa w gruncie rzeczy nie różni się bardzo od ‘Królowej Popu’, bo i jedną i drugą koronowała w gruncie rzeczy hołota, prawda pozostanie prawdą. Szatan jest nudny. Po prostu nudny.
I pomyśleć, ze na tę prostą myśl wpadł nie kto inny, jak skromny gitarzysta z rockowego zespołu o nazwie Sonic Youth.

piątek, 26 czerwca 2009

That's Entertainment!

Mój serdeczny kolega Gemba, przeczytawszy fragment mojego poprzedniego wpisu, dotyczący Michaela Jacksona, wystraszył się bardzo, że fani zmarłego artysty – prawdopodobnie pod wpływem ciężkiej traumy – nie zechcą dostrzec ewidentnej ironii, na którą sobie pozwoliłem, rzucą mi się do gardła i będzie po mnie. Doświadczenie każe mi podejrzewać, że obawy Gemby mogą być usprawiedliwione. Wprawdzie nadal twierdzę, że człowiek z natury jest dobry, ale wiem jednocześnie, ze intensywność współczesnego świata doprowadziła niejednego z nas do kompletnego zidiocenia. A więc, wszystko jest możliwe.
Paradoks całej sytuacji polega na tym, że ja osobiście – jeszcze od czasów Jackson Five – jestem wielkim wyznawcą sztuki artystycznej i nieposkromionego talentu najpierw rodziny Jacksonów, a później już samego Michaela Jacksona. Każda jego płyta, począwszy od Off the Wall, z czasów kiedy Jackson jeszcze był czarny, jest dla mnie wydarzeniem i każdej z nich mogę słuchać bez końca. Dziś, kiedy Jackson nie żyje, uważam, że jego śmierć jest wydarzeniem porównywalnym ze śmiercią Elvisa Presleya. Wielu wielkich artystów już odeszło. Umarł choćby Johnny Cash, umarł James Brown. Ale śmierć Presleya czy Jacksona jest jednak czymś innym. To jest trochę coś takiego, jak przed wielu, wielu laty odejścia takich gwiazd, jak Jimi Hendrix, Jim Morrison, Janis Joplin, czy – nieco z innej beczki – Ian Curtis, niemal dziesięć lat później. Jest to bowiem śmierć zaskakująca, a jednocześnie, jak gdyby oczekiwana. Jest to śmierć, której wielu się bało, a jednocześnie wiedziało, że jest nieunikniona i że jest już właściwie tuż tuż.
Ktoś mnie spyta, o co w tym wszystkim może chodzić? Oglądałem kiedyś dokumentalny film o Ozzym Osbornie, którego uwielbiam jeszcze bardziej niż Jacksona. W filmie tym, Osbourne, a z nim jego żona i – wówczas jeszcze nie do końca skretyniałe – dzieci, opowiadali jak to tatuś kiedyś mało nie umarł, ale żyje i już pewnie żył będzie. Sam Ozzy wspominał, jak to jeszcze za czasów Black Sabbath, w garderobach przed i po koncertach zawsze się kręcił przedstawiciel firmy nagraniowej, z walizką wypełnioną kokainą, czy jakimś innym gównem. Specjalnie dla niego i jego kolegów. Takie czasy, taki styl, taka śmierć. Osbourne przeżył. Podobno częściowo dzięki Sharon. Przeżył Mick Jagger, przeżył Keith Richards, nie przeżył Brian Jones. Podobnie jak wielu innych. Im akurat poszło znacznie gorzej. Ciekawe dlaczego?
