Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Zubilewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Zubilewicz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 czerwca 2011

Kto pomaga sobie, komu Pan Bóg, a komu ktoś jeszcze

Jeśli przyjrzeć się rynkowi reklam, można odnieść wrażenie, że jest on zdominowany przez reklamy lekarstw, banków, piwa i samochodów. W tej kolejności. No, ewentualnie samochodów bardziej niż piwa. Te cztery jednak poziomy realizowania się naszego świata – a więc bank, lekarstwo, samochód i piwo – wydają się, z pewnego szczególnego punktu widzenia, stanowić jego formę i sens.
Mam wrażenie, że rozumiem logikę, jaka stoi za tym stanem rzeczy. Mając od wielu już lat, w taki czy inny sposób, kontakt z młodzieżą, mogę potwierdzić autorytatywnie fakt, że poza dość przypadkowym zamiłowaniem, jakie ona czuje do muzyki, polska młodzież jest całkowicie i bezwarunkowo oddana idei żłopania piwa, trzeźwienia po piwie, i liczenia dni do czasu kiedy będzie się mogła tego piwa ponownie napić. Dorośli piją wódkę, lub brandy, lub wino, ewentualnie jakieś inne, bardziej wysmakowane alkohole – młodzież napędza się piwem. A zatem, rozumiem, że koncerny piwowarskie mają w młodzieży klientelę bezcenną, i stąd ta niezliczona liczba reklam.
Co do samochodów, pozostaję w lekkim chaosie poznawczym, bo przede wszystkim niemal wszystkie znane mi osoby posiadają samochód, w dodatku mają w kwestii samochodów dość ściśle określoną opinię, i nie bardzo jestem w stanie zrozumieć, jaki sens jest tłumaczyć komuś, kto uważa Volkswagena za najlepszy samochód świata, że najlepszym samochodem świata jest Volkswagen, lub że lepszym od niego jest Fiat. Z piwem sprawa jest prostsza. Chodzi głownie o to, żeby dzieci to piwo miały cały czas w głowie, żeby je kupowały i żeby nie zapominały, że bez piwa nie ma życia. A to wystarczy, by od czasu do czasu kupiły też i nasze. Co do samochodów – nie bardzo wiem, jak działa ten rynek, ale muszę uznać, że sam fakt iż znaczna liczba Polaków ma kompletnego fioła na punkcie samochodów sprawę w jakiś sposób załatwia.
Doskonale natomiast rozumiem, co się kryje za tak bardzo agresywną polityką koncernów farmaceutycznych. Jak informuje mnie moje życiowe doświadczenie, dla przeciętnego obywatela, często nie ma innego tematu, jakim on gotów jest żyć od rana do wieczora i znów do rana przez nieprzespaną noc, jak zdrowie i sposoby, by o owo zdrowie dbać i je ratować. Czemu tak jest? Nie mam pojęcia. Niektórzy mówią, że taka jest ludzka natura. Ze człowiek jest już tak zbudowany, ze cały czas się musi wsłuchiwać w to, co się w nim dzieje. Czy jest za gruby, czy za chudy; czy śpi dobrze, czy źle; czy go brzuch boli trochę, czy bardzo; często, czy może za rzadko; oddycha za wolno, czy może za szybko. No i przede wszystkim, czy umrze już dziś, czy może jest jakiś sposób, by umarł dopiero w przyszłym roku. Są też jednak i takie głosy, które mówią że nasze zdrowie interesowałoby nas dokładnie tyle, ile wymaga sytuacja, kiedy już zachorujemy, gdyby nie fakt, że koncerny farmaceutyczne już prędzej zaczną przeznaczać połowę swojego utargu na walkę z rakiem, niż zostawią człowieka w świętym spokoju, co do jego samopoczucia. Otóż jest teoria – i ja jestem bardzo chętny, by ją poprzeć – że koncerny farmaceutyczne mają jeden, i tylko jeden interes – żeby każdy człowiek był zawsze i wiecznie przekonany, że z nim jest coś nie tak. A najlepiej – i o to one starają się równie mocno, co o człap resztę – żeby z nim rzeczywiście zawsze było coś nie tak.
A więc ta zupełnie nieprawdopodobna liczba reklam zachęcających do kupowania lekarstw na każdą możliwą – urojoną, czy faktyczną – dolegliwość, mnie nie dziwi. Ale i wreszcie pojawia się bank. I tu sprawa jest jeszcze prostsza, niż to się ma w wypadku lekarstw. Tu nie ma nawet o czym dyskutować. Pomysł jest czysty – chodzi o to, by ludzie pożyczali pieniądze po to, żeby ich było stać na ten samochód, to lekarstwo, no i oczywiście na to piwo.
