Posty

Wyświetlanie postów z grudzień, 2013

Z dobrymi myślami w Nowy Rok

Ponieważ kończy się ten cudowny rok, a przed nami kolejny, który, prośmy Dobrego Boga, niech przynajmniej nie będzie gorszy, chciałem wszystkim przyjaciołom tego bloga podziękować za wszystko, co od nich otrzymałem, i życzyć każdemu z osobna, byśmy się tu spotkali za rok, radośni, i jak zwykle pełni dobrych myśli. Jako że bez piosenki jakoś niezręcznie, przesyłam Wam wszystkim to, co na ten akurat dzień mam najlepszego.

Nie ma Świąt dla Wojciecha Kilara

Z Wojciechem Kilarem przez całe życie miałem bardzo poważny kłopot. Z jednej strony on najpierw był moim sąsiadem, a więc kimś, z kim mijałem się w drodze do szkoły, czy po zakupy, i kto robił na mnie wrażenie bardzo miłego człowieka, a potem, kiedy się wyprowadził nieco dalej, kimś, kogo od czasu do czasu spotykałem w moim ukochanym parku, jak szedł sobie, zawsze sam, spokojnie, i zawsze miał czas i ochotę, by się uśmiechnąć i odpowiedzieć „dzień dobry”, a z drugiej słynnym polskim kompozytorem, którego autentycznie nie znosiłem i uważałem za jednego z pierwszych tandeciarzy tak zwanej „muzyki poważnej”. Pamiętam wręcz, jak któregoś dnia poszedłem na jego koncert do mojego parafialnego kościoła pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła, i po zaledwie parunastu minutach dostałem takiej cholery na ten kicz, że wstałem i wyszedłem. Ale to i tak jeszcze nie wszystko. Ja Kilara mimo wszystko bardzo szanowałem za to, że on – najbardziej ogólnie rzecz traktując – w ostatnich wyznaczających histo

Przychodzi Sowiniec do Pasikowskiego i wyciąga flaszkę

Kiedy od mojego kumpla Lemminga otrzymałem link do wypowiedzi reżysera Pasikowskiego dla tygodnika „Polityka” na temat tego, co należy zrobić z nami Polakami i naszym polskim chamstwem, zdziczeniem i całą tą przenikającą nas postsowiecką skazą, nie czułem ani zdziwienia, ani tym bardziej jakiegoś szczególnego oburzenia. Dla mnie, owa myśl Pasikowskiego była tak bardzo utrzymana w tym, co sobie na temat Pasikowskiego i jemu podobnych wyobrażałem, że wywołała ona u mnie zaledwie wzruszenie ramion. To, co mnie natomiast, owszem, zainteresowało bardzo, to fakt, że jak najbardziej tygodnik postkomunistycznej opinii, jakim niewątpliwie jest „Polityka” wypuściła Pasikowskiego na tego rodzaju zwierzenia w związku z tym, że już za moment na ekrany polskich kin wchodzi jego film o pułkowniku Kuklińskim, jak się nagle okazuje, bohaterze naszej historii. I że to właśnie Pasikowski będzie emisariuszem tej dobrej nowiny. Swój tekst napisałem więc nie po to, by jakoś szczególnie dokuczać Pasikowskiem

Przychodzi Pasikowski do urzędu, czyli nokaut w pierwszej

„Politykę” – mam na myśli tygodnik – biorę do ręki parę razy do roku, mianowicie podczas pobytu w Przemyślu. Z jakiegoś, jedynie bardzo szczątkowo wyjaśnionego, powodu, rodzina mojej żony, którą kocham, jak własną, uważa za konieczne „Politykę”, nawet jeśli nie czytać, to kupować, no i w związku z tym to pismo tam zawsze się plącze. Ponieważ jednak, jak mówię, zdarza mi się „Politykę” przeglądać, wiem, że to jest coś, co obok spółdzielni „Społem”, ogródków działkowych, ronda Gierka w Sosnowcu, i Jaruzelskiego z Kiszczakiem, stanowi ostatni żywy relikt PRL-u, czy, mówiąc bardziej dosadnie, komuny. Wystarczy wziąć do ręki dowolny numer „Polityki”, by nagle zrozumieć, że, przynajmniej jak idzie o to towarzystwo, nic się nie zmieniło. Oczywiście, mamy lisowy „Newsweek”, mamy to „Wprost” prowadzone przez człowieka, za którym wciąż ciągnie się cień pewnego szczególnego wydarzenia sprzed lat, mamy całą tę menażerię grupującą ludzi tak różnych, że jedyne, co można zrobić, kiedy się nagle ich

