Posty

Wyświetlanie postów z kwiecień, 2012

Chrzanowski

Zmarł Wiesław Chrzanowski, a ja już wiem, że jutro „Gazeta Wyborcza” nie ukaże się z czarną okładką. Z jednej strony właściwie nigdy się tego po nich nie spodziewałem, ale też nie wyobrażałem sobie, by Wiesław Chrzanowski był w stanie zrobić coś takiego, by stać się bohaterem tego towarzystwa choćby w połowie tak, jak się nim stał Władysław Bartoszewski na przykład. Z drugiej strony, trochę mnie to jednak dziwi. W końcu, kto jak kto, ale On akurat miał wszelkie podstawy, by się stać autorytetem w najbardziej klasycznym znanym nam ujęciu. Był odpowiednio stary i zasłużony, nigdy nie zaangażował się politycznie po stronie umownie dziś nazywanej „pisowską”, w dodatku jeszcze znalazł się na tzw. „macierewiczowskiej liście agentów”, w dodatku nie wydaje mi się, by był bardzo niechętny temu, by przyjść czasem do TVN-u i coś poopowiadać. A więc czemu nie on? A tak się jakoś ułożyło, że on nie, i w ten oto sposób Wiesław Chrzanowski w pewien szczególny sposób z każdym kolejnym rokiem ginął we

O ślinie, którą niesie wiatr ze Wschodu

Parę dni temu na tym blogu wspomniałem postać Richarda Nixona. Zdaję sobie naturalnie sprawę z tego, że czasy mamy takie, że bardzo wiele osób, choćby i bardzo wykształconych i ciekawych świata, nie ma pojęcia kim był Richard Nixon, ani tym bardziej po co o nim w ogóle powinniśmy mówić. Wiem też jednak, że wielu z tych, którzy akurat o Nixonie słyszeli i w dodatku świetnie wiedzą, dlaczego spośród tylu prezydentów Stanów Zjednoczonych, o nim wspomina się częściej niż o innych, posiedli tę swoją wiedzę w oparciu o najbardziej ordynarny przekaz propagandowy. Oczywiście nie ma sposobu, by rozmowę o Nixonie sprowadzić do rozmowy o faktach, tak jak nie da się dyskutować postaci historycznych, czy w ogóle jakichkolwiek zdarzeń, w sposób rozstrzygający, z tej to prostej przyczyny, że historia – podobnie jak sam człowiek – jest materią zbyt skomplikowaną, by cokolwiek móc powiedzieć na pewno. Spójrzmy choćby na zdarzenia tak z punktu widzenia polityki czy moralności pozornie jednoznaczne, jak

Platforma Obywatelska, czyli ryjem o ścianę

Gdyby ktoś pomyślał, że sprawa zabójstwa generała Papały przez małoletniego złodzieja samochodów mnie nie zainteresowała, jest w głębokim błędzie. Jest akurat wręcz przeciwnie. Ona mną tak wstrząsnęła, że mimo iż w pierwszej chwili chciałem od razu coś o tym napisać, to w efekcie uznałem, że i brak mi słów i właściwie też serca, by się do tego odpowiednio odnieść. No bo proszę spojrzeć, co tak naprawdę się stało? Wbrew atmosferze rozbawienia, która wydaje się dość powszechnie zapanowała, to co możemy obserwować wcale nie świadczy o tym, że nastał czas na żarty. Nigdy go za bardzo nie było, i jeśli się nam zdarzyło tu trochę niekiedy pośmiać, to raczej przez łzy, niż ze szczerego serca, ale tym razem wygląda na to, że rozpoczął się autentyczny horror. Dziś śmiać się nie ma już z czego. Oto 15 lat temu został w Warszawie zastrzelony komendant główny policji, i w związku z tym zabójstwem nastąpiło powszechne, trwające ostatecznie wiele kolejnych lat, poruszenie. Czy słusznie? Oczywiście

Być jak Nixon?

Wspominałem – tylko wspominałem – już tu na tym blogu o rozmowie, jaką kiedyś miałem okazję przeczytać z byłym prezydentem Stanów Zjednoczonych Richardem Nixonem. Każdy kto ma choć podstawowe pojęcie, w jaki sposób Nixon jest postacią na światowej scenie politycznej szczególną, wie, dlaczego ta rozmowa może być na tyle interesująca, że warto o niej opowiedzieć. Jednak z myślą o tych wszystkich, którzy mają tu pojęcie stosunkowo blade, nie będę po raz setny wyjaśniał tego przekrętu o nazwie "Watergate", ale wspomnę tylko dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że kiedy Richard Nixon wygrywał swoją drugą kadencję, jego zwycięstwo było absolutnie bezprecedensowe. Kiedy ogłoszono ostateczne wyniki wyborów, okazało się, że on wygrał we wszystkich stanach z wyjątkiem dwóch, uzyskując ponad 60% głosów. Druga natomiast to ta, że kiedy George W. Bush ustępował miejsca Obamie, popularna opinia była taka, że oto kończy się era najgorszego prezydenta w historii Stanów Zjednoczonych. Zaraz po Nixo

