Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pedofilia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pedofilia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 kwietnia 2026

Czy pedofile potrafią rozkręcić poważny interes?

 

Jest bardzo możliwe, że ja tu już kiedyś o tym wspominałem, ale nawet jeśli, to dziś już mało kto o tym pamięta, a i ci pewnie nie za bardzo już tym co tam opisałem żyją. Jednak czas nam nadszedł taki, że czuję się w obowiązku podzielić się tamtą refleksją. Zacznę od tego, że był dawno temu film z Nicolasem Cagem zatytułowany skromnie „8 mm”. A rzecz była o tym, że Cage jest prywatnym detektywem, do którego zwraca się pewna świeża wdowa, która po śmierci bardzo bogatego męża otworzyła jego sejf, a tam znalazła taśmę HVS, na której jest pornograficzny film pokazujący gwałt połączony z czymś co robi wrażenie autentycznego morderstwa. No i pani ta wynajmuje Cage’a, żeby ten zbadał, czy to morderstwo to inscenizacja, czy fakt. No i tu zaczyna się faktyczna akcja, gdzie Cage zaczyna się zapuszczać w kolejne kręgi piekła, zaczynając od zwykłych sklepów z erotycznymi magazynami, przez twardą pornografię, i dalej miejsca, gdzie poza pornografią można też już kupić twarde narkotyki, no i wreszcie niemal wszystko to, co bogaci onaniści mogą sobie wymarzyć. Tam już ceny oczywiście są bardzo wysokie, ale też oferta do owych cen odpowiednia, w tym, jak najbardziej, można za 15 tys. dolarów kupić też taśmę wideo z bardzo realistycznie zainscenizowanym morderstwem.

Niestety, mimo że on już prowadzi biznesowe rozmowy z praktycznie najgorszym ludzkim śmieciem, prawdziwego morderstwa Cage nigdzie nie potrafi znaleźć. No ale ponieważ wdowa mu płaci bardzo dobrze, a on swoje zadanie pragnie wykonać uczciwie, to wreszcie trafia na ofertę, gdzie zabójstwo jest jak najbardziej autentyczne.

Obejrzałem ten film i wtedy po raz pierwszy w życiu uzmysłowiłem sobie, że o ile zbawienia za pieniądze kupić się nie da, a zdrowie i ładną pogodę z trudem, to wszystko inne w jakiś tam sposób można próbować uzyskać. A jeśli pojawi się na scenie ktoś bardzo, bardzo bogaty, wyposażony w jakąś nadzwyczaj silną obsesję, to załatwi sobie wszystko. I w tym samym momencie zdałem sobie też sprawę, z tego, że jeśli ten ktoś zażyczy sobie nie tylko taśmę VHS, ale żywe dziecko, które będzie mógł dyskretnie i bezkarnie zabić, to nie ma takiej możliwości, by przy odpowiedniej cenie, tego dziecka nie dostał. No i konsekwentnie, jeśli pojawi się ten pierwszy, to niewątpliwie już za chwilę zobaczymy tego drugiego, trzeciego i następnych, a wraz z nimi utworzy się najpierw lokalna, a potem światowa sieć.

To były moje myśli jeszcze wiele lat temu, ale dzięki temu, nie zaskoczyła mnie ani niegdysiejsza afera Harveya Weinsteina, ani całkiem świeża z niesławną listą Jeffreya Epsteina, a przyznać muszę, że nawet to co jest pokazane w popularnym – i oczywiście całkowicie fikcyjnym – koreańskim serialu „Squid Game”, nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, żebym miał wzorem prezydenta Trzaskowskiego zakrzyknąć, że o nie, to się w pale nie mieści. Rzecz bowiem w tym, że mnie się to w pale mieści jak najbardziej i to, jak już wspomniałem, nie od dziś. Ale przy tym wszystkim jednak te wszystkie moje przemyślenia każą mi wiedzieć z całkowitą pewnością, że tzw. afera pedofilska w Kłodzku, to tak naprawdę nie jest w żaden sposób afera pedofilska. Owszem, prawdą jest, że w całej Polsce kilkunastu pedofilów umieściło się wygodnie w Platformie Obywatelskiej, a jest bardzo możliwe, że oprócz tych już skazanych są ich tam dziesiątki, a może setki, a ja jestem wręcz gotów uwierzyć, że każdy jeden polski pedofil jest w jakiś tam sposób przylepionych do Platformy. Mało tego. Biorąc pod uwagę fakt, że polskie więzienia niemal w stu procentach głosują za platformą, myślę sobie, że jest bardzo możliwe, że w ogóle większość polskich przestępców związana jest i czynnie i biernie z Platformą Obywatelską właśnie. Jednocześnie jednak nie ulega dla mnie wątpliwości, że ani ta cała Kamila, ani jej mąż to nie są żadni pedofile. Jestem głęboko przekonany, że nawet jeśli to co oni robili z tym dzieckiem i psem, jakoś ich tam podniecało, to oni nie byli ani klasycznymi pedofilami czy sodomitami. On, a razem z nim pewnie jego żona, stworzyli pedofilsko-sodomistyczny biznes i prowadzili go dla pieniędzy, a ponieważ niefortunnie trafiłem na dokładny opis tych ich bezeceństw, to i wiem, że te pieniądze musiały być wręcz niewyobrażalne. Wiedząc już, co tam się przez te wszystkie lata dzień w dzień działo, mogę się domyślać, że te ich filmy musiały osiągnąć na światowych rynkach zawrotne ceny. I w konsekwencji trafiały do tych również, którzy byli w stanie nie tylko kupić sobie dziecko, z którym będą mogli robić, to co "ci Polacy" robili ze swoim, ale być może za dodatkową opłatą któreś z nich zabić. 

Właśnie tak. Na światowych rynkach. Jak wiemy, ci państwo z Kłodzka zastali namierzeni przez służby kanadyjskie, rozumiem, że przez specjalne kanadyjskie służby inwigilujące siatki pedofilskie na całym świecie. Siatki pedofilskie, sodomistyczne, siatki zajmujące się handlem dziećmi, handlem narkotykami, Bóg jeden wie, czym jeszcze, może i produkcją filmów z autentycznymi morderstwami. Tymczasem my tu mamy to nędzne Kłodzko, do którego jeszcze 10 lat temu strach było zaglądać, jakiegoś miejscowego libka, jego żonę radną Platformy Obywatelskiej i koleżankę wicemarszałek Sejmu, i zaledwie jedno maleńkie ogniwo międzynarodowej siatki pedofilskiej. Oni nie byli pedofilami, podobnie jak nie byli zboczonymi mordercami ci ukryci tak naprawdę poza kadrem organizatorzy owego przemysłu, na który ostatecznie Nicolasowi Cage’owi udało się natrafić.

A zatem, proszę nam nie zawracać głowy, nazywając tych dwoje dewiantami, pedofilami, czy zboczeńcami. Im najpierw powinno się sprawdzić konta, by zobaczyć dokłądnie, na jakim poziomie ten ich biznes funkcjonował, a potem ich wsadzić za handel dziećmi. I oczywiście przychylam się do apelu Mateusza Morawieckiego: należy jak najszybciej przywrócić w Polsce karę śmierci.

wtorek, 11 kwietnia 2023

Dalajlama, czyli buddyzm z ludzką twarzą

 

      Ja oczywiście mam świadomość, że w ostatnim czasie świat tak dramatycznie przyspieszył, że wiele rzeczy, które jeszcze kilka lat temu mogły u nas wzbudzić choćby zaciekawione uniesienie brwi, dziś stały się całkowicie bez znaczenia, niemniej jednak mam nadzieję, że hasło Dalajlama przynajmniej wśród niektórych z nas sprawi, że jakiś tam dzwonek się odezwie. Dla porządku może jednak przypomnę, że choć dla większości z nas ów Dalajlama od zawsze był jedynie nazwą i symbolem czegoś ważnego choć nie do końca określonego, to gdyby nie Lech Wałęsa, który od czasu do czasu chwalił się, że z tym czymś, jak noblista z noblistą, miał kiedyś okazję się uściskać, to pies z kulawą nogą by o nim nie usłyszał. A zatem, jeśli ktoś zapyta, kto to taki ów Dalajlama, to przynajmniej część z nas zapewne odpowie, że to jakiś taki łysy w pomarańczowym i to tyle wszystkiego.

       Nie wiem zatem, czy fakt, że ledwie co wczoraj przeszła informacja – połączona z odpowiednim filmikiem – że ów Dalajlama podczas rozmowy z napotkanym chłopczykiem wystawił jęzor i poprosił rzeczone dziecko by mu ów język zechciało possać, zrobił na kimkolwiek wrażenie większe niż powszechnie ostatnio debatowana kwestia obrony pedofilii przez Jana Pawła II, natomiast, owszem, sprawa medialnie zaistniała, nawet sam Dalajlama wydał w tej sprawie oświadczenie, a ja mam w związku z tym coś do powiedzenia. Dla porządku jednak odwołam się do Wikipedii i powiem, o kim dziś tu rozmawiamy:

Przedstawiciel szkoły gelug – jednej z czterech największych szkół buddyzmu tybetańskiego. Buddyści tybetańscy uważają Dalajlamę za manifestację bodhisattwy współczucia Awalokiteśwary, który odradza się, aby udostępniać wyzwalające z cierpienia nauki innym czującym istotom”...

      To co dalej jest wprawdzie równie ciekawie, ale ponieważ jednocześnie równie kiepsko przejrzyste, zatrzymam się w tym miejscu, i tylko przypomnę, że mówimy o laureacie Nagrody Nobla, honorowym obywatelu miasta Warszawy, osobistym przyjacielu Lecha Wałęsy, bohaterze polskich elit, no i o kimś, ktoś właśnie poprosił jakieś dziecko, żeby mu possało język.

      W tej sytuacji, nie chwaląc się oczywiście jakoś szczególnie, ale ze świadomością, że nie po raz pierwszy, jeszcze przez laty, zdarzyło mi się zwrócić uwagę na coś, czego nikt inny zauważyć się nie odważył, chciałbym przypomnieć swój dawny już tekst, w którym zauważyłem, że ów Dalajlama, to czysty i oczywisty kretyn, co ów zademonstrował najlepiej jak tylko potrafił w tych właśnie dniach.

