poniedziałek, 28 czerwca 2021

Czy Polskie Państwo powinno się zatroszczyć o ludzi-świnie?

 

Tak się składa, że za chwilę z żoną wyjeżdżamy do Kuźnicy na Helu, by zaczerpnąć oddechu. W związku z tym, jest taka szansa - choć nie pewność - że przez najbliższy tydzień nie będę nic pisał. Dziś natomiast pragnę przedstawić swój najnowszy felieton napisany na zamówienie "Warszawskiej Gazety". O ludziach na literkę "Q".      


       Czas, jak wiemy, zwłaszcza ostatnio, dla wielu z nas pędzi dużo za szybko, i to jest niestety coś do czego się zdążyliśmy już przyzwyczaić i się z tym pogodzić, jako z czymś naturalnym. To jednak na co wpadłem dziś, gdy piszę ten felieton, w żaden sposób nie jest naturalne, i to wcale nie dlatego, że tu czas minął niemal między jednym a drugim oddechem, ale przez to, że najwidoczniej przy tym czymś ktoś musiał majstrować sam Szatan. O co chodzi? Otóż pamiętam jak parę lat temu, przy okazji jednej z organizowanych tu u nas w Polsce tak zwanych „tęczowych parad”, w formie swego rodzaju memento, media pokazały nam obrazki z podobnych wydarzeń w Niemczech, czy Holandii, gdzie mogliśmy zobaczyć, jak dwójka półnagich mężczyzn w skórzanych stringach i biustonoszach prowadzą na łańcuchu trzeciego, różniącego się od nich tym, że ma zamiast twarzy... pysk psa.

        Patrzyliśmy na te dziwadła i pocieszaliśmy się, że co by nie mówić o tych tęczowych parasolkach, torebkach, ale nawet i dziewczynach poprzebieranych za chłopców, a chłopców za dziewczyny, czy – jeszcze gorzej – o owych tłustych, podstarzałych już mocno, transwestytach z ogromnymi doczepionymi biustami, to na szczęście oni jeszcze nie prowadzają się jak psy czy świnie na łańcuchach – bo wszystko poniżej ich nie podnieca. I nagle, proszę sobie wyobrazić, Internet obiegło zdjęcie wręcz niezwykłe i, moim zdaniem, znacznie wykraczające poza to czego się mogliśmy obawiać, ale zachowywaliśmy ten nasz boży spokój. Oto widzimy warszawską ulicę, a na niej człowieka właściwie nawet jeśli prezentującego się ekscentrycznie, to nie bardziej niż to jest tu i ówdzie przyjęte, który jedną ręka trzyma za rękę może 10 letnią dziewczynkę, a w drugiej dzierży smycz do której jest przywiązana kobieta. Kobieta ma na głowie zrobiony z kartonu świński łeb i idzie za mężczyzną na czworaka.

       Oczywiście nie mam bladego pojęcia, kim jest ten człowiek i towarzysząca mu kobieta. Możliwe, że to jest których z dziennikarzy „Gazety Wyborczej” ze swoją partnerką i ich dzieckiem, którzy pojawili się tam w tym anturażu po to by zademonstrować swoje poparcie dla tak zwanej „różnorodności”, ale też biorę pod uwagę i to, że to są autentyczni przedstawiciele ruchu sygnowanego przez nich samych literką „Q”, a to dziecko to wcale niekoniecznie ich dziecko, tylko coś, co oni sobie sprawili gdy trafili na okazję.

      Jak mówię, tego ani ja, ani póki co nikt z nas nie wie, ale uważam że bez względu na to, jakie jest wyjaśnienie tej zagadki, jest czymś skandalicznym, że tymi ludźmi jeszcze nie zainteresowały się odpowiednie służby. Rzecz w tym, że tak czy inaczej, chodzi przede wszystkim o to dziecko. I Polskie Państwo jest za nie odpowiedzialne. Nawet gdyby miało się okazać, że ono jest w tym układzie najszczęśliwsze na świecie.



     

sobota, 26 czerwca 2021

O fascynującym życiu wśród kamer i aparatów fotograficznych

 

      Kolega zapytał mnie niedawno, co to takiego się stało, że w ostatnich miesiącach niemal całkowicie z publicznej przestrzeni zniknął Lech Wałęsa. A ja w tym momencie uświadomiłem sobie, że komuś kto informacje czerpie czy to z telewizji czy nawet z Internetu, z wyłączeniem Facebooka, faktycznie może się wydać, że Lech Wałęsa zupełnie niepostrzeżenie stał się melodią przeszłości. Wyjaśniłem więc mojemu kumplowi, że gdyby on miał konto na Facebooku i korzystał z niego jak pan Zuckerberg przykazał, to by wiedział, że jest wręcz odwrotnie: Lech Wałęsa jest dziś w wyjątkowej formie i nie ma dnia, by on nie dał o sobie znać na Facebooku właśnie. Każdy kto tam bywa i, podobnie jak ja, zdecydował się śledzić codzienne losy pana Bolesława, wie że on dziś swój czas dzieli pomiędzy siedzenie na Youtubie i oglądanie co raz to nowszych i co raz bardziej sensacyjnych filmów o kosmitach, oraz przyjmowanie u siebie w Gdańsku osób chętnych do tego, by – jak rozumiem, za jakąś tam opłatą – zapozować do zdjęcia z Bohaterem Naszej Wolności, a on wówczas każde z nich wrzuci na swój profil na Facebooku i pokaże, jak to on spędza jesień swojego życia wśród ludzi, dla których już na zawsze postanie nikim innyym jak „tym” Lechem.

        A zatem, co osobiście mogę potwierdzić przez własne doświadczenie, Lech Wałęsa pokazuje się publicznie wręcz wielokrotnie w ciągu dnia i to zawsze w pełnej glorii i chwale. W tych demonstracjach jest jednak coś, co mnie bardzo mocno zastanawia. Ale zanim przejdę do rzeczy, pozwolę sobie na małą dygresję. Otóż na wspomnianym Facebooku bardzo często pojawiają się niezwykle interesujące filmiki, na których jesteśmy świadkami absolutnie wyjątkowych i zaskakujących sytuacji, których bohaterowie z jednej strony rzekomo w ogóle nie mają pojęcia, że są nagrywani, a z drugiej kamera znajduje się tuż przed ich oczami i nie ma najmniejszej wątpliwości, że oni doskonale muszą wiedzieć, że biorą udział w zwykłej inscenizacji. Mimo to, wielu z nas z zachwytem ogląda te nadzwyczajne wręcz przypadki i ani przez chwilę nie przejdzie nam przez myśl, że tam, oprócz tego co widzimy, musi być jeszcze ktoś z kamerą. A z mojego punktu widzenia odpowiedź jest dość prosta i w pewnym sensie bardzo smutna: otóż wielu z nas dziś nawet nie bierze pod uwagę takiej możliwości, że to co widzi na ekranie komputera, czy telewizora, a niekiedy wrecz na żywo, to inscenizacja właśnie i nic ponad to. W końcu, skoro widać jak na dłoni, to znaczy że to prawda.

        I teraz pozwolę sobie wrócić do Lecha Wałęsy i tych wszystkich fotek, które on wrzuca do Internetu, by pokazać nam, jak go ludzie kochają. Otóż mim zdaniem – niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę – gdybym ja spotkał gdzieś na świecie Lecha Wałęsę i zapragnął mieć z nim zdjęcie, to bym go bardzo grzecznie poprosił, by zechciał mmnie przytulić, strzeliłbym sobie to selfie i  zaprezentował je na Facebooku, czy Twitterze, by moi znajomi spalili się z zazdrości. Nie widzę natomiast takiej możliwosci, by owo zdjęcie pojawiło się na profilu Wałesy na Facebooku. No bo jak? Tymczasem dziś – wspominałem już że ja aktywność Lecha Wałęsy na Facebooku śledzę od rana do wieczora każdego dnia – widzę praktycznie co godzinę, jak przebywajacy aktualnie na wypasionym wypoczynku w Arłamowie, były nasz prezydent wrzuca tam zdjęcia z osobami, które zdarzyło mu się tam spotkać. Zdjęć tych jest całe mnóstwo, nie zdziwiłbym się gdyby się okazało, że dziś już grubo ponad sto, a ja się zastanawiam już tylko, kto komu zaproponował jedno czy drugie ujęcie. Gdyby to oni byli inicjatorami owych sesji i z ich aparatu owe zdjęcia pochodziły, to nie wyobrażam sobie, by każde z nich w jednej chwili lądowało na wałęsowym profilu na Facebooku. Jedyne co mi przychodzi do głowy, to to, że on – a niewykluczone że przy okazji i jego asystent z telefonem, który tam z nim na stałe siedzi w tym basenie – zaczepia ludzi i prosi by oni zechcieli  zapozować z PRAWDZIWYM Lechem Wałęsą. Oni naturalnie nie mają pojęcia, co to za dziwadło, ale się oczywiście zgadzają, bo co to im szkodzi, a on to wszystko natychmiast umieszcza na swoim profilu, z sugestią, że tak go właśnie, gdziekolwiek się pojawi, otaczają fani.

        Ja oczywiście wiem, że to co się dzieje aktualnie z Lechem Wałęsą nie jest kwestią szczególnie pociągającą, podobnie jak nie jest w ogóle ciekawy poziom szalenstwa, jaki go jakiś już czas temu opanował. Ja jednak dziś tak naprawdę nie o tym, lecz o nas. Myślę sobie mianowicie, że to jest wręcz nieprawdopodobne jak wielu z nas, patrząc na to co nam się pokazuje, nie chce sobie zadać trudu, by zapytać o tę kamerę. Kto ją tam ustawił, kto ją trzyma w ręku i po co ona nam pokazuje to co nam pokazuje.

       Zachęcam do refleksji.




piątek, 25 czerwca 2021

O edukowaniu dyrektorów w wersji turbo

       Powiem szczerze, że mimo iż choćby ze względow zawodowych sytuacja polskiej szkoły leży mi bardzo na sercu, to o szykowanej przez ministra Czarnka rewolucji dowiedziałem się niejako na marginesie różnych bardziej mnie zajmujących wydarzeń. Wystarczyła jednak tylko ta jedna informacja, że mianowicie on postanowił wreszcie wziąć szkolnych dyrektorów za twarz, bym uznał, że oto wreszcie po raz pierwszy w historii mamy właściwego człowieka na właściwym miejscu, a co więcej człowieka traktującego to miejsce z najwyższą powagą. Ale nie tylko to. Otóż wystarczyło mi tylko usłyszeć ten zgiełk wściekłości ze strony obrońców status quo, bym w swojej ekscytacji uznał, że jeśli Czarnek wytrwa w swoim postanowieniu i znajdzie do jego realizacji wsparcie ze strony przede wszystkim Jarosława Kaczyńskiego i premiera Morawieckiego, to zmianę jaka już wkrótce może nastąpić w funkcjonowaniu polskiej szkoły, można będzie porównać do tego co swego czasu w Wielkiej Brytanii uczyniła Margaret Thatcher, rozpędzając na cztery wiatry terroryzujące kraj związki.

