Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 grudnia 2019

Czy Wrocław zagłosuje na Szymona Hołownię?


     Zakończył się tegoroczny sezon targowy i wypada mi go jakoś podsumować, z punktu widzenia, który dają mi te ostatnie cztery książki, jakie się jeszcze szczęśliwie nie sprzedały. Piszę „szczęśliwie”, bo wprawdzie zupełnie naturalnie chodzi o to, by się sprzedały, z drugiej jednak mam pełną świadomość, że kiedy z nich już zostanie tylko stale dodrukowywany „Listonosz”, to ja już raczej nie będę miał czego na jakichkolwiek targach szukać. A zatem siedziałem w tym Wrocławiu przez bity weekend i muszę powiedzieć, że, pomijając dawno już przez nas odpuszczone targi na Stadionie Narodowym, tak fatalnej publiczności nie znam. Dotychczas sądziłem, że gorzej niż Kraków i Katowice, rynek nas nie potraktuje, jednak wygląda na to, że, owszem, Wrocław, wchodzi na podium.
      W czym rzecz? Otóż to jest chyba jedyne miejsce z dotychczas przeze mnie odwiedzonych, gdzie ludzie przychodzą z bardzo ściśle określonym planem i nie ma ludzkiej siły, która by ich z tego planu mogła wybić. Oni, owszem, chętnie się zatrzymują przy stoisku, chętnie rozmawiają – i to niekiedy naprawdę bardzo długo – wyrażają swoje najwyższe zainteresowanie książką, a następnie mówią „dziękuję” i odchodzą. Powiem szczerze, że to jest sytuacja nieco podobna do tej opisanej przez Boba Greene’a, kiedy ten, podczas wyprawy po sklepach ze słynną kiedyś przez chwilę hollywoodzką gwiazdką Kristy McNichol, zaszedł do wielkiego sklepu z butami, ona się od wejścia rozejrzała dookoła, powiedziała: „Nope” i wyszła. Kiedy Greene zapytał ją: „What didn’t you see?”, ona odpowiedziała: „I didn’t see quality shoes”. I to było mniej więcej to, z czym ja i Coryllus mieliśmy do czynienia, jak to on pięknie określa, „od skowronka do żaby”. Ludzie przychodzili, brali książkę do ręki, albo on, albo ja wypruwaliśmy z siebie żyły, żeby opowiedzieć o tym, co tam jest w środku, a oni zwyczajnie „nie zauważyli tematu wysokiej jakości”. I daję słowo, że nie chodziło tylko o nasze książki. W ofercie Kliniki Języka były znakomite eseje wybitnego psychiatry, prof. Łukasza Święcickiego, napisane bardzo przystępnie i z niezwykłym humorem, a jednocześnie – jeśli uwzględnić pozycję Autora – na najwyższym poziomie profesjonalizmu, a ja już nie pamiętam, ile razy odwiedzający stoisko, brali tę książkę do ręki, przeglądali ją, Gabriel im, tak ładnie jak tylko on potrafi, opowiadał o tym, czemu ta książka jest absolutnym hitem... i ja wiem, ile osób ją kupiło? Trzy? Może cztery?
      Powiem coś jeszcze. Otóż w pewnym momencie pojawił się przy nas ktoś, kto nawet znał nazwę wydawnictwa i był tą ofertą zainteresowany na tyle poważnie, że spędził tam, zawracając nam głowę, jakieś trzy godziny. Opowiedział mi, że ma dwoje dzieci, które uczy w systemie domowym, również języka angielskiego, a więc opowiedziałem mu o moim „Listonoszu”, objaśniłem mu chyba każdą część tego, co tam jest, wykazałem, że im się ta książka z całą pewnością przyda, a on ostatecznie mnie poinformował, że akurat się skupia na uczeniu swoich dzieci amerykańskiej wymowy i nie chce ich rozpraszać gramatyką. Ostatecznie kupił dwa komiksy i obiecał, że za rok znów przyjdzie.
       Ale jest jeszcze coś. Otóż choćby w porównaniu z Warszawą, we Wrocławiu ludzie odwiedzali te targi wyłącznie po to, by kupić dwie może trzy książki, a poza tym sobie pospacerować i pogadać ze sprzedawcami. Jedyna osoba, na którą zwróciłem uwagę to pewien starszy pan, który niósł wielkie pudło z napisem „Remigiusz Mróz dzieła wszystkie. Niska cena”, czy jakoś tak. Tam widok kogoś, kto by, jak tydzień temu w Arkadach Kubickiego, wychodził z targów niosąc całe wielkie torby wypełnione książkami, musiałby wywołać powszechną panikę.
      No więc, raczej porażka. Gdyby nie tych kilkanaście osób – co warto zauważyć, i tak znacznie mniej niż w Warszawie – którzy w ogóle wiedzieli, kim jesteśmy, byłoby znacznie, znacznie gorzej. No ale jakoś tam z przysłowiową tarczą z tych targów wyszliśmy i wciąż wydarzenie sprzed lat ze wspomnianego Stadionu Narodowego, kiedy to po pokryciu kosztów za stoisko, Gabriel zarobił jakieś trzysta złotych, a ja nic, pozostaje do dziś niepobite. Z informacji jakie do nas dotarły na zakończenie, od targów wrocławskich lepszy wynik sprzedażowy osiągnęły tegoroczne targi w Katowicach, a to jest już news. Wygląda na to zatem, że w przyszłym roku przyjdzie się nam z Katowicami pogodzić. No ale zobaczymy.
      Na koniec, wciąż to samo pytanie, czemu tak? Nie mam pojęcia, ale chodzą mi po głowie pewne myśli, myśli, przyznaję dość niebezpieczne, jednak biorę pod uwagę taką możliwość, że warto ich nie lekceważyć. A wszystko zaczęło się od tego, że kiedy jeszcze rano w sobotę, gdy wysiadłem z pociągu i spod dworca postanowiłem poprosić taksówkę do Hali Ludowej, taksówkarz – jak najbardziej korporacyjny – powiedział, że owszem, on mnie może tam zawieść, ale za trzy dychy bez taksometru. Przepraszam bardzo, ale czegoś takiego nie doświadczyłem od PRL-u.     
      Druga rzecz jaka zrobiła na mnie wrażenie, to Msza Święta w kościele Św. Boromeusza, gdzie kościół był właściwie pełny, tyle że, rozglądając się na tyle na ile mi wypadało, nie mogłem nie zanotować, że jakieś 99 procent wiernych to byli ludzie jeszcze starsi ode mnie, a ksiądz – skądinąd całkiem sympatyczny – całe kazanie poświęcił napominaniu ich, że jeśli nie będą wystarczająco pobożni, to może się okazać, że nie zostaną zbawieni. Po tej też właśnie Mszy ów ksiądz, a za nim pewien starający się mówić po polsku brytyjski kaznodzieja, zaapelowali – jak rozumiem już po raz kolejny – o to, by parafianie zechcieli jednak przyjąć do siebie dzieci z zagranicy, które tuż przed Świętami przyjeżdżają do Wrocławia w ramach jakiejś pielgrzymki, będą mieli ze sobą karimaty i śpiwory i chodzi im tylko o dach nad głową i może śniadanie. Dzień ich przyjazdu zbliża się wielkimi krokami, a tymczasem, wedle słów księży, brakuje jeszcze miejsc dla siedmiu tysięcy dzieci. Jeszcze siedem tysięcy wrocławskich parafian nie uznało za stosowne zgodzić się przyjąć u siebie owych pobożnych dzieci ze świata
       No i rzecz ostatnia. Otóż, czego nigdy wcześniej nie zauważyłem nigdzie, ruch na targach w niedzielę był znacznie większy niż w sobotę. Podobnie zresztą sprzedaż. Znacznie większa. Bardzo zbliżona do Warszawy. Gdziekolwiek dotychczas byłem, niedziela była, jak to mawia śp. biskup Herbert Bednorz „Boża i nasza”. No ale tym razem wrocławianie się spisali. Tego się nie spodziewałem. W sobotę obawiałem się, że nie zwróci mi się nawet ten przyjazd, a niedziela mi tę sobotę wynagrodziła w pełni.
        A więc Wrocław. Coś jest jednak nie tak z tym miastem. Jeśli wolno mi coś zasugerować, dobrze by było, gdyby oni się jednak nieco ogarnęli, bo jeśli to nie nastąpi, cała Polska, zamiast się śmiać z Warszawy, będzie się śmiała z nich.


    
     

środa, 4 września 2019

Ksiądz Paweł Reszka, człowiek ze strzykawką w rękawie


      Kiedy, gdy chodzi o moją internetową aktywność, prowadzenie bloga postanowiłem rozszerzyć najpierw o Facebooka, a następnie o Twittera, w pewnym momencie, na wspomnianym Twitterze trafiłem na użytkownika Michała Majewskiego. Był rok 2015, a to co mnie uderzyło niemal w jednej chwili, to dwie rzeczy: pierwsza to taka, że ów Michał Majewski to z całą pewnością TEN Majewski, a druga to ta, że dziś TEN Majewski jest jak najbardziej nasz. I to nasz nie tak sobie, ale nasz pełną gębą, z tym samym co zawsze zaangażowaniem i jak najbardziej z tymi samymi co zawsze talentami. Ponieważ jednak kiedy czytałem kolejne polityczne komentarze Majewskiego, znacznie bardziej niż to, co on ma mi do powiedzenia, zainteresowało mnie to, czego on tu nagle szuka, zwróciłem się do niego z bardzo grzecznym pytaniem, co słychać u Reszki. W tym momencie Majewski dostał na mnie takiej cholery, że mnie natychmiast oraz bez słowa zablokował i utrzymuje ową blokadę skutecznie do dnia dzisiejszego.
      Ponieważ wiem, że większość czytelników nie ma bladego pojęcia, o czym mówię, już spieszę wyjaśniać. Otóż był czas, jeszcze przed zamordowaniem prezydenta Kaczyńskiego, ów Majewski z Reszką tworzyli w dziś już szczęśliwie zdechłej  gazecie „Dziennik” tandem dziennikarski, gdzie pełnili rolę czegoś, co sam w jednym ze swoich tekstów na blogu określiłem mianem „Ubermana i Szykuły w wersji turbo”. No i tu znowu muszę, zwłaszcza młodszym czytelnikom sprawę naświetlić. Uberman i Szykuła stanowili dziennikarski tandem w „Dzienniku Telewizyjnym” najgorszych lat Stanu Wojennego, no a Majewski z Reszką z nadzwyczajnym talentem realizowali nauki starszych, prowadząc nas wszystkich skutecznie do tego, co się stało wiosną roku 2010. I to tyle gdy chodzi o historię.
      Trafiłem więc wówczas na owego Majewskiego i powiem szczerze, że do wczoraj nie umiałem znaleźć odpowiedzi na moje pierwsze pytanie: „Co słychać u Reszki?” I oto, proszę sobie wyobrazić, w dniu wczorajszym zaszedłem na Onet, a tam patrzę i oczom nie mogę się nadziwić, bo ów Reszka siedzi w onteowskiej bryce i udziela redakcji wywiadu. Zanim w ogóle usłyszałem, co on ma do powiedzenia, dowiedziałem się oczywiście i tego, że jest on dziś szefem działu krajowego redakcji „Polityki”, a poza tym pisarzem – tak zresztą został w owym wywiadzie określony – i rozmowa z nim jest poświęcona wyłącznie jego najnowszej książce, zatytułowanej „Czarni”, a poświęconej oczywiście czarnym. Co jest w tej książce, tego oczywiście nie wiem, bo rozmowy nie wysłuchałem, natomiast, owszem, zdążyłem się dowiedzieć, że ona powstała w ten sposób, że Reszka przebrał się za księdza, jako ksiądz jeździł po Polsce, zbierając materiały z samego środka tego cyklonu, a dziś zostaje zaproszony do Onetu, by zachęcić nas, byśmy tę książkę kupowali.
       Otóż to nie jest pierwszy raz jak widzę, że dziś Onet, ale przecież nie tylko on, istnieje już głównie po to, by reklamować książki swoich znajomych. Bardzo niedawno, w tych samych okolicznościach, widziałem Kubę Wojewódzkiego, jak udzielał wywiadu owemu portalowi, dbając bardzo o to, by okładka jego nowej książki nawet na chwilę nie wypadła z kadru. Ale to jeszcze nic. Proszę zrobić eksperyment, wpisać w Google’a hasło „Paweł Reszka”, a zobaczą Państwo, co się tam w pierwszej kolejności pokaże:

WP Wiadomości: „Paweł Reszka udawał księdza. Wszystko opisał w książce”;
Tok FM: „Paweł Reszka opisał świat księży”;
Onet Kultura: „Udawał księdza i napisał o tym książkę”;
Dziennik.pl: „Paweł Reszka wszedł w środowisko księży”.
       