Mam w tej kwestii od wielu lat pewną teorię, do której jestem bardzo przywiązany i którą się chciałem tutaj podzielić. Uważam – a dziś, po śmierci Jacksona, jestem tego właściwie pewien – że wielu wybitnych skądinąd artystów, nie było tak naprawdę klientami tego faceta z walizką, o którym wspominał Ozzy Osbourne. Z różnych powodów, ale prawdopodobnie przede wszystkim dlatego, ze po prostu byli zbyt mało inteligentni, lub choćby tylko silni. I tak naprawdę, to oni akurat obsługiwali innych. To nie wokół nich kręcił się ten biznes. To nie branża ich karmiła. To oni karmili branżę i to oni branży służyli w sposób absolutnie niewolniczy. Służyli tak długo, aż wreszcie okazało się, że już nic więcej nie mogą przemysłowi dać. I zostali wykorzystani po raz ostatni, w sposób najbardziej spektakularny. W sposób tak spektakularny, że do dziś dzieci noszą na koszulkach wizerunek Doorsów, młode dziewczyny latem noszą się jak Janis Joplin, a ten głupek Hołdys może bezkarnie pleść coś o tym, że jego gitarzysta, Dariusz Kozakiewicz, ma ten sam talent co Hendrix, tyle że znacznie wyższą technikę.
Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że gdyby Doorsi nagrali jeszcze jedną płytę w składzie z Morrisonem, Jimi Hendrix – zanim umarł – zagrał jeszcze trzy koncerty, a Joplin nagrała jeszcze jedną piosenkę, kolejny rok doprowadził by ich wszystkich do takiego stanu, że pies z kulawą nogą by się już nimi nie zainteresował. I to nie oni by na tym najbardziej stracili. Oni być może tego nawet by nie zauważyli, bo mieli mózgi już tak wyprane z wszelkich uczuć, ze pewnie nie bardzo nawet wiedzieli, jak się nazywają. Natomiast straciliby najbardziej na tym ci sami ludzie, którzy do dziś na nich wszystkich najwięcej zarabiają.
I jestem przekonany, że to jest też to, co ostatecznie spotkało Michaela Jacksona. Wiadomo było, ze po wielu latach kompletnie jałowych, postanowiono na Jacksonie jeszcze raz zarobić. Wiadomo było, ze już wkrótce Michael Jackson wyruszy na nową, światową trasę i że tym razem to będzie trasa rekordowa. Jak się dowiadujemy, sprzedano milion biletów na nowy show Michaela Jacksona. Wiemy, ze ten milion ludzi, którzy wydali ciężkie pieniądze na to, żeby zobaczyć wielki powrót wielkiego artysty, w tym swoim szczęściu było równocześnie skazanych na największe rozczarowanie. Bo, nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że, gdyby jakoś już doszło do tych koncertów, każdy z nich kończyłby się po pierwszych pięciu minutach jakimś nieszczęściem. Czy to w postaci Michaela, który stracił przytomność, albo Michaela, który się popłakał i uciekł, czy wreszcie Michaela, który, zamiast śpiewać siadł na estradzie i zaczął opowiadać jakieś bajki. Tak prawdziwe legendy nie kończą. Jakaś banda zimnych sukinsynów – jestem przekonany, że mam rację – musiała sobie to wszystko bardzo starannie zaplanować. Wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik. Wybór pozostawał tylko jeden: czy Jackson ma umrzeć zanim się cała trasa zacznie, czy lepiej go załatwić podczas pierwszego koncertu. Wybrano rozwiązanie pierwsze. Zdecydowanie bardziej opłacalne i znacznie mniej ryzykowne. Choćby z tego powodu, że nie wiadomo kompletnie, co artysta by zdążył pokazać, zanim wszystko by się skończyło.
Dziś więc mamy sytuację idealną. Pozostała legenda w najczystszej możliwie postaci, pozostał milion tych biletów, które – nawet jeśli stanowiły dla wielu fortunę – będą już na zawsze przepiękną pamiątką. No i przede wszystkim, przez najbliższe 50 lat, najpierw dzieci, a później wnuki obecnych właścicieli tego interesu, któremu na imię pop, będą świetnie żyli z tego niezwykłego talentu i tej niezwykłej historii. A my do śmierci, z prawdziwą radością, będziemy kupować te piosenki.