 

 

      Pamiętam jak kiedyś ojciec Józef Bocheński opowiadał, że kiedy on słyszy zachwyty nad pięknem oprawy i samą religijnością Prawosławia, to przypomina sobie, jak kiedyś wszedł do cerkwi, a tam kompletnie pijany pop „coś ryczał", a jak on przestawał, to „ryczała cerkiew". To tyle, jeśli idzie o stanowisko ojca Bocheńskiego wobec Cerkwi. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z wszystkich zastrzeżeń, jakie można mieć do tego typu ocen i samego sposobu ich formułowania, niemniej wciąż pamiętam te słowa ojca Bocheńskiego i zawsze wspominam je z uśmiechem, a nie ze złością, czy zawstydzeniem. I to nawet nie dlatego, że sam, jeszcze jako dziecko, w mojej rodzinnej wsi, z rozbawieniem obserwowałem popów, albo śpiących na ławkach, albo jadących pod gazem na rowerach. Z jakiegoś powodu, wydaje mi się, że ja doskonale wiem, o co ojcu Bocheńskiemu chodziło i uważam, że tu szło nie tyle o wytykanie Prawosławiu ich kiepskości, ale pokazanie nam, że naprawdę nie mamy co mieć tu jakichkolwiek kompleksów.

      A więc, jeśli już się mamy czegoś wstydzić, to nie naszego braku tolerancji, ale – wręcz przeciwnie – owych niepotrzebnych kompleksów. W tych dniach, w Polsce przebywa z wizytą niejaki Dalajlama. Szczerze powiem, że ja osobiście nigdy nie rozumiałem atmosfery czci, która jest wokół tego dziwnego człowieka roztaczana, ani nawet nie za bardzo wiem, kto to taki ten Dalajlama. To znaczy, wiem, że jest on przywódcą politycznym, tyle że nie on jeden, prawda? Wiem też, że jest on przywódcą religijnym, ale tu też tak się składa, że nie on jeden. Jest też Dalajlama laureatem Nagrody Nobla, no ale jeśli idzie o ten rodzaj zasług, to ja już bardziej wierzę w jego wybitność na każdym innym polu.

      Wczoraj w telewizji wystąpiła przez chwilę jakaś ostrzyżona na chłopaka kobieta, która z głupkowatym uśmiechem Buddy opowiadała, jak to ona bardzo by pragnęła, żeby Dalajlama choć przez chwilę był łaskaw dotknąć jej dłoni. Ją akurat rozumiem. Jest – jak głosił podpis – buddystką, więc pewnie dla niej taki event to mocna rzecz. Ale cała ta reszta? O co tu chodzi? Ja się pytam, kto to jest Dalajlama? Mam swoje lata i znam parę kultowych imion z tej kolekcji – Maharishi Mahesh Yogi, czy Guru Sri Chinmoy. No ale to były postaci na intelektualną miarę swoich patronów z kręgów kultury pop. Jednak Dalajlama? Czy on może jest jak Ghandi? No może, ale nawet wtedy, to by było chyba trochę zbyt mało, żeby cała Polska dostawała małpiego rozumu, z tego powodu, że on tu przyjechał i coś mówi.

      Ale posłuchajmy, co mówi. Wczoraj i dzisiaj, nawet najbardziej otumanieni tą propagandą, wiedzą, że nie mówi nic, co by warto było nawet nie zapamiętać, ale w ogóle zauważyć. Mnie to osobiście nie dziwi. Choćby z tego względu, że kiedyś dawno, kiedy jeszcze czytałem regularnie „Gazetę Wyborczą”, miałem okazję przeczytać cały długi wywiad Adama Michnika z tym Dalajlamą. I do dziś pamiętam, że byłem rozłożony na łopatki. Bo już wtedy wokół niego panowała atmosfera najdziwniejszego nabożeństwa, a ja czytałem, co on mówi i nie mogłem się nadziwić, że ktoś może być tak okropnie nudny, płytki i nieoryginalny. Przez całą tę rozmowę, Dalajlama robił wrażenie kogoś, kto nie jest w stanie sformułować jednej interesującej myśli. Nawet nie potrafi być po prostu zajmujący. Zupełnie jak jakaś Kasia Cichopek.

      No ale, przyjechał ten Dalajlama i tłumy po prostu oszalały. Tak jakby uznali, że jego charakterystyczny strój wystarczy, żeby go uznać za coś specjalnego. Chociaż pewnie coś jest w tej atmosferze szaleństwa, że oto sam Dalajlama raczył zaszczycić nasz kraj swoją obecnością. Lech Wałęsa urządził sobie imprezę z okazji Nobla. Od kilku miesięcy zapowiadano, jak to przez te dwa dni, Polska stanie się religijnym, kulturalnym i politycznym sercem świata. Jak to na zaproszenie Lecha Wałęsy i premiera Tuska, przyjedzie do nas nie tylko sam prezydent Francji, ale inni najwięksi politycy z całego świata, odbędzie się tu u nas, w Polsce, szczyt na miarę nowej ery, a głupi Kaczor będzie się błąkał gdzieś w Mongolii.

      No i przyszedł ten dzień. I z wielkich tego świata, widzimy jedynie Lecha Wałęsę, Donalda Tuska i Sarkozego. Możliwe więc, że na ich tle, Dalajlama faktycznie lśni.

      Mamy więc obecnie w Polsce atmosferę czegoś epokowego, czegoś szczególnego, czegoś autentycznie wielkiego. Oglądam trochę telewizję i widzę przemawiających ludzi – Wałęsę, tego Dalajlamę, jakiś innych noblistów, z tej długiej egzotycznej listy, którą tu kiedyś nawet miałem przyjemność opublikować. A w fotelach na sali, siedzą panowie politycy i z nabożną czcią chłoną słowa nijakie, puste, szare –                                                                                                                     tylko słowa. I robią mądre miny, marszczą w zachwycie czoła, kiwają mądrze głowami, i wmawiają sobie, że oto biorą udział w czymś, co ma w ogóle jakiekolwiek znaczenie. No i uśmiechają się ironicznie pod nosem, że ten głupi kartofel tymczasem musi się snuć po świecie zdezelowanym samolotem.

       A troszkę poza tą salą Władysław Frasyniuk apeluje do wszystkich ludzi dobrej woli, żeby już nigdy, przenigdy nie podali ręki Jarosławowi Kaczyńskiemu. To mnie też nie zaskakuje. Dokładnie tak, jak gawędziarski i intelektualny poziom wspomnianego tu Dalajlamy.

       Ja pamiętam, jak jeszcze dawno, dawno temu, jakiś bardzo szlachetny redaktor telewizyjny zapytał Jacka Kuronia, dlaczego podaje rękę Jarosławowi Kaczyńskiemu. Kuroń, jako człowiek o wielkim sercu, odparł, że od czasu jak kiedyś, w więzieniu podał rękę oficerowi Gestapo, postanowił, że będzie podawał każdemu. Każdemu, a więc i komuś takiemu, jak Kaczyński.

       Więc, jak widzicie, przygotowania trwały całe lata. Nic nowego.

       Nowe są tylko czasy i ich bohaterowie.

 

No a ja dziś może tylko dodam, że również ten co zawsze Dalajlama, człowiek którego wylizują mali chłopcy.



 

piątek, 5 listopada 2021

Squid Games, czyli Korea krzepi

 

        Nie mam oczywiście pewności, do jakiego stopnia czytelnicy tego bloga mają tu jakąś wiedzę, ale przy wielkiej nadziei, że nikt z nas nie ma pojęcia o czym dziś zamierzam rozmawiać, zachowam się jak gdyby nigdy nic i powiem parę słów o tak zwanym K-Popie. Otóż rzecz się ma tak, że od kilku lat Korea Południowa uznała, że te ich samochody, ta elekronika, te statki to, owszem, dużo, ale jeszcze nie tak dużo, by zwojować świat cały, i postanowiła stworzyć coś przy pomocy czego dokona owego cudu i nazwała to K-Pop właśnie. Choć wciąż mam wielką nadzieję, że nikt z nas nie zwrócił na to jeszcze uwagi – i poza przeczytaniem tego tekstu się sprawą nie zainteresuje – obawiam się, że tak łatwo nam nie pójdzie i pewnie przynajmniej część z nas zauważyła na naszych ulicach grupy dzieci, które krótko mówiąc, wyglądają, lub starają się wyglądać, jak współcześni młodzi Japończycy. Jeśli ktoś chce wiedzieć jak dziś wyglądają młodzi Japończycy, oto parę obrazków.

 




A jeśli ktoś nie wie, jak to dziś bywa tu u nas, to również zapraszam.

 


       


       Rzecz w tym, że – nawet jeśli większość z nas wciąż nie pojęcia o czym mówię – co ciekawe, to nie Japonia ale Korea Południowa właśnie dokonała owej kulturowej ekspansji, która nawet jeśli jeszcze nie zdominowała całego świata, to jest na prostej drodze, by sukces osiągnąć. Owa kultura, obejmująca dziś zarówno literaturę, jak i film, a przede wszystkim może muzykę nie dość że bezpośrednio i znacząco zwiększa dochód narodowy Korei, to jeszcze pośrednio wpływa na rozwój całego rynku do tego stopnia, że wedle najnowszych obliczeń, każde 100 dolarów zarobione na K-Popie przynosi Korei kolejne 200 w przemyśle pozarozrywkowym. Owa ekspansja oraz finansowe sukcesy koreańskiej rozrywki w pewnym momencie osiągnęły taki sukces, że nawet część przemysłu nigdy nie mającego nic wspólnego z tą branżą, przekwalifikowała się i to przekwalifikowała się z sukcesem.

         Co to jest ów K-Pop, ktoś zapyta, poza tymi dziećmi z wyżej zaprezentowanych zdjęć? Otóż, z tego co zdążyłem zaobserwować, to jest kompletne nic. Poza tymi obrazkami tam nie ma nic. To jest gówno, przy którym nasze polskie disco-polo to koncerty Witolda Lutosławskiego. Jednocześnie to są, jak wspomniałem, książki, filmy, telewizyjne programy, piosenki, moda, język... dosłownie wszystko co możemy wiązać z kulturą popularną. Wspomniałem o języku. Przez wykonywany zawód mam kontakt z młodzieżą i proszę sobie wyobrazić, że znam młode, inteligentne, dobrze ułożone osoby, które nie dość że oglądają wyłącznie koreańskie filmy, czytają tylko koreańską literaturę, słuchają jedynie koreańskich piosenek, noszą się jak wyżej przedstawione dzieci, to też jak najbardziej uczą się języka koreańskiego, a przy braku możliwości, japońskiego. Rozmawiałem kiedyś z jedną ze swoich uczennic i pytałem ją, co to są za filmy, które ona ogląda w Internecie. Odpowiedziała mi, że to są normalne filmy, takie jak wszystkie, romanse, przygodowe, thrillery, horrory, tyle że koreańskie. Zapytałem ją jakie książki czyta. Pokazała mi parę i to wszystko były japońskie mangi tyle że wydrukowane od tyłu. Wszystko oczywiście w polskim tłumaczeniu. Niedaleko mnie otwarta została specjalna księgarnia z tego typu literaturą i daję najświętsze słowo honoru, że ja tam regularnie widzę kolejki dzieci – takich jak na tych zdjęciach wyżej – czekających – pandemia – na swoją kolej. Kolejki jakich nie widziałem tu od czasów PRL-u.

