Posty

Wyświetlanie postów z 2011

Pfizer vs. ZUS - remis ze wskazaniem

Pewnie i ze względu na wiek, ale też przez mało zdrowy tryb życia, korzystam z usług przemysłu farmaceutycznego również poza zwykłą kolejnością, wynikającą z tego, że, jak wiemy, każdy człowiek od czasu do czasu musi się pochorować. W moim wypadku owo korzystanie sprowadza się do regularnego kupowania czterech lekarstw, przy czym każde z nich ma za zadanie podtrzymywać moje funkcje życiowe na poziomie układu krążenia. Konkretnie chodzi o lekarstwa o nazwach Bisocard i Prestarium na nadciśnienie, Acard, jak mi się zdaje, przeciwko ewentualnym zakrzepom, i Sortis na obniżenie cholesterolu. Acard jest tani jak barszcz – jakieś 5 zł. za 60 tabletek – sprzedaje się go bez recepty i, gdyby tylko komuś zależało na tym, byśmy my Polacy nie padali zbyt często na zawał, chyba możnaby go nawet reklamować w telewizji, tak jak się reklamuje Rutinoscorbin. 30 tabletek Biscocardu kosztuje jakieś 12 czy 13 złotych, co akurat w moim wypadku składa się na około 30 zł. miesięcznie. Nienajlepiej jest też

O kurwach, idiotach i czarnym libido

Pisałem już o tym w poprzedniej notce, ale ponieważ, jak wiemy, pewne spostrzeżenia są tak intensywne, że nie sposób ich potraktować z lekceważeniem, wychodzi na to, że trzeba będzie się powtórzyć. Otóż, jak idzie o mnie, odkryłem właśnie, że jeśli mój plan odcięcia się od świata opanowanego przez System zostanie zrealizowany w taki sposób, w jaki sobie to zaplanowałem, ten blog będzie musiał przestać istnieć. A to z tego powodu, że zwyczajnie nie będę miał o czym pisać. I pomyśleć, że tak niewiele trzeba było, by odkryć ten fakt, jak jedno głupie wydanie tygodnika „Wprost”, a konkretnie osoby niejakiego Lejba Fogelmana – żyda i aspirującego celebryty. Ciekawa w sumie sprawa z tym Fogelmanem. Rozmawiałem dziś o nim trochę z naszym kolegą Coryllusem i doszliśmy do wniosku, że ów Fogelman prawdopodobnie już niedługo otrzyma w TVN-ie swój talk-show, gdzie będzie rozmawiał ze znanymi gwiazdami – jak powiedzmy Katarzyna Glinka, o której tu jeszcze będzie mowa – w kontekście polskiego antyse

Lejb Fogelman - człowiek z koszerną busolą

Szczerze nie wiem, czy to dobrze, czy źle, że w ostatnich tygodniach nabrałem obrzydzenia do korzystania z mainstreamowych mediów, i to nabrałem go w skali praktycznej. Praktycznej, czyli nie tak jak dotychczas, że oglądałem sobie telewizję, lub czytałem gazetę i ogarniało mnie to znane nam przecież wszystkim świetnie zmęczenie, o którym tak pięknie śpiewał Morrissey w piosence „Margaret On The Guillotine”: „Cause people like you/ Make me feel so old inside/Please die!” Mówię o obrzydzeniu, które odrzuca od samego początku. Pewnie, z jednej strony, taka dieta jest bardzo dobra, tak jak wszystko co zdrowe. Z drugiej jednak, z punktu widzenia tego bloga i potrzeb nas wszystkich, owa wstrzemięźliwość przynosi wyłącznie szkody, no bo o czym tu pisać, o czym rozmawiać, kiedy całe zło tego świata zostaje za drzwiami? Tak się jednak stało, że tegoroczne Święta w pewien bardzo niezwykły sposób sprowadziły mnie na ziemię, i to wręcz z prawdziwym, poważnym hukiem. A poszło o prezenty. Nasz domo