niedziela, 14 czerwca 2009

Jeszcze o ćmach

Już po napisaniu poprzedniego tekstu o ćmach, mój syn zapoznał mnie z postacią, o której dotychczas nie miałem pojęcia. Mam na myśli piosenkarkę o nazwisku Beth Ditto. Co jest interesującego w owej artystce? Otóż wydawałoby się, że nic. Należy ona bowiem zaledwie do całkiem nowego rzutu wykonawców popowych, który – jak wiedzą osoby zainteresowane – stanowi wyłącznie część długiego, wieloletniego już okresu kompletnej artystycznej pustki między latami 80-tymi, a tym, co być może w końcu nadejdzie, a na co się, jak na razie raczej nie zanosi. Wręcz przeciwnie. Dzięki moim dzieciom, oglądam dość często muzyczny kanał telewizyjny o nazwie MTV2, wiem też, że na początku lipca w Gdyni odbędzie się jeden z największych współczesnych festiwali rockowych w Europie (poważnie – to się dzieje u nas, w Polsce). I widać w tym wszystkim doskonale stan współczesnej muzyki rockowej. Wszystko, co się obecnie oferuje, to dziesiątki sprawnych i często bardzo sympatycznych młodych wykonawców, z których jedni brzmią i wyglądają dokładnie tak samo jak drudzy, a jedni i drudzy brzmią (a często też i wyglądają) tak samo, jak ci, o których już dawno muzyczny świat zapomniał.
Beth Ditto na tym tle jest postacią szczególną. Choć muzyka, którą oferuje ona i jej zespół jest dokładnie takim samym post-post-post punkiem jak wszystko inne, uwaga fanów musi się skupiać głównie na wokalistce. Otóż Beth Ditto jest karykaturalnie tłustą, według najbardziej obiektywnych standardów odrażającą, najczęściej występująca półnago lesbijką. Jak mówię, pomijając ten element, w muzyce zespołu i w sposobie śpiewania panny Ditto, nie ma nic szczególnego. Zwykły współczesny rock. I prawdopodobnie, jeśli na koncerty zespołu ciągną większe tłumy i tłumy te są bardziej rozhisteryzowane niż dzieje się to w przypadku innych, podobnych ofert, to wyłącznie ze względu na to wysunięte do przodu ohydztwo. I muszę tu od razu zrobić pewne zastrzeżenie, zastrzeżenie bardzo istotne. Kiedy piszę, że ta Beth Ditto jest odrażająca, nie jestem w żaden sposób ani złośliwy, ani niegrzeczny. Mam bowiem zupełnie szczere przekonanie, że ja nie dokonuję oceny, ale przedstawiam fakty, a co więcej, nie mam wątpliwości, że moja reakcja została specjalnie zamierzona przez faktycznych twórców projektu o nazwie Beth Ditto And The Gossip. To właśnie o to chodziło.
Kiedy na świecie pojawił się po raz pierwszy styl określony dumna nazwą ‘punk’, oczywiście w założeniu wszystko to, co się wiązało z nową kulturą miało być brzydkie i brudne. Ale przy tym wszystkim , to jednak był styl opracowany przez mistrzów mody. Te wszystkie podarte podkoszulki, poprzebijane agrafkami policzki, te rozczochrane włosy, te wywalone z pogardą jęzory były tylko wynikiem pracy całej bandy designerów. Można było tego nie lubić, mówić, że to brud i syf, ale też można było znaleźć tysiące ludzi, dla których ów image był czymś nowym i odświeżającym. Beth Ditto, to nie jest styl, to nie jest nowa moda, to nie jest nawet szokujący projekt typu Marylin Manson, czy lata wcześniej Alice Cooper. To jest coś co stanowi czyste zaprzeczenie, choćby nie wiadomo jak ekscentrycznego, piękna.
