Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ukraina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ukraina. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 sierpnia 2025

Ad Hitlerum, ad Putinum i ad Banderum, czyli jak stać w pozycji wyprostowanej

 

Powszechne zidiocenie, jakie najpierw po wyborczej wygranej, a potem zaprzysiężeniu Karola Nawrockiego, ogarnęło wiadomą część naszej sceny politycznej, skumulowało się w ostatnich dniach w histerycznej wręcz próbie reanimacji proukraińskich emocji, które, owszem, przez rok czy dwa przepełniały serca znacznej część naszego społeczeństwa, ale po których już od roku czy dwóch nie ma ani śladu. Czemu twierdzę, że odgrzebywanie tego trupa to objaw zidiocenia? Odpowiedź jest prosta: trzeba bowiem być kompletnym idiotą, by uznać, że najlepszym sposobem zrujnowania społecznej pozycji Prezydenta jest uderzenie w niego argumentem, że skoro on uznał za stosowne ograniczyć nieco prawa, jakie Ukraińcy uzyskali u nas w wyniku rosyjskiej agresji na ich kraj, to znaczy, że z niego żaden Polak, tylko drugi Putin. 

Nie ma tu miejsca, bym miał wyliczać powody, dlaczego przez te kilka lat autentyczna wręcz początkowa sympatia Polaków do Ukraińców sięgnęła dna, natomiast nie ma najmniejszej wątpliwości co do tego, że gdyby przeprowadzić uczciwy sondaż w tej sprawie, to by się okazało, że prezydent Nawrocki, odbierając niepracującym w Polsce i niepłacącym tu podatku Ukraińcom prawa do wsparcia znanego jako 800 Plus, ma poparcie na poziomie 90 procent. Takie są fakty i moim zdaniem tu nie ma ani nad czym dyskutować, ani tym bardziej podejmować jakiekolwiek działania edukacyjne.

Gdy chodzi natomiast o mnie, to ja, owszem, mam pewien pomysł i chciałbym dziś wrócić do swojego bardzo już starego, bo sprzed 18 już lat – a więc jeszcze sprzed pierwszej fali bolszewickiej agresji – tekstu, w którym przedstawiłem swoje stanowisko na temat naszych relacji z Ukrainą i jej historią i spróbowałem zasugerować pewne rozwiązanie. Myślę, że ponieważ przez te wszystkie lata, chyba ani razu w publicznej debacie nie pojawiła się choćby jedna myśl z tamtego tekstu, nie zaszkodzi – akurat dziś – do niego wrócić. Bardzo proszę.

 

 

 

Pamiętam dzień, kiedy pierwszy chyba raz, tak zwani polscy patrioci poczuli, że ze mną i z tym blogiem jest coś nie tak. Miało to miejsce jeszcze na samym początku tego blogowania, a związane było z notką poświęconą stosunkom polsko-ukraińskim, no i w ogóle polsko-ukraińskiej historii. O co poszło? Jak może niektórzy jeszcze sobie przypominają, nasz prezydent, dziś już nieżyjący Lech Kaczyński, przy okazji uroczystości upamiętniających ukraińską zbrodnię na Wołyniu, przesłał do uczestników tej strasznej rocznicy list, który przez swój zbyt, zdaniem wielu, umiarkowany ton, stał się – dla tych samych wielu – dowodem zdrady i zaprzaństwa Lecha Kaczyńskiego. I tym samym stał się bezpośrednią przyczyną wycofania przez nich poparcia dla jego prezydentury. Dziś, kiedy, tak się złożyło, prezydent Kaczyński już nie żyje, zamordowany przez tych, którym ani Wołyń w głowie, ani jego ofiary, ani nawet czciciele jego pamięci, tamte emocje są bez znaczenia, a wypływające z nich deklaracje – tym bardziej. A Ukraina wciąż trwa, i problemy związane z tym trwaniem, szczególnie tak blisko naszych granic i naszej historii, są wciąż, jak najbardziej, żywe.

Trudno mi z całą pewnością powiedzieć, o co najbardziej poszło, kiedy tamten tekst został tak brutalnie potraktowany przez ludzi, dla których pamięć o Wołyniu stanowi wciąż część ich pamięci codziennej. Myślę, że powód tego zamieszania był taki jak zawsze, a więc zwykłe niezrozumienie i nieporozumienie. Myślę, że kiedy ja pisałem o Polsce, to wielu z tych, którzy czytali moje słowa, myślało, że ja piszę o Ukrainie, a kiedy pisałem o godności, to wielu było przekonanych, że ja piszę o wybaczeniu. No i, co już najgorsze, kiedy ja wręcz zapłakiwałem się nad losem tych dzieci pomordowanych przez oprawców z UPA, wielu myślało, że ja się zapłakuję nad losem Ukraińców.

Znam ten proces bardzo dobrze. Towarzyszy mi on niemal od samego początku, jak tu piszę, i wiem – a wiedza to bolesna – że świadomość tego, jak to działa, nie opuści mnie już nigdy. Pamiętam choćby, jak któregoś dnia zobaczyłem zdjęcie Wojciecha Jaruzelskiego z tym plastrem na policzku i pomyślałem sobie, że nie chwyciła go za gardło sprawiedliwość ludzka, no więc wzięła się za niego sprawiedliwość Boska. Ale już w chwilę potem zrozumiałem, że ten Jaruzelski jest tak mały i tak nieistotny, w obliczu tego, co nam gotują nowe czasy i ci, którzy wraz z tymi nowymi czasy weszli w nasze życie, że najwyższy czas, by jego los zostawić już temu rakowi, który wyżera mu twarz, a my powinniśmy raczej patrzeć w zupełnie inną stronę. Tam, gdzie na nas już się czają zawodnicy znacznie bardziej sprawni i zdeterminowani, niż taki Jaruzelski. I do dziś, w związku z tamtą refleksją, wielu traktuje mnie jak kogoś, kto zaapelował o łaskę dla Jaruzelskiego. Bo z niego już tylko biedny staruszek z plastrem na policzku. I tak to działa.

Ale miałem pisać o Ukrainie. Proszę bardzo. Będzie o Ukrainie. Otóż, jak wiemy, w wyniku agresji Niemiec i Związku Sowieckiego na Polskę we wrześniu 1939 r. Niemcy rozpoczęli realizację tzw. Intelligenzaktion, wymierzonej w polską elitę intelektualną. Akcja ta przebiegała z różną intensywnością w poszczególnych rejonach okupowanej Polski. Najwięcej morderstw popełniono na Pomorzu (30 tys. ofiar), Wielkopolsce (2 tys. ofiar), Mazowszu (ok. 6,7 tys. ofiar), Śląsku (ok. 2 tys. ofiar), Łodzi (ok. 1,5 tys. ofiar), a także w tzw. akcjach specjalnych, z których największe to Ausserordentliche Befriedungsaktion (ok. 3,5 tys. ofiar) i Sonderaktion Krakau i Zweite Sonderaktion Krakau (ok. 187 ofiar – uczonych i pracowników naukowych z Uniwersytetu Jagiellońskiego). Po niemieckiej agresji na Związek Sowiecki, 22 czerwca 1941, założenia Intelligenzaktion zostały przez władze policyjne III Rzeszy rozszerzone na tereny II Rzeczypospolitej, anektowane wcześniej przez ZSRR.

30 czerwca 1941 o godz. 4.30 rano, siedem godzin przed zajęciem Lwowa przez Wehrmacht, wkroczył do miasta ukraiński batalion Nachtigall. 2 lipca 1941 przed południem w swoim gabinecie na terenie Politechniki Lwowskiej został aresztowany przez Gestapo prof. Kazimierz Bartel. W nocy z 3 na 4 lipca 1941, Gestapo dokonało brutalnego aresztowania dwudziestu dwóch profesorów uczelni lwowskich (głównie Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jana Kazimierza i Politechniki Lwowskiej), członków ich rodzin i osób przebywających w ich mieszkaniach. Kilku profesorów aresztowano z rodzinami i gośćmi. Z jednego domu wywleczono 82-letniego staruszka, profesora położnictwa w stanie spoczynku, Adama Sołowija wraz z 19-letnim wnukiem, Adamem Mięsowiczem. Z mieszkania prof. Ostrowskiego zabrano będących u niego gości – między innymi ordynatora szpitala żydowskiego, dra Stanisława Ruffa z całą rodziną i księdza Komornickiego. Tak samo uczyniono w domu profesora Jana Greka, zabierając gospodarza wraz z żoną i szwagrem, Tadeuszem Boy-Żeleńskim, którego akurat nie było na liście. Lista profesorów Uniwersytetu, sporządzona prawdopodobnie przez ukraińskich studentów z Krakowa, związanych z OUN, była zdezaktualizowana, co stwarzało niekiedy dodatkowe komplikacje. Aresztowanych profesorów przewożono do Zakładu Wychowawczego im. Abrahamowiczów – w kompleksie akademików Politechniki Lwowskiej, gdzie po przesłuchaniach przez Gestapo, rankiem 4 lipca 1941 zabrano ich na rozstrzelanie. Aresztowanych uczonych, oraz ich rodziny wymordowano o świcie 4 lipca 1941 na zboczu Kadeckiej Góry. 11 lipca Gestapo aresztowało dwóch profesorów Akademii Handlu Zagranicznego, Henryka Korowicza i Stanisława Ruziewicza. Obaj zostali rozstrzelani następnego dnia w nieznanym miejscu. Kazimierz Bartel po pobycie w więzieniu Gestapo przy ul. Pełczyńskiej, 21 lipca został przeniesiony do więzienia na Łąckiego a następnie 26 lipca rozstrzelany.

Zwłoki rozstrzelanych we Lwowie polskich oficerów zostały w nocy z 7 na 8 października 1943 wydobyte przez specjalny oddział o nazwie Sonderkommando 1005, utworzone z młodych Żydów, pozostających w gettach, którego zadaniem było odkopywanie grobów ludzi rozstrzelanych w masowych egzekucjach, a następnie palenie ich zwłok, i spalone w Lasach Krzywczyckich.

Ktoś powie, że było o Niemcach, było też oczywiście o Polakach, natomiast o Ukraińcach ani słowa… no może z wyjątkiem owej drobnej wzmianki o batalionie Nachtigall, i tych ukraińskich studentach. Akurat tak się składa, że ze względów, o których jeszcze wspomnę, te proporcje są akurat w sam raz, natomiast to prawda – na Ukraińców jeszcze przyjdzie czas. Tu chodziło głównie o to, żeby przypomnieć te nazwy i te nazwiska – niemieckie nazwy i polskie nazwiska. A tu natomiast chodzi o to, że 3 lipca tego roku, w Parku Studenckim we Lwowie odbyła się uroczystość odsłonięcia pomnika ku czci pomordowanych przez Niemców polskich profesorów. Pomnik jest duży, piękny i bardzo wiele znaczący. Przedstawia wysoką, zbudowaną z 10 przykazań bramę, oraz metalowy odlew kopii niemieckiego rozkazu rozstrzelania profesorów. Uroczystości odsłonięcia towarzyszyła Msza Święta, celebrowana przez trzech biskupów, do Lwowa przyjechali krewni pomordowanych, rektorzy i profesorowie z Lwowa i z Polski, był ambasador Polski na Ukrainie, i ukraiński ambasador w Polsce, był mer Lwowa i prezydent Wrocławia Dutkiewicz, przyjechał nawet z Niemiec niejaki Dieter Schenk, historyk i syn oficera gestapo, który planował wygłosić we Lwowie bardzo ekspiacyjne przemówienie.

I oto okazało się, że wszystko na co Ukraińców było stać – poza oczywiście łaskawą zgodą na postawienie pomnika – było dopuszczenie do głosu mera Lwowa, prezydenta Dutkiewicza i jednego ze swoich radnych, jako tak zwanego „głosu ludu” (oczywiście, jak się domyślamy ludu ukraińskiego), z takim oto zastrzeżeniem, że od początku do końca uroczystości nikomu, włącznie z arcybiskupem Mokrzyckim, nie wolno w jakiejkolwiek formie wspomnieć o tym, że pomordowani profesorowie byli Polakami. A jak się domyślam, opierając się na swoich dotychczasowych doświadczeniach, gdy chodzi o ukraińskie ambicje, by świat ich traktował jak naród, Ukraińcy tę swoją prośbę z całą pewnością sformułowali w taki sposób, by każdy wiedział, że jakikolwiek przypadek niesubordynacji zostanie potraktowany jak zdrada i cios wymierzony w ukraińską dumę. I, naturalnie, wszyscy postąpili zgodnie z wolą strony ukraińskiej i o polskich profesorach, oględnie bardzo, wspominali jako o profesorach lwowskich.

