Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kłamstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kłamstwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 maja 2025

Byłem Alfonsem

 

Wprawdzie wszystko wskazuje na to, że przekręt pod tytułem „Alfons Nawrocki” zdechnie jeszcze przed końcem tygodnia, zwłaszcza gdy oto dowiadujemy się, że warszawski ratusz, z zarządzenia Rafała Trzaskowskiego wsparł okrągłym milionem złotych lokalny projekt trudniący się sutenerstwem właśnie, ja bym jednak chciał już niemal rzutem na taśmę, dodać tu swoje trzy grosze, tym razem, bardziej dla zabawy, niż w próbie wyjaśnienia czegokolwiek.

Dla przypomnienia, oryginalnie ów sutenerski element pojawił się na początku kampanii, kiedy to okazało się, że Karol Nawrocki, jako jeszcze młody człowiek pracował w Grand Hotelu w Sopocie, jako ochroniarz, i któryś z tych oszustów przypomniał sobie, że przecież on, czy jego znajomi, ile razy podczas swoich wojaży po świecie potrzebowali kurwy, to szli albo do portiera, albo recepcjonisty, względnie właśnie członka ochrony hotelu, no i uznali, że tę wiedzę można by było z łatwością przenieść na toczącą się prezydencką kampanię.

Otóż ja ani przez chwilę nie wątpiłem w to, że w czasie gdy Karol Nawrocki pracował w Grand Hotelu, w mieście Donalda Tuska, Jacka Karnowskiego i wielu wielu innych niewiele mniej znaczących postaci politycznej bohemy i któryś z hotelowych gości zapytał go o dziewczyny, to ten się nie wykręcał i nie mówił, że nie wie, o co chodzi, tylko pokazywał palcem na bar, czy gdzie tam i tyle wszystkiego. Ktoś zapyta, skąd ja to wiem, a ja już chętnie wyjaśnię.

Jak niektórzy z nas wiedzą, przed wielu laty pracowałem w szkole, a przez to, że uczyłem języka angielskiego, to parę razy zdarzyło mi się pojechać z uczniami na wycieczkę do Wielkiej Brytanii. Za każdym razem odbywało się to tak samo. Wsiadaliśmy w Katowicach do autokaru, a następnie jechaliśmy na graniczne przejście do Słubic, skąd potem już dalej do Londynu. Jednego razu stało się tak, że dość późnym wieczorem już w samych Słubicach, autokar się zepsuł i to tak bardzo, że musieliśmy się zatrzymać na noc w hotelu. Poleźliśmy więc z tymi dziećmi na miejsce, usiedliśmy w holu i czekaliśmy aż pani z recepcji znajdzie dla nas odpowiednią liczbę pokoi. Dzieci jak to dzieci, znalazły sobie mnóstwo okazji, by uznać to co się stało za fantastyczną przygodę, a ja siedziałem, jednym okiem patrzyłem, żeby się za bardzo nie rozszalały, a drugim podziwiałem niezwykłą wprost poetykę słubickiego hotelu. Poza nami, ruchu praktycznie nie było, tylko od czasu do czasu wchodził jakiś świeży tirowiec, a za rogiem w restauracji na barowych stołkach z wielkimi dupami siedziały... tak, nie mylicie się Państwo, kurwy.

Powoli mijał czas, wreszcie dostaliśmy klucze, dzieci porozchodziły się do swoich pokoi, a ja za nimi również. Kiedy jednak zaszedłem już do siebie, nie mogłem nie dostrzec, że, choć w pokoju było dość czysto, a łóżko było prześcielone, to na poduszce jest lekkie wgłębienie i jakieś włosy. Zszedłem więc na dół do recepcji i poinformowałem o tym co zobaczyłem miłą dziewczynę z recepcji, a ona, biedaczka, powiedziała mi, że pań pokojowych już nie ma, ona jest tu zupełnie sama, i nie ma jak zostawić recepcji. Poprosiła mnie jednak, że gdybym zechciał wejść za ladę i przypilnować miejsca, to ona szybciutko pojedzie na górę i mi wszystko ładnie zmieni. A ja oczywiście powiedziałem, że czemu nie, i wlazłem za recepcję.

I oto, proszę sobie wyobrazić, już po chwili do holu wszedł umordowany długą jazdą jakiś kierowca i ruszył prosto na mnie z pytaniem: „Gdzie są dziewczyny?”, a ja, odpowiednio już zorientowany w geografii miejsca, uprzejmie pokazałem palcem za róg, i głośno i wyraźnie, z uśmiechem, powiedziałem: „Tam siedzą”. Pan z ciężarówki podziękował mi i zniknął. Reszta wieczoru, no i cała reszta wycieczki minęła już bez ekscesów.

Po co ja o tym dziś piszę? Odpowiedź, moim zdaniem, jest prosta i oczywista. Chciałem w ten sposób mianowicie wyrazić swoją solidarność z moim kandydatem Karolem Nawrockim, przyszłym prezydentem Polski i wezwać wszystkich ludzi dobrej woli i otwartych głów, do udziału w mojej akcji: Emerytowani Sutenerzy Wszystkich Krajów – Łączmy Się.





czwartek, 23 maja 2024

Gdy Szatan opuścił wioskę Michałów

 

       Nie wiem, czy mają Państwo jakiekolwiek wspomnienia związane z wioską o nazwie Michałów, ale podejrzewam, że nie. Obawiam się, choć tu moje wątpliwości są znacznie mniejsze, że również wielu z nas nie kojarzy nawet wydarzenia opisywanego niegdyś w mediach pod hasłem „Dzieci z Michałowa”. Dla przypomnienia więc wspomnę dziś, że ów Michałów zasłynął swego czasu z tego, że wedle doniesień liberalnych mediów, znajdujący się nad granicą polsko-białoruską ośrodek dla szturmujących naszą granicę nielegalnych imigrantów przyjął do siebie grupę kobiet i dzieci z Afryki, tylko po to by ich następnie, wywieźć  z powrotem do lasu na teren Białorusi i tam ich pozostawić, by zdechli. Sprawa „dzieci z Michałowa” – o kobietach jakoś szczególnie nie wspominano – była grzana przez długie tygodnie w oparach zarzutów pod adresem faszystowskiego polskiego rządu i bandy nazistów w mundurach polskich żołnierzy. Hasło „Gdzie są dzieci z Michałowa” oblepiało cały kraj, poczynając od ulic miast i miasteczek, a kończąc na Sejmie, a wszystko to codziennie było starannie relacjonowane przez polskojęzyczne media, i tak przez całe nieznośne tygodnie, by wreszcie umrzeć śmiercią naturalną.

       I oto dziś, proszę sobie wyobrazić, sprawa Michałowa i jego rzekomo zamęczonych przez reżim Kaczyńskiego dzieci wróciła – co ciekawe i przy okazji bardzo znamienne, przy powszechnym milczeniu mediów – ze spektakularnym przytupem. Jak się mianowicie dowiadujemy, po trzech latach od pamiętnej afery, władze zarządzanego przez polityków Platformy Obywatelskiej Michałowa postawiły poświęcony tamtym dzieciom pomnik, na którym obok dzieci mamy przedstawiony drut kolczasty i okrutnego funkcjonariusza straży granicznej, pomnik następnie przykryły odpowiednią płachtą i ogłosiły jego uroczyste odsłonięcie z udziałem okolicznych działaczy, z honorowym gościem w osobie prezydenta Białegostoku Tadeusza Truskolaskiego. I proszę sobie wyobrazić, kiedy już wszystko zmierzało do pięknego końca, który miał nam wszystkich przypomnieć zły czas pisowskiego nazizmu, nastąpił gwałtowny zwrot akcji. Otóż mianowicie sam Donald Tusk, w związku ze zbliżającymi się brukselskimi wyborami, udał się nad polsko-białoruską granicę, spotkał się ze służącymi tam bohatersko żołnierzami i ogłosił, że on i jego rząd, twardo i niezmiennie, wspierają polskie działania mające na celu obronę Polski i Europy przed napływem organizowanej przez Moskwę afrykańskiej dziczy. Śladem owego wystąpienia poszły lewicowo-liberalne media, za nimi popędziła ochoczo dotychczas plująca na polski mundur publiczna opinia, wiadomość o tym co się dzieje dotarła do Michałowa... i cała uroczystość została odwołana. Mało tego. Jak czytam, doszło wręcz do tego, że również przedstawiciele Michałowa udali się na granicę, by złozyć wyrazy szacunku obecnym na granicy żołnierzom i przeprosić ich za wciąż przykryty tą jakąś szmatą pomnik.

      Myślę o tym, co się wydarzyło, już nie tylko nawet w samym Michałowie i jego mackami sięgającymi aż do Białegostoku, ale w naszej Polsce, i nagle przypomina mi się niegdysiejsza odpowiedź, jakiej mi udzieliła niezapomniana śp. Zyta Gilowska, gdy ją zapytałem, czy jej zdaniem to co przed nami to zło, czy zwykła głupota. Oto, co mi ona odpowiedziała:

„Oczywiście ZŁO. Jest metafizyczne przecież. Zatem trwałe, energiczne i zdeterminowane. Głupota jest materialna, biologiczna, (może to jakaś plątanina przetok po wyrwie spowodowanej grzechem pierworodnym?). Głupota jest niby rozległa i rozlana, ale miękka i podatna na perswazję, a także na wytrwałe ostrzeżenia. Zło chętnie karmi głupotę – to jest fantastyczne narzędzie dla zła. Dlatego Kościół ustanowiony przez Chrystusa musi wypełniać misję nauczycielską, to jest zasadniczy cel Kościoła Powszechnego – zaraz po głoszeniu Dobrej Nowiny i udzielaniu Sakramentów. A tego właśnie ostatnio dramatycznie zabrakło. Straszny czas zaczął się praktycznie natychmiast po śmierci Jana Pawła II. Jakby puściły jakieś potężne hamulce. Trzeba się modlić i porządnie żyć. Nic więcej pojedynczy człowiek nie może zrobić, chyba że jest lewakiem albo innym postępowcem”.

        „Chyba  że jest lewakiem, czy postępowcem”. Wszystko to wciąż jest jak najbardziej aktualne. Może z jednym wyjątkiem: lewakiem, postępowcem i kimś kto już się tak przeraził ową bezkarnością, że stracił wszelką nadzieję. A zatem, nie traćmy jej. To zło zdechnie prędzej czy później, tak jak ten idiotyczny kawał kamienia postawiony przez bandę głupców gdzieś w maleńkim Michałowie.

  


piątek, 1 kwietnia 2022

Gdy nie wiedzą że kłamią

 

      Wspomniałem tu kiedyś pewne zdarzenie jeszcze z dość głębokiego PRL-u, kiedy to oglądaliśmy z moim śp. Tatą „Dziennik Telewizyjny” i ten w pewnym momencie zwrócił się do mnie z następującym pytaniem – pamiętam je do dziś słowo w słowo – „Powiedz mi, Krzysiek, czy on wie że on kłamie”.

       Zachwyciła mnie ta refleksja przede wszystkim przez jej niezwykłą wręcz prostotę, która mogła była wyjść wyłącznie z ust człowieka doskonale prostolinijnego, nie skażonego tym strasznym i tak powszechnym w dzisiejszym świecie przekonaniem, że tak naprawdę wszystko jest o wiele bardziej skomplikowane niż nam się wydaje, i wśród ludzi oświeconych nie ma miejsca na jakiekolwiek jednoznaczności. A jednocześnie jednak przeraziła, bo nagle sobie uświadomiłem, że tego się akurat nigdy nie dowiemy, bo ci kłamcy nigdy nam tego nie ujawnią, a my ani w ich oczach, ani w geście nie zobaczymy nic.

