Zmarł Andrzej Lepper, a ja nagle sobie zdałem sprawę z tego, że przez te już prawie trzy i pół roku nie napisałem na jego temat jednego tekstu. Oczywiście, nie wykluczam, że gdzieś tam padło jego nazwisko, ale ani sobie tego momentu nie przypominam, ani też, kiedy przeglądam tagi dotyczące tych pewnie już grubo ponad tysiąca tekstów, Andrzeja Leppera nie widzę. Jest, po kolei, Andrzej Arendarski, Andrzej Braun Andrzej Celiński, Andrzej Czaja (kim do cholery, jest ten Andrzej Czaja???), Andrzej Czuma, Andrzej Duda, Andrzej Gwiazda, Andrzej Mazurkiewicz, Andrzej Mleczko, Andrzej Morozowski, Andrzej Olechowski, Andrzej Stankiewicz, Andrzej Wajda, jest nawet Andrzej z Działdowa. Nawet, jak ktoś lubi, jest Andy Murray. Leppera nie ma.
Ktoś powie, że to pewnie dlatego, że to moje milczenie na temat Andrzeja Leppera, było jak najbardziej zrozumiałe, bo cóż ja mogę powiedzieć na temat osoby tak dla popieranego przez mnie projektu kompromitującej, i cóż ja mogę powiedzieć na temat tego wszystkiego, co w sposób tak kompromitujący, opisuje symbolizowaną przez Andrzeja Leppera sytuację? Otóż nie. To nie może być przyczyną, dla której Andrzej Lepper nie wywołał u mnie przez te wszystkie lata cienia refleksji. Weźmy takiego Romana Giertycha. Ten się w tagach tego blogu pokazuje aż trzy razy. A w czym on jest lepszy od Andrzeja Leppera? A czy może Artur Zawisza mniej kompromituje wybory dokonywane przez Jarosława Kaczyńskiego? A Kazimierz Marcinkiewicz? Przecież przy nim Andrzej Lepper – to nasza duma i chwała. Przy premierze Kazimierzu Marcinkiewiczu, polityczne wyczucie Jarosława Kaczyńskiego świeci jak pochodnia.
A więc może jest odwrotnie? Może Andrzej Lepper był tak straszliwie nudny w tym swoim politycznym zapętleniu, że już bardziej ciekawe było pisanie o Ludwiku Dornie, czy o (już pamiętam!) biskupie Czai? Też chyba nie. On wprawdzie ostatnio nie pokazywał się w telewizji zbyt często, co najwyżej – tradycyjnie już bardzo – jako bicz-hasło na Prawo i Sprawiedliwość, jednak parę razy tam był, i to co wygłaszał do podstawionych mu pod nos mikrofonów, było jak najbardziej w standardzie, który się w refleksjach zamieszczanych na tym blogu jak najbardziej mieści. No i przecież, nie należy zapominać – pani Toyahowa na przykład kompletnie o tym wszystkim zdążyła już zapomnieć – że ledwo co przedwczoraj Jarosław Kaczyński zeznawał w prokuraturze w sprawie tak zwanej „afery gruntowej”, a owa afera, to nie tylko jakiś Ryba, czy Kaczmarek, czy nawet Krauze wyglądający na siebie zza windy, ale przede wszystkim właśnie Andrzej Lepper. Na początku tej drogi wiodącej do Ryszarda Krauzego, a kto wie jak jeszcze dalej, stał nie kto inny jak Andrzej Lepper. A tu na blogu o nim taka cisza.
Jeśli ktoś myśli, że w tym momencie wreszcie się doczeka odpowiedzi na pytanie, czemu Andrzej Lepper, moim zdaniem, był tu tak okropnie nieobecny, to jest w całkowitym błędzie. Ja autentycznie nie wiem, czemu on został potraktowany tu, jak, nie przymierzając – a może właśnie i przymierzając - niegdysiejszy Ireneusz Sekuła. Ireneusz Sekuła, człowiek, który też, podobnie jak Lepper, uznał któregoś dnia, że polityka w odzyskującej po latach komunistycznej represji wolność Polsce, to jest coś, co mu naprawdę będzie służyło, i któregoś innego dnia popełnił samobójstwo, strzelając sobie dwukrotnie w serce. A ponieważ nie wiem, będę się zbliżał do końca tej ni to refleksji, ni zwykłego wiersza i tylko już przez chwilę powspominam Andrzeja Leppera sprzed wielu, wielu lat.
Pamiętam, jak jeszcze w początkach lat 90. ten były działacz Związku Młodzieży Wiejskiej, członek PZPR, pracownik Stacji Hodowli Roślin w Górzynie i PGR w Rzechcinie, kierownik należącego do Państwowego Ośrodka Hodowli Zarodowej gospodarstwa w Kusicach, prowadzący wraz z rodziną indywidualne gospodarstwo rolne w Zielnowie, pojawił się na katowickim rynku – pamiętam to dobrze – w takim długim, eleganckim, czarnym płaszczu i chodził między czekającymi na tramwaj ludźmi, prosząc ich o podpisy poparcia w wyborach prezydenckich. O ile dobrze zauważyłem, był tam kompletnie sam, bez jakichkolwiek asystentów, bez wynajętej młodzieży, no i oczywiście bez jakichkolwiek kamer. Łaził Andrzej Lepper wśród tych wkraczających w nową demokrację obywateli i zbierał podpisy na jakiejś wymiętej kartce. I ja się dziś zastanawiam, czy nie lepiej mu było jednak machnąć ręka na tę całą karierę, na te politykę, na te sejmy, panie i te wszystkie, panie, ministerstwa, i zostać w tym swoim Zielnowie. Może i lepiej, tyle że wszystko wskazuje na to, że nawet człowiek tak sprytny, ambitny i zdolny jak on, nie mógł się spodziewać, że tam oprócz tych wszystkich limuzyn, krawatów, eleganckich butów i błękitnych wnętrz telewizyjnych stacji – czeka śmierć.
No i sucha, błyskawicznie podana wiadomość, że ta śmierć była oczywiście samobójstwem. A jak się będzie miało szczęście, to może nawet przyjdzie jakiś psycholog i wszystkim szybciutko wyjaśni, jak to się takie dziwne rzeczy dzieją. Koniec.
Jak mówię, w dotychczasowych tekstach, o Andrzeju Lepperze nie ma niemal słowa. Tym bardziej, nie wspominają o nim teksty zamieszczone w książce, która jest do kupienia w księgarni Coryllusa. Za to, tam jest wszystko o świecie, który go ostatecznie zabił. Bardzo zachęcam do jej kupowania. Naprawdę warto. No i, oczywiście, proszę o dalsze wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.