Posty

Wyświetlanie postów z czerwiec, 2013

Czy Bauman lubi kobiece pupy

Zgodnie z tradycją, przedstawiam kolejny felieton, jaki każdego piątku zamieszczam w "Warszawskiej Gazecie". Dziś o Baumanie. Mam nadzieję, że żadne słowo się nie zmarnowało. Jeśli ktoś się ze mną zgadza, bardzo proszę o wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję. Większość z nas może nie pamięta, jak to przed laty, jeden z najpotężniejszych ludzi na świecie, szef Międzynarodowego Funduszu Walutowego Dominique Strauss-Kahn został aresztowany w Nowym Jorku za gwałt na pokojówce. Sprawa przez pewien czas była popularna w mediach, potem została przykryta przez inne, ciekawsze wydarzenia, i dziś nie sądzę, by ktokolwiek z nas wiedział, co u tego Kahna słychać. O ile pamiętam, w pewnym momencie, gdy wiadomo było, że już po nim, Kahn odpalił pokojówce parę milionów, ta zgodziła się z tej okazji wycofać oskarżenie, i sprawa przyschła. Chciałbym jednak przypomnieć pewien epizod, który też został wspomniany w mediach, a który miał miejsce między incydentem w hotelu

Pluskwa i cebulka, czyli o ukrytych talentach naszej prawicy

Nie wiem, czy to jest coś, co wciąż pamiętamy, czy może w natłoku najróżniejszych, starszych i nowszych, anegdot rozpłynęło się to wspomnienie wraz całym szeregiem innych, ja jednak pamiętam. Otóż był sobie za PRL-u taki dowcip: Przychodzi człowiek do restauracji i na talerzu, wśród ziemniaków, surówki i mięsa, znajduje zasuszoną pluskwę. Woła kelnera, kelner przychodzi, grzecznie się kłania, zdejmuje pluskwę z talerza, zjada ją, i z bezczelnie pewną siebie miną oświadcza: „Cebulka”. Co się stało, że dziś akurat przypomniał mi się ten stary dowcip? Parę rzeczy. O jednej z nich – wbrew pozorom, wcale nie najbardziej dla nas istotnej – wspomniałem w notce zamieszczonej w Salonie24, a mam tu na myśli rozmowę, jaką dla tygodnika „Do Rzeczy” z Moniką Jaruzelską przeprowadził Rafał Ziemkiewicz. Mamy tu jednak z jednej strony tego Ziemkiewicza, a z drugiej – tak, tak – komunistyczną księżniczkę, i praktycznie wszystko jest jasne. Jasne w tym sensie, że nikt niczego nie udaje. Ziemkiewicz – pr

O prawicy w wypożyczonych ray-banach

Przyznam, że czuję się trochę niezręcznie, po raz kolejny już przychodząc tu jak ta cholerna Kasandra, ale przede wszystkim daję słowo, że nie mam wyjścia, widząc jak wszystko – dokładnie wszystko – wskazuje na to, że szykuje się ciężki, kto wie, czy nie najcięższy z dotychczasowych, przekręt, i to dosłownie w świetle reflektorów. Po drugie, byłoby mi jeszcze bardziej głupio, gdyby miało się okazać, że ja się tu niemal codziennie wymądrzam, a tu niemal z dnia na dzień okazuje się, że o najważniejszym nie powiedziałem; że najważniejsze przegapiłem; że coś, co w pewnym sensie kwestionuje całą naszą walkę, zlekceważyłem. Oczywiście jest możliwe, że nie mam racji; że to, co obserwuję wręcz z przerażeniem, to nie jest znak niczego specjalnie istotnego, a zaledwie dowód na to, że część z tak zwanych „naszych” z jakichś nieznanych nam powodów czuje, że się mogą nie załapać, i dostają histerii, która niekiedy może wyglądać jak szyderstwo. Może i tak jest, ja jednak przede wszystkim obawiam się

