Pokazywanie postów oznaczonych etykietą terroryzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą terroryzm. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 sierpnia 2021

O strzale w kolano, kiedy już nie wypada w łeb

     Jak czytelnicy tego bloga wiedzą, dni które sobie powoli mijają spędzam na rekolekcjach poznańskich Pomocników Matki Kościoła i dzięki temu w znacznym stopniu jestem wyłączony ze śledzenia bieżących wydarzeń. Ponieważ jednak tak do końca zapomnieć o świecie się nie da, co jakiś czas docierają do mnie strzępki informacji, w tym i ta że poseł Franciszek Starczewski próbował przedrzeć się przez granicę polsko-białoruską i zostawić tam pakunek, podobno z żywnością i lekarstwami. Dzięki szybkiej i skutecznej akcji - niestety nie mówię tu o standardowym odstrzeleniu zamachowca - straży granicznej, do przerzucenia towaru nie doszło.

      Ja oczywiście mam świadomość, co się wyprawia we łbach niektórych z nas i wiem też, że świadomymi sytuacji jest też polski rząd i podległe mu służby, w związku z czym wiem i ja i oni, że poseł Starczewski, podobnie jak wcześniej paru innych jego kolegów z oddziału, w tych pudłach i workach, mieli faktycznie kanapki z mielonką,oraz ibuprom plus paczkę plastrów, ewentualnie po prostu parę śmierdzących skarpetek i rolkę papieru toaletowego, ale też nie mogę nie zauważyć, że kiedy oni tam się z tymi żołnierzami gonili, to czort jedyny wiedział, co oni kombinują. Jasne jest że ja tu sobie zaledwie teoretyzuję, ale o ile się domyślam, kiedy ów poseł Konieczny, któremu ostatecznie udało się przerzucić to coś na drugą stronę, to nikt go wcześniej nie sprawdził, co on tam niesie. Czy przepadkiem nie narkotyki, broń, czy nie daj Boże granat. I znów, wiem, że to jest tylko teoria, ale, przepraszam bardzo, i co z tego? Jaka jest gwarancja, którą można położyć na szali bezpieczeństwa państwa, że z tej histerii, której wszyscy jesteśmy świadkami, poseł Konieczny dzień wcześniej zwyczajnie nie oszalał i nie postanowił wziąć spraw w swoje ręce? Jaki jest więc powód, by zanim on rozpocznie swój bieg, nie położyć go na ziemi i przynajmniej nie sprawdzić, co on tam niesie? Czy to że my wiemy, że to jest tylko nędzna polityka głupiej opozycji, to jedna rzecz, ale czy to znaczy, że w momencie gdy pojawi się jeden pajac z drugim, to procedury przestają działać?

      Ktoś powie, że trzeba być elastycznym. Głupio jest podstawiać nogę, że już nie wspomnę o strzelaniu, posłance Jachirze. No dobrze, ale spójrzmy głębiej. Jak wiemy, o tym co się dzieję na granicy Polski z Białorusią, wie nie tylko cała Polska, ale też cały świat, ta szczególna jego część, która żartować nie lubi i nie ma ochoty. Nigdy. Ludzie tam się kręcący doskonale wiedzą, że jest miejsce na świecie, gdzie ze względu na silne emocjonalne wzmożenie, tradycyjna czujność nieco osłabła. Czy naprawdę trudno jest sobie wyobrazić, że na tej naszej granicy któregoś dnia pojawi się kobieta z reklamówką, a nawet i bez, zacznie przekonywać pilnujących przejścia żołnierzy, że jest przedstawicielką organizacji Amnesty International, która przyszła z misją dobrej woli,  ci, zamiast ją zgodnie z procedurami sprzątnąć, zaczną z nią dyskutować i w tym momencie nastąpi wielkie bum? Niemożliwe? Ciekawe czemu.

      Jest terroryzm, jest wojna, są granice i cały świat już wie, że wobec zagrożenia zewnętrznego, kłopoty wewnętrzne to pestka. I słusznie. No bo przecież, nie oszukujmy się: co jest groźnego w takim pośle Szczerbie, Jońskim, czy nawet Donaldzie Tusku? Dlatego też cały ów świat stara się przede wszystkim chronić granice, zarówno te fizyczne jak i cywilizacyjne, po to by obcy nie zaczęli wprowadzać tu i tam swoich porządków. Dlatego też służby graniczne są wyposażone w ostrą broń, a prawo państwowe w bardzo restrykcyjne przepisy. Przepisy mówią że granic - wszelkich granic - nie wolno przekraczać, bo za nieposłuszeństwo można nawet oberwać... no, powiedzmy, w kolano. 

      O czym tą drogą przypominam tym wszystkim, którzy chyba o tym zapomnieli...