        Żyłem więc przez wszystkie kolejne lata, próbując bezskutecznie rozgryźć ową zagadkę, raz to wpadając w przekonanie, że owi kłamcy kłamią w głębokim przekonaniu, że mówią prawdę, a innym razem nagle przyłapując się na wierze, że to jednak wyłącznie cynizm, a skoro tak, to przed nimi jest jeszcze szansa na nawrócenie. A potem znów zwątpienie... i tak wszystko od nowa.

         I teraz, proszę sobie wyobrazić, stało się coś co sprawiło, że po raz pierwszy od wszystkich tych lat poczułem, że wiem i to wiem na pewno i ostatecznie. Otóż natychmiast po opublikowaniu przeze mnie tekstu na temat rodziny Schnepf, skontaktował się ze mną prywatnie jeden z powszechnie znanych polityków Platformy Obywatelskiej, by wyrazić oburzenie moją oceną moralnej kondycji w jakiej znajdują się zarówno żywi jak i martwi członkowie owej czarnej rodziny. W pierwszej chwili, przyznam uczciwie, poczułem satysfakcję, bo autentycznie ucieszyło mnie to, że tekst dla mnie bezwzględnie ważny, by nie powiedzieć, że ostatnio być może najważniejszy, wzbudził w owym polityku aż tak wielkie poruszenie, że nie mógł się powstrzymać przed tym, by się owym poruszeniem ze mną podzielić. Potem jednak sprawy potoczyły się tak niezwykłym torem, że zrobiło się już ani wesoło, ani nerwowo, ale zwyczajnie smutno i wreszcie przerażająco.

       Początek był przewidywalny, a więc zarzut, że ja nie mam prawa oceniać ludzi opierając swą ocenę na grzechach ich rodziców, a za nim też jeszcze bardziej oczywista moja odpowiedź, że ja nie oceniam ludzi po grzechach rodziców, a tym bardziej dziadków, a nawet po ich własnych grzechach, pod warunkiem że oni swoje grzechy odkupili, jak choćby miało to miejsce w przypadku św. Pawła, niewykluczone że swego czasu najgorszego z nich. Próbowałem sobie również radzić z kolejnym argumentem, że również w PiS-ie są politycy, których rodzice, czy dziadkowie wyrywali ludziom paznokcie, wyjaśniając że nie tylko wspomniany wcześniej św. Paweł zapewne robił rzeczy jeszcze straszniejsze od wyrywania paznokci, ale swoje musieli przejść także ci wszyscy co setkami rozrywali na strzępy nienarodzone dzieci, ale dzięki Bożej łasce odnaleźli odkupienie.

       Wszystko na nic. I, szczerze powiedziawszy, niczego więcej się nie spodziewałem. To co mnie natomiast od początku zastanawiało, to to, czemu ów straszny człowiek postanowił mnie na swój obraz ewangelizować, no i czy on to robił szczerze, czy w jakimś nieznanym mi brudnym celu. Ponieważ jednak owego celu nie potrafiłem sobie wyobrazić, uznałem że za tym musiało stać szczere przekonanie o swojej racji. No bo jaki sens jest brnąć w te kłamstwa, kiedy jesteśmy tylko my dwaj i przed nikim nie można się popisać i zyskać jakieś polityczne punkty. Mimo to nie kończyłem rozmowy, wierząc że on mnie zaledwie chce oszukać i chcąc mu pokazać, że się nie dam. No ale czy tam było jakiekolwiek kłamstwo, poza szczerze wyrażoną opinią? No nie. Jednak po dwóch dniach – tak, tak, ta rozmowa trwała dwa dni – nastąpił autentyczny hit. Oto w momencie gdy rozmowa zeszła na temat rzekomego odwiecznego sojuszu Prawa i Sprawiedliwości z Putinem, może nie bezpośredniego, ale przez poparcie dla premiera Orbana, wysłałem mojemu rozmówcy kilka zdjęć na których z Putinem, czy ministrem Ławrowem ściskają się Donald Tusk, Radek Sikorski i cały wahlarz polityków unijnych i poprosiłem o chociaż jedno zdjęcie, na którym kiedykolwiek w najnowszej historii Polski Jarosław Kaczyński, Mateusz Morawiecki, Andrzej Duda pokazał się w ich towarzystwie. Jedno. Choćby jedno.

        I tu, proszę sobie wyobrazić najpierw otrzymałem informację, że tego jest całe mnóstwo, a jako dowód dokładnie pięć zdjęć. Najpierw zatem popularny w Sieci swego czasu fejk z Morawieckim szczerzącym się do Putina, zdjęcie Morawieckiego z Marie LePen, Morawieckiego z Orbanem i premierem Włoch, ministra Raua spotykającego się z Ławrowem w ramach misji OBWE, tuż przed napaścią Rosji na Ukrainę, oraz (sic!) zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego z synem Leopolda Tyrmanda, z adnotacją że to akurat jest najlepsze, oraz informację, że gdzieś jest jeszcze zdjęcie jak Jarosław Kaczyński całuje w rękę Radka Sikorskiego.

        Kiedy poinformowałem mojego nieszczęśnika, że wszystkie te zdjęcia może wsadzić sobie w nos, to pojawił się dowód w postaci starego jak świat filmiku, jak premier Kaczyński witając się ze swoimi ministrami, zagapia się, jak to on, i uznając że ma przed sobą którąś z kobiet, pochyla się nad dłonią Sikorskiego – wówczas jeszcze ministra w rządzie Prawa i Sprawiedliwości – i wykonuje przez chwilę ruch jakby chciał Sikorskiego pocałować w rękę.

        I w tym momencie – podkreślam, że jeden z ważniejszych polityków Platformy Obywatelskiej – uwaga! uwaga! – poprawia się i stwierdza, że na tym filmie to chyba jednak nie jest Jarosław, ale Lech Kaczyński. I to jest z mojego punktu widzenia koniec jakiejkolwiek dyskusji, a przy okazji jakichkolwiek naszych rozterek. Otóż nie dość że mamy przed sobą ludzi, którzy kłamiąc jak bure suki, są głęboko przekonani, że wszystko co mówią to święta prawda, to w dodatku są tak straszliwie w tym swoim obłędzie nieprzytommni, że są gotowi uwierzyć, że Lech Kaczyński był premierem w rządzie, w którym ministrem był Radosław Sikorski, a z tego wszystkiego jedyny sprawiedliwy to Sikorski.

       A jaką informację to wszystko niesie dla nas? Otóż, jak już wcześniej wspomniałem, niewesołą. Problem bowiem w tym, że oni nie wiedzą, że kłamią. A skoro nie wiedzą, to wszyscy ci co na co dzień przyjmują ich kłamstwa, czyli nasi braci, siostry, matki, ojcowie, szwagrowie i zwykli znajomi, z któymi od czasu do czasu politycznie się ścieramy, są tym bardziej szczerze przekonani, że to wszystko co im się wydaje, to fakty.  A skoro fakty, to znaczy, że oni wszyscy, nawet gdy im się na talerzu przyniesie po stokroć potwierdzoną prawdę i podstawi się ją pod sam nos, to nie uwierzą. Żaden z nich nie uwierzy. Będą do końca świata żyli w kłamstwie, a my musimy się z tym pogodzić. Bo jak było napisane: „Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby ktoś z umarłych powstał, nie uwierzą”.

       A ja mam dziś dzień szczególny. Po tych wszystkich latach, które minęły od owego niezwykłego pytania mojego Ojca, czy on, Krzysiek, wie że on kłamie, ja mam wreszcie na nie odpowiedź: Oni nie wiedzą że kłamią. Oni są najzwyczajniej w świecie opętani. I to opętani na dobre. To jest koniec.



 

poniedziałek, 10 maja 2021

O kłamstwie na służbie postępu

 

Gdy chodzi o mnie, to ja wciąż żyję omawianym tu już ledwie co wystąpieniem Rafała Trzaskowskiego w kwestii jego zasług na polu walki z pandemią koronawirusa. Rzecz w tym, że moim zdaniem, to co on w swej bezdennej głupocie uczynił, stanowi dla nas wszystkich znakomitą sposobność do tego, by owego dziwnego człowieka usunąć raz na zawsze z powierzchni politycznej sceny, byle byśmy tylko zechcieli zastosować już  od dawna znaną i jak najbardziej sprawdzoną metodę wdeptywania w ziemię przeciwnika; swoją drogą metodę wymyśloną i wprowadzoną do użytku przez macierzystą partię rzeczonego Trzaskowskiego. By pokazać na czym owa metoda konkretnie polega, pragnę przypomnieć swój dawny już bardzo, bo jeszcze z roku 2011 tekst, dotyczący kompletnie innej sprawy, ale jakże wciąż bliskiej. Bardzo proszę

 

 

 

       Ponieważ atmosfera weekendu wpływa na nas otępiająco, w pewnym momencie nasz pobyt przed telewizorem przybrał wymiar ekstremalny. A mówiąc ekstremalny, nie mam na myśli ani programu „Babilon”, ani nawet Zbigniewa Hołdysa na śniadaniu u swoich kolegów mistrzów, lecz zupełnie inną stację i zupełnie inny program. Program o tym, jak się odtuczyć o 100 kilogramów w 12 miesięcy, i jak się ubierać, żeby było ładnie, a nie paskudnie. W pewnym momencie pojawiła się kobieta przedstawiona jako strażak, a informacja była taka, że ponieważ ona zawsze marzyła o tym, by być supermanem, nie dość, że ubiera się jak mężczyzna, to jak mężczyzna, któremu nie zależy na wyglądzie. Ona wprawdzie mówiła, że tak jak jest, jest dobrze, a styl, który ona dla siebie wybrała, pozwala jej czuć się ze sobą wygodnie, jednak specjaliści od prezencji powiedzieli, że tak dalej być nie może. Zwłaszcza gdy ona czasami, kiedy idzie gdzieś wieczorem, zakłada na siebie kobiece ciuchy, w których niestety wygląda „jak kelnerka”. Właśnie tak. „Jak kelnerka”.

       Żeby udowodnić, że jest tak jak to zostało określone, pokazano zdjęcie tej pani w jakiejś sukience i poinformowano nas, że to jest ów ohydny strój kelnerki. Otóż ja się na strojach nie znam i, szczerze powiedziawszy, o ile nie mam przed sobą wspomnianego już Zbigniewa Hołdysa, nie bardzo się tym wymiarem rzeczywistości przejmuję, natomiast kwestia kelnerska mnie tu bardzo zainteresowała. A to z tego mianowicie powodu, że sobie pomyślałem, że gdyby ta pani była na przykład posłem Platformy Obywatelskiej i któryś z posłów PiS-u powiedział, że ona wygląda jak kelnerka, to z tego zrobiłoby się takie piekło, że 9 października nie trzeba by było nawet organizować wyborów do Sejmu, bo ich wynik zostałby ustalony w drodze aklamacji. I to piekło absolutnie nie w obronie tej pani, lecz w obronie kelnerek i kelnerów, którzy właśnie zostały publicznie obrażone. Jestem absolutnie pewien, że już na drugi dzień na Facebooku pojawiłaby się nowa grupa zatytułowana „Jestem kelnerem”, która w ciągu zaledwie paru godzin zarejestrowałaby 100 tys. odwiedzin, a cały kolejny tydzień wypełniłby się demonstracjami kipiących oburzeniem osób przebranych za kelnerów. Donald Tusk na specjalnej konferencji prasowej oświadczyłby, że on zawsze marzył by być kelnerem i jeszcze jako student historii podczas każdych wakacji pracował jako kelner, natomiast telewizja TVN24 dzień w dzień wysyłałaby na ulicę swoich reporterów, by przepytywali ludzi odnośnie szacunku, jaki oni czują do zawodu kelnera.

