Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inteligencja katolicka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inteligencja katolicka. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 lutego 2012

Koksownik na Mariensztacie

Ponieważ od pewnego czasu ten blog stał się okrutnie ponury, myślę, że nie zaszkodzi się trochę pośmiać. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że w czasach, kiedy śmiechu wszędzie jest co niemiara, że praktycznie gdziekolwiek się człowiek obróci, słychać rozkoszny chichot, i, jakby tego było mało, wciąż jesteśmy zachęcani, żeby go produkować coraz więcej, i żeby on był jeszcze bardziej rechotliwy, kusi człowieka, by nie dość że się nie śmiać, to się demonstracyjnie wręcz przestać uśmiechać. Tak na wszelki wypadek. Choćby po to, by nie wpaść w pułapkę opisaną tak ładnie przez Morrisseya w słowach: „Tak łatwo jest się śmiać, tak łatwo nienawidzić. Trzeba dużo siły, by pozostać łagodnym i uprzejmym”.
Jednak przesadzać też nie należy. Powinniśmy stanowczo uważać, by się nie dać zwariować, zwłaszcza że okazji do szczerego śmiechu jest naprawdę wcale nie tak mało. Żeby wprowadzić się w odpowiedni nastrój, opowiem pewną historię jeszcze z późnego PRL-u. Otóż do „Tygodnika Powszechnego” napisała list pewna pani z Krakowa i podzieliła się następującą refleksją. Otóż ona była w Federalnych Niemczech i zauważyła, że w tamtejszych, niemieckich kościołach, kiedy podczas Mszy Świętej pada hasło „Przekażmy sobie znak pokoju”, wierni, zamiast, tak jak to ma miejsce w Polsce, coś stękać i kiwać głowami, z uśmiechem wyciągają do siebie dłonie, i przekazują sobie ów znak pokoju jak najbardziej fizycznie. Czytelniczka była tym odkryciem do tego stopnia poruszona, że postanowiła publicznie, na łamach swojego ulubionego tygodnika, zaapelować do Polaków, żeby oni zechcieli, za niemieckim przykładem, też podawać sobie na znak pokoju dłonie.
Napisałem do „Tygodnika Powszechnego” list, w którym – wówczas jeszcze bardzo po przyjacielsku – zwróciłem uwagę tej pani, a przy okazji chyba też jednak redaktorom, że u mnie w Katowicach na przykład, ale o ile mi wiadomo wcale nie tylko, ludzie sobie na znak pokoju nie dość że podają ręce, to niektórzy, ci bardziej pobożni, nawet rzucają się sobie w objęcia. I że jeśli ktoś mieszka w Krakowie, to naprawdę nie musi jechać do Niemiec, by zobaczyć, jak się sprawy mają. Wystarczy że zajrzy do sąsiedniego miasta. Redakcja „Tygodnika” mój list zlekceważyła, a ja do dziś nie wiem, czy powodem owego lekceważenia było to, że oni mi nie uwierzyli, czy może uznali, że jak się mieszka poza Krakowem, to w rozmowy między miejscowymi należy się nie wtrącać. Nie wiem też nawet, czy oni ten list w ogóle przeczytali, czy go wzięli do ręki, czy może zaledwie rzucili okiem, zobaczyli, że to jest z Polski, i go łokciem skierowali do kosza. I przyznać muszę, że wciąż mnie ta myśl gryzie. Dlaczego oni wówczas nie uznali za stosowne wrzucić tę informację gdzieś na dole w lewym rogu, ot tak, dla porządku? Przecież to nic takiego.
Jednak od paru dni chodzi mi po głowie jeszcze coś. Otóż chciałbym wiedzieć, czy na wiadomość o tym, że w Niemczech katolicy podają sobie w czasie Mszy rękę, w niektórych krakowskich kościołach doszło do rewolucji? A jeśli tak, to jak ona wyglądała? Czy krakowska inteligencja katolicka, czytając list tej pani, zaledwie z godnością prychnęła, czy może, poruszona tą niezwykłą informacją, postanowiła zaimportować ów niemiecki zwyczaj w najprostszy sposób, i kiedy ksiądz śpiewa: „przekażmy sobie znak pokoju”, oni zwyczajnie zwracają się z wyciągniętą dłonią do sąsiada? A może tylko na przykład uznali, że najlepiej będzie gapić się pobożnie na ołtarz i tylko mówić: „Na znak pokoju podaję ci dłoń”, lub podać sąsiadowi dwa palce i powiedzieć „Witam”? Albo jeszcze jakoś inaczej? Właśnie tego nie wiem. Dyskusji na ten temat w „Tygodniku” – a wówczas starałem się go czytać dość regularnie – nie zauważyłem, a nigdy też nie pomyślalem, że aby pójść do kościoła trzeba by pojechać do Krakowa.