      Jak mówię, o tym na co się zanosi, dowiedziałem się z dochodzących do mnie plotek, głównie koncentrujących się na tym, że rząd będzie wsadzał do więzienia dyrektorów szkół, więc aby poznać sprawy dokładniej, zajrzałem do najlepszego jak sądzę źródła, czyli do portalu OKO Press i tam przeczytałem co następuje:

Ubezwłasnowolnienie szkół, dyrektor/ka w potrójnych sidłach

Bezpośrednim celem proponowanej przez rząd Morawieckiego nowelizacji prawa oświatowego jest zyskanie kontroli nad wyborem dyrektorki czy dyrektora szkoły (wg raportu ORE z 2011 roku kobiety stanowiły 76 proc. dyrektorów placówek oświatowych, od 100 proc. w przedszkolach do 48 proc. w liceach). Władze dobrze wiedzą, że pozycja dyrektorki/ra w polskiej szkole jest bardzo silna. Zgodnie z ustawą oświatową:

  • kieruje on/ona działalnością szkoły i reprezentuje ją na zewnątrz;
  • sprawuje nadzór pedagogiczny;
  • sprawuje opiekę nad uczniami (może też skreślić ucznia z listy);
  • decyduje o zatrudnianiu i zwalnianiu nauczycieli oraz innych pracowników szkoły;
  • przyznaje im nagrody oraz wymierza kary porządkowe.

Projekt przewiduje aż potrójne zabezpieczenie, by to rząd – poprzez powoływanego przez ministra edukacji kuratora – miał kontrolę nad tym, kto będzie rządził w szkole.

  1. Dyrektor wyłaniany jest w konkursie, w którym dziś przedstawiciele samorządu i kuratorium oświaty mają po trzy głosy, rady pedagogicznej – dwa głosy, rady rodziców – dwa głosy i związki zawodowe – jeden . Rząd chce, by głos kuratorium oświaty, niezależnie od liczby obecnych przedstawicieli, zawsze liczył się jako pięć;
  2. Jeśli kandydata nie uda się wyłonić w konkursie, samorząd nie będzie już mógł go powołać bez konkursu, niezbędna będzie pozytywna opinia kuratora;
  3. Punkty 1 i 2 zapewniają kontrolę nad wyborem nowej dyrektorki czy dyrektora, ale nie dają władzy nad ponad 40 tysiącami obecnych (razem z przedszkolami). Temu służy zapis nr 3. Kurator może złożyć wniosek do organu prowadzącego placówkę o odwołanie dyrektora w czasie roku szkolnego i to bez wypowiedzenia, jeśli ‘nie zrealizuje on w ostatecznym terminie wskazanym przez kuratora zaleceń wynikających z przeprowadzonych czynności z zakresu nadzoru pedagogicznego’. A jeśliby organ prowadzący (gmina czy powiat) nie chciał odwołać? Nie szkodzi. Wtedy ‘wygaśnięcia powierzenia stanowiska dyrektora szkoły dokona organ sprawujący nadzór pedagogiczny’.

Zapis nr 3 jest perfidny i w praktyce oznacza odwołanie dyrektora/ki na życzenie władz w sześciu prostych krokach:

  • kurator przeprowadza kontrolę,
  • stwierdza ‘uchybienia w nadzorze pedagogicznym’ (pojęcie bardzo szerokie, nieprecyzyjne),
  • wydaje zalecenia pokontrolne,
  • ocenia, że nie zostały zrealizowane,
  • wnioskuje o odwołanie,
  • a jak samorząd nie posłucha, to odwołuje sam”.

      Tak jak z zasady uważam, że media w rodzaju cytowanego tu OKO Press potrafią łżeć bez mrugnięcia okiem i czynią to zawsze z niewzruszoną radością, tym razem skłonny jestem wierzyć im na słowo. Jestem szczerze przekonany, że tak to właśnie sprawy się mają, jak nam zostało przedstawione. Dokładnie tak jak piszę OKO Press, dziś „pozycja dyrektorki/ra w polskiej szkole jest bardzo silna”, i już niedługo, a mam nadzieję, że od nowego roku szkolnego, będziemy mieli sytuację, że po całych długich dekadach owej bezkarności, dyrektorzy szkół wreszcie poczują, że jest ktoś przed kim oni realnie odpowiadają. Dziś bowiem jest tak, że aby, nie mówię, że spowodować, by dany dyrektor został zwolniony z pracy, ale choćby doprowadzić go do tego by poczuł choćby cień niepokoju odnośnie swojej pozycji, trzeba by było przeciwko niemu wysunąć niezbite dowody, że on handluje na terenie szkoły narkotykami, lub gwałci uczennice lub inne nauczycielki. A i to, nie jestem wcale pewien, by wystarczyło. Dyrektor szkoły – to prawda, że najczęściej jest to kobieta, choć moje osoboiste doświadczenie związane jest z mężczyzną z krwi i kości – ma pełne prawo traktować szkołę jak swój prywatny interes, gdzie on jest panem i władcą, a wokół niego gromadzą się kręgi nauczycieli – tu też, mamy głównie kobiety – mniej lub bardziej związane z nim towarzysko. I to ów najbliższy krąg tak zwanych „przydupasów” dyrekcji ze swojej strony udziela jej stałego wsparcia, zapewnia ochronę i gwarantyje wybór na kolejną kadencję, a w zamian za to może liczyć ze strony dyrektora na wszelkie możliwe uprzejmości, poczynając na premiach, płatnych zastępstwach, wychowawstwach, nagrodach dyrektora szkoły, nagrodach prezydenta, czy nagrodach ministra, o które to on przecież w pierwszej kolejnosci wnioskuje – proszę pamietać, że to potrafią naprawdę bardzo duże, dochodzące do 10 tys. zł. pieniądze – a kończąc na tym, że nawet najbardziej leniwy, głupi i niekometentny nauczyciel może być pewien, że nigdy żadna krzywda mu się nie stanie. I to, proszę sobie wyobrazić, stanowi moim zdaniem pierwszą przyczynę dla których zdecydowana większość dzisiejszych nauczycieli to pierwszej klasy miernoty i że większość dzisiejszych szkół stwarza właściwie tylko pozory uczenia, że już nie wspomnę o wychowywaniu.

        Uczę zarówno w szkole, jak i prywatnie podczas korepetycji, odponad czterdziestu już lat i proszę mi uwierzyć, że zarówno z bezpośrednich obserwacji, jak i z relacji uczniów – wspomnę ze uczniów z całej Polski – wiem, że dzisiejsza szkoła, gdy chodzi o ogólne kształcenie oraz nauczanie, to w znacznym stopniu kompletna fikcja. Lekcje się notorycznie nie odbywają, zastępstwa są fikcyjne, a jeśli nauczyciel faktycznie zada sobie trud by przyjść do sali, to bardzo często zajmuje się wyłącznie sobą, dbając tylko o to, by uczniowie nie hałasowali. Ja wiem, że w to bardzo trudno uwierzyć, ale daję słowo, że znam klasy, gdzie przez cały semestr było zaledwie kilka lekcji języka angielskiego. Znam uczniów, których późną jesienią pytałem, jakie mają stopnie, a oni i odpowiadali, że jeszcze zadnego, bo „pani najczęściej nie ma”, albo że mieli zastępstwo. Znam uczniów, których całymi miesiącami pytam, co nowego robili na angielskim, a oni mi niezmiennie odpowiadają, że „nic”. A trzeba Panstwu wiedzieć, że ja raczej nie mówię o jakiś egzotycznych bardzo patologiach, ale o często tak zwanych „dobrych” szkołach.

        Ktoś pewnie zapyta, czemu tak się dzieje, a ja już odpowiadam: dzieje się tak dlatego że nie ma żadnego systemu kontroli dyrektorów szkół gdy chodzi o choćby ten jeden przytoczony przez OKO Press punkt: „decyduje o zatrudnianiu i zwalnianiu nauczycieli oraz innych pracowników szkoły”. Przepraszam bardzo, ale czy ktoś z nas słyszał o tym, że dyrektor zwolnił jakiegoś nauczyciela? Ja nie. Natomiast, owszem, słyszałem – sam zresztą jestem tu dobrym przykładem – o nauczycielach, którzy sami odeszli w obawie, że przez nieustanne rozpamiętywanie kolejnych skandali, z którymi się muszą na co dzień mierzyć, zaczęli się poważnie obawiać o swoje zdrowie psychiczne.

        No i wreszcie, czy ktoś z Państwa kiedykolwiek słyszał o tym, by doszło do zwolnienia ze szkoły dyrektora z jakichkolwiek innych powodów niż czysto kryminalnych, a więc choćby za to, że wspomniany w tekście OKO Press „nadzór pedagogiczny” okazał się kompletną fikcją. Oczywiście że nie, bo kto to ma zrobić, jeśli nie policja i prokuratura? Kuratorium? Prezydent Miasta? Nie żartujmy.

        Cieszmy się więc my, którym zależy na tym, by nasze dzieci, czy wnuki, miały poczucie sensu korzystania z dobrodziejstw powszechnej edukacji, że pojawiła sie wrszcie szansa na to, że szkoła będzie szkołą, a nie przechowalnią dla wszelkiego autoramentu nieudaczników, pod kierownictwem największego z nich. No i niech się cieszą też sami uczniowie, którzy dziś w swojej ogromnej większości, pytani o szkołę, wydymają pogardliwie usta, wzruszają ramionami i idą w swoją stronę. Reszta oczywiście niech protestuje, a my módlmy się o to, by nieskutecznie.



czwartek, 24 czerwca 2021

Czy Marcin Patrzałek dostanie order od prezydenta Dudy?

 

        Teraz, gdy nasze Orły zgotowały sobie swój los, przyznać muszę, że przez cały ten czas narodowej histerii pozostawałem w stanie nieustannego rozdarcia. Z jednej strony mianowicie bardzo chciałem by polska drużyna jakimś niezbadanym cudem przyrody pokazała, jeśli już nie piłkarski poziom, to przynajmniej prawdziwą wolę walki, i przeszła przez te mistrzostwa jak burza, zdobywając dla nas wszystkich ten tytuł, a z drugiej wręcz marzyłem o tym, by oni z tych mistrzostw odpadli i żebyśmy nie musieli brać udziału w cyrku przygotowywanym dla nas dzień w dzień przez, głównie państwowe, media. Momentem decydującym ostatecznie okazał się mecz z Hiszpanią, kiedy to chyba żaden uczciwie go obserwujacy kibic nie był w stanie stwierdzić, kto w tym pojedynku był bardziej beznadziejny – nasi czy Hiszpanie, a tymczasem ogólna atmosfera wokół tego spotkania była taka, że ów remis to niemal przepustka dla polskiej piłki nożnej do przyszłych międzynarodowych sukcesów. A kiedy usłyszałem gdzieś zdanie, że aby wygrać ze Szwedami, wystarczy że rozegramy równie „kapitalne”  spotkanie jak z Hiszpanią, to, mogę to teraz na spokojnie przyznać, do ogladania wczorajszego spotkania, w którym Polacy zagrali znacznie lepiej niż z Hiszpanią, a mimo to dostali w skórę od Szwedów, zasiadłem w nastroju wakacyjnym i dziś, kiedy piszę ten tekst, o wiele większym dla mnie zmartwieniem jest to, że do kolejnej rundy nie awansowali Węgrzy.

