Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyszłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyszłość. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 września 2010

Don Paddington: O edukacji, o umysłach, o przyszłości - a więc o wszystkim

W pięknej, inspirującej i bardzo szerokiej dyskusji, jaka pojawiła się w komentarzach pod poprzednim wpisem, nasze dziewczyny zaproponowały – jak one na to wpadły? – by pogadać o stanie polskiej edukacji. Wprawdzie problem ten tylko pośrednio dotyka tematów, którymi żyjemy, ale za to dotyka jak cholera. Co mam do powiedzenia na ten temat, powiedziałem już tam, w odpowiedzi na tamte komentarze, natomiast uważam, że nie ma sposobu, żeby nie przypomnieć tu wypowiedzi naszego Księdza, sprzed nie tak dawna. Oto jego komentarz, jaki pokazał się pod wpisem „Nie dla Ozziego w moim komitecie honorowym” http://toyah.salon24.pl/188515,nie-dla-ozziego-w-moim-komitecie-honorowym. Ja wiem, że wielu z Was czeka na moje notki, ale jak podrośniecie, to będziecie wiedzieć, że ja nie mam nawet do Don Paddington tak zwanego startu. Proszę się skupić.


Zjawisko, które Pan opisuje [chodziło o pop, który stał się Bogiem – przyp. ja], jest moim zdaniem znakiem cywilizacyjnego upadku (w najlepszym przypadku: przesilenia), który dotyka rozmaitych sfer naszego życia. Ów upadek charakteryzuje się m.in. tym, że to co ważne i życiowo poważne, ze względu na swoje świecidełkowo-celebrytowe opakowanie, jest traktowane jako coś mało istotnego, godnego – co najwyżej – powierzchownego i przelotnego zainteresowania. Być może jest w tym jakiś zamiar tropionego przez nas Systemu. Jeśli bowiem autorytetem w sprawach ważnych i życiowo poważnych, staje się ni stąd ni zowąd ktoś, kto na co dzień jest fachowcem od tego, co być może jest ciekawe, ale niekoniecznie ważne i poważne, to efektem takiego zabiegu wcale nie musi być wzmożony szacunek dla celebrytów, lecz lekceważący stosunek tzw. ludności do polityki, moralności, porządku społecznego itd. A taka sytuacja jest jak sądzę bardzo na rękę tym, którzy przy polityce, moralności i porządku społecznym z wielką pasją i za obywatelskim przyzwoleniem majstrują.
Być może nie ma w tym wszystkim żadnego spisku Systemu. Być może jest tutaj obecna zwykła ludzka głupota i duchowe lenistwo. Być może. Ale głupota i duchowe lenistwo, jeśli przekroczą w społeczeństwie pewien punkt krytyczny, też są świadectwem cywilizacyjnej zapaści.
A propos punktu krytycznego:
Niedawno, podczas wizyty u znajomych, spotkałem pewnego pana, który – jak się okazało – jest nauczycielem akademickim, wykładającym jakieś przetrudne rzeczy na Politechnice Poznańskiej. Ów pan opowiadał o swoich wrażeniach, będących efektem pracy ze studencką młodzieżą, a to co miał do powiedzenia, było w jakiś sposób porażające.
Po pierwsze, pan doktor poruszył kwestię braku umysłowych kompetencji u tych młodych ludzi, który objawia się nie tylko kiepskim obyciem z matematyką, fizyką i zwyczajnym logicznym porządkiem w głowie, ale przede wszystkim brakiem zainteresowania dla rozwiązywania inżynierskich problemów. Nie mając zaś w sobie inżynierskiej pasji, ciężko im wzbudzić w sobie motywację, by wejść w posiadanie tych intelektualnych narzędzi, które inżynierowi są niezbędne. Krótko mówiąc, pan doktor oceniając poziom politechnicznej młodzieży sugeruje, że już dzisiaj powinniśmy się bać o mosty, drogi, domy i maszyny, które owi studenci będą projektować i budować.
Po drugie, pan doktor mówił o całkowitym moralnym zepsuciu tych ludzi, którzy nie tylko, że się nie uczą (bo często przyswojenie koniecznej wiedzy przekracza ich możliwości intelektualne), ale nagminnie oszukują (np. podpisując „lewe” listy obecności, albo korzystając z pomocy tzw. „murzynów” przy pisaniu rozmaitych prac), a podczas egzaminu bez krzyny skrępowania mają czelność zapytać, czy nie dałoby się zdać owego egzaminu bez konieczności odpowiadania na trudne pytania.
Po trzecie, pan doktor mówił jeszcze o tym, że w swej ostrej ocenie powyższej sytuacji czuje się na uczelni osamotniony, ponieważ jego koledzy – wykładowcy, pogodzili się z tym, że tak właśnie ma być i nie ma na to rady.
I na koniec pan doktor powiedział mniej więcej coś takiego: „Gdy patrzę na moich kolegów, którzy przestali się oburzać na to co studenci sobą prezentują, i gdy patrzę na tych studentów, którzy bezwstydnie są dumni ze swej głupoty, a oprócz tego lenią się, kłamią i oszukują, to sobie myślę, że nie potrzeba wojny atomowej, by nasza cywilizacja cofnęła się w rozwoju.”
Być może, że pan doktor w przesadził w ocenie opisywanego przez siebie zjawiska i pewne odosobnione przypadki w sposób nieuprawniony uogólnił. Sądzę jednak, że to zacytowane przeze mnie zdanie ma wartość ponadczasową. I dotyczy – jak już o tym wspomniałem - rozmaitych życiowych dziedzin.