I teraz, domyślam się, że ci którzy albo nie mieli okazji zapoznać się z moimi refleksjami na temat Wołynia sprzed lat, albo jakoś tamte emocje zdążyli przetrawić, znów wybuchnie świętym oburzeniem, że trzeba było Ukraińcom powiedzieć, żeby się walili, wsiąść w autobus i ruszyć w stronę granicy z Polską, gdzie można będzie się przez kilka godzin spokojnie przespać, w oczekiwaniu na kogoś, kto zechce ten autobus wypuścić z tej pieprzonej Ukrainy, albo, trzeba było wyrwać mikrofon temu jakiemuś Olehowi i krzyknąć mu prosto w to czarne podniebienie, że nich żyje polski Lwów. A ja tymczasem, wciąż uparcie się trzymam swojej starej tezy z czasów, gdy polską politykę zagraniczną próbował budować śp. Lech Kaczyński, że Ukraina, taka z jaką dziś mamy do czynienia, nie daje nam absolutnie żadnego pola manewru. Bo oto, albo mówimy sobie, że niech ich wszystkich szlag trafi, najlepiej razem z Rosją, do której wielu z nich tak tęskni, albo uznajemy, że tam, obok tych, co tak bardzo tęsknią za Rosją, są też ci, którzy Rosji całym sercem nienawidzą, tyle że przy okazji ubzdurali sobie, że, skoro Ukraina ma być wolna i niepodległa, to wyłącznie jako historycznie wielki, silny i dumny europejski naród, którym – ani jednym, ani drugim, ani trzecim, ani tym bardziej czwartym – tak się składa, nawet nie jest. Bo tak już niefortunnie dla niej się porobiło, że Ukraina to w najlepszym wypadku jakiś lud, bez historii i bez tradycji. Ale tym samym, uznajemy, że przy tym poziomie szaleństwa, jakie reprezentują owi ukraińscy patrioci, nie ma żadnej możliwości, żeby ktokolwiek i kiedykolwiek wybił im te marzenia z głowy, zwłaszcza tłumacząc im, że praktycznie jedyny ich narodowy bohater, jedyny ich powód do dumy i jedyny dostępny dla nich powód, by wierzyć w swoją historię – to najbardziej okrutny morderca.

Popatrzmy jeszcze raz na to, co się stało 3 lipca w Parku Studenckim we Lwowie, odsłonięty zostaje pomnik polskich – polskich w sposób tak oczywisty, że już bardziej się nie da – profesorów. I na to przychodzą ukraińscy patrioci i proszą uprzejmie, by ani na tym pomniku nie było tablicy z nazwiskami tych profesorów, ani też nigdzie poza tym nie padła jakakolwiek sugestia, że ci profesorowie byli Polakami. Czy może oni chcą, by tam napisać, że oni byli Ukraińcami. Przepraszam bardzo, ale tak durni to oni jednak nie są. Oni świetnie wiedzą, że czegoś takiego, jak ukraiński profesor w tamtych czasach zwyczajnie nie było. Bo być nie mogło. No, może na zasadzie jakiegoś kompletnego przypadku, ale generalnie, jeśli tam się miało pojawić jakieś nie polskie nazwisko, to już prędzej jakiś Perier, swoją drogą pradziadek mojej żony, czy Longchamps de Berier, o którym za chwilę. Ktoś mi powie, że jestem rasistą. Że ten rodzaj wywyższania się jest nieładny i w ogóle niesłuszny. Na to więc mam jeszcze jedną historię.

Otóż 20 sierpnia  wybieram się z żoną na Ukrainę. Plan jest tym razem taki, by nie jechać do Lwowa, lecz zwiedzić parę innych tradycyjnie polskich miast, między innymi Drohobycz i Truskawiec. Oczywiście, ja wiem, że przy znanej nam już z doświadczenia metodzie traktowania przez Ukraińców gości z Polski, ten jeden dzień na Ukrainie podzieli się równo po połowie – pół czasu spędzimy w kompletnej bezczynności na granicy, a pół na zwiedzaniu. Ale kochamy Polskę, zwłaszcza jej historię, i bardzo chcemy zobaczyć przynajmniej ten Truskawiec. Żona moja, przygotowując się do tego wyjazdu, kupiła sobie przewodnik po Zachodniej Ukrainie i nagle zauważyła, że jak idzie o nazwy ulic, które w jakikolwiek sposób miałyby upamiętniać ukraińską historię i jej bohaterów, powtarzają się trzy: Tarasa Szewczenki, Stiepana Bandery i Bohaterów UPA. Reszta, to albo Ruscy (jak Czechow) albo Żydzi (jak Schultz), albo Polacy (jak Mickiewicz). A tak to nic. Tylko ten Szewczenko i mordercy z UPA.

I to jest sytuacja, w jakiej się znajdujemy, gdy chodzi o nasze relacje z Ukrainą, i jeśli idzie o nasze szanse, by ich jakoś ucywilizować. Otóż to jest droga bez wyjścia. Bo albo będziemy im wciąż i tak długo powtarzać, że mają przeprosić za swoje zbrodnie, a tym samym uznać tę swoją podłą historię, aż wreszcie zorientują się, ze nie mają dokąd iść, i znów – w tej swojej desperacji – dojdą do wniosku, że pozostaje im tylko „rezać”, albo damy im spokój i będziemy beznamiętnie patrzeć, jak wracają pod skrzydła swoich ruskich panów, gdzie będą pokornie budować to co im się budować każe. Ale można jeszcze coś. Można im z godnością charakterystyczną dla kogoś, kto ma bez porównania więcej, pozwolić na tę odrobinę kompletnie niepoważnej dumy, a w międzyczasie, już we własnym gronie powtarzać słowa prawdy, takie choćby, jakie wypowiedział przy okazji wspomnianych uroczystości odsłonięcia pomnika, ksiądz Franciszek Longchamps de Berier, stryjeczny wnuk Romana, ostatniego rektora Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, który zresztą koncelebrował Mszę Świętą 3 lipca. Posłuchajmy:

Urodziłem się we Wrocławiu, ale gdyby nie było wojny, a wszystko przebiegałoby tak samo, to urodziłbym się we Lwowie i był księdzem w tym kościele. Bo kościół św. Marii Magdaleny był kościołem parafialnym dla rodziny mojego dzidka i rodziny jego brata, profesora Romana Longchamps de Berier. Uczestnictwo w tej mszy i w odsłonięciu upamiętnienia jest przeżyciem ważnym nie tylko dla rodzin rozstrzelanych profesorów, ale i dla wszystkich nauczycieli akademickich, związanych z uniwersytetem, bo była to ofiara symboliczna. Ci profesorowie zostali zamordowani dlatego, że byli polskimi profesorami. Zginęli z nimi ich synowie tylko dlatego, że byli synami polskich profesorów. I ta symboliczna ofiara jakby reprezentuje tych wszystkich, którzy zostali zamordowani za to, że stanowili polską inteligencję. Bo to był mord i w Stanisławowie i w Krakowie. Dlatego pamiętamy i modlimy się dzisiaj za wszystkich pomordowanych naukowców. Wielu z nich zostało zabitych przez Sowietów i wygląda na to, że Uniwersytet Jana Kazimierza poniósł nawet większe straty w pracownikach naukowych z rąk Sowietów. Ostatnio dowiadujemy się, że niektórzy z nich zginęli w Bykowni koło Kijowa. Niezwykle ważne jest uświadomienie, że do tej tragedii doprowadziły konkretne grzechy: szowinizm, nieumiarkowany nacjonalizm, nienawiść, zazdrość. I na to trzeba zwrócić szczególną uwagę, że te grzechy i te wszystkie ekstremizmy są niebezpieczne, bo prowadzą ostatecznie – jak się okazuje – do morderstwa”.

I to już koniec. Mam tylko małą uwagę do wszystkich tych, którzy uważają, że wszystko jest tak proste, jak to, cośmy sobie wymyślili już jakiś czas temu, i tak bardzo się nam to spodobało. Może na samym końcu, sprawy rzeczywiście okazują się proste, ale żeby dojść do tej wiedzy, należy bardzo mocno szukać. Co szczerze polecam.




sobota, 1 marca 2025

Wskazujemy różnice między papieżem Franciszkiem a Donaldem Trumpem

 



      Ja zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że choćby czytelnicy tego bloga, że nie wspomnę o innych osobach, ostatniego czego po mnie oczekują, to tego, bym powiedział co sądzę o wczorajszej awanturze w Białym Domu i o zachowaniu obu targających się za uszy prezydentów. A ja sam chętnie przyznaję, że z początku ani mi w głowie nie było, żeby tu wyskakiwać ze swoimi przemyśleniami. Tak się jednak wydarzyło, że kiedy z jednej strony czytałem owe, nadchodzące ze wszystkich scen politycznych awantur, opinie, to z drugiej przypomniały mi się bardzo wyraźnie i natarczywie pewne fakty z niedawnej jeszcze przeszłości, a to sprawiło, że uznałem iż jeśli się jednak nie odezwę, to czegoś bardzo istotnego zabraknie, ze stratą dla pewnej skrywanej mocno, zwłąszcza dziś, prawdy.

      Pamiętamy wszyscy jak trzy lata Rosja wjechała z pełnym impetem i z całą swoją militarną mocą i okrucieństwem na Ukrainę, cały świat – włączając w to dotychczas wiernych Putinowi państw, oraz gospodarczych środowisk –  w zadziwiająco solidarny sposób ogłosił, że ten sam Putin to okrutne, zasługujące na śmierć bydle, a rządzone przez niego społeczeństwo, z całą swoją historią i kulturowym dorobkiem to kupa śmieci. Tak to właśnie się działo, ja to pamiętam i pamiętam też jak każdy kolejny dzień przynosił tylko coraz  większą intensywnoś owych emocji. Pamiętam również, jak kolejne państwa, oraz biznesy, dzień po dniu ogłaszały bojkot rosyjskiego rynku, kolejne rosyjskie majątki były konfiskowane, a kolejni rosyjscy politycy byli stawiani przed międzynarodowymi trybunami pod zarzutem udziału w ludobójstwie. No i pamiętam oczywiście, jak każdy szanujący się internauta, czy to na Facebooku, czy na Twitterze, czy też na Instagramie i wszelkich innych komunikatorach, za swój święty obowiązek przyjmował umieszczenie w opisie swojego profilu ukraińskiej flagi, a niekiedy nawet dwóch czy trzech.

      I pamiętam jeszcze coś. Otóż niemal wszyscy oni – a ja z nimi –  byli głęboko przekonaniu, że Rosja tej wojny w z dotychczasowej nie przetrwa.

      I tak, ani się człowiek obejrzał, jak stuknęły trzy lata i nie zmieniło się praktycznie nic, ani na Ukrainie, ani w Rosji, ani też w naszych sercach. A więc tam Rosjanie żyją sobie jakby nigdy nic, przyzwyczaili się nawet do tego, że ich sportowcy walczą już tylko sami ze sobą, Ukraina tonie we krwi i w gruzach do tego stopnia, że młodsze pokolenie straciło już rozeznanie co do różnicy między Buczą, a Mariupolem, tu natomiast te wszystkie ukraińskie flagi ani drgnęły, tyle może że tu przewaga przechiliła się zdecydowanie na lewą stronę i to do tego stopnia, że im gorsze i wściekłe lewactwo, tym ich więcej.