       Co zatem z „naszymi”? Otóż przede wszystkim nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdy chodzi o piłkarskie umiejętności, polscy piłkarze należą do najlepszych na świecie. I nie mam tu oczywiście na myśli tylko Roberta Lewandowskiego – bo on nie należy, ale zwyczajnie jest – ale choćby Piotra Zielińskiego, o którym wielki Bruno Fernandes powiedział, że technicznie jest od niego lepszy. Nie mam też najmniejszych wątpliwości, że jeśli wczoraj po przegranym przez siebie meczu Węgrzy płakali – podobnie jak wcześniej choćby Słowacy – a nasi piłkarze nawet nie robili wrażenia szczególnie poruszonych, to ów fakt nie wynika z tego, że tamci są bardziej emocjonalni, ale zwyczajnie z tej jak dobrze znanej nam prawdy, że dla nas Polaków filozofia, wedle której nawet jeśli na helikopter nigdy nie będziemy mogli sobie pozwolić, to bez problemu wystarczy by starczyło na flaszkę, stanowi podstawę wszelkich planów na przyszłość.

       Zawsze bardzo mocno sprzeciwiałem się – a przy okazji sam trzymałem się od nich bardzo z daleka – próbom klasyfikowania nas Polaków w sposób, gdzie głównym argumentem staje się zdanie „bo my Polacy”. Mimo to wciąż, jak zły sen wraca do mnie wspomnienie pewnego mojego szkolnego kolegi, którego spotkawszy po latach spytałem, co porabia by żyć, on mi odpowiedział, że prowadzi usługi fotograficzne, ja go zapytałem, czy jest dobry, a on mi odpowiedział (tu cytat): „A niby czemu mam być dobry?”

       Jak wiemy, ja aby żyć, robie dwie rzeczy: uczę i piszę. Ja wiem, że w tym momencie – nie pierwszy zresztą raz w życiu – ktoś mi wspomni moje przerosnięte ego, ale daję słowo, że gdyby nie moje przekonanie, że jestem zarówno najlepszym nauczycielem języka angielskiego, jak i najlepszym pisarzem, to na jedno i drugie machnąłbym ręką i poszedł pracować do „Żabki”. Na szczęście, tu akrat nie mam sobie nic do zarzucenia i jakoś ciągnę. To czego się obawiam, to to, że gdy chodzi o piłkę nożną, ale przecież nie tylko, bo tu może jeszcze bardziej wymownym przykładem jest to co się dzieje w polskiej literaturze, muzyce, czy filmie, to mamy do czynienia z tym co wspomniany znajomy przyznał przede mną swego czasu bez cienia wstydu: „A niby czemu mam być najlepszy?”

       Otóż, włączając się w dzisiejszą piłkarską dyskusję, chciałbym powiedzieć, że moim zdaniem piłkarze tacy jak wspomniany Zieliński, Glik, Klich, Moder, czy Bednarek to są piłkarze naprawdę znakomici, ale żaden z nich, choćby niewiadomo jak dobry, ani przez chwilę nie przeżywa ambicji typu: „Chcę byc najlepszy na świecie”. A już z całą pewnoscią żaden z nich nie ma w sobie tego pragnienia, by najlepsza na świecie była Polska. Jedynym tu prawdopodobnie wyjątkiem jest Robert Lewandowski, ale tu ja mam z kolei do opowiedzenia pewną moim zdaniem bardzo ciekawą historię. Otóż niedawno bardzo czytałem rozmowę z którymś z polskich piłkarzy, który wspomniał, jak to kilka lat temu polska reprezentacja piłkarska odbywała gdzieś jakieś przedmeczowe przygotowania i któregoś wieczoru trener powiedział piłkarzom, że następnego dnia będą mogli spać do 10. Piłkarz ów – nie pamietam akurat, który to z nich – opowiadał jak to jemu akurat się zdarzyło wstać o 8.30, wyszedł więc na zewnątrz, by trochę poćwiczyć na boisku, i kiedy zastanawiał się, czy będzie pierwszy, spotkał Lewandowskiego, który właśnie wrócił z siłowni.

        A zatem, skoro powiedzielismy sobie już tyle, niech nikt mi nie zaprzecza, że tak naprawdę liczą się dwie kwestie: chodzi o to bym to ja był tym pierwszym na świecie, albo by tym najlepszym na świecie był mój kraj. A najlepiej jedno i drugie. Niestety, gdy chodzi o nas Polaków, to jest wyjatkowo słabo. Czemu? Diabli wiedzą. Nawet nie chcę o tym myśleć. Może to faktycznie nasz narodowy charakter?

       Całe szczęście, że mamy Marcina Patrzałka. Swoją drogą, ciekawe czemu akurat on nie znalazł w zasięgu wzroku prezydenta Dudy, czy premiera Morawieckiego.

     


       

środa, 23 czerwca 2021

Czarną deską po łbie Jana Hartmana

 

Dziś chciałbym tu przedstawić kolejną serię swoich krótkich kawałków, zamieszczanych od dłuższego już czasu w miesięczniku „Polska Niepodległa” pod tytułem "Wezwani do tablicy". Tym razem mamy zestaw dość monotematyczny.

 

 

 

Uczciwie powiem, że nie umiem sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek pojawiła się tu postać krakowskiego profesora Jana Hartmana, podejrzewam jednak że nie, i tym samym jest mi z tego powodu bardzo wstyd, bo widzę tu z mojej strony bardzo duże zaniedbanie. Postaram się dziś jednak ten brak nadrobić z naddatkiem, a jest po temu świetna okazja, bo wspomniany Hartman postanowił na swoim blogu zaatakować abp. Jędraszewskiego, a zrobił to w sposób tak beznadziejnie głupi, że na miejscu prezydenta Dudy, ja bym mu ową profesurę, choćby tylko symbolicznie, odebrał. Oto, proszę sobie wyobrazić, we wzmiankowanym tekście Hartman napisał coś takiego:

Po ośmiu latach od swojej pierwszej nazistowskiej wypowiedzi arcybiskup metropolita krakowski Marek Jędraszewski dopuścił się w czasie uroczystości Bożego Ciała drugiej wypowiedzi w jednoznacznie hitlerowsko-goebbelsowskim stylu. Uważam za pewnego rodzaju publiczną zmowę dziennikarzy i komentatorów skupianie się przez nich wyłącznie na rutynowych faszystowskich wypowiedziach tego watykańskiego dygnitarza i agenta, to jest wypowiedziach wyrażających pogardę i nienawiść wobec LGBT. Zło jest zawsze stopniowalne – nie wolno lekceważyć homofobii i faszystowskiej nienawiści, niemniej czysty rasizm, segregujący ludzi wedle ich biologicznego uposażenia i łączących wartości kulturowe z tożsamością biologiczną, jest czymś jeszcze bardziej haniebnym i niebezpiecznym. Jest również przestępstwem w świetle polskiego prawa, które zakazuje nawoływania do nienawiści na tle rasowym”.

Pomijając już to czym abp Jędraszewski tak rozsierdził tego dziwnego człowieka, jest czymś moim zdaniem niewyobrażalnym, by było nie było człowiek o jakimś tam wykształceniu oraz intelektualnej pozycji, w publicznej debacie sięgał do argumentów jeszcze w latach 50-tych poprzedniego stulecia bardzo precyzyjnie i skutecznie wyszydzonych, jako „reductio ad hitlerum”. Wydawaoby się, że porównywanie do Hitlera osób, których z jakiegokolwiek względu się nie lubi, to poziom z jakich mamy do czynienia wyłącznie na politycznych demonstracjach organizowanych przez głupszą część socjalizującej młodzieży, a tymczasem proszę! Oto człowiek w wieku ponad średnim, z wykształceniem ponad wyższym, w dodatku – last but not least – żyd, co jakby w sposób oczywisty zobowiązuje w sposób szczególny. A tu taki wstyd.

 

***

 

Ktoś być może zapyta, cóż takiego krakowski arcybiskup takiego powiedział, że prof. Hartman stracił dla niego głowę? Otóż, szczerze powiem że ani ja tego do końca nie wiem, ani też sam Profesor nam tego nie tłumaczy. To znaczy, coś tam nam mówi, ale nie do końca. Posłuchajmy raz jeszcze mądrości tego człeka:

Nie pojmuję, jak to się dzieje, że wypowiedzi o ‘tęczowej zarazie’ – haniebne, głupie i świadczące o osobistym łajdactwie Jędraszewskiego – cytuje się i potępia z nieporównanie większą częstością i siłą niż brutalnie rasistowską uwagę o rezerwatach rzuconą w Pabianicach w 2013 r., gdy Jędraszewski był jeszcze biskupem w Łodzi. Czy kolejny nazistowski tekst Jędraszewskiego przejdzie bez echa? Mam nadzieję, że prasa oraz ludzie dobrej woli, w tym katolicy, wreszcie się opamiętają i Jędraszewskiego spotka zasłużony ostracyzm. Nie ma w Krakowie i Polsce miejsca dla nazistów, a już zwłaszcza nazistów reprezentujących organizację religijną, która brała udział w nazistowskiej napaści na Polskę we wrześniu 1939 r. i z histeryczną konsekwencją broniła Hitlera do samego końca, nie bacząc nawet na to, że tenże Hitler hurtowo mordował katolickich księży.

Niby wiadomo. Jędraszewski użył – swoją drogą, jakże celnego – określenia w postaci „tęczowej zarazy”, jeszcze osiem lat temu, jako biskup Łodzi powiedział coś o „rezerwatach”, czego osobiście nie pamietam, ale brzmi mi to doś sympatycznie, tym razem jednak, jak rozumiem, chodzi o coś znacznie poważniejszego. Tylko o co? I znów, myślę że tak naprawdę, to co tak ubodło Hartmana nie ma większego znaczenia, natomiast ciekawe jest to, że ów mędrzec z jednej strony pisze coś o tym, że Hitler „hurtowo” mordował kapłanów Kościoła Powszechnego, a z drugiej sugeruje że oni niemal z automatu, z samej zasady, byli nazistami, którzy w 1939 roku dokonali napaści na Polskę, a potem „z hiteryczną konsekwencją” bronili Hitlera, który, jak już wspomjieliśmy, „hurtowo ich mordował”. A ja już w tym momencie nic z tego nie rozumiem? Kto tu był głupszy? „Hurtowo” mordowani księża, czy ten który ich „hurtowo” mordował? No a przy okazji, ja bym był tu bardzo ciekawy opinii Hartmana na temat hurtowo mordowanych żydów i ich odpowiedzialności za owe hurtowe morderstwa. No ale jestem pewien, że się sensownej odpowiedzi nie doczekamy. W końcu, jak wiemy, na histerię rady nie ma.