poniedziałek, 26 lipca 2010

Jack is back!



Dni które mijają, spędzam bez rodziny, a więc sam zupełnie. Jest to doświadczenie o tyle dla mnie interesujące, że – pomijając trzy dni, które spędziłem na drabinie malując pokój córek – najzwyczajniej w świecie gniję. W moim wypadku gnicie polega na tym między innymi, że cały wolny czas spędzam na słuchaniu muzyki, a kiedy włączę telewizor, to wyłącznie po to, żeby sobie obejrzeć jakiś film. No i jeszcze piszę, ale, jak już kiedyś wspominałem, to mi akurat zabiera niewiele czasu. Przy okazji zauważam jak najbardziej realnie, że gdybym miał żyć z jakiegoś powodu samotnie, po zapłaceniu wszystkich rachunków, na całą resztę starczyłoby mi średnio jakieś 3 zł. dziennie, a więc stówa na miesiąc. I to jest odkrycie niezwykłe, bo choć nie nowe, za każdym razem robiące wrażenie całkowitej świeżości.
To są jednak tylko takie sobie refleksje, których by pewnie nie było, gdyby nie ten sam wciąż problem. Że każdy tekst powinien mieć jakiś w miarę sensowny i choć trochę interesujący początek. Dzisiejszy temat jest jednak jak najbardziej poważny. Otóż w pewnym momencie wczorajszej niedzieli, spadła na mnie jak grom z jasnego nieba wiadomość, że oto, po wielu latach przerwy i niemal tylu też latach oczekiwań na powrót starych dobrych czasów, zawitał do Polski Festiwal Piosenki Radzieckiej, tym razem już znacznie bardziej nowoczesny, odmieniony zgodnie z duchem czasów, i pod nową nazwą Festiwalu Piosenki Rosyjskiej. Powrócił i będzie transmitowany w drugim programie publicznej telewizji, tak by każdy mógł przeżyć te kilka chwil prawdziwej przygody. Wiadomość ta ciekawa jest już sama w sobie, choć smaczku całej sprawie dodaje to, że on tak naprawdę nie wrócił wczoraj, ale krząta się tu skromnie od dwóch lat, tyle że jakoś tak wstydliwie, boczkiem, bez rozgłosu. I dopiero w tym roku, być może korzystając z całej serii sprzyjających zdarzeń, miał okazję podnieść wysoko swe słoneczne czoło i ogłosić z dumą niczym bohater słynnego Lśnienia: „Nie było mnie. Ale już jestem!” I ja właśnie dziś o tym.
Przyznam, że kiedy dowiedziałem się o tym wydarzeniu, wpadłem w nastrój takiego poruszenia, jakby oto okazało się, że przez moje miasto 1 maja każdego roku znów zaczną jeździć kolarze, w sklepach na nowo pojawi się oranżada w butelkach z drutem, a TVN do swojej ramówki wprowadzi dobranockę i zacznie nam od nowa puszczać stare Jacki i Agatki, które wykupi od TVP. Emocje, które mnie ogarnęły wzmocniły się jeszcze bardziej, kiedy wracając z kościoła, zobaczyłem, że po torach na sąsiedniej ulicy jeździ stary tramwaj z normalną korbą zamiast guzików. A wszystko to dzięki temu, że Platforma Obywatelska wreszcie objęła całość władzy, a zatem obok premiera, sądów, prokuratury, mediów, będzie też miała prezydenta i nikt już im nie przeszkodzi zapalić wszystkie światła.
Tak się jednak stało, że w miarę upływu czasu – pewnie trochę przez swój późny wiek, a trochę przez wspomniane już rozleniwienie – o sprawie zapomniałem i dopiero pod wieczór pani Toyahowa przysłała mi esemesa, informując – nie mniej ni więcej – że w telewizji dają transmisję z Zielonej Góry i banda naszych piosenkarzy śpiewa po rusku ruskie piosenki. No i zrobiłem to. Włączyłem telewizor na drugi program TVP i obejrzałem występ trzech artystów – dwóch w części, jednego a całości. Najpierw był rockowy zespół o nazwie Ocean i śpiewał ostry numer pod tytułem chyba Sołdaty… A może Gieroje? A może Maładcy? Jakoś tak. Później przyszła piosenkarka o nazwisku mi nieznanym i niezapamiętanym, o której jednak prowadzący aktor Damięcki (poważna okazja wymaga poważnej oprawy) dwukrotnie powiedział, że jest „energetyczna”, i jej występ obejrzałem w całości. Wreszcie zapowiedziano duet DJ-ów o nazwie Mokre Paluchy z wokalistką, podobno jakąś była miss piękności. Samych muzyków nie pokazali, natomiast pieśniarka pojawiła się w mini-spódniczce, w stroju sowieckiego żołnierza, w czapce z czerwoną gwiazdą i, prężąc się jak na prawdziwą ruską blać przystało, zaśpiewała – w rosyjskim oczywiście jezyku – piosenkę, spopularyzowaną z kolei przez lesbijski duet Tatu, pod tytułem Nas nie dogoniat.