Premier wynosi śmieci, czyli seksualny wymiar braku zasięgu

W ostatnim filmie – inna sprawa, że kompletnie głupim i niepotrzebnym – mojego ukochanego reżysera M. Night Shayamalana, główny bohater, po wielu naprawdę morderczych trudach, dociera do upragnionego celu, i wtedy okazuje się, że wszystko, czego dokonał, jest jak psu na budę, bo ze względu na znany nam wszystkim świetnie „brak zasięgu”, on nie jest w stanie dokończyć swojej misji. Ktoś powie, że ów „brak zasięgu” to coś tak trywialnego, a przez to nieciekawego, że nie sposób sobie wyobrazić, by ten właśnie element był jedynym, który sprawia, że o filmie Shayamalana warto w ogóle wspominać. Otóż sprawa nie jest wcale taka oczywista. Rzecz w tym, że akcja filmu dzieje się w bardzo odległej przyszłości, kiedy to nowoczesna technika pozwala niemal na wszystko, cały film jest wręcz wypełniony najróżniejszego rodzaju, mniej lub bardziej możliwymi do wyobrażenia, gadżetami, i kiedy nagle widzimy ową informację „no signal”, ironia tej sceny jest wręcz porażająca. A ja nie umiem sobie wyobrazić

Jak się modlić, gdy czasu tak mało?

Parę tygodni już temu dość duże poruszenie w Sieci wywołała informacja, wzmocniona jak najbardziej odpowiednią migawką filmową, że gdzieś w Argentynie tłum bardzo agresywnych lesbijek zorganizował kolejną demonstrację, i w trakcie owej demonstracji tak się podniecił, że w którymś momencie postanowił wkroczyć do pobliskiej katedry i dalej realizować się już tam. Ponieważ Argentyna to wciąż kraj w dużej mierze katolicki, a ludzie tam mieszkający, często bardzo pobożni, grupa miejscowych wiernych otoczyła katedrę zwartym kordonem i lesbijek nie przepuściła. Jeśli idzie o mnie, mam wrażenie, że, wraz z upływającym czasem, i coraz bardziej zaawansowanym wiekiem, staję się coraz bardziej odporny na wszelkiego rodzaju ekscesy, a to w tym sensie, że i sam nie widzę sensu, by w nich uczestniczyć, ale też nie umiem się angażować emocjonalnie w ekscesy innych. Tu jednak, muszę przyznać, uległem. I wcale nie mam na myśli tego pogrążonego w swoim obłędzie tłumu półnagich kobiet, ale owych ludzi bud

O przedświątecznej fryzurze ojca Grzegorza Kramera

Zabierając się za pisanie tekstu o Katarzynie Bratkowskiej, kobiecie, która ogłosiła, że zamorduje swoje dziecko, że, aby było zabawniej, zrobi to w Wigilię Bożego Narodzenia, no i że zrobi to tak, by nikt jej nie był w stanie niczego udowodnić, miałem prawdziwy dylemat. Z jednej strony, wiedziałem, że muszę zwrócić uwagę na fakt, że wystąpienie Bratkowskiej to nędzna prowokacja, która właściwie nie warta jest choćby splunięcia, a z drugiej, bałem się, że poza mną i może paroma szczególnie zaczadzonymi tak zwanymi „obrońcami życia poczętego”, na ten występ nikt nie zwrócił uwagi, a ja tylko się niepotrzebnie wychylę. Tymczasem wystarczy choćby rzucić okiem na Salon24, by wiedzieć, że w tym świętym okresie nie ma praktycznie tematu, który byłby w stanie konkurować z Bratkowską. Nawet Coryllus, człowiek, który wręcz demonstracyjnie unika angażowania się w problemy pozorne, napisał tekst o Bratkowskiej, i nawet to, że on, jako nieomal jedyny z komentujących, zwrócił uwagę na fakt, że ta w

O przedświątecznej fryzurze Katarzyny Bratkowskiej

Jak się dowiadujemy, w tych oto dniach telewizja Polsat zaprosiła do siebie gowinowskiego posła Żalka, któremu do towarzystwa dodano córkę Stefana Bratkowskiego, Katarzynę, i poproszono ich, żeby się trochę poawanturowali w sprawie aborcji. Bratkowska nie kazała nikomu długo czekać, wystrzeliła z najcięższego działa i ogłosiła, że ona podczas najbliższej Wigilii zamorduje swoje poczęte dziecko, a gdyby ktoś pytał, dlaczego akurat wtedy, odpowiedziała, że jej zdaniem tak właśnie będzie weselej. Ponieważ Polsatu nie oglądam, na portal Frondy nie wchodzę, a kiedy widzę nazwisko Terlikowski, skromnie odwracam wzrok, nie wiem, czy sprawa spotkała się z – jak się domyślam – starannie zamierzonym odzewem, jednego natomiast jestem pewien: jeśli on nastąpił, był dokładnie taki, jaki być miał. W końcu, nie po to się wyciąga jakąś Bratkowską, i każe się jej wygłaszać takie teksty, jak wyżej, żeby z tego nie powstało jakieś poważniejsze zło. W czym rzecz? Pisałem o tym już wiele miesięcy temu, a d