 

***

 

No ale mamy wciąż tego naszego profesora i kolejne szczegóły, niestety jednak nie na temat „hurtowo” mordowanych ksieży, ale, jak rozumiem, równie hurtowej współpracy owych księży na rzecz swojej eksterminacji:

Negowanie zbrodniczej działalności Kościoła, umniejszanie roli papieskiego totalitaryzmu, gett żydowskich w państwie kościelnym i innych prześladowań w przygotowaniu Holokaustu, a w końcu relatywizowanie współpracy papiestwa z nazistami przed wojną, w czasie jej trwania i po jej zakończeniu – to część haniebnego, antysemickiego negacjonizmu. Obawiam się, że przemilczanie nazistowskiej retoryki pogrobowca Goebbelsa, którym jest Jędraszewski, ma te same podstawy i powody, dla których nie mówi się o napaści Kościoła na Polskę we wrześniu 1939 r. czy ewakuowaniu zbrodniarzy hitlerowskich przez Watykan do krajów, gdzie mogli bezpiecznie żyć pod zmienionymi nazwiskami”.

I tu, gdy chodzi o to, jak ludzki umysł może się zdegenrować, dochodzimy do punktu gdzie Jan Hartman – przypomnijmy że profesor uniwersytetu, i to aż Jagielońskiego –  ma pretensje, że się „nie mówi” o „napaści Kościoła na Polskę we wrześniu 1939 r. czy ewakuowaniu zbrodniarzy hitlerowskich przez Watykan do krajów, gdzie mogli bezpiecznie żyć pod zmienionymi nazwiskami”. A ja w tym momencie myślę sobie, że to jest bardzo ciekawe, dlaczego o tym się „nie mówi” i jedyny odważny w temacie okazuje się być prof. Jan Hartman. No i w tej samej chwili przychodzi mi do głowy pytanie, czemu się nie mówi też o tym, że to Kościół Katolicki najpierw wybudował obóz w Auschwitz, i to Kościół Katolicki zorganizował w powojennej Polsce system eksterminacji ludzi takich jak rotmistrz Pilecki i że to w koncu Kosciół Katolicki, a kto wie czy nie sam abp Jędraszewski, zamordował księdza Jerzego Popiełuszkę. To jest bowiem pytanie, na które odpowiedzi czeka cała Polska i jeśli go jej nie udzieli Jan Hartman, to gdzie szukać ratunku?

 

***

 

Tymczasem okazuje się, że wprawdzie na tę akurat diagnozę będziemy musieli poczekać, ale szczęśliwie sama koncówka Hartmanowskich refleksji prowadzi nas do wyjaśnienia, o co chodzi z tym Jędraszewskim. Jednak wszystko w swoim czasie. Zaczyna się bowiem tak:

Nikt nie może dziś zaprzeczać, że Kościół katolicki jest organizacją przestępczą, uprawiającą rozmaitego rodzaju kryminalne procedery na skalę masową i systemowo chroniącą sprawców przed odpowiedzialnością karną. Nie ma prób zaprzeczania tym faktom, czemu akurat dziwić się nie należy. A jednak władza i potęga Kościoła oraz zabobonność mas sprawiają, że zwycięża brutalna anomia moralna – żadne wiadomości o zbrodniach Kościoła nie są w stanie poruszyć sumień zdegradowanych i w gruncie rzeczy pozbawionych sumienia mas, którym wmówiono, że są ludźmi wyjątkowymi i czeka na nich pośmiertnie miejsce w niebie.

Czekający na niebo nie muszą się przejmować masowym mordowaniem i gwałceniem dzieci przez swoich przewodników, którzy do tego nieba mają ich zaprowadzić. Wszak wysłannikom samego Boga wolno wszystko. Taka jest z grubsza psychologia stojąca za masowym tolerowaniem nazistowskich księży, których w czasach hitlerowskich były tabuny, a dziś ostał się Jędraszewski.

I po tym wzruszającym przygotowaniu do ujawnienia najgłębszych podstaw myśli nazisty Jędraszewskiego dochodzimy do sedna:

Duchowa jedność, ciągłość i trwałość narodu polskiego ma swój konkretny i naukowo wymierny fundament. Jest nim jego biologiczna ciągłość i siła”.

[...]

Mam nadzieję, że ja już tego nie dożyję, ale mogę sobie to wyobrazić, że, powiedzmy, w roku 2050 nieliczni biali będą pokazywani innym rasom ludzkim tu na terenie Europy jak Indianie w USA w rezerwatach. Byli sobie kiedyś tacy ludzie, którzy tu zamieszkiwali, ale przestali istnieć na własne życzenie, ponieważ nie potrafili uznać, kim są od strony biologicznej.

 ***

W porządku jest ten nasz arcybiskup Jędraszewski. Czy ktoś z nas potrafiłby lepiej wyrazić to co wszystkim nam leży na sercu? Dbajmy zatem o naszych kapłanów jak o zdrowie. Niech będzie nawet, że o zdrowie narodu.

 


 

wtorek, 22 czerwca 2021

O butach, guzikach i sznurowadłach Prezesa

 

      Po naszej polityczno-medialnej scenie poruszam się od lat, więc nie muszę nikogo zapewniać, że tu akurat czuję się jak ryba w wodzie. Dlatego też nieszczególne wrażenie zrobiła na mnie wiadomość, że oto Jarosław Kaczyński pojawił się gdzieś w butach nie do pary. Ja oczywiście rozumiem, że w tym wypadku chodzi o przestrzeń jak najbardziej publiczną, więc sprawa jest poważniejsza. Przy okazji też nie daje mi spokoju fakt, iż mnie również przynajmniej raz w życiu zdarzyło się wyjść z domu w różnych butach. To jednak tutaj nie ma większego znaczenia, natomiast to co mnie tu interesuje w sposób absolutnie wyjatkowy, to fakt, że Jarosław Kaczyński pokazał się publicznie w butach nie do pary i to zdarzenie ni stąd ni z owąd wywołało całą falę niewyobrażalnych wręcz szyderstw, włącznie z sugestiami, że mamy do czynienia z klasycznym Alzheimerem, a fakt ten  ostatecznie wyłącza Kaczyńskiego, jako osobę psychicznie się nie kontrolującą, z gry.

         Od wielu już lat, a więc mniej więcej od upadku PRL-u, czyli też od dnia kiedy to wszyscy ni stąd nie z owąd zainteresowaliśmy się czymś wiecej niż faktem, że „komuniści to ruskie chuje”, ja słyszę, że Jarosław Kaczyński miał niezasznurowane buty, lub odpadł mu guzik, ewentualnie miał krzywo zapiętą marynarkę, a ostatnio że założył buty nie od pary. Z tego co słyszę, to czego on się dopuścił stanowi taki skandal, że on – i co ciekawe, tylko on – powinien zostać w jednej chwili zakuty w dyby i tym sposobem odsunięty od spraw publicznych raz na zawsze. Tak to dziś się sprawy mają.

       Gdy chodzi o mnie, to ja patrzę na kolportowane w Sieci zdjęcie i daję słowo, że nie wiem, czy te buty są faktycznie nie od pary, natomiast mam wrażenie że tak to właśnie jest. Jeśli bowiem Jarosław Kaczynski, idąc na zjazd owej Partii Republikańskiej, czy jak im tam akurat jest, założył na nogi to co mu akurat wpadło w oko, to znaczy, że ja go nie opuszczę do końca życia. Jeśli faktycznie tak jest, że Jarosław Kaczyński jest jedynym politykiem w Polsce, dla którego dbałość o wizerunek sprowadza się do tego że on założy sobie na nogi dwa buty nie do pary, to znaczy że, gdy chodzi o powszechnie rozumianą politykę, to ja nie widzę nikogo poza nim, komu bym mógł zaufać. Jeśli bowiem wśród tej bandy oszustów – nie będę ich wymieniał z nazwiska, bo to nie ma najmniejszego sensu – z którymi mamy do czynienia na co dzień i którzy jedyne co potrafią to się odpowiednio wystroić, trafiamy na kogoś dla kogo coś takiego jak but ma znaczenie mikroskopijne, to ja wiem, że mam do czynienia z tym jednym jedynym. A jeśli ktoś uważa inaczej, niech zdycha w nieświadomości.



poniedziałek, 21 czerwca 2021

Na co ateistom absolut?

 

Właśnie wysłałem do „Warszawskiej Gazety” kolejny felieton i nie mogę uwierzyć, że to już osiem lat, jak Piotr Bachurski ciepliwie mnie znosi i pozwala mi się tam kompletnie bezkarnie udzielać, dając mi nadzieję, że uda mi się trafić przynajmniej do części Czytelników z czymś, o czym oni na ogół nie mają nawet szansy usłyszeć. Przed nami kolejny z tych felietonów. O piłce nożnej oczywiście.

 

Nie wiem, kto tu interesuje się futbolem, ale nawet jeśli jestem tu jedyny, mam przekonanie, że wielu słyszało, jak to podczas meczu między Danią a Finalndią, odbywającego się w ramach trwających akurat mistrzostw Europy, w pewnym momencie dostał zawału serca duński piłkarz Eriksen i przez około piętnaście minut walki o jego życie, cały piłkarski świat zastygł w trwodze. I oto w studio Telewizji Polskiej, gdy praktycznie wszyscy byliśmy już przekonani, że piłkarza nie da się uratować, jeden z komentatorów rzucił jedyne w tym momencie adekwatne słowa: „W imię Ojca i Syna”... i w paru znanych nam dobrze, a jednocześnie bardzo szczególnych rejonach rozpętało się piekło pod hasłem: „Co to za bezczelność, by się publicznie obnosić ze swoimi prywatnymi obsesjami?”

