Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zniewolenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zniewolenie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 czerwca 2013

Przemysław Wipler, czyli jak pachnie napalm o świcie

Zgodnie z przyjętym tu obyczajem, przedstawiam swój kolejny felieton, jaki ukazał się w najnowszym numerze „Warszawskiej Gazecie”. Tym razem poświęcony człowiekowi nazwiskiem Wipler.

Gdyby ktoś jeszcze przedwczoraj powiedział, że zainteresuje mnie człowiek nazwiskiem Wipler, powiedziałbym mu, żeby się puknął w czoło, a potem się odczepił, bo w ogóle nie wie, z kim ma przyjemność. Więcej. Gdyby ktoś wypowiedział w mojej obecności nazwisko Wipler, prawdopodobnie zamiast z Prawem i Sprawiedliwością, skojarzyłbym go z którąś mnożących się ostatnio fundacji o egzotycznych nazwach krążących wokół słowa „republikański”. A gdybym był akurat z jakiegoś powodu słabiej przytomny, to pewnie pomyliłbym go z jakimś Staniłko, czy jakąś inną sierotą po Korwinie-Mikke.
Tymczasem Wipler – swoją drogą, ciekawe, że ja nawet dziś nie pamiętam jego imienia – wystąpił z PiS-u jako partii i PiS-u jako klubu parlamentarnego, i fakt ten tak rozbudził całą naszą przestrzeń medialną, że ja sobie nagle uświadomiłem, że ten Wipler to jednak nie byle kto. Co ja mówię, nie byle kto? To ktoś, bez kogo Prawo i Sprawiedliwość może już wkrótce przestać istnieć, a Jarosław Kaczyński udać się na od dawna wyczekiwaną przez cały cywilizowany świat polityczną emeryturę.
Wiem, że wszyscy ci, którzy dziś żyją niemal wyłącznie tym, co zrobił poseł Wipler, świetnie się orientują zarówno odnośnie jego dotychczasowych zasług, jak i wpływu, jaki owa demonstracja będzie miała na stan sceny politycznej w Kraju, i że wiedza ta, ich, jako komentatorów stanu polskiej polityki, stawia w bardzo uprzywilejowanej pozycji. Ja jednak, mimo ograniczonych kompetencji, chciałem podzielić się paroma refleksjami, które wydają mi się dość interesujące. Otóż, moim zdaniem, Wipler to najbardziej ordynarna medialna wydmuszka. To jest ktoś, dla kogo podstawowy sens istnienia, jako członka Prawa i Sprawiedliwości i partii tej posła sprowadzał się do tego, że raz na jakiś czas TVN24 zapraszał do swojego studia Jadwigę Staniszkis, a ona wymieniała jego nazwisko w kontekście jakiejś mitycznej „świetności”, która dziś zastąpi „świetność” niegdysiejszego Kowala, Poncyliusza, Kluzik czy Migalskiego, i w ten sposób, kiedy już wreszcie Jarosław Kaczyński zechce się usunąć, otworzy PiS-owi drogę do przyszłych zwycięstw.
Przyznam, że nie wiem, czy ludzie typu Wipler stają się od czasu do czasu rozpoznawalnym elementem naszej sceny politycznej wyłącznie dzięki medialnej propagandzie Systemu, czy może też w samym Prawie i Sprawiedliwości jest jakaś grupa, która potrzebuje odzyskać utracone po odejściu Poncyliusza z Kowalem pozycje, jestem natomiast pewien co do dwóch kwestii. Pierwsza to taka, że jeśli za Prawo i Sprawiedliwość wezmą się te postupeerowskie niedobitki, nastąpi początek końca wszelkiej nadziei na to, że Polska jeszcze odzyska to co jej ukradziono. Druga rzecz jest już bardzo podstawowa. Do tego nigdy nie dojdzie. III RP, nie tylko zniszczyła to, co choćby i tylko potencjalnie silne. Ona – i to jest dla nas wiadomość dobra – w to miejsce dała Wiplera. Równie dobrze, zamiast niego, moglibyśmy tu widzieć kawałek patyka na sznurku. Przy całym szacunku, to nie jest żadna konkurencja.