      Jeśli ktoś sądzi, że ja tu się postanowiłem poznęcać nad Reszką, a tym bardziej jeszcze Majewskim, jest w dużym błędzie. Oni tak naprawdę, jak sami widzimy, nie są nawet wspomnieniem. To co mnie natomiast niezmiennie porusza, to kwestia rynku książki. Proszę mianowicie zobaczyć, z czym mamy do czynienia. Jakieś gówno bez znaczenia, z tym jedynym argumentem, że ma znajomych w mediach głównego nurtu, przebiera się za księdza, wchodzi w to środowisko, następnie swoje przygody publikuje w formie książkowej, a wspomniani znajomi w jednej chwili, nie oglądając się na nic, stają na głowie, by informacja o owej książce trafiła do jak najszerszej publiczności, z tą nadzieją, że ludzie ruszą do księgarń, cały nakład wykupią, a Reszka będzie mógł dorobić tak, by jakoś pospłacać swoje długi.
        Ja już o tym pisałem, ale dziś pozwolę sobie powtórzyć. Ani Reszka, ani Wojewódzki, ani Semka, ani nawet były minister Rotfeld nie sprzedadzą choćby dziesięciu egzemplarzy swoich książek, a nawet gdyby sprzedali ich znacznie więcej, nie zarobią na nich ani grosza, bo nie po to się dziś handluje książkami, by nakarmić autorów. Gdy chodzi o książki, dziś na nich mogą zarobić wyłącznie tacy autorzy jak Mróz, czy Bonda i to też nie dlatego, że ktoś to kupuje, ale dlatego, że mają oni podpisane umowy z wydawnictwami, które im płacą za wszystko z góry, a to, czy te egzemplarze wylądują ostatecznie w „Żabce”, czy w „Biedronce”, to już nie ich zmartwienie. Ich bowiem jedynym zadaniem jest dostarczanie alibi temu czemuś, co nie wiadomo dlaczego wciąż nosi nazwę „rynku”.   
      Dlatego przyznam szczerze, nie jestem w stanie zrozumieć, czemu jedni i drudzy pakują się w ten geszeft. Czemu tacy ludzie jak, z jednej strony, Wojewódzki czy Reszka, ludzie mimo że głupi, to jednak jakoś tam inteligentni, a z drugiej, poważne medialne korporacje, wchodzą w ten interes, zupełnie bez sensu i kompletnie na darmo? Czy to możliwe, że oni wszyscy – z wyjątkiem, jak już powiedziałem tych paru szczęśliwców, którzy przeżywają swoje 15 minut – są w takiej finansowej dupie, że przez to kompletnie stracili poczucie rzeczywistości i faktycznie wierzą, że wystarczy odrobina desperacji, by się podnieść?
      Reszka. Ciekawy jest ten człowiek. On naprawdę musi mieć coś w sobie. Kiedy jeszcze w roku 2008 pisałem tekst o Ubermanie i Szykule, zakończyłem go tak: „Ja wiem, jak wyprowadzić z równowagi panów Reszkę i Majewskiego. Jaki guzik nacisnąć, żeby się na mnie wściekli. Oczywiście jest jeszcze taka możliwość, że oni akurat nie są ludźmi, więc może nie zadziałać.
Tak czy inaczej, nie zdradzę jednak tu tej metody. Nie napiszę tu czegoś, co z dużym prawdopodobieństwem mogłoby się dla mnie źle skończyć. Ich zezłościć, ale mi bardzo zaszkodzić.
      Dziś widzę, że się jednak myliłem. Wówczas chyba jednak nie znałem owego sposobu. Natomiast po latach okazało się, że trafiłem w dziesiątkę. Wystarczyło zapytać na Twitterze Majewskiego, co słychać u Reszki. On chyba jednak wie znacznie więcej od nas o swoim dawnym koledze od mokrej roboty.





środa, 14 sierpnia 2019

Jak się nie zgubić na rynku książki?


      Właśnie dotarła do mnie informacja, że ostatecznie sprzedał się nakład mojej książki „39 wypraw na dziewiąty krąg”, w związku z czym postanowiłem dziś wrzucić notkę czysto techniczną. Otóż przede wszystkim należy nam wiedzieć, że z wszystkich moich książek, jakie do tej pory ukazały się w Klinice Języka, do nabycia zostały już tylko cztery: „Marki, dolary...”, „Podwójny nokaut”, „Kto się boi angielskiego listonosza”, oraz ostatnia, „Gdzie pada cień na MS Mantola”. U siebie, z tych których nakład został wyczerpany, mam już tylko trzy egzemplarze „39 wypraw”, oraz kilka (ze względu na ruch w zamówieniach, nie wiem dokładnie, ile) listów od Zyty.
       Jak sądzę, pomijając „Listonosza”który jest wznawiany regularnie, póki co żadne dodruki nie wchodzą w grę. Kto miał okazję zaglądać do bieżących tekstów Coryllusa, wie, że mamy ciężki kryzys czytelniczy i musimy go przeczekać, z nadzieją, że coś się ruszy. Czemu tak jest, mam swoje podejrzenia, ale nie jest moją sprawą, by tu w to wchodzić. Wystarczy, że wspomnę, że kilka dni temu oglądałem rozmowę, jaką z Kubą Wojewódzkim przeprowadził dla Onetu Jarosław Kuźniar i praktycznie jedynym tematem tej rozmowy była najnowsza książka Wojewódzkiego, którą ten zabrał ze sobą i regularnie, nie próbując nawet zachowywać pozorów, wystawiał ją do kamery. I myślę sobie, że skoro jest jak jest, to znaczy, że ten rynek leży i kwiczy. Skoro ktoś taki jak Kuba Wojewódzki, człowiek, dla którego, wydawałoby się, wydanie książki to kaprys na waciki, musi prosić swoich znajomych z Onetu, by mu pozwolili tę książkę rozreklamować, to znaczy, że dzieje się coś, co do czego skali, możemy jedynie spekulować.
      A zatem, mamy kryzys, w którym udało mi się już sprzedać – przypominam że praktycznie bez żadnego wsparcia ze strony rynku – pięć książek. I to jest wynik. Z reakcji czytelników, którzy spóźnili się z kupnem listów od Zyty Gilowskiej – moim zdaniem, najważniejszej książki, jak ukazała się w Polsce co najmniej w minionych latach – wnioskuję, że mamy tu jeszcze, w tej powszechnej nędzy, pewne możliwości.
      A zatem, jeśli ktoś nie zareagował na czas i nagle zapragnął kupić sobie moje „Wyprawy”, czy „Listy”, zapraszam do siebie. Przy okazji jedna uwaga, być może najbardziej istotna. Otóż aby się zorientować w cenach uzyskiwanych przez niektórych autorów, zaszedłem na Allegro i tam zobaczyłem, że „Vademecum ojca” Korwina idzie po stówie, coś tam Cejrowskiego, ale z autografem, za 150, a stary Łysiak – lepiej nie mówić. W tej sytuacji uznałem, że byłoby mi wstyd, gdybym przynajmniej tę Zytę sprzedawał po 30 zł. A zatem, jeśli ktoś ma ochotę, dziś ta cena wynosi 100 zł. Przesyłka i dedykacja w cenie. W końcu, jak powszechnie wiadomo, jeśli sami się nie zaczniemy szanować, to trudno liczyć na innych.
       Mój adres k.osiejuk@gmail.com



środa, 20 marca 2019

Gdzie pada cień na SS Mantola?


     Z radością i satysfakcją donoszę, że jeszcze pachnące drukarnią egzemplarze mojej najświeższej książki „Imperium, czyli gdzie pada cień na SS Mantola” dotarły pod chałupę Coryllusa i myślę, że już dziś, kogo najdzie ochota, będzie mógł sobie ją kupić. W pewnym sensie jest to kolejna odsłona mojej nieco wcześniejszej książki „Kto się boi angielskiego listonosza”, jednak tym razem starałem się, by ona – choć wciąż jak najbardziej poświęcona językowi – w znacznie mniejszym stopniu obejmowała kwestie techniczne i mogła się spodobać również tym, którzy języka nie mają ochoty się uczyć, a nawet go nie znają. Powiem więc, że ona może się okazać miłym prezentem dla tych, co języka nie znają i od lat czekają aż ktoś im pokaże, jak bardzo to nie ma żadnego znaczenia. To oni też, w co wierzę, chętnie sobie poczytają o Imperium właśnie jako takim.

      Jak mówię, książka nosi tytuł „Imperium, czyli gdzie pada cień na SS Mantola”, a oto jej dość charakterystyczny fragment:
      
      Jeszcze przed laty pewien mój dawny kolega, Anglik z urodzenia, przy jakiejś okazji poinformował mnie, że moje nazwisko, z jego punktu widzenia, brzmi bardzo zabawnie, bo gdyby on mnie nie znał, to by pomyślał, że jestem Irlandczykiem o nazwisku O’Sheough. Dziś po latach głowy nie dam, ale tak to chyba miało wyglądać: O’Sheough. Pomyślałem sobie wtedy, że, co by o nich nie mówić, Brytyjczycy to ludzie o zdolnościach językowych przekraczających wszystko to, co my Polacy potrafimy sobie wyobrazić. Chwilę potem jednak, kiedy już doszedłem do siebie, zdałem sobie sprawę z tego, że tak naprawdę ja to wszystko od dawna wiedziałem, tyle że traktując jako oczywistą oczywistość, nawet się nad tym nie zastanawiałem.
      Spójrzmy choćby na dość popularną wśród tych ostatnich żyjących jeszcze pasjonatów języka angielskiego zabawę, gdzie najpierw przedstawione zostają są trzy wyrazy, „enough”, „women”, oraz „action”, następnie z wytłuszczonych fragmentów utworzone słowo „ghoti” i w końcu postawiona zagadka, w jaki sposób, zachowując konsekwencję zapisu oraz wymowy, odczytamy owo świeżo powstałe słowo.
      Ta ryba to oczywiście tylko żart, niemniej żart, który nie pojawił się tak zupełnie out of the blue, ale wynika z czegoś, co jest od dawna bardzo zastałe i powszechnie uznawane za standard, a sprowadzające się do powtarzanej do znudzenia zasady, że w języku angielskim „inaczej się pisze, a inaczej mówi”. Ta sztuczka jest oczywiście przednia, jednak pisząc ten tekst wpadłem na coś co mnie wręcz zafascynowało. Otóż, jak się orientują piłkarscy kibice, trzecim bramkarzem angielskiej drużyny piłkarskiej Liverpool FC jest zawodnik o nazwisku Caoimhin Kelleher. Gdyby ktoś nie wiedział, ów Kelleher jest Irlandczykiem, a jego przedziwne imię czyta się mniej więcej tak samo jak imię głównego bohatera popularnego filmu „Kevin sam w domu”, które, jak się okazuje, tak naprawdę jest niczym innym jak uproszczoną anglojęzyczną wersją owego Caoimhina. Czemu tak? Bóg jeden wie, a ja tylko dla zwykłej zabawy poinformuję, że jeśli sięgniemy do źródeł, to dowiemy się, że ów Kevin oznacza „szlachetnego z urodzenia”.

Zarówno ta, jak i inne moje książki – i nie tylko moje – dostępne są, lub już za chwilę będą, w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.




    


czwartek, 6 grudnia 2018

Do roboty!

