Swego czasu opublikowałem tu wpis wyrażający z jednej strony mój podziw i szacunek dla filmowej sztuki reżysera Shyamalana, a z drugiej rozczarowanie z powodu tego, jak jego filmy – z wyjątkiem może pierwszego, Szóstego zmysłu – są niesprawiedliwie traktowane przez tak zwane mądre towarzystwo. Refleksja ta doprowadziła mnie – co było pewnie nieuniknione – do bardzo ogólnych rozważań na temat tego, jak mainstream, szczególnie gdy ni stąd ni z owąd poczuje w sobie misję edukowania, potrafi pokazać całą swoją tępotę i najbardziej podstawowy brak wrażliwości.
To co mnie uderzyło w powszechnie obowiązującym sposobie oceniania filmów Shyamalana, to fakt, że nikt nigdy mu nie zarzucił, ze one są zrobione źle, niechlujnie, czy są zwyczajnie tanie. Pretensje zawsze krążyły wokół dwóch zarzutów, że tak to określę – scenariuszowych. Że mianowicie te filmy są głupie i nieemocjonujące. Nie nudne – nieemocjonujące. Zawsze brałem pod uwagę fakt, że mogę tu nie mieć racji. W końcu, czy coś jest głupie czy nie, zależy bardzo mocno od pozycji, z jakiej tę głupotę oceniamy. W sposób zupełnie naturalny, im bardziej ktoś jest mądry i wymagający, tym większą tu wykazuje wrażliwość. I odwrotnie. Podobnie z emocjami. Jedni emocjonują się na Bergmanie, inni na Spielbergu, a inni jeszcze na Shyamalanie. Może więc i też gdzieś tam jest jakaś cienka linia wyznaczająca obiektywizm oceny?
Kiedy pisałem tamten tekst, miałem pewnego ucznia, człowieka minimalnie ode mnie młodszego, którego świadomość estetyczna idealnie właściwie przylegała do mojej. Jak idzie o muzykę, sztukę, literaturę film i ogólnie życie, mogliśmy sobie gadać bez końca, w pełnej, wręcz niekiedy nużącej zgodzie. Był tylko jeden problem – otóż on uwielbiał polskie komedie, uważając na przykład, że Testosteron to film wybitnie śmieszny, ale ten jego sequel o kobietach jest jeszcze śmieszniejszy, no i że Kaczyńscy to matoły. Co warto dodać, on z tymi swoimi poglądami był znacznie bardziej ode mnie oczytany – znacznie nawet bardziej oczytany od tych, którzy i tak już są ode mnie bardziej oczytani – a więc też konsekwentnie w ogóle znacznie lepiej ode mnie wyposażony w tak zwaną wiedzę ogólną. No i zarykiwał się nieprzytomnie na tych Ladies. No i jeszcze coś – był całkowicie i do końca przekonany, że Znaki Shyamalana to najbardziej pospolite gówno.
Tak jakoś nieszczęśliwie wyszło, że wczorajszy dzień był pierwszym od dwóch miesięcy - i jak się obawiam, nie ostatnim w najświeższej sekwencji - kiedy to miałem zupełnie wolne popołudnie, no i siedziałem bezczynnie w domu. No i na to wszedł młody Toyah i powiedział, że sobie obejrzymy Znaki. Ponieważ w naszym domu Znaki lubimy wszyscy, popatrzyliśmy sobie na ten film po raz kolejny, i po raz kolejny z pełną – może nawet ze względu na okoliczności pełniejszą – satysfakcją.
Wprawdzie część z czytelników tego bloga wie, o czym jest ten film, ale na wszelki wypadek, króciutko opowiem, choćby też z tego względu, że wspomniana wiedza może być niepełna. Otóż Mel Gibson jest tam pastorem, który skutkiem wypadku samochodowego, w którym zmarła jego żona, utracił wiarę. Mieszka więc sobie, pogrążony w żałobie, z dwójką dzieci i bratem na farmie. I wtedy, spada na niego i jego rodzinę kolejne nieszczęście, nieszczęście tym razem nie indywidualne, lecz jak najbardziej globalne, a mianowicie na Ziemię przybywają kosmici, z jednym zamiarem – zabić wszystkich ludzi i wykorzystać w formie pożywienia. Atak, jak mówię, jest globalny, a więc Ziemia zaatakowana jest w jednej chwili i w całości. No ale my jesteśmy na tej farmie, gdzie Mel Gibson mieszka ze swoimi bliskimi i wie, że tym razem, to już nie jest jego koniec, ale koniec wszystkich. Jego dzieci to chłopczyk i dziewczynka. Zwykłe wiejskie dzieci, z tym szczegółem, że chłopczyk cierpi na astmę, a dziewczynka ma tego fioła, że ona nie może pić wody, bo każdy jej rodzaj, z tego czy innego powodu jej cuchnie. Mel Gibson staje na głowie, żeby ona jednak piła tę wodę, przynosi jej najróżniejsze jej rodzaje, ale ona spróbuje troszeczkę i odstawia szklankę, bo jej nie smakuje. W związku z tym, cały dom jest zastawiony porzuconymi przez to dziecko szklankami z wodą.