Prawica na przepustce

Sobotni marsz zrobił na wszystkich niewątpliwe wrażenie. Na wszystkich. Nawet na tych, którzy mówią, że nic się nie stało. Nawet na tych, którzy dotychczas przy byle okazji wzywali do wychodzenia na ulicę, a dziś nagle uważają, że to wszystko nie ma sensu, bo i tak już lepiej nie będzie. Nawet na tych, którzy mówią, że tak naprawdę te głupie 100 tysięcy ludzi to nic. Potrzeba milionów, a jak nie ma milionów, to w ogóle nie ma o czym gadać. A ja oczywiście czuję satysfakcję. Raz dlatego, że ten akurat marsz był tym, na który czekałem. A więc pierwszym zorganizowanym bez pomocy środowisk w rodzaju Klubów „Gazety Polskiej”, gdzie centralnym punktem programu jest rozdawanie darmowych egzemplarzy bardzo patriotycznych gazet, ale też i pierwszym, który wyruszył w drogę z oficjalnym błogosławieństwem Kościoła. A dwa, że był naprawdę potężny, i że przy tej okazji mieliśmy tez okazję zobaczyć na nowo przywództwo Jarosława Kaczyńskiego. Czuję więc tę satysfakcję, choć z drugiej strony widzę, jak

Kuba Wojewódzki przyjechał po nasze dzieci

Jest poniedziałek, a więc kolejny tydzień i kolejne szanse. W dodatku pogoda idealna, ciepło a zarazem rześko w powietrzu, na niebie troszkę chmur, trochę słońca – chce się żyć. Chce się wierzyć. Poza tym, wiosna, a więc, jak to ładnie podkreślił w minioną sobotę Jarosław Kaczyński, lato za pasem, a z latem musi nadejść sierpień. Inaczej być nie może. Z samego rana poszedłem z psem mojej młodszej córki na spacer, a tam jeszcze ładniej, bo to i zielona trawa, nowiutkie liście na drzewach, gdzieniegdzie woda po nocnych deszczach, a więc również trochę miłych wrażeń dla samego zwierzęcia. I oto nagle w tym niemal świątecznym nastroju otrzymałem esemesową wiadomość od właścicielki psa, z informacją, że w mieście przebywa Kuba Wojewódzki, w związku z czym nauka w katowickich liceach została zawieszona i cała młodzież została wysłana na spotkanie z ową gwiazdą polskiego dziennikarstwa. Esemes obok owej sensacyjnej informacji zawierał do mnie prośbę, żebym natychmiast się z moim dzieckiem sk

Józek, czyli Polska w budowie

Mamy dwa balkony. Jeden od ulicy, drugi od podwórka. Wprawdzie tak się jakoś złożyło, że w istocie korzystamy tylko z jednego z nich, a na drugi machnęliśmy praktycznie ręką, któregoś dnia przyszło nam do głowy, by ten, gdzie zdarza nam się spędzać czasem czas, odnowić. Zrobiliśmy to w sposób całkowicie standardowy, a więc kupiliśmy ładne szare płytki i zwróciliśmy się do znajomego fachowca, niejakiego Józka, by je nam tam elegancko położył. Z fachowcami, jak wiemy, bywa różnie, przede wszystkim z tego powodu, że oni są zwykle znacznie gorsi, niż się przedstawiają, a jeśli wziąć pod uwagę, że pewna część z nich każde zarobione pieniądze lubi wydać na flaszkę, mamy tu zawsze pewne ryzyko. Jednak nasz człowiek był już tak skonstruowany, że wydawał pieniądze głównie na utrzymanie rodziny, a jak idzie o robotę, to wygląda na to, że z nim sytuacja była odwrotna od tradycyjnej. On był akurat znacznie lepszy, niż można się było spodziewać. A zatem po jednym dniu porządnej pracy, nasz balkon