      Zacząłem ostatnio wracać do starych tekstów wspominanej tu już parokrotnie Peggy Noonan, a skoro do starych, to również pomyślałem sobie, że ciekawe by było rzucić okiem na to o czym ona pisze dziś, choćby przy okazji prezydentury Donalda Trumpa. Zajrzałem więc na jej internetową stronę i proszę sobie wyobrazić, że tam były wyłącznie starsze teksty, plus informacja, że ponieważ Noonan aktualnie pracuje nad nową książką, przez pewien czas pozostaje nam to, co ona napisała zanim zasiadła do poważnej pracy.
      I powiem uczciewie, że to mnie zdziwiło. Mi nawet do głowy nie przyszło, by w związku z pracą nad książką zawieszać coś tak drobnego jak pisanie felietonów. Wydałem tych książek dokładnie osiem i za każdym razem pisanie ich szło zupełnie równolegle z codzienną publikacją notek. I jakoś się udawało.
      Kłopot w tym, że od czasu wydania listów od prof. Gilowskiej minęły już ponad dwa lata i kiedy wydawało mi się, że na tym owa przygoda się zakończy, Gabriel zażyczył sobie, bym napisał coś nowego. Ponieważ propozycja ta spadła na mnie dość niespodziewanie, a decydować się trzeba było natychmiast, pomyślałem, że będą musiał zrealizować wielokrotnie formułowane wobec mnie życzenie, by napisać kolejną część „Listonosza”, czyli zrobić coś, czego wcześniej ani przez chwilę nie planowałem. A skoro tak, to pierwszym moim zadaniem jest stworzenie czegoś, co nie okaże się zaledwie cieniem oryginału. W tej chwili chodzi o to, by druga część „Listonosza”, była w stosunku do pierwszej czymś takim, jak druga część „Ojca Chrzestnego” wobec pierwszej, a w żadnym wypadku nie trzecia wobec dwóch pierwszych. A to z mojej strony wymaga, obawiam się, znacznie większego wysiłku niż dotychczas.
       Mało tego. Dziś wiele wskazuje na to, że tuż po ukończeniu „Listonosza” nr 2, będę się zabierał za jeszcze kolejną książkę, która również nie może być ot taka sobie, a czegoś takiego jeszcze nie ryzykowałem. I to tym bardziej zmusza mnie do jeszcze większej pracy.
       Wprawdzie nie pójdę tropem Peggy Noonan i nie zawieszę tego bloga na kołku, natomiast proszę mi pozwolić zwolnić nieco dotychczasowe tempo, co sprawi, że przez najbliższe dwa miesiące będę pisał rzadziej. Nie dużo rzadziej, ale rzadziej. A ja za to obiecuję, że się naprawdę postaram.
        Dziś, a już na pewno jutro, opublikuję tu swoją wypowiedź na temat swoich „Marek, dolarów…”, którą nam bardzo ładnie zmontował Michał, a na razie idę z psem, a potem już do roboty.

wtorek, 5 grudnia 2017

Czy książka może być jak piosenka?

            Powiem szczerze, że na zakończone przedwczoraj targi jechałem z ciężkim sercem. Niektórzy może pamiętają, że jeszcze kilka miesięcy temu zastanawiałem się, czy w ogóle warto mi wydawać pieniądze na pociąg tam i z powrotem, tylko po to, by albo patrzeć na ludzi, którzy przechodząc obok stoiska, zamiast rzucić okiem na książki, leniwie podnoszą wzrok, by przeczytać nazwę wydawnictwa i idą dalej, ewentualnie zatrzymują się tylko po to, by zadać pytanie w rodzaju: „Panie Krzysztofie, kiedy będzie pan miał coś nowego?”, i za każdym razem ze smutną miną odpowiadać, że będzie w momencie, jak sprzedamy to, co póki co leży w magazynie i się sączy, jak krew z nosa. Ponieważ jednak ostatnio sprzedaż nieco skoczyła, do tego stopnia, że i sam Gabriel wpadł w lepszy nastrój, to i pojechałem. I proszę sobie wyobrazić, że było nadspodziewanie dobrze. Stoisko zwróciło się już w pierwszym dniu, a ja, mimo że, jak wiemy, od września zeszłego roku nie wydałem nic nowego, wprawdzie nie sprzedałem tyle co w zeszłym roku, kiedy listy od prof. Gilowskiej jeszcze pachniały drukarnią, to jednak zdecydowanie więcej niż choćby wiosną na Targach Wydawców Katolickich. To co mnie ucieszyło szczególnie mocno, to fakt, że szczególnie dużo osób, które zdecydowały się kupić moje książki, nie słyszało ani o mnie, ani o Coryllusie, ani nawet o naszym wydawnictwie wcześniej, a mimo to, zrobiło to, czego, gdy chodzi o książki, akurat raczej się nie robi, a więc podejmuje pewne ryzyko na rzecz czegoś zupełnie nieznanego, a zaledwie robiącego wrażenie atrakcyjnego.
      Myślę, że pisałem już o tym kiedyś. Odnoszę mianowicie wrażenie, że to co kiedyś tak zabawnie podsumował Maklakiewicz w filmie „Rejs”, mówiąc, że on lubi tylko te piosenki, które słyszał wcześniej, dziś piosenek akurat już nie dotyczy. Gdy chodzi o piosenkę, widać bardzo wyraźnie, że zwłaszcza młodsi słuchacze, wciąż szukają czegoś nowego, wybierają rzeczy, których właśnie wcześniej nie znali, a wręcz poczytują sobie za punkt honoru pochwalić się odkryciem czegoś, czego nikt dotychczas nie słyszał. Inaczej jest z literaturą. Tu akurat typowy czytelnik, jeśli nawet weźmie do ręki książkę nieznanego autora, przeczyta fragment, który mu się autentycznie spodoba, w życiu jej nie kupi, ze strachu, że jeśli nie będzie mógł z nikim na jej temat porozmawiać – a nie będzie – to cała przyjemność weźmie w łeb. Piosenka to często zaledwie parę minut, wystarczy więc powiedzieć: „Posłuchaj tego, założę się, że nigdy tego nie słyszałeś” i wystarczy. No poza tym o muzyce w ogóle nie trzeba rozmawiać, słucha się jej raz za razem, przeżywa, podśpiewuje sobie pod nosem, muzyka wyznacza bowiem nasz poziom emocjonalny, a nie intelektualny. By przeżyc muzykę nie trzeba być w grupie.
      I oto miałem wrażenie, że w miniony weekend po raz pierwszy było inaczej. Po raz pierwszy od czasu, gdy zacząłem wydawać te swoje historie, zauważyłem, że zdecydowanie przybywa osób, które podchodzą do stoiska, biorą do ręki książkę, czytają fragment, spoglądają na nazwę wydawnictwa, znów kartkują te stroniczki, no i w końcu zaczynają zadawać pytania. I nie mogłem sobie nie pomyśleć, że wiele osób zaczyna odczuwać przesyt tym, co dotychczas stanowiło tak zwaną „poważną ofertę”, a nagle okazało się zaledwie tonami kompletnie bezużytecznego papieru. I oto zaczynam mieć nadzieję, że wreszcie książka stanie się tym, czym już kilka lat temu stała się muzyka, mianowicie źródłem wzruszeń zupełnie niezależnych od tego, co wypada, a co nie.
     Gabriel już mi zapowiedział, że wybiera się na wiosenne Targi Wydawców Katolickich, no a skoro on, to i ja. Tu akurat mamy doswiadczenia raczej marne. Stoisko jest bardzo drogie, czytelnicy nastawieni są na kupowanie książek polecanych przez znajomych, którzy z kolei czytali o nich w popularnej prasie prawicowej, a więc o tajemniczych nawróceniach, kolejnych dowodach na to, że Jezus istniał naprawdę, czy o  Bogu odnalezionym w Internecie, a mimo to bardzo liczę na to, że i tu się coś zmieni, a więc choćby może wreszcie i sami księża, którzy dotychczas z zasady kupują tylko to co im polecił albo „Gość Niedzielny”, albo „Tygodnik Powszechny”, zechcą się rozejrzeć wokół siebie.
     Kończąc już opowiem historię, która przyznam, że mnie puruszyła, ale i przygnębiła. Oto pojawiła się na stoisku pewna nasza dobra koleżanka, która przychodzi do nas zawsze, bardzo lubi nasze książki, większość z nich, jak sądzę, ma , porozmawiała chwilę, a potem poinformowała, że musi już iść, żeby jeszcze trochę pochodzić po innych stoiskach i kupić coś na prezenty. Powiedziałem więc jej, że po cholerę ma chodzić i szukać czegoś, czego nawet nie zna. Niech kupuje u nas. Tu znajdzie wszystko, co się może spodobać każdemu. Do wyboru do koloru i wszystko, o czym sama świetnie wie, naprawdę wartościowe. Koleżanka strapiła się, pokiwała głową i powiedziała, że akurat jej znajomi „nie czytają dobrych książek”. Postała jeszcze chwilę, jakby chciała powiedzieć coś więcej i w końcu poszła po te prezenty. Otóż moim zdaniem za opisaną postawą stoi to okropne przekonanie, znane nam właśnie ze wspomnianego wcześniej filmu „Rejs”, że tak naprawdę coś czego nie znamy nie może być ani interesujące, ani wartościowe, a jeśli nam akurat się podoba, to tylko dlatego, że my jesteśmy jacyś dziwni i nie powinniśmy się z tym czymś wyrywać publicznie. A co pomyślą sobie o nas nasi znajomi, jeśli im w prezencie damy książkę, o której oni wcześniej nawet nie słyszeli, w dodatku napisaną przez jakiegoś Maciejewskiego, czy Osiejuka, o których w ogóle nikt nigdy nie słyszał? No i jak oni sami będą się czuli, gdy ktoś ich zapyta, co dostali pod choinkę, a oni będą musieli powiedzieć, że książkę jakiegoś Osiejuka, czy Maciejewskiego i zapadnie kłopotliwa cisza?
     Tak to niestety wciąż jest, a ja mam wielką nadzieję, że już niedługo. Te dwa dni, jakie spędziłem w Aradach pod Zamkiem dają mi wszelkie podstawy do tej nadziei, że może już naprawdę niedługo.

Zbliżają się Święta, a ja szczerze zachęcam wszystkich, by jeśli myślą o prezentach nie szli na zgniłe kompromisy, tylko kupowali to, co sami uważają za najlepsze. I nich mówią odważnie: „Masz tu coś najlepszego. Założę się że o tym nie słyszałeś. Rewelacja”. Księgarnia działa 24 godziny na dobę pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, a jak ktoś nie lubi klikać, a mieszka w Warszawie, niech zajdzie do sklepu FOTO MAG przy Alei KEN i kupi co będzie chciał od naszego kolegi Michała. 

niedziela, 20 listopada 2016

Opole, czyli pamiętajmy o Zycie Gilowskiej

Tym razem niemal już na drugi dzień do sieci trafiło nagranie ze spotkania, jakie w miniony czwartek miałem w Opolu. Ja oczywiście nie będę tego oglądał, bo nie jestem w stanie ani na siebie patrzeć, ani tym bardziej siebie słuchać, ale jeśli ktoś ma ochotę, to oczywiście bardzo proszę. Ponieważ nagranie trwa ponad godzinę, a nie sądzę, by ktoś chciał mi poświęcać więcej czasu, kolejny tekst będzie dopiero jutro. Dziękuję za obecność. Przypominam, że mam tu u siebie jeszcze kilkanaście egzemplarze „Elementarza” plus trzy naprawdę już ostatnie egzemplarze „Siedmiokilogramowego liścia”. Proszę się kontaktować mailowo na toyah@toyah.pl.