Powtórzę raz jeszcze – świat w jakim żyjemy, zdaje się rozwijać niemal wyłącznie przez pragnienie samochodu, lekarstwa i piwa. Czy to mnie martwi? Owszem, trochę. Tak jak wiele innych rzeczy. Nie podoba mi się to, że dzieci piją piwo i że dorośli ich do tego zachęcają w tak perfidny sposób. Nie podoba mi się, że współczesny świat stworzył sytuację, gdzie człowiek jest w stanie wydać 50, 60, czy 100, czy czasem nawet 200 tys. żłotych – tak strasznie dużo pieniędzy – po to tylko, by mieć coś, z czego mógłby z niemal identycznym skutkiem korzystać za głupie 5 tys. No i oczywiście nie podoba mi się też to, że tak zwana lichwa została w Polsce usankcjonowana, i że to w gruncie rzeczy ona – lichwa właśnie – jak najbardziej oficjalnie, z pełnym błogosławieństwem państwa, obsługuje nasze życie publiczne.
To jednak, co mi się tu nie podoba najbardziej, to fakt, że w ten cały szalbierczy proceder zostało wplątane ludzkie zdrowie i życie. Jeśli ktoś chce się karmić piwem i w dodatku jeszcze wmawiać sobie, że nie ma nic smaczniejszego pod słońcem – jego sprawa. Jeśli ktoś jest tak głupi, żeby najpierw harować od rana do nocy na te 200 tys. żłotych, a później je wydać na samochód – Bóg z nim. Jeśli nawet ktoś jest tak naiwny, by brać od kogoś pieniądze na 7 lat – w dodatku tylko po to, by sobie kupić duży telewizor i pojechać na wycieczkę do Grecji – licząc na to, że będzie mu musiał oddać zaledwie dodatkowe 5,6 procent – trudno. Jego sprawa, jego nerwy. Natomiast to, że oto powstał system, który jednocześnie człowieka doprowadza do kompletnej psychicznej i fizycznej ruiny, a następnie oferuje mu na ten jego stan zestaw fantastycznych leków, które oczywiście mu nie pomogą, a jeśli nie pomogą, to zwyczajnie, przez brak leczenia – zabiją, uważam za znak czasów. I jeśli ktoś się spodziewał tu jakiegoś mocniejszego określenia, to mu powiem, że ja nie mam nic mocniejszego pod ręką.
Oto system, gdzie najpierw człowieka zapędza się do roboty ponad jego siły, do jedzenia mu się daje szybkie żarcie z torebki, czy bardzo estetycznego pudełka, w ramach rozrywki oferuje mu się darmową pornografię w Internecie, a kiedy już mu nerwy kompletnie wysiądą, serce się odpowiednio otłuści, a w dodatku poczuje zanik popędu seksualnego i żona zacznie go traktować nieuprzejmie, to będzie mógł sobie kupić super telewizor i tam – w pełnym pakiecie – otrzyma informacje o lekarstwie na dobry sen, niski cholesterol i super wzwód. Wszystko z pełną gwarancją. Zupełnie jak w tym niezwykłym dowcipie Larsona: „Gwarantujemy satysfakcję, albo nie zwracamy pieniędzy”.
Ktoś kto jakimś cudem dotrwał do tego momentu, może sobie pomyśleć, że to dziwne, że w tym tekście dotychczas nie pojawił się człowiek. W końcu ja sam wielokrotnie się zaklinałem, że skoro mam już pisać, to przede wszystkim o ludziach, a nie o sprawach. A tu, jak wszystko na to wskazuje, wyłącznie mamy do czynienia z sprawami. Pragnę więc wszystkich uspokoić. Ludzie będą. Będzie wręcz człowiek, ale to za chwilę. Najpierw kilka słów wprowadzenia. Otóż nie wiem, czy pamiętam dobrze, ale pamiętam, że był taki czas, kiedy to dziennikarzom nie wolno było występować w zewnętrznych reklamach. Chodziło o to, że jeśli na przykład Szymonowi Majewskiemu Bank PKO zaproponuje, żeby on za parę baniek parokrotnie zrobił z siebie na rzecz tego banku idiotę, to on niestety musi odmówić, a już na pewno ta reklama nie może być nadawana w telewizji TVN. Wydaje mi się, że tak to kiedyś było, ale kiedy dziś widzę, jak dziennikarze stacji TVN bez jakiejkolwiek żenady dorabiają w reklamach, mam tu pewne wątpliwości. Nieważne. Jest tak, że oni w tych reklamach dziś sobie swobodnie używają i kropka.