      Skąd ja to wszystko wiem? Wbrew pozorom, wcale nie przez owo najświeższe doświadczenie w postaci akcji, jaką na doraźne polityczne zamówienie, reżimowe media rozpętały w tak zwanej obronie mieszkańców polskiej wsi. To oczywiście pewne znaczenie miało, choćby z tego względu, że trudno zlekceważyć sytuację, w której formacja kulturowa, która wręcz na swoich sztandarach wypisała pogardę dla wsi i dla jej mieszkańców, ni z tego ni z owego zaczyna się dławić z oburzenia, że ktoś miał czelność w debacie publicznej użyć słowa „chłopi”. Natomiast obserwację propagandowych manewrów Systemu można skutecznie prowadzić od wielu już lat, i to nawet nie na poziomie jednego tylko kraju i środowiska, w taki sposób, by wiedzieć, że numer z obrażaniem, należy do bardzo starego repertuaru kłamców na całym świecie.

       Gdy idzie o starą Polskę, nie bardzo jest o czym mówić, bo tak naprawdę, każda wrogie słowo skierowane pod adresem czy to milicjanta, czy partyjnego urzędnika, obrażało lud pracujący miast i wsi, a zatem nas wszystkich. Oczywiście nikt w tę propagandę nie wierzył, jednak przekaz szedł wciąż ten sam: wróg milicjanta, to wróg Partii, a wróg Partii – to twój wróg. I również ten sam był zawsze cel. By między człowiekiem, a jego wrogiem uruchomić wieczny stan konfliktu. No ale to było dawno. Dziś wrogów wyłapuje się w sposób wybiórczy, zależny od sytuacji. Jarosław Kaczyński, na pytanie, czy podoba mu się pomysł, by można było głosować przez Internet, mówi, że mu się ten pomysł nie podoba, bo jakoś nie wypada, by tak poważny akt, jak wybory realizowany był przy piwku przed monitorem komputera. Natychmiast więc tworzy się obraz Kaczyńskiego, jako kogoś, kto nienawidzi internautów, jako pijaków i zboczeńców. Innym razem Ludwik Dorn wspomina coś o tak zwanych „wykształciuchach”, a więc ludziach, którzy wprawdzie zdobyli jakieś wykształcenie, ale nie bardzo wiedzą, co z tym wykształceniem zrobić. Natychmiast tworzy się obraz nie tylko Dorna, ale i całej reprezentowanej przez niego formacji, jako wroga ludzi wykształconych. Któregoś dnia Lech Kaczyński zwrócił się do jakiegoś agresywnego ulicznika przy pomocy epitetu „dziadu”, i do dziś ten dzień ciąży na jego pamięci, jako dzień, w którym Lech Kaczyński zademonstrował pogardę do prostego, a nie wykluczone, że i biednego, człowieka. Jarosław Kaczyński zasugerował, że nie jest dobrze jeśli dziecko jest wychowane przez ulicę, a nie przez rodziców – natychmiast okazuje się, że jest na odwrót. To ulica i podwórko stanowi wymagany standard. A sam Kaczyński jest pierwszym wrogiem bawiących się na podwórku dzieci. Ten sam Jarosław Kaczyński – w sumie, to bardzo ciekawe, że tylko on jest taki nieostrożny – zapytany o to, dlaczego, chcąc pokazać, jak drogie stało się nasze polskie życie, nie zdecydował się zrobić zakupów w sieci „Biedronka”, lecz wybrał zwykły sklep osiedlowy, odpowiedział, że „Biedronka”, jako oferta najtańsza, byłaby tu mało reprezentatywna, i w jednej chwili stał się wrogiem tanich sklepów i ludzi, którzy tam robią zakupy. Wszyscy pamiętamy bardzo dobrze, jak to nagle wszyscy, na czele z premierem Tuskiem, zaczęli deklarować, że oni na przykład kupują wyłącznie w „Biedronce”. W odróżnieniu od tego podleca – Kaczyńskiego. A tak zwana „sprawa śląska”, kiedy to pierwszy onanista III RP Marcin Meller, a za nim cała reszta wynajętych osobistości, nagle zaczęli deklarować narodowość śląską, tylko po to, by zaprotestować przeciwko słowom Jarosława Kaczyńskiego, określającym politykę na rzecz autonomii Śląska, jako antypolską? Można się już tylko zastanawiać, cóż to takiego się stało, że po swoim słynnym adresie do tych, co stoją tam, gdzie „stało ZOMO”, System nie uruchomił akcji w obronie zomowców pod hasłem „Wszyscy jesteśmy z ZOMO”.

      Wiemy natomiast, dlaczego, kiedy Zbigniew Hołdys określił Jarosława Kaczyńskiego epitetem „chuj”, na Facebooku, nie ruszyła akcja pod tytułem „Jestem chujem”. Dlatego mianowicie, że ten rodzaj zabawy stanowi żywioł Hołdysa właśnie i jego treserów, a nie ludzi normalnych.

       I oto nagle się okazuje, że, podobnie jak w wielu innych sytuacjach, i tu pomysł organizowania społeczeństwa przeciwko wspólnemu wrogowi, nie jest naszym polskim wynalazkiem. Całkiem niedawno mianowicie, dotarła do mnie informacja, że gdzieś w Kanadzie, szef miejscowej policji, zaniepokojony wzrostem motywowanych seksualnie napadów na młode kobiety, zwrócił się do nich z apelem, by spróbowały jednak nie ubierać się jak dziwki, bo w ten sposób prowokują niedobre zachowania u różnego rodzaju zboczeńców. Natychmiastową reakcją na te słowa stał się powszechny protest oburzonych kobiet – i to co w tym najciekawsze, nawet nie koniecznie tych, które bardzo lubią się ubierać jak dziwki, ale wszystkich kobiet z jakiegoś powodu dotkniętych tym apelem – mężczyzn, polityków i najróżniejszego typu społecznych aktywistów, zorganizowany pod hasłem: „Wszyscy jesteśmy kurwami”, a uwidoczniony w postaci demonstracji z udziałem przebranych za owe kurwy obywateli. A ja już tylko mogę się założyć, że ów nieostrożny policjant był politycznie związany z tamtejszą prawicą. Skąd to wiem? Przede wszystkim stąd, że gdyby to był „swój człowiek”, to przede wszystkim, jeśliby on już formułował jakieś apele, to o organizację białych marszów przeciwko przemocy, a najpewniej, wspólnie z paroma kolegami, założyłby jakąś dochodową fundację na rzecz popierania aborcji u ofiar gwałtów. No i, oczywiście, gdyby on był „naszym człowiekiem”, to jego sława nie dotarłaby aż do uszu delegatury Systemu w Polsce w osobie Wojciecha Orlińskiego, który nas o tym kanadyjskim faszyście zechciał poinformować.

       Podobnie zresztą, pies z kulawą nogą by nie usłyszał o niedawnym „skandalicznym ataku na polską wieś”, a nasi prawicowi publicyści nie mieliby szans popisywać się swoim obiektywizmem i umiarkowaniem w ocenach, gdyby słowa o zbaraniałym chłopstwie, z jakiegoś powodu – a przecież, jak wiemy, powodów by się znalazło wiele – wypowiedział taki na przykład Donald Tusk. W końcu mieliśmy okazję tego typu wydarzenia ćwiczyć wielokrotnie, choćby gdy chodzi o starsze panie w moherowych beretach, czy dowodów osobistych naszych babć, i zawsze się okazywało, że w kwestii tworzenia społecznej nienawiści, kierunek jest wciąż ten sam. Bo taka właśnie jest podstawowa metoda prowadzenia antydemokratycznych kampanii wszędzie, od początku świata. Ma ona nawet swoją nazwę: „Dziel i rządź”.

      Zbliżają się wybory i wszyscy mamy nadzieję, że wreszcie uda się nam tak zorganizować, by tę bandę pasożytów odsunąć od władzy. Jednak nie łudźmy się, że wraz z upadkiem tego rządu to całe kłamstwo nagle się skończy. Że stanie się coś co je ostatecznie skompromituje i unicestwi. Ono bowiem jest wieczne, tak jak wieczna jest ludzka zgoda na służenie złu, pod warunkiem, że owo zło wskaże nam wroga. Dziś musimy to zło odsunąć od władzy, ale i tu nie miejmy złudzeń. Ono nawet pozbawione bezpośredniego wpływu, będzie atakowało, i to atakowało jeszcze energiczniej i w sposób jeszcze bardziej przemyślany. I wreszcie dojdzie do tego, że my będziemy stali tu na tej naszej ubitej ziemi, a wokół nas będą się gromadziły coraz to nowe grupy tych, którzy rzekomo powinni się przez nas czuć zagrożeni: inteligencja, wieś, biedota, ludzie zamożni, ludzie wierzący, ateiści, robotnicy, studenci, nauczyciele, Ślązacy, Kaszubi, Górale, a po nich przestępcy, zboczeńcy, stara komuna, nowe służby, byli zomowcy… Każdy będzie mógł zostać ofiarą faszystowskiej prawicy, i w ten sposób dołączyć do sił europejskiego postępu.

       A nam pozostanie, jak zawsze zresztą, stać, pamiętać i uważnie obserwować, co się wokół nas dzieje. Stać wiernie, a jak się da, to iść.

 


sobota, 10 kwietnia 2021

Bo nasze memy są czerwone

 

        Wśród wielu niespodzianek, jakie nam przyniosły lata 90 i początek tak zwanej „wolności”, było pojawienie się nowego fetysza dla ludu, tak celnie określonego przez kogoś słowami „duże kolorowe zdjęcie i celny podpis”. A ja dziś, kiedy zastanawiam się nad latami, które nam niepostrzeżenie minęły, myślę sobie, że owo wspomniane zdjęcie plus celny podpis stanowiły podstawę tak dobrze znanego nam dziś politycznego mema, który, jak już wszyscy się chyba zgadzamy, niszczy nas w sposób bezprzykładny. Gdy mówię o niszczeniu, mam przede wszystkim na myśli Internet, a tam na pierwszym oczywiście miejscu niesławny Sok z Buraka. Przez brak osobistych doświadczeń, moje kompetencje są tu mocno ograniczone, jednak  wydaje mi się, że dzięki samej obserwacji okolic, mogę śmiało stwierdzić, że absolutną podstawą działalności owego Soku z Buraka jest produkcja memów; nie hejtu, jak twierdzi część komentatorów, ale właśnie memów, czasem, owszem, przepełnionych nienawiścią, ale przede wszystkim kłamstwem. I to kłamstwem o tyle szczególnym, że często nie bezpośrednim, ale takim, które się dopiero ma narodzić. I to uważam za największe zło, jakie stworzyła sama koncepcja memu i sposób, w jaki on został wykorzystany w wojnie politycznej, ideologicznej i kulturowej.