       Ktoś teraz może się zastanawiać, co w tym co dotychczas powiedziałem jest takiego nowego, a tym bardziej zaskakującego. Otóż tu akurat nic. To jest zaledwie tło dla tego co się działo niejako w tle. Oto proszę sobie przypomnieć, jak wobec tego co się działo na Ukrainie reagował Watykan. Otóż ku powszechenmu oburzeniu absolutnie wszystkich zaangażowanych przeciwko Rosji i Putinowi stron, papież Franciszek ani razu nie opowiedział się po którejkolwiek ze stron. Cały świat żądał od Franciszka by potępił rosyjską agresję i wsparł moralnie Zełeńskiego, a on od początku, dzień po dniu, głosił jedno: wojna to zło, musi natychmiast zapanować pokój, należy natychmiast przerwać tę śmierć, to niszczenie domów i miast tę rozpacz i to strasznie nieszczęście jakie sprowadza na człowieka wojna. Świat wzywał Franciszka do poparcie Ukrainy, a on niezmiennie odpowieadał: Módlmy się o pokój.

       I proszę zwrócić uwagę, jak konkretnie było odbierane papieskie wezwanie. Prawic, i to czym bardziej prawa, wyzywała Franciszka od komunistów, a wręcz satanistów, a lewactwo, czym bardziej lewe – od takiego jak oni wszyscy pedofilów, i klechów bez serca.

     Jesteśmy zatem trzy lata po rosyjskiej agresji, ktora trwa i nie wydaje się kończyć, i cała Europa nagle dochodzi do wniosku, że największym wrogiem cywilizowanego świata są Putin i Trump, a ja już ze smutkiem podejrzewam, że bardzo bardzo liczy, że papież Franciszek umrze, a kolejny papież wezwie do tego by w Boże imię nie ustępować i walczyć do końca świata i jednen dzień dłużej.

     Napisałem że cały świat potępia Trumpa i Amerykę, ale niekoniecznie tak to wygląda. Otóż widzę bardzo wyraźnie, że ci wszyscy, którzy dotychczas atakowali Franciszka – szczególnie nasi kochani prawi –  za jego głos apelujący o zakończenie wojny, akurat tu twierdzą, że ten Trump to jest jednak gość. Ta wojna nie ma sensu, ta krew nie ma sensu, te cierpienia nie mają sensu. Tę wojnę trzeba zakończyć. A że dokładnie to samo od lat głosił tak okrutnie przez nich obrażany Papież, kto by o tym pamiętał?

     Lepiej o tym nie pamiętać. Wszyscy się teraz módlmy, żeby kolejnym papieżem został ktoś co najmniej na miarę Benedykta XVI, który wreszcie zrobi porządek z tymi pedałami.



wtorek, 6 czerwca 2023

O tym jak z braćmi Rosjanami wspólnie pomścimy Wołyń

 

Ponieważ portal i.pl praktycznie odmówił publikacji poniższego tekstu, co z kolei spowodowało moją rezygnację ze współpracy, przedstawiam te myśli tutaj i życzę dobrych refleksji. 

 

 

   Od czasu gdy ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski publicznie ogłosił, że za zdradziecką postawę prezydenta Lecha Kaczyńskiego wobec krwi przelanej w lipcu 1943 roku na Wołyniu, on już nigdy więcej na niego nie zagłosuje, minęły całe wieki. Całe też wieki minęły od dnia, w którym zaledwie kilka miesięcy przed owym okresem próby, Lech Kaczyński na owym dzielnym kapłanie wierność danemu słowu w pewnym sensie wymusił. Przez te wszystkie lata, zarówno tu o nas w Polsce, jak i za naszą wschodnią granicą, działy się rzeczy przeróżne, z najświeższą zupełnie kulminacją w postaci wręcz geopolitycznej rewolucji, w wyniku której Ukraina i Polska, obok Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, stały się liderami nie tylko wolnego, ale i całego świata, z jednym podstawowym zadaniem: sprowadzenia Rosji do pozycji, którą bardzo dobrze mogą symbolizować te dziesiątki tysięcy kilometrów państwowej, geograficznej, kulturowej i ludzkiej nędzy, rozciągającej się między Moskwą i Władywostokiem. I to jest coś, co moim zdaniem, znacznie nawet bardziej dobitnie niż zabójstwo prezydenta Lecha Kaczyńskiego, powinno przemówić do rozumu nie tylko księdza Zaleskiego, ale wszystkich tych, którym ów wołyński afekt zwyczajnie zalał świadomość.

       Niestety, wygląda na to, że im dalej od dawnych obsesji i czym bliżej kolejnej rocznicy wołyńskiej zbrodni, tym głośniej słychać owe głosy, wzywające do tego, by zanim się weźmiemy za Rosję, najpierw zrobić porządek z wrogiem pierwszym, czyli najpierw z tymi, którzy nie dość energicznie tu w Polsce czczą pamięć ofiar tamtej masakry i nie dość energicznie walczą z pamięcią o tych, którzy ich krew mają na rękach, a następnie z tą częścią ukraińskiej świadomości, dla której walka o niepodległość nie zaczęła się – jak byśmy sobie wszyscy tego życzyli – dopiero w roku 1991. A ja się obawiam, że – ponieważ mamy rok wyborczy – to co możemy zaobserwować dziś w tak zwanych prawicowych mediach, to zaledwie niewinny początek, akolejne miesiące mogą nam przynieść prawdziwe piekło, ufundowane na prezentowanych nam po raz tysięczny, z chirurgiczną więc precyzją, opisach tamtych okrucieństw. 

      I owe emocje, jak zawsze, będą miały dwie twarze. Z jednej strony więc, będziemy mieli owe opisy męki polskich ofiar okrucieństwa UPA z jednoczesnym wymuszaniem na Ukrainie uczciwego nazwania tej części swojej historii po imieniu, z drugiej natomiast zapewnienia, że przyjaźń z Ukrainą nie powinna być ani podważana, ani zagrożona, bo przecież UPA, to nie wszyscy Ukraińcy. A ja uważam, że w jednym i w drugim sposobie myślenia, obecny jest pewien bardzo ciężki błąd, i w dodatku boję się, że oprócz błędu, pewna też bardzo nieprzyjemna intencja.

      O jakim błędzie myślę? Otóż, w moim najszczerszym mniemaniu – co zresztą bardziej lub mniej otwarcie, przyznają wszyscy uczestnicy debaty – nie ma sensownej możliwości, żeby Ukraina kiedykolwiek zgodziła się odrzucić tę swoją straszliwą historię. Może, jak kiedyś powtórnie wpadnie w łapy Rosji, to Rosja każe Ukraińcom oficjalnie potępić zbrodnie UPA, a ich nowy prezydent, tak jak swego czasu Krawczuk czy Kuczma, w odpowiedzi na ruski gwizdek nie dość że potępią, to jeszcze przeproszą i na kolanach poproszą nas o wybaczenie. I zapanuje polsko-ukraińska zgoda.

      I tu tkwi błąd kolejny. Rzecz bowiem w tym, że im bardziej Ukraina będzie niepodległa, tym mniej jest prawdopdobne, że oni z grona swoich narodowych bohaterów wykreślą Banderę i jego wojsko. I nie będzie miało żadnego znaczenia, że ów ewentualny  nowy prezydent Ukrainy, czy nawet sam zwycięski Putin, wypowiedzą owe tak bardzo wyczekiwane tu w Polsce słowo „przepraszam”. Bo otóż nawet jeśli UPA to nie cała Ukraina, to Ukraińców dla których Bandera pozostaje ikoną wolności jest wystarczająco dużo i to niezależnie od wieku i pochodzenia, by ich historyczna świadomość uległa zmianie. Oczekiwanie tego typu zmiany to w moim odczuciu coś jeszcze gorszego niż naiwność.

       I tu pojawia się coś co nazywam brzydką intencją, czyli owo detaliczne rozgrzebywanie tej męki sprzed 65 lat. Bo o co chodzi? Czyżby zamiar był taki, że trzeba ludziom przedstawić prawdę? Przepraszam bardzo, ale ci, których prawda w ogóle interesuje, mieli okazję tę prawdę poznać wielokrotnie. Ja osobiście pamiętam, że już jako małe dziecko – a nie byłem wychowywany w środowisku super patriotycznym – wiedziałem, że Ukrainiec, to ktoś, kto uzbrojony jest najczęściej w widły, a gdyby te widły wydały mi się zbyt powszednie, to jeszcze mnie ze wszystkich stron informowano, że tymi widłami operowali ludzie o czarnych podniebieniach. Sami komuniści zresztą, przez wiele lat, być może ze względu na pamięć o Świerczewskim, o tym Ukraińcu z widłami i czarnym podniebieniem nie dawali zapomnieć. 

     Wciąż pamiętam dawne, właśnie sprzed 15 już chyba lat, słowa Rafała Ziemkiewicza i jego diagnozę:

"Tym, co wyróżnia rzezie na Wołyniu spośród wszystkich znanych historii zbrodni etnicznych, jest niewiarygodne bestialstwo zbrodniarzy. Ani stalinowskie NKWD, ani hitlerowskie Einsatzgtruppen nie popisywały się osobistym okrucieństwem. Rezuni OUN-UPA oraz innych nacjonalistycznych formacji wydawali się natomiast znajdować w nim szczególne upodobanie".

        A ja przepraszam bardzo, czy coś się w tej mierze przez ten cały czas zmieniło? Nikt, nigdy, w takim stopniu nie zaprzeczył temu, czym jest w powszechnym rozumieniu człowiek, tak jak to uczynili jak nasi bracia Ukraińcy. Skoro jednak wszyscy o tym wiemy, to po co wyciągać te fotografie i prosić specjalistów od spraw wołyńskich o kolejne relacje, z zastrzeżeniem, że dobrze by było, gdyby może relacje te były jak najbardziej plastycne? Żevy komu i co udowodnić. W kim i jakiego rodzaju wywołać emocje? I to właśnie ja nazywam nieładną intencją.

        Oczywiście wciąż możemy pytać dlaczego? Dlaczego? Dlaczego właśnie oni? Dlaczego? Pojawiała się wielokrotnie opinia, że UPA dokonała tych zbrodni z tak straszliwym bestialstwem (wyłupywanie oczu, palenie, krojenie piłami, obdzieranie ze skóry itd.) jak najbardziej celowo. Nie z powodu wrodzonego bestialstwa i zdziczenia ale jak najbardziej celowo i racjonalnie. Ponieważ UPA była bardzo zdyscyplinowana i zorganizowana ale nie dość silna żeby wymordować wszystkich Polaków na kresach, więc uznała że jeśli będzie dokonywać tych mordów z tak straszliwym okrucieństwem to wywoła przerażenie wśród wszystkich Polaków i nawet ci których nie będzie można wymordować sami uciekną za Bug. To bestialstwo więc było częścią historycznego wręcz planu.

      Dlaczego jednak mówię, że jest to wyjaśnienie tylko częściowe? Bo ono odpowiada tylko na moje pytanie od strony technicznej. A ja bym chciał wiedzieć, dlaczego akurat Ukraińcy. Dlaczego nie Serbowie, dlaczego nie Chorwaci, dlaczego nie Wietnamczycy. Dlaczego nasi bracia Ukraińcy? Czyżby tamci byli mniej zdyscyplinowani? Bądźmy poważni.

      Ja jednak nie znam odpowiedzi na to pytanie. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to bardzo prymitywne i głupie: bo tak. Ale jeżeli „bo tak”, to tym bardziej nie ma już co dłużej na ten temat z Ukrainą rozmawiać. Nie ma też co dłużej o tym z nimi rozmawiać, nawet jeśli ktoś znajdzie na to pytanie odpowiedź bardziej intelektualnie umocowaną. Na przykład, że Ukraińcy mają to coś we krwi, albo, że szatan sobie Ukraińców bardzo upodobał. 

      Bo oni, choćby się świat walił, winy na siebie nie wezmą. A jeżeli nie wezmą, to możemy, owszem, nadal publikować zdjęcia rozprutych brzuszków i wyłupionych oczu i powyrywanych języków i mówić, że to na część naszej narodowej pamięci. Jeżeli nie wezmą, możemy też powiedzieć Ukraińcom, idźcie od nas w cholerę, bo jesteście zbyt straszni, żeby wasze imię zakłócało nasz sen. I jeśli nie wezmą, to prezydent Duda jeszcze przed jesiennymi wyborami powinien odwołać z Ukrainy naszego ambasadora, ukraińskiego ambasadora poszczuć psami, a na granicy poustawiać zasieki.