czwartek, 8 czerwca 2017

O pięknej Miriam i dobrym proroku Mahomecie

Nie umiem zgadnąć, czy czytelnicy tego bloga wiedzą, kim jest Miriam Shaded, a zatem myślę, że nie zaszkodzi na początek dzisiejszego niedługiego tekstu wrzucić kilka słów opisu. Otóż Miriam Shaded to jest urodzona w Polsce córka Polki, pewnej łódzkiej artystki, oraz Syryjczyka, pastora tak zwanego Kościoła Dobrego Pasterza, przewodniczącego Rady Starszych w Kościele Reformowanym, oraz założycielem misyjnej organizacji o nazwie Ruch Nowego Życia. Mimo tej historii, to że część z nas w ogóle kojarzy nazwisko owej Shaded wynika z tego, że jest ona bardzo często prezentowana we wszystkich możliwych telewizjach, gdzie rzuca się w oczy dzięki z jednej strony swojej egzotycznej i nadzwyczaj śmiało eksponowanej urodzie, a z drugiej bardzo silnemu zaangażowaniu przeciwko islamskiej religii i kulturze, co w wykonaniu osoby o jak by nie było islamskich korzeniach musi robić wrażenie.
Występuje więc owa Miriam w mediach od lewej strony politycznej sceny do prawej, do których jest niezwykle chętnie zapraszana, i robi wrażenie jakby jej jedyną misją było wytłumacznie na Polakom, że islam to religia oparta wyłącznie na zbrodni. Ona sama jest szefem fundacji o nazwie „Estera”, której statutowym celem jest pomoc chrześcijanom w Syrii, jednak z dostępnych powszechnie informacji wynika, że jedynym efektem owej działalności było jak dotychczas sprowadzenie do Polski 52 syrysjkie rodziny, z których dziś już wszystkie wyjechały do Niemiec, do Szwecji, czy czort ich wie, gdzie. A zatem, wygląda na to, że poza komentowaniem w mediach tak zwanego kryzysu imigracyjnego z punktu widzenia kogoś kto islam zna i nim gardzi, publiczna działalność Miriam Shaded praktycznego sensu nie ma.
A jednak ona wciąż się raz na jakiś czas pojawia i, prezentując swoje orientalne wdzięki, opowiada nam, jak to wszelkie próby ucywilizowania islamu musza się skończyc porażką z tego względu, że owa religia z samej swojej zasady jest nastawiona na terror i zniszczenie wszystkiego co obce.
I chętnie to powtórzę, wcale nie jest tak, że głos owej Miriam jest wykorzystywany wyłącznie przez publiczną telewizję w celu udzielenia propagandowego wsparcia antyemigracyjnej polityce rządu Beaty Szydło. To oczywiście też, jednak nie wolno nam zapominać, że ona te swoje szczególne poglądy głosi we wszystkich mediach, nie wyłączając z tego telewizji rodziny Walterów. Ona tam jest równie częstym gościem, jak Marian Piłka, ksiądz Sowa, czy Waldemar Kuczyński. Według jakiej logiki, jakiego zamiaru, jakiego planu – wie to tylko wspomniany wcześniej czort.
I oto proszę sobie wyobrazić, że w tych dniach trudnych dniach, gdy wszyscy wciąż jesteśmy pod wrażenie ataku w Londynie, Miriam Shaded zostaje zaproszona do jednej z telewizji i już nie ogranicza się do objasniania nam prawdziwej natury islamu, ale zabiera się bezpośrednio za samego Proroka i ogłasza, że to „morderca, zboczeniec i pedofil”.
Wielu z nas z pewnościa pamięta sprawę Salmana Rushdiego, brytyjskiego autora indyjskiego pochodzenia, który swego czasu wydał powieść zatytułowaną „Szatańskie wersety”, w której wprawdzie bezpośrednio nikogo nie obraził, natomiast zaproponował narrację, która nie spodobała się islamskim teologom i przez to został zaocznie skazany na śmierć. W związku z owym wyrokiem, Rushdie został obięty ścisłą ochroną i do dziś gdzieś w Nowym Jorku wiedzie z jednej strony życie niezwykle zasobne, a z drugiej w publicznej świadomości funkcjonuje jako ktoś, dla kogo każdy dzień może być dniem ostatnim.
Co tam jednak Rushdie? Oto niedawno wpadła mi w ręce najnowsza, wybitnie rozszerzona edycja słynnego albumu duetu Byrne i Eno pod tytułem „My Life in a Bush of Ghosts” i okazuje się, że również i tym razem autorzy nagrania nie zdecydowali się umieścić na nim utowru „Qu’ran”, który już przy pierwszej okazji, niemal 40 lat temu, na żądanie którejś z londyńskich organizacji muzułmańskich został z projektu usunięty ze względu na wykorzystanie w nim fragmentu jakiejś muzułmańskiej modlitwy. Tak oto działa świadomość potęgi uczuć religijnych i strach przed ich obrazą.
I oto dziś w Polsce mamy ową Syryjkę, która nie patyczkując się z nikim i z niczym ogłasza, że „Mahomet to morderca i pedofil”. Przepraszam bardzo, ale co to się dzieje? Czemu ta cizia wciąż jeszcze chodzi po świecie z głową na karku, czemu nie została jeszcze objęta ochroną policji, czemu wreszcie nasze media z taką nomnszalancją nagłaśnieją jej słowa? Czyżby poszło o to, że nie ma takiego Araba na świecie, choćby i z najostrzejszym mieczem, którego serce by nie stopniało na widok jej pięknej twarzy? A może oni faktycznie czują do Polski niewytłumaczalną słabość? To jest oczywiście ponury żart. A może zatem chodzi o co innego? Może rzecz polega na tym, że tam się toczy jakaś gra, której Miriam Shaded jest zaledwie częścią, w której dla nas zarezerwowana została wyłącznie rola kibiców i nam nic ani do jej reguł, ani sensu, a nawet faktycznego przebiegu? Czy to nie jest tak, że to całe zamieszanie nie ma kompletnie nic wspólnego z jedną czy drugą religią i wojną kultur, ale normalnie, jak zawsze chodzi o forsę, a ten cały Mahomet to jest wyłącznie nic nieznaczący pretekst? Aż się boję o tym pomyśleć.

Już pojutrze w Bytomiu startują dwudniowe targi książki „Rozetta”. Wydarzenie odbywać się będzie w pięknej Hali na Skarpie w pobliżu stadionu słynnych niegdyś Szombierek Bytom. W zapowiedzi, poza książkami, całe mnóstwo atrakcji, o których można poczytać na stronie www.rozetta.pl. Jednakczesnie zachęcam do zaglądania na stronę www.basnjakniedzwiedz.pl i kupowania moich książek.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