        O co chodzi? O to mianowicie, że jeśli opublikuje się zdjęcie dajmy na to Magdy Ogórek oraz podpis „Pilne!!! Magdalena Ogórek współczuje księżom. Trauma księży w czasie seksu z dzieckiem jest większa niż ofiary. Bardzo często nie mają wytrysku i jest to ból psychiczny”, to w sposób oczywisty mamy do czynienia z nomen omen burackim żartem, ale w efekcie zwykłym kłamstwem, skierowanym do ludzi na tyle prymitywnych, by w ten absurd skutecznie uwierzyli. Ktoś powie, że nie, że ludzi tak głupich nie ma. Nieprawda. Niedawno na Facebooku opublikowano zdjęcie grupy biskupów w uroczystych strojach, do których bardzo profesjonalnie doklejono znaki firmowe Coca-Coli, TVP, Orlenu, czy PGE. I czy ktoś może myśli, że ów żart został potraktowany jako żart? Mowy nie ma. Ogromna większość komentatorów uznała, że Kościół w swojej pazerności rzeczywiście sprzedaje się wielkim koncernom.  

        Pora może na wyjaśnienie, po co ja w ogóle o tym piszę. Otóż z prawdziwym smutkiem obserwuję, że pomysł prowadzenia kampanii propagandowej przy pomocy memów, z dużym entuzjazmem został przyjęty również po prawej stronie Internetu. I powiem zupełnie szczerze, że zastosowane metody często niczym się nie różnią od tych, opisanych wcześniej. I choć tu też – w opinii twórców oraz sympatyków owej zabawy – nie mamy do czynienia ani z nienawiścią, ani z kłamstwem, ani z pogardą, ale wyłącznie z dobrym żartem, efektem jest wyłącznie kłamstwo, kłamstwo bezczelne i co najgorsze, nadzwyczaj skuteczne, bo żerujące na najniższych ludzkich instynktach oraz zwykłej ludzkiej głupocie. Wszędzie, i tu i tam, takiej samej. Dlatego mam apel do animatorów i sympatyków owej zabawy: bywa że wasz psikus ma kolor krwi.



środa, 31 marca 2021

Ósme: Nie wierz fałszywemu świadectwu

 

 Gdybym miał przedstawić listę tak zwanych „tagów”, którymi przez minione 13 już lat oznaczam te teksty, myślę, że na pierwszym miejscu bezdyskusyjnie znalazłoby się słowo „kłamstwo”. I jakoś mnie to nie dziwi. Wprawdzie można by sądzić, że tego dziś wylewa się z każdej dziury tyle, że wszystko co było wcześniej to żart, ale wydaje się, że jedyna różnica polega na tym, że ono stało się zaledwie bardziej bezczelne, na zasadzie: „No dobrze, kłamiemy, i co z tego?”, ale gdy chodzi o ilość, wszystko pozostaje na tym samym poziomie. Jeszcze w roku 2008 napisałem tekst o tym jak to źle jest wierzyć w kłamstwo i myślę, że właśnie dziś – tym bardziej wobec wspomnianej bezczelności – przyda nam się go przypomnieć. Bardzo proszę.

 

      Kiedy Bob Dylan - poeta, muzyk, kompozytor, pieśniarz - występował po raz pierwszy na słynnym festiwalu w Newport, miał zaledwie 22 lata. Był jedynym artystą tam występującym, który śpiewał wyłącznie swoje piosenki. Przyjechał tam, stanął wśród największych z wielkich, i najzwyczajniej w świecie ukradł im show. To tam, Johnny Cash zaprosił go do siebie i dał mu swoją gitarę. To tam, zaledwie dwa lata później, wiedząc, że ta jego wielkość rozwija się tak dramatycznie, że jeśli nie dokona jakiegoś spektakularnego zwrotu, za parę lat zostanie tylko wspomnieniem, legendą, jak Joan Baez, czy Pete Seeger, czy - jak się po latach okazało - wielu, wielu innych, machnął ręką na cały ten lokalny styl i zaczął grać Like A Rolling Stone na gitarze elektrycznej. Właśnie w roku 1965, podczas koncertu Dylana i jego zespołu w Manchesterze, w pewnym momencie, siedzący na sali niejaki John Cordwell wrzasnął do Dylana: „Judasz!!! Nigdy więcej nie będę cię słuchał!" Na nagraniach, które dokumentują ten koncert, słychać, jak Dylan odpowiada mu: „Nie wierzę ci. Jesteś kłamcą!" A po chwili do zespołu: „Grajcie, kurwa, głośno!"

      Zdarzenie to, sprzed ponad już 40 lat, wciąż zadziwia, wciąż jest wspominane, stało się już swego rodzaju legendą. A ja się wciąż zastanawiam, kto wtedy kłamał? Ten Cordwell, kiedy zarzucał Dylanowi, że zdradził, czy może Dylan, kiedy oskarżał Cordwella o kłamstwo. Oczywiście nie da się na to pytanie odpowiedzieć w sposób rozstrzygający, bo z punktu widzenia Cordwella, Dylan rzeczywiście zdradził. Zdradził nie tylko jego, ale wielu, wielu innych, dla których to, co Dylan zaproponował, to było zwykłe, czyste oszustwo. Z drugiej strony, kiedy Dylan krzyczał do Cordwella, że jest kłamcą, miał też bezwzględnie rację, choćby pod tym względem, że na sto procent, Cordwell nigdy nie przestał Dylana słuchać.

      Więc tu niestety, musimy pozostać w sytuacji nierozstrzygniętej. Możemy jednak pokusić się o pewną refleksję nieco obok tego zdarzenia. Otóż, nie ulega wątpliwości, że ten spór, jaki miał miejsce w roku 1965 w Manchester Free Trade Hall, jest już jednym z ostatnich czystych, prostych i zupełnie nie wyrafinowanych przypadków, kiedy kłamstwo operuje na poziomie relacji człowiek-człowiek. W roku 1965, już od wielu, wielu lat, był w najpełniejszym rozkwicie cały przemysł produkujący kłamstwo na skalę nieporównywalnie większą, niż to, do czego przyzwyczaiła nas tradycja. Minęły już dziesiątki lat od czasu, gdy sytuacja, w której sąsiad okłamuje sąsiada, a uczeń koleżankę, brat siostrę, a mąż żonę stała się tak trywialna, że wręcz nie warta uwagi. Bo cóż to są za kłamstwa o tak marnej skali? O tak niewielkim stopniu szkodliwości i tak nieistotnym poziomie zła?

      Minęły kolejne lata i otóż co mamy? Mamy stan, który niektórzy określają pojęciem ‘kłamstwa totalnego'. Proszę zwrócić uwagę. Jeśli szukamy kłamstwa, to gdzie najprędzej je znajdziemy? Czy u nas w domu, czy w biurze, czy w szkole, czy na ulicy? Gdzie spotkamy prawdziwego kłamcę? Jeśli uczciwie się przyjrzeć, to wokół siebie, to może nam się uda znaleźć paru notorycznych kłamców, którzy kłamią ot tak, dla sportu. Ale nimi się i tak nikt nie przejmuje. Wszyscy traktują ich, jak wariatów i jeśli ktoś ich słucha, to głównie z braku lepszego zajęcia. Ktoś kogoś okłamie, bo chce ukryć jakiś drobny grzech, albo ponieważ jest mu z jakiegoś powodu wstyd, albo nie chce tego kogoś zranić, czy po prostu pragnie uniknąć kłótni. Owszem, zdarzy się, ze spotkamy na swojej drodze prawdziwego oszusta, który chce nam sprzedać coś bezwartościowego, albo pozbawić nas czegoś cennego. No ale to są peryferie. To jest zwykła patologia. Poza tym, żyjemy sobie obok siebie i jeśli czasem nam do głowy nie przyjdzie, że mamy kłopot z naszym bliźnim, to akurat nie z powodu tego, że jeden drugiego potrzebuje oszukać.

      A fakt pozostaje faktem - żyjemy w epoce kłamstwa totalnego, kłamstwa strasznego, kłamstwa które zabija. Od czasu kiedy wydano Dzieła Wybrane Lenina, Hitler napisał Mein Kampf, a Komitet Centralny Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii Bolszewików w roku 1938 zredagował i zaaprobował swój słynny Krótki Kurs, świat poczynił wielkie postępy. Powstał prawdziwy rynek nie tylko ideologii. Wynaleziono najbardziej skuteczne sposoby zarabiania pieniędzy i ich efektywnego wydawania, wybudowano supermarkety, rozwinięto w sposób absolutnie mistrzowski system reklam, pokazano światu, co znaczy konsumpcja, i co znaczy prawdziwa oferta. Jeśli spróbujemy wyobrazić sobie współczesny świat w formie modelu, to z jednej strony zobaczymy tę właśnie ofertę, z drugiej już nie tyle człowieka, co konsumenta, a pomiędzy nimi pieniądz. A nad tym wszystkim, to, wspomniane już, totalne kłamstwo, które na wszystkich możliwych poziomach, absolutnie bezczelnie, z całkowicie odsłoniętą przyłbica, prowadzi swoją grę pod hasłem rozwoju i cywilizacji. Tam też - właśnie tam - stara się umieścić cała światowa polityka, ze swoimi obietnicami, swoimi planami, ze swoją ‘demokracją'.

      Byłoby mi jednak bardzo trudno zajmować się tu tym kłamstwem najwyższym, kłamstwem ledwo widocznym, kłamstwem-plazmą. Raz, że to jest faktycznie plazma, a dwa, że bardzo bym nie chciał uderzać w aż tak naciągniętą strunę. I tak obawiam się, że staję się tu zbyt patetyczny. Zajrzyjmy więc na ten poziom najniższy, bardzo przejrzysty, dostępny na wyciągniecie ręki. Spójrzmy na to kłamstwo, podane nam na tacy w swej pełnej okazałości, a jednocześnie tak nieprawdopodobnie niedookreślone i nieopisane. W telewizji oglądam reklamę, w której komputerowo rozmazane dziecko chce iść na mecz, ale mama mu mówi, ze „wygląda niewyraźnie", więc powinno zażyć rutinoscorbin. Dziecko zjada tabletkę, jego wizerunek komputerowo zostaje oczyszczony i chłopczyk może iść bezpiecznie na mecz. Oczywiście, każdy, choćby minimalnie rozsądny człowiek, doskonale wie, że jedyną reakcją na tę reklamę, powinno być jedynie ściszenie telewizora. A mimo to, kupujemy ten rutinoscorbin, trzymamy go w domowych apteczkach, aż minie obiecany termin ważności, i ani nam do głowy nie przyjdzie, że jesteśmy już tylko tak zwanym targetem.

      Filozof Kołakowski, w swoim mini-wykładzie o kłamstwie, o którym pisałem wczoraj , dzieli kłamstwo na dwa rodzaje: kłamstwo wprost i kłamstwo przez zatajenie. Ciekawy jestem, do jakiej kategorii zakwalifikowałby Kołakowski tę reklamę z rutinoscorbinem. Czy przemysł farmaceutyczny, kiedy wydaje ciężkie pieniądze na przekazanie nam informacji, że jeśli czujemy się ‘niewyraźnie', powinniśmy zażyć tabletkę rutinoscorbinu, i wtedy natychmiast poczujemy się ‘wyraźnie', robi to po to, żeby nas oszukać wprost, czy robiąc to, coś przed nami zataja?

      Czy jeśli onet.pl, pisząc o bramkarzu nazwiskiem Boruc, używa - ot tak, z rozpędu - stworzonego, między innymi, przez siebie, nazwiska-hasła Borubar, to z jakiego rodzaju kłamstwem mamy tu do czynienia? Czy to jest kłamstwo w dobrej sprawie, czy w sprawie złej? Czy to jest kłamstwo nałogowe, czy okazjonalne? Czy to jest kłamstwo wprost, czy kłamstwo przez zatajenie? I dalej - idąc tym samym tropem - jeśli założymy, że prezydent Kaczyński rzeczywiście się pomylił i faktycznie był przekonany, że Artur Boruc nazywa się Artur Borubar, to czy on kłamał? Czy tylko nie wiedział? Czy on chciał nas oszukać, czy tylko okazał się gapą, albo nawet i głupkiem?