      A nie wezmą. Bo prezydent Zełeński może, owszem, dla oddania czci polskim krzywdom po raz kolejny oficjalnie potwierdzić, że Lech Kaczyński został zamordowany przez Putina i że to jest naprawdę straszne, ale na tym jego możliwości współczucia się kończą. 

       Co zatem? Otóż w obecnej sytuacji pozostaje nam już tylko pamięć i modlitwa. Modlitwa i pamięć. No a przede wszystkim nadzieja, że Rosja zostanie w tej strasznej wojnie pokonana, a nowy międzynarodowy porządek wyrzuci ów barbarzyński naród na śmietnik historii. Co do Ukraińców natomiast, bardzo liczę na to, że przyjdzie – kto wie, czy nie już niedługo – taki czas, że i oni, tak jak my Polacy, będą mieli prawdziwych bohaterów, a kto wie, czy też nie nowych świętych, i że wraz z tą falą nadejdzie odpowiedni czas, byśmy, jak równy z równym, mogli siąść z Ukraińcami do stołu i powiedzieć: „Let’s talk business”. Może być i po angielsku.

 


piątek, 12 maja 2023

Gdy rośnie popyt na empatię

 

        Myślę że nawet jeśli nie poświęciłem tu owej kwestii osobnej refleksji, to musiałem w ten czy inny sposób wspominać o cholerze, jaka mnie bierze na widok tych wszystkich osób, które prezentując się na publicznej scenie, obok dotychczasowej flagi Unii Europejskiej, tęczowych barw ruchu LGBT i ośmiu gwiazdek układających się w wezwanie do „jebania PiS-u” dziś już od ponad roku uważają za stosowne dokładać do swoich obsesji niebiesko-żółtą flagę Ukrainy, a często w towarzystwie deklaracji „Nienawidzę Putina i PiS-u”. I nie stanowi mojego głównego problemu to, że oni wszyscy jeszcze rok temu gotowi byli skoczyć w ogień, by przed atakami PiS-u bronić fizycznej tężyzny i politycznego geniuszu  wspomnianego Putina, ale przede wszystkim chodzi o to, że tak strasznie dużo jest osób, które na jeden gwizdek są w stanie zerwać sie na równe nogi i realizować wszelkie narzucone im – słuszne, czy niesłuszne – zadania. Oczywiście, gdy chodzi o Ukrainę i jej walkę z Rosją, jestem całym sercem z Ukraińcami, a wręcz uważam, że unicestwienie tego strasznego ruskiego imperium leży w najlepiej pojętym interesie Polski i całego świata. Jest jednak coś co moje nadzieje na owo zwycięstwo mocno tłumi, a mianowicie podejrzenie, że za tym całym światowym ruchem na rzecz Ukrainy nie stoi szczere pragnienie zniszczenia Rosji, ale jakiś paskudny socjotechniczny zabieg o wciąż niezbadanych intencjach. Dokładnie tak samo, jak nie wierzę, że ci wszyscy z nas, którzy wciąż wykrzykują hasła na chwałę przynależności Polski do Unii Europejskiej, czy ruchu na rzecz wolności seksualnej, miali tak naprawdę na sercu jedno czy drugie. Uważam, że wszyscy ci ludzie zwyczajnie nie potrafią otworzyć ust, czy choćby ruszyć palcem, jeśli wcześniej ktoś zaufany ich nie poinformuje, że tak trzeba.

      I kiedy wydawało mi się, że wspomniane hasło „***** *** i Putina”, to jest już szczyt tego zidiocenia, zamordowany przez występnych rodziców został chłopczyk imieniem Kamil i wystarczyła chwila, by wszyscy – tym razem już po obu stronach społecznego i politycznego podziału – dostali małpiego rozumu i gwałtownie potrzebują wyrazić swoje oburzenie okrucieństwem jakie ujrzeli. I choć oczywiście sposób wyrażania owego oburzenia jest różny – jedni apelują o zaostrzenie kar, włącznie z przywróceniem kary śmierci, a inni o objęcie ową karą przede wszystkich ministra Czarnka i premiera Morawieckiego, którzy do śmierci tego dziecka rzekomo doprowadzili – wszystkich łączy jedno: nagły przypływ świadomości odnośnie tego, co się w patologicznych środowiskach dzieje jak świat długi i szeroki od kto wie czy nie dziesięcioleci, wynikający z tego autentyczny szok, no i konsekwentnie wręcz zalew propozycji, których realizacja ma podobno doprowadzić do likwidacji problemu.

      Jak mówię, informacje o kolejnym zatłuczonym na śmierć dziecku docierają do nas regularnie i od wielu lat. Niemal nie ma miesiąca, byśmy się nie dowiedzieli o kolejnym coraz bardziej drastycznym przypadku – jeśli nie w Polsce, to gdzieś w Ameryce, czy w Anglii, lub w Szwecji – gdzie jakieś ćpuny zamordowały pozostające pod ich opieką dziecko. Sam pamiętam, jak kilka lat temu przez cały kraj przeleciała informacja o parce, która się tak odurzyła dopalaczami, że „coś” – a ja akurat wiem, co – kazało im maleńkie niemowle wsadzić do piekarnika i je w tym piekarniku zwyczajnie upiec. Przepraszam bardzo, ale jak długo sprawa ta była omawiana w mediach, a tym bardziej w naszych domach? Dzień? Dwa? I nie oszukujmy się, wcale nie chodziło o to, że wówczas jeszcze w Polsce rządziła Platforma Obywatelska i to ona kontrolowała publiczną telewizję. Rzecz bowiem w tym, że wtedy ci co trzymają wspomniany wcześniej gwizdek uznali, że moment nie jest odpowiedni, i tak zwany przeciętny obywatel nie otrzymał informacji, której zawsze tak chętnie wyczekuje.

      Zmarło dziecko zamordowane przez rodziców w mieście Częstochowa i wszyscy zachodzimy w głowę, co można było zrobić, żeby ono żyło i dlaczego tego nie zrobiono. A ja uważam – i stąd między innymi ten dzisiejszy tekst – że nie można było nic zrobić z wielu powodów, i co gorsza, na tę patologię nie ma ludzkiej siły. Przede wszystkim, sam owej patologii charakter i sposób w jaki ona funkcjonuje, praktycznie uniemożliwiają jej kontrolowanie. Owszem, gdyby mój sąsiad liberał donósł na nas, że kiedy my tu gościmy nasze wnuczęta i traktujemy je niezgodnie z nowoczesnymi europejskimi przepisami, a ów donos byłby napisany zgrabnie i przekonująco, gdyby w dodatku został dostarczony do jakiegoś odpowiednio rozgrzanego urzędnika, to ja sobie jestem w stanie wyobrazić, że do naszego mieszkania wkroczyłby MOPS z decyzją sądu w ręku i towarzystwem pana policjanta, i oni by nam te dzieci bez słowa odebrali. Jakie jednak oni mają szansę w konfronatcji z bandą upalonych idiotów, z którymi nie można nawiązać jakiejkolwiek rozmowy i z których każdy ma w kieszeni nóż, którego w każdej chwili może użyć? Ale to przecież nie wszystko. Nawet gdyby założyć, że opieka społeczna i policja dostana odpowiednie wsparcie, a sądy będą egzekwować prawo tak jak należy, w jaki sposób będzie mozna wytyczyć granicę między autentyczną patologią, a czymś, co może, owszem, robić wrażenie patologii, ale w żadnym wypadku nią nie jest? No właśnie, sądy: w jaki sposób zmusić ten skorumpowany i zgnuśniały to szpiku kości system, by ten w tego typu sprawach wydawał przemyśłane, sprawiedliwe i szybkie wyroki? Jaka jest gwarancja, że ewentuana reforma systemu nie skończy się tym, że za łeb zostaną wzięte rodziny najbardziej bezbronne? A mówiąc o bezbronności, wcale nie mam na myśli dzieci.

       No i wreszcie kary. Mateusz Morawiecki, po raz pierwszy w całej swojej karierze, strzelił dramatyczne głupstwo i zabierając głos na temat owego Kamilka, uznał za stosowne podzielić się wiadomością, że on osobiście jest zwolennikiem kary śmierci. Co za bzdura! Część z nas ma być może w pamięci mękę 10-letniej Ame Deal, która najpierw, przez całe lata była w najbardziej okrutny sposób dręczona przez swoją rodzinę, a następnie zamknięta na sześć godzin w skrzynce metr na metr i pozostawiona na sześć godzin w najstraszniejszym upale, by tam umrzeć w nieludzkich cierpieniach. Otóż wszyscy jej oprawcy zostali skazani na karę śmierci... i co? Czy od tego czasu amerykańskie patusy boją się tknąć swoje dzieci palcem? Pamiętamy być może historię dwojga Polaków z Coventry, którzy w sposób tak straszny, że tego się nie da opisać, zadręczyli swojego synka na śmierć. O tym co się w tym domu dzieje, wiedziała szkoła, opieka społeczna, policja... i co? Sytem zadziałał? Pewnie że nie. Tyle wszystkiego, że oni oboje dostali dożywotnie wyroki i po kilku miesiącach jedno i drugie, w „niewyjaśnionych okolicznościach” popełnili w więzieniu samobójstwo. A niby co? Kiedy oni powoli zadręczali to dziecko na śmierć, to nie wiedzieli, że nawet jeśli w Wielkiej Brytanii nie ma kary smierci, to oni pobytu w więzieniu nie przeżyją? No, może wiedzieli, a może nie, ale co z tego? Co im ta wiedza by dała i co ta wiedza da tym wszystkim, którzy „na zgubę tego świata po tym świecie krążą”? I kto jest w stanie cokolwiek tu zmienić? Minister Czarnek, a może Donald Tusk z Marcinem Kierwińskim? A może my wszyscy, pod warunkiem, że wydamy z siebie wspólnie potężny ryk oburzenia i on zburzy ów mur obojętności? Tak, na pewno...

      To co się dzieje w tylu naszych domach woła o pomstę do nieba, ale niestety na to realnej i dobrej rady nie ma. A ja, jeśli już wolno mi na chwilę uciec w politykę, współczuje temu rządowi. Bo nie widzę sposobu, żeby czy to Premier, czy Prezes, czy którykolwiek z ministrów mógł dziś stanąć przed publiczną opinią i powiedzieć, że pozostaje nam w sytuacji jaką mamy, podobnie jak mnie dziś tutaj,  wyłącznie wzywać na pomoc świętego Michała Archanioła. Muszą więc brnąć w narzuconą nam wszystkim narrację i czekać aż się po raz niewiadomo już który okaże, że jak zwykle szczęśliwie diabeł przegrał.



środa, 11 stycznia 2023

Za co świat liberalnej demokracji pokochał papieża Benedykta XVI?

 

      Zmarł papież Benedykt XVI i, pomijając powszechny i całkowicie naturalny, spowodowany tym odejściem smutek, oraz towarzyszące mu modlitwy, komentarze odnośnie owego zdarzenia koncentrują się na jednej tylko kwestii: który z tych dwóch, Benedykt czy Franciszek był większym skurwysynem. I tu znów, pomijając antyklerykalny mainstream, gdzie wspólny przekaz głosi, że, podobnie jak cały Kościół, jeden i drugi to jedna i ta sama zaraza, którą należy wyrzucić poza nawias cywilizowanego świata, doszło do intelektualnego sporu między tymi co uważają, że wraz z odejściem Jana Pawła II i Benedykta XVI zakończył się najczarniejszy okres w historii Kościoła, Kościoła zamkniętego, nieludzkiego i zepsutego do szpiku kości, a tymi drugimi, którzy twierdzą, że, owszem, nastąpił koniec, ale na rzecz upadku, którego zwiastunem, w ich pojęciu, jest nie kto inny jak papież Franciszek. A ja dziś, jako że w pełni zgadzam się ze słowami najświętszej pamięci Benedykta, który stwierdził, że największe zło płynie od nas samych i że „ataki na papieża i na Kościół nie pochodzą tylko z zewnątrz, ale cierpienia Kościoła pochodzą z jego wnętrza, z grzechu, który jest w Kościele”, chciałbym się zająć przede wszystkim tymi, co odejście Benedykta XVI postanowili wykorzystać do ostatecznego rozprawienia się z Franciszkiem.

