Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duma narodowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duma narodowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 lipca 2015

Węgry - nasza sprawa, nasza nadzieja, nasz los

To się po przyjeździe do Budapesztu rzuca w oczy niemal natychmiast. Owa, z jednej strony, niezwykła wprost uroda tego miejsca i ludzi – Węgrzy, wedle powszechnie rozumianych standardów, generalnie są wręcz wzruszająco ładni – ale również ten ich, można by powiedzieć, cywilizacyjny majestat, a z drugiej, pewna, wydawałoby się, bardzo starannie ukryta przed obcym okiem, a jednak nieprzyjemnie pulsująca, polityczna agresja, ta sama, której my Polacy mieliśmy okazję doświadczyć w latach 2005-2007 i której wciąż nie możemy zapomnieć. Ponieważ węgierski język jest, jaki jest, a więc dla mnie niedostępny choćby na poziomie domysłu, mogłem liczyć wyłącznie na obraz, oraz na to co znam, czyli pojawiające się tu i ówdzie angielskie słowa. I tak więc, wystarczyło mi raz rzucić okiem na budynek Parlamentu, by dostrzec czarną flagę. Na jego froncie, z jednej strony, wisi flaga Węgier, z drugiej, flaga Europy, a z boku, nagle, tej samej dokładnie wielkości – czarna flaga, diabeł jeden wie, co oznaczająca. Sprawdziłem to oczywiście od razu w Internecie i okazuje się, że ową flagę parę lat temu w proteście przeciwko „orbanowej” konstytucji wywiesiła na „swojej” części budynku opozycja, no i tak już zostało. Wiszą więc dziś na węgierskim Parlamencie trzy flagi: flaga Węgier, flaga Unii Europejskiej, no i czarna flaga zawieszona przez koalicję socjalistów i liberałów, by cały świat widział, że po ośmiu latach jak im naród odebrał władzę, Węgry są wciąż pogrążone w żałobie.
Owo apelowanie do opinii świata zresztą, ową zawstydzającą wręcz „murzyńskość” – jak wiemy, powszechną również i u nas, a objawiającą się w przepraszaniu całego świata za to, żeśmy nie dorośli – widać też na bilbordach, na których Węgrzy przepraszają Europę za premiera Orbana. Rozpoznałem tylko dwa z nich, napisane po angielsku, a więc jeden z hasłem: „Sorry about our primie minister”, jak przeczytałem w Internecie, będący częścią wielkiej społecznej akcji „Europo: przepraszamy za premiera Orbana”, a drugi z napisem: „Welcome to Hungary” zalepionym szyderczo kolejnym: „Closed on Sundays”. Chodzi o to, że od niedawna Węgrzy wprowadzili zakaz handlu w niedzielę, czym upodobnili się do takich krajów jak Austria, Niemcy, Francja, czy Holandia, a zaczęli się odróżniać od Słowacji, Czech, Rosji, Rumunii, Bułgarii, no i naszej Polski, czym narobili sobie wstydu przed tymi, co wcześniej wywiesili czarną flagę na Parlamencie.
Akcja jest dość rozległa, a owe billboardy można rozpoznać po charakterystycznym logo. Niestety, ponieważ są one sporządzone w tym kompletnie egzotycznym dla nas języku węgierskim, nie jestem w stanie powiedzieć, czego jeszcze zdecydowana dziś już mniejszość tego społeczeństwa wstydzi się przed światem, ale, jak sądzę, tematów im nie braknie. Nie zdziwiłbym się na przykład, gdyby część z nich dotyczyła tego, że od pewnego czasu sklepy z alkoholem i papierosami w Budapeszcie wyglądają jak nasze opisywane tu ostatnio parokrotnie domy gry, czy sex shopy, a więc z przesłoniętymi wystawami i czerwoną osiemnastką w kółku wskazującą na to, że w środku jest towar tylko dla dorosłych. Tak. To z pewnością może dla nich być jeden z bardziej dźwięcznych pretekstów, by przepraszać Europę za Węgry.
