Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Orliński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Orliński. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 stycznia 2012

A za oknem wiatr wieje, wiatr wieje...

Jak już miałem okazję o tym tu wspominać, jak idzie o korzystanie z mediów mainstreamowych, ogarnął mnie całkowity i niewzruszony przesyt, i w tej chwili praktycznie wszystkie informacje, jakie otrzymuję, dochodzą do mnie już tylko przez Internet. Czy ja chcę przez to powiedzieć, że Wirtualna Polska, Onet, tvn24, czy choćby nawet Salon24 to coś lepszego, niż telewizja TVN24 czy „Rzeczpospolita”? W żadnym wypadku. Po prostu, tak się jakoś stało, że telewizor jako medium nastraja mnie wyjątkowo niesympatycznie i jedyne co potrafię znieść z tych obrazków, to turniej w Melbourne. Jadę rano autobusem na tę swoją jedną smutną lekcję i czytam sobie wiadomości w komórce, i to mi jakoś wystarczy. Później zajrzę na Salon24 – no i tu już mam dokładnie wszystko, co mi może być potrzebne, ale też i to, czego nie będę potrzebował nigdy, w żadnych okolicznościach. No i tak to się plecie.
Zajrzałem więc wczoraj na Salon24… a tam dwa pod rząd teksty poświęcone Stefanowi Niesiołowskiemu. Tekst pierwszy napisany przez panią red. Jankowską, a drugi przez panią Rudecką, a więc przez blogerów, których z zasady nie czytam, no ale ponieważ nazwisko „Niesiołowski” ma w sobie coś takiego, że przyciąga uwagę, zajrzałem najpierw do Rudeckiej, żeby zobaczyć, co ona ma do powiedzenia na temat Jankowskiej – bo przecież nie Niesiołowskiego – a potem do Jankowskiej, żeby sprawdzić, czy ona rzeczywiście dała Rudeckiej jakikolwiek powód do tego, by się należało wspinać aż na taki poziom zaplutej furii, czy może Rudecka już zwyczajnie inaczej nie potrafi. No i na tym zamknę sprawę obu pań, ponieważ w tym momencie pojawia się Jacek Sasin – człowiek, którego darzę wręcz obsesyjną miłością.
Na początek od razu wyjaśnię ową kwestię mojego zauroczenia. Powiem szczerze, że po raz pierwszy zorientowałem się, że Sasin w ogóle istnieje, dopiero tuż po 10 kwietnia 20110 roku, kiedy to okazało się, że Jacek Sasin stał się nagle najwyższym żyjącym urzędnikiem zmarłego Pana Prezydenta. Wcześniej, jak mówię, ani go nie znałem, ani chyba nawet nie widziałem na oczy. I oto, w tych pierwszych godzinach, kiedy wszyscyśmy wyglądali jakbyśmy mieli zaraz się rozpaść z rozpaczy, i albośmy dusili w sobie smarki, lub lali łzy, Jacek Sasin stał przed nami jak pomnik, i z tą swoją niezwykłą siłą wzorowego urzędnika państwowego, któremu na głowę spadł nagle cały świat, pokazywał nam, jak należy reprezentować odchodzącą właśnie prezydenturę. Sasin ani nie płakał, ani nawet nie robił wrażenia wzruszonego. On nawet nie pozwolił sobie na to, by mu zadrżał głos. On stał przed nami jak posąg, i reprezentował wdeptany w smoleńskie błoto urząd. Muszę tu przyznać, że dla mnie akurat ówczesna postawa Sasina miała również wymiar bardzo osobisty. Trzeba bowiem tu powiedzieć, że mam oto taki charakter, który nieustannie każe mi się wzruszać. Taki był mój ojciec – taki jestem i ja. Mnie wzrusza wszystko i to moje wzruszenie od razu widać, albo w postaci drżącego głosu, albo wręcz łez. Wstyd mi okropnie z tego powodu – szczególnie wobec osób mi obcych – ale to jest coś, na co nie umiem znaleźć sposobu. Patrzyłem więc na tego Sasina, słuchałem jego głosu, widziałem jego oczy i tę jego kamienną, ale przy tym tak urzędowo pogodną twarz, i myślałem sobie, że ja bym w życiu tak nie potrafił. Ja bym się zwyczajnie poryczał. A on? Służba.
Ale pomyślałem sobie jeszcze coś. Że oto mam przed sobą żywy dowód na to, że Jacek Sasin nie kłamie. Gdyby on kłamał – wzruszyłby się. Gdyby kłamał – zrobiłby choćby jedną maleńką minę. Gdyby wreszcie kłamał – absolutnie nie pozwoliłby sobie na ten zupełnie surrealistyczny w tamtej chwili… może nie uśmiech, ale na ową pogodę ducha. Gdyby Sasin wtedy próbował nas nabrać, w życiu by się nie zachował tak jak się zachował. Bo to nie jest tak, że opinia publiczna docenia tego typu demonstrację siły. O nie! Opinia publiczna reaguje na łzy i tandetną poezję. Pop tego typu szczerości fizycznie nie akceptuje. I muszę tu powiedzieć, że z tamtych dni zapamiętałem dwie osoby, które zachowały ten dumny chłód – Sasina i Jarosława Kaczyńskiego.