        Czytam wypowiedzi koncesjonowanych z każdej możliwej strony specjalistów od Kościoła i ścieżek po których prowadzi Go Pan, i z jednej strony nie mogę pojąć, jak można dojść do tego momentu opętania, by nawet przy tej szczególnej okazji nie dać chwili spokoju Franiszkowi, a z drugiej, jak straszne musi być owo opętanie, by przypuścić ów atak nie niezależnie od pogrzebu Benedykta, ale właśnie w bezpośrednim z nim związku. W pierwszej kolejności, nie mamy bladego pojęcia co do przyczyn pamiętnego ustąpienia Benedykta. Oficjalne wyjaśnienie, przekazane nam przez samego Papieża, jest takie że jego zdrowie było tak słabe, że się zwyczajnie nie czuł na siłach, by dalej kierować Kościołem. Parę dni temu w telewizji rozmawiano z księdzem, bliskim przyjacielem Ojca Świętego, który opowiadał jak już pod koniec jego urzędowania, spotkał się z nim, a ten go nie poznał, co by mogło świadczyć, że oficjalny komunikat był prawdziwy. Cała reszta, to już wyłącznie medialne plotki, związane głównie czy to z tym, że Papież wziął na siebie odpowiedzialność za dramatyczne zepsucie Kościoła, czy też z tym że owo zepsucie jest tak wielkie, że go przeraziło i zwyczajnie zdezerterował, przekazując ów urząd komuś takiemy, jak Franciszek, a więc jednemu z Gangu, ewentualnie że to sam Gang go zmusił do odejścia. A więc nie wiemy nic poza tą kupą idiotyzmów, których słuchać nie powinniśmy, ale nie możemy się powstrzmać, by wciąż nastawiać ucha.

       Ale nie wiemy jeszcze czegoś. Otóż nie jesteśmy nawet zbliżyć się do prawdy na temat relacji między papieżem Franciszkiem, a Benedyktem, nie mamy najmniejszego pojęcia, jak Benedykt widział to co się dzieje w Kościele i wokół niego samego, i nigdy się nie dowiemy, dlaczego uroczystości pogrzebowe Benedykta wyglądały tak a nie inaczej, a tym bardziej czy za ową oprawą stało coś więcej niż jego osobiste życzenie, czy może osobiste życzenie Franciszka, a skoro tak, to jakie on miał podstawy do takiej a nie innej ocenny sytuacji. Jedyne co możemy moim zdaniem zrobić, to siedzieć cicho i się nie wtrącać w to co w ogóle nie należy do nas. Tymczasem zamiast tego, część z nas doznała niewyobrażalnego wręcz ożywienia i toczy dyskusje, których jedynym, jak rozumiem celem, jest podważanie autorytetu jedynego papieża jakiego ma Kościół, a więc Franciszka, i żadnemu z tych nieszczęśników nie przyjdzie do głowy, że jeśli oni dopną swego, to jedyne co im pozostanie to już tylko zwrócić się o ratunek do Lutra.

       Skąd ta w moim odczuciu kompletnie obłąkana niechęć do Franciszka, nie mam pojęcia. I nie chodzi mi o to, że dla mnie akurat, czym dłużej go słucham i obserwuję, on tym bardziej jest dla mnie jak Jezus. Czym dłużej go mam przed oczyma, tym bardziej jestem pewien, że gdyby zamiast niego stał Jezus, to mówiłby to samo i – uwaga, uwaga – prowokowałby dokładnie te same pretensje. Weźmy choćby kwestię stosunku Franciszka do tego co się dzieje dziś na Ukrainie i reakcji świata na ową wojnę. Pisałem w jednym z ostatnich tu tekstów o moim zadziwieniu tym jak to wspomniany świat, praktycznie z dnia na dzień, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, najzwyczajniej świecie, nie dość że się zainteresował Ukrainą, to jeszcze na jej punkcie autentycznie oszalał. Z dnia na dzień. Oglądałem niedawno na youtubie wielki koncert zespołu Okean Elzy z roku 2018 na stadionie w Kijowie, gdzie 70-tysięczny tłum zgotował światu zupełnie bezprecedensowe widowisko pod hasłami „Wolność dla Ukrainy”, „Precz z rosyjską okupacją”, czy wreszcie oczywiście słynnym dziś już na całym świecie „Gierojom sława”. Widzę ten niebiesko-żółty tłum, to morze patriotycznego uniesienia, pochłaniam wszystkimi zmysłami muzyczne widowisko, ktore bije na głowę największe koncerty największych gwiazd światowego rocka i bardzo bym chciał wiedzieć, jak to się działo, że ledwie cztery lata temu ci z nas, którzy dziś tak naciskają na Franciszka, żeby potępił tak jak my Rosję za jej agresję i tak jak my wsparł naszych braci Ukraińców, nawet jeśli słyszeli (a może właszcza ci, co słyszeli) o tym, że wschodnia Ukraina znajduje sie pod brutalną rosyjską okupacją, byli zajęci swoimi sprawami, a ukraińskie losy mieli głęboko w nosie. No i jak to się dzieje, że oni dziś prezentują tak wielkie moralne wzburzenie postawą Franciszka.

        Napisałem, że w ostatnich miesiącach, im dłużej obserwuję Franciszka, tym bardziej go kocham i tym częściej myślę sobie, że on jest jak Jezus. Jednocześnie jednak nie mogę nie zauważyć, że i tak już powszechna do niego niechęć rozszerza się coraz bardziej, i to do tego stopnia, że zwłaszcza od czasu gdy na Ukrainie toczy się wojna, jego nienawidzą już nie tylko ultra-konserwatywni katolicy, oskarżając go o chodzenie na pasku nowej liberalnej demokracji, czy wręcz najbardziej zboczonego lewactwa, ale sami przedstawiciele jednych i drugich, tym razem ruszając z pretensjami o faktyczne wspieranie moskiewskiej cerkwi przeciwko wolnej Ukrainie. Proszę zwrócić uwagę, co na temat Franciszka mówi dziś owo lewactwo, oblepione ni stąd ni z owąd od góry do dołu narodowymi barwami Ukrainy oraz karykaturami Putina z hitlerowskim ząbkiem. Jakiej ono dostaje cholery, gdy po raz kolejny Franciszek nie zechciał wysłuchac ich apeli i  nadal pozostaje wciąż tak oburzająco niejednoznaczny.

        A ja się zastanawiam, jak by na owe żądania zareagował Jezus, gdyby w dzisiejszej sytuacji oni wszyscy zgłosiliby się do Niego właśnie i z błyskiem w oku zapytali: „Co powiesz, Nauczycielu, na to co Putin wyprawia Ukrainą? Co powiesz, Nauczycielu, Cyrylowi, który ową wojnę wspiera moralnie? Czy wezwiesz wreszcie Putina, by sie opamiętał?” Otóż ja nie przypominam sobie jednego przypadku, by na tego typu prośby Jezus zareagował z jednoznacznością taką jakiej zwłaszcza uczeni Żydzi od niego oczekiwali. Owszem, o ile dobrze pamiętam, Jezus bardzo chętnie i prezyzyjnie udzielał odpowiedzi na pytania typu: „Co mam czynić?” „Jak mam żyć?” „Jak mogę uzyskać zbawienie?”, natomiast nigdy nie dał się wciągnąć w oczywiste prowokacje, czy choćby czyjeś choćby najbardziej uczciwe interesy. Tymczasem, jak widzę, ci tutaj stają przed Franciszkiem i krzyczą: „Czy powiesz coś wreszcie na temat tej zbrodni?”, a kiedy on ze smutkiem spuszcza głowę i mówi: „Trwa trzecia wojna światowa zglobalizowanego świata, więc módlcie się o pokój, żyjcie Ewangelią, proście Boga o miłosierdzie dla nas wszystkich?”, ci wszyscy wrażliwcy jak jasna cholera zaczynają tupać nogami i wrzeszczeć: „A co z Putinem? Pójdzie do piekła?”.

        Pochowaliśmy papieża Benedykta XVI, a ja się obawiam, że owo żądanie „Santo subito!”, jakie poznaliśmy po śmierci Jana Pawła II, nie było nawet w połowie tak głośne, jak to które będziemy słyszeć dziś, no i tym razem ono głównie będzie pochodziło z gardeł tych co na swoich tęczowych sztandarach mają starannie wykaligrafowane gwiazdki w liczbie osiem.



     

piątek, 23 grudnia 2022

Gdy popularna kultura wzięła Rosję za twarz

       Oglądałem wczoraj w nocy najpierw przyjazd, a następnie wystąpienie prezydenta Zełeńskiego do Waszyngtonu i, jak pewnie wielu z nas, byłem pod wrażeniem, które mnie nie opuszcza od samego początku roysjskiej napaści na Ukrainę, że, owszem, tu dzieje się historia, tyle że ta akurat historia jest bardziej wyjątkowa, niż wszystko co miałem okazję obserwować przez całe moje dorosłe życie. Oglądałem pojawienie się Zełeńskiego na Kapitolu, następnie jego wejście do tej wyjątkowej sali, słuchałem jego przemówienia, przyglądałem się wpatrującym się w niego jak w święty obrazek amerykańskim senatorom i kongresmenom, no a potem brał mnie już tylko czysty śmiech, kiedy praktycznie po każdym jego zdaniu oni wszyscy wstawali i nie przestawali klaskać, a w pewnym momencie autentycznie się wystraszyłem, że ta stara wariatka Nancy Pelosi spadnie ze swojej trybunki, kiedy się zbyt niebezpiecznie wychyli by Zełeńskiego pocałować. Patrzyłem na to wszysko i nie opuszczała mnie wciąż ta sama myśl, że choć wydaje mi się, że ja to świetnie rozumiem, to jednak jest w tym coś takiego, co sprawia, że tak naprawdę o tym co się naprawdę dzieje nie mam bladego pojęcia.

        I oto już rano, gdy opowiedziałem córce o tym co to się w nocy działo, ona mnie zapytała, czy ja sądzę, że świat by dostał takiej samej histerii, gdyby Putin zaatakował nie Ukrainę, lecz Polskę. Czy gdyby Rosjanie miasto po mieście, dzielnicę po dzielnicy, dom po domu zrównywali z ziemią nie na Ukrainę, ale w naszej Polsce, gdyby oni mordowali Bogu ducha winnych Polaków, wywozili nie ukraińskie, ale nasze dzieci w głąb Rosji, gdyby to my, a nie oni musieliśmy się tułać po świecie, by żyć. Czy wtedy również cały świat wznosiłby w niebo biało-czerwoną flagę, a Nancy Pelosi nie marzyłaby o niczym innym jak o tym, by rzucić się na prezydenta Dudę i go ucałować.

        Ktoś powie, że odpowiedź jest prosta. Sytuacja by się w żaden sposób nie powtórzyła, przede wszystkim dlatego, że Duda to kretyn, a nie wybitny mąż stanu, poza tym połowa społeczeństwa to nie bohaterowie jak Ukraińcy, ale tępa, nie płacąca podatków, zapijaczona hołota, słuchająca Zenka Martyniuka i dająca schronienie księżom pedofilom, a ja do tego dodam od siebie, że świat by na wieść o rosyjskiej agresji na Polskę ani by nie mrugnął, bo najbardziej wpływowi polscy politycy, związane z nimi wpływowe media, oraz wspierający jednych i drugich wpływowi artyści, pisarze, profesorowie uniwersytetów, oraz panoszący się wokół celebryci stanęliby na głowie, by świat od Polski się odwrócił; no i oczywiście rząd Zjednoczonej Prawicy zostałby natychmiast skutecznie odwołany, Putin by tu natychmiast powołał zarząd tymczasowy, a Donald Tusk z przyległościami natychmiast zaczęliby z Rosjanami robić interesy.