Przyszedł człowiek z koniem i chce nam poopowiadać o Polsce

Przyznam szczerze, że poprzedni tekst o Mai, która z tak skandalicznym uporem uczepiła się życia, że w pewnym momencie została z nią tylko jej mama i sam Pan Bóg, jest dla mnie tak ważny, że nie bardzo mi się chce go zastępować czymkolwiek innym, ale raz, że widzę aż nazbyt wyraźnie, że moje emocje są w dość jednoznacznej mniejszości, a dwa, że sprawy i tak biegną swoim własnym porządkiem i trudno sterczeć wciąż w jednym miejscu. W tej sytuacji, z jednodniowym opóźnieniem, przedstawiam swój ostatni felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Mam nadzieję, że się spodoba. Kiedy wydawałoby się, że nasze wspólne doświadczenia są wystarczająco jednoznaczne, byśmy przestali ulegać złudzeniu, że słowa „Polska”, „prawica”, „wolność”, gwarantują cokolwiek innego, jak pewność, że ktoś nas chce wystawić do wiatru, i to w sposób najbardziej brutalny, bo wykorzystujący naszą naiwną wiarę, co chwilę musimy trafiać na kogoś, kto nam tłumaczy, że „nie ma wroga na prawicy”. Co najmniej od 1989 roku, a jak i

O życiu nieznośnie uporczywym

Oryginalny plan był taki, by historię – jeśli ktoś myśli, że już całą, myli się bardzo – opisać w dniu, kiedy moja córka mi na nią zwróciła uwagę i mi ją pięknie opowiedziała, jednak, ze względów, które staną się jasne w miarę zapoznawania się z kolejnymi szczegółami, pomyślałem, że się z tym wstrzymam aż do dziś. Czy to akurat jest moment właściwy? Nie mam pojęcia. Mam nadzieję, że tak. Proszę posłuchać. Oto wiosna roku 2009 i oto Maja: Pewnego dnia czteroletnia wówczas jeszcze Maja straciła ochotę do jedzenia, narzekała, że boli ją ręka, przestała się bawić i praktycznie przestała wstawać z łóżka. Po pewnym czasie ręka boleć przestała, natomiast pojawił się katar i gorączka. Ale i to po jakimś czasie minęło, za to na którymś ze spacerów, na idealnie prostej drodze, Maja potknęła się i zwichnęła nogę. Noga się wyleczyła i przez dwa tygodnie dziewczynka miała spokój, tyle że po owych dwóch tygodniach, noga znów zaczęła boleć, do tego pojawiła się jakaś paskudna wysypka, no i znów w

O honorze w opakowaniu zastępczym

Ponieważ do niespodziewanych, pojawiających się wręcz z dnia na dzień, akcji medialnych mam stosunek bardzo podejrzany, nie za bardzo widzę potrzebę komentowania filmu, jaki Niemcy nakręcili na temat swojej nie tak dawnej przeszłości, a przy okazji, polskiej, w wytyczanym przez nią zakresie, za nią współodpowiedzialności. Powiem coś jeszcze. Ponieważ mianowicie mam bardzo wyczulony nos na wszelkie prowokacje, z którejkolwiek strony by one nie nadchodziły, ani nie przyszło mi do głowy, by zwracać uwagę na jakiekolwiek komentarze dotyczące tematu, a już tym bardziej oglądania samego filmu. Tyle wszystkiego, że to tu to tam dotarły do mnie strzępki jakichś rozmów, z których się dowiedziałem, że film jest naprawdę bardzo dobry, no i że niestety stanowi bardzo oczywisty fragment stałej antypolskiej propagandy w wydaniu niemieckim. No i trafiłem na coś jeszcze, czego akurat bez komentarza już pozostawić nie mogłem. Otóż jeden z moich ulubionych dziennikarzy Piotr Semka zaproponował, byśmy my

