Jak wiemy wszyscy – a niektórzy w dodatku, ci bardziej z nas pamiętliwi, wszystko świetnie pamiętają – jakiś czas temu zapowiedziałem, że zanim nadejdą Święta, ukaże się książka, tym razem już zupełnie niepolityczna, w której opowiem nie tylko moim dzieciom, dlaczego warto było żyć w PRL-u. Jest jednak tak, że ponieważ we wspólnej z Gabrielem Maciejewskim, moim kolegą i wydawcą, działalności publicystycznej, podtrzymywanie tego płomienia wciąż się kłóci z dążeniem do sukcesu, a jednocześnie jedno bez drugiego nie jest w stanie żyć, Gabriel zadecydował, że ponieważ jemu tworzenie trzeciej części Baśni zajmuje więcej czasu niż to było początkowo zaplanowane, a ze względów biznesowych lepiej jest, żebyśmy obie książki wydali równocześnie, zmuszony jestem na niego poczekać. A zatem, informuję, że książka pod roboczym jeszcze chyba tytułem „Mój PRL”, nie ukaże się w tym roku.
I to była wiadomość smutna. Również dla mnie. Teraz dobra. Otóż bardzo bym chciał, żeby do jesieni udało się wydać dwie kolejne książki. Pierwsza, to bardzo tajemnicza książka o muzyce, a druga wybrane felietony z okresu po-smoleńskiego. Uważam, że ponieważ – w co trudno naprawdę uwierzyć – książka o siedmiokilogramowym liściu wciąż się jakimś cudem sączy – i kto wie, czy nie szerszym strumieniem niż”Elementarz” – mogę wnioskować, że kolejny zbiór tekstów z tego bloga może wielu z nas dać odpowiednią porcję satysfakcji.
W ramach rekompensaty za stracone złudzenia, chciałby tym wszystkim, którzy tego potrzebują, zaprezentować jeden z gotowych już tekstów, które ostatecznie znajdą się w książce „peerelowskiej”. Jest to rozdział zatytułowany „Machorka”.
Wakacje spędzane przez mnie w Sławatyczach nad Bugiem zawsze miały dla mnie coś z atmosfery, którą poza tym znajdowałem jedynie w książce Astrid Lindgren „Dzieci z Bullerbyn”. Mam tu oczywiście na myśli i tę beztroskę, i tę nie do opisania zwykłymi słowami przestrzeń, ale może przede wszystkim może ową nieustanną atmosferę święta. Staram się jak mogę, by znaleźć choć jedną rzecz, która kojarzy mi się z tym miejscem źle, nazwać ją i w sobie zatrzymać – i nie potrafię. Właśnie tak. Nie potrafię. Co oczywiście jednak nie oznacza, że jej nie znajduję.
Jest coś, co za każdym razem kiedy tam przyjeżdżałem, a trwało to przez szereg kolejnych lat, budziło we mnie autentyczną rozpacz, i choć dziś reaguje na tamto wspomnienie wzruszeniem ramion, a niewykluczone że i pewnego rodzaju wzruszeniem, nie ma co ukrywać – ja wtedy autentycznie cierpiałem. Mam na myśli machorkę. Jeśli ktoś nie wie, o czym mówię, mogę wytłumaczyć. Machorka to roślina, z której liści produkuje się tytoń. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że tytoń to tytoń, a machorka to machorka, tak się jednak składa, że tam gdzie ja spędzałem swoje wakacje używało się nazwy machorka i kropka. Żaden tytoń. Machorka.
Co się produkowało z machorki, którą przez kilka kolejnych lat uprawiał mój dziadek, nie mam pojęcia. Czy to były papierosy „Sport”, czy może coś jeszcze gorszego, nie umiałem tego powiedzieć ani wtedy, ani nawet dziś. Na coś to jednak się przydawać musiało, bo były z tego pieniądze, i to chyba wcale niemałe. Rosły więc sobie te łodygi na polu, i kiedy już owe liście robiły się tak duże i tak dojrzałe, że więcej im już nie trzeba było, następowały żniwa, które polegały na tym, że się je odrywało od łodyg, składało na kupę i zawoziło na miejsce do dalszej obróbki. I tu pojawiam się ja.
Każdy plantator machorki miał wybudowane specjalne pomieszczenie, gdzie owe liście miały wisieć na drutach, otoczone z każdej strony bardzo silnymi żarówkami, które sprawiały, że w odpowiedniej temperaturze one mogły się spokojnie suszyć tak długo, aż będzie je można zawieźć do punktu skupu. Nie wiem, czy był to standard, czy nie, ale nasze druty miały długość pięć metrów, a więc, jak się można domyślić, na taki jeden drut przypadać musiała naprawdę potężna liczba liści. No i – co też chyba jasne – maszyna ich tam nie nabijała, tylko ja. Ja, małe dziecko z Bullerbyn spędzające czas na wakacjach.
