Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pokuta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pokuta. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 sierpnia 2010

Don Paddington: Kazanie na samotną sobotę

Podobnie jak Traube „na długość” narozrabiam, ale jako samozwańczy kapelan niniejszego bloga:), proszę wszystkich chętnych o zapoznanie się z poniższą historią. Myślę, że jest ona w nastroju notki, którą nam Toyah zapodał. Historia ta, jest dość swobodnie oparta na biblijnym tekście zawartym w 11 i 12 rozdziale 2 Księgi Samuela i dotyczy pewnego wydarzenia z życia króla Dawida. Dawid – wybitny władca dawnego Izraela - był jak wiadomo, doskonałym wojownikiem. Często prowadził wojny i zazwyczaj w tych wojnach zwyciężał. Wielką pomoc w dowodzeniu wojskami Izraelitów, okazywał królowi jego serdeczny przyjaciel Joab, któremu Dawid bezgranicznie ufał. Zdarzało się niekiedy, że cały ciężar prowadzenia wojny spoczywał na Joabie, zwłaszcza w tych przypadkach, kiedy spełnianie obowiązków monarszych, wykluczało osobisty pobyt króla na froncie.
Historia, którą chcę opowiedzieć, dotyczy takiej właśnie sytuacji: Joab poprowadził wojsko na wojnę z Ammonitami, a Dawid zmuszony z jakichś względów do pozostania w Jerozolimie, dzielnie rządził całym krajem. Ponieważ, wbrew pozorom, sprawowanie rządów w państwie nie jest czynnością zbyt wesołą ani ciekawą, król rozglądał się za jakąś rozrywką, bo mówiąc prawdę, nudził się jak mops. I oto któregoś dnia, szczęście uśmiechnęło się do znużonego władaniem monarchy. Przechadzając się bowiem po tarasie królewskiego pałacu i przypatrując się codziennej krzątaninie swoich poddanych, Dawid zwrócił uwagę na jedną z mieszkanek Jerozolimy. Zainteresowanie króla dla tej niewiasty wzięło się stąd, iż kobieta owa brała właśnie kąpiel, a firanek w łazience:) niestety, nie zasunęła. Co tu dużo mówić: Dawid po prostu zaczął ją bezwstydnie podglądać - świntuch jeden.
Kobieta była bardzo piękna: no, ładna przynajmniej na tyle, że królowi się spodobała. Dawid długo się więc nie namyślał i zaprosił ją do siebie..., powiedzmy, że zaprosił ją do siebie na kolację. Kobieta - Batszeba było jej na imię - zaproszenie królewskie chętnie przyjęła i zrobiwszy się na „bóstwo", wieczorem - „puk, puk", „dzyń, dzyń" - do drzwi pałacu się dobija. Dawid (który służbie pewnie dał wychodne) był już oczywiście przygotowany: stół zastawiono, świece się paliły, gdzieś tam z kąta - z ówczesnego CD - muzyczka dla nastroju rozbrzmiewała, no i czuło się tę wspaniałą atmosferę królewskich przyjęć. W efekcie, wieczór dla obojga okazał się być bardzo miły, a Dawid w swej dobroci rozmawiał z Batszebą w sposób tak bezpośredni i sympatyczny, że ta nawet nie zauważyła, jak szybko czas zleciał. W każdym bądź razie, tak się oboje zagadali, że Batszeba wyszła od króla dopiero nad ranem...
I właściwie, w tym momencie, opowieść nasza powinna się skończyć - tak przynajmniej Dawid mniemał - bo ostatecznie, mile spędzona noc, jest tylko mile spędzoną nocą, niczym więcej. Nie ma o czym mówić i myśleć...