Gdy wrony sparszywiały

Im dłużej człowiek obraca się w dzisiejszym, nowoczesnym świecie, tym częściej musi dochodzić do wniosku, że – tak jak to w popularnych dowcipach informowało Radio Erewań – lepiej już było. I to wcale nie koniecznie musi dotyczyć perspektywy osób reprezentujących pokolenie zstępujące, takich jak choćby autor tych słów, ale nawet ludzi znacznie młodszych, których dzieciństwo czy młodość przypadły na końcówkę PRL-u. Wiadomo oczywiście, że im kto starszy, tym większą ma skłonność do wspominania lat minionych, z pominięciem wszystkiego, co było w nich bolesne, czy choćby zaledwie niemiłe. Mam jednak wrażenie, że dzisiejsza Polska i w ogóle świat – oferując nam to co są w stanie zaoferować – tę tęsknotę wyłącznie wzmacniają. Nawet jeśli ma ona dotyczyć zaledwie końcówki lat 80-tych. Osobiście mam naprawdę dużo powodów, by lata przed rokiem 1990 wspominać z autentycznie dużą sympatią. I zgadzam się, że część z nich jest bardzo subiektywna, wynikająca z tego, że wszystko mi się już w mojej st

Sznurek i kulka, czyli Bóg się rodzi, moc truchleje

Kompletnie nie mam pojęcia, dlaczego moje najmłodsze dziecko, kiedy jej to opowiadam, śmieje się ze mnie i informuje, że musiało mi się coś przyśnić i teraz już tylko miesza mi się fikcja z rzeczywistością. Nie rozumiem tego, bo przede wszystkim, moim zdaniem, dzieci powinny szanować swoich ojców, a nie wmawiać im, że mają pomieszane w głowie, a poza tym, moja historia, choć, owszem, dość szczególna – nieszczególnych, jak już czytelnicy tego bloga zauważyli, tu raczej nie ma – wcale nie jest aż tak egzotyczna, by trudno było w nią uwierzyć. A stało się tak, że jeszcze zanim zaczęła się ta zima na dobre, a więc zanim spadł pierwszy śnieg, któregoś ranka, jak zwykle, poszedłem z urodzinowym psem wspomnianej już mojej córki do parku na spacer. Jak mówię, śniegu jeszcze nie było, natomiast zrobiło się już zdecydowanie zimniej, i na trawie, na drzewach i na ławkach leżał szron. Pewnie dlatego, że było dość zimno i jakoś ponuro, park był raczej pusty i w polu widzenia mieliśmy właściwie tyl

Koniec jesieni

Wczorajszy dzień, podobnie zresztą jak cały miniony tydzień, został zakłócony przez śmierć Vaclava Havla. Pisząc „zakłócony” mam na myśli to, że wszystkie główne media informacyjne zmuszone zostały do udostępnienia części swojego czasu zmarłemu prezydentowi i związanych z jego osobą i działalnością wspomnieniom, przez co interesująca się polityką część naszego społeczeństwa nie mogła już w pełnym wymiarze uczestniczyć w przyspieszonym kursie na temat Jarosława Kaczyńskiego, jego życia i politycznej działalności. Domyślam się, że z tego punktu widzenia, śmierć Havla stanowiła dla Sytemu i jego służb medialnych bardzo wielkie rozczarowanie. Ja wprawdzie nie wiem, dlaczego ostatnie dni są tak bardzo skoncentrowane na Jarosławie Kaczyńskim, podobnie zresztą, jak nie mam pojęcia, co takiego specjaliści od politycznej propagandy widzą i czują, a co kazało im skonstruować ową pętlę informacyjną obejmującą całe minione dwudziestolecie, z Jarosławem Kaczyńskim i rzekomo paloną przez niego kukłą

Wojna

30. rocznica wprowadzenia stanu wojennego i śmierci dziewięciu górników z Kopalni Wujek, choć z początku wydawała się świetną okazją do wywołania poważniejszych refleksji i powiedzenia kilku mocnych myśli, w rezultacie okazała się jedynie czymś co kogoś, czyim codziennym zajęciem jest łączenie myśli w słowa, a słów w zdania, wyłącznie wiąże i spala, zanim jeszcze pojawiła się okazja, by wydobyć z siebie choć jedno westchnienie. Szykowałem się do tego dnia, który wczoraj minął, od dłuższego już czasu, a już zwłaszcza od dnia, kiedy z moim kumplem LEMMINGIEM udaliśmy się pod Kopalnię i tam spotkaliśmy Stanisława Płatka, który nam opowiedział, jak się żyje 30 lat po tym, jak najpierw cudem uniknęło się śmierci z rąk państwa i jego służb, a następnie stało się twarzą w twarz naprzeciwko dowódcy plutonu ZOMO z pogruchotanym i zalanym krwią ramieniem, i wiedziało, że teraz to już litości nie będzie. No i nadszedł ten dzień, i okazało się, że przez te lata, a już zwłaszcza przez ostatnie mies