O tym jak w Manchesterze przeprowadzono zbiórkę na ISIS

Miniony weekend przyniósł nam trzy wydarzenia, które opanowały zbiorową wyobraźnię całego tak zwanego wolnego świata. Przede wszystkim, w Manchesterze odbył się wielki, od pewnego czasu zapowiadany, tak zwany „charity gig”, którego głównym przesłaniem miało być pokazanie islamskim terrorystom, że nie ma takiego terroru, którego nie byłaby w stanie pokonać miłość i wzajemna tolerancja. W pewnym momencie przed kwiczącym tłumem pojawił się popularny piosenkarz Pharrell Williams i między jedną piosenką a drugą podzielił się ze swoimi fanami refleksją, że mimo tego całego zła, on patrzy prosto przed siebie i nie widzi wśród zgromadzonej publiczności cienia strachu – tylko miłość. Dzięki temu że zarówno cały Manchester, jak i tym bardziej miejsce, w którym odbywał się koncert, było non-stop patrolowane przez tysiące uzbrojonych policjantów, wszystko odbyło się zgodnie z planem i zarówno artyści, jak i uczestnicy koncertu, kiedy już zamanifestowali swoją wiarę w potęgę miłości, rozeszli się bezpiecznie po swoich domach.
Drugim ze wspomnianych wydarzeń, które w ciągu minionego weekendu podbiły serca światowych mediów, a w konsekwencji i tych, którzy dzięki nim raz na jakiś czas mogą się poczuć ludźmi, był oczywiście sobotni atak na London Bridge. Trzech islamistów najpierw staranowało samochodem Bogu ducha winnych wieczornych przechodniów, następnie tych, którzy ocaleli zaatakowali nożami, a kiedy już udało im się zabić sześć osób, zostali zastrzeleni przez policję. W odpowiedzi na atak, premier Wielkiej Brytanii, Teresa May, oświadczyła, że „enough is enough”, burmistrz Londynu, człowiek o symbolicznym nazwisku Sadiq Khan, potwierdził, że islamski terroryzm nie ma nic wspólnego z pokojową religią islamu, a liberalne media zwróciły nam uwagę na fakt, że autorami owych zamachów nie były dzieci z Aleppo, lecz barbarzyńcy bez serca. No i tu również, po wygłoszeniu swoich komentarzy, wszyscy rozeszli się po swoich domach.
No i wreszcie wydarzenie trzecie, pozostające nieco w cieniu dwóch pozostałych. Oto w sobotę, chwilę przed tym jak w Londynie islamiści z nożami mordowali niewiernych, w Cardiff odbywał się finał Pucharu Europy w piłce nożnej między Realem Madryt a Juventusem Turyn, i na Placu św. Karola Turynu zgromadził się tłum kibiców, pragnących oglądać transmisję z meczu na wielkim telebimie. W pewnym momencie jednak dwóch wesołych młodzieniaszków w ramach prostego żartu zaczęło wrzeszczeć, że oto za chwilę wybuchnie bomba, na co dziesiątki tysięcy zgromadzonych kibiców Juventusu, uznało, że oto doszło do ataku terrorystycznego i rzuciło się do ucieczki, tratując się nawzajem. W efekcie ponad 1500 osób odniosło obrażenia, w tym wielu bardzo ciężkie.
Przyznam szczerze, że nie umiem zgadnąć, jak to się dzieje, że kiedy w Paryżu dochodzi do zamachu terrorystycznego i ginie ponad 100 osób, jedynym sposobem ich upamiętnienia staje się występ jakiegoś pianisty-amatora, natomiast wczoraj w Manchesterze, poza wspomnianym Williamsem i główną sprawczynią owego zamieszania, hołd ofiarom oddały takie sławy, jak Robbie Williams, Justin Bieber, Miley Cyrus, czy zespół Coldplay. Nie umiem też się domyślić, dlaczego wiadomość o tym, że w Turynie, w wyniku spowodowanej obawą przed terrorystycznym atakiem paniki, w szpitalach znalazło się ponad 1500 osób, według światowych mediów stanowiła wiadomość średnio interesującą. Myślę, że kwestią decydująca jest tu odwieczna potęga Imperium, które z samej zasady stoi ponad wszystkim, no ale tu akurat przede wszystkim mogę się mylić, a poza tym, to i tak nie jest dziś najważniejsze. To co z mojego punktu widzenia liczy się naprawdę, to owo bardzo poważne podejrzenie, że jeszcze kilka ataków, w których gdzieś w Paryżu, Berlinie czy w Londynie zginie siedem, siedemnaście, czy sto siedemdziesiąt osób, a Europa wpadnie w stan takiej histerii, że wystarczy by w owym Berlinie, Paryżu, czy Londynie ktoś głośniej wrzasnął, a tysiące ludzi ze strachu przed śmiercią, zadepcze się na śmierć.
Ale jest jeszcze coś. Starsi czytelnicy pewnie pamiętają, jak 25 czerwca 1967 roku, w ramach wymyślonej przez Johna Lennona akcji pod nazwą „One World” Beatlesi zagrali na żywo dla 400 milionów telewidzów na pięciu kontynentach piosenkę „All You Need Is Love”. Program, jak mówię, transmitowany był na żywo, i mógł go śledzić za darmo każdy posiadacz telewizora na świecie. Od tego czasu niedługo minie 50 lat i trzeba przyznać, że wraz z upływem tych lat, wszyscyśmy, podobnie jak ów czas, mocno sparszywieli. Co bowiem stało na przeszkodzie, skoro wszyscy jesteśmy tak samo zagrożeni islamskim terroryzmem, a miłość jest tak samo jedna, jak jeden jest nasz świat, by ów koncert w Manchesterze był za darmo transmitowany na cały świat?
Myślę, że my tu wszyscy odpowiedź na to pytanie znamy wystarczająco dobrze, a część owej odpowiedzi znakomicie reprezentuje komunikat, jaki był wyświetlany przez cały czas trwania owej transmisji, wzywający do wpłacania pieniędzy na pomoc dla ofiar ataku i ich rodzin.
W końcu każdy kolejny milion się przyda. Również bankom, przez które te pieniądze tak czy inaczej będą musiały przejść, a z których usług, jak wiemy, korzystają różni klienci, jak świat długi i szeroki.

Już bardzo niedługo spotykamy się w Bytomiu na targach „Rozetta”. Nie mogę się doczekać, ale póki co zapraszam do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.

sobota, 23 lipca 2016

Redaktor "Gazety Wyborczej" patrzy na Światowe Dni Młodzieży

Miałem na dziś zupełnie inne plany i od razu uprzedzam, że nie chodziło o wypowiedz Rafała Ziemkiewicza na Twitterze, w której skomentował on atak w Monachium uwagą, że Niemcy wreszcie zobaczyli, jak to jest, kiedy to nie oni zabijają, ale ich się zabija. Gdy bowiem chodzi o Ziemkiewicza, ja mam wszystko starannie poukładane od pierwszego dnia, jak zacząłem prowadzić ten blog i nie widzę najmniejszego sensu, by ów porządek rzeczy burzyć kolejnymi ekstrawagancjami tego cudaczka. Natomiast, owszem, bardzo mi zależy, by przedstawić Czytelnikom kogoś, kto tu jeszcze nie gościł i pewnie już do końca świata pozostałby zaledwie jedną z wielu anomalii dzieła Stworzenia, idealnie obojętną światu, gdyby nie wynalazek pod nazwą Facebook i to coś jeszcze, dla czego nazwy nie potrafię znaleźć.
Oto, jak wiemy, zbliżają się wielkimi krokami tak zwane Światowe Dni Młodzieży i nawet dla tych z nas, którzy – doprawdy z różnych względów – patrzyli dotychczas na to wydarzenie z większą czy mniejszą obojętnością, z każdą niemal chwilą zaczyna ono przybierać coraz bardziej poważne kształty. Dziś na przykład miałem spotkanie z czytelniczką, która od lat mieszka w Niemczech, a tu do Katowic regularnie przyjeżdża odwiedzić rodzinę i przy każdej z tych okazji znajduje czas, by się ze mną zobaczyć. Spotkaliśmy się więc i tym razem pod jednym z wielu parasoli rozstawionych to tu to tam, a ponieważ, jak już zdarzyło mi się wspomnieć, zbliżają się owe Światowe Dni Młodzieży, obok nas niemal bez przerwy przewijały się kolorowe tłumy rozradowanych pielgrzymów. W pewnym momencie ich było tak dużo, a wszyscy robili tak niezwykłe wrażenie, że praktycznie nie byliśmy w stanie sobie spokojnie rozmawiać, bo oni tam wciąż byli i zaświadczali choćby i o tym, czego nam dwojgu brakowało.
I oto okazało się, że nie tylko my zdaliśmy sobie sprawę z tego, co się wokół dzieje. Dziennikarz „Gazety Wyborczej” nazwiskiem Witold Szabłowski zamieścił na Facebooku okazyjny wpis:



Mam nadzieję, że wszyscy zrozumieliśmy bieg myśli Szabłowskiego i teraz będziemy się mogli już zając tylko nim. Otóż wbrew temu, co niektórzy z nas mogliby podejrzewać, nie mamy do czynienia z jakimś everymanem. Szabłowski to ktoś, kto, jak się wydaje, ma ambicję sięgnięcia znacznie wyżej, niż wskazywałoby nawet jego nazwisko. Spójrzmy choćby na notkę w Wikipedii:
Witold Szabłowski (ur. 1980 w Ostrowi Mazowieckiej) – polski dziennikarz i reportażysta, od 2006 roku związany z „Gazetą Wyborczą” i „Dużym Formatem”. Wcześniej pracował między innymi w TVN24. Szabłowski zajmuje się przede wszystkim Turcją, gdzie mieszkał i studiował blisko rok.
Absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. W 2008 roku otrzymał nagrodę Melchiora za 2007 rok, w kategorii Inspiracja Roku, za ‘nawiązanie do najlepszej szkoły reportażu – ukazanie nieznanego oblicza Turcji, rzetelną dokumentację, oszczędny, ale obrazowy język’.
Także w 2008 roku otrzymał wyróżnienie w konkursie Amnesty International dla autorów najlepszych tekstów poświęconych tematyce praw człowieka za artykuł To z miłości, siostro, który ukazał się w ‘Dużym Formacie’. Tekst opowiadał o dramacie kobiet z Turcji, które padły ofiarami gwałtów oraz ‘honorowych zabójstw’, także tych, które dopuściły się ‘grzechu’ decydowania o swoim losie.
Laureat Nagrody im. Beaty Pawlak w 2011 roku oraz nominowany do Nagrody Literackiej Nike 2011 za książkę Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji (Czarne, Wołowiec 2010).
Z Izabelą Meyzą napisał Nasz mały PRL. Pół roku w M-3 z trwałą, wąsami i maluchem (Znak, Kraków 2012). W 2014 roku wydał książkę Tańczące niedźwiedzie (Agora)
”.
I oto zaledwie wczoraj musiałem się dowiedzieć, że ten sam wybitny człowiek, widząc radosny tłum udający się do Krakowa na spotkanie z papieżem Franciszkiem, uznał za stosowne pomyśleć sobie, że nie byłoby źle wypuścić na nich wszystkich, jak za starych dobrych czasów, lwy, i to w taki sposób, by popcorn lepiej smakował.
Przepraszam bardzo, ale ja tym razem chyba jednak nie mam siły, by to kontynuować. Wszystkie te lata, jakie spędziłem w Internecie przyzwyczaiły mnie naprawdę do, wydawałoby się, wszelkich możliwych ekscesów. Internet, jaki znamy, potrafi dostarczy przeżyć, jakich normalny człowiek nie byłby w stanie sobie wyobrazić w najbardziej perwersyjnych snach. A zatem, nie będę ukrywał, że gdybym myśl przedstawioną przez Witolda Szabłowskiego znalazł na którymś z forów dyskusyjnych, których wokół możemy znaleźć całą masę, w tym choćby dyskusyjne forum „Gazety Wyborczej”, zdziwiłbym się może, nie pierwszy raz zresztą, że oni tam nie mają kogoś, kto by te komentarze w sposób choćby podstawowy moderował. Tu jednak mamy Witolda Szabłowskiego, osobę, jak się okazuje, przynajmniej w pewnych środowiskach, nie mniej publiczną, jak, dajmy na to, poseł Pyzik z PiS-u, tyle że ów Pyzik jest tak naprawdę zaledwie jednym z tysięcy działaczy partyjnych, których należy pilnować, a Szabłowski, to, jak by nie patrzeć, bezdyskusyjna czołówka.
No ale jest jeszcze coś. Otóż gdyby Szabłowski siedział sobie pijąc piwo w Złotych Tarasach, obok przechodziliby ci młodzi z Włoch, Francji, czy Ghany, a on by im pokazał tak zwanego faka, pies z kulawą nogą by tego nie zauważył, nie mówiąc już o tych pielgrzymach. On jednak wypowiedział się publicznie, podpisując swoją wypowiedź imieniem i nazwiskiem, a przez to pewnym sensie określając się również, jako przedstawiciel pewnego – nie ukrywajmy tego – mocno ideologicznie identyfikowanego środowiska. A zatem, w tym akurat wypadku, my nie mamy do czynienia z jakimś bezmyślnym, nic nieznaczącym, gestem, lecz z deklaracją ściśle ideologiczną właśnie. A jej brzemiennie jest proste i czyste: „Zabić!”
Nie oszukujmy się bowiem. Szabłowski to ani wariat, ani ćpun, ani nawet nałogowy żartowniś. To jest człowiek idealnie kontrolujący swoje emocje. On zobaczył te dzieci ciągnące na spotkanie z Papieżem i tęsknota za tym, by ich wszystkich ujrzeć rozrywanych na śmierć przez lwy, stała się dla niego równie naturalna, jak wspomnienie popcornu, który on z jakąś cizią pochłaniali podczas ostatniej wizyty w multikinie. Proszę, nie dajmy się uśpić. Oni wcale nie żartują. To są ludzie, którzy nie spoczną dopóki nie zobaczą, jak nasze głowy leżą równo poukładane jedna obok drugiej na którejś z plaż Libii, Sudanu, czy Arabii Saudyjskiej. Wtedy odetchną głęboko i pójdą do sklepu na dole i kupią sobie popcorn.
Dlatego też nie spuszczajmy ich z oka. Oni mają broń. Amerykańska policja do takich strzela bez ostrzeżenia.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Gdyby ktoś potrzebował odpowiedniej instrukcji, na youtubie można obejrzeć wywiad, jaki przeprowadzili ze mną organizatorzy Bytomskich Targów Książki.