Już po wysłaniu tekstu Piotrowi Bachurskiemu i skierowaniu go do publikacji, przeczytałem gdzieś na blogach, że kiedy Wipler postanowił ruszyć własną droga kariery, jego sytuacja finansowa przedstawiała się w taki sposób, że na koncie miał oszczędności, samochód i dom na sumę 880 tysięcy złotych, podczas gdy pod kontem niemal 700 tysięcy złotych długu. Informacja ta zmienia moim zdaniem całą perspektywę. Przede wszystkim sprawia, że z Wiplera nie ma co ani się śmiać, ani tym bardziej z niego szydzić, ani jeszcze tym bardziej jakoś szczególnie mu dokuczać. Oczywiście, kiedy ktoś kto nie umie grać pięknie na skrzypcach, na gitarze, lub nie potrafi pisać tekstów, które przynajmniej niektórym się podobają, wybiera tak niepewną drogę kariery jaką jest polityka, a jednocześnie przy pierwszych sukcesach bierze kredyt w banku na 700 tysięcy złotych, nie po to, by się ratować, ale by sobie kupić ładny dom, a w dodatku to, że bank, mimo jego niestabilnej sytuacji zawodowej, mu przyznaje tak duży kredyt, nie budzi jego podejrzeń, świadczy o tym kimś jak najgorzej. Tego typu zachowanie trochę przypomina to, co zrobił senator Jan Filip Libicki, nabierając tych kredytów, o ile dobrze słyszę nie na 800 tysięcy złotych, ale na grubo ponad milion. A więc wypadałoby się za bardzo nad jednym czy drugim nie rozczulać. Jednak mi jest Wiplera zwyczajnie żal. Dlaczego?
Patrzę mianowicie jeszcze raz świeżym okiem na to, co on zrobił, widzę oczami wyobraźni ten jego piękny dom, piękny samochód, piękną żonę i piękne dzieci, które posłał do zapewne bardzo pięknej szkoły, i nagle próbuję sobie wyobrazić, co on musiał poczuć, kiedy, w sposób ostateczny i nieodwołalny, dowiedział się, że w PiS-ie kariery jednak nie zrobi. Że prawdopodobnie PiS go nie wystawi w wyborach do Parlamentu Europejskiego, i zapewne też nie przyzna mu wygrywającego miejsca w najbliższych wyborach do Sejmu. Powtarzam – tu naprawdę nie ma się z czego śmiać.
Kredyt w wysokości 700 tysięcy złotych dla kogoś, kto nie ma pewnych, i to raczej większych niż mniejszych, dochodów przez najbliższe paręnaście lat, to jest zwyczajnie śmierć. Ja wiem, co z człowiekiem robią kredyty bez porównania mniejsze, gdy walka o to by je spłacić zajmuje nie dziesiątki lat, ale tylko parę, czy w najgorszym wypadku kilka, dlatego, kiedy widzę, kto wie, czy nie większość naszych polityków, czy choćby tylko ludzi z polityką związanych, jak oni się strasznie szamocą z tym ciężarem, jest mi ich zwyczajnie, po ludzku żal.
drugiej strony, nie wiem już po raz który, myślę sobie, że kiedy wreszcie dojdzie do tego wybuchu – a on musi nastąpić, on jest nie do uniknięcia – z prawdziwą przyjemnością będę patrzył, jak płoną banki, a z nimi ci wszyscy, którzy sobie w ten sposób wymyślili ten interes, że stworzą taką sieć wzajemnych uzależnień, że nic już i nigdy im nie przeszkodzi napawać się tą władzą. Władzą dla władzy. Władzą już wręcz metafizyczną. No bo tak to już jest, że kiedy zło zaczyna przekraczać wszelkie wyobrażalne granice, staje się złem właśnie metafizycznym. I tam już nie ma mowy ani o litości, ani o współczuciu, ani o zgodzie. Tam już tylko jest pełne satysfakcji napawanie się widokiem, jak to wszystko skwierczy.