O dorzynaniu watahy inaczej

Minęło już kilka dobrych dni od czasu, jak nasz kolega LEMMING przysłał mi to zdjęcie z krótką opinią, że jest w nim coś, co jednak przeraża, a ja, powiem szczerze, choć nie będę ukrywał, że pewne szczególne myśli miałem, to przestraszyć się jakoś nie potrafiłem. Dałem sobie więc kilka dni na przemyślenie sprawy, no a przede wszystkim na zorientowanie się w sytuacji, by wiedzieć już na pewno, czy rzeczywiście jest się czego bać. Dziś, po ponad już tygodniu, wszystko potwierdza moją oryginalną ocenę: mamy do czynienia ze zwłokami. Dziś zaszliśmy sobie z panią Toyahową do lokalnej Żabki, aby zakupić butelkę wina na okoliczność tych strasznych upałów i przy okazji wpadła mi w oko „Gazeta Wyborcza”, gdzie oni na pierwszej stronie zamieszczają wyniki jakiegoś swojego badania, z którego wynika, że zdecydowana większość Warszawiaków nie może już znieść widoku tej swojej ukochanej pani prezydent. Z sondażami, a już zwłaszcza przeprowadzanymi na zamówienie „Wyborczej”, należy oczywiście bardz

Do Tegoconieprzepuszczażadnejokazji po prośbie

Bóg mi świadkiem, że raz w życiu poświęciłem tekst dziennikarzowi Piotrowi Skwiecińskiemu i wiedziałem, że ten jeden raz to o jeden raz za dużo. A tu tymczasem ni stąd ni z owąd okazuje się, że on się tak zaktywizował, że niewykluczone, że pod nieobecność Rafała Ziemkiewicza, który zapewne niedługo otrzyma stały kącik w „Gazecie Wyborczej”, to on właśnie będzie tu reprezentował upadek prawicowego dziennikarstwa. O co poszło? Praktycznie o jeden niedługi tekst zamieszczony w wydaniu tygodnika „Sieci” z zeszłego tygodnia, a zatytułowany „Bronię Wojciecha Fibaka”. Zanim bardziej dokładnie napiszę, o co poszło, mała dygresja. Kupuję te nieszczęsne „Sieci” w tej chwili już tylko ze względu na moją biedną córkę, która resztkami sił wierzy, że powinniśmy się jednoczyć, jednoczyć i jeszcze raz jednoczyć, i kiedy wydawało mi się, że akurat zeszły tydzień uda się jakoś uratować, ona wręcz rzutem na taśmę, w minioną sobotę, wywalczyła to wydanie i natychmiast popędziła do czytania. Chwilę później

Ziemkiewicz ściągnął kaptur

Tradycyjnie, jak w kazdy weekend, zapraszam do mojego stałego felietonu, który w swojej "Warszawskiej Gazecie" zamieszcza Piotr Bachurski. No i polecam samą "Warszawską". Ona jest coraz lepsza. Powiem uczciwie, że pojawienie się czegoś, co się nazywa Ruch Narodowy zwyczajnie przegapiłem. I to przegapiłem w pewnym sensie z premedytacją. Niestety, tak jak to często bywa, przed propagandową agresją, w dodatku tak zmasowaną, uciec się nie da, no i w końcu dotarło do mnie, że zgodnie ze stałą, obserwowaną od lat, tradycją, ile razy Prawo i Sprawiedliwość zaczyna osiągać polityczne sukcesy i mierzyć w wyborcze zwycięstwo, aktywizować się zaczynają tak zwani „faszyści”, najczęściej pod przewodnictwem Artura Zawiszy, ale też zawsze z jakimiś nowymi, powyciąganymi z różnych zakamarków, twarzami. Jak mówię, ja jestem do tego typu demonstracji ubeckiej przebiegłości przyzwyczajony, i tego rodzaju zamierzenia mnie nie niepokoją. Wiem bowiem doskonale, że za tym stoi coś

Rokita - ostateczna broń czerwonych

Wprawdzie wszystko wskazuje na to, że sprawa, którą od dwóch, czy może już trzech lat żyje cała Polska, a więc Jan Rokita i rzekoma ruina, do jakiej doprowadził go System, była od początku dmuchana, a to, że ona się w ogóle pojawiła, stanowiło zwykłą – którą to już z kolei – prowokację, której ani sensu, ani celu, najpewniej i tak nigdy do końca nie zrozumiemy, mimo to wydaje mi się, że nie zaszkodzi się troszeczkę nad tym wszystkim, na co pozwolono nam zerknąć, zastanowić. Aby jednak jakoś te krótkie refleksje zacząć, warto chyba najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie, co z tego wszystkiego, co nam powiedziano, jest prawdą. Otóż prawdą jest z całą pewnością to, że Rokita swego czasu – w ramach zorganizowanej przez Platforme Obywatelską nagonkę na rząd Prawa i Sprawiedliwości – zarzucił Konradowi Kornatowskiemu współudział w mordzie sądowym, że Kornatowski go za to postawił przed sądem i sąd kazał Rokicie – chyba w całej najnowszej historii, tylko jemu w tak drastycznej wysokości – op