Po co w ogóle pisze ten tekst? Powód mam jeden. Otóż dla mnie, pojawienie się czegoś takiego jak Beth Ditto stanowi najbardziej przejrzysty dowód na upadek tego, co się dotychczas nazywało kulturą i cywilizacją. Pojawienie się tej oferty nie pozostawia mi już żadnych złudzeń, że świat zmierza w bardzo złym kierunku. Oczywiście, nie jest też tak, że do czasu jak panna Ditto postanowiła zostać gwiazdą, wszystko było w jak najlepszym porządku. O nie. W końcu zanim ona mogła bezpiecznie i publicznie odsłonić swoją brzydotę i oświadczyć, że jest lesbijką, jej starsze koleżanki lesbijki i ich heteroseksualni promotorzy zmusili stworzyć bardzo mocne fundamenty pod ten nowy sznyt. Zanim swoimi występami zespół The Gossip mógł udowodnić, że artystyczna pustka może osiągnąć poziom sztuki, wielu artystów i ich promotorów przed nimi musiało stworzyć zupełnie nowy, niższy poziom, aby pojawienie się czegoś tak tandetnego nie wywołało wyłącznie wzruszenia ramion. I to nie tylko w muzyce, ale również w filmie, w sztukach plastycznych, czy w literaturze. A więc, w pewnym sensie Beth Ditto przyszła na gotowe. Co nie zmienia faktu, że jej wejście jest wyjątkowo spektakularne.
A więc dziś Beth Ditto należy do świata współczesnej sztuki i kultury. Jest jego gwiazdą i jego dumą. Oczywiście jej sława nie jest tak wielka jak sława Rolling Stonesów, czy Michaela Jacksona, czy Madonny, czy Nicole Kidman lub Johnnego Deppa. Ale z drugiej strony, jest na pewno większa, niż Marii Peszek, czy Zbigniewa Hołdysa. Ale to nic nie szkodzi. W nowym, demokratycznym świecie każdy z nich, czy to Madonna, czy własnie Beth Ditto, czy nasza Maria Peszek, mają bowiem wszyscy bardzo ważne zadanie do wykonania. Oni. Nie Keith Richards ze swoimi koralikami i egzotycznymi gadkami. To oni właśnie mają wypełnić starą ideę demokratycznego społeczeństwa nową treścią. To oni wszyscy, przez swoje zdolności, swoje talenty i przez ten swój niezwykły dar wpływania na człowieka w sposób najbardziej pełny, będą potrafili przekazać społeczeństwom te wszystkie treści, których jakoś nie udało się przekazać filozofom, czy politykom. To przez sztukę popularną właśnie, prawdopodobnie dotrze wreszcie do nas to straszne przesłanie, że świat jest tak naprawdę pozbawiony urody, prawdy i światła. Że świat jest brzydki, czarny i śmierdzący. I że kiedy Bóg go stwarzał i twierdził, że wszystko jest bardzo dobre, to się oczywiście mylił, bo w tym czasie prawdziwy akt stworzenia zaczynał się zupełnie gdzie indziej. I ta wiadomość będzie przekazywana na różne sposoby. Beth Ditto będzie doprowadzała do histerii tysiące młodych fanów pokazując im swoje wyłażące spośród zwał tłuszczu włosy łonowe, Madonna będzie symulowała kopulację na kościelnym klęczniku, Maria Peszek będzie w szyderczym wykrzywieniu odczytywała imiona świętych męczenników, magazyn Glamour będzie przedstawiał kolejnych 50 sposobów na udaną zdradę, a pani redaktor Justyna Pohanke zaprosi do telewizyjnego studia redaktora Roberta Leszczyńskiego, żeby wszystkim wyjaśnił dlaczego kultura pop jest kulturą wyższą od kultury tradycyjnej i dlaczego Kościół Katolicki nie ma o tym zielonego pojęcia.