Uważam rze nie

Dziś, o samym bladym świcie, spotkała mnie niezwykła przygoda. Otóż wstałem, żeby trochę pouczyć, a w kuchni siedziała już sobie moja starsza córka, która też wstała, tyle że po to by, jak przystało na bardzo wybitną absolwentkę biotechnologii, poniańczyć trochę pewne dzieci, i czytała najświeższe „Uważam Rze”. I od razu, zanim zdołałem na dobre otworzyć oczy, przypędziła do mnie z takim newsem: „Czy ty wiesz, że Rosjanie w latach 1936 – 1938 zamordowali co najmniej 150 tys. Polaków i że o tym w ogóle nie piszą w książkach do historii?” Wyrzuciło moje dziecko z siebie to zdanie, a ja od razu oprzytomniałem, i przez moją głowę przeleciało od razu – tak jak to niestety ze mną w moim późnym już wieku bywa – dziesięć różnych refleksji, a wśród nich i ta, że ja chyba jednak nie zgadzam się z moim kolegą Coryllusem w tych jego niekończących się pretensjach do między innymi właśnie środowiska redagującego takie „Uważam Rze”. No bo, zachowując oczywiście wszelkie nasze zastrzeżenia, nie można

O lewych elitach i prawym narodzie

Parę dni temu telewizja pokazała nam przez chwilę Hannę Gronkiewicz-Waltz – czołowego polityka Platformy Obywatelskiej, byłego prezesa Narodowego Banku Polskiego, Prezydent Warszawy w kolejnej już kadencji – jak opowiada o swoich wrażeniach związanych ze stanem przygotowań Polski do zbliżających się Mistrzostw Europy. I proszę sobie wyobrazić, że – nie mam tu dokładnego cytatu, ale zapewniam wszystkich o pełnej uczciwości mojej relacji – Waltz powiedziała coś mniej więcej takiego: „Oczywiście wiadomo, że lepiej by było, gdyby te drogi na mistrzostwa były gotowe, ale to naprawdę nie jest takie ważne. W końcu równie dobrze jak samochodem można wszędzie dolecieć samolotem. Że za drogo? Nie przysadzajmy. Przy obecnych cenach benzyny, różnica nie jest przecież taka wielka”. Niedawno zastanawialiśmy się parę razy nad tym, dlaczego tak się nam niefortunnie podziało, że Polska pod każdym możliwym względem tak bardzo się stoczyła w stosunku do praktycznie całego świata. I wcale nie chodzi mi o

Cała władza w ręce Grycanek

Obraz
Nie wiem jak inni, ale ja zauważyłem tu na blogach pewien dość standardowy sposób reagowania na wspomnienie o osobach, których nie lubimy, a polegający na udawaniu, że tego kogoś nie znamy. Tak jakby najlepszą metodą zademonstrowania pogardy dla kogoś kogo nie lubimy, było zapewnienie, że my tak naprawdę w ogóle nie wiemy, o kim mowa. Czasem owe demonstracje przybierają postać dość komiczną, kiedy na przykład wspominamy nazwisko Niesiołowskiego, czy Urbana, a ktoś na to przychodzi i z niewinną miną pyta: „Urban? Przepraszam, ale kto to taki, bo osobiście pierwsze słyszę”, a do tego podsyła jeszcze takie sprytne mrugnięcie, że niby wszyscy wiemy, jak naprawdę jest, tyle że tu chodziło tylko o to, by tego Urbana chytrze zdeprecjonować. Czasem jest też tak, że tu nawet nie musi chodzić o ludzi. Przecież nawet i mnie się wielokrotnie zdarzało, że ja coś wspominałem na przykład o „Szkle Kontaktowym”, a więc czymś co, jakby nie było, za ileś tam lat, kiedy już czasy, którymi się tak zadręcza

Mazurek ujrzał ciemność

Przypuszczam, że to co teraz powiem wywoła zarzut, że ja wpadam w najbardziej prymitywną kokieterię, jednak fakt jest faktem. Dopiero późnym wieczorem dowiedziałem się, że tekst Roberta Mazurka, w którym on deklaruje, że już nigdy nie pójdzie na Krakowskie Przedmieście by płakać nad rozszarpanymi ciałami Lecha i Marii Kaczyńskich, zrobił na kimkolwiek większe wrażenie. Przyznaję, że był taki moment w ciągu dnia, kiedy ja gdzieś przeczytałem o tym co Mazurek napisał w „Rzeczpospolitej”, jednak daję uczciwie słowo honoru, że informacja ta niemal w jednej chwili pozostała w mojej świadomości zepchnięta na dalszy plan przez cały szereg innych, jak choćby ta, że podobno każdy człowiek swoim organizmie śladowe ilości złota, czy że… ja wiem? Już zapomniałem. Dlaczego publiczna deklaracja Mazurka, że ponieważ z jednej strony, służby Platformy Obywatelskiej sprzątnęły z chodnika kwiaty, które jego żona zostawiła tam dla Marii Kaczyńskiej, a z drugiej, wśród tych kwiatów – zanim jeszcze doszło