       Ktoś mi powie, żebym już może przestał żartować, bo sprawa jest jak najbardziej poważna, a ja, choć wcale nie wydaje mi się, bym żartował bardziej niż zwykle, już się robię jak najbardziej poważny. Otóż po solidnym przemyśleniu pytania mojego dziecka, muszę bardzo poważnie odpowiedzieć, że gdyby Rosja w lutym mijającego roku napadła nie na Ukrainę, lecz na Polskę, to świat by zareagował dokładnie tak samo jak zareagował w stosunku do agresji przeciwko Ukrainie, a to dlatego mianowicie, że w moim najgłębszym przekonaniu tu wcale nie chodzi o Ukrainę czy Polskę, ale o Rosję i o diabli wiedzą gdzie przygotowany plan zniszczenia owej Rosji jako państwa o jakimkolwiek międzynarodowym znaczeniu. Nie wiem oczywiście, czy rosyjska agresja na Ukrainę była częścią tego planu, ale nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Ktoś Tam Jeszcze znależli sposób by się w ową agresję wręcz znakomicie wstrzelić i teraz szansy, jaką ona postawiła przed cywilizowanym światem, już z rąk nie wypuścić. Dlaczego tak uważam? Przede wszystkim, widząc co się dzieje i jak się sprawa rozwija, nie umiem sobie wyobrazić, w jaki sposób, niezależnie od tego, czy Ukraina wygra tę wojnę, czy przegra, czy Putin zostanie zamordowany, czy może  w wyniku procesu w Hadze posadzony, czy zwyczajnie umrze, i niezależnie od tego kto zajmie jego miejsce, Rosja – a zwłaszcza może sami Rosjanie – już na zawsze będą w powszechnej świadomości funkcjonować, jako parias tego świata. Wystarczy też spojrzeć na zachowanie wobec nowej sytuacji Niemiec i Francji. Oni robią wrażenie, szczególnie dziś, już po wizycie Zełeńskiego w Waszyngtonie, jakby kompletnie oszaleli ze strachu i już tylko jak osaczone zwierzę walczą o życie. A oni lepiej ode mnie muszą wiedzieć jaki los zgotowała sobie Rosja przez te wszystkie wieki, a już zwłaszcza przez minione stulecie. Ale jest jeszcze coś, być może nawet ważniejszego, a mianowicie stary, nigdy nie zmordowany pop.  Otóż sposób w jaki kultura poppularna, w ciągu zaledwie  paru dni po wybuchu wojny, została postawiona na nogi, dowodzi, że tu musiało dojść do społecznej manipulacji nie dającej się porównać z niczym co miało miejsce wcześniej w całej naszej historii. A skoro tak, to ja nie wyobrażam sobie, by przedsięwzięcie o takiej sile zostało przygotowane z dnia na dzień.

        Popatrzmy na Polskę. Spróbujmy sobie policzyć, ile czasu potrzebowała czarna propaganda tak zwanej liberalnej demokracji, by doprowadzić do tego, by na dźwięk nazwiska Kaczyński pół Polski zrywało się na równe nogi i zaczynało wrzeszczeć: „Jebać PiS”. Przecież, jeśłi za początek tej fali przyjąć rok 2005, to w grę wchodzą lata. Dziś wszyscy ci, którzy przedstawiają się światu wznosząc w niebo unijne i tęczowe flagi, a na ramionach tatuując sobie albo czerwone błyskawice albo osiem gwiazdek, albo jedno i drugie, dosłownie z dnia na dzień zaczęli wywieszac flagi Ukrainy. Z dnia na dzień. Od pierwszego dnia wojny. Bo co? Bo tak się nagle przejęli? Tak nagle zrozumieli, że Rosja to zło? Nie żartujmy.  Wczoraj na Twitterze, w reakcji na wiadomość, że Jarosław Kaczyński jest w szpitalu, któryś z nich wrzucił czarno-białe zdjęcie Prezesa z podpisem: „Test”. Komentarze pod tym zdjęciem, niemal wszystkie ograniczające się do życzenia Kaczyńskiemu śmierci, idą w setki, a większość z nich jest autorstwa osób, które w swoim opisie jak najbardziej mają niebiesko-żółtą flagę Ukrainy. Mówię o ludziach, którzy na jednym oddechu modlą się o śmierć Putina i Kaczyńskiego, by już chwilę później wołać: „Sława Ukrainie, gierojom sława!”. Oni tak sami z siebie? Chciałbym to widzieć.

        A zatem jest dla mnie czymś oczywistym, że oni zostali w sposób absolutnie bezwzględny zmanipulowani. Oni i nie tylko oni. Politycy na całym świecie, artyści, profesorowie uniwersytetów, pisarze, piosenkarze, dziennikarze i wielu, bardzo wielu zwykłych ludzi nawet się nie zorientowali, jak nagle pokochali Ukrainę i Ukraińców i znienawidzili Rosję. Oglądałem wczoraj w nocy transmisję z wystąpienia prezydenta Ukrainy – dziś prawdopodobnie najważniejszego obok prezydenta Stanów Zjednoczonych światowego przywódcy – patrzyłem na wciąż powracającą twarz kongresmenki Rosy DeLauro, jak ona w pewnym momencie cała swoją postawą już niemal błaga o to, by mogła umrzeć na Ukrainie, i wiedziałem, że jest już po Rosji, a w naszym interesie jest już tylko to, by nie oddać władzy tym niemieckim zdrajcom, bo byłoby bardzo źle, gdyby obok Rosji, Niemiec i Francji, na śmietniku historii wylądowała też Polska.

         A ja jeszcze mam jedną uwagę, już do samego prezydenta Zełeńskiego. Jak już wspomniałęm, on dziś jest być może pierwszym przywódcą wolnego świata i wszystko wskazuje na to, że jego pozycja może już tylko rosnąć. Mam nadzieję, że on dobrze wie, że tylko część z tego  znaczna bo znaczna, ale jednak tylko część – to zasługa jego i jego narodu. Mam nadzieję, że on pamięta, że wystarczy chwila, a o każe się, że to wszystko był tylko sen. Mam nadzieję, że tego nie spieprzy, bo jest naprawdę dobry.



czwartek, 25 sierpnia 2022

Jeszczcze raz o biednym i niewinnym śp. Sebastianie Karpiniuku

 

      Wśród paru zdarzeń, które zdominowały wczoraj rynek mediów, może nie najbardziej istotnym było to związane z wypowiedzią papieża Franciszka – kolejną już – na temat wojny. Nie wojny na Ukrainie, nie wojny w Afryce, wreszcie nie wojny na Dalekim Wschodzie, ale wojny jako takiej. A to co w owej wypowiedzi zwróciło naszą szczególną uwagę było to:

I myślę o dzieciach, tyle ich zmarło. O wielu uchodźcach; tu jest ich wielu. Jest tylu rannych. Tyle dzieci ukraińskich i rosyjskich stało się sierotami. Bycie sierotą nie ma narodowości. Straciły ojca albo matkę, i rosyjskie, i ukraińskie dzieci. Myślę o wielkim okrucieństwie, o tylu niewinnych, którzy płacą za szaleństwo, szaleństwo wszystkich stron, bo wojna jest szaleństwem i nikt nie może powiedzieć: ‘nie, ja nie jestem szaleńcem’. Szaleństwo wojny. Myślę o tej biednej dziewczynie, wysadzonej w powietrze z powodu bomby pod siedzeniem samochodu w Moskwie. Niewinni płacą za wojnę, niewinniPomyślmy o tej rzeczywistości. I powiedzmy jeszcze raz: wojna jest szaleństwem. A ci, którzy zarabiają na wojnie, na handlu bronią, to przestępcy; oni mordują ludzkość”.

        A więc to ten fragment wystąpienia Papieża zwrócił uwagę mediów, natomiast to co wręcz wstrząsnęło opinią publiczną, to to jedno zdanie na temat śmierci córki Dugina, tej „biednej dziewczyny wysadzonej w powietrze”.

        Gdy chodzi o mnie, to w pierwszej chwili chciałem napisać solidną polemikę z kolejną z wielu prób szczucia na papieża Franciszka, jednak pomyślałem sobiem, że mam lepszy sposób pokazania, jak owa rozerwana na strzępy „dziewczyna” mogła nagle w sercu Papieża stać się „biedną”, a może i nawet „niewinną” ofiarą Zła z poza tego świata. I w ten sposób postanowiłem przypomnieć tekst, który opublikowałem tu w przedzień pierwszej rocznicy Katastrofy Smoleńskiej i śmierci człowieka, który dla mnie w sposób zupełnie oczywisty, był jednym z tych którzy do tej katastrofy doprowadzili. Bardzo proszę.

 

 

 

      Film Stankiewicz i Pospieszalskiego ‘Lista pasażerów’ robi oczywiste wrażenie sam w sobie, niemniej jednak jest w nim coś, co mnie osobiście bardzo wzruszyło jeszcze zanim miałem okazję włożyć dysk do odtwarzacza. Mam na myśli okładkę, a raczej jej niemal centralny element. Otóż okładka owa skomponowana jest ze zdjęć osób, które zginęły w smoleńskim nieszczęściu, a niemal w środku znajduje się zdjęcie Sebastiana Karpiniuka. To co w tym zdjęciu jest dla mnie tak bardzo uderzające i przejmujące, to fakt, że widzę na nim twarz człowieka miłego, sympatycznego i autentycznie radosnego, w sposób wręcz doskonały. Sama ta twarz, ale i – co często jest znacznie ważniejsze – jego usta i oczy są tak pełne radości i prawdziwego uroku, że ta śmierć staje się jeszcze bardziej bolesna.

      Patrzę na to zdjęcie Sebastiana Karpiniuka, człowieka którego za życia tak bardzo nie lubiłem, człowieka, który budził we mnie absolutnie najgorsze instynkty, kogoś kto swoim zachowaniem i słowami jakie wypowiadał, sprawiał, że stawałem się nie kimś lepszym, lecz wręcz przeciwnie – człowiekiem znacznie gorszym i podlejszym, i myślę sobie dziś, że musiałem się jednak co do niego fatalnie mylić. Bo to jest zwyczajnie niemożliwe, żeby ktoś o oczach tak jasnych i uśmiechu tak promiennym, był choćby w połowie tak zły, jak mi się wówczas wydawało. I zastanawiam się, co się zmieniło? Co tak dramatycznie odmieniło ten obraz? Czy to możliwe, że przyczyną jest tylko ta męczeńska przecież śmierć? Że to ona nadała, tej samej przecież co zawsze twarzy, jakąś aurę świętości, czy choćby tylko czystości? Czy może tam jest coś jeszcze? A może za tym stoi poczucie, że biedny Sebastian Karpiniuk został tak fatalnie zapomniany przez tych, którym z taką szczerością był przez całe lata tak bardzo wierny. Świadomość, że ci, którym poświęcił wszystkie swoje emocje i swoją wiarę, dziś już tylko się modlą o to, żeby tę pamięć jasny szlag trafił. Że już dość tego. Że koniec z tym wszystkim. Do roboty!

      Nie umiem odpowiedzieć sobie na to pytanie, dlaczego kiedy dziś patrzę na to czarno-białe zdjęcie Sebastiana Karpiniuka, widzę człowieka, którego można już tylko lubić. Ale tak to własnie jest. Tak to się właśnie dzieje, że widzę te roześmiane oczy i jest mi tak okropnie przykro, że on już nie żyje i że to jego życie skończyło się w tak strasznych okolicznościach. I jest mi oczywiście też bardzo przykro z powodu wszystkiego tego, co kiedyś o nim myślałem, mówiłem i pisałem.

      Ale jest jeszcze coś. Otóż myślę sobie, ze to jest coś absolutnie niezwykłego, a przy okazji prawdziwie upiornego, do czego doprowadził ten plan, którego jedynym celem było narazić Polskę na taką nienawiść, żeby to właśnie jedynie ta nienawiść decydowała o naszej teraźniejszości, a co najważniejsze – przyszłości. Dziś już – co przyznają sami autorzy i przy okazji piewcy tego czarnego sposobu na zdobycie i utrzymanie władzy – tego się nie da dalej ciągnąć. Czy to dlatego, że Polacy zauważyli ten fałsz, czy może dlatego, że intensywności tego zła nie wytrzymała już sama natura? Trudno powiedzieć. Inna sprawa, że ta nienawiść swoje żniwo zebrała jak najbardziej. Również w ten sposób, że, być może nawet wielokrotnie, autentyczne dobro i pogodę życia, zmieniła w czarny gniew o zaciśniętych pięściach i szyderczym uśmiechu. Ta nienawiść zrobiła z nas zwierzęta. I pomyśleć tylko, że poszło o coś tak mikroskopijnego jak władza. Myślę, że ci, którzy skalkulowali sobie, ze tak właśnie będzie dobrze, powinni się dziś bardzo wstydzić. Choćby patrząc na zdjęcie Sebastiana Karpiniuka na okładce tego filmu.