       W tym momencie temat piłki nożnej, który tak naprawdę ani przez chwilę nie był tu istotny, przestaje w ogóle istnieć, bo mamy do czynienia z problemem znacznie poważniejszym i znacznie bardziej uniwersalnym. Oto, ile razy dowiadujemy się, że zmarł jeden z jednoznacznie zdeklarowanych, a często też walczących, ateistów, widzimy jak niemal wszyscy ich znajomi oraz przyjaciele, wygłaszając na pogrzebie swoje pożegnalne mowy, nie mogą się powstrzymać, by nie pleść coś o tym, że ona lub on patrzą teraz na nas z góry, a my już tylko czekamy aż się kiedyś będziemy mogli z nimi spotkać. Tak jest najczęściej, ale bywa też o tyle ciekawiej, że kiedy ten ktoś znajdzie się w cieżkim stanie w szpitalu, to ci co już za chwilę będą się gapić w chmury, niemal z automatu wzywają innych do tego by się za ich kumpla modlić. Zarówno jedni jak i drudzy nie dość że na co dzień o żadnych modlitwach nie chcą słyszeć, to jeszcze tych co się modlą wyszydzają i każą im się zamknąć, to gdy przyjdzie co do czego, nie znają żadnego innego sposobu reagowania, jak tylko przy pomocy westchnień do Absolutu. I to jest coś co mnie osobiście najpierw zadziwia, a potem doprowadza do ciężkiej cholery, szczególenie w takich przypadkach jak opisany.

        Pamiętam transmitowany przez wszystkie telewizje pogrzeb Wisławy Szymborskiej – zgodnie z życzeniem najbardziej zainteresowanej, uroczystość całkowicie świecką, bez księdza i bez choćby pozorów modlitwy – kiedy to któryś z jej bliskich przyjaciół nagle wyskoczył z przemówieniem, w którym padły mniej więcej takie słowa:

        Jestem pewien że dziś, gdy Wisława jest już na tamtym, drugim, lepszym świecie, spędza tam czas z Ellą Fitzgerald, której śpiewu tak bardzo lubiła słuchać tutaj, a dziś słucha jej piosenek tam”.

        Czy któremuś z zebranych to przeszkadzało? Ależ skąd! Wręcz przeciwnie, na ich twarzach widać było jedynie czyste wzruszenie. Dziś słucham tych głosów oburzenia na owo „W imię Ojca i Syna...”, staram się wyobrazić sobie te twarze i szczerze powiedziawszy przychodzi mi to nadzwyczaj łatwo.



sobota, 19 czerwca 2021

On się nazywa się Krutul, Paweł Krutul

 

      Nie wiem czy Państwo wiedzą, ale od dłuższego już czasu Ziemia nosi człowieka nazwiskiem Paweł Krutul. I pewnie nie byłaby to informacja godna naszej uwagi – w końcu, jak wiemy z historii, Ziemia ma mocne barki – gdyby nie fakt, że ów Krutul nie jest takim pierwszym lepszym ścierwem, ale posłem do Sejmu RP. No a to już jest coś. Ktoś się już pewnie zastanawia, cóż takiego Krutul zrobił, że został przez mnie zaszczycony tą poświęconą mu w piękny sobotni poranek chwilą czasu. Otóż on wczoraj, chcąc zaznaczyć swoją obecność przy okazji 72 urodzin prezesa Jarosława Kaczyńskiego, zamieścił na Twitterze następujący anons:

Jakie życzenia chcecie złożyć , w dniu 72 urodzin Jarosława Kaczyńskiego ?

      Oczywiście już sam sposób edycji tego czegoś świadczy o tym, że Krutul ma swoje problemy, niemniej to co nas interesuje, to fakt że on stawiając to pytanie publicznie miał w głowie bardzo ściśle określony cel i to cel czarny jak wspomniana już święta ziemia, która go cierpliwie nosi. Ponieważ jednak, jak się okazało, Twitter Krutulem się szczególnie nie zainteresował, a jeśli już, to zareagował życzeniami, które mu nie były w smak, dokładnie to samo pytanie zadał na Facebooku, no i dopiero tam doczekał się pełnej realizacji swojego planu.

       Oto, proszę sobie wyobrazić, internauci zalali Krutula propozycjami, że tak to określę, w punkt. Posłuchajmy:

Jerzy Cąpała: „Żeby jak najszybciej spotkał się z ukochanym bratem bliźniakiem”;

Katarzyna Kuś: „Obyś zdechł skurwielu”;

Marek Regeńczuk: „Żeby się zesrał w trumnie”;

Sabina Kisio: „Temu chujowi życzę żeby jutra nie doczekał żeby poszedł do mamusi”;

Ryszard Gwiazdowski: „Jarosławie życzę ci ostatnich urodzin”;

Elżbieta Cukierska: „Szybkiego spotkania z bratem. i matką”;

Teresa Wardziak: „Żeby zaszył się w wilii na Żoliborzu bez ochrony”;

Elżbieta Litarowicz: „Życzenie żeby skończył jak Ceausescu”;

Radosław Lepek: „Nie ma człowieka na tym świecie którego bardziej bym nienawidził od tego skurwysyna.Ogólnie peace and love ale jemu życzę by zdychał w cierpieniach”;

Wiktoria Howorucha: „Żeby się zesrał kolczastym drutem za to co zrobił parszywy gnuj”...

         I tak to leci do dziś przez 380 komentarzy na profilu  Krutula, a Diabeł jednen wie, jak wielu innych na dziesiątkach profili, które pytanie Krutula podały dalej.

         Czy ktoś może myśli, że, widząc co się dzieje, Krutul usunął swój wpis? Ależ gdzie tam! A może pouusuwał te czarne komentarze? Skąd! To może zwrócił tej ludzkiej mierzwie uwagę na niestosowność tego co oni wyprawiają? W życiu! To możę przynajmniej przeprosił za swój brak wyobraźni? Nic z tego. Krutul zachował się dokładnie tak jak zachowują się ci niesławni żartownisie na drodze, gdy przeciągają w poprzek drogi drut, a następnie chowają się za najbliższym drzewem i  z dreszczykiem emocji czekają aż nadzieje się na niego najlepiej jakiś motocyklista.

       Paweł. Tak mu dali na imię jego rodzice. Ciekawe, czy on z okazji urodzin swojego taty, lub mamy, też zamieści na Facebooku prośbę o życzenia dla nich.



piątek, 18 czerwca 2021

Jak dziki zwierz przyszli do człowieka

 

      Kiedy na to trafiłem, w pierwszej chwili pomyślałem, że to jest jedna z tych fejkowych informacji rozsiewanych niemal każdego dnia przez jakieś bardzo podejrzane, a przy tym mocno konserwatywne portale, ewentualnie też że mogło dość do zwykłej manipulacji, których też jest wokół niemało. Ponieważ jednak zrobiła ona na mnie duże wrażenie, postanowiłem sprawę zbadać i proszę sobie wyobrazić, że nie ma mowy o nieporozumieniu. Rzeczy mają się dokładnie tak jak zostały przedstawione. A chodzi mianowicie o to, że niemiecka minister rolnictwa, niejaka Julia Klöckner, powołując się na ekspertyzy zaprzyjaźnionych ośrodków badawczych, stwierdziła że w niemieckich wylęgarniach kurcząt niszczy się 40 mln jaj (rozumiem że rocznie?) wraz ze znajdującymi się w nich kogucikami. Dlaczego kogucikami, a nie kurkami? Sprawa jest prosta: nadmierna liczba kogutów, ze względu na to że one ani nie znoszą jaj, ani też ich mięso nie jest szczególnie wartościowe, stanowi dla niemieckich kurzych farm niepotrzebny kłopot. A zatem polityka biznesowa niemieckich hodowców – podobnie, jak sądzę, wszystkich hodowców na świecie – jest taka, że w momencie gdy stwierdzą że w jajku rozwija się kogut, owo jajko ulega zniszczeniu.

       I oto w tym momencie pojawiła się owa Julia Klöckner i zgłosiła do Bundestagu projekt ustawy, zgodnie z którą już w roku 2022 hodowcy będą musieli znaleźć sposób by już w bardzo wczesnej, bo już embrionalnej, fazie rozwoju kurczęcia, byli w stanie ustalić, czy w jajku znajduje się kura czy kogut. A jeśli okaze się że kogut, będą mieli prawo zniszczyć jajko i tak maksymalnie do siódmego dnia rozwoju. Dlaczego tak? Otóż tu pojawia się informacja, która z mojego punktu widzenia, stanowi absolutny przełom w cywilizacyjnym rozwoju człowieka, a głosi ona, że od siódmego dnia życia kogut odczuwa ból, a nasza ludzka wrażliwość nie moze dopuścic do tego by ów kurzy holocaust trwał nadal...

       Jak się dowiadujemy z dalszej części wspomnianej informacji, Bundestag obradował w tej sprawie w maju tego roku i  mimo że pani minister Klöckner zapewniała, że mamy do czynienia z „kamieniem milowym w w cywilizacyjnym rozwoju świata”, to podczas dyskusji Zieloni wraz z socjalistami mocno skrytykowali pewne elementy ustawy, zauważając że ustawa wciąż dopuszcza zabijanie kurzych płodów. Ostatecznie jednak uchwalono kompromis i ustawa, głosami lewicy przeszła.

     W tym momencie oczywiście od razu przychodzi do głowy pytanie, czy niemieccy naukowcy, badając poziom cierpień niewyklutego kurczęcia, znaleźli czas na to by zainteresować się analogiczną sytuacją w przypadku nienarodzonego chłopca i dziewczynki. To by jednak było przede wszystkim zbyt proste, ale może też zwyczajnie nieskuteczne. Jestem bowiem pewien, że każdy z nich w jednej chwili znalazłby na to pytanie taką odpowiedź, że byśmy się z wrażenia nie pozbierali. W tej więc sytuacji wydaje mi się rozwiązniem najlepszym przywołanie znanego nam już tutaj dobrze wiersza Cypriana Kamila Norwida, zatytułowanego bardzo adekwatnie „Fatum”:

 

 

 

I

Jak dziki źwierz przyszło Nieszczęście do człowieka

I zatopiło weń fatalne oczy...

- Czeka - -

Czy człowiek zboczy?

 

II

Lecz on odejrzał mu - jak gdy artysta

Mierzy swojego kształt modelu -

I spostrzegło, że on patrzy - co? skorzysta

Na swym nieprzyjacielu:

I zachwiało się całą postaci wagą

- - I nie ma go!

 

       Wydaje mi się, że dziś naszym problem nie jest już owa nigdy nie kończąca się dyskusja z tą nieprzeniknioną plazmą, choćby i przy pomocy najbardziej dźwięcznych argumentów; nie ma też większego sensu zastanawianie się, co takiego porobiło się z niektórymi ludźmi – bo nie chcę w żaden sposób powiedzieć, że ze światem –  że oni są tak bardzo, i tak bardzo też szczerze, zafascynowani tym poziomem obłąkania. Tym bardziej też nie wypada nam wręcz próbować owo obłąkanie wyszydzać, a jego ofiary wyśmiewać. W tym bowiem już naprawdę nie ma nic śmiesznego. To jest bowiem, jak słusznie zresztą stwierdziła niemiecka minister, „kamień milowy w cywilizacyjnym rozwoju świata”, a wszelkie kamienie milowe, jak wiemy, powinniśmy traktować z niewzruszoną powagą. Bo Diabeł jeden wie, jaki to tak naprawdę kamień i jaka mila.