         Ktoś zapyta, co mnie to obchodzi. Niech się dzieciarnia bawi. Nam nic do tego. Stało się jednak tak, że na Netflixie, a więc kanale, który dziś w znacznym stopniu definiuje stan współczesnej kultury, a w przyszłości może i cywilizacji, pojawił sie koreański serial zatytułowany „Squid Game”. Z tego co słyszę, ale co też mogą potwierdzać różnego rodzaju doniesienia medialne, dotyczące już nie koniecznie samego filmu, dziś ów serial zajmuje bezwzględnie pierwszą pozycję pod względem oglądalności. Według oficjalnych danych, emisja serialu przyniosła na dziś Netflixowi zysk w wysokości niemal miliarda dolarów. „Squid game” stał się kulturowym wydarzeniem porównywalnym być może jedynie z przygodami Harrego Pottera.

         Obejrzałem wprawdzie tylko jeden odcinek tego czegoś, resztę znam z relacji znajomych, ale mówiąc krótko, rzecz polega na tym, że jest jakiś bogacz, który handluje ludzkimi organami, a owe organy zdobywa w ten sposób, że zbiera z ulic osoby w trudnej sytuacji finansowej i zaprasza ich do udziału w grze, w wyniku której albo wygrają jakieś pieniądze, albo – co znacznie bardziej prawdopodobne – zostaną zabici i w ten sposób dostarczą mu owych organów. Jak mówię, obejrzałem tylko jeden odcinek tego serialu i tam nie było praktycznie nic poza śmiercią. Cała emocja, cała estetyka tego filmu, cały obraz, to była wyłącznie strach, krew, i śmierć. I to jest to co przyniosło Netflixowi ów miliard dolarów.

        Mam znajomego, który ma pewną wiedzę na temat Korei i jej sukcesu. Otóż twierdzi on, że Koreańczycy to jest banda kompletnych idiotów, którzy nie są w stanie ruszyć palcem o ile ktoś – w tym wypadku być może Amerykanie – nie powiedzą im co trzeba zrobić by ów palec uruchomić. Ruszają – to im trzeba przyznać – tak jak trzeba, ale, jak mówię, bez odpowiedniej instrukcji, powtarzanej w dodatku dzień za dniem, ani rusz. Owo amerykańskie doradztwo dotyczyło jednak przede wszystkim tego, co się powszechnie rozumie pod pojęciem przemysłu. Gdy chodzi jednak o kulturę, to ja mam podejrzenie, że oni sobie znaleźli kogoś bardzo, bardzo specjalnego, kogoś kto im pokazał drogę do śmierci, która ich wyzwoli.

       Pisałem tu kiedyś o tak zwanej „Krainie Grzybów”, a więc jednoznacznie satanistycznym projekcie, który zdobył pewne uznanie zarówno w Internecie, jak i niestety częściowo w intelektualnie bardziej rozbudzonych częściach Warszawy. Owa „Kraina Grzybów” to była wyłącznie śmierć i jej afirmacja. Kiedy myślę o całym tym K-Popie, a zwłaszcza nadzwyczaj przebojowym serialu „Squid Games” mam wrażenie, że TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji nie ma naprawdę nic innego do zaoferowania poza tą pustką, ze szczyptą – co oczywiście należy mocno podkreślić  pedofilii. I idzie mu wcale nie najgorzej.

wtorek, 25 sierpnia 2020

Między sztuką a sennym koszmarem (repryza)


Ponieważ wyjeżdżam na kilka dni do księdza Krakowiaka na rekolekcje i towarzyskie conieco, zdecydowałem, że do końca tygodnia nie będzie nowych tekstów, natomiast tak by nie pozostawiać Czytelników zdanych tylko na uprzejmość innych autorów, pomyślałem sobie, że będę tu przypominał starsze notki, które uznam za warte przypomnienia, szczególnie dla tych z nas, którzy są tu od niedawna. W tej sytuacji dziś zapraszam do czytania pierwszej z nich, mimo że z roku 2009, wcale nie tak bardzo nieaktualnej, a jednoczesnie zachęcam uczestników tego bloga do zamieszczania swoich refleksji. To naprawdę nie jest nic trudnego.

      Kiedy powstawał wczorajszy mój wpis, najpierw w mojej głowie, a następnie już tu, na tym blogu, wiedziałem naturalnie, że zło które stało się jego tematem, ma dwa końce. Na jednym z nich, co oczywiste, stoi bezpośredni jego sprawca, czyli Roman Polański, natomiast na drugim ci wszyscy, którzy dziś, albo z wyrachowania, albo ze skrajnej bezmyślności, mu klaszczą. I kiedy piszę o klaskaniu, mam na myśli klaskanie dosłowne, a nie tylko zwykłe zrozumienie dla tego, co on przed ponad trzema dekadami zrobił temu dziecku, czy choćby ledwo wybaczenie. Mówię o autentycznym klaskaniu, którego wprawdzie na razie nie słychać, ale które już z całą pewnością widać i co do którego nie powinniśmy mieć żadnych wątpliwości, że kiedy on już opuści ten areszt i rozpocznie tryumfalny objazd swoich włości, to je usłyszymy. I będziemy patrzeć na te rozjaśnione szczęściem twarze i wiernie wyciągnięte dłonie, by i nas dotknął i by nas raczył zauważyć. I słuchać tego falującego zgiełku radości i ostatecznej satysfakcji.
      I to czego będziemy świadkami, już w żadnej mierze nie będzie przypominało owego, wcześniej już wspomnianego, „płonącego, jastrzębiego tryumfu”, lecz będzie już tylko czystą beztroską radością. Radością tych, którzy po prostu cieszą się, że ten którego kochają, wyrwał się ostatecznie z rąk złych, nicnierozumiejących i tak okropnie niesympatycznych ludzi. A przecież może i nawet zwierząt?
      Wiedziałem więc o tym, że to zło tworzy bardzo szczególną pętlę, choćby dlatego, że to zawsze się tak dzieje. Tak to już na tym biednym świecie jest, że występek nigdy nie działa w izolacji. Zawsze jest tak, że ktoś kogoś krzywdzi, kogoś innego gorszy, a na zewnątrz tego wszystkiego jest zawsze wystarczająco duża grupa tych, których ta ciemność, w ten czy inny sposób, urzeka. To co pozostaje zagadką, to wyłącznie, jak duża będzie ta grupa i kto się w niej znajdzie. Wśród całej plejady najróżniejszych postaci – przyjaciół, znajomych, wielbicieli talentu Romana Polańskiego, czy w końcu tylko ludzi, dla których jest coś zawsze niezwykle interesującego w dociekaniu, jak to zło w gruncie rzeczy złem nie jest – widzieliśmy i znanych artystów, polityków, aktorów, dziennikarzy, czy reżyserów. Widzieliśmy też osoby zupełnie nieznane, dopiero wchodzące na ten rynek, ledwo co aspirujące do tego, by zahaczyć swoim sumieniem o to, co się na naszych oczach dzieje. A więc była Izabela Cywińska i pozostali autorzy listu w sprawie ratowania Polańskiego przed nieludzkim prawem, był Wojciech Pszoniak w nieodłącznym szaliku, był Ryszard Kalisz ze swoją skupioną miną doświadczonego prawnika, ale też nawet pojawił się niejaki Borys Lankosz – postać mi zupełnie nieznana – swoją elokwencją i dyskretnym poczuciem humoru, udowadniając, że ci co go zaprosili do złożenia świadectwa, z całą pewnością wiedzieli co robią.
      Pojawił się jednak jeszcze ktoś, kto – całkowicie nieoczekiwanie – przebił wszystkich pozostałych w tworzeniu tej nowej rzeczywistości końca czasów. Mam na myśli reżysera, Krzysztofa Zanussiego. O Zanussim mam opinię szalenie pogmatwaną. Z jednej strony, uważam, że jego wczesne filmy, takie jak Barwy ochronne przede wszystkim, czy Życie rodzinne, czy nawet Iluminacja, to arcydzieła europejskiego kina, a scenariusze, które sam tworzył, to przykłady naprawdę wielkiej literatury. Nie mam też wątpliwości co do tego, że w czasach gdy dawał się poznać szerokiej publiczności, miał on wszelkie cechy człowieka niezwykle wrażliwego, a kto wie, czy wręcz mądrego. Z drugiej strony, z mojego punktu widzenia, jego twórczość w późniejszych latach, stopniowo, z każdym rokiem, artystycznie i intelektualnie się degenerowała, aż osiągnęła poziom tego czym on się zajmuje obecnie. Czyli sztuki, która pod każdym względem jest tak nieporadna, tak niechlujna i wreszcie artystycznie tak zła, że fakt iż Zanussiemu wciąż ktoś daje pieniądze na to co on robi, może tylko budzić charakterystyczne uniesienie brwi.
      Jest jednak jeszcze coś, co jeśli idzie o osobę Krzysztofa Zanussiego, dręczyło mnie od samego początku. Ile razy go widziałem i słuchałem, to oprócz tego niezmiennego przekonania o tym, że jego ciepły i zrównoważony głos niesie przekaz zawsze bardzo ważny, czułem, że z nim jest coś nie w porządku. Tak jakby ten jego wizerunek był, bardzo dyskretnie, przybrudzony czymś obcym, kompletnie nieopisanym, niedotykalnym, a co – jeśli się kiedyś ujawni – może wywrócić całą naszą opinię na jego temat do góry nogami. Pisząc te słowa, chcę być maksymalnie delikatny, bo cała ta sprawa jego bardzo ciemnej strony – mam wrażenie – jest bardzo delikatna. Chodzi mi o to, że przez te wszystkie lata, kiedy jeszcze zachwycałem się twórczością Zanussiego, miałem bardzo silne poczucie tego, że on, kiedy zamyka za sobą drzwi swojego mieszkania, wyzwala demony. I nie ma tu najmniejszego znaczenia, o jakich demonach myślę, choćby dlatego, że z demonami jest jakoś tak, że one są jak ludzkie koszmary. Niezliczone i nigdy do końca nieopisane.
      I myślę, że jest to najlepszy moment, by zapewnić wszystkich, że wcale nie mam tu na myśli faktu współpracy Krzysztofa Zanussiego ze służbami. Ani nie wiem, czy wiadomości, które swego czasu podała Gazeta Polska są wiarygodne, ani też – nawet gdyby były bardzo wiarygodne – jego losy jako komunistycznego kolaboranta nie są dla mnie bardzo interesujące. Choćby z tego względu, że ja mam bardzo silne przekonanie, że bezwzględna większość środowiska, które reprezentuje Zanussi, a więc reżyserów i aktorów, współpracowała ochoczo, w ten czy inny sposób, dzień i noc. Mówiąc o tej mrocznej stronie duszy Krzysztofa Zanussiego, mam na myśli coś całkowicie ponad- i poza-politycznego. Coś, co nigdy nie pozwalało mi do końca patrzeć na niego w taki sposób, jak się patrzy na ulubionego, czy nawet pogardzanego artystę. Mówię tu o Zanussim, jako o osobie całkowicie prywatnej. Jako o kimś kto mieszka – nomen omen – za ścianą.
      I właśnie wczoraj, Krzysztof Zanussi wystąpił w programie Moniki Olejnik Kropka nad i. Oczywiście, podobnie jak większość środowiska, był oburzony tym, w jaki sposób i amerykańskie prawo i znaczna część opinii publicznej potraktowała jego kolegę, Oczywiście objaśniał, tak uwodzicielsko jak tylko on potrafi, wszelkie niuanse jakie niesie ze sobą zło. Opowiadał o tego zła psychologii i o tym, jak ludzie są zdeterminowani swoim własnym, osobistym nieszczęściem i jak to ciężar, który na sobie niosą nie pozwala im pokazać całej swojej szlachetności. W pewnym momencie nawet pozwolił sobie na utratę naturalnej dla siebie kontroli, i nazwał tę dziewczynkę, którą Roman Polański tak brutalnie skrzywdził przed laty – prostytutką. Więcej. Nazywając ją w ten sposób, uruchomił w sobie całą dla niej pogardę, która w pewnym momencie stała się wręcz fizyczna. A później na dodatek, starając się relatywizować zło, które uczynił Polański, skierował swoje oburzenie na tych, którzy to zło pokazują palcem, zarzucając im uleganie najniższym instynktom tępej zawiści i pragnienia ludzkiej krzywdy. Więc, zajmując się dziś osobą Krzysztofa Zanussiego, nie kieruję się swoim oburzeniem na to, co u niego jest dokładnie takie samo, jak u pozostałych reprezentantów środowiska, czyli złość, zakłamanie, krętactwo i kompletny brak wrażliwości. W tym co mówił Zanussi znalazłem coś znacznie większego, co stanowczo przekracza wszystko to, czym zabłysnęli jego koledzy. Otóż on, objaśniając urok tego zła, starając się znaleźć dla niego maksymalnie życzliwy opis, odmawiając ludziom prawa do wyrażania moralnego oburzenia, plując wreszcie na to nieszczęsne dziecko swoją napuszoną, pełną wyniosłości pogardą, jednocześnie mówił cały czas o grzechu i o zwycięstwie tego grzechu. Pokazywał świat, który doszedł już do swojego końca, gdzie wszystko już wolno, gdzie zło spowszedniało tak iż już nie wiadomo, co nim jeszcze jest, a co nim już być przestało. Biedna redaktor Olejnik wciąż starała się utrzymać go na powierzchni zdarzeń i czynów, a on jak oczarowany wracał nieustannie do tego zwycięskiego Szatana. Od początku do końca tej audycji, niemal przez cały czas, poruszał się Krzysztof Zanussi na poziomie niemal religijnym. W pewnym momencie, z przerażeniem zauważyłem, że wiele z tego co on mówi, mogłoby się zupełnie uczciwie znaleźć w którymś z ostatnich tekstów, które powstały w ramach tego blogu. Z jedną, bardzo kluczową różnicą. On opisywał to zło jako byt tryumfujący i jednocześnie ludzi, którzy temu złu ulegają, jak całkowicie bezbronne, zdeterminowane, a przez to całkowicie usprawiedliwione, jego ofiary. Pod koniec programu był już tak nakręcony, że już tylko czekałem, aż uniesie w górę ręce i zawoła „Chwalmy Pana, bo oto przyszedł Król Ciemności!”
      Zastanawiam się więc teraz, co sprawiło, że Krzysztof Zanussi – z taką złością mówiąc o tym zgwałconym dziecku – pokazał tę swoją, dotychczas mniej lub bardziej starannie ukrytą, twarz. I przychodzą mi do głowy dwie możliwości. W pierwszą właściwie nie potrafię uwierzyć, więc pozostawię czytelnikom tego bloga, by sami ją sobie może dopowiedzieli. Natomiast druga jest taka, że jest niezwykle prawdopodobne, że to co zrobił Polański, większości osobom z branży nie wydaje się w żaden sposób ani szokujące, ani nawet intrygujące. Oni po prostu uważają się za artystów i wierzą, że jako tacy mogą prowadzić takie życie, jakie sobie wybiorą, a czym ono będzie bardziej szokujące z punktu widzenia jeszcze jakoś tam trzymającego się na równych nogach cywilizowanego świata, tym nawet lepiej. I może być tak, że Krzysztof Zanussi również, zupełnie szczerze i autentycznie, uważa, że nic takiego się nie stało. I kiedy wczoraj u Olejnik wspominał coś o tym, że – owszem – nie jest ładnie krzywdzić seksualnie małe dziecko, to robił to wyłącznie z charakterystycznej dla siebie publicznej ogłady.
      Jest jednak jeszcze jedna ewentualność. Strony praktyczna i teoretyczna całego przedsięwzięcia się tu doskonale uzupełniają. To zło jest czynione przez nich wyłącznie po to, by w ten sposób mogli skutecznie autoryzować swój udział w projekcie już czysto ideowym. A Krzysztof Zanussi, jako osoba niezwykle starannie wykształcona, inteligentna, a przede wszystkim elokwentna, miał jedynie nam przedstawić ogólne założenia tego projektu.