niedziela, 27 września 2015

Gdy przyszli Marsjanie i chcą się przytulić

Nie będę ukrywał, że niezbyt się dobrze czuję w sytuacji, gdy przychodzi mi komentować, i to w dodatku po raz kolejny, sprawę tak zwanych „uchodźców”, jednak obłęd, którego niemal każdego dnia jesteśmy wszyscy świadkami, nie pozwala mi się tak naprawdę zająć czymkolwiek innym. Dlaczego tak mi źle z tym tematem? Przede wszystkim, ja nie bardzo lubię sytuację, kiedy ten blog staje się zbyt mainstreamowy, a trzeba przyznać, że w ostatnich dniach o uchodźcach już rozmawiają nawet dzieci na przerwach w szkole, a gdzieniegdzie nawet przy śniadaniu w przedszkolach. Komu więc potrzebny jestem jeszcze ja? Drugi powód jest może jeszcze bardziej istotny, a chodzi mianowicie o to, że jeśli się wsłuchać we wszystko to, co zostało na ten temat powiedziane, nie ma takiej możliwości, by gdziekolwiek jeszcze ukrył się jakiś oryginalny argument. Pisałem parę razy o tych Erytrejczykach w Szwajcarii, bo miałem wrażenie, że o zagrożeniu, jakie owa historia opisała akurat u nas pies z kulawą noga nie wspomniał… no ale poza tym, cóż można powiedzieć więcej?
I oto nagle doszła do mnie informacja, że Kinga Dunin – gdyby ktoś nie pamiętał, to ta pani, której przez pewien czas usługi seksualne świadczył wybitny polski pisarz Ignacy Karpowicz, za co ona finansowo wspierała jego twórczy komfort – w felietonie zamieszczonym na łamach „Krytyki Politycznej”, zachęcając polskie kobiety do poślubiania syryjskich uchodźców, napisała co następuje:
Martwimy się o asymilację? Nie ma lepszego sposobu na asymilację niż małżeństwo, jak wiadomo. Miłość jest w stanie pokonać wszelkie kulturowe przeszkody. Przy okazji może niektórzy zmienią schaboszczaka z kapustą na coś zdrowszego. A piękne i liczne dzieci (polskim mężczyznom, jak widać po wskaźnikach, płodzenie słabo wychodzi) staną się wspaniałymi polskimi obywatelami. Mężczyźni zaś będą mieli motywację – żona, dzieci – do wytężonej pracy”.
Ktoś powie, że Dunin to idiotka, w dodatku idiotka wzgardzona przez jakiegoś taniego pederastę, a więc powinno się ją traktować adekwatnie do jej zasług, i ja oczywiście jestem gotów ową argumentację zrozumieć. Rzecz jednak w tym, że już niezależnie zupełnie od tego, co owa Dunin ma w głowie, ona ze swoimi opiniami tworzy część pewnego szczególnego propagandowego frontu, który ostatnio się bardzo uaktywnił i robi wrażenie, jakby miał na celu zorganizowanie nam tu w Polsce takiego piekła, że się z niego nie wyrwiemy przez długie lata. A wszystko z powodu wspomnianego idiotyzmu właśnie.
Co mam na myśli? Otóż u granic Europy stoją już w tej chwili miliony ludzi – w sposób oczywisty i jednoznaczny, kulturowo i cywilizacyjnie nam obcych – w oczekiwaniu na to aż my wreszcie pozwolimy im tu wjechać i zmienić nasze życie na zawsze, a wielu z nas w jakimś nieprawdopodobnym zaślepieniu zaczyna głosić nauki o rzekomej uniwersalnej solidarności i powszechnej miłości, z taką intensywnością, że już tylko można się dziwić, że w naszych galeriach handlowych od rana do wieczora nie jest grany wielki przebój Johna Lennona „Imagine”. I, owszem, trzeba przyznać, że głos Kingi Dunin brzmi tu szczególnie donośnie, co jednak nie zmienia faktu, że ten obłęd zaczyna zataczać coraz szersze kręgi. Przecież nie oszukujmy się, czym jest wczorajsze wystąpienie premier Kopacz na temat miłości i nienawiści, jak w gruncie rzeczy powtórzeniem tego, co nam próbowała powiedzieć Kinga Dunin?
W tej sytuacji, chciałbym bardzo powrócić tu do słynnego filmu Tima Burtona „Marsjanie atakują”. Gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi, sytuacja jest taka, że na wiadomość o tym, że lada dzień na Ziemi mają wylądować Marsjanie, wszyscy – dosłownie wszyscy – reagują histerią, którą można porównać już tylko do tego, z czym mamy do czynienia dziś, a co starałem się opisać powyżej. No i w momencie, gdy oni wszyscy w niemal religijnym uniesieniu czekają na tych Marsjan, aż oni przybędą i poszerzą nasze pole wolności, ci lądują, wyciągają swoją fikuśną broń i w sposób najbardziej okrutny niszczą wszystko, co im wejdzie w drogę. Bez dyskusji, bez sentymentów i co ciekawsze, bez śladu zrozumienia sytuacji. Owi Marsjanie to przede wszystkim całkowicie inny wymiar w tym sensie, że gdy my po naszej, ziemskiej stronie mamy cały wachlarz wrażliwości, poczynając od ludzi podłych, głupich i złych, po jedynie dramatycznie naiwnych, tam jest świat, który pod względem moralnym można oceniać mniej więcej tak deskę w przydrożnym płocie.
No i tu Kinga Dunin proponuje, by nasze dziewczyny wychodziły za mąż z tych muzułmanów, bo oni przynajmniej są prawdziwymi mężczyznami. A premier Kopacz wzywa do powszechnej miłości i tolerancji. W tej sytuacji ja mam do opowiedzenia pewną historię. Oto w sklepie w sąsiedztwie pracuje pewna zaledwie 19-letnia, moim zdaniem bardzo ładna i rezolutna dziewczyna. I oto opowiedziała mi ona właśnie, że parę dni temu w sklepie pojawił się pewien bardzo przystojny mężczyzna o śniadej urodzie, powiedział, że jest z Jordanii i zaczął ją namawiać do tego, by się z nim romantycznie związała. Mówił jej, że ona jest najpiękniejsza na świecie, że on ją kocha, że nie może przez nią spać, że jest gotów dać jej nawet tysiąc, a nawet dwa tysiące złotych, by ona z nim poszła na kolację. Ona odmawiała, on wracał na drugo dzień, gonił ja po całym sklepie, prosił by pozwoliła się chociaż pocałować, ostatecznie jednak, widząc, że ona jednak ma swój honor, po kilku dniach zniknął. Opowiedziałem tę historię córce, a ona mi na to, że ona to wszystko zna, bo raz że ma parę koleżanek, które miały tego typu przygody, a dwa że i one mają swoje znajome i z tych wspólnych opowieści wynika, że owi muzułmanie właśnie tacy są; oni krążą po okolicy i próbują wyciągać co się wyciągnąć da. Zgodnie ze znaną nam skądinąd muzułmańską zasadą, że Allah wprawdzie zabronił kłamać, ale zrobił jeden wyjątek, gdy idzie o kobiety. Moje dziecko, jak twierdzi, osobiście zna jedną dziewczynę, która poznała jednego z nich w czerwcu, a dziś są już po ślubie.
W tej więc sytuacji ja już mam tylko dwie rzeczy do powiedzenia. Oto nasz ulubiony artysta Morrissey w swoim czasie zaśpiewał piosenkę – nie, nie o Arabach – której fragment brzmiał następująco:

On nie chce cię zasmucić.
O nie, on ci tylko chce zaimponować.
Chce tylko opanować twoją kulturę
I zaprzyjaźnić się z tobą na zawsze.
Bengali, Bengali,
Zapomnij o swoich zachodnich planach
I zrozum, że życie z tobą jest wystarczająco
trudne.
Ta srebrna obwódka na twoich butach,
Ta gwiazda na kostce, która tak oślepia,
Ten tak wysoki żółty obcas
Przypomina mi, bym ci powiedział
Łagodnie
‘Zapomnij o swoich planach.”
Życie z tobą jest wystarczająco trudne…


No a już na sam koniec, fragment filmu „Marsjanie atakują”. Bardzo znaczący. Życzę wszystkim dobrej zabawy.