Skąd mi przyszło do głowy, by gadać o tych krakowskich obyczajach? Otóż znalazłem w Internecie informację, że, przy okazji ostatnich mrozów, władze Warszawy postanowiły poustawiać w mieście tzw. koksowniki i w ten sposób pomóc zziębniętym warszawiakom w chwilach, kiedy oni muszą piechotą to tu to tam się przemieścić. Artykuł ogłasza mniej więcej to, że to jest naprawdę fantastyczny pomysł z tymi koksownikami, tyle że niestety dużo do życzenia pozostawia wykonanie. Są mianowicie dwa problemy. Pierwszy to taki, że owe płonące kosze, ze względów bezpieczeństwa, są odgrodzone od ludzi barierkami, i w ten sposób do nich nie można podejść, drugi natomiast taki, że one są porozstawiane nie tam, gdzie przechodnie się gromadzą, a więc na przykład na przystankach tramwajowych, czy autobusowych, lecz gdzie popadnie, a więc na przykład na skrzyżowaniach, przy przejściach dla pieszych. Autor artykułu ma więc prawdziwy dylemat, bo, z jednej strony, on dla władz Warszawy ma szczery podziw za ten ich pomysł, a z drugiej, jest mu trochę przykro, bo w tym układzie, z owego pomysłu nie sposób korzystać.
Zainteresował mnie ten tekst z tego przede wszystkim powodu, że ja byłem szczerze przekonany, ze koksowniki są wszędzie. W Katowicach, jak sięgnę pamięcią, one były zawsze, i zawsze stanowiły dla nas stały element zimowego krajobrazu, no i oczywisty komfort, kiedy to człowiek stał na przystanku, a tramwaj, czy autobus z jakiegoś powodu nie przyjeżdżał. Drugie co mnie w tym tekście uderzyło, to opisywane przez autora owego rewolucyjnego pomysłu wykonanie. Katowickie koksowniki w oczywisty sposób zawsze były stawiane na przystankach i myślę, że gdyby ktoś nagle któryś z nich postawił przy wejściu na zebrę, to byśmy tu w Katowicach pomyśleli sobie, że ten ktoś musiał być mocno wlany.
No ale też oczywiście nie były one niczym od nas odgradzane. Cały wręcz pomysł polegał na tym, że do nich się ludzie wręcz przytulali i wsadzali w ten ogień zziębnięte dłonie, tak by je sobie ogrzać i przy tym się oczywiście nie poparzyć. Jestem pewien, że gdyby władze Katowic nagle postanowiły, że między nimi a ludźmi trzeba postawić barierki, to mielibyśmy naprawdę poważne zamieszanie.
Tymczasem ja patrzę na to zdjęcie w Internecie, widzę te żółte barierki, ten kosz, a dalej to przejście dla pieszych i autentycznie kamienieję. Bo nagle czuję, jak to moje niegdysiejsze zdziwienie, że warszawiacy postanowili Hannę Gronkiewicz-Waltz zrobić swoim prezydentem po raz kolejny, wciąż jeszcze nie było oparte o wystarczającą wiedzę. Dopiero dziś widzę w pełnej okazałości, co to tam mamy za bałwaństwo. Z drugiej jednak strony, myślę sobie, że właściwie wszystko jest na swoim miejscu. Jeśli oni są tak tępi, żeby sądzić, że te koksowniki, to oryginalny pomysł ich prezydent, i że to jest naprawdę świetny pomysł, tyle że można go było trochę lepiej zrealizować, to znaczy, że oni, póki co, na nic lepszego nie zasługują. I że jeśli następnym etapem owej eksplozji pomysłowości będzie to, że Gronkiewicz-Waltz w tych barierkach zainstaluje specjalny mechanizm z licznikiem, tak by każdy kto chce się ogrzać musiał wrzucać do dziurki dwa złote co dwie minuty, to oni wreszcie dostaną w pełni to co chcieli.