Bardzo proszę o finansowe wspieranie tego bloga. Dziękuję.

środa, 12 października 2011

O ludziach z pociągu i o tych z nas, co szczęśliwie zostali na peronie

O moim stosunku do najróżniejszego typu specjalistów od ludzkiej duszy, ze szczególnym uwzględnieniem tak zwanych psychologów, pisałem tu niejednokrotnie, a raz w sposób, jak sądzę, wyczerpujący. Nie będę się więc powtarzał. Powiem tylko, że działalność prowadzoną przez wspomnianych specjalistów, uważam, w najlepszym wypadku, za prostą szarlatanerię, a jeśli już mam mówić o tym, z czym mamy do czynienia w nowoczesnych czasach – za strukturalną część Systemu, której celem jest już tylko modelowanie materiału ludzkiego na rzecz skutecznej jego eksploatacji. Oczywiście, mówiąc tu o psychologach, nie mam na myśli tych biednych, zahukanych, zatrudnionych w szkołach, czy obsługujących szkoły placówkach, absolwentkach uniwersytetów, bo one akurat często same aspirują do jakiejś bardziej poważnej psychologicznej analizy, natomiast chodzi mi o takich mistrzów zawodu, jak Jacek Santorski, Janusz Czapiński i im podobni. A więc sam Zarząd.
Przyznać jednak muszę, że przy tym moim jak najbardziej podejrzliwym stosunku do całej tej kompanii, i tego co oni wyprawiają, często sam w sobie odkrywam chęć do analizowania najróżniejszych zjawisk właśnie pod kątem nie interesów, ale właśnie stopnia dewastacji na poziomie ludzkiej duszy. Weźmy sytuację dzisiejszą, a więc to co nam zostało podsunięte pod nos w wyniku minionych wyborów. Prawo i Sprawiedliwość poniosło druzgocącą klęskę, a partie koalicji nie dość że zachowały stan posiadania, to rozszerzyły swoje zdolności koalicyjne o – zgoda, że zmarginalizowane, ale jednak wciąż jakoś tam zipiące – SLD i jak najbardziej prężny Ruch Palikota. Biorąc pod uwagę ten fakt, wzmacniany dodatkowo widocznym kryzysem przywództwa w poległym PiS-ie, i rzeczywiście marne nastroje w pisowskim elektoracie, wydawałoby się że System i związane z nim środowiska powinny zająć się sobą, a tych którzy polegli, pozostawić na pastwę różnego rodzaju sępów. Tymczasem, wychodzi na to, że nie dość że nic takiego się nie dzieje, to jest wręcz przeciwnie – zwycięska strona zachowuje się, jakby wynik tych wyborów, zamiast tryumfu i radości, wyzwolił po jej stronie albo smutną obojętność, albo autentyczną furię. I nie chodzi mi tu nawet o ludzi, których mijam codziennie na ulicy, a co do których mogę się z łatwością domyślać, że oni głosowali za zachowaniem status quo. Życie nie jest łatwe, problemów jest coraz więcej, i trudno od zwykłego zjadacza chleba wymagać, by cały czas funkcjonował na najwyższych rejestrach. Nie chodzi mi też ów najwyższy eszelon, grupujący czy to przedstawicieli władzy, czy osoby stojące pierwsze w kolejce do tego gara z zupą, który już niedługo zostanie wystawiony na stół, bo oni akurat mogą być podenerwowani tą walką i tym rozpychaniem się.
Weźmy najświeższe informacje dochodzące do nas z powyborczego ringu. Otóż Donald Tusk, bez konsultacji z Prezydentem, mianował się premierem, na co Prezydent postanowił pokazać swojemu koledze Donaldowi, kto tu rozdaje karty, i jako pierwszego zaprosił do siebie Grzegorza Schetynę, a sam Schetyna, zaproszony przez Donalda Tuska na nocne spotkanie, przybył na nie w stroju demonstracyjnie lichym, jakby nie szedł na spotkanie z samym premierem, ale z człowiekiem od przepychania kibli. W dodatku, naturalny partner koalicyjny wszystkich i wszystkiego, czyli PSL, również zaczął przymierzać się do zajęcia jak najlepszej pozycji, więc te napięte wściekłością miny są tu jak najbardziej zrozumiałe.