sobota, 19 listopada 2016

Twój pierwszy elementarz, czyli reformujemy edukację

            Spotkanie opolskie mamy za sobą, jeśli ktoś będzie miał ochotę, może sobie obejrzeć na youtubie. Tu. A ja już myślę o dwóch kolejnych weekendach, a więc najpierw o Targach Książki Historycznej w Warszawie, oraz, tydzień później, targach we Wrocławiu – obu zawsze dla nas bardzo, bardzo dobrych. Gdy chodzi o Opole, jednym z efektów owej wizyty jest to, że postanowiłem wrócić do bardziej starannego eksponowania drugiej mojej książki, podpisanej jeszcze imieniem Toyah, a mianowicie tak zwanego „Elementarza”, który zarówno w mojej świadomości, jak i świadomości czytelników, troszkę i bardzo niesłusznie się zatarł. A było tak, że przygotowując się do spotkania, przeglądałem sobie listy od śp. Zyty Gilowskiej i trafiłem na uwagę, jaką ona zechciała poczynić na temat owego właśnie „Elementarza” pisząc co następuje: „’Elementarz’ fantastyczny, słowo. Świetna lektura”. Ponieważ ja do niego od lat już nie zaglądałem i, jak już wspomniałem, niemal już o nim nie pamiętałem, pomyślałem sobie, że wezmę go ze sobą do pociągu i sprawdzę, jak się go czyta po latach.
      I proszę sobie wyobrazić, że, mimo iż zabierałem się do tego z ciężkim sercem, bojąc się, że dziś może być już tylko gorzej, owa konfrontacja wypadła wręcz znakomicie. To wciąż jest moim zdaniem jedna z moich lepszych książek, a gdy chodzi o tak zwaną „przyjemność czytania” pewnie najlepsza. Ja zdaję sobie sprawę z tego, jak fatalnie tego typu słowa mogą brzmieć w ustach autora, a więc kogoś, kto jednak powinien ocenę zostawić czytelnikom, fakt jest jednak taki, że te teksty naprawdę dobrze się czytają, a daję słowo, że o żadnej innej z tych siedmiu pozostałych książek – może poza „Markami, dolarami…” tego bym nie odważył się powiedzieć. Powiem zupełnie szczerze, że nawet moje uwagi o postaciach kompletnie dziś nieważnych i dla wielu czytelników w sposób zupełnie naturalny nieznanych, są napisane ciekawie i często naprawdę zabawnie.
      No i wreszcie pojawia się pytanie bardzo ważne – czy ja, gdybym dziś ją pisał jeszcze raz, cokolwiek bym w niej zmienił? No więc, znów powiem zupełnie szczerze, że właściwie nie. Może jeszcze raz napisałbym ów jeden czy dwa portrety, wyłącznie dlatego, że zwyczajnie odstają od reszty, która, jak mówię, jest napisana tak, że ja lepiej bym ani nie potrafił, ani też nie chciał. A trzeba pamiętać, że ich tam jest niemal pół tysiąca, a to naprawdę nie w kij dmuchał.
     Wracałem do Katowic z Opola, czytałem książkę, którą napisałem już niemal pięć lat temu i pomyślałem sobie, że z miłą chęcią przedstawię tu tym z nas, którzy jej jeszcze nie mieli okazji mieć w ręku, przede wszystkim tekst przedmowy, jaką do niej zgodził się napisać nasz drogi ksiądz Rafał Krakowiak, ale też może parę z tych miniaturek – wybrałem raczej te krótsze – z których jestem naprawdę dumny. Proszę posłuchać najpierw Księdza:

      Żył kiedyś w Polsce człowiek, który się nazywał Józef Zaremba. Dzisiaj jest postacią całkowicie zapomnianą, choć swego czasu był słynnym konfederatem barskim, o którym nawet pieśni układano:

      Drewiczowe oczy
      Drewiczowe oczy
      Już nie będą poglądować,
      Skąd Zaremba kroczy.

      Ów Zaremba był marszałkiem konfederacji w Wielkopolsce i jako rzetelny żołnierz, porządnie zalazł za skórę wojskom rosyjskim (którymi dowodził wspomniany w piosence, osławiony dla swego okrucieństwa pułkownik Iwan Drewicz), oraz koronnym (pod wodzą wówczas generała, późniejszego hetmana i targowiczanina Franciszka Ksawerego Branickiego). Dzielny ten szlachcic, kochając żarliwie Pana Boga, wolność i Ojczyznę, gotów był w ich obronie krew przelewać, a będąc – w odróżnieniu od choćby Kazimierza Pułaskiego –  przeciwnikiem pomysłu detronizacji Stanisława Augusta, do końca miał nadzieję, że król opamięta się i ruską kuratelę odrzuciwszy, do Barskiej Konfederacji przystanie.
      Konfederacja, jak wiadomo poniosła klęskę, konfederackie majątki zostały ograbione, sami zaś konfederaci albo uciekli za granicę, albo zostali zesłani na Syberię, albo też – w nadziei zachowania wolności i środków do życia – poprosili króla o przebaczenie. W gronie tych, którzy o łaskę suplikowali, był też Józef Zaremba i część jego ludzi. Gołębiego serca monarcha, prośbę byłego marszałka wdzięcznie przyjął, przebaczenia nie odmówił, chętnych konfederatów z jego oddziału do służby swojej przyjął, bądź u innych Panów protegował, a samego pana Józefa intratnym starostwem, oraz generalskim patentem uposażył, tudzież w czasie licznych audiencji rękę królewską do ucałowania łaskawie był mu podawał. Był to też czas, kiedy pan Zaremba – zapewne w ramach cywilizowania siebie samego – zdjął kontusz i przywdział frak, zgolił sumiaste wąsy, a podgoloną czuprynę przykrył fikuśną peruką. Minusem całej tej sytuacji było tylko to, że pospólstwo – zwłaszcza pospólstwo warszawskie, dziwnie w owym czasie pro konfederackie – przeklinało Zarembę i nawkładało mu od zdrajców. Oczywiście, od pospólstwa rozsądniejsi, a dużo znaczący stołeczni Panowie, panu Józefowi – jak to ładnie ujął Jędrzej Kitowicz – „winszowali, iż z honorem i ocaleniem partyi swojej, zakończył dzieło niebezpieczne, wkrótce upaść mające.”
      Czy Zaremba był zdrajcą? Oczywiście, że nie! On był tylko zmęczonym żołnierzem, który w pewnym momencie dostrzegł, że dłużej nie można „fanatycznie” opowiadać się, za tzw. imponderabiliami, bo po pierwsze nic to nie daje samym imponderabiliom, a po drugie, jest to osobiście groźne dla niego i dla jego rodziny. Można więc domniemywać, że rozsądkiem powodowany, pan Józef powiedział sobie mniej więcej coś takiego: „Pieprzyć to wszystko! Niech tam nawet diabeł rządzi, byleby było dobrze!” – a potem ucałował królewską rękę i obstalował pudrowaną perukę.
      Napisany przez Toyaha „Twój pierwszy elementarz”, jest książką napisaną właśnie o tym, co się dzieje z krajem i ludźmi ten kraj zasiedlającymi, gdy na sposób Zaremby myśli już nie jeden człowiek, a nawet tysiąc, czy milion spośród tych ludzi, ale po prostu większość z nich. Uprzedzam, że nie dowiemy się tego z poszczególnych, quasi encyklopedycznych haseł, z których ta książka się składa. Dopiero, kiedy przeczytamy całość poczujemy – właśnie tak: poczujemy, a nie zrozumiemy – że jest coś takiego w glebie i powietrzu co sprawia, że jesteśmy jak oblepieni jakąś wstrętną mazią. Toyah mówi o tej mazi jako o tzw. Systemie, t.j. „plazmie niemożliwej do określenia, opisania, a tym bardziej do dotknięcia”.
      Ów System, to efekt, emanacja działania diabła, któremu – powodowani pragnieniem jakiegoś dobra – jak Zaremba pozwoliliśmy i pozwalamy rządzić: bo jesteśmy bezradni, albo leniwi, albo lekkomyślni, albo chciwi, albo... Oczywiście, sposób rozumienia owego dobra może być różny u różnych ludzi, zawsze jednak sednem tego układu jest to, iż władzę sprawuje TenKtóryNigdyNieOpuszczaPodobnychOkazji.
      A my jesteśmy nim zauroczeni: bo taki nowoczesny; i sprawny; i pragmatyczny. Owo zauroczenie powoduje, że w pewnym momencie przestajemy mówić o personaliach, bo ważniejsze wydaje się nam rozwiązywanie problemów (zapominając, że nie da się rozwiązać jakiegokolwiek złożonego problemu, w oderwaniu od personaliów), albo wstydzimy się odwołać do wartości uniwersalnych, bo skuteczniejsze i nowocześniejsze wydaje nam się zastosowanie tzw. standardów demokratycznych bądź europejskich. I ciągle się łudzimy (a Toyah owo złudzenie w niniejszej książce skutecznie rozwiewa), że diabeł i jego emanacja nam coś – jakieś dobro – dają, w postaci np.: świętego spokoju, życiowego komfortu, zawodowego, lub towarzyskiego sukcesu, skutecznej organizacji, czy jeszcze skuteczniejszych procedur. Tak naprawdę, System może nam tylko zabrać, a za to, co nam się wydaje, że nam dał i tak trzeba będzie drogo zapłacić.
      A propos zapłaty: Józef Zaremba, korzystając – dzięki królewskiej łasce – ze spokojnego i dostatniego życia, zapragnął któregoś dnia zażyć kąpieli. A tak się akurat złożyło, że stolarz z jego majątku w Rozprzy, znając upodobania swego pana, wykonał dla niego będącą wówczas w wyższych sferach swego rodzaju przebojem, specjalną wannę, służącą do tzw. kąpieli termicznych. Pan Józef rozradowany, że jest tak bardzo cool, nie zwlekając, kazał sobie w tym olśniewającym wynalazku tęże termiczną przyjemność przygotować. Niestety, albo wanna owa miała jakąś konstrukcyjną wadę, albo – co bardziej prawdopodobne – nieumiejętnie się z nią obchodzono, dość, że pan Zaremba poparzył się w tej kąpieli do tego stopnia, że nawet księdza dobrodzieja z sakramentami nie doczekał i zmarł w wielkich mękach.
      Był to Rok Pański 1774. Jak donosi nieoceniony Jędrzej Kitowicz, król Stanisław August dowiedziawszy się o śmierci Zaremby żałował go bardzo i miał powiedzieć co następuje: „O Boże! Jak niedościgły jesteś w wyrokach swoich; jak wiele masz rodzajów śmierci dla człowieka!”
      Co zrobił król wypowiedziawszy powyższe poruszające zdanie? Wszystko wskazuje na to, że poszedł podziwiać wdzięki jednej ze swych licznych metres – słowem: nie przejął się zbytnio.
      Książka Toyaha jest zaś świadectwem wielkiego przejęcia i równie wielkiego pragnienia, byśmy wiedzieli, przeciwko czemu należy występować i byśmy za nasze błędy nie musieli zbyt drogo płacić.

      No a na koniec parę wybranych fragmentów:

      Agora – Wedle relacji byłego dziennikarza Gazety Wyborczej, Michała Cichego, medialny koncern reprezentujący w Polsce interesy Diaspory. A ja się już tylko zastanawiam, cóż takiego szczególnego jest w Polsce, że oni się postanowili zgłosić właśnie tu. Kościół?

     Borowski, Marek – Człowiek-nikt w większym jeszcze stopniu niż… ja wiem? Pianista z zespołu Mötley Crüe? W roku 2011, w wyborach do Senatu w Warszawie, System wystawił go przeciwko Zbigniewowi Romaszewskiemu. Tylko po to, by pokazać Polakom, że są gównem, a nie narodem. Z pełnym sukcesem.

      Dominikanie – Kiedyś jeden z tradycyjnych katolickich męskich zakonów, dość nawet popularny wśród pobożnej młodzieży z duchowymi ambicjami. Niestety w pewnym momencie, pewna grupa polskich Dominikanów poznała słowo glamour, ktoś im powiedział, że glamour to boskość i, jak to mówi młodzież, odjechali. Najbardziej znanym polskim Dominikaninem jest tak zwany ojciec Zięba. Podobno bardzo fajny facet. Jak każdy zresztą pijak.

      Englaro, Eluana – W roku 2009, decyzją włoskiego sądu została poddana procedurze zagłodzenia ze skutkiem śmiertelnym. Zanim udało się skutecznie doprowadzić do głodowej śmierci, pani Englaro pękło z rozpaczy serce. Osobiście uważam, że gdyby Boże Miłosierdzie nie było nieskończone, świat przestałby istnieć w roku 1999.

      Humanizm – kiedy okazało się, że ateizm słabo się sprzedaje, jako towar na dłużej, na jego miejsce wprowadzono humanizm. Znacznie lepiej. Znacznie lepiej. Choćby przez to, że kompletnie nie wiadomo, co to takiego. Tyle że cuchnie miłością.