Oczywiście nie ja sam. To wcale nie było tak, że oni mnie wyrywali z samego rana z łóżka i kijami zaganiali do tej machorki. O nie! Za nabijaniem machorki na druty stał cały zbiorowy, wiejski rytuał, gdzie na środku leżał stos liści, wokół tego stosu siedziało może z dziesięć osób z drutami w rękach, i wszyscy w błyskawicznym tempie, na wyścigi, przebijali tym drutem kolejne zielone liście. Nie było też tak, że oni mi kazali się w tym tytoniu babrać. Rzecz w tym, że dla każdego z nich było czymś oczywistym, że to jest fantastyczne zajęcie, i że taki mały grzeczny chłopczyk jak ja wręcz się pali, by wziąć w tym udział, zwłaszcza że oprócz czynnika sportowego był też tam czynnik finansowy – od każdego bowiem drutu dostawało się jakieś dwa złote, a może dwadzieścia groszy… nie pamiętam.
Nienawidziłem tej machorki. Nienawidziłem jej tak bardzo, że nawet świadomość owego zarobku nie była mnie w stanie poruszyć. Przede wszystkim, będąc otoczony głównie przez jakichś o wiele ode mnie starszych sąsiadów i ich dzieci, które nawet nie były moimi kolegami, ja się podczas tej roboty śmiertelnie nudziłem, a poza tym nawleczenie każdego liścia na ten pięciometrowy drut zabierało mi tyle czasu, że zanim go skończyłem, to inni zabierali się już za piąty, szósty, czy dziesiąty. Ponieważ pracowałem tak wolno, reszta – szczególnie te dzieci – się ze mnie śmiały, a ja siedziałem zrozpaczony i bezradny, patrząc jak moje biedne palce stają się z jednej strony pokłute, a z drugiej oblepione grubą warstwą jakiegoś śmierdzącego świństwa. Oczywiście, mogłem już na samym początku powiedzieć, że dziękuję, ale mam inne zajęcia, a nawet w ogóle nie zapisywać się do tego machorkowego kółka, jednak, jak już wspomniałem, atmosfera była taka, że nikomu do głowy nawet nie przyszło, że komuś to zajęcie może się nie podobać, no a ja byłem zawsze dzieckiem grzecznym, posłusznym i bardzo uległym.
Do dziś wręcz fizycznie pamiętam tamten czas. Pamiętam smród tych moich oblepionych jakąś obcą, śmierdzącą i niezmywalną mazią palców, pamiętam same palce pokłute drutem, pamiętam nawet temperaturę tego pomieszczenia, gdzie ów tytoń się suszył, no i zapach wysuszonych już liści. Pamiętam to wszystko bardzo dobrze. I, jak mówię, nie jest to wspomnienie miłe, ale też nie budzi one dziś we mnie jakichś choćby minimalnie lękowych stanów. Kto wie, czy gdyby mi ktoś zaproponował powtórzenie tego czegoś, nie przyjąłbym tej propozycji z entuzjazmem.
Czytałem sobie niedawno fantastyczny reportaż Boba Greene’a z fabryki prezerwatyw. Jest on już dość stary, bo napisany chyba jeszcze na początku lat 80. minionego stulecia, a dotyczy największej w Ameryce fabryki produkującej ów szczególny towar. Jak się możemy domyślić, produkcja ta pewnie już dawno została przeniesiona do Chin, ale wtedy wszystko się działo w New Jersey, w samym środku cywilizowanego świata. Bob Greene w pewnym momencie przedstawia obraz kobiet, siedzących przy taśmie, po której przesuwają się specjalne formy, i testujących gotowe już prezerwatywy pod kątem ewentualnych pęknięć. Każda z nich ma obok siebie kosz pełen prezerwatyw, przed sobą pędząca taśmę się, i jej zadaniem jest naciągać na podjeżdżającą formę jedną po drugiej gumkę. I tak bez przerwy przez osiem godzin. Bob Greene rozmawia z tymi kobietami, chcąc wiedzieć, jak one znoszą ten rodzaj pracy, a one mu mówią, ze można się przyzwyczaić. Samo naciąganie na formę jest stosunkowo proste. Najgorsze jest nauczyć się szybko wyciągać gumki z kosza. Żeby nie brać kilku na raz, no i żeby robić to szybko. No i znaleźć sobie coś, o czym można przez cały dzień myśleć.
Kiedy czytałem ten tekst, przypomniałem sobie moje lata spędzone z machorką, i pomyślałem sobie, że co by o tym syfie nie powiedzieć, jeśli zestawić go z takim kapitalizmem, trzeba uznać, że ma on swoje uroki. Uroki, których dziś, kiedy widzę ten upadek, nie zamieniłbym na nic.
Tradycyjnie już, wszystkich sympatyków tego bloga, i ludzi, którzy uważają, że ta praca nie idzie na marne, proszę o wspieranie go i przez kupowanie książek i bezpośrednia pomoc na podany obok numer konta. Dziękuję.
Tradycyjnie już, wszystkich sympatyków tego bloga, i ludzi, którzy uważają, że ta praca nie idzie na marne, proszę o wspieranie go i przez kupowanie książek i bezpośrednia pomoc na podany obok numer konta. Dziękuję.