Popatrzmy przy okazji na Janusza Palikota i całą tę menażerię, która została przez niego wpuszczona do Sejmu. Ci są najszczęśliwsi na świecie, bo świetnie wiedzą, że to co mieli, to już dostali, a to co przed nimi, może już tylko być weselsze. Homoseksualiści będą rozprawiać o adopcji dzieci, transwestyci o finansowanych przez państwo zabiegach amputacji członka, lub doczepiania biustów, ten przedziwny ksiądz z „Faktów i Mitów” już przebiera nogami na perspektywę dyskusji przed kamerami z Markiem Jurkiem lub księdzem Sową, a sam Mistrz, z błyskiem w oku i z drabiną pod pachą, krąży wokół krzyża, zawieszonego jeszcze przed laty w sali Sejmu. Może ktoś tam z nich coś przebąkuje na temat Kaczyńskiego, zwłaszcza tego, co już w ciemnym grobie, ale generalnie, oni zajmują się czymś zupełnie innym. Dlaczego? Bo autentycznie tryumfują i nie mają czasu na głupstwa.
A zatem, jak widać, po stronie bezpośredniej władzy, wszystko jest mniej więcej na swoim miejscu. Ci się trzymają za twarze, ci gromadzą zabawki, natomiast to co mnie naprawdę zadziwia to postawa tych wszystkich, którzy w minioną niedzielę zadali sobie trud, by pójść do wyborów i oddali swój głos albo na Platformę Obywatelską, albo przeciwko Prawu i Sprawiedliwości. I którzy to zrobili nie dlatego, że tak jakoś wyszło, albo że tak radzili znajomi, ale z prawdziwej i autentycznej miłości i jeszcze bardziej prawdziwej i autentycznej – nienawiści. To oni właśnie są dziś dla mnie zagadką i pewnego rodzaju problemem. I to oni właśnie też sprawiają, że budzi się we mnie ów przedziwny instynkt psychologa.
Co mnie w nich tak bardzo zdumiewa? Otóż to mianowicie, że uzyskawszy wszystko to czego chcieli, a jednocześnie mając ten komfort, jaki daje stanie z boku i spokojne obserwowanie, praktycznie w tym samym momencie, kiedy się dowiedzieli, że jest dobrze, zamiast zacząć się cieszyć, wrzasnęli ze złości i zaczęli z siebie wypluwać jeszcze więcej owej brudnej śliny, niż kiedykolwiek wcześniej. Toż to jest jakaś magia! No bo co ich dziś obchodzi los Jarosława Kaczyńskiego? Co ich wzrusza to co się dzieje w Prawie i Sprawiedliwości? Czemu oni wertują jakieś stare roczniki gazet i już ledwo żywe internetowe strony, by szukać kolejnych dowodów na to, że Jarosław Kaczyński to idiota i kłamca, cały ten jego projekt to kompromitacja na resorach, a Antoni Macierewicz to mały Hitler? Czemu oni rozgrzewają do czerwoności Facebook, prowadząc tam jakieś szydercze debaty na temat Budapesztu w Warszawie. Kto ma im zrobić ten Budapeszt? Ten ledwo już żywy Kaczor? Te opluwane i obszczywane przez warszawską żulię babcie z różańcami? Dziś, kiedy prawdziwy tryumf wywieszają na swoich sztandarach jeden pedał, jeden transwestyta i spowiednik Grzegorza Piotrowskiego? No proszę, już nie żartujmy?
A mimo to, tamto wzburzenie wyłącznie rośnie. I patrząc na to wszystko, myślę ja sobie, że skoro zawodowi psychologowie są dziś tak bardzo zajęci, szykując kolejną porcję materiału dla supermarketów, to ja spróbuję postawić swoją diagnozę. Otóż uważam, że za tą przedziwną postawą części zwycięskiego elektoratu stoi z jednej strony bardzo bolesna świadomość, że oni po raz kolejny opowiedzieli się za czymś, co jest w sposób oczywisty złe i parszywe, a z drugiej strony żal do nas, żeśmy ich z tej klatki nie zdołali wyrwać. A więc, mówiąc, krótko, żal, że Prawo i Sprawiedliwość po raz kolejny przegrało wybory.