Ja oczywiście wiem, że teraz najlepiej byłoby się zastanowić, co by to było, gdyby na przykład w Szczecinie zorganizowano Festiwal Piosenki Niemieckiej i w pewnym momencie na scenę wkroczyłby zespół Feel przebrany za oficerów gestapo, z trupimi główkami na czapkach, i zaśpiewał jakiś niemiecki szlagier. Wiem o tym i ta perspektywa jest dla mnie jak najbardziej kusząca, ale nic z tego nie będzie, bo sprawa jest bardzo poważna i to jest nie pora na retoryczne popisy. To co mieliśmy dotychczas, to była recenzja koncertu estradowego. A więc coś, co Anglicy nazywają ‘a piece of cake’. Teraz niestety zaczynają się schody, bo trzeba powiedziec parę słów prawdy, i to nie w postaci żartów, ale, jak przystało na ten blog, autentycznego wrzasku i ciosu prosto miedzy oczy. A sytuacja jest na tyle wstrząsająca, że i ten wrzask i ten cios nie mogą też w żaden sposób być byle jakie. Bo, jak mówię, nie ma dziś absolutnie nastroju do szampana. 10 kwietnia w lesie pod Smoleńskiem rozbił się polski samolot rządowy, z 96 osobami na pokładzie, wśród nich z prezydentem naszego państwa. Samolot, jak wiele na to wskazuje, nie rozbił się, bo była mgła, albo piloci dostali małpiego rozumu, albo coś się zepsuło, ale dlatego, że ktoś – niektórzy twierdzą, że Rosjanie, inni, że tak zwani „nasi” – postanowił zamordować polskiego prezydenta i ten zamysł skutecznie zrealizował. Jak wiemy, w kwietniu tego roku, w lesie pod Smoleńskiem został na najdrobniejsze strzępy rozbity polski samolot, a jego pasażerowie – w tym Prezydent RP i jego małżonka – porozrywani na krwawe strzępy. Następnie, zwłoki ofiar zostały przez Rosjan ograbione z kart kredytowych, z rzeczy osobistych i – co może nie najmniej ważne – ze zwykłej ludzkiej godności, następnie ich fragmenty zostały wrzucone do trumien i odesłane do Polski. Tym samym – co dla niektórych może się wydać czymś absolutnie horrendalnym, ale jest oficjalnie potwierdzonym faktem – ta seria zdarzeń spowodowała nowe i być może wreszcie ostateczne umocnienie przyjaźni między premierem Polski Donaldem Tuskiem, a premierem Rosji Władimirem Putinem. W międzyczasie, tak się nieszczęśliwie stało, że w wyniku pewnych niefortunnych wypowiedzi polskich władz, Rosja zażądała od wysokiego przedstawiciela naszych władz, oficjalnych i publicznych przeprosin – wygłoszonych koniecznie w języku rosyjskim – za to, że oto polskie postępki wystawiły na szwank honor rosyjskiego państwa i jego obywateli. Polecenie władz rosyjskich rzecznik polskiego rządu Paweł Graś – to nazwisko powinno tu głośno i wyraźnie zabrzmieć – wykonał gorliwie i w jednej chwili. Oczywiście, po rosyjsku.
Dziś, polska telewizja nadała bezpośrednią transmisję koncertu, który po wielu pustych latach został ponownie zorganizowany w polskim mieście Zielonej Górze, i na którym to koncercie polscy piosenkarze śpiewali w języku rosyjskim rosyjskie piosenki. Z tego co zdążyłem zauważyć, zielonogórski amfiteatr był zapełniony do ostatniego miejsca, a publiczność reagowała żywo i z sympatią. Uważam, że jeśli to wydarzenie nie jest znakiem tego co się zbliża, a może nawet już jest, to z całą pewnością jest tego czegoś idealnym symbolem. Oto nadeszły dla Polski nowe czasy. Wprawdzie jeszcze nie w postaci obniżonych podatków, sprawnej służby zdrowia, skutecznego systemu edukacji, nowych kilometrów autostrad, skutecznego zwalczenia korupcji, awansu w rankingu najlepiej rozwijających się państw. To dopiero ma nastąpić. Platformie Obywatelskiej w końcu udało się zmienić prezydenta na odpowiedniego, a więc pan premier z pewnością poczuje się wreszcie skutecznie odciążony w swej pracy dla dobra kraju. Więc – powtarzam – to oczywiście nastąpi. Już niedługo. Na razie robimy to co może stanowić świetną podstawę do przyszłego rozwoju i przyszłych sukcesów. Stajemy się ważnym graczem na arenie międzynarodowej. Ktoś powie, że nie graczem. Ale grajkiem. No dobra. Powiedzmy że wykonawcą ruskich piosenek. Po francusku szansonistą. Proszę zwrócić uwagę – po francusku. A to już jest coś. Prawie jak żigolo.

