Posty

Wyświetlanie postów z sierpień, 2011

Sianki-Wołosianka, czyli historia jednego Narodu i jednego plemienia

Poniższy tekst powstaje już od kilku dni i, tak jak to zwykle bywa w tego typu sytuacjach, w pewnym momencie przychodzi do głowy, żeby może dać spokój i całą tę Ukrainę przynajmniej na jakiś czas odłożyć na bok. Niestety, sama Ukraina nie bardzo daje nam jakiekolwiek pole manewru. Oto w „Uważam Rze” sprzed tygodnia natrafiłem na relację z, ukraińskiej oczywiście, zbrodni sprzed lat, kiedy to we wsi Ostrówki na Wołyniu, Ukraińcy zamordowali w najbardziej okrutny sposób 250 osób. Artykuł, tak jak większość tego typu artykułów, opisuje zdarzenie z najdrobniejszymi szczegółami, a nam nie pozostaje nic innego jak albo płakać, albo kipieć z wściekłości. Ewentualnie jeszcze możemy się cieszyć, że już niedługo do Ostrówek przyjedzie prezydent Komorowski, by zainaugurować kolejny nowy początek w relacjach polsko-ukraińskich. Tak się składa, że moje stanowisko w wymienionej kwestii jest nieco bardziej oryginalne od wszystkiego, a sprowadza się ono do przekonania, że, w żaden sposób nie zapominaj

Cyrylica, czyli sława gierojom UPA!

Właściwy tekst na temat Ukrainy – ciekawe po raz to już który – wciąż jeszcze przed nami, natomiast dziś chciałem zwrócić uwagę na coś, co nigdy tak naprawdę mnie nie zainteresowało, a tym razem, owszem, to coś zauważyłem. Otóż kiedy się człowiek nagle pojawi na Ukrainie, ale przecież też – co akurat tu jest dość ważne – w Rosji, czy w ogóle na terenach tak zwanego dawnego Sowietu, to co uderza przede wszystkim, to fakt, że wszystką wszędzie jest napisane tak zwaną cyrylicą. Dla człowieka takiego jak ja, lub pewnie każdego mojego mniej więcej rówieśnika, napisy sporządzone ową cyrylicą nie stanowią większego problemu, bo tych liter bardzo skutecznie uczyliśmy się w szkole, i nawet jeśli ktoś był uczeniem – tak jak ja – wyjątkowo marnym, to umiejętność czytania cyrylicy pozostaje z nim i tak już do śmierci. Syn mój nie ma pojęcia, co to tam jest napisane, moje córki podobnie, natomiast zarówno pani Toyahowa jak i ja – proszę uprzejmie. Po rusku rozmawiać umiemy mniej więcej tak samo, ja

Platforma Obywatelska, czyli kolanem w brzuch na ziemi w zęby w nocy skrycie z nożem z góry w dół na magazyn przez worki z piaskiem wobec

Sprawa pozwu, jaki Platforma Obywatelska skierowała przeciwko sztabowi wyborczemu Prawa i Sprawiedliwości o to, że Prawo i Sprawiedliwość brzydko o Platformie mówi, została już wielokrotnie i bardzo treściwie omówiona w rożnych miejscach, w tym i tu – w postaci skromnego żartu – na tym blogu. Kiedy jednak wydawało się, że nie będziemy mieli potrzeby się więcej nad tym nieszczęściem pochylać, nastąpił finał tak nieoczekiwany, że, przynajmniej ja, nie mam innego wyjścia, jak tylko poświęcić tej kwestii pewną porcję refleksji. Mówiąc o nieoczekiwanym finale, wcale nie mam na myśli tego, że decyzja sądu jest niekorzystna dla Prawa i Sprawiedliwości. Nikt bowiem, choćby w miarę tylko przytomny, nawet się nie spodziewał, że Platforma, kierując sprawę o kampanijne kłamstwa PiS-u do sądu, nie miała wszystkiego wcześniej uklepanego. Jaki będzie wyrok, było wiadomo od samego początku. Natomiast, przynajmniej jeśli idzie o mnie, spodziewałem się, że sędzia, uzasadniając swoją decyzję, zwróci uwag