No i jest też wspaniały, naprawdę piękny, wzniesiony ledwo co w centrum miasta pomnik pojednania węgiersko-żydowskiego, na którym widzimy archanioła Gabriela trzymającego w ręku otrzymane od Boga królewskie jabłko z krzyżem, oraz atakującego go z góry niemieckiego orła, gdy ten próbuje mu ów symbol władzy odebrać. Jak czytam na specjalnej, umieszczonej obok na specjalnym stojaczku przez opozycję informacji, pomnik stanowi bezczelne nacjonalistyczne kłamstwo Orbana, próbujące ukryć odpowiedzialność Węgrów za zbrodnie wojenne, które „były jeszcze większe, niż zbrodnie niemieckie”. W innym miejscu znajduję też informację, że wokół pomnika odbywają się nieustanne demonstracje, podczas których Archanioł jest obrzucany jajkami, a opozycja już zapowiedziała, że kiedy odzyska władzę, pomnik zburzy, żeby Europie do głowy nawet nie przyszła myśl, że Węgrzy, niezależnie od swoich grzechów, ponieśli również ciężką ofiarę w wyniku najpierw niemieckiej, a następnie sowieckiej okupacji. Ofiarę naprawdę wielką.
No ale, jak mówię, sam już kraj i jego mieszkańcy robią wrażenie zarówno cywilizacyjnego, jak i czysto estetycznego cudu. Węgierki są śliczne, Węgrzy bardzo przystojni, a to o czym pisałem przy okazji naszej zeszłorocznej wizyty w Wiedniu, że tam niemal w ogóle nie widać tego wytatuowanego, obwieszonego kolczykami europejskiego wieśniactwa, tego „nowego brudu” udającego „nowy społeczny porządek”, na Węgrzech jest jeszcze bardziej widoczne. Powiedziałbym, że Węgrzy wyglądają jak wiedeńczycy, tyle że są od nich zdecydowanie ładniejsi.
No i wszyscy mówią po angielsku. Po prostu wszyscy. Nawet bileterzy w pociągu. Nawet kasjerki w marketach. Nawet pani sprzedająca bilety w ubikacji na dworcu.
No i w Szentendre, pięknej wiosce, gdzie mieszkaliśmy, zaszliśmy do kościoła na niedzielną mszę. Kościół pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła wypełniony był – do tego stopnia, że część ludzi stała – rodzinami z dziećmi, młodzieżą, ludźmi już mocno starszymi, matkami i ojcami z malutkimi dziećmi na rękach i wszyscy modlili się tak gorliwie, że muszę przyznać, że takiego stanu religijnego skupienia w Polsce nie widziałem. I jak oni śpiewali! Szentendre to miejscowość ściśle turystyczna, położona nad samym Dunajem, z bardzo klasyczną promenadą z hotelikami i restauracjami, plażą, na której siedzi młodzież i pali ogniska… i proszę sobie wyobrazić, że przez te pięć dni, jak tam byliśmy, nie widziałem jednego pijanego. Całe to wybrzeże od rana do później nocy wypełnione było tłumami ludzi spędzającymi tam wakacje – w większości Węgrami – i ani razu nie słyszałem, by ktoś po pijaku darł mordę… więcej – by ktoś się zachowywał demonstracyjnie głośno.
W ostatni wieczór zostaliśmy w Budapeszcie aż zrobiło się całkiem ciemno, by popatrzeć sobie na nocne miasto, na podświetlone place, na światła Parlamentu, zamki i wieże kościołów. Na Parlamencie wciąż wisiała czarna flaga, a pod pomnikiem pojednania węgiersko-żydowskiego wciąż leżały stare walizki, laski i kule, futerały na skrzypce, jakieś stare krzesło, zdjęcia pomordowanych Żydów i dziesiątki kamieni z powypisywanymi imionami „ofiar węgierskiego holocaustu”, które tam każdego dnia znoszą ci, co nie spoczną dopóki Węgrzy nie porzucą tej swojej bezczelnej dumy.
Miejmy więc nadzieję, że nie porzucą, a jeszcze chwila i ta czarna flaga na Parlamencie wtopi się w węgierski krajobraz tak samo, jak już powoli się w niego wtapia choćby ów przedziwny pomnik sowieckich żołnierzy na Szabadsag Ter, w którego stronę zmierza pewnym krokiem wykuty w brązie Ronald Reagan, jakby coś im miał bardzo ciekawego do powiedzenia.