Aby wyjaśnić lepiej ten paradoks, muszę tu wrócić do zdarzenia parokrotnie tu na tym blogu opisywanego, a jednocześnie wydarzenia, które, z pewnego szczególnego punktu widzenia i w moim najgłębszym przekonaniu, powinno być prezentowane na lekcjach historii we wszystkich klasach, na wszystkich poziomach, do końca świata, i ze względu na swoją dramaturgię, ale też jako napomnienie i memento. Otóż przed kilku laty, jechała sobie pociągiem pewna dziewczyna i na którejś ze stacji dosiadły się do niej dwa zwierzęta. Zwierzęta ją najpierw sterroryzowały, a następnie – Bóg Jeden wie, co one przez cały ten czas z nią wyprawiały – ciągnęły ją za sobą po kolejnych stacjach, dzień i noc, i znów kolejny dzień, aż w końcu, znudzone, ją zamordowały. Przez cały ten czas, dziewczyna zachowywała się dokładnie tak, jak zwierzęta jej kazały, wykonywała wszystkie ich polecenia, a – co najgorsze i najsmutniejsze – ani nie próbowała walczyć, ani się bronić, ani uciekać. I na końcu tej podróży – zmarła.
I ja sobie myślę, że gdybym ja – lub ktoś znacznie ode mnie odważniejszy i silniejszy – pojawił się tam, na którejś z tych stacji, i zaczął tę dziewczynę namawiać, by wstała i poszła w swoją stronę, ona by odmówiła. Jestem też pełen obaw, że gdybym ja ją złapał za rękę i zaczął od nich odciągać, ona by się ich uczepiła i zaczęła mnie prosić, bym ją puścił. Mam też bardzo mocne przekonanie, że gdybym ja ich ostatecznie pobił – lub zwyczajnie zastrzelił ja dwa wściekłe psy – ona by mnie zwymyślała, że byłem tak niedobry dla kogoś, kto nikomu przecież nie chciał zrobić nic złego. Ale też mam stuprocentową pewność, że gdyby mi się udało ją skutecznie wyzwolić z tej opresji – to po jakimś czasie, kiedy ona by już jakoś doszła do siebie – byłaby mi wdzięczna, że uratowałem jej życie.
Otóż dziś uważam, że znaczna część wyborców Platformy Obywatelskiej znalazła się, w pewien oczywiście bardzo szczególny sposób, w sytuacji tamtej dziewczyny. Oni świetnie widzą, że zostali opanowani przez coś, co jest podłe, głupie i fałszywe. Co jest złe i brzydkie. Oni wiedzą, że i Donald Tusk, jego ministrowie i wszystko co oni robią, jest funta kłaków warte. Wiedzą też, że to poparcie z jakim oni wciąż, od tych czterech już lat występują, jest wynikiem wyłącznie ich słabości. A mimo to, nie mają siły, by się z tego szaleństwa wyrwać. Uważam więc też, że kiedy przyszła ta niedziela i oni poszli do głosowania, z jednej strony oczywiście głosowali na swoich panów, a z drugiej – w swojej najgłębszej podświadomości – modlili się, by Prawo i Sprawiedliwość wygrało i zakończyło tę straszną podróż. No i kiedy zobaczyli, że po raz kolejny wybawienie nie przyszło, wpadli w furię. Oczywiście, furię nie skierowaną przeciwko swoim faktycznym prześladowcom, ale przeciwko tym, na których oni w najgłębszych miejscach swojej duszy tak liczyli, a którzy nagle – diabli wiedzą czemu – zrezygnowali. I o to dziś mają do nas pretensje. To z tego wyłącznie powodu dziś nas tak nienawidzą. Znacznie bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Bo tym razem, mają wszelkie powody podejrzewać, że to była już ostatnia szansa i kolejnej nie będzie.