Przypominam, że wszystkie książki są do nabycia w księgarni na stonie www.coryllus.pl






czwartek, 13 sierpnia 2015

Terrorysta Jacek - amabasador naszej wolności

Kiedy wydawało się, że nic nie będzie w stanie przyćmić najświeższego sukcesu III RP w postaci awansowania Polski do ścisłego finału w konkursie, w którym główną nagrodą miała być montażowni słynnego brytyjsko-hinduskiego Jaguara, okazało się, że Słowacy mogą się z tym autkiem wypchać. Bo oto, jak grom z jasnego nieba, spadła na nas wszystkich wiadomość, że my tu w „tym kraju” doczekaliśmy się naszego własnego terrorysty, i to terrorysty nie byle jakiego, bo terrorysty-samobójcy, w dodatku islamskiego – niejakiego Jacka. Żadnego Dżeka, ale autentycznego Jacka. Nasze poczucie dumy zostało wprawdzie nieco osłabione przez fakt, że ów terrorysta, zanim wysadził się w powietrze, od kilku już lat mieszkał w Niemczech, to stamtąd został zwerbowany przez Dżihad, a gdy chodzi o związki z Polską, to one bardziej przypominały sentymenty gwiazdy „Agory”, niejakiej Schwesta Ewy, no ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że dziś we wspólnej Europie nikt już nie jest samotną wyspą, z całą pewnością możemy poczuć ów dreszcz emocji.
Ale jest jeszcze jeden element wart uwagi, gdy staramy się uszanować nasz wkład w wytyczanie kierunków rozwoju światowej cywilizacji, a sprawę, najlepiej jak tylko można było oczekiwać, w telewizji TVN24 naświetlił niejaki Bogusław R. Zagórski, „arabista, dyrektor Instytutu Ibn Chalduna, wykładowca Collegium Civitas”. Rzecz w tym, że, zdaniem owego Zagórskiego, w tym wypadku, sukces Polski jest tym większy, że jedyne u nas środowiska na tyle sfrustrowane, by móc się zaangażować w jakikolwiek terroryzm, to związani ze środowiskami kibolskimi „prawdziwi Polacy”, a więc ludzie, którzy jeśli nawet zgodzą się podkładać bomby i ścinać głowy niewiernym, to w ostatniej kolejności w imię Allaha. A więc znów faszyzm, niestety.
Ale tym większą satysfakcję możemy odczuwać z faktu, że na owym bezrybiu udało nam się wychować nie dość że autentycznego, szanowanego w świecie arabskim, dżihadzistę, to dżihadzistę jednego z bardziej znanych w świecie.
Przepraszam za być może zbyt podniosły ton, ale moim zdaniem jest to sukces, który śmiało możemy porównać do europejskiej prezydencji Donalda Tuska.

Tym wszystkim, którym spodobał się powyższy felieton przypominam, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl są do nabycia dwa zbiory tekstów z tego bloga. Szczerze polecam.