Wszystkich Czytelników zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki. Sczerze zachęcam.

niedziela, 11 maja 2014

Czego Lech Kaczyński szukał w Azerbajdżanie?

Po całym tygodniu spraw piekielnie wręcz ponurych, myślę, że nie zaszkodzi nam zadumać się nad sprawami nieco bardziej przyziemnymi. Niemal tak przyziemnymi, jak smoleńskie błoto. Najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Polecam:


Nie wiem, ile z osób czytających te felietony interesuje się sportem, a tym bardziej, trudno mi spekulować, ilu z nich oglądało niedawny mecz piłkarski między drużynami Chelsea Londyn i Atletico Madryt, ale zakładam, że temat nie jest większości bardzo obcy. Natomiast mam mocne podejrzenie – a moje ogólne doświadczenie sprawia, że ono jeszcze nabiera sił – że niewielu z nas zwróciło uwagę na logo umieszczone na koszulkach hiszpańskich piłkarzy.
Dlaczego myślę, że owo logo umknęło powszechnej uwadze? Przede wszystkim dlatego, że ponieważ na piłkarskich trykotach zawsze znajduje się jakiś napis, którego treść jest dla nas z natury rzeczy kompletnie bez znaczenia, a nasza uwaga i tak podczas meczu jest skoncentrowana na czymś znacznie ważniejszym, niż nazwy sponsorów, trudno tu oczekiwać od kogokolwiek specjalnej uwagi. Tu natomiast mieliśmy coś właśnie jak najbardziej specjalnego. Otóż piłkarze Atletico Madryt na swoich koszulkach mieli umieszczony napis „Azerbajdżan – ziemia ognia”.
Ponieważ, jak powszechnie wiadomo, Azerbajdżan nie jest nazwą firmy, ale dawnej sowieckiej republiki, poszukałem trochę w Internecie i dowiedziałem się, że oficjalnym sponsorem drużyny z Madrytu nie jest firma, ale państwo Azerbejdżan. Po prostu. Okazuje się, że władze państwowe Azerbajdżanu postanowiły objąć swoim patronatem być może jedną z największych dziś piłkarskich drużyn świata, i w związku z tym, jej piłkarze, gdziekolwiek się pokażą, mają obowiązek prezentować nazwę tego państwa: Azerbajdżan.
Dla nas, a więc osób, które znaczną część swojego życia spędziły pod sowiecką okupacją, Azerbajdżan kojarzy się nie najlepiej i dość szczególnie. Mniej więcej tak jak Kazachstan, Turkmenia, czy Tadżykistan, by nie wspominać już osobnej przecież Mongolii, tymczasem dziś okazuje się, że podczas gdy sportowcy generalnie reklamują na co dzień wielkie światowe koncerny, czy linie lotnicze, Atletico Madryt ogłasza światu potęgę Azerbajdżanu.
Zobaczmy więc, co jest z tym dziwnym krajem. Otóż jest to państwo, które, jeszcze zanim został okrutnie zamordowany przez System w Smoleńsku, prezydent Lech Kaczyński wyznaczył jako strategicznego partnera dla Polski, i ku powszechnym medialnym szyderstwom wymieszanym z pogardą, i tam w Baku i u nas w Polsce spotykał się z tamtejszym prezydentem. Jak się okazuje, dziś Azerbajdżan uważany jest za jeden z najszybciej rozwijający się gospodarczo krajów na świecie, jednocześnie generujący rocznie niemal trzy miliardy dolarów zysków z turystyki. No i kraj, którego nazwa widnieje na koszulkach piłkarzy prawdopodobnie najwybitniejszej drużyny na świecie. Jeśli ktoś nie wie wciąż, o czym mówię, to proszę sobie wyobrazić sytuację, kiedy ci sami piłkarze grają z napisem, powiedzmy, „Poland – Land of Milk and Honey”.
No ale, jak wiemy, to jest nie do zrobienia. I wcale nie dlatego, że Polska nigdy nie była sowiecką republiką, ale z tej oto prostej przyczyny, że nasze aspiracje nigdy nie sięgały wyżej, niż zapewnianie Ukraińców o naszym oddaniu, oraz pouczanie Węgrów odnośnie tego, co dla nich dobre.