Gdy wściekłość oczyszcza

Oryginalnie tekst ten miał się już tu pojawić parę tygodni temu, ale wyszło na to, że musiał poczekać na pewne bardzo istotne uzupełnienie, no i od tego uzupełnienia pozwolę sobie tę krótką bardzo notkę rozpocząć. Otóż moje najmłodsze dziecko otrzymało dziś następujący list, podpisany przez niejakiego Tomasza Żyłę, reprezentującego z kolei coś, co nosi nazwę Komunikacyjnego Związku Komunalnego Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego. Proszę rzucić okiem: „ Uprzejmie informujemy, że powołane przez Panina/Panią okoliczności i fakty nie stanowią podstawy do anulowania opłaty dodatkowej. Kwotę w wysokości 128,20 zł prosimy wpłacić w ciągu 7 dni od daty otrzymania niniejszego pisma. Po upływie tego terminu opłata wynosi 163,20 zł ”. Niżej jest już tylko numer rachunku i wspomniany Żyła. Teraz więc już pozostaje mi tylko opowiedzieć to, z czym czekałem aż do dzisiaj. Otóż było tak, że, jak może niektórzy wiedzą, moja młodsza córka zdawała w maju maturę. Ponieważ do liceum, do którego przez minio

Przemysław Wipler, czyli jak pachnie napalm o świcie

Zgodnie z przyjętym tu obyczajem, przedstawiam swój kolejny felieton, jaki ukazał się w najnowszym numerze „Warszawskiej Gazecie”. Tym razem poświęcony człowiekowi nazwiskiem Wipler. Gdyby ktoś jeszcze przedwczoraj powiedział, że zainteresuje mnie człowiek nazwiskiem Wipler, powiedziałbym mu, żeby się puknął w czoło, a potem się odczepił, bo w ogóle nie wie, z kim ma przyjemność. Więcej. Gdyby ktoś wypowiedział w mojej obecności nazwisko Wipler, prawdopodobnie zamiast z Prawem i Sprawiedliwością, skojarzyłbym go z którąś mnożących się ostatnio fundacji o egzotycznych nazwach krążących wokół słowa „republikański”. A gdybym był akurat z jakiegoś powodu słabiej przytomny, to pewnie pomyliłbym go z jakimś Staniłko, czy jakąś inną sierotą po Korwinie-Mikke. Tymczasem Wipler – swoją drogą, ciekawe, że ja nawet dziś nie pamiętam jego imienia – wystąpił z PiS-u jako partii i PiS-u jako klubu parlamentarnego, i fakt ten tak rozbudził całą naszą przestrzeń medialną, że ja sobie nagle uświadomi

O pewnym czerwonym spinaczu biurowym

Kiedy uruchamiałem ten blog, a już w chwilę potem otrzymywałem od Onetu pamiętny laptop, nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, że to miejsce to najbardziej mięsista polityka. Od tego czasu jednak tak strasznie dużo się zmieniło, i nie jestem nawet pewien, czy najważniejszym z tego typu zdarzeń była akurat Katastrofa Smoleńska, że polityka nagle zeszła na drugi, a niekiedy nawet na trzeci plan. Co mamy dziś? Życie. Zwyczajne życie. Dziś miałem lekcję z pewną, kończącą właśnie szkołę podstawową, Karoliną, i okazało się, że ona dostała na zadanie domowe przeczytać i zrozumieć pewną podręcznikową historię i napisać jej streszczenie na 50 słów. Zasiedliśmy więc do tego zadania, no i zaczęliśmy od samego tekstu. Proszę posłuchać. Otóż 14 lipca 2005 roku pewien młody Kanadyjczyk nazwiskiem Kyle MacDonald wpadł na pomysł, że zorganizuje serię internetowych aukcji, opartych na wymianie różnych przedmiotów, zaczynając od zwykłego spinacza biurowego, w taki sposób, by w ciągu jednego roku zdob