piątek, 23 kwietnia 2010

O micie i o legendzie na lepsze czasy



Nie mam najmniejszego pojęcia, jak będzie wyglądała Polska za parę miesięcy. W jaki sposób to co się stało 10 kwietnia wpłynie na nasz los i los naszego kraju? Czy ten dzień stał się dla nas ostateczną klęską, czy może, dzięki bożej łasce, otworzył nam drzwi do czegoś nowego i lepszego? Towarzyszy mi oczywiście nadzieja, którą – od czasu, gdy zła ręka dokonała owego aktu zniszczenia – wyrażałem tu wielokrotnie, że ta cena wprawdzie była wielka, ale w paradoksalny sposób to myśmy sami ją dla siebie ustalili i że właśnie dlatego nie mogła być ona niższa. To myśmy prosili o taką ofiarę. Ale właśnie dlatego ta ofiara musi przynieść coś naprawdę dobrego. Więc mam dziś nadzieję na większe dobro.
Nie wiem, co stanie się teraz. Nie wiem ani tego, kto w nadchodzących wyborach zostanie kandydatem, jak to ktoś ładnie określił, wszystkich zwykłych Polaków, ani tym bardziej tego, czy ta kandydatura zdoła pokonać to zło, które się mobilizuje w sposób bezprecedensowy, wygra dla nas i dla Polski dobrą przyszłość. Nie wiem, czy to Jarosław Kaczyński poprowadzi nas do tego nowego etapu, czy może już ktoś inny, bardziej w tym momencie skuteczny. Nie wiem dziś prawie nic. Ale widziałem niedawno Jarosława Kaczyńskiego i wierzę – co też już miałem okazję podkreślić – że on wie. I że to nie on teraz się boi, ale że źli ludzie boją się jego. I boją się jak nigdy pewnie dotąd. I wiem, że tak jest dobrze.
Wiem tez jeszcze coś, o czym miałem okazję rozmawiać wczoraj z pewnym bliskim moim przyjacielem, a dziś z moim synem i o czym cały czas myślę. Że mianowicie to co się stało, to wielkie nieszczęście, pozostanie już zawsze w naszej polskiej świadomości, w naszej historii i w naszej pamięci, legendą i mitem. A właścicielem tej legendy i tego mitu będą ci, dla których Polska nie była nigdy sposobem na robienie brudnych interesów, lecz ci którzy ją kochali i jej służyli. Przez najbliższe lata, a może i dziesiątki lat, a może już i zawsze, naszą najbardziej patriotyczną tradycję, będzie symbolizowało to nieszczęście 10 kwietnia, to wszędzie już obecne hasło „Katyń 2010”, i wreszcie postać człowieka, którego miłość do Polski, odwaga i determinacja stały się pierwszą i jedyną pewnie przyczyną tego co się musiało stać. Pierwszą i pewnie jedyną przyczyną tej ofiary. Ta legenda będzie już zawsze miała postać Lecha Kaczyńskiego. Bo, wbrew temu, co powiedział niedawno pewien obłąkany staruszek, samoloty nie spadają co chwilę, a jak już spadną, świat nie kiwa głową i nie wraca do codziennych zajęć.
Bardzo pięknie o tym opowiadał jeszcze przed pogrzebem na Wawelu Jan Maria Rokita, w telewizyjnym wywiadzie, najpierw okrutnie ocenzurowanym, a potem skazanym na zapomnienie. Przez ostatnie dni, starałem się bardzo zdobyć to nagranie i je tu udostępnić w całości. Bo wierzę, że – co by o nim nie myśleć i czego mu z przeszłości nie pamiętać – w tej bardzo starannie przemyślanej i przygotowanej wypowiedzi, powiedział on coś, co daje nadzieję właśnie na to, że ta pamięć będzie już zawsze z nami i nie ma takiej siły, która by była w stanie ją zniszczyć. Że ona będzie funkcjonowała w naszej historii i patriotycznej świadomości co najmniej tak mocno, jak w świadomości Amerykanów do dziś funkcjonuje choćby śmierć prezydenta Kennedy’ego, czy zamach na WTC z 11 września. I że ten mit i ta legenda – jeszcze raz to podkreślmy – będzie naturalnie własnością całej Polski, ale zwłaszcza jednak Polski wiernej i patriotycznej. I to będzie własność bezcenna.
Proszę sobie posłuchać tego, co powiedział Jan Maria Rokita. Wierzę, że w dobrym odruchu dania dobrego świadectwa. Nie ze względu na niego, ale właśnie ze względu na to świadectwo, którego akurat nikt inny – tak się jakoś złożyło – nie potrafił tak dobrze przekazać. Pobierz plik