Oto od paru dni jeden z głównych tefauenowskich specjalistów od pogody, niejaki Zubilewicz pokazuje się w reklamie lekarstwa, które jak najbardziej oczywiście skutecznie niszczy ludzki cholesterol. Owo cudowne lekarstwo można oczywiście kupić bez recepty, i wedle zapowiedzi Zubelewicza, jeśli człowiek zauważy u siebie podwyższony cholesterol, powinien natychmiast zażyć tabletkę, i problem z głowy. A jak wiemy, cholesterol to nie taka trywialna sprawa. Choroby układu krążenia są dziś główną przyczyną zgonów w Polsce, czego zresztą Zubelewicz nie ukrywa, a więc zwyczajnie trzeba uważać. I w tym momencie jakiś koncern farmaceutyczny, który produkuje to siano, wynajmuje Zubelewicza, płaci mu odpowiednie pieniądze, on je szybciutko zgarnia pod siebie, i ogłasza: „Polecam!”. Ktoś się oczywiście może od razu zapytać, co Zubelewicz wie na temat cholesterolu i skuteczności tego czegoś, co on zachwala, w walce z nim? Jakie on ma w ogóle kompetencje, żeby to lekarstwo polecać? Czyżby ono mu uratowało już parę razy życie? A może on, jako specjalista od pogody, się na takich sprawach zwyczajnie zna? Ale nikt o to nie zapyta, bo każdy wie, że to jest tylko biznes. Ani to lekarstwo nie zmniejsza cholesterolu, ani Zubelewicz na ten temat nie ma bladego pojęcia, i tu tylko chodzi o to, żeby ta reklama dotarła do pary jakichś bałwanów, z których jeden powie drugiemu, że trzeba o siebie dbać, i ten drugi skoczy do apteki i kupi sobie parę paczek tego czegoś. Oczywiście, jeśli przy okazji, wbrew wyraźnej informacji na dole ekranu, nie pojdzie do lekarza, któregoś dnia, skutkiem ciężkiego nadmiaru cholesterolu dostanie zawału serca i umrze, ale kogo to wówczas będzie obchodziło? Zubelewicza może? Nie żartujmy.
Czemu ja się uczepiłem tego Zubilewicza? Otóż chodzi o to, że ja już w kilku miejscach czytałem, że Zubilewicz akurat to bardzo pobożny człowiek. Były pielgrzymkowicz, oazowicz, odnowiciel w Świetle i Życiu, i diabli wiedzą kto jeszcze. A jest tak, że to nie tylko o nim tak się plecie. On sam, jak tylko jest okazja, to pokazuje się w różnych odpowiednich mediach i opowiada tam o wierze i pobożności. Również swojej. Ktoś nie wierzy? Proszę uprzejmie.
I oto ten sam Zubilewicz, mając przed sobą człowieka, który jest zagrożony ciężką chorobą serca i w efekcie być może śmiercią, daje mu jakieś gówno i mówi, żeby on to zjadł, to wyzdrowieje. Dlaczego on to robi? Czy może w szczerym przekonaniu, że niesie pomoc drugiemu człowiekowi? Oczywiście że nie. Może on i jest durny, ale z całą pewnością nie aż tak. A więc dlaczego? Odpowiedź jest taka ja zawsze. Bo płacą. A z samej tefeuenowskiej pensji wyżyć się przecież nie da.
Ktoś powie że to nic takiego, że nie ma o czym gadać. A ja uważam że każdy odpowiada za siebie. Jeśli ktoś uważa to za drobiazg, proszę bardzo. Droga wolna. Natomiast dla mnie, to jest problem. Pod poprzednią notką o księdzu Natanku i świecie Szatana, ktoś mnie spytał, co ja mam przeciwko Szymonowi Hołowni. Odpisałem temu komuś, że mam przeciwko niemu to, że on jest uzurpatorem. Że z niego katolik, jak z koziej dupy trąba. Po obejrzeniu reklamy z Zubelewiczem uważam, że teraz już mam wszystkie argumentu w ręku. To jest właśnie to towarzystwo. Katolicy z różą w zębach. A ja się nie zdziwię, gdy za kilka lat, kiedy będzie wolno już reklamować nie tylko leki na serce, ale również na raka – swoją drogą ciekawe, czemu oni wciąż to uważają za zbyt wielką bezczelność – któryś z tych koncernów wypuści na rynek maść na czerniaka złośliwego, i do reklamowania tego specyfiku zgłosi się właśnie Szymon Hołownia z mniej więcej takim tekstem: „Stwierdziłeś u siebie złośliwego czerniaka? Boisz się? Myślisz o śmierci? Modlisz się? Wyluzuj. Pan Bóg ma ważniejsze sprawy na głowie. Oto maść Melanomictum. Ja posmarowałem i zniknął jak ręką odjął. Polecam!”.
A oni mi mówią o księdzu Natanku!

Większość czytelników tego bloga wie, że oprócz tego, czym on dla mnie jest od samego początku w sposób zupełnie naturalny, skutkiem pewnej fali złych bardzo wydarzeń - nawet minister Sikorski niedawno poświadczył, że obecnie tak zwane CV nie ma znaczenia; pracodawca o wszystkim co chce wiedzieć o swoim ewentualnym pracowniku dowiaduje się z Googla - stał on się też niemal jedynym źródłem utrzymania mojej rodziny. Dlatego nieodmiennie proszę o uprzejme wsparcie finansowe na podany obok numer konta. Każdy tego typu gest będzie dla nas bezcenny, a ja tylko mogę obiecać, że się będę starał jak dotychczas.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...