No i następuje ten atak, którego gwałtowność i powszechność jest absolutnie porażająca. Ziemia zostaje spacyfikowana przez te szkaradne postacie bez twarzy, które przypominają właściwie ludzi, tyle że są trochę bardziej barczyści, no i nie mają tych twarzy. Potrafią też bardzo szybko się poruszać i są wyposażeni w jedną broń. Mianowicie potrafią emitować jakiś zabójczy gaz. No i tym gazem, po kolei wszystkich zabijają. Mel Gibson z dziećmi i bratem, też zaatakowani przez grupę tych dziwolągów, ukrywają się w piwnicy domu na tej ich farmie, i znaczna część filmu dzieje się własnie tam, w piwnicy. Jakakolwiek walka raczej nie istnieje. Tam prawie w ogóle nie ma typowej dla tego typu filmów przepychanki, typu kto kogo. To co widzimy, to właściwie od samego początku pełna rezygnacja… no i ta dominująca utrata wiary. Co gorsza, kiedy oni schodzili do piwnicy, żeby się tam choć na chwilę schronić, zapomnieli wziąć ze sobą lekarstwa i inhalator dla chłopca. No więc wśród tych kompletnych ciemności, z atakującymi ich kosmitami, trwa też walka o to by to dziecko nie udusiło się jeszcze za nim wezmą się za nich ci kosmici. To właśnie wtedy, Mel Gibson, tak jak to tylko on potrafi, z tymi swoimi zapłakanymi wzruszeniem oczami, trzy razy krzyczy do Boga, że go nienawidzi.
No i nagle, wszystko się kończy. Okazuje się, że atak został jakoś odparty. Nie wiadomo jak, ale fakty są oczywiste. Atak się skończył. Gibson z rodziną wychodzą na zewnątrz i widzą, że wszystko jest takie jak było wcześniej, tyle że w domu pozostał jeszcze jakiś zagubiony Obcy, który trzyma na rękach nieprzytomnego chłopca i robi jedyne co umie robić skutecznie, a więc go traktuje tym gazem. Dochodzi do walki, brat Gibsona, były baseballista, bierze kij, tym kijem tłucze Obcego, który jeszcze jakoś się trzyma, ale nagle, w trakcie tej walki, przewraca się jedna z tych walających się wszędzie szklanek z wodą, opryskuje Obcego, potem następna, i jeszcze następna… i okazuje się, że to jest coś, czego oni nie są w stanie przeżyć – mianowicie woda. Tak jak woda pokonała ich wcześniej na całej Ziemi, tak i te pozostawione szklanki ostatecznie zabiły i tego ostatniego.
Ale okazuje się coś jeszcze. Otóż przez swoją astmę, syn Gibsona miał skutecznie zatkane drogi oddechowe, a więc i ta trucizna go ominęła. A więc zgoda – mamy klasyczny happy end. Ale coś jeszcze. Mamy mianowicie też te znaki. I jeśli komuś się wydaje, że tu chodziło o te głupie, oczywiste ślady w zbożu, to jest w najbardziej głębokim błędzie. Bo tu chodzi o coś znacznie, znacznie więcej. Chodzi o tę wodę w szklankach, wodę na świecie, o te zatkane drogi oddechowe, astmę, a nawet o ostatnie słowa umierającej Gibsonowi żony: „I powiedz Merillowi, by brał duży zamach”. A więc, z pewnego punktu widzenia, o same nieszczęścia.
I jeszcze o coś. Otóż mianowicie trzeba wiedzieć, że ten atak trwał zaledwie jeden dzień. Oni wylądowali na Ziemi, ruszyli do ataku, i właściwie w jednej chwili okazało się, że są do dupy. Bo jedyne co posiadali, to tę swoją bezwzględną i bezlitosną naturę i niezwykle rozwinięte mózgi. A już na przykład zabrakło im zwykłej, ludzkiej siły. Okazało się, że oni tam w Kosmosie wymyślili sobie, że trzeba inwestować w Rozum, i już przy pierwszej próbie kontaktu z człowiekiem dowiedzieli się, że lekki strzał w pysk ich rozbija w drobny mak. A co dopiero porządny kop w ryj. A co dopiero życiodajna woda. I że te ich wybitnie rozwinięte mózgi nie pomogły im nawet skutecznie skalkulować tej informacji.
Bardzo dobrze jest sobie obejrzeć film Shyamalana. Zwłaszcza wtedy, gdy może się wydawać, że z jednej strony otaczają nas Obcy, a z drugiej nasza niewiara nie pozwala nam dostrzec nawet najbardziej prostych znaków. A co z tymi, którym Shyamalan się mimo wszystko bardzo nie podoba? Czasem wydaje mi się, że ta ich niechęć jest jak najbardziej oczywista. A czasem, stoję jak wmurowany i się już tylko dziwię. Wszystko jednak po to, by już za chwilę dojć ponownie do wniosku, że to jednak jest jak najbardziej zrozumiałe. Znaki potrafią przerażać. Szczególnie tych, którzy sobie na to jakoś tam zasłużyli.