sobota, 22 sierpnia 2020

Gdy Netflix dostał wzwodu


        Dawno dawno temu, kiedy nikt z nas nie miał bladego pojęcia o tym, że gdzieś na świecie istnieje, czy zaledwie się rodzi, projekt o nazwie LGBT, lesbijki w Polsce wprawdzie się skutecznie ukrywały, natomiast, owszem, działało publicznie trzech homoseksualistów, Legierski, Niemiec i Biedroń. Trudno było wówczas stwierdzić, który z nich rokował najlepiej, zwłaszcza że każdy miał coś ciekawego do zaoferowania: Legierski był Murzynem z Węgierskiej Górki, Niemiec miał długie włosy i był przystojny, a Biedroń był grzeczny. Z tamtych czasów szczególnie jednak zapamiętałem nie Legierskiego czy Niemca, lecz właśnie Biedronia, jak udzielał wywiadu którejś z telewizji a w tle miał plakat z mężczyzną w tak zwanym „full frontal nudity”. Pomyślałem sobie, że to jest coś naprawdę niezwykłego. Gdybym bowiem ja z jakiegoś powodu trafił okazję by wystąpić w telewizji i, jako osoba heteroseksualna, zażyczył sobie, by mnie filmować na tle gołej baby z cyckami, to po pierwsze nikt by mi na to nie pozwolił a jeśli już, to ja bym się ostatecznie i nieodwołalnie skompromitował. Biedroń miał natomiast w tle tego faceta ze zwisającą pałą i nikt nawet okiem nie mrugnął. Mało tego, jak się okazało już wkrótce, ów Murzyn przepadł w gąszczach historii, Niemiec założył jakiś kościół którego mianował się biskupem, a Biedroń, jak wiemy, został bardzo ważnym lewicowym politykiem, a dodatkowo posłem do Europarlamentu, i nawet nie przyszło mu do głowy, by Legierskiego, czy Niemca nająć tam do jakiejś roboty za parę Euro.
       Czemu sobie nagle przypomniałem o dawnych przedtęczowych czasach? Otóż, jak pewnie niektórzy z nas słyszeli, Francuzi – jakże by inaczej – nakręcili film o 11-letniej dziewczynce, która odkryła swoją seksualność i... powiem szczerze, że nie wiem, co dalej, natomiast ponieważ film został wyprodukowany przez słynny Netflix, ów Netflix uruchomił odpowiednią promocję i niefortunnie oparł ją na plakacie, gdzie grupa małych dziewczynek tańczy na scenie w seksualnych pozach. Jak można się było spodziewać, bardziej przytomna część owego środowiska szybko się zorientowała, że ów plakat trąci pedofilią i to może środowisku zaszkodzić, a w tej sytuacji Netflix natychmiast plakat wycofał, za błąd przeprosił... no i tu nie wiem, co dalej, i powiem szczerze że mnie to niekoniecznie interesuje.
      Rzecz bowiem w tym, że to iż oni w pierwszym odruchu wrzucili te kręcące pupami dzieci, to w żaden sposób nie błąd, lecz odruch właśnie. Jestem pewien, że dla czytelników tego bloga nie jest to jakimś szczególnym odkryciem, ale powtórzę to, co już tu parokrotnie ogłaszałem: na końcu każdej seksualnej obsesji jest przemoc, a skoro przemoc, to ktoś bezbronny, a skoro ktoś bezbronny, to w sposób absolutnie doskonały dziecko. Ja nie mam i nigdy nie miałem najmniejszych wątpliwości, że w momencie gdy człowiek zostaje uwiedziony przez seksualny popęd, to owo uwiedzenie musi prowadzić do przemocy, bo to tylko przemoc – włącznie z zabójstwem, najlepiej zabójstwem kogoś idealnie bezbronnego – stanowi pełne wypełnienie. I całe szczęście, jeśli jest to samobójstwo.
        Mieliśmy tu ostatnio powtarzające się akcje z atakowaniem ciężarówek jeżdżących po Warszawie i głoszących, że LGBT to również pedofilia. Szczerze powiedziawszy, gdybym miał ciężarówkę, to bym jej używał do innych celów niż wożenie się po Warszawie zwłaszcza i ogłaszanie, że pedały macają małe dzieci, co jednak nie zmienia faktu, że moim zdaniem znaczna część owych pedałów, owszem, maca małe dzieci, a w najlepszym dla siebie wypadku, oni sobie owo macanie z wielką przyjemnością sobie w dzień wyobrażają.
         Skąd to moje przekonanie? Przede wszystkim stąd, że mam już swoje lata, swoje obserwacje, swoje przemyślenia i dokładnie to właśnie wychodzi mi z moich rachunków. Na końcu każdej seksualnej obsesji stoi bezbronne dziecko. A zatem również dziś, kiedy słyszę, jak Netflix przeprasza wszystkich tych, którym sprawił przykrość za to, że tak nieopatrznie ujawnił ich najbardziej skryte marzenia, to wiem, że ów ich błąd w żaden sposób nie wynikał z niewłaściwego rozeznania sytuacji, czy też z chwilowego intelektualnego kryzysu. Nic podobnego. Oni wrzucili ten plakat w zupełnie autentycznym odruchu serca. No, powiedzmy serca. Nie chciałem być zbyt wulgarny.