Pisząc wczorajszy tekst, zastanawiałem się – niebezpośrednio, oczywiście – nad tym między innymi, czy piosenkarka Maria Peszek i gitarzysta Zbigniew Hołdys mają tyle do powiedzenia na tematy publiczne, co choćby nawet Marek Jurek. I udzieliłem na to pytanie równie niebezpośredniej odpowiedzi, że nie. Że Maria Peszek i Zbigniew Hołdys na tematy publiczne nie mają jakiejkolwiek wiedzy i cywilizowany świat pozwoli im co najwyżej śpiewać i grać na gitarze. Choćby i w duecie. Pojawiło się jednak parę głosów zarzucających mi, ze jestem niesprawiedliwy dla artystów, a dla Marii Peszek w szczególności. Dla nich zatem mam, być może, pocieszającą wiadomość. Przykład Beth Ditto wskazuje na to, że może nie być aż tak źle. Że kiedy Marcin Meller do swojego programu zaprasza piosenkarkę Peszek, ale już nie Beth Ditto, to nie tylko dlatego, że ona by nie przyszła. Choć, z drugiej strony, wcale nie mam pewności, czy nie jestem zbyt naiwny. Podmalowana demokracja bowiem nie zna litości.
A nam, tej demokracji biednym ofiarom, i tak może już niedługo pozostać tylko jedno: patrzeć na to, co się dzieje z rozdziawionymi buziami i już tylko czekać aż wpadnie do kieszeni jakaś drobna kasa na drobne zakupy. O ile…

piątek, 29 sierpnia 2008

Donald, odpicuj mi brykę

Chyba wczoraj, a może przedwczoraj, w telewizorze mignęły mi obrazki z konwencji amerykańskich Demokratów w Denver, gdzie senator Obama uzyskał oficjalną już nominację do startu w wyborach prezydenckich. Widok był zwyczajny, czyli tłumy, balony, tabliczki z napisami, no i oczywiście mnóstwo łez. Dziś w Rzeczpospolitej czytam komentarz Piotra Gillerta, w którym ceremonia w Denver została skutecznie wyśmiana i zapowiedziana kolejna już, tym razem w wydaniu republikańskim. Red. Gillert, oczywiście jak najsłuszniej, sugeruje, że wszystko, co stanowi oprawę takich widowisk i ich faktyczny sens, jak konwencja w Denver, jest głupie, tandetne i w gruncie rzeczy nawet nie warte tych wszystkich łez. Niestety jednak, po raz kolejny okazuje się, że problemy poruszane przez polskie, a pewnie i nie tylko polskie, mainstreamowe media, kończą się tam, gdzie prawdziwe problemy się zaczynają. Więc dziś ja o tym właśnie, gdzie się zaczyna mój, w tym wypadku, problem.
Widziałem więc fragmenty tej konwencji i to co mnie uderzyło, to przede wszystkim więcej łez, niż w latach poprzednich. Oczywiście biorę pod uwagę, że beczeli ci, co beczeć mieli, a kamera pokazywały akurat też te łzy, które pokazywać należało. Myślę jednak, że łzy były autentyczne, ale nawet jeśli się mylę, nie zmienia to faktu, że łzy były i były bardzo eksponowane. Dlaczego? W tym właśnie tkwi to, co nazwałem prawdziwym problemem. Otóż znaczna część tego, co nazywamy tradycyjnie kulturą popularną, było zawsze mocno związane ze wzruszeniem. Czy mieliśmy do czynienia z książką, czy z piosenką, czy z filmem, czy z przedstawieniem teatralnym – zawsze wartość danej oferty podskakiwała automatycznie wraz z pojawieniem się łez.
Popatrzmy na relacje z minionych igrzysk w Pekinie. Najbardziej ulubionymi obrazkami serwowanymi nam przez media był ten beczący wioślarz, becząca Otylia i bęcząca Monika Pyrek. W momencie więc, gdy wszystko staje się powoli towarem, gdy powoli otacza nas coraz mniej rzeczy, które są nie na sprzedaż, powoli też coraz większa część całego naszego świata, siłą rzeczy musi przechodzić na stronę kultury pop. Bywa też groźnie.