gazeta.pl vs. wpolityce.pl - walkower 0:3

Spotkanie z czytelnikami w Panewnikach tydzień temu w pewnym momencie skręciło w taki sposób, że właściwie już tylko rozmawialiśmy o mediach. No i, oczywiście, ponieważ ani ja ani tym bardziej Gabriel, nie widzimy najmniejszego sensu, by zajmować się upadkiem takich ludzi, jak Tomasz Lis, Katarzyna Kolenda-Zaleska, czy Jarosław Kuźniar, skupiliśmy się na „naszych”. Swoją drogą, ja jestem wręcz pewien, że przyjdzie taki czas, że również owych „naszych” zaczniemy powszechnie traktować, jako temat do tego stopnia oklepany, że żaden szanujący się komentator nie będzie się zniżał do tego, by dorzucać tu swoje trzy grosze, póki co jednak wydaje się, że parę rzeczy powiedzieć należy. Rozmawialiśmy więc o Ziemkiewiczu, Wildsteinie, Karnowskich, czy Warzesze, i powiem szczerze, że wśród zebranych zapanowała do tego stopnia atmosfera zrozumienia, że w pewnym momencie pomyślałem sobie, że może faktycznie nadchodzi już ów czas, kiedy to na dźwięk któregoś z tych nazwisk ludzie będą zwyczajnie rzyg

Breaking news: Nasi już za progiem!

Kiedy mogłoby się wydawać się, że reżimowe dziennikarstwo nie jest w stanie już nas niczym zaskoczyć, i to zarówno na poziomie systemowym, jak i czysto ludzkim, mam wrażenie, że oto właśnie został tam postawiony kolejny krok. Co gorsza, tu już nie chodzi o problem, jaki mamy z tymi ludźmi w wymiarze wyznaczanym przez samą organizację mediów w Polsce, ale o coś tak zwyczajnie ludzkiego, że włos na głowie się jeży, a po plecach przechodzi autentyczny dreszcz. Wszystko wskazuje na to, że ludzie zatrudnieni w mediach do tego stopnia utożsamili się z Systemem, że jeśli powiemy, że dziś to jest już w istocie jedno, nie mamy powodu, by traktować to, jako retoryczną figurę, ale proste stwierdzenie faktu. Tam już nikt nikomu nie musi ani nic kazać, ani do niczego namawiać, ani napominać – oni działają jak szwajcarski zegarek. Właśnie niektóre media doniosły, że dziennikarka „Gazety Wyborczej” Agnieszka Kublik siedząc którejś nocy na Twitterze i oddając się coraz bardziej powszechnemu nałogowi

Do kogo należy Bazylika w Panewnikach?

Tekst, jaki swego czasu napisałem na blogu przeciwko Ślązakom wywołał wśród niektórych z nich taką złość, że wobec niej to, co przeżyłem kiedyś jeszcze po swoim paszkwilu na Kukiza, czy, jeszcze wcześniej, po tekście na temat Wołynia, wydało mi się nagle letnim wietrzykiem. I pewnie bym się tą reakcją przejął, lub choćby przejął nieco bardziej, gdyby nie fakt, że kilku z moich znajomych Ślązaków, którzy swoją „śląskość” pielęgnują, hołubią i czują z jej powodu dumę, na moje słowa albo wzruszyli ramionami, albo po krótkiej rozmowie uznali sprawę za na tyle nieistotną, że nie wartą kruszenia kopii. Stało się też tak, że otrzymałem długi mail od czytelnika z Bytomia, Ślązaka, jak najbardziej, który był za ten mój tekst tak rozżalony, że wręcz żądał, żebym go najpierw przeprosił, a potem się zamknął. Po krótkiej wymianie jednak, pogodziliśmy się, pożyczyliśmy sobie wszystkiego dobrego, a dziś wciąż sobie przesyłamy miłe życzenia z okazji, czy to jednych, czy drugich, świąt. To są jednak, p