       
    

piątek, 19 czerwca 2020

O tym co wiemy, czego się dopiero dowiemy i czego nie będziemy wiedzieć nigdy


      Nie będę ukrywał, że gdy chodzi o moje aktualne priorytety, to najchętniej nie pisałbym o niczym innym jak tylko o zbliżających się wyborach prezydenckich i o tym, jak będziemy musieli sobie radzić gdy przez jakiś przedziwną złośliwość losu, prezydentem zostanie Rafał Trzaskowski. Z drugiej strony, jeśli tak naprawdę się nad tym zastanowić, to o czym tu pisać? Że nie ma na świecie socjologa, który byłby w stanie zbadać tak zwane społeczne zachowania w sytuacjach rozstrzygających? A cóż ja mogę mieć na ten temat do powiedzenia? Że demokracja to fatalne nieporozumienie, czy może że jest pewien zestaw argumentów i związanej z nimi siły przekonywania, która sprawi, że się nagle wszyscy ogarniemy, podczas gdy w ostatecznym rozrachunku, jak zawsze wszystko jest kwestią nieogarnianego przez nas przypadku? A zatem, muszę się przyznać do porażki i poświęcić dzisiejszy tekst kwestii absolutnie różnej od tego, czym wszyscy dziś żyjemy, a w moim odczuciu dotyczącej spraw absolutnie podstawowych.
      Proszę więc sobie wyobrazić, że znaczna część mediów ledwie co wczoraj przekazała rzekomą rewelację, która poruszyła serca i umysły wielu, że oto jeszcze w roku 1969 władze działającej na terenie Berlina opieki społecznej przekazały w ręce niejakiego Dr Helmuta Kentlera, seksuologa z Hannoveru, troje porzuconych przez patologiczne rodziny dzieci, a ten w ramach prowadzonych przez siebie badań jak najbardziej naukowych, umieścił te dzieci w domach znanych służbom pedofilów, w przekonaniu, że w ten sposób owi pedofile znajdą drogę do skutecznej resocjalizacji, a jeśli nie, to przynajmniej sobie odpowiednio poużywają. Od tego czasu projekt zwany powszechnie „eksperymentem Kentlera” tylko się rozwijał prowadząc do stanu, gdzie w latach 70. w samym Berlinie ponad tysiąc dzieci trafiło w ręce pedofilów, a wszystko z tej jednej przyczyny, że pewien ważny naukowiec postanowił sprawdzić, czy jego teorie trzymają się kupy, a niemieckie państwo mu to z najwyższą radością umożliwiło.
       Jak wspomniałem, były to lata 70-te, a ja tylko wspomnę, że był to też czas, gdy w roku 1975 znany nam tu ówdzie Daniel Cohn-Bendit, ówcześnie jeszcze nie poseł do Europarlamentu, lecz zaledwie wychowawaca w przedszkolu, wydał książkę, w której wychwalał same korzyści płynące z „erotycznych zabaw” między dorosłymi a dziećmi. Co ja mówię o roku 1975? Jeszcze w roku 1981, lokalny polityk Jürgen Trittin, po latach poseł do Bundestagu oraz przez siedem lat minister w rządzie Gerharda Schrödera, w imieniu Partii Zielonych podpisał petycję wzywającą do uznania pedofilii jako skłonność naturalną, w żaden sposób nie podlegającą kryminalizacji.
       I oto dziś niemal wszystkie media głównego nurtu podają informację, że oto właśnie owa afera ujrzała światło dzienne i wobec niej cały świat zamarł w bezruchu. O co chodzi? Rzecz w tym, że o Kentlerze i jego szatańskim eksperymencie świat miał okazję usłyszeć już przynajmniej – przynajmniej! –  cztery lata temu, a więc – by nie wspominać już o mediach niemieckich –  choćby z artykułu jaki ukazał się w roku 2016 choćby w dzienniku „The Irish Times”, gdzie wszystko zostało opisane bez jakichkolwiek niedomówień. A zatem, jeśli dziś nagle nasze media, od TVP Info przez Onet po TVN24, jako wiadomość dnia podają informację, że Niemcy znalazły się w samym centrum pedofilskiej afery, to ja mam do powiedzenia tylko jedno: oni nas od początku do końca prowadzą na smyczy, którą raz nieco poluzowują, a innym razem ściągają tak byśmy zajmowali się tylko tym, czym aktualnie powinniśmy się zajmować.
      Czytam dziś doniesienia zarówno na portalu TVP Info, jak i TVN24 i widzę jak tu i tam sprawa owego Kentlera przedstawiana jest jako absolutny news. Mało tego, z tego co czytam wynika, że sprawa zaczęła swoje nowe życie również w Niemczech. Tam też nagle wszyscy się nagle przebudzili i zauważyli, że coś takiego jak „eksperyment Kentlera” w ogóle kiedykolwiek miał miejsce. A ja się już tylko zastanawiam nad ową raz dłuższą raz krótszą smyczą, i wcale nie tylko wtedy gdy chodzi o jakieś niemieckie tajemnice, ale w ogóle, gdy przed sobą mamy to czym żyjemy na co dzień. Wygląda bowiem na to, że wszystko czego się dowiadujemy i co zostaje nam wyznaczone jako temat do bieżących smutków i radości podlega bardzo starannej reglamentacji. O tym, czym one chcą byśmy żyli, media z całą pewnością nas poinformują. To co w aktualnej sytuacji nie powinno stanowić przedmiotu naszych trosk, zostanie również bardzo starannie rozplanowane w czasie tak byśmy niegdy nie czuli ani przesytu ani niedosytu emocji. Cel jest jeden: każdy z nas ma mieć dokładnie tyle w głowie, ile mu zostało przydzielone. A jeśli komuś mało, niech cierpliwie poczeka, a na pewno przyjdzie czas, kiedy będzie mógł sobie poszumieć.
       A w tej sytuacji starajmy się pamiętać, że nie ma nic ważniejszego niż nasza pierwotna intuicja. I nie dajmy sobie wmówić, że nie jesteśmy w stanie mieć własnego zdania, o ile ktoś nam nie pozwoli go mieć.


      

niedziela, 24 maja 2020

Sjesta, czyli miłość w czasach zarazy


       Dzisiejszy tekst jest wynikiem dwóch okoliczności. Przede wszystkim oczywiście, okazało się że w momencie krytycznym nie przyszło mi nic nowego do głowy, czym mógłbym się tu skutecznie podzielić, no ale jednocześnie pomyślałem sobie, że w związku z całą serią afer pedofilskich, i to na scenach kompletnie różnych, dobrze byłoby powiedzieć coś interesującego, a gdy o to idzie, jak zawsze okazuje się, że nie ma nic lepszego jak któryś z moich starszych tekstów. W tym też momencie przyszło mi do głowy, że w owym zakłamaniu – pozwolę sobie powtórzyć, że po obu stronach sceny – być może najbardziej sensowną rzeczą będzie przypomnienie mojego tekstu jeszcze z roku 2011, gdzie moim zdaniem wszystko to czym się dziś interesujemy zostało podane na tacy, i od tego czasu tak naprawdę nikt z nas nie ma już nic sensownego do dodania.
      Zanim jednak przejdę do rzeczy, opowiem pewną historię. Otóż rozmawiałem sobie z moją córką o o osobach homoseksualnych funkcjonujących publicznie i co chwilę, w ramach jakichś politycznych pojedynków, ujawniających swoje obsesje, i moje dziecko poinformowało mnie, że ono ma ma głęboko w nosie, kto jest gejem i jak w ramach owego gejostwa spędza swój czas, bo dla niej jest czymś zupełnie oczywistym że wśród osób heteroseksualnych jest nie wiele mniej zboczeńców niż w tamtym towarzystwie, i gdybyśmy tylko wzięli ich wszystkich pod obserwację, moglibyśmy się dowiedzieć wielu znacznie ciekawszych rzeczy niż to, że gdzieś tam ktoś woli od tyłu.
        No i oczywiście w tym samym momencie przypomniał mi się mój wcześniej wspomniany tekst na temat osoby jak najbardziej heteroseksualnej, w dodatku, jak sądzę, nie bardziej moralnie podejrzanej niż niejaki Marcin z sopockiej Zatoki Sztuki, czy jeśli już się trzymać tematu pedalstwa, kandydat Biedroń, a mianowicie niejakiego – kto go dziś jeszcze pamięta – Marcina Kydryńskiego. A wraz z tym wspomnieniem, pojawiły się kolejne refleksje co do tego, do jakiego stopnia nasze moralne oburzenie w jakiejkolwiek sprawie ma jakiekolwiek znaczenie, gdy tak naprawdę mamy już do czynienia wyłącznie bandą zboków. Czytajmy więc.