      I odwrotnie, jeśli założymy, że Prezydent nie powiedział „Borubar", ale „Boruc bardzo", to czy onet.pl i ci wszyscy, wszyscy którzy od wielu długich miesięcy już ekscytują się tym Borubarem, kłamią wprost, czy coś ukrywają? I dlaczego to robią? Bo są ludźmi dobrymi, czy ludźmi złymi?

      W tym samym wczorajszym tekście wspomniałem o ministrze Sikorskim i jego zachowaniu na wspólnej konferencji prasowej z Donaldem Tuskiem i Prezydentem. Zasugerowałem, że mój zdrowy rozsądek i dotychczasowe doświadczenie, wskazują jednoznacznie na to, że Sikorski, gadając podczas wypowiedzi Prezydenta, nie tylko robił to celowo, ale miał w tym momencie bardzo złe intencje. Pewien internauta napisał mi, że Sikorski, w sposób absolutnie naturalny, nie mógł znieść ględzenia Prezydenta i gadał z nudów. I że to jego zachowanie jest całkowicie zrozumiałe, bo każdy wie, że Kaczyński jest nieznośny.

       I teraz ja bym bardzo chciał poznać odpowiedź na parę kwestii. Mianowicie, czy opisana przeze mnie sytuacja to tryumf kłamstwa, czy prawdy? Jeśli to co się działo przy tym konferencyjnym stole, to była prawda w całej swojej krasie, to co będziemy musieli uznać za kłamstwo? To może, że kilka lat temu Lech Kaczyński powiedział do jakiegoś natrętnego pijaczka: „Spieprzał dziadu"? Czy musimy uznać, że Kaczyński wówczas skłamał, a dziś Sikorski świadczył prawdę? Czy ów internauta kłamie, czy to jego okłamali? I czy jego okłamali wprost, czy przez zatajenie?

     I doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że - szczególnie ostatnio - moje problemy zaczynają się tam gdzie problemy wielu kończą. Ale co mam zrobić? Nagle wziąć jakieś tabletki na zgłupienie? Tego nawet współczesny przemysł farmaceutyczny nie zdążył na razie wymyślić. Ja mam już tak ustawioną wrażliwość, że absolutnie nie czuję niebezpieczeństwa związanego z kłamstwem powszednim. Mnie w ogóle nie martwi to, że okłamie mnie któryś z moich uczniów, czy któryś z moich kolegów, czy nawet któreś z moich dzieci. Ja wiem, że nawet jeśli oni mnie okłamią, to kłamstwo będzie tak niewinne i tak bez konsekwencji, że jedyny z nim kłopot będzie taki, że ktoś się będzie z niego musiał po prostu wyspowiadać. Ja nawet nie martwię się, ze przyjdzie do mnie jakiś oszust i mnie nabierze na parę złotych. No bo przede wszystkim pewnie nie przyjdzie, a nawet jeśli jakimś przypadkiem padnie na mnie, to co stracę? Dwadzieścia złotych na coś, czego nie zobaczę na oczy?

      Ja się boję kłamstwa totalnego, kłamstwa zorganizowanego, kłamstwa, które produkowane jest w zaciszu gabinetów. Ja się boję kłamstwa, o które prawdopodobnie nie do końca chodziło Panu Bogu, kiedy Mojżeszowi zsyłał tablice z przykazaniami. Którego, mam nieustanne wrażenie, Pan Bóg po prostu nie przewidział. Myślę tu na przykład o kłamstwie, z którym mamy do czynienia od paru tygodni. Kolejny już rok, rok po roku, kiedy w kościołach w całej Polsce trwa okres Adwentu, a świat organizuje tzw. okres przedświąteczny. Od końca listopada, ulice, place, supermarkety w całej Polsce zawalane są dekoracjami przedświątecznymi, tymi wszystkimi lampkami, Mikołajami, choinkami, tymi świątecznymi piosenkami, bałwankami, saniami, reniferami. A wszystko najwyraźniej po to, żeby - w ostatecznym efekcie - kiedy już przyjdzie ten dzień Bożego Narodzenia, nikt go nie zauważył. I żeby wreszcie przyszedł taki rok, kiedy Wigilia, Pasterka, kolędy, ten opłatek na stole, żeby to wszystko zostało skutecznie i ostatecznie przykryte przez to właśnie, opisywane przeze mnie, kłamstwo. Żeby jak najwięcej ludzi, najpierw kupiło sobie to co tam chcą, a później, jak już dostaną te kilka dni wolnego w pracy, pojechali za resztę pieniędzy gdzieś gdzie jest ciepło.

      Mam silne przekonanie, ze gdyby Pan Bóg dziś zszedł na Ziemię, w chmurze Swej Wielkości, żeby nam dać te dwie tablice, wszystko by zostało tak jak było wtedy, te wieki temu. Z jednym wyjątkiem. Ósmego przykazania w znanym nam brzmieniu by po prostu nie było, bo Dobry Bóg nawet by nie wiedział do kogo je adresować. Do smoka? Do plazmy? Do świata? Zamiast tych uwag o kłamaniu, pewnie znalazłby się nakaz skierowany prosto do nas: „Nie daj się oszukać fałszywemu świadectwu". A z dochowaniem tego przykazania - jestem pewien - mielibyśmy o wiele więcej kłopotu, niż z ósmym przykazaniem w aktualnym, tradycyjnym brzemieniu.

 



niedziela, 21 marca 2021

Czy Janusz Palikot zostanie ministrem propagandy w nowym Gabinecie Cieni

 

Dziś, mój najnowszy tekst przedstawiony w „Warszawskiej Gazecie”, który, jak sądzę, znakomicie uzupełnia to czym się tu w tych dniach zajmujemy. Zapraszam więc.

 

 

      Nie wiem jak czytelnicy „Warszawskiej Gazety”, ale gdy chodzi o mnie, to ostatnio odnoszę wrażenie, że cały atak opozycji koncentruje się już nie, jak dotychczas, na przedstawianiu kolejnych dowodów na to, że Prawo i Sprawiedliwość prowadzi Polskę do gospodarczego, kulturowego i cywilizacyjnego upadku, z którego nie będziemy już mieli możliwości się wydobyć, ale kolportowaniu drobnych, pozornie nieistotnych kłamstw, których liczba w pewnym momencie osiągnie taki poziom, że wyborcy prawicy zaczną wreszcie się zastanawiać, czy przypadkiem, nie popełnili oni w pewnym momencie jakiegoś błędu. Odnoszę wrażenie, że ktoś po tamtej stronie nagle uznał, że merytoryczna krytyka kolejnych działań rządu nie ma najmniejszego sensu, bo ona już dawno przestała na ludziach robić wrażenie, jako zbyt skomplikowana publicystycznie i tym samym zwyczajnie nieciekawa, i czymś znacznie skuteczniejszym będzie zarzucenie mediów serią dowolnie fałszywych informacji, które nawet jeśli zostaną natychmiast zweryfikowane, zaczną żyć własnym życiem, w głowach części obywateli się zalęgną i takie już tam zostaną.

     Stąd, mam wrażenie, zalew najpierw głównie internetowych plotek, powtarzanych, również w Internecie, przez aktywnych polityków opozycji, a następnie przenoszonych na oficjalne wystąpienia, gdzie jakiś Budka, czy Nitras zażądają zwołania specjalnego posiedzenia Sejmu. O jakich plotkach mówię? Otóż najróżniejszych: a to że ktoś na ręku Daniela Obajtka zauważył zegarek za pół miliona złotych, albo że właśnie się okazało, że Mateusz Morawiecki posiada kilka pałaców, których istnienie dotychczas utrzymywał w głębokiej tajemnicy, czy też że najnowsza kampania billboardowa na rzecz ochrony życia poczętego jest finansowana z budżetu państwa. To są jednak hity. Oni w zanadrzu mają też sprawy drobniejsze. Oto niedawno na swoim profilu na Twitterze senator Platformy Obywatelskiej Krzysztof Brejza zamieścił następującą informację:

„W ostatnim czasie na terenie Warszawy DZIEŃ W DZIEŃ kradzionych jest 20-30 samochodów (głównie marki japońskie). To największy wzrost kradzieży aut od wielu lat. Stołeczna policja zupełnie nie radzi sobie z tym problemem. No ale priorytetem-Żoliborz i pacyfikacja kobiet”.

Kłamstwo to niemal w jednej chwili zostało ujawnione przez dane Policji, która poinformowała, że wedle danych z tego roku, liczba kradzieży samochodów w Warszawie nigdy nie była tak niska, a dziś wynosi średnio 7 aut dziennie, co oczywiście nie zmienia faktu, że ów Brejza informacji tej ani nie usunął, ani nie sprostował i dziś ona żyje sobie własnych życiem ku uciesze przeciwników władzy.

A ja się wciąż zastanawiam, skąd ta nowa strategia i kto jest jej autorem. I oto, proszę sobie wyobrazić, właśnie usłyszałem, że owym pomysłodawcą jest dawno tu nie oglądany Janusz Palikot. To on przedstawił ów plan oparty na założeniu, że nic nie zadziała jak duże kolorowe zdjęcie i krótkie celne kłamstwo. Nie wiem, czy to prawda, ale jeśli oni osiągnęli ten poziom desperacji, że do propagandowej roboty postanowili wynająć Palikota, to możemy naprawdę patrzeć w przyszłość z nadzieją.




wtorek, 9 lutego 2021

Rudy ministrant, czyli o niewiedzy mlekiem i miodem płynącej

 

Jeszcze w roku 2008, z myślą o tym blogu napisałem tekst zatytułowany „Ach ta słodka ignorancja!”, w którym wyraziłem swoje rozczarowanie tym, jak bardzo wielu z nas tonie w dramatycznej wręcz niewiedzy na każdy praktycznie temat i jak bardzo każdego niemal dnia owa niewiedza rujnuje nas i nasz kraj. Od tego czasu minęły lata, a ja w tych dniach, podczas pewnej rozmowy, przyłapałem się na tym, że jak gdyby nigdy nic  zacząłem powtarzać niemal dosłownie to co wtedy pisałem, tyle że w odniesieniu do sytuacji już jak najbardziej obecnej. Przyszło więc mi do głowy, by kontynuując przypominanie wybranych tekstów sprzed lat, powrócić również do tamtej notki i po paru koniecznych choć drobnych modyfikacjach, przedstawić ją w wersji uwspółcześnionej. Bardzo proszę.

 

      Pewna pani któregoś dnia zajrzała do kościoła, gdzie akurat odprawiano Mszę Świętą i zdębiała. Z przerażeniem zauważyła, że jeden z ministrantów miał rude włosy, a to wywróciło do góry nogami całą jej wiedzę na temat świata. Kończyła szkoły, czytała gazety, oglądała telewizję, dyskutowała ze znajomymi, ludźmi tak samo jak ona wykształconymi i kulturalnymi, i zawsze wiedziała, że ministrant nie może być rudy. Dlaczego? To oczywiste: bo rudy był Judasz i z tego powodu katolicka doktryna nie dopuszcza do ołtarza rudych chłopców.