       A zatem, czytajmy Norwida, i nie spuszczajmy z nich wzroku. Patrzmy im prosto w oczy, licząc na to, że oni w końcu to nasze spojrzenie zauważą i zadrżą.



czwartek, 17 czerwca 2021

O tym jak śluz Małgorzaty Terlikowskiej nie zdołał uchronić Polski pred dechrystianizacją

      Bóg mi świadkiem, że wśród osób i tematów, których staram się unikać jak ognia i uważam że każde inne zachowanie, człowieka zwyczajnie kompromituje, na jednym z pierwszych miejsc znajduje się od wielu już lat Tomasz Terlikowski i to co on od czasu do czasu ma nam do powiedzenia. Kiedyś tak nie było i on tu się pokazywał częściej chyba nawet niż Jerzy Urban czy Lech Wałęsa. Od momentu jednak gdy wraz ze swoją żoną zaczął ów robić medialną karierę, opowiadając na lewo, prawo i na okrągło o tym jak to oni –  prowadząc surowe katolickie życie – uprawiają bardzo zróżnicowany seks, kontrolują płodne i niepłodne dni pani Terlikowskiej, jak to Terlikowski potrafi pokonać swoją wydawałoby się nie do powstrzymania chuć, kiedy pani Terlikowska pokaże mu swój śluz i poinformuje że dziś nie, pomyślałem sobie, że dość już z nimi. Koniec. A gwoździem do tej trumny stała się parokrotnie powtórzona przez Terlikowskiego sugestia, że on już ma powoli dość pedofilii w Kościele, szerzącej się w dodatku pod patronatem tego antychrysta Papieża Franciszka i że gdyby nie Terlikowskiego szczera miłość do Jezusa, to on by już na ten cały zmurszały Kościół dawno machnął ręką.

       No i pewnie dalej bym zachowywał ową ślubowaną przez siebie czystość, gdyby nie to że przypadkiem wpadłem na fragment rozmowy, jaki tygodnik „Sieci” przeprowadził z abp. Jędraszewskim, w której ten odniósł się do słów Terlikowskiego właśnie, gdzie pobożny ten mąż zakomunikował Arcybiskupowi, że nadzieje na to iż młodzież zatęskni jeszcze za Kościołem są płonne, bo „aby zatęsknić, trzeba mieć za czym”. Owo zdanie tak mnie zafrapowało, że postanowiłem poszukać całości wspomnianych oświadczyn i w ten sposób dotarłam aż na facebookowy profil Terlikowskiego, a tam następujący tekst (pisownia oryginału zostaje, swoją droigą, nie bez przyczyny, zachowana):

„’Z powodu pandemii wiele więzów zostało naruszonych, m.in. także na skutek katechezy on-line. Myślę, że teraz ci młodzi zatęsknią za swoim katechetą, za swoim kościołem – i powrуcą. Powiem tak: Nie lękajcie się, jest jeszcze Pan Bуg nad nami’ - przekonuje arcybiskup Marek Jędraszewski w wywiadzie dla tygodnika „Niedzieli”. I choć bardzo bym chciał podzielać tę nadzieję, to tak nie jest. Pandemia bowiem nie tyle ‘naruszyła więzy, które dadzą się łatwo - na skutek tęsknoty - odbudować, ile ujawniła, że tych więzów zwyczajnie nie ma. Aby zatęsknić trzeba mieć za czym, trzeba mieć żywe doświadczenie Kościoła i Chrystusa, a jeśli jej nie ma, to nie ma za czym tęsknić. I właśnie dlatego zamiast liczyć na ‘tęsknotę’ trzeba - o czym zresztą arcybiskup mówi – ‘szukać nowych drуg dotarcia do młodych’. Tyle, że powodem nie jest presja na nich wywierana, ale fakt, że instytucjonalny Kościół dla wielu z nich nie jest już zachętą do bycia w nim. Jeśli ludzie pozostają w Kościele to często nie z powodu instytucji, ale wyłącznie dlatego, że rzeczywiście spotkali Jezusa Chrystusa. Instytucja zaś dla części z nich jest przeszkodą, a nie zaletą. I nad tym też warto pomyśleć”.

      Przeczytałem te słowa i powiem szczerze, że tego poziomu bezczelnego zakłamania w życiu chyba nie spotkałem, no i to ono właśnie sprawiło że zdecydowałem się na te kilka słów skierowanych bezpośrednio do Terlikowskiego. Otóż tak się składa ponad już trzydzieści lat temu, gdy chodzi o tak zwane szerzenie Wiary, Kościół – i to się okazało Jego najbardziej poważnym błędem – przekazał Swoje obowiązki tak zwanym katolikom świeckim. Okazało się to błędem z tego prostego powodu, że mimo Swojej wydawałoby się nieskonczonej mądrości, nie przewidział Kościół, że na czoło owej świętej krucjaty wysforuje się banda podobnych do Terlikowskiego cwaniaków, których nazwisk nie mam tu nawet ochoty wymieniać, ale myślę że każdy w miarę zorientowany Czytelnik wie kogo mam na myśli. Wspomniane 30 lat to naprawdę wystarczający okres, by większą część z nich zapamiętać. A gdy chodzi o mnie, to ja pamiętam jakże święte słowa Jarosława Kaczyńskiego na temat niegdysiejszego ZChN-u, że ów ZChN to prosta droga do dechrystianizacji Polski. Dziś już ci, co stamtąd trzęśli naszą pobożnością, gdzieś przepadli, ale cały ten interes w żadnym wypadku się nie zamknął. Tyle może różnicy, że dziś tak jak podzielona jest krajowa scena polityczna, tak samo podzieły się ośrodki starujące naszą religijnością. Z jednej strony bowiem mamy środowisko związane z „Tygodnikiem Powszechnym”, „Więzią”, „Znakiem” i diabli wiedzą z czym jeszcze, a z drugiej, grupy skupione wokół „Frondy”, „Polonii Christiana” i tu też ci sami diabli wiedzą z czym jeszcze. Podobnie zresztą jest w samym Episkopacie: część czyta „Tygodnik Powszechny” oraz „Wyborczą”, część pozostaje przy Górnym, Terlikowskim, czy Pospieszalskim, a reszta, jak na przykład abp Jędraszewski, z nadzieją czeka aż „młodzież zatęskni”.

       A ja tu, mimo że bardzo ubolewam nad tym, że Kosciół hierarchiczny delegował Swoje obowiązki na tych wariatów, trzymam sztamę z Arcybiskupem i podobnie jak on jestem przekonany, że faktycznie „młodzież”, a tak naprawdę ludzie w ogóle – bo tu akurat o nich najbardziej chodzi –  zatęsknią. A jeszcze bardziej jestem pewien, że jeśli tak się stanie to właśnie dzięki Kościołowi, a nie Terlikowskiemu i jego pobożnym kumplom.  Dlaczego tak myślę? Dlatego mianowicie, że nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że nawet najbardziej słabe na umyśle osoby muszą w końcu dojść do wniosku, że w tym wszystkim jedyną poważną ofertę na życie można znaleźć w, jak najbardziej instytucjonalnym, Kościele, a przy tej okazji, jak najbardziej w konkretnym kościele parafialnym. I że to właśnie ów instytucjonalny Kościół i reprezentująca Go parafia, a nie jakaś banda pajaców opowiadająca o śluzie, małżeńskich stosunkach analnych, oraz o satanizmie książek o Harrym Potterze, głosi Prawdę. I wreszcie, mam głęboką nadzieję, że sam Kościół zorientuje się jaką w destrukcji Kościoła rolę odgrywają tak zwane „organizacje świeckie”. Ja myślę, że On już i tak to widzi, choćby na przykładzie tego, jak owe organizacje, wraz ze zwerbowanymi przez nich ksieżmi i biskupami, się rozpanoszyły w takich Niemczech. A więc zorientuje się, tupnie swoją odpowiednio podkutą nogą i rozpędzi to bezczelne towarzystwo na cztery wiatry. I wtedy też sam abp Jędraszewski zobaczy tę swoją młodzież, jak ona potrafi tęsknić.




wtorek, 15 czerwca 2021

Czy Diabeł wie że należy spłukiwać toaletę?

 

      Wczoraj przyniósł nam Internet pewną naukę, moim zdaniem, nadzwyczaj interesującą, a ponieważ, jak mi wiadomo, znaczna część z nas trzyma się bardzo z dala od tego akurat źródła swojej codziennej wiedzy, pomyślałem że się nią tu podzielę, choćby po to by żadnego z nas nie ominęła szansa poznania czegoś, co wiedzieć jak najbardziej warto. A zaczęło się od tego, że media tak zwane oficjalne poinfomowały nas o tym że w oczyszczalni ścieków w Ząbkowicach Śląskich, podczas czyszczenia jednego ze zbiorników, pracownik trafił na zwłoki płodu, i to płodu na tyle już dużego, że postanowił o swoim odkryciu powiadomić policję. Ta z kolei widząc to co widzi, uznała sprawę za na tyle poważną, że zdecydowała się powiadomić o niej służby medyczne, oraz oczywiście prokuratora. Wstępnie stwierdzono tylko tyle, że w chwili śmierci wspomniany płód miał grubo ponad cztery miesiące, natomiast cała reszta, a więc to, kim jest matka i co lub kto sprawił że doszło do tego nieszczęścia pozostaje do dziś tajemnicą.

       I pewnie na tym moglibyśmy te nasze smutki zawiesić do czasu uzyskania bardziej szczegółowej w tym temacie wiedzy, gdyby nie fakt, że owo zdarzenie – i tu wkracza do akcji Twitter – wywołało histeryczną wręcz reakcję wszelkiego możliwego lewactwa, spod wszelkich możliwych symboli, w postaci tłumaczenia każdemu kto ma tylko ochotę słuchać, że w końcu nie stało się nic takiego, poza zwykłym poronieniem. W końcu kobiety na całym świecie niemal od zawsze tracą ciąże każdego dnia i nigdy dotychczas nie było tak, by z tej okazji były one prześladowane przez policję i prokuraturę. I że jeśli tak dalej pójdzie, to już wkrótce policja będzie przyszukiwała wszystkie oczyszczalnie ścieków w kraju i wzywała polskie kobiety, by przedstawiały zużyte podpaski jako dowody w tym czy innym śledztwie.