       Rozdano Oscary i nagrodę za najlepszy film otrzymała wspaniała brytyjska produkcja o jąkającym się królu. Dziś już więc prawdopodobnie duża część osób czytających te słowa wie, kim był Jerzy VII, Edward VIII, i mniej więcej, jak to w tuż przedwojennej Anglii się działo. Pisałem troszkę parę tygodni temu o tym filmie, ale może przede wszystkim o samej tej niezwykłej historii, na swoim blogu, jednak bez większego efektu. No bo co jednak prawdziwy pop, to prawdziwy pop. I wcale tu nie ironizuję.
      Dziś ów film jest już świetnie znany, choć pierwsze ślady tej sławy pojawiły się już jakiś czas temu, w momencie gdy trafił on do polskich kin i zrobił na wszystkich odpowiednie wrażenie. Ja na przykład przypominam sobie, jak parę tygodni temu wracałem samochodem z pewnego miasteczka w północno-zachodniej Polsce i trafiłem na odpowiednie informacje w Radiu Zet, które tamtej niedzieli grało nam cały czas i, tak jak tylko ono potrafi, przyprawiało mnie o mdłości.
      Otóż, jak wspomniałem, była to niedziela, a nadchodzący poniedziałek niósł imieniny Walentego, a więc tak zwane ‘Walentynki’. W związku z tą datą, prowadzący program dziennikarze Radia Zet dostali odpowiedniego obłędu, i postanowili wiodącym tematem dnia uczynić tak zwaną „miłosną historię króla Edwarda”. Gdyby wciąż ktoś nie wiedział, o czym mówię, krotko przedstawię sprawę. Otóż Król Edward VIII był bohaterem opisywanych w filmie wydarzeń wyłącznie jako poboczny bohater negatywny – laluś, lowelas i kompletnie durny brat Jerzego. Przy całej swojej beznadziejności został jednak na ułamek chwili królem, a to z tej prostej przyczyny, że był najstarszym synem zmarłego króla Jerzego V i tym samym naturalnym kandydatem do tronu. Problem z Edwardem był dwojakiego rodzaju. Pierwszy był taki, że został on uwiedziony przez jakąś bardzo podejrzaną Amerykankę, dwukrotnie zamężną, wciąż z jakimś swoim amerykańskim mężem, i w konsekwencji całkowicie stracił dla niej głowę. Drugi – już najbardziej istotny – to ten, że zbliżała się niemiecka agresja na Europę, a zarówno on jak i ta lala byli całkowicie pod urokiem Hitlera i jego planów dla świata. Jest cała masa spekulacji na temat tego związku, wiele z nich pozostających do dziś tylko spekulacjami, ale wśród nich pojawiają się i takie, że oboje funkcjonowali jako hitlerowscy szpiedzy, a to, że ona Edwarda w ogóle uwiodła, to też był wynik bardzo starannych wcześniejszych przygotowań z wielu stron.
      Tak czy inaczej, jak idzie o filmową historię, to co łączy tych dwoje to żadna miłość, tylko zwykła szajba – a niewykluczone, że jakaś dużo grubsza afera – która już nie tylko dla Anglii, ale i dla całej Europy, stanowi śmiertelne zagrożenie. A w momencie gdy on wreszcie zostaje skutecznie pozbawiony korony, i razem z nią zostaje przepędzony z interesu, wiemy że jest dobrze i możemy się skupić już tylko na walce o to, by Jerzy przestał się wreszcie jąkać. Tymczasem dziennikarze Radia Zet w najlepsze rozpływają się nad romantyczną przygodą pary, dla której miłość była ważniejsza od kariery, no i nad tym nieszczęśnikiem, który rzekomo tak kochał, że dla niego nawet korona strąciła wartość. I naturalnie zastanawiają się przy okazji, dlaczego to w dzisiejszych czasach polityka stała się tak brudna i bezideowa, że nawet nie można sobie wyobrazić czegoś tak pięknego i prawdziwego.
      Słuchałem tego radia i tych idiotycznych, pełnych wzruszenia lamentów nad upadkiem cywilizacji miłości, i przyszło mi nagle do głowy, że kto wie, czy dziennikarze Radia Zet nie są aż tak ciemni, żeby nie złapać tego akurat fragmentu filmowej opowieści, i wiedzą doskonale, że za tym wszystkim stała zwykła zdrada stanu, i możliwe, że bardzo brudny spisek. W końcu w ostatnich latach mieliśmy już niejednokrotnie okazję przekonać się, że dla pewnego typu ludzi, którzy często na nasze nieszczęście, kierują naszymi myślami na bardzo popularnym poziomie, nie ma nic ważniejszego, jak parę lewych dreszczy o najbardziej tandetnym francuskim wymiarze. Co tam zbrodnia? Co tam interes kraju? Co tam naród? Czym wreszcie jest prawda, a czym kłamstwo, jeśli przed nami rozciąga się tak cudna miłosna baśń? Oczywiście nie wolno nam rezygnować z proporcji, niemniej ten obłęd w pewnym sensie może nam przypomnieć choćby tę, w pewnym momencie wspominaną to tu to tam, miłosną przygodę pewnego harcerza i pewnej harcerki z tak różnych stron świata. I co nam tu ktoś będzie gadać o jakimś Dziadzi, gdy liczy się miłość? W końcu żyjemy w świecie, który już trochę trwa. I który wcale się nie zaczął w dniach, gdy Służby uprowadziły córkę marszałka Kerna, a całą Polskę zalały łzy wzruszenia. A zatem znów stajemy przed tą straszną wieścią, że to z czym mamy do czynienia, to wcale nie chwilowe zawirowania, lecz najbardziej podstawowe kwestie cywilizacyjne.
       Przed kilkoma dniami, też na swoim blogu, opisałem bardzo zabawną sytuację, jaką miałem okazję zaobserwować w porannym programie telewizji TVN, gdzie jakaś w większości kompletnie mi nieznana, zgromadzona w studio ekipa, pod kierunkiem dziennikarza Żakowskiego i telewizyjnej celebrytki Jolanty Pieńkowskiej, zachwycali się nad szerokimi możliwościami, jakie daje spragnionym prawdziwej miłości Polkom i Polakom szansa wyjazdu do Afryki, czy w jakieś równie egzotyczne miejsce, i zakosztowania seksu z, jak to wdzięcznie określiła Pieńkowska, „tubylcami”. Oczywiście, nawet gdyby Pieńkowska na myśl o przygodzie erotycznej z jakimś Arabem, nie straciła głowy i nie użyła tego zabawnego określenia, news byłby i tak. No bo jest niewątpliwym newsem informacja, że oto, zupełnie oficjalnie, w jak najbardziej publicznej przestrzeni medialnej, lansuje się zwykłe kurestwo, usprawiedliwione wyłącznie tym, że to jest kurestwo egzotyczne, i że jeśli ktoś się przy okazji zarumienia, to wyłącznie z tak zwanej chcicy.
       Opisałem tę telewizyjną historię i natychmiast przysłano mi link do informacji, podobno gdzieniegdzie już dość skutecznie obdyskutowanej, że Marcin Kydryński – celebryta, podróżnik i miłośnik jazziku ze szklaneczką piwa przed ryjem – opublikował swego czasu jakąś książkę o swoich afrykańskich przygodach, której szczęśliwie dla niego przez całe lata nikt nie czytał, aż wreszcie wpadła w jakieś bardziej uważne ręce i… się wszystko rozlało. O co poszło. Otóż, jak wiele na to wskazuje, Kydryński, zapewne z paroma kumplami, pojechał do tej Afryki i spędzał czas gapieniu się na małe dziewczynki. Jeśli ktoś myśli, że przesadzam, lub zwyczajnie fantazjuję – proszę uprzejmie. Oto relacja na gorąco:

O Afrykankach:
Czarne dziewczęta w Afryce są prawie zawsze dzikie. Jest to wynik wychowania w społeczeństwie zbudowanym na męskim przywódcy stada. Tak jak lwy, goryle, tak żyją plemiona Czarnej Afryki. Ich dziewczęta mają wpisaną genetycznie nieufność. Są płochliwe jak małe antylopy, choć urodę dziedziczą po wielkich kotach. Nie nadają się do oswojenia. Mówią innym językiem nawet wtedy, gdy używają tych samych co my słów. Najczęściej jednak nie mówią w obecności mężczyzn. Łaszą się. Albo polują, jak lwice. Takim polowaniem jest afrykańska prostytucja. Seks dla większości Afrykanek to jedyna radość życia. Używają go w sposób równie naturalny i spontaniczny jak zwierzęta. Jeśli nie pracują i nie kochają się - nuda je zabija. Często więc łączą te zajęcia. Ich prostytucja nie jest konsekwentna. Biorą pieniądze wtedy, kiedy ich potrzebują. Czasem proszą jedynie o śniadanie. Częstokroć proszą tylko o to, by je wziąć. A są nie do wyobrażenia piękne. Nie sądzę, żeby znalazł się zdrowy mężczyzna, który umie oprzeć się ich urokowi. Nie jest to bowiem wdzięk ludzki, do którego przywykliśmy, ale zwierzęcy. Te dziewczyny proszą, żeby je pokryć. Zaczynają wtedy pachnieć inaczej, nagle, jak rozkrojone owoce. Wszystko w nich gada o zbliżeniu, oczy, usta, dłonie. Wreszcie mówią wprost tak jak formułowałyby to kocie samice, gdyby potrafiły mówić. Takie dziewczyny spotkałem później w klubie Florida 2000 w Nairobi i na ulicach Mombasy i wielokrotnie w Ugandzie. Uciekły ze swoich plemion do większych miast lub urodziły się już w miastach i chcą żyć w rytmie, w jakim pulsuje ich organizm”.

O Arabkach:
Prawdę mówiąc od pierwszej mojej wyprawy do północnej Afryki mam pewną słabość do małych Arabek. ‘Czarodziejki’... - powiedział o nich Adam rano przy promie, kiedy dziewczynka może dwunastoletnia, z figlarnie opartą na biodrze ręką patrzyła na niego z żarem, przed którym nie ma ucieczki. To dobre słowo, czarodziejki. W Dajr al-Madinie odnalazłem wśród oblepiających mnie dzieci takie śliczne małe zwierzątka. Miałem w portfelu kilka banknotów. Może trzy funty. W hotelu dwudziestopięciofuntówki. Je uszczęśliwia funt, nawet dwadzieścia pięć piastrów. Przychodziły mi do głowy myśli występne, że za dwudziestkę mógłbym taką pachnącą miodem, śniadą dziewczynkę wziąć do swojego hotelu i pieścić przez wiele godzin. Świństwo, ale potworną miałem na to wówczas ochotę. Tymczasem były te trzy funty, a dzieci zostało siedmioro. Dać im czy nie dać? Nie mam nic innego, one popiskują o pieniądze, a dziś Wigilia...