Okazało się jednak, że jest o czym myśleć, ponieważ tak mniej więcej dwa miesiące później, Batszeba przypomniała królowi o swoim istnieniu powiadamiając go, że wtedy, owej wiadomej nocy, chyba za bardzo się... zagadali, ponieważ ona - Batszeba - jest w ciąży. Dawid, zapoznawszy się z tą wiadomością, lekko się zafrasował. W całej tej sytuacji był bowiem pewien problem polegający na tym, że Batszeba była zamężna. Mąż jej, Uriasz, należący najprawdopodobniej do gwardii królewskiej, akurat wtedy kiedy Dawid i Batszeba, wzmiankowanej nocy ze sobą... rozmawiali - dzielnie na wojnie walczył za króla i zresztą cały czas, dalej na owej wojnie przebywał. Dlatego też Batszeba, przewidując, że już wkrótce ciąża będzie widoczna, obawiała się wścibskich pytań rozmaitych ludzi, dociekających bezczelnie jak to jest możliwe, iż spodziewa się dziecka, skoro jej mąż jest od kilku miesięcy nieobecny. Przecież nie będzie się powoływać na skuteczność w tym względzie kontaktu korespondencyjnego. A skoro tak, to mogła być oskarżona o cudzołóstwo. Cudzołożników zaś - tak mężczyzn jak i kobiety - Żydzi (straszliwi zacofańcy) kamienowali.
Batszeba, będąc w wielkim przerażeniu, prosi więc Dawida, by ją uratował od śmierci.
Król osobiście nie bał się o swoją skórę, ponieważ zdawał sobie sprawę, iż nikt nie jest mu w stanie udowodnić cudzołóstwa. Wiadomo jednak, że brak dowodów nie rozwiewa wątpliwości. I z tego właśnie względu Dawidowi zależało na tym, by sprawa nie nabrała rozgłosu. Owszem, król obawiał się o życie Batszeby, ale obawiał się też tzw. ludzkiego gadania. Jako monarcha Dawid musiał dbać o nastroje ówczesnej „opinii publicznej".
Poza tym Dawid jako Król Izraela, pełnił funkcję Najwyższego Sędziego - a więc człowieka, który był powołany do czuwania nad przestrzeganiem Prawa Bożego. Zanosiło się więc na poważny skandal skoro ten, który nad przestrzeganiem Prawa Bożego miał czuwać, sam owo Prawo w sposób jaskrawy naruszył.
Co tu zrobić?... Jaki sposób wymyślić, by Batszebę od śmierci ocalić, a samemu dobrego imienia i popularności nie stracić?
Dawid myślał, myślał - aż i wymyślił. Postanowił pod byle pretekstem, ściągnąć Uriasza - męża Batszeby - z frontu do Jerozolimy, a następnie posłać go do domu, do małżonki, by sobie z nią czule, jak mąż z żoną... porozmawiał. W efekcie owej... rozmowy, będzie można uznać Uriasza za sprawcę batszebowej brzemienności. Fakt, że dziecko urodzi się o dwa miesiące za wcześnie, jest już właściwie drobiazgiem, ponieważ jak wiadomo medycyna zna takie przypadki.
Plan był dobry, ale z realizacją owego planu były pewne trudności. Owszem, Uriasz przybył do Jerozolimy i zameldował się u króla. Ale kiedy Dawid, wysłuchawszy aktualnych wiadomości z frontu zaproponował Uriaszowi, by poszedł do swego domu i z żoną ... porozmawiał, dzielny wojak zaprotestował. Będąc typem tępego służbisty, powiedział królowi mniej więcej tak: „Co? Ja mam iść do domu by z żoną... rozmawiać, gdy tam na froncie, moi koledzy giną za króla? W życiu nie pójdę!" I – taki cham! – nie poszedł.
Dawid sądził, iż jeśli Uriasza parę dni przytrzyma blisko żonki, to ten zmięknie (zwłaszcza gdy jako środka zmiękczającego użyje się jakiegoś wysokoprocentowego trunku:). Ale niestety - Uriasz, nawet pijany, zdania nie zmienił: położył się na progu królewskiego pałacu, a co do Batszeby nie poszedł , to nie poszedł (niektórzy złośliwi bibliści twierdzą, że niechęć Uriasza do spotkania z żoną świadczy o tym, iż opinia o nadzwyczajnej urodzie Batszeby jest stanowczo przesadzona:)
W tej sytuacji Dawid doszedł do wniosku, że w tym całym układzie trzech osób: Dawid, Batszeba, Uriasz - przynajmniej jedna osoba jest zbędna. Uznał oczywiście, że zbędny jest Uriasz...