I oto, przy okazji wspomnianej na początku tej notki wizyty w Salonie24, dowiedziałem się, że właśnie tuż po smoleńskim nieszczęściu, a więc dokładnie w tym samym czasie, kiedy ja zorientowałem się, że ktoś taki jak Jacek Sasin w ogóle jest i był, zorientowali się co do tego też inni. I – co może w tym jeszcze ciekawsze – jest całkiem prawdopodobne, że oni się jednocześnie też zorientowali, że ten Sasin to nie byle co. Jak się okazuje, ktoś – nie mam do końca pojęcia, kto pierwszy – dokonał odkrycia, że Jacek Sasin to syn komunistycznego generała i funkcjonariusza aparatu przemocy, Józefa Sasina i chrzestny syn prawdopodobnego zabójcy gen. Papały, Edwarda Mazura. Jak mówię, nie wiem, kto pierwszy uruchomił tę lawinę, ale na ile potrafię odtworzyć ów ciąg, to najpierw na ten trop wpadł jakiś kolega Wojciecha Orlińskiego – człowieka, którego tu znamy aż zbyt dobrze – opowiedział o tym Orlińskiemu, Orliński opublikował tekst na swoim blogu, a za tym tekstem popłynęła cała reszta tego brudu – w tym wspomniana wcześniej pani Rudecka, a przez nią, naturalnie też Salon24 – by się ostatecznie ową wiadomością zadławić.
Żeby tę sprawę już na samym początku wyjaśnić – bo niniejszy tekst wbrew pozorom nie ma na uwadze oczyszczania dobrego imienia Jacka Sasina, ale sprawy znacznie bardziej ogólne – kolega Orlińskiego skłamał. Józef Sasin nie jest ojcem Jacka Sasina – polityka, lecz Jacka Sasina – rysownika. Podobnie oczywiście, to nie naszego Jacka Sasina trzymał do chrztu Edward Mazur, tylko Jacka Sasina, syna Józefa. To są informacje ogólnie dostępne i nie stanowiące jakiejkolwiek zagadki. Wystarczy wpisać w odpowiednie miejsce Internetu nazwisko „Jacek Sasin” i wszystko pojawia się jak na dłoni. A zatem, kiedy Orliński pisał swój tekst, w którym szydził z Jacka Sasina, szydził nie z tego Sasina, z którego ewentualnie szydzić powinien. A zatem, Orliński nie sprawdził informacji, jaką ktoś mu wrzucił, ale przez swoją histeryczną wręcz nienawiść, brak opanowania i to stare, jakże stare, życzenie śmierci, uczepił się tej wiadomości jak pijak płotu – i rozpowszechnił tę potwarz na całą Polskę. Czy on wiedział? Oczywiście mógł wiedzieć – i to by go tam jakoś ratowało – jednak sądzę, że nie wiedział. Uważam, że Orliński połknął tę plotkę na dokładnie takiej samej zasadzie, jak ta umierająca z nudów fryzjerka w jakimś prowincjonalnym salonie piękności, która nagle się dowiaduje, że gdzieś ktoś, kogo ona nie lubi wpadł pod auto – i moknie. A więc tu nie pojawił się nawet strzep myśli. Tu poszło wyłącznie o instynkt.
A reszta? Taka pani Rudecka? To już akurat jest bez znaczenia. To jest wyłącznie tak zwane mięso armatnie.
Do czego zmierzam? Orliński na swoim blogu najczęściej nazywa mnie „pacjentem”. Czyta ten blog, ale przy tym nim gardzi i mnie osobiście uważa za człowieka chorego. Otóż proszę sobie wyobrazić, że ja niedawno otrzymałem informację – już w tej chwili nawet nie pamiętam od kogo – że dziennikarz „Gazety Wyborczej” TVN-u i diabli wiedzą czego tam jeszcze, Bartosz Węglarczyk, jest w prostej linii wnukiem Józefa Światły, Żyda i komunistycznego kata. Czy ta informacja mnie zainteresowała? Przyznam że trochę tak. Od czasu jak red. Cichy – jakby nie było człowiek stamtąd – przyznał, że tzw. Projekt Agora, to projekt ideologicznie czysto żydowski, kolejne typy robią wciąż na mnie pewne wrażenie. Ale czy poczułem coś więcej? Absolutnie nic. Zero. Ja mam sto tysięcy lepszych powodów, by uważać Weglarczyka za tępego buca, niż to, że on jest Żydem, a jego dziadek jeszcze większym. No ale załóżmy, że ja bym Węglarczyka– dokładnie tak jak Orliński Jacka Sasina – nienawidził, i podobnie jak Orliński, czułbym, że, cholera ciężka, brakuje mi argumentów. Prawdopodobnie w tej sytuacji bym się tej wiadomości uczepił. Że oto już o tym Weglarczyku wiem wszystko. Że ale z niego swołocz! A to ruski buc! Jest jednak pewien szczegół, który nas różni. Ja bym wcześniej tę informację sprawdził. A gdyby mi się jej nie udało potwierdzić, z żalem bym na nia machnął ręką i słowem bym się na ten temat nie zająknął. Dlaczego? Bo bym się bał tego wstydu.