Nie dla łajz

Obraz
Jak już wspomniałem przy okazji poprzedniego wpisu, miniony weekend spędziłem głównie w zachodniej Ukrainie, przy samej naszej granicy. Ponieważ pani przewodnik była bardziej niż klasyczną idiotką, na zwiedzanie Sambora, Truskawca i Drohobycza mieliśmy przydzielone jakieś 90 minut, natomiast większość dnia spędziliśmy na zaciskaniu pęcherzy i przełykaniu z głodu śliny w, co trzeba przyznać bez awantur, bardzo wygodnym autokarze. Biorąc jednak pod uwagę, że jakimś cudem udało nam się zdążyć na pociąg z Sianek do Wołosianki, można powiedzieć, że misja została spełniona. O tym jednak, zgodnie zresztą z zapowiedzią, za parę dni. Dziś będziemy rozprawiać o łajzach. Nie bardzo dziś już pamiętam, co stanowiło początek tamtej rozmowy, ale stało się jakoś tak, że w pewnym momencie nasza koleżanka Marylka postawiła następujący problem: Skoro pewien typ kobiety określamy jako „jędza”, jak można określić analogiczny typ mężczyzny. Ponieważ kwestia wydała mi się interesująca, pomyślałem nad tym prz

O amatorach z cyrklem i czaszką za dwie stówy

Miniony weekend spędziłem z panią Toyahową częściowo w naszym ukochanym Przemyślu – który z każdym rokiem coraz bardziej poraża swoją urodą – i na Ukrainie, która jest po prostu Ukrainą. I kropka. Tym razem jednak nie byliśmy we Lwowie, ale tu, bliżej, czyli w Truskawcu, Drohobyczu i Samborze. No i przejechaliśmy się prawdziwą ruską kolejką przez prawdziwe polskie Karpaty… i muszę przyznać, że sięgam pamięcią w minione lata, i trudno mi jest znaleźć wydarzenie i obraz bardziej inspirujące, niż ta właśnie zielona Ukraina sprzed paru dni. Pisałem o Ukrainie parę razy, zawsze wywołując raczej wrogość – i to wrogość obustronną – niż akceptację, a po ostatnim tekście dowiedziałem się wręcz, że jestem zwykłym faszystą. Niestety, wygląda na to, że wszystko, co dotychczas w tym temacie miałem do powiedzenia, zyskało wyłącznie potwierdzenie, i, na domiar złego, jedyne co mogę do tego wszystkiego dodać, moje dotychczasowe refleksje, wyłącznie wzbogaci. A powiedzieć, i to powiedzieć na ten temat

On się nazywa Pałasiński. Jacek Pałasiński

Ja oczywiście zdaję sobie sprawę, z tego, że ten typ skojarzeń ma się tu trochę jak pięść do nosa, jednak ze skojarzeniami już tak jest, że one są, i na to nic już nie można poradzić. Inna sprawa, że i tak akurat innych w zasięgu mojej pamięci nie ma, więc siłą rzeczy, tak jak jest, musi zostać. O co chodzi? Otóż w swoim „Roku 1984”, Orwell w pewnym momencie opowiada, jak to Winston próbuje sobie przypomnieć coś z czasów, kiedy świat był względnie normalny, i właściwie jego pamięć rozbija się już na samym początku o następujący dylemat: czy to co on sobie niby przypomina, działo się naprawdę, czy może mu się tylko tak zdaje. Ja tę niezwykłą powieść czytałem już bardzo dawno temu, a więc nawet w tej chwili nie umiem powiedzieć, czy to chodziło tylko o kasztany, czy aż o dzwony kościołów, niemniej problem był właśnie taki – że nowy świat jest już tak bardzo inny od tamtego, który został ostatecznie starty z powierzchni ziemi, a jednocześnie też robi wrażenie czegoś tak naturalnego, że is