       Powiem szczerze, że kiedy pisze ten tekst, nie mam pojęcia, co słychać u Marcina Kydryńskiego. Czy on został wyrzucony poza swoje dotychczasowe towarzystwo? Czy może nic mu się nie stało i dalej kasuje pieniądze za swoje afrykańskie wspomnienia i reklamę Pilznera? A może pojechał znów do Afryki poszukać sobie jakichś małych dzieci, by je schrupać jak „rozkrojony owoc” i nagle trafił na jakiegoś czarnego byka, który schrupał jego i z nim już mamy święty spokój? Nie wiem tego wszystkiego i szczerze powiem, mało mnie to interesuje. To co mnie tu autentycznie zastanawia, to fakt, ze z tego co czytam wynika bardzo jednoznacznie, że pretensje do Kydryńskiego nie są o to, że on dostaje wzwodu na widok biednego czarnego dziecka i na samą myśl, by je „pokryć” oblewa go mokry pot, ani nawet o to, że on się tym swoim zbydlęceniem autentycznie chwali, lecz o to zaledwie, że on o tych dzieciach myśli jak o zwierzętach. I też nawet nie w tym kontekście, że w ten sposób wychodzi z niego zwykła zoofilia – bo przecież wiadomo, że człowiek jest wolny i może robić co chce, szczególnie jeśli idzie o seks – ale, że to jest takie rasistowskie. Podejrzewam, że gdyby Kydryński pojechał do Afryki i sobie do tyłka wpuszczał węże, a później to pięknie opisywał, cywilizowany świat nawet by jednego słowa przeciwko niemu siebie nie wypuścił. Wąż to wąż, a hobby to hobby.
      To co mnie z jednej strony bawi, a z drugiej autentycznie przeraża, to świadomość mianowicie, że gdyby Kydryński już nawet i pozostał przy tych dzieciach, tyle że nie nazywałby ich zwierzętami, podejrzewam, że to też by zostało mu darowane. Wprawdzie pedofilia jest karana, ale przecież nie z pominięciem różnic kulturowych. Czyż nie? A różnice kulturowe, to czynnik niezwykle tutaj istotny. W końcu nie ma żadnego powodu, żeby kultura chrześcijańska wpychała się ze swoimi brudnymi zapisami w piękno wolnego i różnobarwnego świata. A zatem, gdyby nie ta wpadka ze zwierzętami, myślę, że Kydryńskiemu wszystko by uszło na sucho. I to jest ów straszny, wręcz szatański obraz naszego świata. Bo najważniejsze by zawsze zwyciężała miłość. A wtedy, gdyby Marcin Kydryński tylko potrafił udowodnić, że autentycznie potrafi kochać, niewykluczone, że w nadchodzących wyborach trafiłby jakieś dobre miejsce na przykład na listach Platformy Obywatelskiej.
      Ale przecież nie koniecznie Platformy. Nie oszukujmy się. Tu nie chodzi przecież tylko o Platformę. Mówimy przecież o świecie. I jesteśmy już w tej chwili i tak wystarczająco przerażeni, by bez kolejnych obaw zauważyć, że dla takich jak on miejsce znajdzie się wszędzie. Na niego – co całkiem przecież, ale to całkiem możliwe – czekają w różnych częściach naszego życia publicznego. Ludzie znani, wygadani, ładni; dobrze ubrani politycy, artyści, dziennikarze; celebryci, umęczeni swoją codzienną służbą, z pieniędzmi, które w końcu i tak na coś muszą wydać. A gdy ktoś jest człowiekiem i światowym, i słucha dobrego jazzu, no i – last but not least –wykazuje bardzo postępowy szacunek dla kulturowej odmienności, i lubi sobie przy tym dyskretnie podupczyć, a może i coś jeszcze, to tym lepiej. W nagrodę może od razu trafić na okładkę błyszczącego kolorowego pisma, może i z piękną żoną i równie pięknymi dziećmi w pięknych wnętrzach, a Jolanta Pieńkowska zrobi z nim ładny wywiad, gdzie będzie wszystko – i przygoda, i emocje i tajemnica… no a przede wszystkim prawdziwa miłość.


       Jak już zaznaczyłem w powyższym tekście, pisząc go nie miałem pojęcia co aktualnie porabia Marcin Kydryński. Co on porabia, nie miałem zresztą pojęcia przez kolejne 9 lat. I oto w tych dniach dowiedziałem się, że on przez cały ten czas zadawał szyku w tak zwanej Trójce, prowadząc program pod tytułem „Sjesta”. Oczywiście, z naszego punktu widzenia znacznie lepszy tytuł byłby „Sjesta w tropikach”, lub „Sjesta z tobą”, no ale niech będzie, że pewna dyskrecja obowiązuje. A zatem, pracował Kydryński w tej Trójce i właśnie z hukiem z niej odszedł w proteście przeciwko pisowskiej cenzurze. Powiedzmy więc, że mam i trzeci powód, dla którego dziś zdecydowałem się przypomnieć tamtą notkę sprzed lat: powiedzieć publicznie, że ta cenzura to rzeczywiście wielki skandal. Żeby przez dziesięć lat pary z mikrofonu nie puścić. No, no...




wtorek, 4 czerwca 2019

O tym jak ksiądz Isakowicz-Zaleski zrobił się w trąbę


      O księdzu Isakowiczu Zaleskim pisałem tu jak sądzę zaledwie dwa razy, w dawnych jeszcze czasach, najpierw gdy ten zaapelował do wszystkich polskich patriotów, by nigdy przenigdy więcej nie głosowali na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a ten chwilę potem został przez złych ludzi zamordowany w Smoleńsku, a drugi raz kiedy zaprotestował przeciwko przyjęciu przez proboszcza kościoła św. Katarzyny w Krakowie międzynarodowego festiwalu piosenki żeglarskiej.  Od tego czasu unikałem tego dziwnego człowieka jak ognia i oto wczoraj trafiłem na wywiad, jakiego ów święty mąż udzielił portalowi onet.pl na temat upadku Kościoła Powszechnego, i na jego następujące wyznanie:

       „Przez 20 lat uważałem, że Kościół sam się oczyści, ale dziś widzę, że to się nie dzieje. To jest grzech zaniechania. Napisałem na ten temat kilka książek i bardzo wiele artykułów. I co? Nic się nie zmieniło. To jest moja osobista porażka”.
       Jak większość czytelników z pewnością widzi i bez mojej pomocy, te kilka prostych zdań można by komentować bardzo długo, ja jednak zwróciłbym uwagę na ostatnie, a mianowicie to w którym ksiądz Isakowicz-Zaleski ogłasza, że dzisiejszy rzekomy kryzys w Kościele to jego osobista porażka. Miał ksiądz Isakowicz zadanie ochronić Kościół przed upadkiem, wydał w związku z tym „kilka książek”, napisał „bardzo wiele artykułów”, niestety „nic się nie zmieniło”. Pedofilia wygrała. No niestety, to wszystko co Ksiądz przedsięwziął nie wystarczyło. Rzekomo obiecaną skałę moce piekielne przemogły i Ksiądz pluje sobie w brodę, że nie chciało mu się wydać jeszcze jednej książki i napisać kilka dodatkowych artykułów.
        W tej sytuacji, ja mam na dziś zaledwie jedno krótkie wspomnienie, oraz jedno równie krótkie oświadczenie. Otóż, nawiązując do wcześniej wspomnianego incydentu z piosenką żeglarską w Krakowie, osobom niezorientowanym chciałbym przypomnieć jeszcze wcześniejszy, ugoszczony przez proboszcza wspomnianej parafii św. Katarzyny, jak najbardziej satanistyczny festiwal Unsound, swego czasu odpowiednio obnażony na tym blogu i skutecznie zdeptany. Kiedy to się stało, ale też i wiele lat wcześniej, kiedy we wspomnianej parafii systematycznie i całkowicie bezkarnie dochodziło do profanacji Najświętszego Sakramentu, ksiądz Zaleski, jak się dziś dowiadujemy, wraz z Tomaszem Terlikowskim zajęty był pisaniem kolejnej książki na temat księży pedofilów. Gdy cały świat od Londynu po Los Angeles pisał o zamachu, jakiego katolicko-pisowska swołocz dokonała na wolność sztuki, ksiądz Zaleski nawet się na ten temat nie zająknął. Dlaczego? Przepraszam bardzo, ale diabli go wiedzą. Z mojego punktu widzenia za tym stała zwykła, pospolita gnuśność. I dopiero ktoś mu musiał nagle podpowiedzieć, że w kościele pod wezwaniem św. Katarzyny śpiewają szanty, by ten się nagle obudził i zaprotestował: „W kościele pod wezwaniem św. Katarzyny w Krakowie organizują jakieś szanty i co na to Kuria?
       Minęły lata i ksiądz Isakowicz-Zaleski informuje nas, czym on był wówczas, poza walką z piosenką żeglarską, zajęty, kiedy w jego Krakowie Szatan bezcześcił Najświętszy Sakrament. On pisał książki i artykuły o pedofilii w Kościele. I oto, jak się okazuje, coś nie wyszło i dziś pozostaje już tylko przepraszać. Biedny ksiądz Zaleski ciężaru owej odpowiedzialności nie uniósł.
        Pora na oświadczenie. Moim zdaniem nie ma nic bardziej groźnego dla Kościoła w Polsce, jak ludzie tacy jak ksiądz Isakowicz-Zaleski i ich medialna aktywność. Na moje oko, już znacznie bezpieczniej wygląda niesławny red. Jażdżewski. Z tego nieszczęśnika przynajmniej cały świat się śmieje. Isakowicz jest wciąż przez wielu traktowany z najwyższą estymą. W tej sytuacji ja bym był za tym, by Kościół, zamiast się uganiać za jakimiś księżmi oskarżanymi przez bandę cwaniaków o pedofilię, wziął się raczej za tych tutaj. Przynajmniej ma ich pod ręką.

     


Jak zawsze polecam moje książki. W ofercie jest już ich dziś zaledwie pięć, ale wcale nie dlatego, że były gorsze od innych. Wystarczy kliknąć w obrazek tuż obok i wejść na stronę księgarni basnjakniedzwiedz.pl.







poniedziałek, 27 maja 2019

O nastawianiu drugiego policzka


Żeby nikt broń Panie Boże nie myślał, że ja się przestałem interesować polityką i nie wiem, że wczoraj były wybory. Oczywiście dokładnie wiem, co się nam przydarzyło, jestem też pod niemal każdym względem ukontentowany, nawet owa wisienka na torcie w postaci zaciętego boju jaką Konfederacja stoczyła minionej nocy nie uszła mej uwadze, cała rzecz jednak sprowadza się do tego „niemal”, czyli do Warszawy. Przepraszam bardzo, ale to miasto jest praktycznie wszystkim co mi dziś zaprząta umysł, a ja od czasu gdy wczoraj zacytowałem jeden z moich ulubionych Psalmów, jeśli idzie o pomysły jestem całkowicie zużyty. W tej zatem sytuacji, będzie znów o pedofilii i obrzeżach. O wyborach może jutro.     