No ale oczywiście, to jak Warszawa korzysta z demokracji i wolności wyboru, nie jest moją sprawą i moim problemem. I właściwie mogę nawet przyjąć zarzut, że niepotrzebnie się w ogóle wtrącam. Natomiast nikt mi nie zabroni sobie pożartować. A więc na to konto wymyśliłem kawał. To znaczy nie do końca wymyśliłem. To jest właściwie już stary bardzo dowcip, tyle, że ja go nieco uwspółcześniłem. Posłuchajmy:
Otóż Hanna Gronkiewicz-Waltz zapoznała się z wynikami najnowszych sondaży, i wyszło jej, że społeczeństwo Warszawy jednak nienajlepiej przyjęło postępowanie władz miasta odnośnie krzyża na Krakowskim Przedmieściu i wszystkiego, co się wokół niego działo, i że znaczna część obywateli jest błędnie przekonana, że Gronkiewicz-Waltz jest osobą niewierzącą. W tej sytuacji pani prezydent wydała zalecenie, by wszystkie służby miejskie, broń Boże, nie ujawniały swojej niechęci do Kościoła i osób wierzących, i by, w miarę możliwości próbowały wykazywać pewien poziom religijnej wrażliwości. I oto mamy taką sytuację. Jedzie sobie Alejami Jerozolimskimi tramwaj, zatrzymuje się na przystanku obok Palmy, wsiadają ludzie. W pewnym momencie do tramwaju wchodzi ksiądz i ze strony pasażerów dobiega ciche „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Motorniczy wstaje ze swojego krzesełka, i zwraca się do pasażerów: „Który to powiedział?” Cisza. Pyta więc ponownie: „Kto powiedział ‘Niech będzie pochwalony?’” Wszyscy siedzą przerażeni, nosy w kołnierzach, każdy boi się, że na niego padnie i zostanie wysadzony z tramwaju na mróz, albo jeszcze coś gorszego, i wszyscy tylko łypią na wieśniaka w berecie z antenką w kącie, żeby się w końcu przyznał. Motorniczy pyta po raz trzeci: "Który powiedział 'Niech będzie pochwalony?'" W tym momencie ksiądz widzi, że sprawa jest poważna i mówi: „To ja. Wsiadłem i powiedziałem ‘Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Na to motorniczy: „Na wieki wieków amen, proszę księdza! A was, szanowni państwo, muszę bardzo przeprosić, że przez ten pieprzony Smoleńsk mamy teraz pięciominutowe spóźnienie.
Psia mać! Miało być śmiesznie, a wyszło jak zawsze. Przepraszam.
Mimo to, niezmiennie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta i o kupowanie książki. Jak ktoś nie lubi kupować przez Internet, a mieszka w Poznaniu, lub w Katowicach, może zajść na ulicę Działową do Karmelitów, lub podskoczyć na 3 maja do księgarni „Wolne Słowo”, i tam będzie miał nawet taniej. Ah! I ona jeszcze podobno jest do kupienia w Warszawie w sklepie Foto-Mag w Alei KEN tuż przy wyjściu z metra Stokłosy. Mam nadzieję, że drogi do niej nie zagrodzi jakiś koksownik. Cokolwiek by to miało znaczyć. Dziękuję.

środa, 6 stycznia 2010

Tygodnik Powszechny, czyli jak cierpieć od Kościoła

O Tygodniku Powszechnym, czyli tak zwanym „katolickim piśmie społeczno-kulturalnym” jestem w stanie rozmawiać dokładnie na takiej samej zasadzie jak o współczesnej polskiej komedii, lub – bardziej już nawiązując do tematu – o religijnym życiu Szymona Hołowni. A więc moja cała wiedza na ten temat, nie wynika z bezpośredniej obserwacji zjawiska, lecz raczej z doświadczenia i związanych z tym doświadczeniem przemyśleń. To jest trochę tak jak z Afryką. Z jakiegoś nieznanego mi powodu, myśl o Afryce mnie przyciąga i ile razy widzę zdjęcia, czy filmy z afrykańskimi scenami, czuję, że bardzo bym chciał tam pojechać, a z drugiej strony wiem, że to całe profilaktyczne szczepienie, te upały, ten syf, to robactwo, te wieczne niewygody, mogłyby mnie bardzo łatwo zmęczyć już po paru dniach. Skąd ja to wiem? Wiem, bo wiem. Tak jakoś jest, że to wszystko wiem, bo albo mi ktoś coś na ten temat powiedział, albo gdzieś coś usłyszałem, albo po prostu coś tam sobie na ten temat wymyśliłem.