czwartek, 8 stycznia 2015

Gdy demokracja bierze sprawy w swoje ręce

Parę miesięcy temu miejscowy duszpasterz akademicki zaprosił na spotkanie ze studentami pewnego świeżo-nawróconego buddystę, na co dzień studiującego teologię na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Buddysta, wcześniej normalny, tak jak każdy z nas, chrześcijanin, buddystą był, studiując przez kilka lat ową religię i medytując w Indiach pod okiem jakiegoś lokalnego guru, i kiedy osiągnął już taką sprawność, że potrafił widzieć przez ścianę, o lewitacji już nie wspominając, nagle coś mu się stało, uznał, że sprawa wymaga głębszych badań, wrócił do Polski i doszedł do przekonania, że buddyzm jest w takim samym stopniu prawdą, jak chrześcijaństwo i że Bóg miał faktycznie dwóch synów, Jezusa i Buddę. Pozyskawszy tę wiedzę, postanowił zapisać się na studia teologiczne, no a przy okazji przyjąć zaproszenie katolickiego księdza i ogłosić swoje rewelacje młodzieży studenckiej. Na wspomnianym spotkaniu obecna była moja starsza córka, którą ów dziwny człowiek tak zdenerwował, że najpierw podjęła z nim nerwową bardzo dyskusję, prosząc przede wszystkim, by on jej wskazał miejsce w Piśmie Świętym, gdzie wspomniany jest ów drugi syn Pana Boga, a kiedy z tej rozmowy nic sensownego nie wyszło, poszła do księdza i zapytała, czemu on lansuje jakichś satanistów.
Otóż tak – satanistów. Rzecz bowiem w tym, że, jeśli dobrze rozumiem słowa papieża Franciszka, kto się nie modli do Boga, ten się modli do Szatana, ta cała tak zwana „religia wschodu”, z ich Sziwą, Wisznu, tą całą reinkarnacją, świętymi krowami, małpami, Gangesem i diabli wiedzą czym jeszcze, to nie jest Pan Bóg i to nie są modlitwy do Niego kierowane. A skoro tak, to chyba nie ma o czym mówić, prawda? Zresztą, jeśli komuś to jest jeszcze mało, niech sobie obejrzy któryś z popularnych filmów o kulturze i cywilizacji Indii i trafi na tę imprezę, podczas której ci święci ludzie wieszają się na penisach, by zobaczyć, że tam naprawdę poza Diabłem nie ma nic.
Parę lat temu, tu na tym blogu, opisałem któryś z serii wystepów w Polsce Dalaj Lamy i obok całej kupy moim zdaniem bardzo konkretnych i sensownych uwag, jakie miałem do niego i jego mądrości, wskazałem też na ów nieustanny, moim zdaniem głupkowaty uśmiech Buddy, jaki ów Dalaj Lama ma od zawsze przyczepiony do twarzy. W komentarzach pod tamtą notka natychmiast pojawiło się kilku mądrali, którzy zarzucili mi brak szacunku do ludzi innej wiary i przekonań i obrażanie było nie było postaci świętej, czyli samego Buddy. No i na to pojawił się człowiek, którego ani nie widziałem wcześniej, ani już nigdy później, który przedstawił się jako prawdziwy i mocno wykształcony buddysta i poinformował nas wszystkich, że ja absolutnie mam rację, dlatego, że Budda jest wszystkim, a więc nawet – to są jego słowa, a nie moje – tak samo pięknym kwiatem lotosu, jak i kawałkiem śmierdzącego gówna. Zdaniem owego komentatora – a powtarzam, że on się przedstawił jako buddysta i ekspert – wszystko co powiemy o Buddzie, będzie prawdą. Nie ma, jego zdaniem, na świecie buddysty, którego jesteśmy w stanie dotknąć opinią na temat Buddy i wszelkich jego wcieleń, bo – powtarzam – on jest wszystkim i niczym, i takie tam. I powiem uczciwie, że to był moment, kiedy ja zrozumiałem przede wszystkim, że Budda jest wcieleniem Szatana. Zrozumiałem jednak przy tym coś jeszcze: jest czymś jak najbardziej oczywistym, że ponieważ dla prawdziwego buddysty nie istnieje coś takiego bluźnierstwo, współczesny świat praktycznie buddystów nie zaczepia. Współczesny świat z całą wypełniającą go kulturą popularną może do woli obrażać żydów, chrześcijan, muzułmanów, bo wie, że wielu z nich albo się zasmuci, albo oburzy, albo wręcz wpadnie we wściekłość, natomiast jaki jest sens dokuczać buddystom, skoro oni zawsze się będą uśmiechać, kiwać głową i palić te kadzidełka. A na koniec, powiedzą agresorowi: „Niewykluczone, że jest jeszcze gorzej. Albo lepiej. Albo nie ma nic. I jest wszystko. Może ciasteczko?”
A więc, z buddystami mamy spokój. Wiadomo natomiast, że gdy chodzi o innych, ci wymagają szacunku, a nam, skoro sami wymagamy szacunku dla siebie, wymagajmy go też od siebie. Stąd, choć osobiście jestem przekonany, że Prawda jest tylko w Jezusie Zmartwychwstałym i jego Kościele, a reszta to zło, niekiedy zło wcielone, uważam, że z tymi swoimi przekonaniami nie powinienem się bez potrzeby i sensu wystawiać, bo komuś to może nie pasować. Wiem też znakomicie, że ponieważ tacy na przykład muzułmanie bywają na punkcie swojej wiary szczególnie wrażliwi, byłoby z mojej strony kompletnym idiotyzmem, rzucać się w ich stronę i albo ich pouczać, albo tym bardziej wyszydzać. Właśnie tak. Byłoby czymś absolutnie głupim, chorym i zasługującym na najgorszą nauczkę, gdybym nagle postanowił, że sensem mojego życia stanie się obrażanie muzułmanów i ich świętych.
Jestem pewien, że czytelnicy tego bloga wiedzą już, skąd się dziś wziął ten temat. Oto wczoraj do redakcji pewnego lewicowego paryskiego magazynu, którego profil sprowadzał się do wyszydzania, jak się domyślam, wszystkich prawd, oprócz oczywiście Czterech Prawd Szlachetnych, wpadło dwóch mężczyzn z kałasznikowami i zabili naczelnego plus czterech wesołych rysowników, a na deser jeszcze parę innych osób, w tym policjanta, który próbował im w ich misji przeszkodzić. Już wczoraj tu w Salonie24 pojawiło się szereg opinii, ogólnie rzecz biorąc solidaryzujących się z zamachowcami w tym sensie, że tamci dostali to, o co mniej lub bardziej bezpośrednio prosili. Pewien komentator posunął się nawet do tego, że opublikował tu jeden z bardziej drastycznych obrazków opublikowanych przez tych biedaków, na którym Trójca Prznajświętsza jest ukazana, jako trzech pedałów wzajemnie ze sobą kopulujących. A ja powiem uczciwie, że zamiast się zastanawiać, który z uczestników wczorajszych wypadków jest ten dobry, który zły i który z nich na co zasługuje, staram się zrozumieć, czemu owo rozstrzelane tak bezwzględnie pismo robiło to co robiło? Czemu oni uznali, że to jest to, z czego oni spróbują sobie ułożyć życie – z szydzenia z ludzi pobożnych? Co jakąś bandę paryskich ateistów obchodzą relacje – choćby i homoseksualne – między Ojcem, Synem i Duchem Świętym? Czy oni naprawdę nie mają nic innego, czym mogliby się przejmować? A może oni naprawdę sądzą, że trójkąt wbity w tyłek człowieka z koroną cierniową na głowie, to jest coś bardzo zabawnego? Czy to ma być to słynne lewicowe poczucie humoru?
No ale jest jeszcze coś. Załóżmy bowiem, że oni wszyscy padli ofiarą stworzonej przez siebie propagandy odnośnie rzekomej pedofilii i homoseksualizmu wśród katolickich księży i biskupów, no i ich ta sytuacja doprowadza do takiej cholery, że nie umieją sobie z nią poradzić inaczej, jak przez tego typu szyderstwa. No ale czemu oni się uczepili religii w ogóle? Czemu wreszcie oni się owej religii jako takiej uczepili tak bardzo, że w pewnym momencie robili to co robią z pełną świadomością, że za to mogą wylecieć w powietrze. Z tego co słyszę, zagrożenie od dłuższego czasu było tak poważne, że dziś już w policyjnym prosektorium, redaktor naczelny tego gówna, nigdzie się nie ruszał bez osobistej ochrony? Czemu więc on się aż tak uparł, żeby się brać za bary z wściekłymi terrorystami?
Otóż moim zdaniem, odpowiedź na to pytanie może być tylko jedna i to z całą pewnością nie chodzi o pieniądze. Oni wszyscy, czy to tamci tam w Paryżu, czy tamci inni w Danii, czy w Niemczech, czy ci nasi w polskim Sejmie, z jakiegoś powodu nie są w stanie znieść tego, że są ludzie, którzy w coś wierzą i dla których są rzeczy naprawdę ważne. Ich życie stało się tak puste i beznadziejne, a droga by z niego wyjść tak odległa i poplątana, że oni w pewnym momencie zrozumieli, że to tak czy inaczej jest już koniec. I wielu z nich uznało, że skoro wyznanie grzechów i przyjęcie Komunii nie wchodzi w grę, jedyny sposób, by mieć jeszcze z tego życia odrobinę satysfakcji, to sobie popatrzeć, jak po tamtej stronie też coś skwierczy. Nawet za cenę życia.
Domyślam się, że część czytelników będzie jednak chciała, bym w końcu powiedział, jak ja oceniam to co się wczoraj wydarzyło w tym głupim Paryżu. Proszę uprzejmie. Już służę opinią. Otóż moim zdaniem nie ma nic ważniejszego niż wolność i demokracja. Każdy zatem robi, co mu pasuje. Jak kto chce, niech strzela, jak kto chce, niech pod te kule się pcha. Trudno żebym ja, zwykły ciemny katolik, im cokolwiek doradzał. Najwyżej mogę się za nich pomodlić.

Przypominam, że wszystkie moje książki są do kupienia na stronie www.coryllus.pl. Szczerze polecam.