Prawda, która wyzwala, kłamstwo, które zwycięża i historia, co daje moc

Od przegranych przez Polskę wyborów parlamentarnych moje życie biegnie trochę obok polityki, co zresztą zapewne widać i tu na blogu. Ktoś powie, że najwidoczniej i mnie wreszcie dopadli, więc nie bardzo jest się czym chwalić. Osobiście jednak nie sądzę, żeby to co się ze mną dzieje, świadczyło o tym, że dałem się dopaść. Raczej, jak sądzę, dostałem zaledwie po łbie, i teraz próbuję się pozbierać. Jak wielu z nas zresztą. A pozbieram się na pewno. Co do tego niech nikt nie ma wątpliwości. To co się stało 9 października i czego skutki możemy obserwować, i to z coraz większą wyrazistością, właściwie codziennie, traktuję oczywiście jako wydarzenie polityczne, ale przede wszystkim, jako coś, co ma bardzo oczywisty znak kulturowy, cywilizacyjny, czy wręcz religijny. Mam tu mianowicie na myśli, z jednej strony, zwycięstwo najbardziej podstawowej konsumpcji, a z drugiej – Zła. I to właśnie Zła pisanego dużą literą. Nie ulega bowiem dla mnie wątpliwości, że ten krok, który tamtej niedzieli Pols

Gdzie nosi tatuaż Justyna Pochanke?

Jak już większość czytelników tego bloga zauważyła, z powodów, w które ani nie za bardzo chcę, ani też mogę wchodzić, zostałem na kilka dni bardzo niefortunnie pozbawiony dostępu do Sieci, przez co musiałem zawiesić prowadzenie tego bloga w jego podstawowym wymiarze. Przykro mi bardzo, że tak się stało, ale mam nadzieję, że jakoś to wspólnie przeżyliśmy. Zwłaszcza że, jak widać, dziś jest już wszystko jak należy, a więc dzisiejszy tekst mogę pisać ze swojego stałego miejsca i w pełni sił wszelkich. Muszę jednak, skoro już o tym mowa, przyznać, że brak Internetu, a i komputera w ogóle, ma swoje dobre strony, choćby z punktu widzenia interesów moich dzieci, które ostatnio jakby zaczęły tracić swoje naturalne zdolności intelektualne, a dziś nagle powoli zyskują możność rozpoznawania świata w kształcie bardziej realnym. Gorzej ze mną. Ponieważ nie mogłem siedzieć i klikać w ten nasz blog, więcej czasu spędzam przed telewizorem. Pół biedy, jeśli chodziło o jakiś porządny film na DVD. Ale

Crash, czyli kłopoty to nasza specjalność

Jak już informowałem w jednym z komentarzy, zostałem bardzo nieszczęśliwie odcięty od komputera, co mój udział w tym blogu sprowadza do opowiadania na komentarze z telefonu. No i, jak widać, do wklejania drobnych tekstów. Czemu tak się stało, ani nie chcę ani nie mogę mówić. Mogę tylko wyrazić nadzieję, że za kilka dni sytuacja się wyprostuje i znów będziemy sobie mogli do woli używać wolności wypowiedzi. Chciałem dziś, korzystając z uprzejmości pewnego mojego kumpla, napisać nowy tekst, ale się nie udało. Obiecuję jednak, że jutro to naprawię. Jutro. Tymczasem proszę o cierpliwość, wyrozumiałość i o ten niezbędny kredyt. Do jutra. Dziękuję. No i przepraszam.

Jeszcze raz o wilgotnym kroczu

Niedawno temu, syn mój znalazł w Sieci informację na temat filmu pod tytułem „Szpieg”. Nie bardzo wiem, co to za film, bo ostatnio jakoś odpadłem, ale domyślam się, że jest to jeden z tych nowych amerykańskich filmów, które oczywiście są najlepsze na świecie, tyle że wszystko w nich przebiega tak szybko, że ktoś taki jak ja, nie jest w stanie się zorientować już nawet nie w intrydze, ale w ogóle w tym, co się aktualnie dzieje. Wszystko to zaczęło się wraz z czwartą „Szklaną pułapką”, i z każdą kolejną produkcją jest już tylko coraz gorzej. Informacja na temat tego filmu była przyozdobiona cytatami z kilku fachowych recenzji. Najpierw „The Spectator” – „Doskonały”. Dalej „The Wall Street Journal” – „Olśniewający”. No i wreszcie nasz „Filmweb” – „Dwugodzinny orgazm”. Ktoś komu akurat ten ostatni tekst bardzo się podoba, powie, że ze mnie już stara pierdoła, więc nie ma się co dziwić, że straciłem całą radość życia, i na odgłosy seksu reaguję ziewaniem, tyle że to akurat jest nieprawda, a