      Kopalnia Wujek – Mieszkam zaledwie dwadzieścia minut piechotą od tego świętego miejsca. I uważam to za zaszczyt. Nie każdy tak ma. Chodzę tam czasami, siadam na pobliskim murku i patrzę. I, jak to mawiał sam Lech Wałęsa, ładuję akumulatory.

      Kurski, Jacek – Polityk. Zawsze zastanawiałem się, jak on i jego brat – wicenaczelny Gazety Wyborczej – mogą się ze sobą spotykać przy rodzinnych okazjach. Dziś już wiem. Dla nich to nie musi być jakikolwiek problem. Z Kurskim miałem jedną sytuację. Otóż dowiedział się, że prowadzę blog, i zwrócił się do mnie z prośbą, bym mu zechciał pisać teksty, które on następnie będzie zamieszczał jako swoje na jakimś portalu. Zgodziłem się chętnie, napisałem bardzo porządny tekst, wysłałem mu, wysłuchałem parę jego uwag… i wszystko się skończyło równie interesująco jak zaczęło. Tyle jak idzie o Kurskiego. Ktoś pewnie może być ciekawy, czy to miły człowiek. Taki sobie. Ani miły, ani niemiły. Konkretny.

      Nałęcz, Tomasz – Możliwe, że coś źle zapamiętałem, ale chyba w Szwejku jest postać pewnej dziewczyny, która poszła do spowiedzi i wyznała, że wygrzebuje sobie bród spomiędzy palców u nóg i go wącha. Myślę, że Tomasz Nałęcz też ma taki zwyczaj. Tyle że, jako osoba niereligijna, się z tego nie spowiada. I tyle o nim.

      Oponenci – Nazwa, jakiej Donald Tusk używa w stosunku do politycznej opozycji. Ile razy, któryś z przedstawicieli reżimu powie, ze PiS to banda tępych wieśniaków, durnie, lub faszyści, których  należy bezwzględnie tępić, na to zjawia się Donald Tusk i nieodmiennie ogłasza, by tak nie mówić, bo to jest język „naszych oponentów”. Wszystko oczywiście w ramach polityki miłości.

      Polityka miłości – propagandowy termin ukuty przez System, oznaczający polityczny projekt, mający na celu wzbudzenie w polskim społeczeństwie takiej fali nienawiści, by można było zarządzać państwem obok choćby największych kryzysów. Najbardziej znaczącym sukcesem polityki miłości była Katastrofa Smoleńska.

      Ruch Autonomii Śląska – Ciekawe jest to, że jeśli powiedzieć o nich, że to Ślązacy, obrażą się na nas Ślązacy. Jeśli nazwać ich Niemcami, Ślązacy obrażają się jeszcze bardziej.

      Sowa, Kazimierz – Ksiądz katolicki na usługach reżimu. Kumpel Terlikowskiego. Razem tworzą tandem, dostarczający odpowiedniej rozrywki widowni stacji TVN24. Historia uczy, że skoro na usługach reżimu, to nie można mieć do końca pewności, czy ksiądz, a tym bardziej, czy katolicki. W końcu taki Szymon Niemiec też już jest księdzem. A nawet biskupem. Prawda?

      No i to tyle. Jeśli ktoś ma ochotę na więcej, a, jak mówię, tych notek jest tam niemal 500, polecam. Nakład jest już bliski wyczerpania, natomiast tak się jakoś stało, że kilkanaście egzemplarzy mam tu u siebie. Gdyby ktoś reflektował, to bardzo polecam, również jako bardzo dobry prezent pod choinkę. Cena wraz z przesyłką wynosi zaledwie 25 zł. Dedykacja w cenie. Proszę pisać na adres toyah@toyah.pl.

środa, 21 września 2016

O samotnej wyspie, zapomnianej łodzi i oceanie bez kresu

           Wczoraj – oczywiście przy kompletnym bojkocie z każdej możliwej strony – ukazała się moja ósma książka, niewykluczone, że najważniejsza z dotychczasowych i możliwe też, że w ogóle jedna z najważniejszych książek mijającego roku, pod tytułem „O samotnej wyspie, zapomnianej łodzi i oceanie bez kresu”, wśród paru innych, może już nie tak poruszających akcentów, zawierająca całość mojej trzyletniej korespondencji z Zytą Gilowską.
      Każdy kto w miarę uważnie śledzi ten blog zna historię tych listów. Kilka miesięcy temu, w szczerym przekonaniu, że niewybaczalnym grzechem z naszej strony byłoby zamilczenie owego świadectwa, wspólnie z Gabrielem Maciejewskim zaplanowaliśmy opublikowanie tych listów w kwartalniku „Szkoła Nawigatorów”. Ze względu jednak na sprzeciw syna Pani Profesor, wszystko nie przekroczyło granic tego bloga. W międzyczasie jednak skontaktował się z nami pan Andrzej Gilowski, mąż Pani Profesor, i po niekiedy naprawdę ciężkiej dyskusji, w sposób w moim przekonaniu jednoznaczny, ostatecznie uznał, że publikacja owych listów Zycie Gilowskiej się należy. No i, tak jak to często bywa, to co z pozoru złe, doprowadziło do większego dobra i dziś ukazuje się ta książka. Nie jeden tekst w jednym z kwartalników, lecz osobna książka.
      Zdecydowaliśmy jednak, że będzie to wydawnictwo znacznie obszerniejsze, niż te listy, a nawet obszerniejsze, niż zarówno te listy, jak i listy, które ja pisałem do niej. W końcu nie oszukujmy się, Zyta Gilowska i ja nie byliśmy przyjaciółmi, ona mnie nie szanowała jako człowieka, z tego prostego powodu, że mnie jako człowieka praktycznie nie znała. Myśmy mieli okazję rozmawiać bezpośrednio zaledwie raz. Ja nawet nie miałem jej numeru telefonu. Ona ze mną rozmawiała wyłącznie dlatego, że podobały się jej moje teksty. A zatem to jest wydarzenie tego typu, jak gdybym ja zaczął korespondować z którymś z moich ulubionych artystów, tylko dlatego, że podoba mi się jak on śpiewa, gra, lub tańczy. A zatem, książka, która się właśnie ukazała, zawiera też wszystkie teksty z tego bloga, które Zycie Gilowskiej się spodobały i które w swojej uprzejmości zechciała skomentować, w tym – co już stanowi wydarzenie najwyższej rangi – dwa znakomite teksty księdza Rafała Krakowiaka, czyli znanego nam wszystkim Don Paddingtona. A zatem, książka, która właśnie się ukazała pokazuje wyłącznie to, co Zyta Gilowska uznała za godne skomentowania.
     Z mojej strony, tam tak naprawdę jest niewiele. Pierwsza część tej książki, zatytułowana „Ocean” to dość rozbudowany esej poświęcony właśnie Zycie Gilowskiej. Druga część natomiast, którą nazwałem po prostu „List”, to już tylko owe listy i teksty, które Zyta Gilowska w nich komentowała. No i wreszcie część trzecia „Wyspa”, która stanowi faktyczny epilog owego przedsięwzięcia i swego rodzaju pieczęć je autoryzującą. Tu jednak nie powiem już ani słowa więcej. Kto będzie chciał, kupi tę książkę i osobiście sprawdzi, w czym rzecz. Dla tych, którzy liczą na to, że uda im się przewieźć na gapę, mam wiadomość smutną. Tej książki nie będzie w księgarniach, ale też nie napiszą o niej ogólnokrajowe media – te czy tamte. To oczywiście ma swoją nazwę: małostkowość, jednak jest jak jest, więc pozostaje mi tylko zachęcać do minimalnej otwartości. Naprawdę warto. A ja już może tylko zacytuję fragment:
       „Trzy długie dni czekała ekspedycja na ustanie szalejących wiatrów, i wreszcie 2 kwietnia zdecydowano, że można bezpiecznie wylądować na wyspie śmigłowcem. Już w chwilę po tym, jak postawił swoją stopę na brzegu, Crawford zauważył, że w niedużej zatoczce unosi się opuszczona, choć robiąca wrażenie całkowicie sprawnej, łódź.  Łódź nie posiadała jakichkolwiek oznaczeń, natomiast sto metrów dalej, już na skałach, podróżnicy natrafili na 160-litrową beczkę, parę wioseł, nieco drewna oraz rozcięty zbiornik balastowy. Licząc na odnalezienie choćby tylko ciał rozbitków, ekipa Crawforda przeszukała okolicę, jednak poza samą łodzią i krążącymi nad nią ptakami, nikogo nie znalazła.
      Crawford opisał łódź, jako ‘szalupę ratunkową statku wielorybniczego’, która jego zdaniem musiała być częścią większej jednostki. To co dziwiło, a następnie już być może tylko przerażało, to fakt, że w odległości tysięcy mil od Wyspy Bouveta nie przebiegały żadne szlaki handlowe. A kolejne pytania pojawiały się jedno po drugim. Jeśli rzeczywiście była to szalupa, to gdzie podział się statek i co sprawiło, że udało jej się dopłynąć aż tak daleko, no i jak przetrwała podróż po oceanie? Nie znaleziono na niej śladów ożaglowania, brak było silnika, a za jedyny napęd musiały służyć wiosła, które znaleziono w pobliżu”.
       
      I ani słowa więcej. Kto pragnie autentycznych wrażeń, niech zajrzy do księgarni pod adresem Coryllusa i kupi to co mieć zwyczajnie trzeba. Droga jest prosta. Wystarczy kliknąć zdjęcie tuz obok.

      

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Philthy Animal vs. Kylie Minogue czyli raz jeszcze podwójny nokaut

Ponieważ zmorzył mnie upał, a do tego wpadłem w stan, gdzie jedynym momentem, kiedy nie chce mi się spać, to dwie godziny między godziną 21 a 23, wczoraj już nic nie dałem rady napisać, a zamiast tego, zagrałem tu nam wszystkim jedną bardzo ładną piosenkę i pokazałem pewnego Kanadyjczyka z jego jedną magiczną sztuczką. I oczywiście niemal natychmiast przyszedł nasz kolega Gajek, który uważa, że aby potrafić ładnie śpiewać i w dodatku jeszcze mieć co śpiewać, trzeba być czarnym, mieszkać w Afryce, lub na Jamajce, a jeśli już los nas rzucił do Londynu, lub Nowego Jorku należy się posługiwać tak zwanym pigeon English. Przyszedł więc mój kolega Gajek i zagrał nam piosenkę zespołu z Ghany o nazwie MzVee pod tytułem – a jakże! – ReVeeLation. Rozmiemy, o co chodzi, prawda? Ponieważ grupa nosi nazwę MzVee, to jeśli słowo „revelation” napiszemy przez dwa „e”, będziemy mieli taką zabawną grę słowną i będzie git.
Co to za piosenka? Ja wprawdzie nie widziałem ani jednej sekundy tegorocznego festiwalu w Opolu, a recenzje, jakie na temat tego, do czego tam doszło, były mocno niekonkretne, natomiast gdybym miał stawiać na swoja intuicję, to obstawiałabym, że tam – oczywiście z zachowaniem proporcji – było mniej więcej coś takiego, jak ten zespół z Ghany. Czy ktoś może potwierdzić?