O śledztwie prawdziwym i fikcyjnym

Jak pewnie wszyscyśmy mieli okazję to zanotować i jakoś tam przeżyć, parę tygodni temu na jednej z ulic Londynu samochód potrącił przechodzącego żołnierza, następnie z samochodu wyskoczył jakiś czarny z nożem, czy maczetą, poderżnął żołnierzowi gardło, następnie, trzymając wciąż w zakrwawionych dłoniach narzędzie zbrodni, wygłosił do kamery przypadkowego telefonu komórkowego mocno religijnie nacechowane oświadczenie, po czym został aresztowany przez wezwaną policję. I kiedy wydawałoby się, że sprawa jest zamknięta, i ani policja, ani prokurator, ani świadkowie, ani nikt poza spragnionymi sensacji mediami, nie ma tam co szukać, bo wszystko jest widoczne jak na owej zakrwawionej dłoni, śledztwo dopiero wtedy się zaczęło. Kiedy wydawałoby się, że wiemy wszystko, a na dodatek, gdyby komuś się zdarzyło coś zapomnieć, lub gdyby ktoś się zaczął wycofywać z wcześniejszych zeznań, dysponujemy niemal pełnym zapisem filmowym tego, co się stało, okazało się, że londyńska policja sprawę traktuje

O tym co niesie światło i człowieku z batem

Dotychczas nie bardzo miałem ochotę na uczestniczenie w rozmowie na temat tego, czy należy zmuszać ludzi do pracy w niedziele, czy odwrotnie – pracy w niedzielę im zabraniać. I wbrew pozorom, moja mała aktywność w tej kwestii nie wynikała ani z tego, że nie mam na ten temat zdania, lub że z jakiegoś powodu wole się z moim zdaniem nie wychylać, ale jest spowodowana tym, co ostatnio przeżywam niemal codziennie, a więc okropną niechęcią do formułowania, a następnie dowodzenia oczywistości. Zdaję sobie naturalnie sprawę z tego, jak okropnie brzmi powyższe zdanie, ale daje słowo, że nie umiem tego, co ostatnio przeżywam, wyrazić inaczej. Niemal wszystko, co się wokół mnie ostatnio dzieje, zrobiło się tak dramatycznie jednoznaczne, oczywiste i proste, że przy moim wręcz chorobliwym unikaniu zajmowania się sprawami, które przecież – w co chcę głęboko wierzę – nie wydają się być dla mnie akurat znacznie bardziej przystępne, niż dla kogokolwiek z nas, mam mocne wrażenie, że jeśli nagle stanę tu

Wojciech Fibak - ukochane dziecko III RP

Możliwe bardzo, że są osoby, które mi w to co mówię nie uwierzą, ale, jak idzie o moje dotychczasowe i obecne życie, nie ma nic takiego, co pragnąłbym zachować w głębokiej tajemnicy. Mam tu na myśli jakiekolwiek swoje zachowanie, dzisiejsze, czy przeszłe, które mogłoby na przykład stać się celem szantażu, czy jakiejś brudnej prowokacji. Oczywiście nie będę ukrywał, że są rzeczy, których się mocno wstydzę i wolałbym ich na sumieniu nie mieć, jednak żadna z nich nie ma takiej rangi, bym mógł tu odczuwać jakikolwiek większy niepokój. Na tyle duży, bym dla ukrycia tego czy owego gotów był do jakichś większych poświęceń. Mam jednak oczywiście swoją wyobraźnię i ona pozwala mi czasami pofantazjować, jakbym się zachowywał, gdyby moje życie ułożyło się w taki sposób, że każdy dzień stanowiłby walkę o to, by się nie wydało. By to co robię, z jednej strony, trwało jak najdłużej i przynosiło mi odpowiednie korzyści, a z drugiej, żebym zachował ten spryt, tę ostrożność, te przebiegłość, a jednocz