Ale popatrzmy na jeszcze jedną kwestię. Otóż szansa że Bartosz Węglarczyk jest synem Światły jest o niebo większa od tej, że Jacek Sasin – minister w Kancelarii prezydenta Kaczyńskiego – jest synem Józefa Sasina. Skąd ta moja pewność? Otóż cała kariera Weglarczyka wręcz błaga o tego typu wyjaśnienie. W jego sytuacji, ono się wręcz dopomina o uznanie. Jeśli się okaże, że Bartosz Węglarczyk to faktycznie Żyd i wnuk Światły, nikt się nawet nie żachnie. Każdy w miarę zorientowany obywatel wzruszy ramionami i powie: „A jakże by inaczej”. Jak idzie o Sasina – to że on mógłby być synem ubeckiego generała, jest sensacją o takiej skali, że taki Orliński na wieść o niej zwyczajnie stracił rozum. A mimo to, ja – gdyby mi się zdarzyło owego dziadka Weglarczyka do czegoś potrzebować – wszystko bym wcześniej odpowiednio sprawdził.
Problem bowiem polega na tym, że jeśli u nas – na tak zwanej prawicy – pojawi się jakiś wariat, który zacznie publikować listy stu największych Żydów, i na niej znajdą się wszyscy główni polscy politycy, poczynając od Marka Belki, przez Jadwigę Kaczyńską, a kończąc na Aleksandrze Kwaśniewskim, cała publiczna domena zatrzęsie się od rechotu, że oto Polaczkowie znów przekroczyli kolejną granice zidiocenia. Już przy tym nie wspominam, że każdy z owych wariatów, gdyby mu tylko przyszło do głowy, by przekroczyć próg jakiegokolwiek mniej lub bardziej oficjalnego medium – prawicowego, czy lewicowego – zostałby stamtąd wywalony na zbity pysk. Tymczasem okazuje się, że dokładnie ten sam rodzaj szaleństwa, jaki obserwujemy – przy całym moim szacunku – u takiego Kazimierza Świtonia, czy Adama Słomki, jest reprezentowany jak najbardziej oficjalnie przez najbardziej opiniotwórcze środowiska i osobistości tak zwanej Nowej Europy. I nie ma po tamtej stronie jednego człowieka, który by na tę manifestację obłąkania zareagował choćby skrzywieniem ust.
Ale jest jeszcze jedna różnica między nimi a nami. Kiedy któryś z naszych wariatów ma ochotę się trochę popisać, to piszę tak: „Oto Żydzi, mordercy Polskiego Narodu” i w tym momencie już do końca sadzi dwie kolumny nazwisk – z jednej strony jakiegoś Kwaśniewskiego, a z drugiej Krakauera, czy cholera wie kogo. Kiedy za tropienie dziadków biorą się Europejczycy, efekt ich pracy wygląda tak:
„Jacek Sasin, genetyczny patriota. Mam mniej więcej tyle lat co były pisowski wojewoda Jacek Sasin. Wspomnienie Sasina o tym, jak to w PRL zimą świetnie jeździły pociągi i komunikacja publiczna funkcjonowała bez zarzutu, mocno mnie zaskoczyło. Musieliśmy żyć w zupełnie innych PRL-ach. Link do biografii ojca Jacka Sasina, generała SB Józefa Sasina – dzięki Rpyzel! – wyjaśnia sprawę. Rzeczywiście, żyliśmy w różnych PRL-ach. Zimą 1979 roku Józef Sasin był zastępcą naczelnika Wydziału VI Departamentu III MSW (czyli po prostu Służby Bezpieczeństwa). To wyjaśnia, dlaczego Jacek Sasin zupełnie inaczej zapamiętał tę zimę od reszty społeczeństwa. Synuś pana generała raczej nie marzł wtedy razem z nami na przystanku. […]
Zapewne gdy jako nastolatek jechałem na pierwsze samodzielne wyprawy w Bieszczady czy na Hel, też raczej nie miałem szansy spotkać w PRL-owskim pociągu syna osoby kierującej tak ważną grupą. Panie Jacku, pan by raczej coś fajnego w radiu opowiedział o podróżach ze służbowym kierowcą od tatusia – czym pan pokonywał peerelowskie zimy, polonezem? Dużym fiatem? A może legendarną czarną wołgą?”.