      Pani, o której mówię i tak jeszcze pozwoliła sobie na zdrowy odruch. Uznała, że jej dotychczasowe informacje mogły być nieścisłe, skonsultowała się z paroma znajomymi, i od tego intelektualnie urodzajnego dnia wiedziała, że ministrant, jak się okazuje, może jednak być rudy. A ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że gdyby na jej miejscu znalazła się większość uczestników toczącej się dziś w naszym kraju debaty, prawdopodobnie widząc rudego ministranta doszliby do wniosku, że albo to wina światła, albo że to jakiś dziwny kościół, albo „co z tego?”

      Choć zacząłem dzisiejszy felieton w tonie dość żartobliwym, sprawa jest jak najbardziej poważna, co gorsza wspomniana pani realnie istnieje, a opowiedziana historia jest jak najbardziej autentyczna. Rzecz w tym, że kiedy się obserwuje wspomnianą już przeze mnie debatę i przeżywa temperaturę sporu, nie sposób nie dostrzec, że ogromna część odpowiedzialności za kompletny intelektualny bałagan spoczywa właśnie na najzwyklejszej ludzkiej ignorancji. Kiedyś mawiało się, że wszyscy jesteśmy lekarzami; obecnie tę samą regułę można by odnieść do komentowania życia publicznego. Ktoś coś przeczytał, ktoś inny coś usłyszał, jeszcze ktoś coś sobie przypomniał i to wszystko wystarczy, żeby wszyscy ci specjaliści natychmiast włączali się do dowolnej dyskusji, czy to na temat aborcji, gospodarki, Kościoła, kary śmierci, czy oczywiście polityki.

       A każda nowa dyskusja tworzy natychmiast nową rzeczywistość, która zaczyna żyć własnym życiem i już nie sposób powstrzymać biegu zdarzeń. W ten sposób nagle okazuje się, że były kiedyś gdzieś jakieś wieśmaki i był też pewien pies o imieniu Saba, Lech Kaczyński myślał, że nasz bramkarz Boruc ma na nazwisko Borubar i że kiedyś Lech Wałęsa biegał po Sejmie z siekierą, żeby zniszczyć rząd Tadeusza Mazowieckiego, czy jakoś tak, nieco później rząd Macierewicza dokonał zamachu stanu, Jan Paweł II wprowadził przepis, że nienarodzone dzieci mają dusze, a Jarosław Kaczyński zdelegalizował związki partnerskie, choć obecnie jest szansa na zmianę, bo mamy wreszcie demokratycznie wybraną opozycję, która szanuje Konstytucję, różnorodność i w ogóle wszystko. I nie ma absolutnie żadnego sposobu, żeby powiedzieć: wiem, byłem, widziałem, jest tak i tak, bo oni również gdzieś już byli i coś już widzieli, a więc wiedzą, a nawet, jeśli nie wiedzą, to się domyślają, bo zdaje im się, że gdzieś coś czytali, albo ktoś im coś powiedział.

     Jak mówię, jest to sytuacja niewesoła, ale to co najbardziej przykre to fakt, że ten stan rzeczy jest z pewnego bardzo szczególnego punktu widzenia bardzo korzystny. Tak jak niewątpliwie są pewne interesy i środowiska, dla których lepiej jest, jeśli jak najwięcej obywateli sądzi, że ministrant nie może być rudy, a na przykład – zupełnie już z innej beczki – galerie handlowe są po to, żeby ludziom żyło się lżej i przyjemniej, są też grupy, w których interesie jest to, żeby jak najwięcej osób na temat tego co się w Polsce i na świecie dzieje, wiedziało jak najmniej. I w ogóle, żeby jak najwięcej ludzi wiedziało jak najmniej.

       Bo tylko w ten sposób można zapanować nad tą planszą i w miarę potrzeb, które przecież nieustannie się modyfikują, dokonywać odpowiednich posunięć dla osiągnięcia z każdą chwilą coraz bardziej pożądanych celów.

 


sobota, 29 sierpnia 2020

Czy Diabeł jest kłamcą?


Ponieważ niepostrzeżenie nadszedł weekend, to uznałem, że nic nie stoi na przeszkodzie, by zakończyć serię wspomnień i przedstawić mój najnowszy felieton dla "Warszawskiej Gazety". Wprawdzie trudno mu będzie konkurować choćby z wczorajszym tekstem księdza krakowiaka, ale z nim akurat konkurować w ogóle nie jest łatwo. A zatem zapraszam – Czy Diabeł to bezczelny kłamczuch?      

     Wraz z atakiem ideologii LGBT pojawiają się coraz częściej głosy powtarzające argument, że społeczna niechęć wobec osób „seksualnie nienormatywnych” prowadzi do tego, że wielu z nich popełnia z rozpaczy  samobójstwa. Gdy jednak przychodzi do przykładów, powracają trzy imiona: Dominik, Milo oraz Michał i sprowadzona do maksymalnego minimum historia o trzech homoseksualistach zaszczutych przez heteroseksualne społeczeństwo do punktu, gdzie jedynym rozwiązaniem okazała się śmierć.
      A choć ja oczywiście wiem, że śmierć jest kiepskim powodem do awantur, to chciałbym się tu jednak trochę poawanturować, z tego choćby względu, że każdy z tych przypadków to bezczelne oszustwo, używane przez wspomniane środowiska wyłącznie do autopromocji. Gdy chodzi o owego Dominika, to wedle słów jego matki, on nigdy nie miał jakichkolwiek skłonności homoseksualnych, a zaszczuty został, przy kompletnej bezczynności nauczycieli, podobnie jak wiele innych dzieci przed nim, przez swoich kolegów ze szkoły tylko za to, że był dzieckiem grzecznym i spokojnym.  Kolejny z nich był ciężko zaburzonym matematycznym geniuszem, który w pewnym momencie doszedł do wniosku, że nie jest ani mężczyzną, ani kobietą, ani w ogóle nikim, zmienił sobie imię na Milo, kazał na siebie mówić „coś”, w rezultacie czego popadł w tak ciężkie szaleństwo, że ostatecznie postanowił umrzeć. Co więcej, o żadnym szczuciu mowy być nie mogło, bo on przez kolejne lata przebywał wyłącznie w towarzystwie sobie podobnych, gdzie był traktowany jak bohater i jeśli mu było źle, to wyłącznie ze sobą. Homoseksualistą, owszem, był ów Michał, tyle że ten z kolei zatrudnił się jako model, jako model zaczął robić karierę, ale i to go nie uchroniło przed ciężką depresją, równie ciężkim uzależnieniem się od leków i ostatecznym samobójstwem.
        Proszę zatem zauważyć, że wśród owych trzech bohaterów tęczowej fali był zaledwie jeden gej, którego los nie był inny od losu wielu innych tego typu osób na całym świecie, włącznie z tymi, których ów świat nie dość że nie prześladował, to traktował jak bogów. A to jest aspekt, który mnie prowadzi do refleksji bardziej ogólnych, które wyraźnie wskazują, że oszustwo od samego początku stanowi pierwsza naturę owej perfidnej ideologii.
       Nie wiem, czy Czytelnicy „Warszawskiej” wiedzą, ale owa tęczowa flaga oryginalnie miała osiem kolorów, z różowym na samej górze. Kiedy ci, którzy całym tym biznesem od początku kręcili uznali, że tęcza z różowym paskiem to żadna tęcza, tylko jakiś żart, w dodatku ich kompromitujący, różowy pasek usunęli, a następnie, by jakoś zademonstrować swój sprzeciw wobec oczywistej symboliki chrześcijańskiej, usunęli kolor indygo, będący symbolem Zmartwychwstania i zostawili sobie ów kikut, przy wybranych przez siebie okazjach udający tęczę biblijną.
       To że wielu z tych co się wokół tego całego LGBT kręcą to zwykła ludzka patologia, to akurat świetnie wiemy. Dobrze jest też jednak pamiętać, że to jest banda ciężkich i cwanych nadzwyczaj oszustów.