Tak czy inaczej, problem znacznie wykracza poza to, jak jesteśmy wrażliwi i jak owa wrażliwość przekłada się na nasze gusta. Chodzi o to mianowicie, że ja od lat zauważam owo okropnie dla mnie irytujące zjawisko, polegające na tym, że ludzie rzekomo pasjonujący się muzyką, jako muzyką, tak naprawdę pasjonują się nią w tym wyłącznie zakresie, w jakim ona realizuje ich aktualne upodobania. Niedawno tu na blogach – o ile sobie przypominam, przy okazji koncertu Paula McCartneya w Warszawie, pojawiła się dyskusja, gdzie jedni mówili, że ten McCartney to nie byle co, bo za nim stoją Beatlesi, a Beatlesi – wiadomo, a na to przychodzili inni, którzy udowadniali, że właśnie nie wiadomo, bo tak Ringo Starr w życiu nie potrafiłby zagrać na perkusji tak jak perkusista z zespołu Def Leppard, czy jakiegoś innego Motley Crue, po nich pojawili się ci bardziej ambitni, którzy dowodzili, że Motley Crue to komercja, bo tak naprawdę dobrzy są tylko Celtic Frost, no a na końcu ci najbardziej oświeceni, z wydętymi minami tłumaczyli, że wszystko to pop, i w rzeczywistości poza Patem Methenym nie ma nic. No, może jedynie Savall i jego boski instrument. Mój kumpel Tomek Gajek uważa, że jedyna sztuka jest w Afryce, a reszta to gówno.
Podstawowy mój zamiar, jaki mną kierował przy pisaniu książki „Rock and roll, czyli podwójny nokaut” było pokazanie tej dla mnie oczywistej i w gruncie rzeczy bardzo prostej prawdy, że to, czego my akurat dziś lubimy słuchać, jest oczywiście ważne, jednak tylko dla nas i to dla nas w tym jednym bardzo szczególnym momencie. Jeśli bowiem będziemy próbować w jakiś cudowny sposób zsubiektywizować te dźwięki, to wyjdzie nam, że nawet my sami nie umiemy powiedzieć, dlaczego wybieramy to, a nie coś kompletnie innego. Proszę popatrzeć na mnie. Ja wczoraj zagrałem piosenkę Davida Graya, która wprawdzie bardzo mi się podoba, natomiast gdybym miał tu puścić dziś coś, czego słucham w tych dniach z prawdziwym wzruszeniem, to bym zapewne stracił natychmiast połowę czytelników. Ale jestem też pewien, że kiedy już mi przejdzie ten mrok, zacznę, tak jak moja najmłodsza córka, słuchać czegoś zupełnie innego, nawet może Justina Timberlake’a, albo Christiny Aguilery. Dlaczego? Bo ja bardzo muzykę lubię, nie umiem bez niej żyć i nie potrafię się nadziwić, jak wiele jej rodzajów jest wszędzie dookoła i jak niezwykle zdolni bywają ludzie, którzy ją tworzą.
Gdy chodzi o tytuł tej książki, oryginalny plan był taki, by ją nazwać: „Philthy Animal vs. Kylie Minogue, czyli podwójny nokaut” i żeby owo zestawienie w żaden sposób nie sugerowała, że ja mam zamiar z kogokolwiek szydzić. Wręcz przeciwnie. Sugestia miała być taka, ze to oni oboje nokautują, czy, jak to lubią mówić moje dzieci, rozwalają. Każdy na swojej scenie. Niestety, Gabriel uznał, że przekaz będzie niezrozumiały, a więc dla potencjalnych czytelników zniechęcający, no i owa moim zdaniem kapitalna myśl przeszła do rozdziału wstępnego. Przypomnę go tu dziś, wraz z zachętą, by każdy kto uważa, że muzyka to jego konik, ją sobie kupił i znalazł czas na odpowiednie refleksje. Oto odpowiedni link: http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut .
A jeśli ktoś się mnie zapyta, czemu ja tak jakoś ostatnio przygasłem, czy to faktycznie tylko przez ten upał i zbliżające się nieuchronnie moje 60 urodziny, to powiem, że owszem, to jest na pewno powód główny, no ale tak naprawdę zastanówmy się, o czym my tu dziś mamy rozmawiać? O tym, że Kopacz podczas wizyty u papieża Franciszka była rozczochrana i nawet jej do głowy nie przyszło, by czymś te kudły przykryć? A może mam się śmiać z Michała Kamińskiego i na dziesiątki sposobów miętosić przezwisko „Misiek”? A może zastanawiać się, czy poseł Zych zostanie nowym marszałkiem Sejmu? Przepraszam, ale może nie dziś, jeśli wolno.



Biorąc do ręki jakąkolwiek tak zwaną „książkę o zespołach”, możemy mieć pewność, że albo to będzie coś w rodzaju pracy encyklopedycznej, albo zbiór refleksji spisanych przez miłośnika tego czy owego, który lubi słuchać muzyki.
Jeśli encyklopedia, a więc historia życia i twórczości któregoś z artystów, sprawa jest prosta. Rzecz tylko w tym, gdzie jest więcej nieznanych wcześniej i bardziej pikantnych szczegółów. Jak idzie natomiast o pozycje już bardziej refleksyjne, a dotyczące jakiegoś jednego wykonawcy, lub określonego muzycznego gatunku, albo ewentualnie owej przestrzeni, którą się obserwuje gdzieś na pograniczu, między muzyką, a inną dowolną dziedziną kultury, czy w ogóle życiem, tu już mamy do czynienia najczęściej ze zwykłą tandetą, podpartą na dokrętkę przez jakiś strasznie mądry tytuł typu „Rock’n’roll a postmodernizm w sztukach plastycznych”.
Ta zresztą metoda stała się, mam wrażenie, szczególnie ostatnio, bardzo popularna. Rzecz w tym, że z jakiegoś niezbadanego przeze mnie do końca powodu, każda praca naukowa – i to już niezależnie od tematu – natychmiast awansuje o kilka poziomów, jeżeli tam z odpowiednią częstotliwością pojawi się nazwisko Raya Manzarka, czy Johna Lennona. Przychodzi jakiś docent z instytutu chemii któregoś z bardziej znanych uniwersytetów i wydaje książkę pod tytułem „Otrzymywanie cienkich warstw silseskwioksanowych na podłożach amorficznych metodą wiązki molekularnej”, a my wiemy na sto procent, że jeśli pierwsze zdanie tego dzieła będzie brzmiało: „Dlaczego Paul McCartney przechodząc przez Abbey Road, jest bez butów?”, jest duża szansa, że znajdą się chętni, by tę książkę czytać dalej, przynajmniej do momentu, aż się pojawi informacja o „Subterranean Homesck Blues” Dylana, no a poza tym – i kto wie, czy to nie jest w tym najważniejsze – większość z czytających natychmiast sobie pomyśli, że ten autor, to musi być naprawdę fajny gość.
Kiedy jeszcze sobie spokojnie studiowałem, najbardziej popularną osobą na całym wydziale, a kto wie, czy nie na uniwersytecie, był człowiek nazwiskiem Tadeusz Sławek. Kim był Sławek? Otóż był to zwykły najpierw magister, a potem doktor, wykładający literaturę angielską, ani mądrzejszy, ani głupszy od innych, ani bardziej sympatyczny, ani sympatyczny mniej, ani bardziej dowcipny, ani bardziej ponury – typowa uniwersytecka przeciętność. Jedyne, co go jednak odróżniało od reszty, to było to, że miał długie włosy, chodził przebrany za beatnika, i wciąż gadał o Lennonie i Doorsach. Poza tym pisał wiersze – podobnie jak on sam, ani lepsze, ani gorsze od tych, które pisali pewnie w tym samym czasie jego studenci i koledzy z wydziału – i te wiersze recytował w towarzystwie kontrabasu, na którym grał jego znajomy Bogdan Mizerski.
Kariera tego Sławka – kariera zresztą trwająca do dziś, już akurat w skali ogólnopolskiej – jest dla mnie czymś absolutnie niepojętym. I gdybym musiał się zdecydować na jakieś objaśnienie tego fenomenu, powiedziałbym jedno: on prawdopodobnie od samego początku, gdziekolwiek się pojawił w towarzystwie innych pracowników uniwersytetów, musiał wciąż gadać o tym Lennonie, i w ten sposób sobie odczarowywał wszelką drogę awansu. Czasem wydaje mi się, że nawet wtedy, gdy zostawał rektorem Uniwersytetu Śląskiego, w swojej aplikacji zamieścił tekst „Break On Through”, i to ostatecznie zaważyło. Oto potęga rock’n’rolla. Oto, co rock’n’roll potrafi, jeśli tylko wykazać odrobinę chytrości.
Książka, którą trzymamy w ręku, to książka o zespołach, jednak ani nie mająca ambicji faktograficznych, ani tym bardziej nie stanowiąca rozważań na tematy z muzyką nie mających wiele wspólnego, tyle że z owym nieustannym brzęczeniem w tle. Książka ta to książka, w sensie jak najbardziej ścisłym, o zespołach, przeznaczona dla tych, którzy to wszystko, co tu jest napisane, świetnie wiedzą, znakomicie znają, i może tylko chcieliby usłyszeć jeszcze jedną interpretację tych przecież oczywistości.
Książka ta to seria refleksji, których ambicją jest opisanie istotnych zjawisk muzycznych związanych z tak zwaną kulturą popularną, a w dużym stopniu skierowana też do tych, którzy są tak uzależnieni od swoich prywatnych upodobań i niechęci z jednej strony, a od zewnętrznej propagandy z drugiej, że nie są już w stanie obiektywnie ocenić tego, co miało być wybitne, a wybitnym z jakiegoś powodu nigdy się nie stało, ale też odwrotnie – tego, co na wielkość nigdy nie miało najmniejszych szans, a wielkie akurat jest, a jeśli my nie jesteśmy w stanie tego ocenić, to wyłącznie nasza wina. Nasza i tego okropnego nastawienia, gdzie wszystko traktujemy ściśle użytkowo, i nie jesteśmy w stanie zobaczyć, że za wszystkim stoi pojedynczy człowiek, z jego wielkością, ale też i małością.
Dopiero co, w Warszawie występował Paul McCartney, którego osobiście z wielu względów ani nie lubię, ani nie szanuję, ani też niezbyt chętnie słucham, ale który niewątpliwie jest jednym z największych autorów piosenek, jakiego wydała Ziemia, i takim już pozostanie. I oto czytam, jak gdzieś ktoś pisze, że Paul McCartney to gówno, choćby w porównaniu z takim Motorhead, których każda piosenka jest lepsza od całej tej beatlesowskiej nędzy.
Oto w sylwestrową noc na Times Square w Nowym Jorku występuje Justin Bieber, i w towarzystwie Carlosa Santany śpiewa „Let It Be” Beatlesów. I od razu na internetowych forach całego świata pojawiają się tabuny miłośników muzyki, a jednocześnie wrogów Justina Biebera, którzy piszą, że to prawdziwy skandal, że Bieber miał czelność śpiewać tak wspaniałą piosenkę, tak fatalnie ją fałszując. Mam nadzieje, że się rozumiemy. Oto przed nami staje Justin Bieber, jak by nie patrzeć, jeden z najbardziej utalentowanych współczesnych piosenkarzy pop, i okazuje się, że on fałszuje. A banda muzycznych specjalistów i rock’n’rollowych freaków ten fałsz oczywiście świetnie słyszy!
A więc ta książka też jest trochę i pisana z uwagi na te osoby. Z nadzieją, że może, przeczytawszy to co tu stoi jak byk, zrozumie, że z muzyką jest tak jak z każdą inną dziedziną życia. Na końcu zawsze stoi człowiek i to, co on zrobił z tymi swoimi talentami, a wokół niego słyszymy wciąż ów nieznośny skowyt okrutnej propagandy. Powinniśmy umieć to usłyszeć, zrozumieć i ocenić.
No a poza tym, to jest tylko, i aż muzyka, a więc coś, co zostało nam dane od Boga. Nie od Szatana. Od Boga. Powinniśmy jej strzec, i robić wszystko, by nam jej nie odebrano.


Na koniec jeszcze jeden Gray. A czemu by nie? No czemu?





sobota, 23 maja 2015

Van Morrison - człowiek z zastawioną duszą

Ponieważ, jak zawsze, kazali nam się zamknąć, nie pozostaje nic innego, ja sobie posłuchać piosenek. Ale zanim się zasłuchamy, proponuję jeden z rozdziałów swojej książki o muzyce. Van Morrison. Tylko i aż.