sobota, 9 sierpnia 2014

Na Zachodzie bez zmian: Ameryka, a potem długo nic

Wczoraj w nocy wymyśliłem, że zrobię coś, czego się zwykle nie robi i robić nie powinno, ale ponieważ nie wydaje mi się, by był to aż tak duży grzech, a grę uważam za wartą świeczki, można spróbować. Otóż chciałem tu niektórym może zaspoilerować film. Gdyby ktoś nie znał tego słowa, a miał być przez to narażony na przykrości, od razu wyjaśnię, że chodzi o zdradzenie zakończenia filmu, a ten akurat jest dość nowy i nosi tytuł „Bardzo poszukiwany człowiek”.
Dlaczego myślę, że mogę to zakończenie zdradzić? Jest, jak sądzę tak, że ten tekst będzie czytać i tu i na toyah.pl jakieś 2000, może trochę, ze względu na weekend, mniej, osób. Wprawdzie filmy ogląda znaczna większość, jednak ponieważ ich – w tym tych już naprawdę bardzo dobrych, jak choćby owe tak liczne dziś telewizyjne seriale – jest obecnie tak dużo, że problem dotyczyć może zaledwie paru osób. A zatem, kto akurat będzie miał tu jakieś plany, a spoilery go irytują (mnie akurat nie), może przecież dalej już nie czytać, najpierw pójść do kina, albo owego „Bardzo poszukiwanego człowieka” ściągnąć sobie z Internetu, a potem tu wrócić. Polecam szczerze.
Rzecz się dzieje w całości w Hamburgu w Niemczech, w większości jego bohaterami są Niemcy, troszeczkę Amerykanie, a chodzi głównie o walkę z islamskim terroryzmem. Tu zresztą leży jedyna, na szczęście jednak głównie dla anglojęzycznej publiczności wada filmu. Otóż ponieważ film jest amerykański, wszyscy aktorzy mówią po angielsku, a jako że, jak już wspomniałem, akcja dzieje się w Hamburgu, Niemców od Amerykanów odróżniamy przede wszystkim w taki sposób, że tamci mówią po angielsku jak Amerykanie, natomiast ci wprawdzie też po angielsku, tyle że z lekkim niemieckim akcentem. Robi to wrażenie dość komiczne, zwłaszcza gdy zaczynają się do siebie zwracać per „herr”, no ale wyszło jak wyszło. Jednak pomijając ten szczegół, jak mówię, film jest z pewnością wart obejrzenia.
Zmarły niedawno, wybitny – po obejrzeniu filmu, można nawet dojść do przekonania, że najwybitniejszy – współczesny amerykański aktor, Seymour Hoffman gra niemieckiego tajnego agenta, takiego trochę chandlerowskiego Marlowa, który wspólnie z grupą bardzo zdolnych i wyjątkowo zdeterminowanych współpracowników prowadzi akcję mającą na celu rozbicie siatki terrorystycznej organizującej zakup broni dla islamskich terrorystów. Ponieważ cała ta akcja jest naturalnie następstwem zamachu z 11 września, są tam w to też zamieszani Amerykanie, którzy śledzą każdy krok Hoffmana i jego agentów, niemniej trzymają się na ogół z boku, a cała robota i całe myślenie pozostaje w rękach Niemców.
Główne emocje filmu koncentrują się na walce z czasem. Zarówno Amerykanie, jak i również niemieckie służby rządowe traktują Hoffmana z daleko idącą nieufnością, wciąż naciskają na to, by on działał szybciej i z lepszymi wynikami, cały czas grożą mu, że w przypadku braku spektakularnego i możliwie natychmiastowego sukcesu, tę robotę mu odbiorą, on jednak skutecznie walczy, no i akcja się toczy zgodnie z planem. Po całej serii niezwykle emocjonujących zdarzeń, dochodzi wreszcie do ostatecznej akcji – akcji na poziomie napięcia rzadko spotykanego w filmie – zakończonej pełnym sukcesem Hoffmana i jego ludzi, i w momencie, kiedy całe kino gotowe jest zacząć bić brawo, do akcji wchodzą jak grom z jasnego nieba Amerykanie i w ciągu parosekundowej akcji przejmują od Hoffmana całą robotę, włącznie z wszystkim zaangażowanymi w sprawę muzułmanami, on przy okazji, aby nie przeszkadzał, dostaje po łbie, i wreszcie dochodzi do siebie, wstaje i odchodzi załamany, znikając gdzieś za jakimś rogiem tego ponurego jak jasna cholera Hamburga. Przez nikogo nie zaczepiany, nikomu nieznany, nikomu już niepotrzebny. Jakiś Gunter, czy Hans – nieważne.
Wychodziliśmy wczoraj w nocy z moim synem z kina i w pewnym momencie uświadomiliśmy sobie, że to było z naszej strony strasznie naiwne i głupie, żeśmy się tak dali wciągnąć w tę intrygę, i nie przyszło nam nawet przez chwilę do głowy, że to musiało się tak skończyć, że przecież nie mogło być w tym najważniejsze, czy im się uda tego Ahmeda przymknąć, czy nie. Przecież jeśli to miał być film naprawdę dobry – a to jest film naprawdę dobry – było niemożliwe, by on się miał tylko ograniczyć do ukazania skutecznej pracy europejskich służb kontrwywiadowczych w walce z islamskim terrorem. Przecież to było jasne jak słońce, że jeśli na samym końcu nie okaże się, że ów Gunter od samego początku był wyłącznie wykorzystywany przez Amerykanów, i wszystkie przeprowadzane przez niego i jego ludzi prowokacje bledną przy prowokacji, jakiej on sami stał się w końcu ofiarą, ten film będzie zwykłą fantazją bez sensu i cienia prawdy. Przecież to było wiadome od początku, że po 11 września walka z terroryzmem to sprawa Ameryki, może trochę Brytyjczyków, i nikogo więcej. Cała reszta przy tym jedynie statystuje.
Ale jest coś jeszcze, na co zwróciliśmy uwagę. Otóż wiemy oczywiście, choćby z tego co znajdujemy w Internecie, że Ameryka pogrążona jest w potężnym kryzysie. Co raz padają potężne korporacje, zamykane są wielkie galerie handlowe, bankrutują ludzie, a niekiedy i całe miasta, zadłużenie kraju rośnie z niewyobrażalną prędkością, pozycja Ameryki na arenie światowej, zwłaszcza od czasu gdy prezydentem został Obama, słabnie z każdą chwilą, cały wykształcony świat śmieje się z tego głupiego Hollywoodu, tych hamburgerów, tych tępych kowboi, a jednak przy tym wiadomo, że Ameryka niezmiennie pozostaje Ameryką, czyli czymś, co z pewnego punktu widzenia dla reszty świata pozostaje czymś niedoścignionym.
Dziś na Onecie przeczytałem wiadomość, że Angela Merkel wezwała różne kraje, by ujawniły nazwiska swoich agentów działających na terenie Niemiec. Nie jest tam napisane, jak się zachowali inni, natomiast jest owszem informacja, co do postawy Amerykanów. Otóż, mówiąc brutalnie, Amerykanie powiedzieli Merkelowej, żeby się poszła j...bać, bo oni walczą z terroryzmem i niech się Niemcy w to nie wtrącają. I podobno mamy kolejny międzynarodowy skandal.
Możliwe, że ja tu zajmuje się kwestiami tak oczywistymi, że to jest dla mnie zwyczajny wstyd. Może i tak, no ale wiemy wszyscy, jak to jest z dobrym kinem. Ono naprawdę potrafi wciągnąć i nie dać później człowiekowi na kilka dni spokoju. Poza tym, ja mam wciąż w głowie tego biednego Hoffmana, jak odchodzi gdzieś w siną dal w tym ohydnym niemieckim pejzażu, wściekły i załamany, klnąc na czym świat stoi, a po Amerykanach nie ma już nawet śladu. Myśmy nawet nie zdążyli zarejestrować ich twarzy. Oni wszystko zrobili szybko, zawodowo i czyściutko. Pokazując reszcie świata środkowy palec. Bardzo to poruszające.
Na sam koniec językowa zagadka: angielski tytuł filmu brzmi „A Most Wanted Man” i, moim zdaniem, polskie tłumaczenie tytułu jest bardzo, bardzo fachowe. Czy ktoś może mi wyjaśnić, czemu „bardzo”, a nie „najbardziej”? Pierwszy, który odpowie na to pytanie poprawnie otrzyma ode mnie egzemplarz „Elementarza” z uroczystą dedykacją.

W sumie lekki to dość tekst, w sam jednak raz na upalny weekend, jeśli jednak ktoś poszukuje wrażeń bardziej intelektualnie angażujących, zapraszam na stronę www.coryllus.pl i do kupowania książek, których nie kupimy nigdzie indziej. I oczywiście, jak zwykle, bardzo prosze o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...