czwartek, 15 kwietnia 2010

Koniec balu, panno Lalu



Oto tekst, oryginalnie zamieszczony w specjalnym wydaniu Polisu, który przedstawiam tu i tylko tu. Dla dobra wspólnego. Proszę bardzo.
Kiedy dowiedziałem się o tym nieszczęściu po raz pierwszy, nie zauważyłem żadnego nieszczęścia. Ton informacji był taki, że pewnie urwało się koło, albo samolot leciutko wyleciał z pasa… ale ani przez chwilę nie pomyślałem, że mogło się stać to co się rzeczywiście stało. Jakoś tak szczęśliwie się rozwijała owa informacja, że mieliśmy wszyscy czas, żeby się przygotować na to co najgorsze. I wreszcie to ono – to najgorsze – znalazło nas w pierwszych łzach. I wtedy już byliśmy troszkę chociaż gotowi.
Myślę że nie byłem jedynym, który wtedy nagle uświadomił sobie, że to nie była zwykła katastrofa. Że za tym wszystkim stała czyjaś ręka i że nie jest naprawdę trudno tę rękę zidentyfikować. W jednej chwili uświadomiłem sobie, że i ten czas i to miejsce – przede wszystkim to miejsce – i te wszystkie dni, które nas do tego czasu i miejsca doprowadziły, były dniami bardzo starannie zaplanowanymi i że, nawet jeśli przypadek gra często rolę zbyt dużą – tym razem o żadnym przypadku być nie może. I się przestraszyłem. Później – aż dziwne, że to mówię – nie kto inny jak Lech Wałęsa wyraził w najlepszy sposób to co sam czułem, gdy w pierwszym swoim komentarzu powiedział, że o ile wtedy obcięto nam głowę, dziś wyrwano nam serce. Tak właśnie powiedział..
Warto, jak myślę się zatrzymać nad słowami Lecha Wałęsy. On był prezydentem i choćby z tego względu wie znacznie więcej niż nam się może wydawać. I nawet jeśli przez te wszystkie lata szaleństwo powoli stępiło jego zmysły i sam umysł, niewątpliwie coś tam z tego wszystkiego jeszcze potrafi pamiętać. A może choćby tylko czuć. I pomyślałem sobie, że musiał się Lech Wałęsa przestraszyć. Musiał nagle sobie resztkami sił uświadomić, że ta umowa była jednak jednostronna i że w niej nigdy nie było miejsca na żarty. Że on – a przecież nie tylko on – od samego początku stał nad krawędzią. I się przestraszył. Żal mi Lecha Wałęsy. Dziś jest już mi go tylko autentycznie żal. Bo to co się dzieje to już nie fikcja literacka spod znaku Agenta 007. To jest autentyczne mięso..
Ale jestem mu bardzo wdzięczny za sposób, w jaki mi objaśnił tak zgrabnie to, co się stało. I więcej już nic na jego temat. Niech żyje w spokoju. Bo z tego co on dziś musi czuć, ani nie ma się co śmiać, ani tym bardziej nie ma czego zazdrościć..
Zresztą, mnie też już tak bardzo ten aspekt sprawy nie pochłania. To akurat, w obliczu tego, co przed nami, jest bez znaczenia. Tu akurat nie mamy przede wszystkim ani nic do zrobienia, ani nawet do powiedzenia. Technika – a więc ręka – stojąca za tą hekatombą i tak już na zawsze pozostanie tajemnicą. Na tej szali, jaką stanowi współczesny świat, śmierć nawet tylu i nawet takich ludzi ma wciąż zbyt mały ciężar, żeby można było ryzykować jakąkolwiek debatę. Więc, mówiąc bardzo brutalnie, nie ma o czym gadać. Przynajmniej przez najbliższe 50 lat, a więc – co nie wykluczone – do końca świata..
Natomiast trzeba stać i trzeba iść. I trzeba bezwzględnie zachować, tylokrotnie już tu wspomnianą, postawę wyprostowaną. A żeby ją zachować, oczywiście trzeba wiedzieć że jesteśmy Polakami i nie jesteśmy w żadnym wypadku niczyimi sługami. Ale oprócz tego, jest jeszcze coś. To mianowicie, że to nie Pan Bóg chciał tej śmierci. Że ta śmierć, to była nasza inicjatywa. To myśmy jej chcieli, a przynajmniej wielu z nas. I że nawet ta ręka w pewnym momencie była kierowana nie przez Boga, lecz już wyłącznie przez Szatana. Że to on, Szatan, wysłuchał naszych próśb. A Pan Bóg dał nam w całej Swej łaskawości już tylko ten znak. I od nas zależy, czy go dobrze odczytamy. A ten znak ma wiele postaci. Raz jest taki, raz już inny. Ale zawsze pokazuje nam jedno. Że wszystko zależy od nas. I to zło które prowokujemy, ale też i to dobro, którego nam Pan Bóg udziela. I te nasze podłe i głupie porażki, ale też te zwycięstwa..
A zatem, przed nami zwycięstwo. Dziś słyszałem Adama Bielana jak mówił, że na uroczystości do Katynia miał jechać też Jarosław Kaczyński, lecz ostatecznie uradzono, że – mimo że taka okazja się może już nie przydarzyć – zostanie przy chorej matce. I to choćby jest ten znak, który nam pokazuje jak marnym przeciwnikiem jest Szatan, gdy przeciwko sobie ma prawdę i wierność. Jak całe zło tego świata może legnąć w gruzach przez coś tak prostego i prawdziwego jak prawda i wierność. I jeśli to zrozumiemy – zwyciężymy. Ktoś dziś napisał w komentarzu na blogu, że widział Jarosława Kaczyńskiego nad trumną brata i że ten wyglądał bardzo groźnie. Powiedziałem o tym mojej młodszej córce, a ona się zdziwiła i powiedziała, że miała dokładnie te same myśli. Że on wyglądał jak Michael Corleone. A syn mój powiedział. „On już się nie boi niczego. Nawet śmierci.”.
Jak pięknie pachnie napalm o poranku!