A ja, kiedy sobie o tym myślę, z jednej strony tego nie rozumiem i uważam, że to jest naprawdę chore, z drugiej jednak wiem, że ludzka psychika jest czymś tak skomplikowanym, że chyba tylko Bóg Jeden wie, co tam się tak naprawdę dzieje. I staram się zrozumieć coś, co jest dla mnie – a przecież i nie tylko dla mnie – nie do pojęcia. I w tej sytuacji, robię też kolejny krok. Przyjmuje na siebie winę za to, że już kolejny raz nie udało się nam ich wyzwolić. Jest mi z tego powodu przykro i każdego z nich za to zaniedbanie przepraszam. Ale też, przy okazji, obiecuję, że to naprawdę nie była ostatnia szansa. I że zrobię wszystko, by jednak za kolejnym razem, wszystko skończyło się szczęśliwie.

Dziękuję za wszelkie gesty, jakie pod moim adresem zostały w tych dniach skierowane. I nadal proszę o to samo. Kupujcie książkę i wrzućcie do tego kapelusza, cokolwiek tam luźnego się znajdzie. Dziękuję raz jeszcze.

poniedziałek, 20 lipca 2009

Wolność?

Gdyby ktoś poprosił mnie o wyjaśnienie, czym jest dla mnie wolność, czy może bardziej jej brak, czy, jeszcze lepiej, czym są granice wolności, dwadzieścia, czy może jeszcze lepiej – trzydzieści lat temu, jestem pewien, że moja odpowiedź byłaby tak standardowa i oczywista, że pewnie nawet nie za bardzo warta tego, by ja w ogóle formułować. Z dzisiejszej perspektywy mogę do tego dodać jeszcze jedno. Otóż odpowiedź ta byłaby – pomijając już tę jej oczywistość – przede wszystkim okropnie trywialna i zawstydzająco głupia. Cóż ja jednak mogę za to, że czasy w których żyłem ja i wszyscy obok mnie, uczyniły z większości nas większych, lub mniejszych klaunów na sznurku? Cóż ja mogę za to, że kiedy w roku 1980 pojechałem pierwszy raz za granicę i w pierwszym mieście już po tamtej stronie, to co mnie uderzyło to zapach, którego wcześniej nigdy nie czułem, a ja uznałem – skądinąd przecież słusznie – że jest to zapach wolności? Cóż ja wreszcie mogę za to, że kiedy – właśnie tam i wtedy – ktoś mi pokazał przez okno akademika, w którym mieszkałem, inne okno, a za tym oknem chłopaka, studenta medycyny, siedzącego przy biurku i uczącego się, a przy tym zachowującego się jak osoba kompletnie szalona i powiedział: „Popatrz co system robi z ludzi”, to ja jedynie wzruszyłem ramionami i grzecznie pokiwałem głową?
A zatem, każda moja odpowiedź na tak postawione pytanie, dwadzieścia, czy trzydzieści lat wstecz, byłaby z pewnością, z dzisiejszej perspektywy, śmiechu warta, ale jednocześnie – i to musi każdy przyznać – miałaby coś, czego dziś nawet najwięksi mędrcy nie potrafiliby osiągnąć. Miałaby mianowicie ten jeden walor – walor prostoty, jasności i jednoznaczności. Nie ma bowiem wątpliwości, że w dzisiejszej Polsce, Polsce, która – jakby na to nie patrzeć – szczęśliwie dla nas wszystkich, stała się częścią nowoczesnego świata, pytanie, czym jest dla nas wolność (czy może jej brak) nie daje najmniejszych szans ani na odpowiedź głupią, ani bardzo mądrą, ani nawet jakąkolwiek. Materia bowiem jest tak okropnie nieprzystępna, że nawet za bardzo nie wiadomo, jak się wobec niej zachować.