Zachęcam do systematycznego odwiedzania księgarni Coryllusa, pod adresem www.coryllus.pl. Mamy tam kilka fantastycznych promocji, w tym na pierwsze dwie książki Toyaha. Okazja to szczególna, zwłaszcza że długo nie potrwa. Szczerze polecam. No i jeszcze bardziej proszę o finansowe wspieranie tego bloga. Numer konta jest tuż obok. Bez Waszej pomocy to wszystko nie ma ani sensu, ani co bardziej przyszłości. Dziękuję.

sobota, 27 lipca 2013

Mały Książe na karuzeli

Ponieważ od wczoraj jestem u siebie na wsi, a ze względu na to, że w niedzielę wieczorem muszę być znów Katowicach, staram się te niepełne trzy dni wykorzystać maksymalnie intensywnie, nie pisałem nic ani wczoraj, ani też przedwczoraj. Wyrzuty sumienia mnie jednak gryzą, więc dziś, nieco wczesniej niż zwykle, wklejam najświeższy felieton dla "Warszawskiej Gazety". Mam nadzieję, ze się spodaoba. No i obiecuje, że w poniedziałek zaczynam działać jak zawsze, a więc na okrągło.

Po wielu tygodniach napięcia, jakie opanowało świat, w tym oczywiście Polskę, narodził się przyszły król Brytyjczyków. Onet.pl poinformował o tym tytułem „Cała Polska na to czekała”, i nie oszukujmy się: skoro tak, to znaczy, że coś w tym być musi. Nawet jeśli nie cała, to znaczna jej część na to autentycznie czekała.
Oczywiście, jak to się zwykle dzieje w sytuacji, kiedy Brytyjczycy mają jakieś swoje święto, i ono cały świat stawia na równe nogi, pojawia się grupa bardzo, w swoim mniemaniu, inteligentnych, komentatorów, którzy natychmiast zaczynają się wywyższać nad proste pospólstwo, sterowane przez perfidne media, i pysznią się, jak to oni mają dość.
Zapluwają się owi przebiegli komentatorzy z satysfakcji, jak to przyłapali kulturę pop na głupstwie, i ani im w głowie, że to nie pop wykreował ową ogólnoświatową histerię, tylko sami Brytyjczycy ukształtowali przekaz popularny w taki sposób, że narodziny ich króla muszą być newsem dla całego świata. Ani jeden z nich, kiedy tak patrzy na tę ogólnoświatową ekscytację, i wyrzuca z siebie owe pogardliwe bon moty, nie pomyśli choćby przez chwilę, że każdy z nich jest od początku do końca wynikiem planu, na który on nie miał choćby najskromniejszego wpływu.
Na czym bowiem polega problem? Żeby to lepiej zrozumieć, przypatrzmy się czemuś, co się nazywa powszechnie „Londyńskim Okiem”, stoi w centrum Londynu i jest zaledwie karuzelą, jakich setki na całym świecie, a która tradycyjnie określamy, jako „diabelski młyn”. To jest coś, co znajduje się choćby w chorzowskim Parku Kultury, tyle że nieco większe, a przez swoje kompletnie bezsensowne położenie, budzi wyłącznie zdziwienie.
Użyłem słowa „budzi”, podczas gdy fakt jest taki, że akurat już nie budzi. Owa karuzela zdziwienie, a nawet w pewnym momencie pewnego rodzaju zażenowanie budziła, tak się jednak jakimś cudem stało, że już nie budzi. Dziś owo „oko” jest jednym z najlepiej rozpoznawalnych architektonicznych obiektów na świecie, tak jak budynek opery w Sydney, wieża Eiffela, czy Mur Chiński. Przypominam – mówimy o zwykłej karuzeli, jakich setki na całym świecie.
Jakimś niezbadanym i nieopisanym manewrem, Brytyjczycy, niemal z roku na rok, sprawili, że nie dość, że to ich „oko” jest przedmiotem kultu na całym świecie, to każdy odwiedzający Londyn turysta czuje się w obowiązku wydać 20 funtów, czy nawet i więcej, żeby na to wleźć i móc powiedzieć, że tam był. Oto, jak Brytyjczycy, mając do dyspozycji wyłącznie przekonanie o swojej wielkości i kompletny brak jakichkolwiek kompleksów, potrafili światu sprzedać karuzelę.
A my się śmiejemy, że świat oszalał, i emocjonuje się narodzinami brytyjskiego króla? Jak idzie o mnie, to ja mam apel do moich rodaków: może choć raz spróbujmy wyciągnąć wnioski z tego, co nam postawiono przed samym nosem. W dodatku z pełnym opisem dla tych, co akurat przeżywają pewne intelektualne załamanie.