A zatem, na temat pierwszego i najważniejszego od szeregu lat pisma polskiej inteligencji katolickiej mogę powiedzieć bardzo wiele, i tego co powiem, mogę pewnie bardzo skutecznie bronić. Jednak jeśli ktoś mnie zapyta: „A widziałeś?”, albo „A chociaż czytałeś?”, to będę musiał szczerze odpowiedzieć, ze nie, albo, jeśli nawet tak, to krótko i przelotnie. Jeśli jednak będę musiał odpowiedzieć, co mi zatem daje prawo do tego, żeby o Tygodniku Powszechnym gadać, mogę z podniesioną głową powiedzieć, że wiek, doświadczenie i zdolność skutecznej obserwacji. No a przede wszystkim fakt, że jestem członkiem tego samego Kościoła, którego członkiem są podobno ludzie związani z Tygodnikiem, i tego samego Kościoła, którego nazwa widnieje na pierwszej stronie redagowanego i czytanego przez nich pisma. A więc tym bardziej mogę uważać się tu za osobę odpowiednio autoryzowaną.
Jak wspomniałem, na temat Tygodnika Powszechnego wiem głównie to co wiem, a nie to co widziałem, czy czytałem. Co jednak nie zmienia faktu, że mam tez w tej kwestii parę wspomnień. Wspomnienia dokładnie cztery. I wszystkie sprzed wielu, wielu lat. Pierwsze to takie, że dawno bardzo temu, czytałem owo pismo z potężnym napięciem i ze stałą satysfakcją. A zatem pamiętam i to napięcie i tę satysfakcję. Drugie wspomnienie, to moment, kiedy felietonistą Tygodnika został znany mi skądinąd Roman Graczyk – człowiek, który zaczął fatalnie, a skończył znacznie lepiej, niż skończyć mógł – i w jednym ze swoich tekstów, zwrócił się do wciąż jeszcze publikującego tam Stefana Kisielewskiego per „Kisielu”, na co Kisielewski, w sposób brutalny i zupełnie bezprecedensowy, opieprzył Graczyka otwartym tekstem, tłumacząc mu, że go nie zna i nie życzy sobie, by ten, jako nieznany mu gówniarz, zwracał się do niego po imieniu. To też było dawno, jeszcze zanim Kisielewski odszedł z Tygodnika, w proteście przeciwko skierowanej przeciwko niemu cenzurze. Trzecie wspomnienie jest niezwykle trywialne, ale jest, więc dla porządku też o nim wspomnę. Otóż pewnego dnia przeczytałem w Tygodniku Powszechnym tekst, w którym autorka – z całą pewnością autorka – użalała się nad tym, że w polskich kościołach ludzie nie podają sobie ręki na znak pokoju. Że w Niemczech na przykład, gdzie ona często bywa, rękę się podaje, a w Polsce już nie. I że polscy katolicy zrobiliby dobrze, gdyby choćby w tym miejscu wzięli przykład z katolików niemieckich. Ponieważ informacja ta była dla mnie szokująca, choćby z tego względu, że w kościołach do których ja chodziłem, czy to w Katowicach, czy w Warszawie, czy w Zakopanem, czy też u mnie na wsi, znak pokoju przekazywało się zawsze przez podanie ręki, napisałem do Redakcji list – tak na marginesie, nieopublikowany – z wyjaśnieniem, że Kraków to jednak może tylko wyjątek.
No i wreszcie wspomnienie czwarte, kiedy to w 1995 roku, z okazji 50 jubileuszu Tygodnika Powszechnego, papież Jan Paweł II uznał za konieczne, a przede wszystkim stosowne, przesłanie Jerzemu Turowiczowi listu, w którym napisał, co następuje:
„(...) Rok 1989 przyniósł w Polsce głębokie zmiany związane z upadkiem systemu komunistycznego. Odzyskanie wolności zbiegło się paradoksalnie ze wzmożonym atakiem sił lewicy laickiej i ugrupowań liberalnych na Kościół, na Episkopat, a także na Papieża. Wyczułem to zwłaszcza w kontekście moich ostatnich odwiedzin w Polsce w roku 1991. Chodziło o to, aby zatrzeć w pamięci społeczeństwa to, czym był Kościół w życiu Narodu na przestrzeni minionych lat. Mnożyły się oskarżenia czy pomówienia o klerykalizm, o rzekomą chęć rządzenia Polską ze strony Kościoła czy też o hamowanie emancypacji politycznej polskiego społeczeństwa. Pan daruje, jeżeli powiem, iż oddziaływanie tych wpływów odczuwało się jakoś także w'Tygodniku Powszechnym'. W tym trudnym momencie Kościół w 'Tygodniku' nie znalazł, niestety, takiego wsparcia i obrony, jakiego miał poniekąd oczekiwać: 'nie czuł się dość miłowany' - jak kiedyś powiedziałem (...)".