      To natomiast co mnie w tym wszystkim tak porusza, to wbrew pozorom nie owa demonstracja klasycznego zidiocenia, ale wręcz przeciwnie, swego rodzaju cwaniactwa. Otóż ja nie mam wątpliwości co do tego, że nawet najgłupsi z nich doskonale zdają sobie sprawę z tego, że tym razem stanęli nie wobec zwykłego poronienia, czy choćby najmniej cywilizowanej formy aborcji – bo przeciw tym zjawiskom zdążyli się już uodpornić – ale paradoksalnie właśnie dziecka spłukanego w toalecie. Jestem w stu procentach przekonany, że każdy z nich wie doskonale, że to co odnaleziono w tych ściekach, to nie była kupka zakrwawionych tkanek, ani tym bardziej plamka samej krwi, ale coś co do tego stopnia przypominało człowieka, że ów biedny pracownik oczyszczalni się zaniepokoił. I to akurat – mimo iż udają że jest inaczej – oni wiedzą doskonale, że on zobaczył maleńkie, skutecznie obmyte z krwi, martwe dziecko. I ta pewność moim zdaniem sprawia, że się zdenerwowali do tego stopnia, że postanowili tę prawdę zakrzyczeć, kłamiąc sobie samym prosto w oczy.

      Oni wszyscy, jestem tego pewien, wiedzą tak samo dobrze jak każdy z nas, że tak duże dziecko nie jest w stanie ot tak sobie wyskoczyć z matki, kiedy ona siedzi na toalecie i robi siusiu, i że ona albo była w takiej desperacji, że je sobie z siebie wydłubała przy pomocy jakiegoś narzędzia, albo ktoś – czy to ojciec dziecka, czy może jej rodzice – ją do tego skłonił siłą lub bardzo poważną perswazją, lub ewentualnie ów przedwczesny poród spowodował jakiś wynająty konował. A ponieważ zrobił to całkowicie nielegalnie, to owa zbrodnia została na tyle ukryta, że jedynym lepszym rozwiązaniem było to dziecko zjeść. I oni to wiedzą. A wiedząc to, mają jak najbardziej świadomość, że los owej nieszczęsnej matki pozostaje dramatycznie wręcz dla nas nieznany, nie wykluczając też i takiej możliwosci, że ona również, podobnie jak jej dziecko, została spuszczona do jakiegoś odpowiadającego jej rozmiarom zbiornika.

        A więc oni to wiedzą. A ja sobie myślę, że skoro to wiedzą, a mimo to wciąż coś plotą na temat zygoty, podpasek i wczesnych poronień, to znaczy że coś ich bardzo, ale to bardzo, dręczy. I domyślam się jak najbardziej, co to takiego. Otóż, jak już wspomniałem wcześniej, jest to strach przed tym, że trzeba im będzie zaakceptować fakt, że to o co oni z taką zawziętoscią walczą i co w wielu wypadkach stanowi sens ich życia, to o prawo do bezkarnego unicestwiania tego co bezbronne. Mało tego: chodzi o prawo do otwartego głoszenia owego przekonania, że zabójstwo może być... cool. I oni wszyscy nagle to ujrzeli tak strasznie wyraźnie w obrazie tego dziecka, w tej jego koszmarnej podróży wśród naszych szczyn, gówien i innych nieczystości, do wyboru do koloru.

       Przepraszam bardzo, ale, moim zdaniem, choćby najbardziej okrutna prezentacja poćwiartowanych dziecięcych zwłok, a tym bardziej demonstrowanie owych wymodelowanych w skali 1:1 figurek dwunastotygodniowych dzieci, czy ich stópek i paluszków na przypinkach, to ledwo słyszalny szept wobec dzisiejszych myśli o tym dziecku w oczyszczalni ścieków w Ząbkowicach Śląskich.

       Czy w związku z tym jest coś na co szczególnie liczę? Powiem szczerze, że nie bardzo. Moim zdaniem, mając dzisiaj już tylko ten jeden wybór pomiędzy przyznaniem, że to co znaleziono w owym zbiorniku to człowiek i że ktoś się do jego śmierci przyczynił, a powtarzaniem w kółko zaklęć na temat zygoty, oni wybiorą zygotę. Może z wyjątkiem choćby tego jednego nawróconego... a z mojego punktu widzenia, to już byłby sukces i nadzieja na lepsze.

     


poniedziałek, 14 czerwca 2021

O różnicy między workiem foliowym na głowie a maseczką na szyi

 

Dziś propnuję swego rodzaju uzupełnienie poprzedniej notki. Przed Państwem mój najnowszy felieton z "Warszawskiej Gazety".


      Długi weekend spędziłem tam gdzie, jak twierdzą niektórzy, ludzie nie płacą podatków, bo nie pracują, a na wódkę i ogórka mają z programu 500+, czyli w Przemyślu. By na ów zakazany kraniec Polski dojechać, a następnie ponownie wpaść w łapy cywilizacji, skorzystałem z usług PKP, które w ostatnich latach mocno przyspieszyły i o ile w najlepszym okresie rządów Platformy Obywatelskiej, by przebyć trasę Katowice – Przemyśl i z powrotem potrzebowały 14 godzin, to dziś wystarcza im owych godzin zaledwie osiem. Tak więc jechałem pociągiem najpierw w jedną stronę, potem w drugą i proszę sobie wyobrazić, że ku memu zdziwieniu, wszystkie osoby, jakie miałem okazję zaobserwować miały założone maseczki, i to założone naprawdę porządnie, czyli na usta i nos. Dlaczego mnie to zdziwiło? Otóż jeszcze parę tygodni temu, chodząc po ulicach mojego miasta, miałem wrażenie, że ponad połowa ludzi albo ma te maseczki pod nosem, albo na brodzie, albo na szyi, albo – jakieś 20% – nie ma ich w ogóle. A zatem sądziłem, że po zniesieniu większości obostrzeń, ludzie w ogóle na te szmatki machną ręką i tyle tego, zwłaszcza że tego naprawdę od dawna nikt nie kontrolował. Tymczasem, pociąg w jedną i drugą stronę był zamaseczkowany... z wyjątkiem czterech osób. Otóż gdy jechaliśmy do Przemyśla, w naszym przedziale byli pan i pani z maseczkami na szyi, które przy wejściu kontrolera próbowali niezgrabnie założyć na swoje nosy, ale ponieważ on nawet na nich nie mrugnął okiem, zrezygnowali. Podobnie w drodze powrotnej: na przeciwko mnie siedzial człowiek za maseczką na szyi, którą niekiedy wsadzał sobie w usta i ją żuł, a po przeciwnej stronie kolejny, który maseczkę trzymał na stoliku, obok butelki z wodą i w ogóle, podobnie zresztą jak kontroler, ją lekceważył.

       Obserwowałem tych ludzi i zastanawiałem się, jak oni się czują w pociągu pełnym ludzi z maseczkami na nosach, i z przodu, i z tyłu, i z boku, kiedy sami są tak strasznie inni. Czy oni obserwują nas z pogardą, z rozbawieniem, współczuciem, czy są z siebie strasznie dumni? A może podekscytowani swoją odwagą? Diabeł jeden wie. Może gdyby ktoś im zwrócił uwagę, to by coś powiedzieli, ale wszyscy traktowali ich z pełną obojętnością.

       I przypomniał mi się znajomy człowiek z kościoła. On, owszem, ma maseczkę, i to nie zwykłą maseczkę za 50 groszy, ale znacznie droższą. Siedzi zawsze sam, zawsze pierwszy idzie do komunii i jako pierwszy wychodzi z kościoła, a co istotne, zawsze bardzo walczy, by w promieniu pięciu metrów nie było nikogo, kto mógłby go zarazić.

        Bardzo to wygląda zabawnie, jak on tak staje na desce startowej i czeka na ostatni dzwonek, aby wybiec. Niemal tak samo zabawnie jak te maseczki zwisające z uszu jednego czy drugiego w pociągu pełnym ludzi.



piątek, 11 czerwca 2021

O niezwykłej pobożności koronawirusa

 

        Myślę że każdy kto chociaż trochę zna ten blog, wie bardzo dobrze, że ostatnią rzeczą jaka przychodzi mi do głowy w tym moim pisaniu, jest narzekanie na działania rządu i odpowiednich delegowanych przez rząd służb wobec tak zwanej „pandemii”. Od razu wyjaśnię, że sformułowania „tak zwanej” użyłem, a słowo „pandemia” umieściłem w cudzysłowie, nie bez przyczyny. Otóż, mimo że wobec tego co na nas spadło ponad rok już temu pozostaję z pochyloną głową i ani mi przez myśl nie przejdzie, by urządzać tu jakiekolwiek demonstracje, to od samego początku jestem niezmiennie gotowy na przyznanie, że to jest, tak jak to właśnie określiłem, pandemia „tak zwana”.

      Czemu tak? Otóż nie mam najmniejszych wątpliwości, że jeśli przyjmiemy, że mamy do czynienia z autentycznym zagrożeniem – a ja i to jestem oczywiście, w swojej wręcz systemowej niewiedzy, gotów przyjąć – to każdy rząd siłą rzeczy porusza się w sensie wręcz dosłownym po omacku. Jeśli spojrzeć na świat, to sposobów walki z tym czymś było mniej więcej tyle samo co zaangażowanych w nią rządów: my zamykaliśmy parki i lasy, Szwedzi otwierali wszystko, Holendrzy lali ludzi po łbach pałami, Brytyjczycy w swoich sklepach zakładali specjalne taśmy odgradzające towary pierwszej potrzeby od potrzeby drugiej, a nawet dziś jeszcze, w Paryżu, gdzie właśnie odbywa się wielki tenisowy turniej, gdy swój mecz rozgrywali Djokovic i Berrettini, władze najpierw przesunęły początek godziny policyjnej z 21 na 23, a o 23, widząc że pojedynek się tak szybko nie zakończy, te 5 tys. widzów z trybun wygnali, by ci szybko wracali do domów i nie rozsiewali wirusa. A więc każdy robi to co mu w głowie zaświta, a my – pardon me french – gówno wiemy, więc jaki ja mam powód by się czepiać polskiego rządu?

        Stało się jednak tak, że przy okazji notowanego powszechnie spadku zakażeń, nasza władza postanowiła poluzować część obostrzeń i to tu to tam zapanowała niemal całkowita wolność, wolność do tego stopnia, że – wprawdzie dopiero po interwencji abp. Gądeckiego, no ale jednak – uznano za dopuszczalne by w kościołach podczas Mszy zajęta była aż połowa miejsc. I to właśnie jest pierwszym powodem dla którego postanowiłem po raz pierwszy w tym ponurym czasie rzucić kamieniem. Jak wiemy, o ile ksiądz nie postanowi przynudzić, Msza trwa zwykle jakieś 45 minut. Ludzie niemal w komplecie siedzą w maseczkach, nie dyszą sobie nawzajem w nosy, przekazując sobie znak pokoju, kiwają głowami, Komunię przyjmują na rękę, a po owej niespełna godzinie wracają do domu. Ja tymczasem, jak niedawno wspominałem, odbywałem podróż koleją z Katowic do Przemyśla i z powrotem i proszę sobie wyobrazić, że w podczas wyprawy w tamtą stronę w moim przedziale znajdowało się osiem osób, i to nie przez 45 minut, ale znacznie dłużej, z czego niezmiennie, dwie osoby, a w porywach trzy, siedziały z maseczkami na szyi, a w drodze powrotnej – to był wagon bez przedziałów – każde miejsce było zajęte i pies z kulawą nogą nie zadał sobie pytania, czemu to towarzystwo ma się przerzedzić dopiero wtedy, gdy udadzą się do kościoła.