Tym wszystkim, którzy byli ze mną przez ostatnie dni, bardzo serdecznie dziękuję i proszę nie odchodzić. Bez Waszego wsparcia ten blog by nie istniał.

środa, 2 września 2009

O twarzach, językach i symbolach

No i więc mamy Rocznicę za sobą. Wbrew mojemu wyssanemu z mlekiem matki optymizmowi, poprzedni mój wpis zbudowałem w większej części na smutku, by nie powiedzieć – rozpaczy. Dziś, kiedy nadchodzi czas na podsumowanie, wychodzi na to, że mój smutek i tak był wciąż zbyt mały. Nie dość bowiem, że moje najgorsze przewidywania się raczej potwierdziły, czyli – jak się okazało – całe to wydarzenie było bardzo starannie wyreżyserowane, to dodatkowo jeszcze, zobaczyliśmy wszyscy bardzo wyraźnie, że antypolska koalicja, o której pisałem, sięga znacznie głębiej, niż tylko w okolice rosyjskiej i niemieckiej polityki i doraźnych interesów tzw. Koalicji 21 października. Należy się obawiać, że Polska – jako wartość i symbol – została bardzo skutecznie wyrzucona ze ogromnej części publicznej przestrzeni, w której żyjemy.
Najpierw, zanim to wszystko się zaczęło, miałem okazję oglądać medialne relacje z przygotowań do wizyty Putina w Gdańsku. Proszę mnie nie poprawiać. Nie pomyliłem się. Jestem jak najbardziej precyzyjny.
Nie do obchodów rocznicy wybuchu Drugiej Wojny Światowej, lecz do wizyty Władimira Putina w Gdańsku. I od razu uczciwie przyznaję, że jak zwykle, korzystałem wyłącznie z doniesień TVN24. Z tego jednak, co podpowiada mi moje doświadczenie, w telewizji publicznej mogło być tylko gorzej. W końcu towarzystwo, które kształtuje obecną ofertę TVP, ze względu na swoje stare sentymenty i obecne sympatie, może reprezentować w tych dniach jedynie interesy niemieckie, lub rosyjskie. Oglądałem więc ten TVN, i minuta po minucie z bólem obserwowałem, jak dosłownie całość tego historycznego i patriotycznego przekazu została przekazana w ręce albo Andrzeja Olechowskiego, albo Władysława Frasyniuka, albo Adama Rottfelda, albo Tadeusza Mazowieckiego, albo Leszka Millera, albo wszystko jedno kogo, byleby tylko gwarantował, że nie pozwoli sobie na choć jedno słowo, które mogłoby w jakikolwiek sposób zakłócić radość z powodu tych odwiedzin.
To opętanie osiągnęło taki stopień intensywności, że poniedziałkowe Szkło Kontaktowe, nagle zaprezentowało filmowy żart łączący najbardziej ponure obrazki z lat okupacji, wesołą muzyczkę i jakiś dowcip, którego akurat nie zrozumiałem i jestem pewien, że nic nie szkodzi. Musiał to jednak zaplanować ktoś stojący znacznie wyżej od Grzegorza Miecugowa, bo on sam nawet w pewnym momencie nie potrafił ukryć zawstydzenia.
Minęły więc te dni, mamy już drugi dzień września i można spokojnie umyć ręce. Niemcy zachowali stan posiadania, Rosjanie odrobinę się rozepchali, a Polska… No własnie. Polska. Co z nami? Wygląda na to, że myśmy spełnili swoją rolę bardzo dobrze, zapewniając, na ten jeden dzień, naszym przyjaciołom z zachodu i wschodu lokal, utrzymanie i dobrą, sympatyczną atmosferę. Jeśli premier Putin uzna, że nie było źle, być może zechce znowu kiedyś przyjechać. A wówczas może też nawet zechce się spotkać z polskim prezydentem. O ile tylko Polska zechce utrzymać swój dotychczasowy kurs na wymaganym przez rosyjską wrażliwość poziomie i zapewni Putinowi odpowiedniego na tę okoliczność partnera.