To są te poziomy. Widać je, prawda? Napisałem wcześniej, że gdybym ja z jakiegoś chorego powodu uznał za stosowne zrobić coś takiego, jak zrobił Orliński, spróbowałbym się przynajmniej trochę rozejrzeć. A gdybym się źle rozejrzał i coś takiego jak Orliński wykonał, ogarnąłby mnie taki wstyd, że swoją karierę publiczną bym zakończył i bym zdechł w nędzy z głodu, lub w więzieniu z powodu długów. Orliński ma się świetnie, a ja jestem dla niego wyłącznie „pacjentem”.
Miało już o niej nie być, ale literatura wymaga zakończenia. A więc wracamy do mięsa armatniego. Zostawiłem wczoraj na jej blogu komentarz z jednym pytaniem: „Czy kiedy ona pisała o Sasinie, wiedziała że kłamie?” I proszę sobie wyobrazić, że ona mi na to odpowiedziała, że nie kłamała. Że ona wszystko podtrzymuje. A jeśli ja mam jakieś nowe informacje, to ona mnie prosi o odpowiedni link. I skończyła rozmowę. Przyznam że kiedy wpadłem na pomysł, by takie własnie dać zakończenie tej notce, pomyślałem sobie, że będzie to akcent dość optymistyczny. Teraz jednak myślę, że ani trochę. Tu jednak jest już najgorzej.

Tradycyjnie, wszystkich tych, którzy uważają, że ten typ publicystyki wart jest życzliwej uwagi, proszę o finansowe wspieranie tego bloga. Poza tym, przypominam, że dostępna jest książka z wczesnymi wpisami publikowanymi na naszym blogu i można ją kupić albo tuż obok, albo też w Katowicach na ulicy 3-maja w księgarni „Wolne Słowo”. Dziękuję.

środa, 2 listopada 2011

O okręcie i włosach na głowie

W ostatnich dniach przydarzyło mi się parę rzeczy, które samodzielnie nie miałyby najmniejszego znaczenia i nie zasługiwałyby nawet na to, by tu o nich wspominać choćby w formie dygresji, ale przez jakieś niezwykłe zrządzenie przypadku zaczynają się zlewać w pewien wspólny obraz i rosną. Rosną z każdym dniem, coraz bardziej. Jakiś czas temu wspominałem tu o pewnym moim koledze, człowieku znacznie ode mnie młodszym, ale za to mocno zaprzyjaźnionym i towarzysko niezwykle mi bliskim, którego szczególną cechą jest to, że jak idzie o poglądy na życie, on stanowi dokładne przeciwieństwo tego, w co ja wierzę i co uważam za prawdziwe. A zatem jest on i zdeklarowanym ateistą, i lewicowcem na poziomie… ja wiem? Kto wie czy nie samego Orlińskiego, o którym też tu już było i, jak się okazuje, musi być jeszcze raz. A w dodatku intelektualistą tego szczególnego typu, który mnie na ogół wyłącznie albo śmieszy, albo irytuje. Muzyki słuchamy właściwie tej samej, filmy oglądamy podobne, dowcipy nas śmieszą te same, natomiast jak już idzie o literaturę, to wystarczy powiedziec, że takiego Kuczoka, który jest dla mnie przedstawicielem czystego grafomaństwa, on uważa za pisarza wybitnego. Co więc sprawia, że lubię się z tym moim kolegą zadawać? Dokładnie to samo, co sprawia, że lubię się zadawać z innymi ludźmi, z którymi się zadaję od lat. Po prostu uważam go za miłego i solidnego kumpla, z którym można sobie solidnie i przyjemnie pogawędzić. Czy mi nie przeszkadza to, że on jest jak Orliński? Ani trochę. A jemu to, że ja jestem jak… Błaszczak może? Też, jak się okazuje, nie.
Spotykamy się dość rzadko, ale jak już, to bardzo intensywnie. A zatem nasze przedwczorajsze spotkanie również było intensywne. A zaczęło się od razu od samego Orlińskiego. Mój kolega mianowicie wyszedł do mnie z pretensją o to, że ja Orlińskiego nieuprzejmie potraktowałem. Zdaniem kolegi, Orliński przede wszystkim na moje złośliwości nie zasługuje, bo on mnie wcale aż tak brzydko jak mi się zdaje nie potraktował, a poza tym jest wybitnym intelektualistą, znakomitym blogerem i autorem, wykształconym, dowcipnym i wrażliwym człowiekiem. Akurat jak idzie o traktowanie, ten element jest mi cudownie obojętny, raz dlatego, że to w jaki sposób mnie Orliński traktuje, mam w nosie, a dwa, że uważam, że on mnie nie tyle potraktował brzydko, co głupio. A to już akurat sprawia, że cała sprawa przesuwa się na pozycje dyskusji o faktach, a nie o uczuciach. No ale kolega mój twierdzi na dokładkę, że robię błąd, nie czytając bloga Orlińskiego, bo on pisze naprawdę znakomicie. Ja piszę znakomicie, ale Orliński też, i warto Orlińskiego czytać. Orliński jest świetny.