Napisał więc list do Joaba - dowódcy swoich wojsk - w którym to liście rozkazywał Joabowi, aby w najbliższej potyczce z Ammonitami, postawił Uriasza w najbardziej niebezpiecznym miejscu. W momencie gdy Ammonici uderzą, towarzyszący Uriaszowi żołnierze mieli go odstąpić i… i przypatrywać się w jaki sposób samotny królewski gwardzista, radzi sobie z przeważającymi siłami wroga. Napisawszy list, Dawid zapieczętował go i wręczając owo pismo Uriaszowi poprosił, by ten przekazał je Joabowi. Uriasz, z wyrokiem śmierci na siebie odjechał na front i tam przekazał wodzowi królewski list. Joab zaś - też zresztą typ tępego służbisty - przeczytawszy rozkaz Dawida, sumiennie ów rozkaz wykonał i Uriasz zginął...
Od tego momentu, było właściwie po problemie. Batszeba wskutek śmierci Uriasza stała się nieutuloną w żalu wdową. Nikogo więc nie dziwiło, że Dawid jął się dzieła utulania i pocieszania - a to, że z owego utulania pojawiło się dziecko, było już czymś najnaturalniejszym w świecie. Było to naturalne tym bardziej, że król na wieść o śmierci Uriasza, sprowadził Batszebę na stałe do swego pałacu , a nawet się z nią ożenił.
I był Dawid z powodu owej historii, bardzo z siebie zadowolony. Ostatecznie, nie dopuścił do skandalu, a w osobie Batszeby zyskał ładną żonę, z której spodziewał się potomka. Można się też spodziewać, że ucieszył króla prawdopodobny wzrost jego popularności wśród poddanych. Ludzie pewnie mówili: „Och, ten nasz Dawid! Cóż to za wspaniały władca! Może nieco za często wojuje, ale za to, czule się opiekuje wdowami po swych poległych żołnierzach - a nawet żeni się z niektórymi". Dodatkowym plusem sprawy był fakt, że nikt nie wiedział, o całej tej dawidowej intrydze. Nie było konieczne, by wtajemniczać we wszystko Batszebę, czy Joaba: ona szczerze opłakiwała poległego na wojnie męża, a on wykonywał rozkazy, o nic nie pytając. O tym dlaczego zginął Uriasz, wiedział tylko Dawid... No i Pan Bóg.
Mówi Pismo Święte, że postępek, którego Dawid się dopuścił, nie podobał się Bogu. Postanowił więc Bóg wtrącić się (cóż za nieznośny, boski zwyczaj) w życie zadowolonego z siebie króla; i rozkazał Pan ówczesnemu prorokowi o imieniu Natan, by poszedł do Dawida i napomniał go.
Natan obawiał się trochę króla - jego reakcja na to, co prorok miał mu do powiedzenia, mogła być dość gwałtowna i nieprzyjemna. Dlatego też Natan przyszedł do Dawida, pod pretekstem szukania rady u monarchy. Zwrócił się do króla jako do Najwyższego Sędziego z prośbą , by ten ocenił postępowanie pewnego człowieka, o którym prorok słyszał. I Natan zaczął o owym człowieku opowiadać, co następuje:
"W pewnym mieście było dwóch ludzi,jeden był bogaczem, a drugi biedakiem. Bogacz miał owce i wielką liczbę bydła, biedak nie miał nic, prócz jednej małej owieczki, którą nabył. On ją karmił i wyrosła przy nim wraz z jego dziećmi, jadła jego chleb i piła z jego kubka, spała u jego boku i była dla niego jak córka.
Raz przyszedł gość do bogacza, lecz jemu żal było brać coś z owiec i własnego bydła, czym mógłby posłużyć podróżnemu, który, do niego zawitał. Więc zabrał owieczkę owemu biednemu mężowi i tę przygotował człowiekowi, co przybył do niego."
Przedstawiwszy tę historię, Natan zapytał króla, jaki by wydał wyrok na bogacza, ze względu na postępek, którego ten się dopuścił. I mówi Pismo Święte, że Dawid oburzył się bardzo na owego bogacza, mówiąc: „Na życie Boga, człowiek, który tego dokonał, jest winien śmierci. Nagrodzi on za owieczkę w czwórnasób, gdyż dopuścił się czynu bez miłosierdzia”. Natan oświadczył wtedy Dawidowi: „Królu, ty jesteś tym człowiekiem...”