      Jak większość z nas z pewnością wie, zamiast wygłosić jak Pan Bóg przykazał normalne kazanie, wczoraj w naszych kościołach księża odczytali list biskupów, w którym ci, w możliwie najbardziej uniżonej formie, przeprosili za grzech pedofilii. Ja oczywiście bardzo się cieszę, że wymieniając najróżniejsze krzywdy, jakie w różnym czasie oraz w różnych miejscach osoby duchowne wyrządziły spotkanym na swej drodze dzieciom, biskupi zdecydowali się nie przepraszać w imieniu śp. prałata Jankowskiego znanej nam tu co nieco Barbary Borowieckiej, którą ten w latach 60. rzekomo przez kilka lat dzień w dzień gonił po strychach i piwnicach, regularnie plamiąc jej sukienki swoją spermą. Cieszę się, bo tego rodzaju upokorzenia bym zwyczajnie nie zniósł. A i tak, przede wszystkim ton owego listu, ale również jego treść i w moim pojęciu jego całkowita bezużyteczność, wystarczyły, by mnie serdecznie zmartwić.
      W czym rzecz? Otóż, co już zostało wielokrotnie powtórzone, ale również bardzo starannie wykazane, Kościół, ale również księża w swojej ogromnej większości, nie mają się doprawdy z czego tłumaczyć. Mam dwóch blisko zaprzyjaźnionych księży, obu mniej więcej z mojego pokolenia, a więc, jak rozumiem, nadzwyczaj doświadczonych w towarzysko-zawodowe kontakty z innymi księżmi, i oni obaj powiedzieli mi jednoznacznie, że w całym swoim życiu nie dość że nie zdarzyło im się spotkać księdza homoseksualisty, czy tym bardziej księdza pedofila, to jeszcze, z wyjątkiem dosłownie pojedynczych wypadków, nie zdarzyło im się o takich słyszeć. Ale ja sam, oraz wielu moich znajomych, z którymi tę kwestię konsultowałem, ani nie spotkaliśmy, ani nawet nie słyszeliśmy o księdzu, którego można by było podejrzewać o jakiekolwiek występki tej natury. Owszem, słyszałem o księżach cudzołożących, słyszałem o księżach chlejących, księżach pazernych na pieniądze, a nawet księżach kapujących do milicji... no ale to wszystko. A zatem uważam, że zwyczajnie tematu nie ma, a jeśli tu i ówdzie się zaczyna taki pojawiać, to znaczy że za tym stoi najbardziej bezczelne kłamstwo, którego podstawowym i ostatecznym celem jest zniszczenie Polski. Zgodnie z opisem przedstawionym przez księdza kardynała Wyszyńskiego, który powiedział, że kiedy przyjdzie pora na Polskę, oni zaczną od Kościoła.
       Przykładów owego kłamstwa jest dużo za dużo, ja bym jednak chciał dziś opowiedzieć o dwóch rzeczach, na które wpadłem zaledwie wczoraj, a które, przyznaję, poruszyły mnie szczególnie mocno. Proszę sobie wyobrazić, że oto na portalu tvn24.pl, na który, owszem, dość regularnie zaglądam, ukazało się coś takiego:



a pod spodem rozmowa z owym seksuologiem oraz psychoterapeutą i już na samym początku taki fragment:
„- Prowadzi pan terapię z pedofilami. Czy wśród pana pacjentów są księża?
  - Było ich kilku. Zgłosili się do mnie sami. To byli księża w różnym wieku. Jeden z nich w stanie duchownym był od 20 lat. Przychodzili na indywidualną terapię. Trwała dwa lata, niekiedy trzy. Co ich skłoniło, żeby poprosić o pomoc? Nie akceptowali swoich zachowań. Mieli wyrzuty sumienia. Jeden z nich molestował seksualnie dzieci. Pozostali fantazjowali, czuli wyraźne podniecenie, kiedy przebywali w otoczeniu najmłodszych. Bali się, że przekroczą dopuszczalną granicę”.
       Dalej mamy już rozmowę wyłącznie o pedofilii jako chorobie, o jej przyczynach, o sposobach leczenia, czy wreszcie o braku sensu karania pedofilów więzieniem, a już zwłaszcza wieloletnim. O księżach w dalszej części tej rozmowy się nie wspomina. Mamy tylko tych „kilku” księży, którzy się sami zgłosili do psychoterapeuty z prośbą by im pomógł w zwalczeniu żądzy, którą uważali za złą i grzeszną, chcieli się jej pozbyć, i którym on, jak sam twierdzi, jakoś tam pomógł, do tego wręcz stopnia, że o ile oni na początku myśleli o porzuceniu stanu duchownego, ostatecznie zostali w Kościele. Tymczasem, jak widzimy, cały ten tekst ilustrowany jest zdjęciem jakiejś zaszczutej małej dziewczynki i księdza w koloratce, no i ten kompletnie idiotyczny – pomijając, że kłamliwy – tytuł: „Żaden z moich pacjentów nie przestał być księdzem”.
       Nie będę oczywiście ukrywał tego, co sądzę o psychoanalitykach, psychoterapeutach, psychologach, czy psychiatrach, a więc ludziach, którzy zawodowo pukają do ludzkich dusz, udzielając jednocześnie politycznie motywowanym mediom wywiadów na tematy z polityką nie mającym nic wspólnego. Otóż, moim zdaniem, jeśli psycholog, a więc ktoś kto rzekomo jest w stanie przejrzeć na wylot najbardziej -przeboiegłych pacjentów, daje się wystawić do wiatru komuś takiemu jak TVN24, w naiwnym przekonaniu, że oto uzyskał szanse podzielenia się swoją specjalistyczną wiedzą na ważny temat, to znaczy, że z niego jest dupa nie psycholog. No ale przyznaję, że tym bardziej należy mu się uznanie, że się nie dał wciągnąć tej cwaniarze, która go wypuściła na tę rozmowę i  rozmowy na temat księży zwyczajnie odmówił. No i przy okazji, należy mu zaliczyć do zasług to, że unikając tej prowokacji pokazał nam bardzo wyraźnie, z kim mamy tak naprawdę do czynienia, do czego to bydło jest zdolne, no i jak bardzo grubą nicią szyta jest cała ta afera pod nazwą „pedofila w Kościele”.
       Drugą z zapowiedzianych historii poznałem również z TVN-u i przedstawię ją bardzo krótko. Otóż parę tygodni temu gdzieś w Polsce pewna 17-latka popełniła samobójstwo, nie mogąc dłużej znieść plotek, jakie krążyły w okolicy na temat jej rzekomych romantycznych relacji z księdzem. I to tyle. 
       No a my niestety wciąż zostajemy ze świadomością, że nasi biskupi jeszcze długo się będą musieli uczyć sposobów postępowania z tymi gangsterami.


Jeśli ktoś ma ochotę kupić którąś z moich książek, proszę klikać w okładki tuż obok. Cześć z nich, zanim i te tytuły się sprzedadzą, jest wciąż aktywna. Polecam.


     
     



sobota, 25 maja 2019

Prosimy o tabletkę dla pana W.


Ponieważ do wyborów został nam już tylko jeden dzień, staję przed pewnym dylematem. Otóż jeszcze wczoraj miałem plan, żeby po prezentacji hejtu, jaki wylał się jeszcze w roku 2009 na śp. Lecha Kaczyńskiego temat pociągnąć i przypomnieć tamten czas nieco szerzej, przedstawiając owego świętego człowieka, jako zdecydowanie najbardziej znienawidzoną postać w całej współczesnej polskiej historii. Ponieważ jednak wciąż siedzi w poczekalni mój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, musiałem się zdecydować, co powinno pójść na pierwszy ogień, a co powinienem zostawić Czytelnikom na wyborczą niedzielę. No i ostatecznie zdecydowałem, że już dziś opublikuję wspomniany felieton z „Warszawskiej”, a o nienawiści w wydaniu turbo spróbuję coś napisać jutro. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Tymczasem, zapraszam.  


      Kiedy przedstawiałem swój poprzedni felieton, byłem szczerze przekonany, że w ten oto sposób ostatecznie kończę temat pedofilii, a tu nagle widzę, że Dobra Zmiana postanowiła powołać specjalną komisję badającą problem pedofilii nie tylko w odniesieniu do księży, ale w ogóle, ze szczególnym uwzględnieniem środowisk dotychczas nietykalnych, obejmujących, jak to ładnie wyraził Prezes, nawet laureatów Nagrody Nobla. A gdyby ktoś tego nie dosłyszał, uznając za stosowne tego Nobla głośno i wyraźnie powtórzyć. A my, jak to my prości ludkowie, natychmiast postawiliśmy uszy na sztorc i uwzględniając fakt, że zarówno Czesław Miłosz, jak i Wisława Szymborska już od pewnego czasu śpiewają w niewidzialnym chórze, skupiliśmy naszą uwagę na samym, że tak to elegancko ujmę, Panu Przewodniczącym.
       A ja, z drżącym sercem czekając na dalszy rozwój wypadków, wspominam rok 2008, kiedy to tematem numer jeden na pewien czas stał się występek pewnego ojca, który za zgodą matki i paru swoich kumpli gwałcił najpierw piętnastoletnią, a z biegiem lat, swoją dorosłą już córkę. Kiedy wiadomość o tym wyjątkowym przypadku ludzkiego upadku, dotarła do mediów, premier Tusk –  jak się zdaje, nadmuchany intelektualnie przez swoich odpicowanych w piękne garnitury doradców od wizerunku – zgłosił postulat, by pedofilów kastrować chemicznie, bo to zwierzęta nie ludzie.
      Dziś może nam się zdawać, że apel Donalda Tuska najpierw spotkał się z powszechnym entuzjazmem mainstreamu, by następnie na zawsze zniknąć w ścieku wypełnionym pamiętną ciepłą wodą, tymczasem nic podobnego. Otóż cała ta banda rzuciła się na biednego Donalda z zarzutem, że okrucieństwo tej kary dotyka nie nogi, nie ręki, nie głowy, ale tzw. seksualności. A dla nich seksualność jest wartością do tego stopnia najwyższą, że każda próba jej ograniczenia, stanowi zamach na najbardziej podstawowe prawo człowieka. Do dziś pamiętam ów nastrój histerii sprowadzający się do apelu, by nie dopuścić do tego, by powstało prawo, które ograniczy obywatelom prawo do uprawiania seksu. Do dziś pamiętam, jak Monika Olejnik w swoim kultowym już dziś programie TVN24 wykrzyknęła: „Przecież ten ojciec nawet nie był pedofilem”.
      A ja osobiście uważam, że jeśli po świecie chodzi jakiś typ, który uprowadza dzieci, a potem je gwałci, lub wyrządza im jakąś inną krzywdę, bo strasznie go podnieca ich strach, lub ich ból – i to niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z pedofilem, czy jakimś zaćpanym durniem – to trzeba go złapać i postawić pod sądem, a jeśli wcześniej policja go skutecznie nie ochroni, to go po prostu zabić kijem, sztachetą, czy co tam okoliczni obywatele mają pod ręką.      
      No i tu wraca wspomnienie Donalda Tuska proponującego chemiczną kastrację pedofilów. Jemu akurat oczywiście dziś to już bez różnicy, ale przyznaję, że miałbym prawdziwą satysfakcję widząc, jak pana Bolesława panowie w białych kitlach przyciskają kolanem do ziemi i wciskają w jego słodkie usteczka tę tabletkę.



Jak zawsze, zwracam uwagę na książki, których okładki można zobaczyć tuż obok. Kliknięcie w niektóre z tych obrazków wprowadzi zainteresowane osoby do naszej księgarni, a tam już droga prosta. Jeśli ktoś woli jeszcze prościej, proszę napisać do mnie na adres k.osiejuk@gmail.com.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...