Przyznam, że kiedy dowiedziałem się, że Orliński jest świetny, ucieszyłem się. Dlaczego? Dlatego, że zwyczajnie lubię, kiedy okazuje się, że nie wszystko jest takie jak się wydaje. Lubię, kiedy świat okazuje się być wielokolorowy i o wielu odcieniach. Lubię wiedzieć, że wciąż mamy strasznie duże pole do tego, by zweryfikować nasze poglądy i nasze przekonania., lub choćby je poprawić. Dobrze jest bowiem wiedzieć, że wciąż tyle przed nami. Że nie wszystko jest już ostatecznie zamknięte. Zajrzałem więc na blog Orlińskiego i czytam tekst na samej górze:
„Polską prawicę drażni określenie ‘święto zmarłych’, dlatego lubię go używać na blogu. Nigdy nie lubiłem tego święta – od dziecka mam wrażenie, że w Polsce zbyt dużo uwagi poświęca się martwym, a za mało uwagi żywym i ich potrzebom.
Bardzo lubię za to Halloween, sympatyczne święto z importu. Podoba mi się jego psychologiczny wymiar. Jak trafnie zauważył Chesterton, najcenniejszym przesłaniem baśni o smokach jest pokazanie dzieciom, że smoki można pokonać”.
W tym momencie uznałem, że dalej czytać nie muszę, bo prawdopodobnie następny akapit zacznie się od słów następujących: „Polską prawicę drażni określenie ‘gwiazdka’, dlatego lubię go używać na blogu. Nigdy nie lubiłem tego święta…”. Kolejny – podobnie: „Polską prawicę drażni określenie ‘Dziadek Mróz”, dlatego lubię go używać na blogu. Nigdy nie lubiłem Dziadka Mroza…”. Co dalej? „Polską prawicę drażni określenie ‘moher”, dlatego lubię go używać na blogu. Nigdy nie lubiłem moherów…”. Dalej – bez zmian: „Polską prawicę drażni określenie ‘ten kraj’, dlatego lubię go używać na blogu. Nigdy nie lubiłem tego kraju…”. A może jeszcze coś? „Polską prawicę drażni określenie ‘kaczyzm’, dlatego lubię go używać na blogu. Nigdy nie lubiłem kaczyzmu…”. I teraz niech mi ktoś powie – po co ja mam to czytać dalej?
No ale ponieważ lojalność dla przyjaciela ma swoją cenę, zajrzałem na kolejny wpis Orlińskiego. A tam? Proszę rzucić okiem:
„Komcionauta MRW zadał ostatnio pytanie o laptopa dla licealisty oburzonego na to, że jego jareccy wyskakują z kasy tylko na osiem paczek miesięcznie za Kuronia, zamiast na pięć kafli za Gucci School of Warsaw.
Śpieszę z wyśmienitą sugestią laptopa dla licealisty o średniozamożnych rodzicach. To Alienware M11x, low-endowy przedstawiciel high-endowego brandu, który wchodzi właśnie na polski rynek.
Jako hardkorowy makówkarz podchodziłem do niego jak pies do jeża – uważnie obwąchując i szukając słabych punktów. Gwoli obiektywizmu opis zacznę od mocnych punktów. Otóż mocnym punktem Alienware jest moc.
Standardowy test grafiki w Counter-Strike Source podał średnią wartość 119,75 fps. Najniższa jaką zauważyłem to 60 z hakiem, często przekraczał podczas testu 200.
Spuszczę zasłonę miłosierdzia na osiągi mojego Macbooka Pro. Wprawdzie to nie jest najnowszy model, tylko ten poprzedni, ale jednak to piętnastocalowy klocek o katologowej cenie dwukrotnie wyższej od M11x. Strach pomyśleć, jakie osiągi ma alienowa piętnastka o podobnej cenie.
Wniosek jest oczywisty: jeśli dla kogoś giercowanie jest priorytetem (a co ma być priorytetem dla licealisty?), z laptopów liczy się tylko Alienware. Lansować się per ‘patrzcie, jaki ja jestem Free Software Open Source Creative Commons (TM)’ można przecież na wszystkim”.
Zamiast komentarza, rumienię się i oświadczam, że na tym kończę temat Wojciecha Orlińskiego.