Cóż tak naprawdę wtedy się stało? Oto Dawid, jako sędzia, wydał wyrok. Myśląc, że ów wyrok dotyczyć będzie jakiegoś zupełnie obcego człowieka, o którym Natan opowiadał, król starał się ocenić owego bogacza maksymalnie obiektywnie - na zimno. W efekcie, wyrok był bardzo surowy. I wtedy prorok uświadomił Dawidowi, kogo ów wyrok dotyczy: król zrozumiał, że wydał wyrok sam na siebie. Gdy pojął, że owym bogaczem bez miłosierdzia jest on sam, w tym momencie dotarło do niego, jak wielkiego zła się dopuścił. Dzięki interwencji Boga, Dawid zobaczył ohydę swego czynu: dostrzegł ogrom grzechu, w którym tkwił. Był przecież cudzołożnikiem, oszustem, mordercą - był po prostu człowiekiem bez miłosierdzia, człowiekiem, który zasłużył na śmierć. Król uświadomił sobie prawdę o sobie samym: jeszcze przed chwilą, oszukując siebie i innych, cieszył się i chlubił swoim postępowaniem; widział siebie na szczytach bystrości, przemyślności i powodzenia, mimo iż w gruncie rzeczy, był na samym dnie. Zrozumiawszy to wszystko, Dawid ze szczerego serca - serca, które Bóg widział - uznał swoją winę i powiedział: „Zgrzeszyłem wobec Pana!”
Tradycja żydowska podaje, że król opłakiwał swój grzech, modląc się słowami znanymi dzisiaj jako Psalm 51:
"Zmiłuj się nade mną, Boże, w swojej łaskawości, w ogromie swego miłosierdzia wymaż moją nieprawość. Obmyj mnie zupełnie z mojej winy i oczyść mnie z grzechu mojego. Uznaję bowiem moją nieprawość, a grzech mój jest zawsze przede mną…"
Dawid opłakiwał swój grzech. Smucił się głęboko, z powodu niedoli w którą wpadł - grzesząc ciężko. Zrozumiał, że grzech jest największym nieszczęściem. Pojął, iż fakt popełnienia grzechu, jest najważniejszym powodem, dla którego należy smucić się i płakać.
A Bóg przyglądał się Dawidowi. I widząc jego szczery smutek, oraz żal serdeczny - przebaczył mu.
Tyle biblijna historia.
Pewnie można w oparciu o jej treść, dojść do wielu ciekawych przemyśleń dotyczących tematu toyahowej notki.
Ja jednak chcę w tym momencie tylko przeprosić, że w tak lekki i trochę prześmiewczy sposób przedstawiłem obrzydliwe postępowanie Dawida. Chciałem tą formą zwrócić uwagę, że to co lekkie, prześmiewcze, relatywne, znakomicie przykrywa to co obrzydliwe - więcej nawet: sposób PRZEDSTAWIENIA tego rodzaju historii (wszystko jedno czy ich bohaterem jest Dawid, Eluana, Jej ojciec czy zabortowane dziecko…) powoduje, że do obrzydliwców czujemy sympatię, a na ofiary patrzymy – w najlepszym przypadku – obojętnie. Owo lekkie, prześmiewcze, relatywne PRZEDSTAWIANIE świata wartości, jest urabianiem umysłów i dusz ludzkich w taki sposób, by zabić w ludziach moralną wrażliwość. Człowiek tej wrażliwości pozbawiony, nie potrafi zasmucić się z powodu swoich grzechów, bo zanika w nim poczucie grzechu.
I dopiero potrzeba proroka Natana, by z natchnienia Bożego przywrócił rzeczom właściwą miarę.
Ale, czy poza nami, ktoś Go zechce słuchać?
Serdeczności.