piątek, 6 listopada 2009

Jeszcze raz o skowycie

Dziś rano otrzymałem esemes następującej treści: „Po pierwsze przepraszam, że napastuję, ale jak zapytałabym mamy, to dostałaby apopleksji, przekonana, że chcę rzucić kolejne studia. Otóż nie chcę. Fajnie jest czasem. Ale mam wątpliwości, na co światu kolejni angliści literaturoznawcy? No, spokoju mi to nie daje”. Biorąc pod uwagę, że większość tych, którzy bywają na tym blogu, to osoby okropnie mądre i – że tak powiem – znające swoje miejsce w życiu, zdaję sobie też sprawę z tego, że dla nich, powyższa refleksja jest w najlepszym wypadku śmiechu warta. Ja jednak, jako ten wieśniak patrzący na świat z perspektywy ławeczki, czytając te słowa, nawet się nie skrzywiłem. I to nawet nie dlatego, że autorką esemesa jest moja uczennica, którą znam i rozumiem, ani chyba nawet też nie dlatego, że jestem nauczycielem i mam mózg zjedzony przez nieustające współczucie. Odpisałem na niego jak najbardziej poważnie dlatego, że zaintrygował mnie ów świat, któremu to dziecko chce służyć.
A więc pogadaliśmy sobie, wprawdzie ani nie na gadu-gadu, ani przez skype’a, ale – owszem – jak najbardziej nowocześnie esemesowo, tak by nikt nikogo ani nie widział, ani nie słyszał, ani nie czuł jakiegokolwiek ciepła czy chłodu; ona – na początku, a w pewien sposób już i na końcu życia i ja – niemal bezrobotny nauczyciel, gnijący w ten piękny jesienny poranek w pustym domu, przy piosenkach Macieja Maleńczuka (tego co to mi kazał wypierdalać). A więc, w pewnym sensie, oboje w tym samym miejscu, A jednak kompletnie inni z jednego powodu. Otóż ja jestem jak najbardziej spełniony i jak najbardziej szczęśliwy, a ona raczej odwrotnie. I znów – cholera – przychodzi mi do głowy ten PRL, o którym tu już kiedyś pisałem, i który, wbrew moim najszczerszym intencjom, dał wyłącznie pretekst jednej Kalinowskiej z Krakowa, żeby mnie na pięć minut polubić. No ale co mam zrobić, kiedy tak już mam, że ile razy widzę, jak bardzo to co nas otacza jest puste, to wraca mi ta komuna?
Do czego zmierzam? Otóż, kiedy ja byłem w wieku tej mojej dzisiejszej uczennicy, jeśli chciałem z kimś pogadać – a wówczas nigdy nie chodziło o nic innego, jak o to, by tylko się spotkać i pogadać – nie mieliśmy ani gadu-gadu, ani skype’a, ani nawet głupiego Internetu. Mieliśmy za to telefon, dzięki któremu słyszeliśmy bardzo wyraźnie swój głos, i to głos mówiący nam prosto do ucha, a nie nadający do nas przez komputerowe głośniczki, no a poza tym przede wszystkim głos, który pojawiał się nie po to by poględzić, ale by się z nami umówić albo na wódkę, albo na spacer, albo do kina, albo na wycieczkę. I tak naprawdę o nic więcej nie chodziło, jak tylko o to, by się spotkać i poczuć że warto żyć. I do diabła ze światem! A najlepsze w tym wszystkim było to, że udało nam się stworzyć sobie takie warunki, gdzie to nie my szukaliśmy świata, ale świat szukał nas i właśnie przez to, że to światu na nas zależało, to właśnie myśmy przede wszystkim korzystali. I to nie my zastanawialiśmy się nad tym, co przez naszą przyjaźń, nasze plany, nasze przyjemności, czy wreszcie nasze życie możemy dać światu, ale co temu światu możemy wyrwać. I wyrywaliśmy ile się dało. I to był układ sprawiedliwy.