piątek, 3 lipca 2020

O tym jak nam zamazali twarze


       Moje felietony, pisane już od ponad pięciu lat dla „Warszawskiej Gazety” – swoją drogą, przypominam, że jedynego medium, które nie dość, że zaproponowało mi współpracę, to jeszcze realizuje owo zaproszenie bez jakichkolwiek cenzorskich ingerencji, pozwalając mi bezkarnie głosić wszystko, co mi przyjdzie do głowy – mają to do siebie, że od samego początku zawierają dokładnie 444 słowa. Czemu tak? Otóż jest to kwestia całkowitego przypadku. Kiedy Piotr Bachurski po raz pierwszy do mnie napisał, wspomniał o felietonie na 400 do 500 słów, ja napisałem co napisałem, zmierzyłem długość, wyszło mi 444 i tak już zostało. Muszę się pochwalić, że od samego początku, owej granicy udało mi się nie przekroczyć ani w jedną ani w drugą stronę i radzę sobie z tym zupełnie dobrze. Wydaje się jednak, że w przypadku dzisiejszego tekstu, choć oczywiście oryginalnie on zawiera wspomniane 444 słowa, będę się musiał nieco rozpisać i przedstawić czytelnikom tego bloga wersję mocno rozszerzoną. Czemu? Bo sprawa jest absolutnie podstawowa i nie sądzę, żebym nawet i dziś cały temat odpowiednio zamknął.
       Otóż oryginalnie felieton ten pisałem w miniony poniedziałek, zaraz po pierwszej turze wyborów i właśnie w związku z tym akurat dniem, uznałem że mam do przekazania parę refleksji. Otóż, jak może część z nas wie, mieszkam w Katowicach, gdzie od zawsze grubo ponad połowa zainteresowanych polityką mieszkańców, przy każdej wyborczej okazji, regularnie stawia na któregoś z kandydatów tak zwanej III RP. Owo szaleństwo sięgnęło szczytu, gdy w roku 2015 w moim lokalu wyborczym Bronisław Komorowski w pierwszej turze wyborów uzyskał aż 64 procent głosów osób, których znam ze spacerów z psem, z uprzejmych pogaduszek w sklepie, czy wreszcie z kościoła.
      Próbowałem wielokrotnie ów problem rozgryźć i przez jakiś czas chodziła mi po głowie myśl, że prawdopodobnie większość z osób biorących udział w wyborach, o polityce nie ma pojęcia i całą swoją polityczną wiedzę opiera na informacjach pozyskanych od swoich znajomych. A to już jest coś, co z pewnością każdy z nas zdążył zaobserwować. Otóż ludzie którzy są nastawieni do Prawa i Sprawiedliwości najbardziej wrogo, to są jednocześnie te same osoby, które – nawet do tego nie zachęcani – swoimi politycznymi opiniami dzielą się najchętniej. Nie ma bowiem takiej możliwości, by którykolwiek z naszych choćby przelotnie znajomych, który nienawidzi PiS-u, przy pierwszej możliwej okazji nas o tym nie poinformował. Mało tego. Nie ma możliwości, by ktoś kogo nawet nie znamy, ale z jakiegoś powodu nawiązaliśmy z nim rozmowę nie uznał za stosowne wspomnieć coś na temat tego, że Kaczyński to idiota. My tak, ze względu na swoją zwykłą delikatność, a oprócz tego, polityczną świadomość, nie postępujemy, a kiedy zostaniemy już w tej sytuacji postawieni, to zwyczajnie nie ragujemy. Znamy to, wiemy że tak jest i inaczej nie będzie i ten stan rzeczy akceptujemy.     
       I oto nadszedł ów powyborczy poniedziałek i ledwo co wyszedłem z psem na spacer zaczepił mnie człowiek, którego znam z widzenia i odezwał się do mnie następującymi słowami: „No i co pan powie na to, że pewnie Dupa wciąż będzie prezydentem?” Chwilę później spotkałem swoją, tym razem bliską, znajomą – serdecznie zaangażowanego w sprawę wyborcę Prawa i Sprawiedliwości – i ona z kolei opowiedziała mi, jak ją bardzo dobra koleżanka z pracy, jeszcze przed wyborami, zaczepiła uwagą, że ona nie może zrozumieć, jak normalny człowiek może chcieć głosować na Dudę. Chwilę potem moja córka opowiedziała mi jak to właśnie jej naprawdę bliska koleżanka wyznała, że ona się wielokrotnie zastanawiała, jak to jest, że ona nie zna nikogo, kto głosuje na PiS i że jedyne wyjaśnienie tego zjawiska jest takie, że ona się nie zadaje z patologią.
      Nie muszę wspominać, że ani ja, ani moja znajoma, ani też córka nawet nie mrugnęliśmy krzywo okiem, ale za to w tej oto sytuacji przyszło mi do głowy, że chyba poznałem odpowiedź na dręczące mnie pytanie, czemu tak wielu mieszkańców dużych miast głosuje przeciwko Prawu i Sprawiedlwości. Otóż jest bardzo możliwe, że największym sukcesem owej czarnej propagandy jest to, że wielu z nich udało się wmówić, że na PiS nie głosuje nikt; że wynik jaki Kaczyński i jego środowisko wciąż uzyskują, to albo skutek oszustwa, albo głosy jakichś mieszkających w zapadłych dziurach dzikusów, których normalny człowiek nie ma szansy w życiu spotkać. Dla wielu osób mieszkających w dużych ośrodkach miejskich, gdzie siłą rzeczy więzi międzyludzkie ograniczają się do wspomnianych pogaduszek w pracy, sklepie czy na ulicy, to co oni wiedzą o świecie to wynik wyłącznie tego, czego się dowiedzieli od przypadkowych znajomych, a to kolei jest wyłącznie wynikiem nadzwyczaj intensywnej i bezwzględnej zewnętrznej propagandy.
       I tu mamy do czynienia z samonapędzającym się mechanizmem. Ponieważ część z tych, którzy nas otaczają, serdecznie nienawidzi Kaczyńskiego i o tej swojej nienawiści nas nieustannie informuje, to znaczy, że my tu nie mamy nic do gadania. Jeśli dodatkowo – jak zresztą widzimy to na co dzień – oni są do tego stopnia pewni swego, że głoszą swoje poglądy otwarcie i zupełnie bezkarnie, to musi oznaczać, że każde nasze słowo sprzeciwu spowoduje wyłącznie ciężką konsternację, z którą jeśli sobie jakoś poradzą, to wyłącznie uznając, że albo jesteśmy pijani, albo nam za popieranie PiS-u PiS płaci. Bo jeśli nie to, to już tylko pozostanie owa świadomość, że ludzi głosujących na PiS w cywilizowanych rejonach świata nie ma, bo  jakiekolwiek zakłócenie tego stanu rzeczy musiałoby doprowadzić do eksplozji podobnej do tej wywołanej wiadomością, że my tu jesteśmy dzikusami wyjadającymi sobie brud spomiędzy palców u nóg i gwałcącymi przypadkowo spotkane dzieci. A skoro tak, to lepiej nam się nie wychylać. No ale znów, skoro tak, to jest bardziej niż pewne, że o tym że my w ogóle istniejemy, oni nie dowiedzą się nigdy i w swoim błogim błędzie będą tkwili już zawsze.
       Wielokrotnie rozmawialiśmy tu o przeróżnych metodach mieszania ludziom w głowach. Dziś jednak mam wrażenie, że wpadłem na coś zupełnie niezwykłego. Otóż wydaje mi się, że najbardziej perfidnym zagraniem antypolskiej propagandy było właśnie owo wmówienie im wszystkim, że nas nie ma. Widzimy to szczególnie pewnie dziś, w dniach gdy zbliżamy się do drugiej rundy wyborów. Niedawno pisarka Maria Nurowska poinformowała, że wyborcy PiS-u mają świńskie mordy; Leszek Miller – swoją drogą, jestem pewien, on doskonale wiedział, że kłamie – ogłosił, że PiS to niewykształcona, biedna wieś u progu ostatecznego zejścia; ktoś inny jeszcze powiedział, że wyborcy PiS-u nie płacą podatków; obok tego wszystkiego, w samej Sieci pojawiło się wiele kolejnych informacji, że jeśli ktoś chce spotkać wyborcę PiS-u powinien najlepiej udać się gdzieś za Kamczatkę, a owa wiadomość została oczywiście zilustrowana szalenie zabawnym obrazkiem. Otóż moim zdaniem oni wszyscy robią to realizując pewien bardzo starannie opracowany plan, który polega na tym, by w ten sposób zbudować polityczną świadomość społeczeństwa tak, by możliwie każdy wiedział, że jeśli mu tylko przyjdzie do głowy myśleć samodzielnie, to natychmiast się znajdzie na marginesie.
       I to właśnie może być powodem, dlaczego żadnemu z nich do głowy nawet nie przyjdzie by się wyłamać. Dla wielu z nich – skoro jest czymś oczywistym, że w ich środowisku na Andrzeja Dudę nikt nigdy nie głosował i nigdy nie zagłosuje – myśl o tego rodzaju ekstrawagancji jest czymś absolutnie niewyobrażalnym. Gdy chodzi akurat o nich – a nie oszukujmy się, to są naprawdę miliony – oni w życiu nie zrobią nic, co by ich usuwało poza nawias.
       A skoro tak, to chciałem oświadczyć, że choć owym oszustem gardzę, to jego skuteczność szanuję. To było naprawdę dobre. Rzekłbym, bardzo dobre. Chętnie bym tego geniusza osobiście spotkał i w nagrodę walnął go po łbie zdechłym montypythonowskim kurczakiem.




piątek, 25 października 2019

Jeszcze o gangsterach i ich ciziach

       Przyznać muszę, sam się sobie dziwiąc, że ostatnie dni wprawiły mnie w dość marny nastrój, a to z tego powodu, że nawet w najgorszych przewidywaniach nie spodziewałem się, że odpowiedzią na ową kompromitująca wręcz porażkę w minionych wyborach politycy opozycji na czele ze wspierającymi ich środowiskami, sędziowskim, medialnym i oczywiście celebryckim, zawsze gotowym na choćby cichutkie gwizdnięcie, ruszą do aż tak nieprzytomnego ataku. I pewnie można by było nawet na to wszystko machnąć ręką, gdyby to się ograniczało tylko do standardowego pohukiwania, jednak już zachowanie sądów musi robić szczególne wrażenie. Wydaje mi się, że z tych lat, które właśnie minęły pamiętam dość dużo, natomiast nie wydaje mi się, byśmy kiedykolwiek mieli do czynienia z aż tak intensywną agresją przeciwko – i nie udawajmy, że tu jest jakiś inny przeciwnik – polskiemu państwu. Niekiedy można odnieść wrażenie, że większość sędziów wpadła w stan, gdzie już za chwilę oni zaczną najzupełniej bezczelnie wypuszczać na wolność zwykłych morderców i gwałcicieli, a to tylko po to, by w ten sposób doprowadzić do takiego chaosu, że władza nie będzie miała innego wyjścia, jak zwyczajnie ustąpić.  
       A więc, powtórzę – nie jest mi łatwo i obawiam się, że najbliższe dni nie przyniosą tu ulgi. W momencie, gdy po wielomiesięcznym ataku, jaki był prowadzony w Internecie przeciwko księdzu Tymoteuszowi Szydło, ataku absolutnie bezlitosnym i w swoim kłamstwie całkowicie bezkarnym, do czasu gdy do akcji najpierw wkroczyła wynajęta przez rodzinę Szydło kancelaria prawna, no a potem już media głównego nurtu, liczyłem trochę, że owa fala oszczerstw się skończy i choć na chwilę zapanuje spokój. Otóż nic z tego. Wprawdzie niejako półgębkiem media przyznały, że, ostatecznie, jak się okazuje, ksiądz Szydło jednak nie został ojcem, jednocześnie jednak obok tego komunikatu przezornie pozostawiły na tyle gęsta atmosferę niedomówień, że określenie „afera Szydło” wciąż hasa sobie zupełnie swobodnie. Jednocześnie zabierają głos kolejni opozycyjni dziennikarze oraz politycy, że już nie wspomnę o odpowiednio tu niedawno potraktowanym księdzu Isakowiczu- Zaleskim, który jak słyszę w dalszym ciągu nie potrafi się powstrzymać przed paplaniem, a nawet się nieco uaktywnił, skoro już im nie wypada uderzać w księdza Szydło, walą równo w jego mamę, że skoro nie mogła się powstrzymać przed tym, by na całą Polskę trąbić o tym, że ma syna księdza, to niech się teraz nie oburza, że nowoczesne media sprawą się zainteresowały.
        I powiem, że to właśnie sprawa księdza Tymoteusza Szydło i jego udręczenia emocjonuje mnie nawet bardziej niż niedawna seria absolutnie skandalicznych wyroków sądowych, czy nieustanne pielgrzymowanie polityków opozycji do Brukseli z prośbami o to by ta im pomogła zniszczyć Polskę. Obserwowałem przez długie miesiące to co źli ludzie robili Księdzu i kiedy dziś czytam kolejne wypowiedzi, na red. Wielowieyskiej zaczynając, a kończąc na prezydentce Dulkiewicz, kpiące z rodziny Szydło, mam ochotę pieprznąć tym wszystkim, udać się do zabitej deskami wiejskiej gospody i upić się z rozpaczy. I oto, kiedy wydawało się, że niżej już zejść się nie da, trafiłem na tekst, broń Boże nie na jednym z wielu antypisowskich portali, lecz na jak najbardziej mainstreamowej stronie dziennik.pl, z wypowiedzią również nie jakiejś internetowej wariatki, ale było nie było równie mainstreamowej Karoliny Korwin-Piotrowskiej. Zanim ona jednak się odezwała, głos zabrali redaktorzy „Dziennika” i oto proszę, co nam zakomunikowali:
„Kilka dni temu w mediach pojawiła się informacja, że ksiądz Tymoteusz Szydło zaledwie 2 lata po święceniach wziął bezterminowy bezpłatny urlop i zniknął, nie pojawiając się w parafii, w której miał rozpocząć posługę. Niemal natychmiast narodziły się plotki, że powodem tajemniczego zniknięcia młodego kapłana jest fakt, iż został ojcem. Tym rewelacyjnym odniesieniom stanowczo zaprzeczył pełnomocnik syna Beaty Szydło, a w obronie księdza stanęli politycy PiS-u, którzy uznali, że całe zamieszanie to sprawka opozycji”.
       Mam nadzieję, że wszyscy widzimy, co tu się wyprawia, bo ja akurat nie mam siły, by to dodatkowo tłumaczyć. Trzy zdania i pięć kłamstw, nawet nie zasługujących na to, by je prostować. No ale tu do gry wchodzi wspomniana Korwin-Piotrowska i patrzmy, co – a przede wszystkim, w jakim stylu – nam mówi:
       To jest proste jak konstrukcja cepa i prawica tego nie rozumie, nienawidząc szołbiznesu i wszystkiego, co z tym związane, a przede wszystkim kreacji wizerunku i odpowiedzialności za słowa.Wystawiasz buźkę do fleszy i dupsko do kopania. Medialne dwa w jednym. Zawsze boli. Proste? Jak się lata do mediów i robi okładeczki, relacje ze święceń syna, jakby to była koronacja księcia Karola, albo wybór papieża,to wpuszcza się media do swego życia. Pokaż mediom swoje dziecko, wejdą ci do kibla i sprawdzą jego zawartość. Byle instagramerka to wie, a nie premier rządu w kraju, który wstał z kolan. Serio? Wiedzą o tym w tym zepsutym lewackim szołbizie, nie wiedzą na prawicy i jest mega turbo zdziwko. Nagle prawnicy. Oświadczenia. Twittuje premier, Jaki i Kempa. Cyrk. Tylko Dudy brakuje. Kino klasy B”.
      Najpierw, jak się można dziś domyślać, prawdopodobnie w ramach nieustannej walki prowadzonej przez opozycyjne środowiska polityczne na rzecz odzyskania władzy, ksiądz Tymoteusz Szydło jest na tyle bezwzględnie dręczony psychicznie, że nie będąc w stanie pełnić jak należy swojej posługi, ucieka prze tą bandą barbarzyńców na urlop, no a wówczas rozpoczyna się atak prawdziwy, który przez niemal dwa poprzedzające wybory miesiące nakręca atmosferę szyderstwa wobec nie tylko Bogu ducha winnego Księdza, ale w ogóle Kościoła. I teraz, skoro wreszcie można było na spokojnie owo kłamstwo ujawnić, wszyscy oni, zamiast się wreszcie zamknąć, robią wielkie oczy i pytają: „A co to? Nie wiedzieliście, że jest coś takiego jak internetowy hejt? To w takim razie wy się zupełnie nie nadajecie do polityki”.
       No ale nic to. Trzeba będzie jeszcze jakiś czas się z nimi pomęczyć. Może nam jakoś pomóc świadomość, z kim tak naprawdę mamy do czynienia. Te wszystkie „buźki do fleszy”, „szołbiz”, „dupska do kopania”, „okładeczki”, „kible z jego zawartością”, to wreszcie „serio” i „mega turbo zdziwko” – przecież to nie są zwykli ludzie; to jest klasyczny gang  ze swoimi ciziami. Obok jednak tego całego nieszczęścia, trafiłem na pewne naprawdę wiele mówiące zdjęcie. Popatrzmy na nie, postarajmy się je zapamiętać i w sytuacjach trudniejszych sobie o nim przypominać. Powinno nam ulżyć.