Robert Johnson urodził się w roku 1911, a zmarł w 1938. Oczywiście może się bardzo łatwo okazać, że te relacje wyglądają nieco inaczej, zwłaszcza jak idzie o rok urodzenia, kiedy to pies z kulawą nogą się faktem urodzin tego czarnucha nie przejął, ale mniej więcej tak to wyglądało. On się najpierw urodził, a po niespełna 30 latach wziął i umarł. Ktoś, kto go znał jeszcze zanim on został najwybitniejszym gitarzystą w historii bluesa i okolic, stwierdził po latach, że kiedy go spotkał po raz pierwszy, Johnson, owszem, bardzo dobrze grał na harmonijce, natomiast gitarzystą był „żałośnie złym”. No i niemal z dnia na dzień okazało się, ze ta ocena jest już nieaktualna. Niemal z dnia na dzień wyszło na to, że nie ma nigdzie nikogo, kto grałby na gitarze równie znakomicie, jak on.
Oczywiście znamy wszyscy, często jeszcze z czasów, kiedy rodzice czytali nam bajki, ów schemat, wedle którego żyje sobie gdzieś człowiek, pozbawiony jakichkolwiek talentów, gdy oto któregoś dnia spotyka Diabła, a ten za jego duszę daje mu wszystko to, czego mu najbardziej w życiu brakowało. Następnie człowiek ów przez ileś tam lat sobie tego czegoś poużywa, no a później umiera i bajka się kończy. Znamy tę historię, w dodatku we wszystkich możliwych konfiguracjach, a jeśli ktoś nam powie, że, owszem, ona jest niezła, ale w żaden sposób nie ma przełożenia na nasze życie codzienne, nawet nie mamy jak zaprotestować. A ja uważam, że życie i śmierć Roberta Johnsona jest tu argumentem wręcz fantastycznym.
Nie wiem, czy jest wielu artystów –obojętnie, czy to muzyków, pisarzy, czy malarzy – których sława byłaby tak bardzo, jak to ma miejsce w wypadku Roberta Johnsona, wypełniona legendą właśnie o tym, jak to on któregoś dnia spotkał na rozstaju dróg Szatana, ten mu obiecał, że za jego duszę sprawi, że on zostanie największym gitarzystą w historii, i Johnson tę ofertę przyjął. Możliwe, że to tu to tam, zwłaszcza oczywiście jak idzie o talenty wyjątkowe, ów cyrograf się pojawia, jednak jak idzie o Johnsona, nie ma takiej jego biografii, nie ma na jego temat pojedynczej notki, nie ma jednego wspomnienia, gdzie o tym rozstaju dróg by nie wspomniano. Robert Johnson w powszechnej pamięci pozostaje już zawsze kimś, kto sprzedał duszę Diabłu.
Eric Clapton wspominał kiedyś, że miał w swoim życiu okres, że kiedy spotykał człowieka, który nie wiedział, kim był Robert Johnson, on nie był w stanie dalej kontynuować znajomości; Keith Richards przyznał, że kiedy po raz pierwszy usłyszał Johnsona, zapytał, kto gra na tej drugiej gitarze; Robert Plant powiedział, że „wszyscy zawdzięczamy Johnsonowi nasze istnienie”, Jimi Page dyskretnie tematu Johnsona unikał, ale wystarczy posłuchać któregokolwiek utworu Led Zeppelin, by wiedzieć, w czym rzecz.
Robert Johnson przez te kilka lat, kiedy używał swojego przedziwnego talentu, nagrał 29 piosenek, i na tym zakończył. Dziś, wydawana wciąż od nowa, płyta z ową kolekcją uważana jest powszechnie za jeden z największych albumów w historii muzyki popularnej, a tamta, tak stara jak sama muzyka, legenda żyje w najlepsze. Któregoś dnia pewien, w najlepszym wypadku przeciętny, bluesowy muzyk i śpiewak spotkał Szatana i oddał mu swoją duszę, w zamian za co otrzymał ów niezwykły talent. A ja piszę te refleksje, i słucham, akurat nie Johnsona, ale Van Morrisona, i myślę o nim właśnie – o Van Morrisonie. Oto jego występ z grudnia 2008 roku gdzieś w Niemczech i wiadomość zupełnie porażająca: Van Morrison jest większy nie tylko od Roberta Johnsona, ale od wszystkiego, co kiedykolwiek było – od Jamesa Browna, od John Lee Hookera, od Led Zeppelin, od Hendrixa, Dylana… od wszystkich. Ten właśnie koncert pokazuje to bardzo jasno. A ja sobie myślę, że tu się dopiero musiało dziać.
A pomyśleć, że kiedyś, przed wielu, wielu laty, wszystko się sprowadzało do czegoś, co się nazywało Them i, owszem, miało tę swoją „Glorię”, ale poza tym, naprawdę niewiele więcej. Zaglądam do biografii Van Morrisona i czytam, jak to jego mama była Świadkiem Jehowy, a on jako dziecko regularnie chadzał z nią do tej ich Sali Królestwa na zebrania, i myślę, że to pewnie stąd polska wikipedia klasyfikuje jego muzykę, jako „rock chrześcijański”…
Ale ja już nie o tym. Nie o muzyce, która, jak już to zostało wspomniane – bez względu na to, czy stanowi rock chrześcijański, czy jakikolwiek inny – robi wrażenie szczególne. Otóż czytamy dalej, że w roku 2009 kobieta, którą on zatrudniał jako szefa 14 ze swoich firm, niejaka Gigi Lee, urodziła dziecko i na oficjalnej stronie artysty ogłosiła, co następuje: „Gigi i Van Morrison pragną ogłosić narodziny ich pierwszego syna, Vana, który przyszedł na świat 28 grudnia 2009 roku i jest podobny do swojego taty, jak dwie krople wody”. Morrison, który już wtedy był szczęśliwie żonaty z byłą modelką i lokalną celebrytką Michelle Rocca, w jednej chwili oświadczył, że informacja ta stanowi poważne nadużycie, a on tej Lee w życiu nawet nie widział.
Minął rok, i w styczniu 2011 roku dziecko umarło z powodu, jak to określono, komplikacji spowodowanych cukrzycą. Mniej więcej w tym samym czasie Lee zapadła na nowotwór gardła, i zamarła w październiku tego samego roku.
A skoro już jesteśmy przy plotkach, to zobaczmy też, co się działo po drugiej stronie prywatnego życia Van Morrisona. Otóż jego żona, Michelle Rocca, przez cały 2007 rok ścigała po sądach swojego byłego kochanka, Cathala Ryana, syna założyciela linii lotniczych Ryanair, za jakieś minione krzywdy, i wszystko się nagle skończyło w grudniu tego samego roku samobójczą śmiercią Cathala, jak głosi wieść, z powodu kłopotów finansowych.
Przyznaję, że ów plotkarski ton, który zdominował tę część naszych historii, jak by nie patrzeć, o zespołach przecież głównie, samego mnie trochę martwi. W końcu tu ani przez chwilę o to akurat nie chodziło. A jednak mamy te czarne rozdroża. I te nieprawdopodobne wręcz talenty. I te zobowiązania. No i znów ten pop. Jak zawsze. Wprost do jakiegoś horroru z Keanu Reevesem w roli głównej. Prawda?

Gdy chodzi o samą książkę, ona nosi bardzo, jak się okazuje, mylący tytuł „Rock and roll, czyli podwójny nokaut” i jest do nabycia za jedyne 25 złotych tu: http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut. Polecam.
A teraz już tylko słuchamy.


poniedziałek, 24 marca 2014

Jak się nie bać angielskiego listonosza, raz jeszcze

Zapowiadałem wprawdzie, że już nie będę nic pisał na temat książki o angielskim listonoszu, licząc na to, że to co napisałem dotychczas, wystarczy na tyle, by każdy zainteresowany resztę mógł sobie sprawdzić już indywidualnie. Jednak dziś z samego rana nasz kolega Gabriel Maciejewski poszedł na rozmowę do Radia Wnet, i zapytany w pewnym momencie o owego „listonosza”, niezależnie od komplementów, który sprawiły mi naturalną satysfakcję, powiedział, że książka ta opisuje problemy, z jakimi zmaga się w Polsce nauczyciel angielskiego i pokazuje, że język to jest coś, czego się nie trzeba bać, jednak z uwagi na ogólny temat owej rozmowy, tematu bardziej już nie rozwinął. A z mojego punktu widzenia, sprawa wymaga bezwzględnego wyjaśnienia, przynajmniej co do tego, o jakich problemach mówimy, jakim nauczycielu i czego dokładnie nie należy się bać i dlaczego.
Otóż pomysł na książkę, o której rozmawiamy oparty był na trzech podstawach. Przede wszystkim, tak jak każda z czterech poprzednich, ona ma przede wszystkim bawić i wzruszać. Czytamy książki, oglądamy filmy, słuchamy muzyki przede wszystkim po to, by się rozerwać i wzruszyć. Jeśli nie będzie nic ponad to, damy radę. Bez tej rozrywki natomiast i już bez tego wzruszenia, nie ma się w ogóle co napinać, i z jednej i z drugiej strony.
Ponieważ jednak moje plany jako autora zakreślone zawsze były znacznie szerszej, zależało mi również, by ta książka – podobnie jak wszystkie wcześniejsze – dostarczyła czytelnikowi refleksji, jakich on w przestrzeni, która go otacza na co dzień nie znajdzie. I tu dochodzimy do punktu, o którym Gabriel w Radio Wnet niestety tylko wspomniał. Książka o tym, żeby się nie bać angielskiego listonosza, ma za zadanie każdego kto już ją przeczyta zostawić bogatszego o pewne ważne przemyślenia.
No i wreszcie – i tu mamy do czynienia z wymiarem zupełnie nowym – ona ma spełniać funkcje czysto praktyczną, a więc zwyczajnie i po prostu uczyć. Ponieważ jednak ten wymiar został już tu wielokrotnie i wystarczająco jasno opisany, o nim ani słowa więcej. Chciałbym natomiast szerzej opowiedzieć o wszystkich tych wspomnianych wcześniej pułapkach i sposobach ich uniknięcia. Otóż chodzi o to, że organizacja całego systemu nauczania języka angielskiego – na innych się nie znam – w Polsce i na świecie jest dziś oparta na jednym podstawowym założeniu: ucznia należy przywiązać do szkoły językowej, lub do korepetytora na możliwie najdłuższy czas, a najlepszym sposobem osiągnięcia tego celu jest zorganizowanie nauki w taki sposób, by on z jednej strony nigdy się tego języka nie nauczył, a z drugiej nie porzucił choć na moment przekonania, że ów brak wyników to wyłącznie jego wina i tego że się albo za mało, albo za krótko stara. Cel ów realizowany jest wspólnie na wszystkich zaangażowanych w cały proces frontach i w pewnym sensie przypomina klasyczną pętlę, która polega na tym, że nauczyciele, którzy jako ostatnie ogniwo owej pętli realizują dziś ów plan, są wykształceni przez system, którzy następnie sami tworzą. I to by właściwie zamykało całą sprawę, gdyby nie należało się nam wyjaśnienie, o jak dokładnie zbudowanym systemie mówimy. Otóż jest to system złożony ze szkół językowych i wydawnictw, których jedynym sensem bytu jest nieustanne stwarzanie i mnożenie potrzeb, i to zarówno skierowanych do wewnątrz, jak i na zewnątrz. Wszyscy ci, którzy już ów system finansują, są przy użyciu wszelkich, choćby najbardziej nieuczciwych zabiegów, zachęcani do tego, by z owego finansowania nie rezygnować, a ci co wciąż jeszcze pozostają na zewnątrz, przez zastosowanie równie perfidnych metod – a systematyczne obniżanie poziomu szkolnictwa publicznego jest tylko jedną z nich – zmuszani do tego by się przyłączyć.
Jak to wygląda w praktyce? Otóż bardzo prosto. Do obsługi ucznia wyznacza się nauczyciela kiepskiego, ale za to młodego i sympatycznego, najlepiej jeśli jest to ładna i wesoła dziewczyna, lub jakiś długowłosy, lekko zdziwaczały chłopak, który ze wszystkimi natychmiast przechodzi na ty, wyposaża ich w jeden z setek obecnie funkcjonujących na rynku podręcznik, których zadaniem nie jest skuteczne uczenie, lecz wyłącznie robienie dobrego wrażenia, a dalej już się tylko pilnuje, by z każdym kolejnym rokiem sprzedać uczniowi kolejny, najlepiej jeśli wręczony przez nowego nauczyciela – równie ładnego czy ekstrawaganckiego, jak ten poprzedni, tyle że już nie tak zużytego.
I to jest właśnie system, który chciałem, i mam nadzieję, że bardzo dokładnie opisałem w książce o angielskim listonoszu, który wcale nie jest tak bardzo straszny. A żeby dowieść, jak to właśnie nie trzeba się go bać, znalazło się tam też kilka ściśle technicznie zorientowanych rozdziałów, które pokazują jakie to wszystko jest proste, jeśli tylko się skupimy na nauce, a nie na naiwnym i bezwolnym finansowaniu kolejnego biznesu.
I taka to jest ta książka, gdyby ktoś z nas jeszcze potrzebował się o to dopytywać. To jest coś co wynika prosto z zasady wyrażanej przy pomocy hasła przez wszystkie te lata tak już na wszystkie strony poobracanego, że dziś już nie przyjmowanego inaczej jak tylko z ironicznym przymrużeniem oka. Bardzo głupio i niesłusznie, bo cóż jest zasługującego na ironię w idei, że sztuka ma wzruszać, uczyć i wychowywać. Czyż nie?