O życiu na dobrych falach

Ponieważ ostatnio zebrało mi się na wspomnienia, nic nie zaszkodzi, jeśli i dziś – choćby tylko na początek tego tekstu – trochę sobie powspominam. W maju roku 1990 powstało Porozumienie Centrum, a ja, we wrześniu tego samego roku, do tego Porozumienia Centrum, w sposób jak najbardziej oficjalny, wstąpiłem. Oficjalny, a więc nie na takiej zasadzie, że coś tam komuś powiedziałem, ale z tymi wszystkimi składkami, zebraniami i całą konieczną resztą, włączając w to i to, że we wszystkich towarzyskich sytuacjach, od czasu do czasu, zmuszony byłem do odpowiadania na pytania typu: „Krzysiu? Ty chyba żartujesz???” Trzymałem się i Jarosława Kaczyńskiego i każdego firmowanego przez niego projektu bez przerwy przez wszystkie te lata, aż do czasu, gdy Porozumienie Centrum zostało doszczętnie i skutecznie przez Służby rozbite. Ale i wtedy też, nie poszedłem nigdzie indziej, lecz tkwiłem przy Jarosławie Kaczyńskim, i tak już mam do dziś. Rok 1990, jak może część z nas pamięta, to był rok, w którym P

O fartuszku za dwie dychy i końcu wakacji

Długi weekend minął mi dokładnie tak samo jak długi tydzień i długi miesiąc, a więc tak sobie, tyle że może szybciej, niż działo się to jeszcze rok temu. Mogłoby to oczywiście świadczyć o tym, że się starzeję, ale mówią mi mądrzy ludzie, że życie stawia przed nami tyle ofert, a każda z nich ciekawsza od drugiej, że szybki upływ czasu wcale już nie dotyczy ludzi starszych, ale w ogóle każdego, kto jakoś tam w to życie się angażuje, włączając w to nawet małe dzieci. Inna sprawa, że ja tych ofert za bardzo nie widzę, no ale kto wie, czy one nie są jakoś tak sprytnie ukryte, że niby ich nie ma, a jednak są. I przyśpieszają to moje życie właśnie tak dyskretnie. Wymieniłem sobie dziś mailową korespondencję z naszą koleżanką Marylką i poskarżyłem się jej, że gniję, na co ona zapewniła mnie o tym, że mnie świetnie rozumie, ponieważ kiedyś sama bardzo skutecznie przeżywała ów stan gnicia. Oczywiście zrobiło mi się raźniej, tyle że przy tym, nagle przypomniałem sobie coś z bardzo już zamierzchłe

O nas, głupich tchórzach

Gdyby komuś przyszło do głowy sądzić, że, skoro ja tak ładnie potrafię pisać, i to w dodatku pisać z pozycji najczęściej tak bardzo słusznych, to ze mnie musi być prawdziwy bohater, to chciałbym go dziś wyprowadzić z błędu. Jak idzie o bohaterstwo, to ja sobie mogę ewentualnie przyznać tu tylko jeden punkt. Za to – chwaliłem się już tym tutaj parę razy – że kiedy oferowano mi bardzo przyjemne studia za współpracę, to powiedziałem esbekowi, żeby poszedł szukać gdzie indziej. Za to, że bałem się jak cholera, a mimo to, powiedziałem mu, żeby na mnie nie liczył. I na tym koniec. Więcej ciekawych historii tego typu do opowiedzenia nie mam. Mam natomiast w pamięci coś, co, jak sądzę, w najlepszym dla mnie wypadku, ów jeden punkt mi odbiera. I chciałem dziś parę słów na ten własnie temat. Dziś już nie pamiętam tego tak na sto procent, czy na moich studiach, coś co się wówczas nazywało szkoleniem wojskowym, trwało rok, czy dwa, ale wydaje mi się, że rok. O ile jednak sobie przypominam, na tak