O trzech tysiącach, których nikt nie zechciał internować - repryza

Właśnie wróciłem ze spotkania u Franciszkanów, i muszę przyznać, że było z jednej strony dokładnie tak, jak się spodziewałem, a więc Ślązacy się spietrali i żaden z nich nie dość, że się nie pokazał osobiście, to nawet nie wysłał umyślnego, który mógł w ten czy inny sposób zakłócić spotkanie. Jedyne na co ich było stać, to wysłać donos do proboszcza Bazyliki z pretensjami, że przyjmuje na swoim terenie typków takich jak ja i Gabriel, na szczęście jednak proboszcz się listem nie przejął i wszystko poszło, jak z płatka. To, jeśli idzie o oczekiwania. A teraz o płatku. Rzecz w tym, że samo spotkanie udało się zupełnie wyjątkowo. Publiczność dopisała, atmosfera była wyjątkowo przyjazna, i szkoda tylko, że po dwóch godzinach trzeba było odstąpić salę duszpasterstwu rodzin, no i spotkanie zakończyło się dużo zbyt szybko. No i jeszcze jedno. Mam otóż jedną małą satysfakcję, która musze się podzielić. Wbrew zapowiedziom Ślązków, organizator spotkania, pan Ciok z Kongresu Nowej Prawicy, który

Kapitan Radziszewska na tropie

Przeczytałem właśnie gdzieś w Sieci, że prokuratura badająca pedofilię, która się dramatycznie rozpanoszyła wśród naszych księży, wreszcie przesłuchała posłankę Platformy Obywatelskiej Radziszewską, z której to, jak się okazuje, doniesienia, trzeba było wszcząć dochodzenie w sprawie księdza Bochyńskiego. Jak część z nas może pamięta, ów ksiądz Bochyński któregoś dnia dał się wypuścić na rozmowę, o pedofilii właśnie, z jakimiś lokalnymi mediami, i, opierając się na swoich doświadczeniach z konfesjonału, uznał za stosowne podzielić się ze światem pewnymi refleksjami. Oczywiście, natychmiast pojawiły się żądania, żeby on natychmiast przekazał władzy, kto i co mu powiedział w czasie spowiedzi, ale – co my akurat świetnie wiemy – ponieważ oczekiwanie to było idiotycznie nierealne, wydawało się, że sprawa już za chwilę przyschnie. I w tym momencie, pojawiła się posłanka Radziszewska i poinformowała redaktora Morozowskiego z TVN24, że ona „słyszała”, że to, co z kolei ów Bochyński słyszał w k

Polska, czyli z czego nie wypada się śmiać

W korporacji, w której mam szczęście trochę uczyć języka angielskiego, jakiś czas temu przyjęto do pracy na stanowisko asystentki dyrektora, pewną panią Madzię. Ponieważ pani Madzia zrobiła na mnie wyjątkowo dobre wrażenie, spytałem „mojego” dyrektora, co trzeba umieć, żeby dostać tego rodzaju pracę, no i w ogóle, jakie szanse ma taka statystyczna Madzia, a on mi natychmiast odpowiedział, że wystarczy umieć robić kawę, znać trochę angielski, no i generalnie wykazywać pewną przytomność umysłu. I to mniej więcej wszystko. Z drugiej jednak strony, i to też mi mój uczeń powiedział od razu, kiedy oni zamieścili ogłoszenie o tym, że poszukują kandydatów na owo stanowisko, otrzymali ponad dwieście zgłoszeń, no i należy pamiętać, że jeśli Madzia tę konkurencję wygrała, to ją wygrała w stosunku 1:200. I, przyznać muszę, ta wiadomość zrobiła na mnie wrażenie. Otóż mamy dwieście zgłoszeń w sprawie oferty, gdzie jedynym wymaganiem jest umieć robić kawę, znać język w stopniu podstawowym, i mieć min

Stefan Kisielewski vs. Bogusław Bagsik - remis ze wskazaniem

Tygodnik „Wprost”, wraz z odpowiednimi przyległościami, przyznał po raz kolejny swoją tzw. „Nagrodę Kisiela”, i po raz kolejny pojawiły się głosy oburzenia, że bezczelność przekroczyła kolejne granice, a biedny Kisiel, widząc, co ludzie źli i występni robią z jego nazwiskiem, w grobie się przewraca. Powiem szczerze, że dokładnie tak samo, jak nic mnie nie obchodzi, kto w danym roku, i przez jakie gremia, został nagrodzony tytułem Człowieka Roku, Polityka Roku, Pisarza Roku, Dziennikarza Roku, czy Biznesmena Roku, nie wzrusza mnie też to, komu tym razem Kapituła Nagrody Kisiela zechciała coś tam odpalić. Tak się jednak stało, że w Salonie24 wpadłem na tekst Witolda Gadowskiego, w którym ten, na zasadzie, jak rozumiem, wyjątkowo wyrafinowanego żartu, cytuje list, jaki rzekomo właśnie otrzymał od samego Kisiela, w którym ów Kisiel, prosząc Gadowskiego o pośrednictwo, informuje nas, że on z tą nagrodą ma dziś tylko tyle wspólnego, że ma się na nią ochotę wyrzygać, no i pomyślałem sobie, że