I nie łudźmy się. Nawet ktoś, podobno najbardziej kompetentny do odpowiadania na trudne pytania, i to zarówno w sposób bardzo skomplikowany, jak i dziecinnie prosty, jak zmarły niedawno Leszek Kołakowski, nawet gdyby wszelkie powszechnie znane opinie na temat jego talentów, miały być prawdziwe, a on sam, z jakiegoś tajemniczego powodu poczuł się zmuszony do extra wysiłku intelektualnego, też by nie powiedział nic ani odkrywczego, ani nawet interesującego. Z nami bowiem, żyjącymi już w świecie, który – w dużej swej części – jest niczym innym jak tylko czystym rozpasaniem i w którym nawet zdechnąć można już bez pytania, jest trochę tak, jak z tym skazańcem, który się dowiaduje, że może jeszcze na koniec poprosić o tę jedną jedyną rzecz.
Jak uprzedziła nas administracja Salonu24, pytanie o wolność, które z absolutnie tajemniczego dla mnie powodu, postanowił zadać, między innymi, Jerzy Owsiak, jest skierowane głównie do młodych ludzi. Jeśli jednak pozwalam sobie dorzucić tu swoje trzy grosze, to choćby z tego powodu, że, skoro powołanie do tego, żeby reprezentować młodzież – i to nie tylko formalnie, ale w całej swojej fizyczności – poczuł w sobie właśnie Owsiak, to nie widzę najmniejszego powodu, żebym i ja się nie mógł podłączyć do tej zabawy. Wprawdzie nie mam różowych spodni, kolczyka w uchu i używam języka charakterystycznego bardziej dla starych dziadów, niż dla 13-letnich gimnazjalistów, ale mam za to tyle lat co on i, podobnie jak on, wiem czym był Woodstock (tyle że ten prawdziwy, a nie ta smutna parodia, która w czasach wolności bez granic, pomaga jedynie paru osobom zarobić na ciekawe życie).
Dlaczego uważam, że to iż pytanie o granice wolności zechciał sformułować Jerzy Owsiak jest wydarzeniem kuriozalnym? Z bardzo prostej przyczyny. Otóż nie wydaje mi się rzeczą szczególnie stosowną, by tego rodzaju dylematy niepokoiły człowieka, który cały swój życiowy sukces oparł, z jednej strony, na absolutnie bezkrytycznym propagowaniu tak zwanej wolności, a z drugiej, na systematycznym przesuwaniu granic owej swobody, do punktu, gdzie już jest tylko pustka i strach. Mało tego. Człowieka, który w doskonały sposób reprezentuje środowisko, które – celowo, czy nie – doprowadziło do sytuacji, gdzie wolność i granice tej wolności zostały na trwałe przypisane do sfery zwanej kulturą pop, a tym samym potraktowało wolność, jak jedzenie na telefon. Zawsze go pod dostatkiem, a więc czym się przejmować? Jest jednak jak jest. Owsiak chce, żeby ludzie zabrali głos w sprawie wolności i jej granic, ja mam ochotę coś na ten temat powiedzieć, więc mówię.
Mimo – a może właśnie dlatego – że żyjemy w świecie, gdzie odebrano ludziom dokładnie wszystko, a, jako nędzną rekompensatę, zostawiono wolność, jak już wspomniałem, bardzo trudno jest powiedzieć, czym ta wolność jest dla każdego z nas i gdzie są tej wolności granice. Ja jednak spróbuję, a zrobię to na przykładzie owego studenta medycyny w zachodnim Frankfurcie, na którego zwrócił mi uwagę pewien znajomy. Znajomy mój był chłopakiem z Grecji, który wyemigrował do Niemiec, zdaje się coś tam studiował, a przy okazji pracował w greckiej restauracji jako kelner. Był to bardzo wesoły i miły człowiek. Pokazał mi tego studenta, który siedział od rana do nocy, i znów do rana, nad książkami, słuchał strasznie głośno muzyki, machał przy tym rękami, trząsł się jakby był pogrążony w jakimś splątanym tańcu i uczył się, uczył i uczył, bo wiedział, że jeśli przestanie się uczyć, nie zda dobrze swoich medycznych egzaminów i nie przyjmą go tam, gdzie chciał, by go przyjęli.