Pamiętam dziś, jak czytając ten fragment pomyślałem sobie jedno. Że gdybym ja, jako rzymski katolik, usłyszał coś takiego od mojego Ojca Świętego, to bym sobie albo strzelił w łeb, albo posypał sobie głowę popiołem i udał się na pustynię, albo – i to już w najgorszym przypadku – zamknął się i do końca życia już milczał. I pamiętam też, że Tygodnik Powszechny, nie zdecydował się na żadną z tych trzech rzeczy. Wręcz przeciwnie. Jeszcze bardziej podniósł łeb. I tak, podniesiony hardo, trzyma do dziś.
To są wspomnienia. Reszta, to już zwykła, codzienna obserwacja i wnioski. Tu zwrócę uwagę na trzy rzeczy. Przez pewien czas, przed laty, w Tygodniku Powszechnym czołowym i stałym felietonistą był poeta Jacek Podsiadło. Człowiek nieznany mi zupełnie, gdyby nie to, że niedawno wspomniał o nim w Salonie mój kolega, Free Your Mind. Okazuje się otóż, że ów Jacek Podsiadło opublikował gdzieś wiersz, w którym w sposób jak najbardziej poważny i jednocześnie maksymalnie ordynarny, obraża Jana Pawła II, zwracając się do Niego ‘per pan’, a o księżach informuje, że „wpychają ryj wszędzie”. To jest człowiek, który – jeśli wierzyć wikipedii– był stałym felietonistą Tygodnika Powszechnego przez siedem długich lat, a ostatecznie nawet nie został stamtąd wywalony na zbity pysk, lecz odszedł obrażony. A zanim odszedł, przez siedem długich lat współredagował religijno-ideowy kształt tego pisma, przeznaczonego, jak wiemy, dla „pobożnej polskiej inteligencji”.
Kolejne, na co pragnę zwrócić uwagę, jest coś, co znalazłem w najświeższym wydaniu tego pisma. Mianowicie informację o tym, że oto zmarł Edward Schillebeeck, jak pisze autor, „Picasso wśród teologów, jeden z najbardziej kontrowersyjnych teologów [który], krytykowany przez Kongregację Nauki Wiary podkreślał, że wielkość teologa polega nie tylko na umiejętności cierpienia ‘dla’ Kościoła, ale również ‘od’ Kościoła”. Owa entuzjastyczna retoryka ilustrowana jest wywiadem, który autor miał szczęście niedawno z tym ‘wielkim człowiekiem Kościoła’ przeprowadzić. Wywiadu oczywiście nie czytałem, bo nie mam ani możliwości, ani potrzeby, natomiast sprawdziłem sobie w sieci, kim jeszcze, oprócz tego, że „Picassem wśród teologów’, jest śp. Edward Schillebeeck. A więc, jak się okazuje, jest to człowiek, który zredagował coś, co zostało uznane za współczesny Katechizm holenderski, a który to dokument został uznany przez Kościół za tekst heretycki, w którym znalazły się takie błędy jak „brak stwierdzenia, że dusze ludzkie zostały bezpośrednio stworzone przez Boga; nieobecność aniołów; twierdzenie, że grzech pierworodny jest przekazywany nie dziedzicznie, lecz epidemicznie, tzn. jest nabyty przez życie w ludzkiej społeczności; brak potwierdzenia Niepokalanego Poczęcia Maryi; brak stwierdzenia, że Chrystus umarł za grzechy ludzi; brak potwierdzenia rzeczywistej obecności Chrystusa w Eucharystii; podważenie doktrynalnej nieomylności Kościoła itd.” (za Grzegorzem Górnym, Fronda). Oprócz tego, jak podaje wikipedia, Watykan zarzucił owemu „Picassowi” odrzucanie „Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, jako obiektywnej prawdy wiary”.