piątek, 18 grudnia 2009

O grzesznikach i aktorach

Nie wiem, czy czegoś tu nie pomyliłem, ale, jak się zdaje, na Facebooku istnieje grupa, która organizuje się w ten sposób, że kupują alkohol, idą wspólnie pod kościół, w którym pobożni ludzie biorą udział w Pasterce, i tam przez całą Mszę, a później już do rana, piją i drą mordy. Dowiedziałem się o tym wczoraj i, choć mnie to za bardzo nie zdziwiło, to wciąż nie mogę przestać myśleć o tych ludziach z flaszkami pod kościołem.. Nie zdziwiło mnie to specjalnie, choćby dlatego, że jeszcze sprzed wielu lat, pamiętam historię o – skądinąd moim koledze – nieżyjącym już dziś Tomku Beksińskim, jak to on zawsze w Wielki Piątek, ze swoją koleżanką o artystycznej ksywie Anja Ortodox, uroczyście i ceremonialnie udawał się do jakiejś knajpy i tam opychali mięsem. Ale nie tylko to. Pamiętam jak tuż po wyborze Karola Wojtyły znalazłem się w schronisku w górach i była niedziela i siedzieliśmy przed telewizorem i oglądaliśmy z napięciem i wzruszeniem tę mszę pontyfikalną, a w sali obok od samego rana banda turystów chlała wódę i hałasowała. Myślę tu też o całkiem niedawnym zdarzeniu, kiedy to we Wrocławiu grupa dzieci wzięła się za krzyże w swojej szkole i w ten sposób stali się sławni na te warholowskie 15 minut. I pamiętam wiele innych sytuacji, kiedy tuż koło mnie przetaczał się grzech, a ja mogłem tylko zdziwiony patrzeć i zastanawiać się, jak to się dzieje, dlaczego i czym się to wszystko może skończyć.
A więc, jak mówię, nie bardzo się dziwię, a jednocześnie nie umiem przestać myśleć o każdym z tych niezwykłych przypadków, kiedy to stajemy wobec grzechu szczególnego, bo ani nie wyrastającego z naszych słabości, ani z drobnych pokus, ani ze zwykłej głupoty, lecz grzechu obnoszącego swoją grzeszność z dumą i satysfakcją. Grzechu eksplodującego bezkarnym szyderstwem. Grzechu, który – można by było sądzić – nie podlega ani przebaczeniu, ani nawet współczuciu. Grzechu, który już tylko woła o karę.
I przychodzi mi w tym momencie do głowy wspomnienie pewnej kobiety, która żyła bardzo dawno temu, jeszcze w IV wieku po Chrystusie, a którą dziś Chrześcijanie czczą jako Marię Egipcjankę – świętą patronkę pokutujących grzeszników i aktorów (swoją drogą, jakież to ciekawe – grzeszników i aktorów!). Ja zdaję sobie sprawę, że czytelnicy tego bloga, to w większości osoby znacznie lepiej ode mnie wykształcone i oczytane, a więc pewnie nie potrzebują dodatkowych objaśnień, ale na wszelki wypadek, opowiem tutaj tę historię, korzystając zresztą z obszernego cytatu, który pozwoliłem sobie zaczerpnąć ze strony Opoki http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/swieci/craughwell_swieci00.html
Na początku V wieku, w klasztorze położonym w pustynnych rejonach nad rzeką Jordan żył kapłan o imieniu Zosima. Mnisi klasztorni słynęli z surowego życia i wprowadzili niezwykły zwyczaj przygotowań do Wielkanocy. Każdego roku, na początku Wielkiego Postu, opuszczali swój klasztor, rozpraszając się po pustyni, by żyć w odosobnieniu. Wspólnota łączyła się z powrotem w Niedzielą Palmową, kiedy to wszyscy mnisi wracali do klasztoru, by celebrować wspólnie Wielki Tydzień.
Pewnego roku, na początku Wielkiego Postu, ojciec Zosima szedł przez pustynię, gdy nagle zobaczył kogoś w pobliżu niskiego pagórka. Był zbyt daleko, by rozróżnić, czy jest to mężczyzna czy kobieta, ale widział, że człowiek ten był nagi, jego skóra ściemniała od słońca, a włosy wyblakły. Kiedy podszedł, człowiek ten zawołał:
— Nie patrz na mnie! Jestem kobietą, nagą, jak widzisz. Rzuć mi swój płaszcz, abym się okryła.