A zatem, zachęcam serdecznie do kupowania książki o angielskim listonoszu, do nabycia na stronie www.coryllus.pl i wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

piątek, 21 marca 2014

Those Bloody Articles

Jak już informowaliśmy, książka o uczeniu języka angielskiego jest już do nabycia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl, i właściwie mógłbym na razie do niej specjalnie nie wracać, jednak z prywatnej korespondencji wnioskuję, że wiele osób wciąż nie do końca rozumie, o czym tak do końca ona jest. A zatem w odpowiedzi na wciąż pojawiające się prośby, by zamieścić tu na blogu choć jeden fragment traktujący o języku w sposób bardziej techniczny, postanowiłem dziś jeszcze zrezygnować z zajmowania się naszą codziennością i udostępnić ten jeden jeszcze rozdział. Na tym jednak koniec, bo w końcu jeśli mówię, że tę książkę warto mieć, to ani nie żartuję, ani tym bardziej nie kłamię. A 30 złotych plus przesyłka, to naprawdę nie majątek. Nawet nie koszt jednej prywatnej lekcji, z której i tak nigdy nic nie wyniknie.

Kiedy jeszcze pracowałem w szkole, i z różnych względów zależało mi, żeby bywać na organizowanych przez wydawnictwa imprezach, któregoś dnia udałem się na spotkanie ze współautorką podręcznikowej serii Masterclass, Kathy Gude – serii, co warto powiedzieć, ogólnie rzec biorąc bardzo dobrej. I oto w pewnym momencie pani Gude opowiedziała ciekawą historię. Otóż ona, oprócz tego, że wydaje te podręczniki, ma szereg różnych innych zajęć, wśród których jest też przeprowadzanie egzaminów na poziomie profficiency dla studentów z zagranicy, którzy z różnych względów przebywają na terenie Wielkiej Brytanii.
Gdyby ktoś nie wiedział, należy wyjaśnić, że poziom profficiency to jest poziom już bardzo, bardzo wysoki. Oczywiście on nigdy się nawet nie zbliży do tego, co możemy zaobserwować podczas tak zwanej Olimpiady Języka Angielskiego, przygotowywanej od lat wyłącznie przez jednego dziwnego człowieka nazwiskiem Krzyżanowski, niemniej jest to poziom, który w wielu punktach uważam za zbyt trudny nawet dla siebie. Egzamin na poziomie profficiency jest tak trudny, że ja, choćby przez to, że nie potrafię się skupić tak skutecznie, jak wtedy, kiedy byłem młodszy, bym go zwyczajnie przerżnął.
I oto pani Gude powiedziała nam, że, kiedy ona od lat już obserwuje poziom prezentowany przez osoby przystępujące do tego egzaminu, jest pod wrażeniem, a już pod wrażeniem szczególnym, jeśli mówimy o studentach z Polski. Polacy są wręcz fantastyczni. Jest tylko jeden problem. Otóż oni mogą wiedzieć wszystko, umieć wszystko, poruszać się swobodnie w każdych warunkach językowych, natomiast jednego nie potrafią się nauczyć za żadną cholerę. Przedimków mianowicie. Przedimki, to jest coś, czego Polacy pojąć nie są w stanie.
Kiedy ona to powiedziała, w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że to jest oczywiste: przedimki to jest coś tak trudnego, że z pewnego punktu widzenia, lepiej w ogóle do nich nie podchodzić. Ja do dziś pamiętam, i się tym szczycę, że zauważyłem błąd w użyciu przedimka u mojego kolegi Michała Dembińskiego, a więc londyńczyka przede wszystkim, a poza tym londyńczyka naprawdę wszechstronnie wykształconego. Po chwili jednak, kiedy tylko przypomniałem sobie, że tu akurat mamy do czynienia z ludźmi naprawdę świetnie językowo zaawansowanymi, na tyle świetnie, że przystępującymi z sukcesem do egzaminu profficiency, zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem problem w tym wypadku nie leży poza ową egzotycznością przedimka; czy przypadkiem nie jest tak, że naprawdę nie ma żadnego powodu, byśmy, skoro już mamy pewne ambicje i owe ambicje doprowadziły nas na pewien poziom kompetencji, nawet coś tak w istocie rzeczy trudnego jak przedimki, mogli jednak pokonać?
Na czym polega problem z owymi przedimkami? Otóż, tak jak to w życiu, na tym, że my w języku polskim czegoś takiego jak przedimki nie mamy. Próba ogarnięcia tego zjawiska, to jest mniej więcej coś takiego, jak próba poprawnego wymówienia słowa fall. Przez to, że w języku polskim „o” to jest „o”, „u” to jest „u”, a „a” to „a”, my się w ogóle nie musimy przejmować czymś tak absurdalnym, jak kwestia odpowiedniego otwierania ust po to tylko, by ten, do kogo się zwracamy, wiedział, o co nam chodzi. Inaczej jest, jeśli idzie o język angielski. Tam, bywa, że jeśli nie zrobimy odpowiedniego dziubka, pies z kulawą nogą nie zrozumie, co od niego chcemy. A zatem, fakt jest taki, że przeciętny Brytyjczyk, jeśli tylko uzna, że kontekst, jaki mu został przedstawiony, jest zbyt wąski, nigdy nie zgadnie, czy to cośmy chcieli powiedzieć to było full, fall, czy fool.
Z przedimkami jest może nie tak źle, jednak owa różnica nie jest wcale aż tak duża. Decyzja czy w odpowiednim miejscu wstawimy słówko a, the, czy ani to ani tamto, bywa niekiedy tak dramatycznie nierozwiązywalna, że wielu z nas najzwyczajniej w świecie rezygnuje z tej zabawy i nie wstawia albo nic, albo wstawia cokolwiek – najchętniej to, co mu akurat najlepiej „leży”.
Tymczasem mam wrażenie, że choć – powtórzę to raz jeszcze – ja naprawdę rozumiem rangę problemu, nie widzę żadnego powodu, by się tych przedimków bać aż tak bardzo. Tak jak to zwykle się dzieje w sytuacji, kiedy stajemy przed jakimkolwiek problemem, najważniejszą rzeczą jest uświadomienie sobie, na czym ów problem polega. Jeśli idzie o przedimki, nie jest problemem to, że wielu z nas uważa, że przedimek to jakaś odmiana rodzajnika (bo nazwa to tylko rodzaj umowy); nie jest też problemem to, że my nie wiemy, jaka jest różnica między the i a (bo to akurat na ogół wiemy); nie jest nawet problemem fakt, że wielu z nas nie wie, że a czy an, podobnie jak szwedzkie en czy ett oznacza „jeden”, a więc nie można ich używać w liczbie mnogiej, czy przed rzeczownikami niepoliczalnymi (bo tego, z kolei, można się łatwo dowiedzieć i zapamiętać). Problem polega na tym, że na pewnym poziomie zaawansowania jest Polakowi niezwykle trudno stwierdzić, czy w danym kontekście rzeczownik jest policzalny, czy niepoliczalny, a więc konsekwentnie, czy przed nim mamy postawić tak zwany indefinite article, czy stawiać nam go pod żadnym pozorem nie wolno. I nie łudźmy się – rzecz nie w tym, że my nie potrafimy pojąć różnicy między policzalnym, a nie policzalnym, bo to akurat są w stanie osiągnąć bardzo małe dzieci, ale w tym, że istnieje przestrzeń, gdzie owa policzalność i niepoliczalność jest tak płynna i niekiedy wręcz niezdefiniowana, że ktoś, dla kogo język angielski nie jest językiem pierwszym, staje niekiedy wobec tego bezradny.
Weźmy dla przykładu słowo knowledge. Czy knowledge jest policzalne, czy nie? A zatem, czy jeśli mówimy o wiedzy nieokreślonej, mamy przed nią prawo postawić przedimek a, czy stawiać nam go pod żadnym pozorem nie wolno? Otóż wszystko zależy od tego, co mamy na myśli, mówiąc „wiedza”? Czy chodzi nam o wiedzę, jako konkretną umiejętność, jak to się dzieje w przypadku znajomości języka, na przykład, czy może o wiedzę, jako ogólną mądrość? Albo niech to będzie słowo experience. O jakie to doświadczenie nam chodzi? Czy mówimy o doświadczeniu, jako o zdarzeniu, czy o doświadczeniu życiowym na przykład? To, wbrew pozorom jest z punktu widzenia gramatyki języka angielskiego, kwestia podstawowa, bo od tego zależy, czy na egzaminie profficency, organizowanym przez Kathy Gude i jej kolegów zrobimy błąd, czy nie.
Proszę choćby – jeśli już się mamy trzymać tego doświadczenia i tej wiedzy, a do tego na deser trochę rutyny – rzucić okiem na następujące zdanie:
I want … assistant with … knowledge of French and … experience in … office routine.
A skoro to już mamy zanalizowane, proszę przy okazji wykonać takie zadanie: “proszę w puste miejsca, o ile jest to konieczne, wstawić a(an), lub the”. Czy ktoś ma może ochotę na żarty?
To co przy tym jest być może najciekawsze, to fakt, że zdanie, które zacytowałem wyżej, pochodzi ze słynnego podręcznika Thomson (zakładając, że to kobieta) i Martineta (przyjmując że to mężczyzna), gdzie odpowiednie ćwiczenie oznaczone jest, jako „średniotrudne”. „Trudna” jest strona bierna, „trudne” są zdania warunkowe, „trudny” jest nawet ów unreal past, gdzie wszystko, od początku do końca jest budowane dokładnie tak samo, jak w języku polskim, i wystarczy to wiedzieć, żeby się nawet na tym nie zatrzymywać – przedimki Thomson i Martinet traktują, jako takie sobie.
Dlaczego zatem, ktoś spyta, ja twierdzę, że owych przedimków można się nauczyć? Otóż proszę przede wszystkim zwrócić uwagę na to, że ja przede wszystkim mówiłem o studentach naprawdę wybitnych, a poza tym miałem na myśli sytuacje bardzo ekstremalne – takie, jak właśnie mogliśmy zobaczyć w przykładzie z tą asystentką. A takich tak często znowu nie ma. W przeważającej większości sytuacji, w jakich przyjdzie nam się poruszać, wystarczy byśmy, jeśli idzie o te przedimki, mieli informacje podstawowe, a więc to, że the to znaczy „ten”, a, natomiast – jakiś; że a jest zawsze jedno, a więc nie może występować w liczbie mnogiej i gdy mówimy o powietrzu na przykład, czy papierze, czyli w odniesieniu do rzeczowników niepoliczalnych; no i może jeszcze, że nazwy statków są zawsze the, dolegliwości, takie jak przeziębienie, czy ból głowy, a, natomiast choroby piszemy bez przedimka.
Cała reszta, to już tak zwane koszta działalności. Nawet przeciętny Anglik, co już tu zostało powiedziane, może się pomylić.

Serdecznie proszę o wsparcie dla tego bloga. Albo przez kupowanie książki o angielskim listonoszu i innych (tuż obok), albo przez wspieranie nas pod podanym (też tu obok)numerem konta. Znaleźliśmy się w tych dniach - paradoksalnie, również przez tę książkę - na krawędzi, jakiej nie widzieliśmy dawno. Dziękuję za każdy gest.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...