W minioną sobotę, prawdopodobnie w związku ze zbliżającym się dniem Wszystkich Świętych, Robert Mazurek uznał za stosowne przeprowadzić swoją cotygodniową rozmowę dla „Rzeczpospolitej” z Janem Hartmanem – ateistą, jak się zdaje w jednym celu – żeby Hartman opowiedział nam skąd on wie, że Boga nie ma, a po śmierci człowiek – ze swoim ciałem i tą niby duszą – już tylko wyłącznie gnije Przyznam, że przeczytałem ją z dużym zainteresowaniem od deski do deski. I od razu przyznam, że w całym swoim życiu nie miałem okazji słuchać tak mądrego wykładu na temat tego, że religia to opium. Naprawdę byłem pod wrażeniem. Niestety jest coś, co mi ten obraz wybitnego filozofa skutecznie zakłóca. Otóż ja wciąż pamiętam, jak przed ponad rokiem, w owym telewizyjnym studio u Pospieszalskiego, miałem okazję tłumaczyć Hartmanowi, że słynny „Borubar” był wyłącznie perfidną manipulacją Systemu, co dla każdego średnio przytomnego obywatela jest faktem nie wymagającym nawet analizy. Okazało się jednak, że dla Hartmana – nie. Hartman był do tego stopnia przekonany, że Lech Kaczyński rzeczywiście powiedział „Borubar” zamiast „Boruc”, że do niego docierało żadne moje słowo, a w pewnym momencie zaczął się ze mnie zwyczajnie szyderczo – i zapewne niezwykle filozoficznie – śmiać. A więc, ja przepraszam bardzo, ale jeśli on nie jest w stanie dostrzec czegoś co stoi przed nim jak byk i puka go w to tępe czoło, to co on może zrozumieć z tej wielkiej i niezmierzonej tajemnicy bożego miłosierdzia? Co on może zrozumieć z czegokolwiek? Co on może mieć do powiedzenia na dowolny, obojętnie jaki, temat? Że Bóg nie istnieje? A Mazurek?
Też już o nim tu pisałem. O tym moim znajomym, który pewnego rzucił się na mnie na ulicy i zaczął mnie wyśmiewać z powodu mojego politycznego zaangażowania. Szliśmy wczoraj na całą rodziną groby… i nagle – jest! Ten sam, złapał mnie za mankiet i zaczął dokładnie w tym samym stylu, co wtedy, się ze mnie nabijać. Tak jakby chciał to moje blogopisanie wyrazić w formie kabaretowej. Tu żona, tu dzieci, tu świece, tu kwiaty, tu tłum ludzi… a ten przez zaciśnięte wściekłością zęby rechocze, że ja jestem głupim pisowcem. Ktoś powie, że to wariat. Otóż nic podobnego – ani on nie jestem wariatem, ani Orliński nie oszalał, ani Hartman, ani tym bardziej, mój serdeczny, lewicowy kolega. To nie jest szaleństwo. To w najlepszym wypadku jest opętanie.
Widziałem niedawno bardzo ciekawy film. Niektórzy twierdzą, że to tzw. „fake documentary”. A więc prowokacja. Otóż nie. Wszystko wskazuje, że to jest szczera prawda. Tak się zdarzyło. Tak było. Za tym stali prawdziwi ludzie. Film nazywa się „Catfish” i opisuje historię pewnego internetowego teatru, na który codziennie jesteśmy narażeni wszyscy. Włącznie z nami tutaj. Otóż pewien młody fotograf Nev Schulman mieszka sobie ze swoim bratem Arielem i kolegą Henry Joostem w Nowym Jorku. Pewnego dnia otrzymuje niezwykła przesyłkę. Ośmioletnia, mieszkająca gdzieś na wsi w stanie Michigan, dziewczynka, nazwiskiem Abbie Pierce, znalazła gdzie jedno z jego zdjęć, na podstawie tego zdjęcia namalowała przepiękny obraz i postanowiła mu go sprezentować. Wkrótce fotograf i dziecko stają się przyjaciółmi z Facebooka, a jeszcze po chwili owa facebookowa przyjaźń rozszerza się o mamę dziewczynki, Angelę, i jej starszą przyrodnią siostrę – prześliczną piosenkarkę i tancerkę o imieniu Megan. Megan przysyła fotografowi swoje piosenki, tamta młodsza – swoje obrazy, przyjaźń rodzinna kwitnie, a między Nevem i Megan nawiązuje się nieunikniony romans. W pewnym momencie Nev zauważa jednak, że są pewne rzeczy – a liczba ich rośnie z każdym dniem – które stawiają całą historię w bardzo niepewnym świetle, a więc Megan nie jest piosenkarką, to dziecko nie jest malarką, a co do mamy – to w ogóle nic już nie wiadomo. No i tu się tak naprawdę rozpoczyna film. Cała trójka zaopatruje się w maleńkie mikrofony, jeszcze mniejsze kamery, wsiada w samochód, i wyrusza na spotkanie nieznanego. No i na miejscu okazuje się, że, owszem, jest jakieś dziecko, które jednak wygląda, jakby się wyłącznie wstydziło, jakiś dwóch chłopców z ciężkim umysłowym upośledzeniem, mąż owej Angeli, który robi wrażenie, jakby nigdy nie miał nic do gadania, a jak idzie o Megan – to do końca nie wiadomo, czy ona gdzieś jest, czy jej nie ma. Jedno co wiadomo na pewno, to to, że Angela wszystko osobiście wymyśliła, osobiście malowała te obrazy, osobiście ściągała te piosenki gdzieś z Internetu i osobiście założyła trzy czy cztery Konata na Facebooku, by robić wrażenie tej niezwykłej rodziny.