       Wiem jednak przy tym, że na jakikolwiek wstyd liczyć dziś nie można. Właśnie dlatego, że to zło, ta nienawiść, może polec tylko w obliczu najbardziej bezpośredniej śmierci. Tylko ta właśnie śmierć potrafi ją pokonać. Ale żeby tak się stało, tę śmierć trzeba umieć dojrzeć i chcieć ją odpowiednio przeżyć. Trzeba umieć docenić jej okrutną moc. Bez tego, pozostaje nam się tylko dalej męczyć z naszym obłąkaniem.

      Dziś miałem okazję obejrzeć w telewizji fragmenty uroczystości odsłonięcia tablicy pamiątkowej Lecha Kaczyńskiego, twórcy Muzeum Powstania Warszawskiego. Było bardzo podniośle i refleksyjnie. Przyszło wielu ważnych gości, byli posłowie, był ksiądz biskup, był prezes Jarosław Kaczyński, była też prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz. Pani prezydent wygłosiła – niech nawet będzie, że ładne – przemówienie, w którym uczciwie oddała Lechowi Kaczyńskiemu, co mu się w tej sytuacji należało. I wreszcie przyszedł moment, kiedy ksiądz biskup powiedział kilka odpowiednich do okazji słów, a następnie poświęcił tablicę, oblewając ją wodą święconą. Kropił więc Biskup tablicę, osoby obecne na uroczystości, robiły jak należy znak krzyża, a kamera – nie wiedzieć jak i skąd - pokazała w tym momencie Hannę Gronkiewicz-Waltz, zajętą rozmową z kobietą, która jej towarzyszyła… jak ziewa. Zwyczajnie ziewa.

      Często się zastanawiamy – również tu, na tym blogu – nad tym, co się z nami stało. I jak się to stało, że daliśmy się tak fatalnie sprowadzić na aż tak parszywą ścieżkę. Czasem jest nam z tymi naszymi myślami lżej, czasem ciężej. Ale wciąż się od nowa zastanawiamy nad niebywałą skutecznością tego zła. Myślę, że dobrze jest w takich chwilach spojrzeć na zdjęcie zmarłego w Smoleńsku Sebastiana Karpiniuka. Choćby po to, by się jeszcze bardziej nie stoczyć.

 


niedziela, 26 czerwca 2022

Kogo się boi Jan Maria Rokita?

 

      Praktycznie od początku wojny na Ukrainie staram się, co wydaje się dość oczywiste, śledzić sposób w jaki przebieg zdarzeń oraz roztaczające się perspektywy komentują tzw. eksperci, w tym ci związanie ze służbami wywiadowczymi to tu to tam. Jednocześnie jednak, co też jak sądzę jest zrozumiałe, w stosunku do tych doniesień pozostaję z każdym dniem coraz bardziej zdystansowany. Czemu tak? Otóż odnoszę wrażenie, że mimo iż, owszem, z owych analiz można się czegoś dowiedzieć, to one często są tak niekonsekwentne i wzajemnie sprzeczne, że nie ma większego sensu wyciągać z nich poważniejszych wniosków. Oto dowiaduję się że służby wywiadowcze Stanów Zjednoczonych poinformowały, że Rosja rzuciła na front ostatnie już swoje siły i prawdopodobnie w ciągu najbliższych tygodni nastąpi ukraińska kontrofensywa, która bieg wojny kompletnie odmieni. Chwilę później okazuje się, że brytyjskie służby poinformowały, że Władimir Putin jest umierający w szpitalu i prawdopodobnie w najbliższym czasie na Kremlu nastąpi kluczowa dla przyszłości Europy zmiana. W następnej już chwili jednak okazuje się, że wedle analiz niemieckiego wywiadu, wojna może potrwać jeszcze wiele lat i będzie to wojna na wyniszczenie. I oto nagle inny ośrodek informuje, że Rosja jest gotowa przeprowadzić atak nuklearny na kraje wschodniej Europy i w tej sytuacji może dojść do III Wojny Światowej. A za wszystkimi tymi informacjami niezmiennie stoją jak najbardziej poważne wywiady jak najbardziej poważnych państw.  

      Jak mówię więc, od dawna już z docierających do mnie tego typu informacji staram się nie wyciągać radykalnych wniosków i jeśli mam być szczery, to równie dużym, czy może bardziej małym, zaufaniem darzę komentarze zwykłych telewizyjnych ekspertów w osobie takich czy innych choćby i  generałów, tu w Polsce, czy tam w stacji BBC, czy CNN – zwłaszcza gdy nie wiem, w jakim stopniu oni wszyscy mówią to co im leży na sercu, a w jakim to, co uzyskali mniej lub bardziej bezpośrednio od służb kremlowskich. I oto, proszę sobie wyobrazić, w tym całym informacyjnym chaosie odezwał się nie kto inny jak Jan Maria Rokita, czołowy polityczny komentator tygodnika „Sieci”. Pisałem niedawno o Rokicie w tonie jednoznacznie szyderczym, a to po tym jak ten, w odstępie zaledwie trzech tygodni, przedstawił zupełnie na poważnie dwie całkowicie sprzeczne ze sobą analizy, dotyczące perspektyw jakie w obliczu rosyjskiej agresji stoją przed Ukrainą. Tuż po wizycie prezydenta Bidena w Polsce, w dramatycznie pesymistycznym tonie, przedstawił Rokita opinię, że Ukraina przez Amerykę i Zachód została pozostawiona sama sobie, a wszystko co ewentualnie możemy obserwować to działania czysto pozorowane, o czym zresztą najlepiej świadczyła ponura mina prezydenta Dudy w wywiadzie dla TVN24, już po odjeździe Bidena. Nie minął miesiąc, jak Rokita zmienił swoje oceny o 180 stopni, z najwyższym entuzjazmem ogłaszając, że oto Ameryka nie dość że zaangażowała się po stronie Ukrainy, to jeszcze owo zaangażowanie robi wrażenie długofalowej strategii, której celem jest doprowadzenie do zniszczenia Rosji jaką znamy i przedefiniowanie układu sił w Europie i na świecie. Wyszydziłem więc odpowiednio Rokitę i jego analityczne talenty i tak naprawdę jedyne pytanie jakie mi na koniec zostało, to to, ile Karnowscy mu za idiotyzmy które on wypisuje płacą.

     I oto dziś, jak wspomniałem, Rokita zabrał głos ponownie, a ja już mam pytanie dodatkowe: czy to faktycznie ci dwaj mu płacą, czy może ktoś inny? W czym rzecz? Otóż stało się tak, że w najnowszym numerze tygodnika „Sieci” Rokita przedstawił trzystronicowy tekst zatytułowany „Na co liczy Zełenski?”, w którym jednoznacznie zasugerował, że do końca tego nie wiadomo, pomijając jedną rzecz oczywistą: na pewno nie na zwycięstwo Ukrainy, która w sposób oczywisty skazana jest na porażkę. Skąd Rokita ma tę informację? Czyżby tak mu wyszło z jego pracowitych przemyśleń? Ależ skąd. Przeczytał mianowicie Rokita w angielskim „The Independent” rzekomy raport brytyjskiego wywiadu i ruszył w te słowa:

Jeśli kto jeszcze żywił jakieś złudzenia, to po wyciekłym (raczej celowo) raporcie brytyjskiego wywiadu powinien je porzucić. [...] Jego sens można streścić w pięciu punktach. Po pierwsze – od jakiegoś czasu na Ukrainie mamy do czynienia z ‘absolutną nierównowagą na polu bitwy i całkowitą dominacją wrogich samolotów w powietrzu’.  Po drugie – armii ukraińskiej skończyły się własne ciężkie pociski artyleryjskie, więc siła rażenia jej artylerii sięga 25 km, rosyjskiej zaś – 300 km. Ta przewaga rodzi skutki ‘katastrofalne’, wedle słów jednego z dowódców ukraińskich w Donbasie. Po trzecie – żołnierzy ukraińskich w niewoli rosyjskiej jest ok. 5,6 tys., a Moskali [to jest jedyna nomenklatura, jakiej Rokita, prawdopodobnie dla swoistego uwiarygodnienia się używa w stosunku do Rosjan] w niewoli ukraińskiej – 550. Jeśli się to wie, to się też łatwo rozumie, dlaczego praktycznie ustała wymiana jeńców w proporcjach 1:1, na co chętnie godzi się Moskwa, ale nie Kijów. Po czwarte – ‘poważnie demoralizujący wpływ’ na kondycję armii ukraińskiej wywiera rosnąca fala dezercji. Ten fakt z kolei współgra ze świeżo podanymi danymi polskiej Straży Granicznej, wedle których w Polsce schroniło się pół miliona Ukraińców w wieku poborowym. Wreszcie po piąte, jak formułuje to wywiad brytyjski – ‘oczywiste jest, że dotychczasowa wojna konwencjonalna nie może być przez Ukrainę wygrana’”.

       I to jest niemal wszystko z czym do nas dziś przyszedł Rokita. Cała reszta, a więc, jak mówię, bite trzy strony, to powtarzanie tego co powyżej własnymi słowami, ze szczególnym uwzględnieniem informacji podstawowej, że dalsza obrona Ukrainy nie ma najmniejszego sensu. Dwie jednak kwestie Rokita dodaje od siebie, a chodzi tu o dwa pytania, na które sam sobie zresztą udziela odpowiedzi. Pierwsze z nich, to to, czemu, skoro wojna już dziś jest przegrana, świat nadal wspiera Ukrainę i odpowiedź, że on to robi dlatego, by wojna trwała jak najdłużej, przez co być może uda się gospodarczo, politycznie i militarnie osłabić Rosję. Drugie pytanie, zawarte w tytule tego czegoś, czyli na co liczy Zełenski, broniąc przegranej sprawy. I tu proszę się łapać powietrza – otóż Zełeński, nawet gdyby chciał oddać Rosji to czego ona sobie życzy i ogłosić porażkę, to nie może, i tu cytat:

Mimo to jest całkiem prawdopodobne, iż Zełenski, sam z siebie może być skłonny do porozumienia się z Rosją, jest jednak zakładnikiem  głębokiego narodowego patriotyzmu Ukraińców i naturalnej nienawiści do Moskali, która musiały obudzić znane rosyjskie okrucieństwa. Jeśli tak jest, to Zełenski faktycznie nie podpisze żadnej zgody na częściowy rozbiór Ukrainy, świadom że w takiej sytuacji zostanie odrzucony przez naród albo i zabity przez jakiegoś fundamentalistę narodowca”.