Na przykład parę dni temu, też w Rzepie, pojawiła się bardzo oczywiście przejmująca informacja, że ordynariusz siedlecki, biskup Kiernikowski jest ciężko chory na raka i że wiadomo to, bo on sam napisał o tym na swoim blogu. Oczywiście informacja podana przez Rzepę jest bardzo przejmująca, wzruszająca, a przez to oczywiście staje się wiadomością wartą omawiania i dyskutowania. Zwróćmy uwagę na pewien fakt. To że biskup Kiernikowski – jak mi akurat wiadomo, biskup szczególny, bardzo lubiany i szanowany przez wiernych – jest ciężko chory, jest wiadomością bardzo smutną. Jest też właściwie wiadomością jedyną. Informacja o tym, że biskup Kiernikowski może umrzeć jest wiadomością samą w sobie porażającą i nie wymagającą ani dodatkowych słów, ani obrazów.
Artykuł w Rzeczpospolitej nie jest jednak o tym. On jest o tym, że chory biskup ogłosił swoją chorobę publicznie i w ten sposób dołączył do całej rzeszy ciężko chorych artystów, aktorów, dziennikarzy, polityków – jednym słowem gwiazd. Obawiam się, że jeśli parcie opinii publicznej na pop jeszcze się troszkę zwiększy, to o biskupie Kiernikowski niedługo przeczytamy w Gali, albo w jakim innym piśmie dla kobiet, a może nawet obejrzymy jakieś migawki w MTV.
Skoro mowa o MTV, popatrzmy więc i na to coś. Każdy kto się choć trochę interesuje socjologią kultury popularnej, pamięta czym było MTV na początku swojego istnienia. Była to stacja telewizyjna puszczająca teledyski. Jeśli ktoś chciał posłuchać piosenek, a jednocześnie mieć i obraz, włączał MTV i było ‘cool’. Oczywiście, każdy z nas, który miał bardziej rozwinięte ambicje muzyczne, lekceważył MTV, no ale, tak czy inaczej, była to kiedyś zwykła muzyczna telewizja. Obecnie, MTV już dawno odeszło od kształtu, który Jello Biafra opluwał z takim przejęciem. MTV już nie gra piosenek. MTV rozdaje ciuchy, ‘odpicowuje ci brykę’, albo odmalowuje mieszkanie, ewentualnie pokazuje, jak jacyś kretyni rzucają się z czegoś wysokiego na swoje durne pały. MTV wybiera sobie jakiegoś idiotę, lub idiotkę, ciągnie ich do Croppa, kupuje mu ciuchy za 1000 zł., albo 5000 zł. – wszystko jedno – a później pokazuje w telewizorze łzy szczęścia i puszcza odpowiednio nagłośnione wrzaski czystej histerii.
Co to wszystko ma wspólnego z konwencją demokratów w Denver i w ogóle z polityką? Otóż ma wspólnego bardzo wiele. Bowiem jest tak, że od pewnego czasu polityka też się stała towarem. Kiedy niektórzy komentatorzy wykpiwają Donalda Tuska, porównując go do proszku do prania, to za tym nie stoi czysta złośliwość. Jest to przede wszystkim bardzo trafny opis rzeczywistości. Pisał nawet o tym nawet czołowy propagandzista naszej obecnej władzy, Eryk Mistewicz, kiedy ględził coś na temat 'story', którą się opowiada ku uciesze ogłupiałych pożeraczy kolorowych magazynów. A nie ma wątpliwości, że 'story' będzie najlepsza, jeśli przy okazji poleje się trochę łez. Niestety, obok tych łez, jest jeszcze coś, mianowicie absolutnie najwyższe emocje. Emocje takie, jakie obserwowaliśmy na zdjęciach z Denver, ale też emocje, z którymi mamy do czynienia na co dzień tu w Polsce. Mówię o emocjach, którym na imię miłość i nienawiść. W momencie, jak polityka została zakwalifikowana do kultury pop, los polityków, ich życie osobiste, ich miny, ich stroje, ich samochody i ich kochanki stały się naszą sprawą i to sprawą na poziomie absolutnie podstawowym. Jeśli więc Obama w jesiennych wyborach przegra, wszystkie emocje, które cały ten system supermarketu stworzył, będą musiały znaleźć jakieś ujście. A wtedy obok miłości musi się pojawić nienawiść. I wtedy zaczną się samobójstwa, emigracje, a może i zabójstwa. Stanie się tak, ponieważ każda porażka takiej naszej miłości i takiej naszej nadziei, to jednocześnie porażka naszego człowieczeństwa zanurzonego po uszy w fikcji o nazwie pop.