Ktoś mi powie, że to nic takiego. Internet jest pełen takich historii. A kto wie, czy to miejsce, na którym my się spotykamy, o podobnych przedstawieniach czegoś też nie ma do powiedzenia? Może. Kto wie? Jednak przyszedł mi ten film do głowy I chciałbym, byście wiedzieli, że mam z nim pewien kłopot. Zwłaszcza wtedy, gdy niektórzy z Was mają do mnie pretensję o to, że bywam tu niegrzeczny, czy mało wyrozumiały.
Pozostaje jeszcze jedno. Co te wszystkie historie mają ze sobą wspólnego? Otóż nie bardzo potrafię sformułować tu jakąś sensowną odpowiedź. Niemniej czuję, że z całą pewnością mają ze sobą wspólnego bardzo dużo. Coś się bowiem dzieje. I, jak mówię, chyba jednak nie chodzi o szaleństwo, ale już o opętanie. A skoro tak, to jestem pewien, że warto o tym wciąż przypominać.
Wypadałoby zakończyć czymś pozytywnym i mocniejszym, niż to całe nieszczęście. Proszę bardzo. Otóż otrzymałem niedawno bardzo piękny mail od pani profesor Zyty Gilowskiej. Jestem pełen nadziei, że nie pogniewa się ona na mnie za to, że zacytuję tu jeden drobny z niego fragment:
„Dekoracje przewracają się za szybko i chyba już bez kontroli. Niebezpieczna sytuacja. Kiedy spod ozdóbek wychyla się brutalna machina dziejów, ludziska tracą azymut, niekiedy
na całego. Trzeba zwrócić się do Opatrzności, pamiętać o Przodkach i łapać dystans. W takich przypadkach cytuję sobie świętego Augustyna – ‘Ziemia jest naszym okrętem, nie siedzibą’. Zresztą, ‘Wszystkie włosy na naszej głowie są policzone’. To fakt
”.
Z Bogiem. Do jutra. Może.

Póki co jednak, proszę - bardzo zachęcam - kupować książkę o liściu. Naprawdę warto. I, jak zwykle, proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Zrób to sam, czyli jak zostać kurwą

Kiedy doszła do mnie pierwsza, jakże sensacyjna i budująca jednocześnie, wiadomość, że władze rosyjskie udzieliły swej łaskawej zgody, by rodziny poległych w Smoleńsku mogły jednak podejść do strzępów polskiego samolotu, oczywiście byłem dumny i szczęśliwy. Jednocześnie jednak wiedziałem, że jakąś cenę za tę uprzejmość trzeba nam będzie zapłacić. W końcu, coś za coś, czyż nie? Dziś już wiem zarówno ja, jak i cała Polska, że ceną tą okazało się usunięcie oryginalnej tablicy ze słowem ‘Katyń’ i z krzyżem ze smoleńskiego obelisku i wstawienie tam innej. Lepszej, ładniejszej i bardziej adekwatnej. A więc, chyba nie jest najgorzej. A może nawet jest lepiej. Bo skoro ładniejszej, to na cóż tu narzekać? Kiedy nasz prezydent Komorowski w dziś, już za chwilę, spotka się na tym miejscu kaźni ze swoim serdecznym kolegą Miedwiediewem i się uścisną, pamiątkowa fota, którą ktoś im z pewnością strzeli, będzie z pewnością bardziej w stylu.
Ktoś powie, że owszem – panowie prezydenci będą mieli sytuację znacznie bardziej komfortową, natomiast należy też pomyśleć o wrażliwości samych rodzin, które mogą się tu, w tej nowej sytuacji, poczuć nie do końca na miejscu. No ale musimy też pamiętać, że to właśnie ich interes został tu, że tak powiem, utargowany. To one w końcu – te rodziny – chciały dotknąć wraku. No i dotknęły. Niech się więc cieszą. Jest jednak jeszcze coś, o czym nie wolno zapominać. Jak czytałem we wcześniejszych zapowiedziach, w planie zwiedzania wraku było też ustawienie zniczy w kształcie krzyża. To ja tym razem już bardzo przepraszam. A niby z jakiej okazji ten kolejny krzyż? Co to za dziwne pomysły? To niby miały być już dwa krzyże? Jeden na ziemi, a drugi na tablicy. A to szanowni państwo nie wiedzą, że miejsce krzyża jest w kościele? Naprawdę, apelujmy o opamiętanie.