     A już tylko jestem ciekawy czy Państwo widzą to co widzę ja. Czy widzą Państwo, że to co nam dziś chce powiedzieć Jan Maria Rokita w tygodniku „Sieci” to przekaz nawet jeśli nie bezpośrednio inspirowany przez Kreml, to jest w nim zdecydowanie to wszystko, co dociera do nas z Kremla od początku wojny. Pisze Rokita, że on się opiera wyłącznie na tym co znalazła w „poważnej gazecie The Independent, pozbawionej skłonności do tabloidalnych sensacji”, niestety nie ma tam równie mocnego zapewnienia, że pozbawionej też skłonności do wsłuchiwania się w głos rosyjskiej agentury, która, o czym wie już dziś każde dziecko, jest wszędzie. No i nie ma tam jeszcze czegoś, co dla nas dziś może się okazać kwestią najważniejszą, a mianowicie odpowiedzi na pytanie, na co liczy Jan Maria Rokita, lub bardziej precyzyjnie, kim on tak naprawdę jest.



sobota, 18 czerwca 2022

O postawie wyprostowanej i na kolanach

 

      Od wizyty Scholza i Macrona na Ukrainie minęły dwa dni i to właściwie wystarczyło, by zainteresowany tym wydarzeniem świat zrozumiał dwie rzeczy. Pierwsza z nich to ta, że owe cztery godziny podczas których obaj panowie zawracali prezydentowi Żeleńskiemu głowę to kompletna strata czasu, bo każdy pozostający przy zdrowych zmysłach obserwator wydarzeń na rosyjsko-ukraińskim froncie świetnie wie, że Ukraina, nawet gdyby bardzo chciała, dziś już nie ma praktycznej możliwości poddać tej obrony i ustąpić Rosji choćby na centymetr. Dziś sytuacja jest taka, że dziejowa szansa przed jaką stoi państwo ukraińskie i ukraiński naród wręcz zmuszają ich do tego, by tę wojnę albo wygrać na całej linii od Lwowa po most oddzielający Krym od Rosji, albo zniknąć w mrokach historii. I jeszcze jedno: ta wojna nie zakończy się przed śmiercią Putina, dlatego też wszelkie z nim rozmowy są pozbawione jakiegokolwiek sensu. I wydaje się że to wszystko, równie dobrze jak my, wiedział też prezydent Żeleński jeszcze zanim tych dwóch kombinatorów otworzyło usta. Bardzo zresztą znaczące jest tu ujęcie, jakie zrobiło pewną karierę w mediach, gdzie Żeleński ściska się z Macronem, jednocześnie patrząc prosto w kamerę wzrokiem, jakim, będąc jeszcze dziećmi, patrzyliśmy gdy kazano nam pocałować jaką obcą krewną na dzień dobry. Przepraszam bardzo, ale gdybym musiał oglądać tego typu obrazek z prezydentem Dudą czy premierem Morawieckim w jednej z głównych ról, to bym się zapadł pod ziemię ze wstydu.



      Do nich zresztą jeszcze wrócimy, natomiast teraz chciałbym zwrócić uwagę na drugą rzecz, jakiej dziś, po tych dwóch dniach, jesteśmy świadomi. Otóż zarówno premier Włoch, którego nazwiska – jak to ma miejsce we włoskiej politycznej tradycji – nikt na świecie nie zna, a tym bardziej prezydent Rumunii pełnili w owej rzekomo historycznej wyprawie rolę tak zwanego kwiatka do kożucha. Powiedzmy, że jeszcze dla zachowania jakichś tam pozorów, mających kogo się da zapewnić, że ta wizyta to w żaden sposób nie jest wspólny projekt Francji, Niemiec i Rosji, ale część planu ściśle europejskiego, wpuszczono do tego wagonika w Rzeszowie włoskiego premiera, natomiast sposób w jaki został przez świat polityki oraz światowe media potraktowany biedny prezydent Rumunii mówi nam bardzo wiele o tym, jak ważną rzeczą w tym strasznym towarzystwie jest utrzymywanie postawy niezmiennie wyprostowanej.

     I tu przejdę już do naszych polskich spraw. Jak wiemy, nie czekając nawet na wynik owych rozmów, media oraz politycy związani z totalną opozycją ruszyli z falą szyderstw, że oto wszystkie grzechy pisowskiej władzy jednocześnie eksplodowały, kiedy się okazało, że dziś nikt Polski jako adwokata Ukrainy, ale też członka europejskiej wspólnoty, nie potrzebuje. Gdy po raz pierwszy od lutego Europa jako siła moralna postanowiła wysłać potężny wspólny i jakże historyczny sygnał w kwestii rosyjskiej agresji na Ukrainę, okazało się że nawet taka Rumunia jest bardziej od Polski szanowana na europejskich salonach. I ja, ani pewnie nikt inny z nas, nie wie i wiedzieć już nie będzie, czy to Macron z Scholzem postanowili nie zabierać ze sobą do Kijowa prezydenta Dudy, lub premiera Morawieckiego, czy to Polska już na samym początku dała tym cwaniakom do zrozumienia, że nie ma mowy o tym, by faktyczny lider światowego oporu przeciwko rosyjskiej agresji na Ukrainie, miał brać udział w tym żałosnym cyrku. Biorąc pod uwagę to, jak oni wszyscy tam dziś nienawidzą Polski i polskiego rządu, domyślam się że im jednak musiało bardzo zależeć, żeby wpuścić nas na tę minę i gdyby tylko Jarosław Kaczyński był tak głupi jak niektórym z nich się wydaje, kto wie, jak byśmy się dziś czuli. No ale załóżmy, że to oni są jednak tak głupi, że – jak ten dyrektor szkoły, który „za karę” nie wysyła nielubianego przez siebie nauczyciela na szkolną wycieczkę – postanowili Polskę w ten sposób ukarać. Nie zmienia to jednak faktu, że Polska, umywając od tego nędznego przekrętu ręce, zachowała twarz i wspomnianą już wcześniej, tak bardzo ważną, postawę wyprostowaną.

      Wczoraj, w utrzymywanej do samego końca ścisłej tajemnicy, z wizytą do Kijowa przybył premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson. Nie wiemy o tej wizycie nic poza tym, że ona się odbyła. Nie wiemy, o której godzinie Johnson się tam pojawił, w jaki sposób tam dotarł, jak długo wreszcie i o czym z prezydentem Żeleńskim rozmawiali. Ja bym się natomiast nie zdziwił, gdyby się okazało, że pewną rolę w tym wydarzeniu odegrały dwa wojskowe helikoptery, jakie nad Rewalem wypatrzył pewien związany z Platformą Obywatelską hotelarz i uznał za stosowne o swoim odkryciu poinformować Kreml. Gdybym miał rację, to wszystko mam już do końca sklejone.

środa, 8 czerwca 2022

Dlaczego Minister Sportu Rosji jest najbliższym przyjacielem Władimira Putina

 

         Zbliża się doroczny turniej w Wimbledonie i nawet jeśli ktoś nie interesuje się tenisem, to wie że to właśnie tam w Londynie brytyjski rząd, a za nim dyrekcja turnieju, zdecydowały że w tym roku w turnieju nie wystąpią tenisiści z Rosji i Białorusi,  przez co światowe władze tenisa ogłosiły że skoro ktoś zechce wystąpić w turnieju pod nieobecność rosyjskich i białoruskich tenisistów, to droga wolna, ale niech nie liczy na jakiekolwiek punkty. Jeśli spytać o zdanie samych tenisistów, to tu jest podobnie: z wyjątkiem dosłownie kilku, głównie zawodników z Ukrainy i naszej Igi Świątek, wszyscy albo zachowali milczenie, albo poparli decyzję władz i ogłosili w ten czy inny sposób, że nie można karać sportowców za decyzje rządów, bo sport stoi poza polityką i za nią w żaden sposób nie odpowiada.

       Wśród komentarzy w mediach natomiast co jakiś czas pojawia się argument, że dotychczas nigdy w historii sportu nie zdarzyło się by sportowcy byli w ten sposób karani; nigdy działania rządów nie były podstawą do tego, by uniemożliwiać Bogu ducha winnym sportowcom rywalizowanie w zawodach sportowych, a polityka i sport zawsze stały osobno. A ja oczywiście – w sumie ciekawe, że z tego co widzę, jak dotychczas, chyba tylko ja – doskonale pamiętam jak przez wiele długich lat biali sportowcy z Republiki Południowej Afryki nie mogli występować na jakichkolwiek zawodach poza krajem w którym się urodzili, co prowwadziło wręcz do tego, że wielu z nich –  często osób nadzwyczaj zdolnych – decydowało się na zmianę obywatelstwa i emigrację. No ale wygląda na to, że tu jestem jedyny, a reszta robi wrażenie jakby nie miała o niczym pojęcia. Ale mam też świadomość różnicy, jaka była między tamtymi pływakami, a sportowcami kiedyś sowieckimi, a dziś rosyjskimi. RPA to nie było imperium, oni nie mieli ambicji by podbijać świat i zaprowadzać tam swoje porządki, nie wysyłali wojsk do obcych krajów, by tam wyrzynać kobiety i dzieci. Krótko mówiąc, byli u siebie i tak jak żyli, żyli od setek lat, a ich sportowcy reprezentowali praktycznie tylko siebie i swoje umiejętności. A mimo to, z powodu państwowych ustaw uderzających w czarną większość, światowe federacje sportowe sportowców RPA z rywalizacji wykluczyły. Nie zabroniły im występowania pod flagą RPA, ale zwyczajnie wyrzuciły ich na dobre.

     Obejrzałem wczoraj na Netflixie dokument zatytułowany „Icarus” o tym jak to przed zimowymi igrzyskami w Soczi Putin przy pomocy KGB stworzył system dzięki któremu rosyjscy sportowcy przez cały okres trwania zawodów mogli bezkarnie stosować doping, co umożliwiło Rosji osiągnięcie pamiętnego sukcesu w igrzyskach. Wielu z nas pamięta ów rok 2014, głownie przez to że, z jednej strony, od tego to czasu rosyjscy sportowcy nie mogą występować w międzynarodowych zawodach pod rosyjską flagą, a literki RUS nie są wyświetlane na koszulkach i na tablicach, a z drugiej, że niemal natychmiast po owym wielkim sportowym sukcesie Rosja po raz pierwszy napadła na Ukrainę i dokonała aneksji jej wschodnich regionów. Główny bohater filmu „Icarus”, człowiek który przez wiele lat był dyrektorem laboraorium Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) w Moskwie, który w kluczowych latach kontrolował ów proces fałszowania wyników badań, i wreszcie ten który ostatecznie ujawnił cały ten proceder, w pewnym momencie filmu przynaje, że jedną z rzeczy, których nie może sobie darować to to, że to własnie on, swoim zaangażowaniem w ów straszny przekręt, pośrednio doprowadził do napaści Rosji na Ukrainę. Jego zdaniem, co przynaje bardzo jednoznacznie, gdyby nie ów sportowy sukces rosyjskich sportowców na igrzyskach w Soczi, Putin nie miałby wystarczającego społecznego poparcia dla militarnej agresji na Ukrainie. W filmie „Icarus” bardzo jasno jest pokazane, jak bardzo owe medale zdobyte przez Rosję w Soczi umocniły popularność Putina wśród Rosjan i jednocześnie wzmocniły jego władzę. Przyznam szczerze, że choć oczywiście, podobnie jak wielu z nas, wiedziałem bardzo dobrze jak wielkie znaczenie dla imperialnej polityki Rosji ma sport i jak wiele Kreml potrafi zrobić, by wygrywać dla Rosji wszystko co jest do wygrania, to chyba nigdy wcześniej nie zobaczyłem tak wyraźnie, w jaki sposób owe zwycięstwa realizują się w praktyce.

      Niedawno odezwał się słynny rosyjski łyżwiarz figurowy, jeden z niesławnych bohaterów igrzysk w Soczi, Jewgienij Pluszczenko i oficjalnie poparł Putina i napaść na Ukrainę. Wystąpił również zdecydowanie przeciwko stosowaniu sankcji wobec rosyjskich sportowców, argumentując, że spowodują one w Rosji spadek zainteresowania sportem. W kwietniu 2022 roku zorganizował rewię łyżwiarską w Tule, która miała być promocją rosyjskiego łyżwiarstwa, a okazała się pro-wojennym wydarzeniem ku wsparciu Putina i rosyjskiej armii.

      A ja się już tylko zastanawiam, jak to jest, że taki Pluszczenko wie, a niby mądrzejsi od niego nie wiedzą. Dziś na Ukrainie toczy się straszna wojna i mimo bohaterskiej obrony, losy kraju i narodu są bardzo niepewne. By zachować władzę, a jednocześnie podtrzymać przy życiu ów gnijący system, Putin musi zanotować jakiś sukces, który zostanie zauważony i doceniony przez Rosjan. Jeszcze parę miesięcy tego co szczęśłiwie dziś mamy, i bardzo możliwe że sami Rosjanie zaczną na jego widok rzygać. Tym bardziej, gdy została im odebrana ostatnia szansa, by poczuć dawną wielkość – czyli sport. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że podobnie jak oczywiste wspieranie Rosji przez prezydenta Macrona, kanclerza Stoltza i jeszcze paru innych, owo kretyńskie powtarzanie w kółko kłamstwa, że nie należy mieszać sportu z polityką, w największym może stopniu przyczynia się do tego, by Ukraina, a za nią może i kolejne kraje, zostały przez Rosję pożarte.

       


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...