Minęły uroczystości 70 rocznicy wybuchu Drugiej Wojny Światowej i 90% całego danego nam czasu zeszły nam na tłumaczeniu się, zapewnianiu o naszej niewinności i błaganiu Rosjan o zrozumienie. A ja się tylko dziwię, że tak elegancko i sympatycznie zachowali się Niemcy. Siedzieli cichutko, pozwalając Rosjanom robić co do nich należy i czekając aż wszystko się uspokoi. W czasie oficjalnych wystąpień pod pomnikiem na Westerplatte, kanclerz Merkel nawet pozwoliła sobie na pełną i czystą ekspiację, co można oczywiście podsumować stwierdzeniem, że na pewnym poziomie interesów słowa nic nie kosztują, ale co oczywiście można też uszanować. Szczególnie że przecież, widząc z kim mają do czynienia, mogli Niemcy choćby tuz przed 1 września, wezwać premiera Tuska i zażądać, żeby to on przeprosił za polskie zbrodnie wobec Niemców, bo w przeciwnym wypadku kanclerz Merkel, zamiast sama przyjechać, przyśle do Gdańska na przykład Cohn Bendita, albo Joszkę Fishera. Dziwne. Czyżby u Niemców pamięć o Powstaniu Warszawskim była wciąż tak silna, że jeszcze się nie zorientowali, że tu dziś można naprawdę robić co się chce?
Minął więc 1 września, komentatorzy zastanawiają się, jak tu opisać to co zrobił, co powiedział, jak się zachował, i jakie nam nadzieje na przyszłość zostawił premier Rosji, a ja się zastanawiam, jaką Polskę nam dali ci kórych należy nazwać Koalicją 21 października? Albo może inaczej – co oni z tej Polski, którą w tak perfidny sposób zawłaszczyli, pozwolili zrobić? Jak można było zgodzić się na to, by w 70 rocznicę napaści Niemiec na Polskę, nie mówiło się ani o Niemcach, ani o Sowietach, którzy już wtedy, przyczajeni, czekali tylko na odpowiedni moment, tylko o Polakach, którzy nagle okazują się problemem? A jednocześnie, by bez najmniejszego wstydu, ustami polskiego Ministra Spraw Zagranicznych, była opiewana satysfakcja z powodu rzekomego tryumfu polskich aspiracji? I przed oczyma mam wciąż Leszka Millera, jak na prośbę telewizji TVN24tłumaczy nam wszystkim obowiązki jakie Polska ma wobec swoich sąsiadów i Europy. Ale nie tylko Leszka Millera. Bo oto, odpowiedź na te wszystkie nasze dylematy nadeszła z zupełnie nieoczekiwanej strony. Któregoś dnia, przeglądając sobie wpisy w Salonie, wpadłem na tekst gw1990, gdzie ten nasz Grześ opublikował wpis, jaki na swoim oficjalnym blogu zamieścił Lech Wałęsa. Kiedy przeczytałem te wałęsowe słowa – króciutki, skromny tekst – byłem tak zaskoczony, że musiałem od razu sprawdzić osobiście, czy rzeczywiście są to oficjalne słowa Wałęsy i czy faktycznie Wałęsa, prowadząc swój blog, nie korzysta z pomocy copywriterów, ale osobiście klika to, co mu jego chory umysł podpowiada. Zacznę jednak od końca.