Myślę wciąż o tej zamianie, i jak bym nie liczył, to wciąż mi wychodzi, ze jesteśmy dalej na plusie. No bo zastanówmy się, jaką korzyść mają Rosjanie z tego, że się z nami muszą wciąż zadawać. Przecież nawet ta zmieniona już tablica, to dla nich wyłącznie kłopot, zwłaszcza że nie należy zapominać, że ta zamiana z ich punktu widzenia, jest taka sobie. W końcu wzięli jedną, a dali dwie. Czyż nie? W dodatku, nie należy zapominać, że sam proces zamiany to też nie była dla nich taka wielka przyjemność. Trzeba było w nocy wstać, leźć tam na to lotnisko po śniegu, w mrozie, jedną odkręcać, dwie nowe przykręcać, a kto wie, czy w ogóle były jeszcze za to jakieś pieniądze. A my? Przecież sam zaszczyt i przyjemność spotkania się z prezydentem Rosji starczy za wszystko. Samo to jest czymś tak pięknym i ważnym, że nawet gdyby się nie dało pomacać wraku, i tak nie można by narzekać. Przecież prezydent Miedwiediew to nie byle kto. I sławny, i zapracowany, i przecież w tym czasie, zamiast ściskać się z naszym Bronisławem Komorowskim, mógłby robić sto innych, ciekawszych i bardziej inspirujących rzeczy.
No i wreszcie, sama przyjaźń. Dwadzieścia lat czekaliśmy na to, żeby Rosja znów zechciała uznać Polskę za prawdziwego druha. I skoro wreszcie ten czas nadszedł, naprawdę nie powinniśmy marudzić. Zwłaszcza że nie ma o co. Jakaś tablica? A cóż nam tablica? Raz jest, raz jej nie ma. Raz ta, raz inna. Doprawdy…
Prezydent Komorowski jest już w Rosji. Matko jedyna! Jaka to piękna wiadomość! Przyleciał samolotem do Moskwy, został tam powitany jak prawdziwy przywódca, a kto wie, czy nie dostał coś do jedzenia. Teraz jedzie piękną czarną limuzyną prosto do Katynia. Ileż w tej wyprawie wspanialej symboliki! A tam już czekają na niego wypróbowani przyjaciele, a wśród nich i on. Prezydent Miedwiediew. Jestem pewien, że to będzie dobre spotkanie. Dobre, pożyteczne i pełne ważnych znaczeń. Porozmawiają sobie nasi prezydenci, uradzą co jest do uradzenia, i w ten sposób wkroczymy w kolejny etap dobrych stosunków. A jak Bronisław Komorowski ładnie i po rosyjsku przeprosi za numer z tablicami, to może i dostanie buziaka.
Ja wiem, że to co się stało niemal już rok temu, dla wielu rodzin mogło stanowić bolesne doświadczenie i wielką tragedię. I zdaję sobie też sprawę, że dla wielu z tych osób ów niespodziewany brak oryginalnej tablicy może stanowić jakiś tam – głównie psychiczny – kłopot. Jestem jednak przekonany, że wszyscy sobie z tym wszyscy jakoś poradzą. To są silni ludzie. Zwłaszcza ci, którzy tam dziś postanowili się zjawić. Ale w końcu przecież widok tulących się prezydentów też musi na nich podziałać kojąco. No ale załóżmy nawet, że ktoś tam się źle poczuje. Tu też nie ma obaw. Jak się dowiaduję, rodzinom towarzyszą psychologowie i księża. W tym potencjalnie trudnym momencie i jeden i drugi będzie jak znalazł. Ludzie z ekipy Santorskiego wszystko ładnie im wytłumaczą, a jeśli któremuś z nich wciąż będą po głowie chodzić jakieś złe myśli, to pójdzie do spowiedzi i będzie git.
I tyle. Jeszcze na koniec pozwolę sobie wyjaśnić, skąd dziś ten brzydki tytuł. Doniesiono mi mianowicie niedawno, że ten blog jest bardzo uważnie czytany przez dziennikarza Gazety Wyborczej Orlińskiego, a więc gazety, która w tych dniach naprawdę bardzo się stara, żeby nam wszystkim było lepiej. Panie Orliński, jak się Panu podoba ten tekst? To chyba jest Pański kierunek. Może być? Czy mógłby mi Pan załatwić jego publikację w Wyborczej? Ja mogę takich pisać po parę dziennie. Za ten wezmę powiedzmy pięć stów. I jak trzeba będzie, to mogę od razu napisać jeszcze jeden. Pan wie, że potrafię. Niech będzie za cztery.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...