Tak samo, jak mówię, mamy w Polsce. Niektórzy twierdzą, że to jest tak zwana post-polityka. Znów sięgam do dzisiejszej Rzeczpospolitej. W środku wywiad z Piotrem Naimskim. Naimski opowiada o nadziejach i zagrożeniach związanych z sytuacją na Kaukazie. Zwraca uwagę na fakt, że Rosja właściwie nie zajmuje się krajami bałtyckimi. Litwa, Łotwa, Estonia – wydaje się – mają z Rosją całkowity spokój. Całe strategiczne myślenie Rosji jest nakierowane na rejon Morza Kaspijskiego, w tym oczywiście ostatnio, na Gruzję. Dlaczego? Ze względu na kwestie energetyczne. Jeśli Kaukaz stanie się niezależnym od Rosji dostawcą energii na zachód, Rosja odczuje to, jako osłabienie, więc do tego stara się nie dopuścić. Wysiłki prezydenta Kaczyńskiego w związku z tym są skupione na tym, by Gruzja jak najszybciej stała się członkiem NATO i żeby w ten sposób ten rejon uzyskał jakieś gwarancje ze strony Zachodu.
Czy kogokolwiek, poza oczywiście osobami szczególnie zainteresowanymi, to co mówi Naimski, w ogóle obchodzi? Jeśli ktokolwiek się dowie o wywiadzie Naimskiego, pierwsze, co będzie chciał wiedzieć to, dlaczego ten Naimski taki brzydki, no i czy przypadkiem nie jest on z PiS-u. Jeśli z kolei komuś innemu będzie zależało na bardziej pogłębionej informacji, to otrzyma ją może od Krzysztofa Daukszewicza, który, jeśli idzie o poziom intelektualny i świadomościowy nie różni się absolutnie niczym od przeciętnego idioty. Tyle, że jest trochę znany, występuje w telewizji i nie ma przy tym tremy.
Po co więc ludziom polityka? Czyżbyśmy się mogli bez niej zupełnie odbyć? Oczywiście, że dla wielu ludzi o wiele ważniejsze jest kontemplowanie nowych dzieci Brada Pitta, czy nosa Michaela Jacksona, czy nawet – dla tych bardziej odchamionych – osobiste uczestnictwo w projekcji filmu Testosteron, niż zastanawianie się na losami jakiejś ustawy i jej autorów. Ale na tym właśnie polega post-polityka, że nawet z premiera rządu można wycisnąć parę bardzo kolorowych i mięsistych ujęć. Mieliśmy już Rokitę z niejaką Kasią Cerekwicką i Tuska z Dodą. Oto właściwy kierunek. Następnym razem może będzie ten sam układ, tyle że wszyscy będą beczeć. A jeśli się to uda przeprowadzić kilka razy, to może się okazać, że i minister może się stać postacią na miarę gwiazd Bollywood. Tylko patrzeć, jak w TVN-ie pojawi się poseł Nowak, a zgromadzona przed telwizorami publicność będzie chlipać z miłości. A później, kiedy Nowaka na jego stanowisku zastąpi jakiś Karpiniuk, też będą chlipać, tyle że z rozpaczy. Wtedy też wybory przestaną być potrzebne. Politycy będą dostawali telekamery, a ten, kto dostanie ich najwięcej zostanie prezydentem.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...