W niedzielę chyba, w Onecie ukazała się następująca informacja:
Wałęsa: brudasy, popaprańcy, małpy, paranoicy
Lech Wałęsa kontynuuje atak na nieprzychylne mu środowisko braci Kaczyńskich. W najnowszym wpisie na swoim blogu nazywa swoich krytyków mianem "brudasów politycznych". Były prezydent pyta, dlaczego owe "brudasy polityczne", "popaprańcy", "małpy z brzytwą", "paranoicy" "są najbardziej skoncentrowani w pobliżu (Lecha i Jarosława - przyp. red.) Kaczyńskich i polityka (o. Tadeusza - przyp. red.) Rydzyka. Lech Wałęsawymienia pojawiające się już wcześniej nazwiska:Antoni Macierewicz,Anna Walentynowicz,Jan Olszewski"i jeszcze kilku”
Jak podkreśla legenda "Solidarności", nie mają oni żadnej "filozofii", "orientacji politycznej" czy "pomysłu". Są za to jedynie - kontynuuje Lech Wałęsa - "brudasami politycznymi".
Proszę zwrócić uwagę na ton tej informacji. „Nieprzychylne mu środowisko”, „nazywa swoich krytyków”, „Były prezydent pyta”, „Jak podkreśla legenda ‘Solidarności’”. Zobaczmy więc, jakiż to tekst Lecha Wałęsy zasłużył na tak interesującą analizę onetowych redaktorów. Oto on. W całości, w stanie nienaruszonym:
Ha ha Brudasy polityczne ,no właśnie ,czy nie jest tak właśnie ? że Ci ludzie [popaprańcy ,małpy z brzytwą ,paranoicy] są najbardziej skoncentrowani w pobliżu Kaczyńskich ,polityka Rydzyka , Macierewicza , Walentynowicz , Olszewski i jeszcze kilku .to żadna filozofia ,orjętacja polityczna ,czy pomysł polityczni , to brudasy politycznie.
Przed nami najnowszy wpis Lecha Wałęsy, dokonany przez niego na jego oficjalnym blogu, a skomentowany z pełną powagą przez główne polskie media. Przed nami Lech Wałęsa – bohater naszej niepodległości, duma Trzeciej Rzeczypospolitej, jeden z najpopularniejszych polskich polityków, wielki autorytet polskiej młodzieży i nieoceniony skarb naszej współczesności. Oto człowiek, który przez całą tę dominującą publiczną przestrzeń dzisiejszej Polski, która została wspomniana na początku tego dzisiejszego wpisu, został zaakceptowany, jako jej reprezentant i symbol. Oto on. Oto ten symbol. Oto ta Polska. Polska, której symbolem stał się Lech Wałęsa. To jest ten nasz trademark .
Ale to jednocześnie jest właśnie to, co nam pozostało po tych uroczystościach. Polska symbolizowana przez Lecha Wałęsę. Ale nie tylko przez niego. Również przez tych wszystkich, którzy pozwolili Wałęsie tym symbolem się stać. Którzy go ukształtowali w to coś, czym on jest dziś. I którzy tak intensywnie się tym swoim trującym daniem żywią.
I naprawdę nie ma się z czego śmiać. W tym nie ma nic zabawnego. To wszystko, co poprzedziło te rocznicowe uroczystości, to co te uroczystości zdominowało, cała ta żałosna oprawa, którą te uroczystości dzisiejsza Polska postanowiła udekorować, no i wreszcie to, co po tych uroczystościach pozostało – a więc wyłącznie wstyd i zakłopotanie – ma twarz, język i umysł Lecha Wałęsy. Koło się zamknęło. Właśnie tak.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...