       Ja oczywiście rozumiem, że bardzo trudno jest sobie wyobrazić, by w okresie wakacyjnym Polskie Koleje Państwe nagle wprowadziły na tory podwójną liczbę pociągów, tak by ludzie nie siedzieli sobie na kolanach, no i nie ma też konkretnego sposobu by się uzerać z tymi cwaniakami, którzy uznali że oni są zbyt dumni by nosić jakieś „szmaty na ryju”. A więc okay. Autokary, tramwaje, autobusy, pociągi mają wozić ludzi tak, by nikt nie poczuł się pozostawiony sam sobie, no ale skoro tak, to po ciężką cholerę udawać że wszystko jest na swoim miejscu i ustalać limit osób mogących się jednocześnie modlić w kościele?

      Tu niedaleko znajduje się klasyczny ogólnospożywczy targ, i tam regularnie przebywa tłum jakiego – z mojego punktu widzenia, niestety – żaden kościół w Polsce od czasów PRL-u nie widział. A zatem pytam, co stoi na przeszkodzie, by polski rząd pozwolił proboszczom udostępniać chętnym, na te 45 minut, całą przestrzeń świątyni?   

      Tego nie wiem i podejrzewam że tego nie wie nikt, aIe tu też pojawia się kwestia zupełnie nowa. Otóż, moim zdaniem na przeszkodzie nie stoi nic i, czy to minister Niedzielski, czy osobiście premier Morawiecki, doskonale to wiedzą. Trzeba by było bowiem być kompletnie oderwanym od rzeczywistości, by uczciwie w ten właśnie sposób zarządzać pandemią, a w to że oni nie mają kontroli nad tym co robią, zwyczajnie nie wierzę. Jedyne zatem co mi przychodzi do głowy, to to, iż pierwsza decyzja, by Kościołem się nie zajmować i zostawić ową jedną osobę na 15 m2, a decyzja kolejna, podjęta ewidentnie w rekacji na bardzo stanowczy głos abp. Gądeckiego, by jednak udostępnić wiernym aż 50% kościelnej przestrzeni, to efekt nie epidemicznych kalkulacji, lecz zwykłego strachu przed tym, jak na zwolnienie kosciołów z pandemicznych ograniczeń zareaguje lewa część sceny. Przypomnę: dziś w Paryżu obowiązuje godzina policyjna, a na tym tle my tu w Polsce musimy przyznać, że u nas tak naprawdę nigdy nie było porządnego lockdownu. Z wyjątkiem, niestety, Kościoła. Nawet knajpy w najgorszym okresie mogły dostarczać żarcie na telefon. Triduum Paschalne, i to nawet na Watykanie, w zeszłym roku zostało wyjęte z kalendarza. Po raz pierwszy w historii chrześcijaństwa. Przepraszam bardzo, ale jeśli mimo tego skandalu, dziś nagle Kościół musi walczyć z Polskimi Kolejami Państwowymi o to, by im jednak pozwolono się modlić, to z tym światem jest coś nie tak.

          Swoją drogą, czy myśmy tego akurat przpadkiem nie wiedzieli już od pewnego czasu?

 

 


 

 

czwartek, 10 czerwca 2021

O sprowadzaniu rzeczy do Goebbelsa

 

      Proponuję byśmy dziś może zaczęli od Wikipedii:

Reductio ad Hitlerum, czasami Argumentum ad Hitlerum, także: ad Nazium – pozamerytoryczny sposób argumentowania, w którym następuje próba unieważnienia czyjegoś stanowiska na podstawie tego, że ten sam pogląd miał Adolf Hitler lub NSDAP.

Zauważony przez Leo Straussa w 1953 roku reductio ad Hitlerum zapożyczył swoją nazwę od terminu używanego w logice, reductio ad absurdum. Według Straussa reductio ad Hitlerum jest formą ad hominemad misericordiam, czyli błędem nieistotności. Sugerowanym uzasadnieniem jest poczucie winy przez skojarzenie. Jest to taktyka stosowana w celu wyeliminowania argumentów interlokutora, ponieważ takie porównania mają tendencję do rozpraszania uwagi i powodowania złości adwersarza.

       Przyznamy chyba wszyscy, że zwłaszcza w ostatnich czasach, gdy opisane wyżej zjawisko, czyli dramatyczne nadużywanie owego przedziwnego sposobu walki z przeciwnikiem, rozpanoszyło nam się niemiłosiernie, fakt że, jak się okazuje, sposób ten jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku został nazwany i pokazany palcem, musimy przyjąć z satysfakcją. Ja dziś może jednak chciałbym zwrócić uwagę na coś, co mnie przy tej okazji bardzo zainteresowało, tyle że w tej konkretnie sytuacji nie do końca jako owo Reductio at Hitlerum, ale coś co możemy opisać jako Reductio ad Goebbelsum, co zresztą, zgodzimy się chyba wszyscy, nie robi większej różnicy.

      Otóż, proszę sobie wyobrazić, znany nam niefortunnie uniwersytecki profesor Jan Hartman wypowiedział się na temat krakowskiego arcybiskupa Jędraszewskiego, a uczynił to w następujący sposób:

Obawiam się, że przemilczanie nazistowskiej retoryki pogrobowca Goebbelsa, którym jest Jędraszewski, ma te same podstawy i powody, dla których nie mówi się o napaści Kościoła na Polskę we wrześniu 1939 r. czy ewakuowaniu zbrodniarzy hitlerowskich przez Watykan.

Nie można mówić, że Jędraszewski jest ‘tylko faszystą’. To nie jest ‘tylko’ – to po pierwsze. Po drugie, jest kimś gorszym. Nie mówi językiem włoskich biskupów i papieży łaszących się do Mussoliniego, lecz językiem samego Hitlera. Jędraszewski przekroczył granicę między faszyzmem a nazizmem – nie wolno udawać, że się tego nie widzi”.

      Ktoś powie, że Hartman zwariował i to jest oczywiście bardzo możliwe, podobnie jak możliwe jest to, że on zwariował jeszcze w czasach, gdy liberalne media w Polsce nie wiedziały o jego istnieniu i potrzebowały trochę czasu, by mu założyć na łeb postronek. Nie o to jednak chodzi. To bowiem co mnie bardzo interesuje – a Hartman jest tu zaledwie dość ciekawym przykładem – to dlaczego akurat Hitler, Goebbels, czy ogólnie nazizm. Ten nasz świat trwa niezliczone już wieki, mniej więcej od czasu gdy wąż uwiódł Ewę, Kain zabił Abla, a potem wszystko już poszło z górki, i – przepraszam wszystkich bardzo – ale, jeśli przyjrzymy się losom wspomnianego świata, to cóż nam po Hitlerze? I proszę mi uwierzyć, że nie mam tu na myśli ani króla Heroda, cesarza Kaliguli, króla Henryka VIII, Stalina, czy reprezentującego już nowsze czasy Pol Pota. Przecież, jak to się niekiedy mawia, „tego kwiatu jest pół światu”. A zatem, pozwolę sobie powtórzyć: co nam może taki Hitler?

       Czemu zatem stało się tak, że to właśnie owi wybitni przedstawiciele narodu niemieckiego zasłużyli na to wyróżnienie, by ich stawiać jako wzór manipulacji? Ktoś powie, że to dlatego, że II Wojna Światowa miała miejsce stosunkowo niedawno, jej skutki objęły znaczną część tak zwanej „cywilizowanej” części globu, no a poza tym, gdy chodzi o zasługi owych Niemców, to co do ich oceny zgadzają się akurat wszyscy. Tu akurat, pomijając samych Niemców, istnieje pełna zgoda co do tego, że Hitler to, krótko mówiąc „bad guy”, i to, idąc dalej wspomnianym tropem, „bad guy” do tego stopnia, że trudno znaleźć coś lepszego, gdy celem jest poniżenie, a przynajmniej doprowadzenie do wściekłości przeciwnika. I znów, te wszystkie wyjaśnienia brzmią dobrze, zwłaszcza gdy, jak wiemy, dla wielu nie było w historii świata większego zła, jak Holokaust, a odpowiedzialnoscią za niego mozna obarczyć Polaków, ewentualnie Kościół Katolicki. To wciąż nie jest wystarczający powód, by – tak jak to ma miejsce w przypadku wybryku Hatrmana – akurat Goebbelsa, stawiać jako jedyny wzór wcielonego zła.

      Otóż, moim zdaniem, to wszystko bierze się stąd, że taki Hartman, profesor uniwersytetu, w gruncie rzeczy przedstawia intelektualny poziom zwykle zarezerwowany dla tak zwanego „prostego chłopa”, który jedyne co wie, to to, że dobry był Gierek, a zły Hitler, ewentualnie Kaczyński, i wszystko co dalej, czy głębiej pozostaje dla niego niedostępne. I znów ktoś powie, że może Hartman jest na tyle sprytny, że on zdaje sobie sprawę z tego, że ludek do którego on się zwraca nie będzie wiedział kim był Kaligula, Neron, czy Pol Pot, a z kolei Stalin jest mu duchowo zbyt bliski, by szargać jego pamięć. No ale tu też mamy kłopot, bo ci co są jako tako otwarci na słowa Hartmana, nie dość że nie mają pojęcia, czym jest faszyzm, a czym nazizm, to im nazwisko Goebbels mówi mniej więcej tyle samo co nazwisko jego sekretarki, Pomsel. Hitler – owszem, ale Goebbels – mowy nie ma. To już, przepraszam bardzo, ale o wiele lepiej byłoby gdyby on, próbując obrazić abp. Jędraszewskiego, wspomniał Hitlera. Że to by mogło Hartmana wpędzić w prawne kłopoty? No więc dobrze, w takim razie trzeba było po prostu napisać: „Obawiam się, że przemilczanie nazistowskiej retoryki pogrobowca Goebbelsa, w wykonaniu Jarosława Kaczyńskiego, którym jest Jędraszewski, ma te same podstawy i powody...” itd.

     Jestem pewien, że tu by wszystko zagrało, zarówno pod wzgledem zarówno procesowego bezpieczeństwa, jak i skuteczności propagandy. Wprawdzie i tu, ci co śledzą publiczną aktywność prof. Hartmana, nie bardzo byliby w stanie przyjąć zdania przekraczającego klasyczne 15 słów, ale Kaczyńskiego z księdzem by połączyli, a Hitler też by się im we łbach z automatu pojawił.  No ale wygląda na to, że Hartman to jednak nie tylko wariat, ale zwykły bałwan.