Wówczas, dla mnie, te trzydzieści lat temu, ów student nie stanowił żadnego problemu. Owszem, musiał się dużo uczyć. Owszem, trochę go ta nauka psychicznie, że tak powiem, rozbujała, ale za to miał wszystko, prawda? I pieniądze i paszport w szufladzie, pewnie i samochód, i piękne sklepy, i poczucie bezpieczeństwa, no i w końcu wolność. Przede wszystkim tę wymarzoną wolność. No a że ta wolność była ograniczona, to trudno. Po to czasem musimy zrezygnować z tego co nasze, żeby później już czerpać pełnymi garściami.
I dziś siedzę tu, przed tym moim komputerem, ze stałym dostępem do Internetu, za oknem hasa wolność, a ja się uparłem, by choć bardzo pobieżnie powiedzieć, czym dla mnie jest ta wolność i co ją ogranicza. I czuję że jestem w kropce. Trochę dlatego, że już wiele za mną, więc – jak słusznie zauważyli organizatorzy tej zabawy – jestem częścią grupy bardzo niereprezentatywnej, ale też trochę dlatego, ze ja w o ogóle, jeśli idzie o reprezentatywność, zawsze stałem na straconych pozycjach. Ale przecież, skoro, jak już wspomniałem, ktoś taki jak Jerzy Owsiak może być głosem pokolenia, do którego ani nie należy, ani też nigdy nie należał, to czemu nie ja? Więc proszę pozwolić mi powiedzieć, jak ja to wszystko widzę z tego miejsca gdzie sam stoję. Otóż wolność, która została nam dana, jest kontrolowana albo przez nasze intelektualne braki, albo przez nasze ambicje. A zatem, jak by nie patrzeć, pozostajemy albo w niewoli tzw. autorytetów, albo w niewoli naszych zdolności.
Właśnie, dokładnie dziś, kiedy pisze te słowa, w wielu miejscach naszego kraju decyduje się przyszłe życie wielu świeżoupieczonych maturzystów. Wśród nich są też ci, którzy postanowili swoją przyszłą karierę związać z zawodem lekarza. Jak się okazuje, aby mieć jakiekolwiek szanse studiowania medycyny, trzeba na maturze, z rozszerzonej biologii i chemii, mieć co najmniej 180 punktów. Jest to znacznie więcej, niż jeszcze rok temu. Domyślam się, że już za rok, każdy kto będzie chciał studiować medycynę, będzie musiał uzyskać z rozszerzonej biologii i chemii po sto procent. Za dwa lata, te sto procent już nie wystarczą. Trzeba będzie jeszcze być wybitnym sportowcem, lub świetnym poetą, ewentualnie znakomitym muzykiem, czy twórcą miejscowego teatru. No i, oczywiście, dziewczyny będą musiały być piękne, a chłopcy bardzo przystojni. I to jest to, co będzie ograniczało naszą wolność.
Co do samej wolności natomiast, naturalnie, można już niemal wszystko, a w przyszłości będzie można jeszcze więcej. Na razie jednak, kiedy już uzyskaliśmy te 180 punktów z rozszerzenia na maturze, możemy tez bez najmniejszego wstydu, i w poczuciu naszej pięknej wolności, ogłosić choćby to, że wśród trzech największych autorytetów wskazujemy wspomnianego już Jerzego Owsiaka, a obok niego dwóch panów z telewizji – Kubę Wojewódzkiego i Szymona Majewskiego. I wolność ta będzie tak bezwzględna, że jeśli w dniu śmierci Leszka Kołakowskiego – jak zapewniają media, „filozofa, myśliciela, jednego z najwybitniejszych polskich intelektualistów, bohatera buntowników” – wybieramy jednak Szymona Majewskiego, to też się nic nie stanie.
W końcu Szymon Majewski to buntownik, a więc w pewnym sensie uczeń Leszka Kołakowskiego. A poza tym, jak już tu wspominano, kwestia wolności już jakiś czas temu została oficjalnie przypisana sferze pop, a tam – w sposób jak najbardziej oczywisty – panuje pełna wolność. Szczególnie gdy pokonamy już te ostatnie granice.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...