Pisząc ten tekst, bardzo bym nie chciał wykorzystywać tu losów znajomych mi ludzi i odnosić się do pojedynczych osób, bo nie sądzę, by oni akurat życzyliby sobie, by o nich tu pisać. Ale myślę, że nie zgrzeszę za bardzo, jeśli pozostanę na poziomie wyłącznie symbolu. Otóż jest tak, że ze wszystkich młodych osób jakie znam, ogromna większość, jeśli tylko potrafi się nad sobą zastanawiać, to ma tylko jeden problem: Co świat z nas ma? Ta ogromna większość jest przy tym przede wszystkim całkowicie samotna, pozbawiona jakichkolwiek realnych perspektyw i jeśli są wewnątrz tej grupy jakiekolwiek różnice, to tylko takie, że jedni, sprzedając się światu, uważają, że tak ma być, i przynajmniej do pewnego czasu jest im z tym dobrze, a inni – również się temu światu sprzedając – czują, że tu jest jednak coś bardzo nie tak. I się zadręczają.
Jest bowiem tak, że dziś człowiek wyrusza do dorosłego życia, posiadając wyłącznie jakieś tam wykształcenie, z którym oczywiście nie ma pojęcia co robić, i umiejętność szybkiego obsługiwania klawiatury komputera. Poza tym, nie ma absolutnie nic. Ani kolegów, ani koleżanek, ani marzeń, ani miłości, ani większych zainteresowań, ani umiejętności poruszania się w świecie, ani, co najważniejsze, żadnej przyszłości. Przez wszystkie te lata, kiedy spotykałem młodych ludzi – zarówno tych bardziej ambitnych i refleksyjnych, jak i tych, którzy nawet nie poczuli tego, że znaleźli się w tej przedziwnej czasowej pętli – i jeśli tylko oni chcieli coś ode mnie wiedzieć, to najczęściej były to dwie kwestie: skąd ja wiem to co wiem, i jak to się stało, że kiedyś miałem tylu kolegów. Jak i gdzie ich poznawałem? Jak to się stało, ze większość z nich to fajni ludzie, a nie kretyni? I najczęściej, w jednym i w drugim wypadku, reagowali na moje wyjaśnienia zdziwieniem połączonym z zazdrością. Oni, z jednej strony, nie mogli uwierzyć, że kiedyś wszystko było tak bardzo proste i tak dostępne, a z drugiej oczywiście tak bardzo było im tego żal. Te dwa pytania: „Skąd pan to wie?” i „Jak się poznaliście?” No i jeszcze jedno: „Jak można było przesiedzieć na trzeźwo całą noc, tylko słuchając muzyki i gadając?”
Proszę mnie nie zrozumieć źle. Ja nie chcę tu wchodzić w rolę starego dziada – którym swoją drogą akurat i tak jestem – i narzekać na dzisiejszy świat i, a tym bardziej na dzisiejszą młodzież. Akurat tak się składa, że i świat, w którym żyję i młodzież z którą się zadaję, absolutnie mi nie przeszkadzają. Szczerze uważam, że udało mi się na starość znaleźć dla siebie bardzo dobre miejsce i że akurat ci wszyscy młodzi ludzie, których spotykam, a w tym przede wszystkim moje dzieci, są bez zarzutu. To co mnie boli, to fakt, że to oni, a nie ja, mają źle. To nie ja się im skarżę, że jest do dupy. To oni przychodzą do mnie i mi się skarżą.