I ja sobie myślę w ten sposób. Oto człowiek, który, uważając się za człowieka Kościoła, głosi, że z tym Zmartwychwstaniem, to nie do końca jest pewna rzecz. Że może i cały ten katolicyzm, czy może nawet i całe to chrześcijaństwo jest okay, tyle że możliwe że Chrystus jednak nie zmartwychwstał. Czyli, w pewnym bardzo ścisłym sensie, zachowuje się tak jak ktoś, kto uważa, że piłka nożna to świetna zabawa, tyle że nie wiadomo po ciężką cholerę tam jest ta skórzana kula. A Tygodnik Powszechny, „katolickie pismo społeczno-kulturalne” odstawia na jego część fetę, nazywając go „Picassem wśród teologów” – i to w najmniejszym stopniu w formie ironii. A bardzo mądrzy, pełni nowej europejskiej świadomości czytelnicy tego dziwnego pisma, zapewne czytają ten, również zapewne, prowadzony na kolanach wywiad, kiwają mądrze głowami i dumają nad wciąż jeszcze zastraszającą przepaścią, jaka dzieli prawdziwy postępowy Kościół od tego, co oni muszą znosić tu, w tym naszym polskim grajdołku.
Wspominając publiczność, do jakiej kierowany jest Tygodnik Powszechny, dochodzę do samej istoty całego mojego dzisiejszego wpisu, i do faktycznych powodów, dla których ów wpis powstaje. Otóż zdecydowana większość moich znajomych i krewnych, i w ogóle ludzi mi bliskich – to osoby ochrzczone i w większym lub mniejszym stopniu pobożne. Jest jednak też tak, że bardzo znaczna ich część, to nałogowi czytelnicy Tygodnika Powszechnego. Bardzo duża część ludzi, z którymi jestem blisko związany rodzinnie, czy towarzysko, to ludzie, których cotygodniowa lektura obejmuje następujące tytuły: Gazeta Wyborcza, jeśli idzie o pisma codzienne, Polityka i właśnie Tygodnik Powszechny, jeśli idzie o tygodniki. Wszyscy oni czytają ten Tygodnik, w każdą niedzielę chodzą do kościoła na mszę, i – co wnioskuję z prowadzonych z nimi rozmów – są głęboko przekonani, że: po pierwsze – z tą aborcją i eutanazją sprawa nie jest wcale taka prosta; po drugie – nie stało by się nic złego, gdyby Kościół wreszcie dał sobie spokój z tym całym celibatem; po trzecie wreszcie – najwyższy czas, żeby zlikwidować ten cały hierarchiczny układ w Kościele i na przykład biskupów wybierać w lokalnych wyborach powszechnych. No i jeszcze jedno – papież Jan Paweł II był ogólnie rzecz biorąc w porządku, tyle że (podobnie zresztą jak prymas Wyszyński) zdaje się, że trochę, od czasu do czasu, tam nam ‘antysemicił’. Nie wiem, jakie zdanie mają ci moi bliscy na temat tego, co głosił wspomniany wyżej „Picasso wśród teologów”, ale mam bardzo silne podejrzenie, że każdy z nich, ma do jego mysli i niego samego zdecydowanie więcej szacunku niż do myśli i osoby któregokolwiek z polskich biskupów, z wyjątkiem może arcybiskupa Życińskiego i Pieronka.
I oto jest obraz części polskiej tak zwanej „inteligencji katolickiej”. Oto obraz tego, co się na przestrzeni lat wyrodziło z propagandowej działalności ruchu, który jest reprezentowany i dyrygowany przez środowisko Tygodnika Powszechnego. Oto zasługi, jakie dla polskiego Kościoła ma to środowisko. Oto obraz tego, co wyrosło na słowach i czynach sączących się z umysłów ludzi, którzy postanowili gruntownie przemodelować polską tradycję pobożności na kształt dziś najlepiej widoczny w intelektualnej pracy Edwarda Schillebeecka. I niestety – a to już jest prawdziwe nieszczęście – mamy to co mamy, za zgodą i życzliwym przyzwoleniem polskiego Episkopatu i polskich biskupów. Przez tę zgodę, a moim zdaniem, zaniedbanie biskupów, polski Kościół utracił – prawdopodobnie w sposób nieodwracalny – bardzo dużą część swoich wiernych. A tracąc ich, naraził i ich i siebie, na ryzyko, o którym aż strach wspominać. I o to ja – ktoś kto zawsze z gorącym sercem walczył przeciwko wszelkim przejawom traktowania osób duchownych bez należnego szacunku – z przykrością stwierdzam, że tolerując słowo ‘katolicki’ w nazwie Tygodnika Powszechnego i pozwalając by to coś w tak perfidny sposób mieszało w głowach ludzi wierzących, polscy biskupi zachowują się głupio i nieodpowiedzialnie. I za to zaniedbanie będą musieli kiedyś odpowiedzieć. I to w stopniu o wiele większym, niż choćby za swoją współpracę z komunistyczną bezpieką.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...