środa, 23 października 2019

O czystym jak diament sumieniu księdza Isakowicza-Zaleskiego


      Choć dla wielu czytelników tego bloga może to być sprawą oczywistą, powtórzę tu dziś raz jeszcze, że choć do kapłanów i zakonnych sióstr naszego Kościoła czuję bezwstydny wręcz szacunek, który w wymiarze fizycznym z najwyższym uporem realizuję na co dzień choćby tylko pozdrawiając ich wszystkich bez wyjątku tradycyjnym „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, są też księża - a tu mogłoby mi zabraknąć palców obu rąk - z którymi, gdy chodzi o wspomniany szacunek, mam bardzo duży kłopot. I, wbrew pozorom, nie chodzi mi najbardziej o tych wszystkich lansowanych przez liberalne media dominikanów, czy tym bardziej o pojedynczych księży takich jak ksiądz Lemański, Sowa, czy Luter, ani nawet o samego kardynała Nycza, ale o niegdyś nadzwyczaj skromnego i w sposób oczywisty zasłużonego dla naszej wolności księdza Isakowicza-Zaleskiego. Gdy chodzi o tamtych, to oni przynajmniej nawet nie próbują ukrywać zła, w które z taką dumą wdepnęli i dziś z autentyczną satysfakcją, jak gdyby nigdy nic, głoszą swoje nauki. Co do księdza Isakowicza jednak, moje myśli są znacznie poważniejsze, a uwagi o wiele bardziej surowe. Otóż przez to, że on z jednej strony przedstawia się, jako jeden z najwierniejszych obrońców Kościoła, który jest rzekomo rozsadzany od zewnątrz przez liberalnych Jego wrogów, a z drugiej pozwala się w sposób zupełnie skandaliczny wykorzystywać przez prawdziwych tego Kościoła wrogów, ja go uważam za nie mniejszego szkodnika niż buszujący od lat po kościelnych peryferiach Tomasz Terlikowski, Grzegorz Górny, czy całe to towarzystwo związane z takimi katolickimi portalami, jak Fronda, czy Polonia Christiana. Nie ma bowiem nic gorszego, jak owi głupcy, którzy chcieli dobrze, tyle że trafili na o wiele większych cwaniaków od siebie.
       Czemu dziś piszę o księdzu Isakowiczu-Zaleskim? Otóż on mi chodził po głowie już jakiś czas, a na tym blogu występował jeszcze lata temu, natomiast wczoraj pojawił się na dobre w związku z tym, że ów straszny, najbardziej okrutny atak wymierzony przez moce zła przeciwko księdzu Tymoteuszowi Szydło, nie mógł być już dłużej dyskretnie bardzo przemilczany przez ogólnopolskie media, no a przy tym również przez Polskie Państwo. My, którzy znajdujemy czas i odpowiednią pasję, by przebywać tu w Internecie o wiele częściej, niż przeciętni Polacy, mogliśmy już od wielu tygodni z bezradnym przerażeniem obserwować to, co bardzo źli ludzie wyprawiają, gdy chodzi o tego biednego księdza. Wcześniej sam starałem się być dyskretny i nie przykładać ręki do tego, by te wszystkie kłamstwa, rozpowszechniane przeciwko niemu, czy to na Twitterze, czy Facebooku, rozeszły się szerzej niż i tak już zupełnie bezkarnie przewalały, jednak kiedy po pewnym, jak się okazało zaledwie pozornym przyśnięciu, ruszyła kolejna fala, no i mimo że również zareagowali prawnicy księdza Tymoteusza, najbardziej bezczelni oszczercy posunęli się do tego, by w celu wzmocnienia przekazu obniżyć wiek owej wymyślonej przez te czarne dusze dziewczynki do piętnastu lat, pomyślałem, że jednak o tym tu wspomnę. Dziś sprawa jest już bardzo szeroko udostępniana, głos zabrał nawet premier Morawiecki i wciąż tylko jedna kwestia pozostaje niewyjaśniona: kto mianowicie uruchomił tę lawinę? Kto jako pierwszy opublikował ten mem, w którym Księdzu zadano pierwszy cios. Ponieważ ja mam tu swoją indywidualną opinię, pragnę się nią podzielić.
      Otóż, jak pewnie dziś sobie wszyscy przypominamy, jakieś dwa lata temu premier Szydło pochwaliła się ze zrozumiałą dumą, że jej syn został uroczyście wyświęcony i dziś już może szczęśliwie służyć wiernym jako ksiądz Tymoteusz. Następna radosna bardzo wiadomość była taka, że Ksiądz znalazł swoją pierwszą parafię w Buczkowicach, a następna, że stamtąd wyruszył do Oświęcimia, gdzie miał służyć grupie wiernych modlących się w rycie Trydenckim. No i wtedy jak grom z jasnego nieba spadła na nas informacja, że z zapowiedzianych mszy będą nici, bo ksiądz Tymoteusz zwrócił się do swoich przełożonych z prośbą o roczny urlop. No i wtedy się zaczęło.
       Piszę, że się zaczęło, choć szczerze powiedziawszy, jestem przekonany, że przynajmniej z punktu widzenia księdza Szydło, zaczęło się znacznie wcześniej, a więc w momencie, gdy wiadomość o tym, że „syn Szydło” dołączył do „szajki kościelnych pedofilów” z całą pewnością musiała zacząć kursować tam gdzie na nią czekano z oczywistym utęsknieniem. Myśmy tu może jeszcze owych głosów nie słyszeli, natomiast obawiam się bardzo, że Ksiądz je słyszeć musiał. I nie mogło być mu z tym łatwo.
       Kto zatem był tym pierwszym, który rzucił kamieniem na tyle dużym, by to drżenie można było naprawdę poczuć. Otóż pamiętam bardzo dobrze moment, gdy wiadomość o tym, że ksiądz Szydło poprosił o urlop i go otrzymał, zaczęła być komentowana przez samego właśnie księdza Isakowicza-Zaleskiego. I to nie jeden raz, ale wielokrotnie; i to nie tylko na Twitterze, ale on swój długi nos wsadzał wszędzie tam, gdzie go o komentarz proszono. Posłuchajmy więc wyboru owych wypowiedzi, udzielanych na lewo i prawo przez owego świętego męża z najwyższą radością:
„Święcenia kapłańskie odbywają się publicznie, więc każdy człowiek kościoła katolickiego ma prawo też wiedzieć, dlaczego dany ksiądz zostawił parafię. Uważam, że w przypadku urlopu ks. Szydło, powinno się wyjaśnić całą sprawę. Powinna to zrobić kuria jak i ks. Tymoteusz. Co może być przyczyną tak długiego urlopu? Powodów może być bardzo wiele. Nie ma co ukrywać, bo są też np. ludzie młodzi, którzy przechodzą załamanie, depresję… Ja młodemu księdzu życzę jak najlepiej. I jeśli nawet ma problemy, to zawsze jest sytuacja do wyjaśnienia i wtedy to jest czytelne”. 
[...]
„Bezterminowy urlop zaledwie po 2 latach kapłaństwa? To oznacza tylko jedno. Wielka szkoda. Pomodlę się dziś za ks. Tymoteusza i jego Rodziców. Zachęcam też innych do modlitwy za wszystkich kapłanów, którzy przeżywają trudne chwile. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy”.
      No i wreszcie dziś, czując prawdopodobnie że narozrabiał, ale jako człowiek o sercu, które zdążyło mu już wielokrotnie stwardnieć, zamiast się zwyczajnie zamknąć, już tylko brnie i ma czelność po tym wszystkim jeszcze odpowiadać premierowi Morawieckiemu na jego słowa współczucia dla księdza Szydły:
„Panie Premierze Morawiecki, wszelkie ataki na rodziny są haniebne. Jednak, czy prymicje na Jasnej Górze z udziałem ministrów i marszałków nie były upolitycznieniem posługi tego kapłana? Inna sprawa, że winien on powiedzieć prawdę i przeciąć spekulacje, a nie wynajmować prawnika”.
        Mógłbym tu zapytać księdza Zaleskiego, po jasną cholerę on apeluje o prawdę i o jaką prawdę, skoro w jednej z jego wyżej zacytowanych wypowiedzi stoi jak byk, że „to oznacza tylko jedno” i że owo „jedno” to „wielka szkoda”? Czego zatem on jeszcze nie wie? Mógłbym też jeszcze bardziej podrążyć i próbować księdza Zaleskiego popytać o inne rzeczy. Nie mam jednak tu zamiaru się jakoś szczególnie znęcać nad tym zagubionym człowiekiem, więc tylko może postawię publicznie skromniejsze pytanie, o co tak naprawdę chodzi księdzu Isakiewiczowi-Zaleskiemu, kiedy próbuje tak dręczyć swojego brata w kapłaństwie? Czemu jemu tak strasznie zależy, by ksiądz Tymoteusz Szydło wystąpił publicznie i opowiedział nam o swoich problemach? Czego on się spodziewa, że cóż takiego powie mu ów tak strasznie skrzywdzony, i krzywdzony nadal, ksiądz? Na jakie tajemnice on liczy i o jakie dobro Kościoła on apeluje? I o zaspokojenie jakiej swojej ciekawości?
       Zadaję te pytania, tak naprawdę udając tylko, że liczę na jakąś odpowiedź. Nie można bowiem liczyć na nic dobrego ze strony ludzi, których życie omotało siecią zepsucia, którego nawet nie sposób nazwać.



Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...