Biedne, bezradne, wykołowane przez nowoczesny świat dzieci. Kończą liceum i albo idą studiować socjologię, albo dziennikarstwo, albo którąś filologię, lub ewentualnie – te bardziej sfokusowane – prawo lub medycynę. Inne, jeśli rodzice pomogą im je sfinansować, idą na jakieś prywatne studia, zupełnie obojętnie na jakim kierunku, i wszyscy mniej więcej wiedzą to samo – że i tak nie będą mieli pracy, która im da satysfakcję, a jeśli nawet jakimś cudem trafią w jakieś lepsze miejsce, to i tak nie będą szczęśliwi. Nie będą mieli przyjaciół, albo dlatego że nie wiedzą jak się to robi, by ich zdobyć, albo dlatego, że wszyscy, których spotykają to idioci. I boją się też, że nie będą mieli rodzin, bo dziewczyny albo są za ładne, albo za głupie, albo już obstawione, a chłopcy albo zniewieściali, albo z mordami zawiniętymi w kaptury. Więc się kręcą w kółko, z przerażeniem stwierdzając, że po raz kolejny świat ich odrzucił, a oni już naprawdę nie wiedzą, co jeszcze mogą zrobić, żeby mu pokazać, że się jednak nadają. A wszystko z tej prostej przyczyny, że od dziecka tłumaczono im, że szczęście nie jest w nich, lecz gdzieś tam z horyzontem. Wystarczy tylko tam zajść i sięgnąć ręką. A tu się nagle okazuje, że ani twitter, ani facebook, ani nasza-klasa nie pokazują drogi.
Co gorsza – a tu już naprawdę można zwariować ze strachu – drogi też nie pokazują (założywszy, że oni kogokolwiek jeszcze obchodzą) uczeni mędrcy, religijni przywódcy, autorzy książek. Nawet ci najbardziej uznani i najmądrzejsi, o których wielkości zapewniano ich w szkole i w telewizji i w innych książkach. A więc ani Władysław Bartoszewski, ani ksiądz Tischner, ani Lech Wałęsa, ani Stasiuk, ani Pilch, ani nawet tępo uśmiechnięty Dalaj Lama. Może Bill Gates. Choć i on też już raczej nie. Zostali więc zupełnie sami w świecie, któremu tak bardzo chcieli zaimponować i nie zaimponowali. Więc najprawdopodobniej, kiedy już ostatni z nich skończy te studia i sprzeda ostatniąkartę dla Citi Banku i po raz kolejny uzna, że to rozwożenie lekarstw po aptekach i po lekarskich gabinetach jest wyłącznie jednym okropnym ciągiem upokorzeń, niedługo zaczną się już wycofywać do swoich komputerów i znów będą już tylko ściągać filmy i piosenki i razem z innymi odrzuconymi pisać sobie wiadomości tym przedziwnym językiem, który tylko oni rozumieją.
Ale to i tak jeszcze nie będzie zupełny koniec. On nastąpi dopiero wtedy, kiedy ci, którym się udało, spłacą kolejny kredyt, kupią kolejny telewizor, wymienia kolejny samochód, po raz kolejny się rozwiodą, znajdą sobie kolejną kochankę i po raz kolejny dojdą do wniosku, że za te pieniądze, które im ten świat łaskawie dał, nie mogą tak naprawdę kupić nic. I zaczną strzelać albo do siebie, albo do innych. Wtedy dopiero nastąpi zamknięcie tego rozdziału. A nam pozostaje wierzyć, że po nim jednak przyjdzie nowy. Bardziej bliski oryginalnemu planowi.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...