Ojciec Zosima odwrócił głowę, zdjął płaszcz i rzucił go za siebie w kierunku kobiety. Kiedy się okryła, zaczęli długą rozmowę. Rozmowa ta zapisana jest w dokumencie z VI wieku, zatytułowanym Życie naszej matki św. Marii Egipcjanki. Małą książeczkę przypisuje się św. Sofroniuszowi (zmarłemu około roku 639), patriarsze Jerozolimy, ale prawie na pewno jest to atrybucja fałszywa. Skrybowie i kopiści w pierwszych wiekach chrześcijaństwa powszechnie przypisywali dokumenty słynnym świętym lub biskupom — dzięki temu praca robiła większe wrażenie, gdyż stał za nią autorytet. Według wszelkiego prawdopodobieństwa życie św. Marii Egipcjanki zostało opisane przez mnichów z klasztoru ojca Zosimy. Książka nie jest skrupulatną biografią, lecz zapisem tradycji ustnej, z kilkoma nieprawdopodobnymi, nadnaturalnymi ozdobnikami, które miały robić wrażenie na słuchaczach.
Wróćmy do spotkania Zosimy i nieznajomej kobiety. Kobieta ta powiedziała, że ma na imię Maria i urodziła się w Egipcie. Kiedy miała zaledwie dwanaście lat, uciekła z domu, by żyć w Aleksandrii. W tych czasach jedynie Rzym mógł równać się ze wspaniałością i bogactwem tego miasta. Wszystkie towary z całego ówczesnego świata wpływały do jej portu i na jej rynki. Z Afryki, z Azji i z Europy przybywali uczeni, by studiować w aleksandryjskich szkołach i w słynnej na cały świat bibliotece. Jednak Marię interesowało co innego: przygody seksualne. Straciła dziewictwo wkrótce po przybyciu i rozpoczęła siedemnastoletnią karierę nieskrępowanej rozwiązłości.
W przeciwieństwie do tego, co piszą o św. Marii Egipcjance niektórzy biografowie, nigdy nie została ona prostytutką. Jak powiedziała ojcu Zosimie: „To nie ze względu na zysk [zapraszała tak wielu mężczyzn do swojego łoża]. Kiedy chcieli mi płacić, odmawiałam pieniędzy”. Nie interesowało jej bogactwo, interesowały ją podboje. Chętnie robiła „za darmo to, co sprawiało przyjemność”. Szczególnie pociągało ją uwodzenie młodych mężczyzn i uczenie ich sztuki miłości. Jak wyznała ojcu Zosimie: „Nie ma wypowiedzianej ani niewypowiedzianej nieprawości, której bym ich nie nauczyła”.
Maria zaczęła uważać się za utalentowaną uwodzicielkę, mogącą zdobyć każdego mężczyznę. Pewnego dnia zobaczyła tłum mężczyzn czekających na statek w porcie. Ktoś stojący obok powiedział jej, że są to pielgrzymi wyruszający do Ziemi Świętej, zamierzający w Jerozolimie obchodzić święto Podwyższenia Krzyża Świętego. Myśl o uwiedzeniu każdego uczestnika wyprawy wydała się Marii pociągająca, więc przyłączyła się do grupy. Do czasu przybicia statku do Ziemi Świętej Maria zdążyła się przespać z każdym z pielgrzymów.
Statek pojawił się w Jerozolimie na kilka dni przed świętem, więc Maria zajęła się polowaniem na mężczyzn. W dniu święta przyłączyła się do tłumu zmierzającego do kościoła Świętego Grobu. Nie miała żadnej motywacji religijnej — wiedziona ciekawością chciała po prostu zobaczyć relikwię Prawdziwego Krzyża. Kiedy tłum wchodził do kościoła, Maria poczuła niewidzialną siłę, która jej nie wpuszczała do środka. Zdenerwowało ją to wykluczenie. Próbowała podejść do drzwi z różnych stron, ale stale coś powstrzymywało ją przed przekroczeniem progu.
Wtedy zaczęło docierać do Marii, że to same moce niebieskie trzymały ją z dala od Świętego Grobu. Nagle w pełni zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła. Stojąc poza kościołem, pełna wstydu i wstrętu do siebie samej, płakała i lamentowała, jakby miało jej pęknąć serce. Przez łzy zobaczyła wizerunek Błogosławionej Dziewicy Maryi nad wejściem do kaplicy. „Pomóż mi — modliła się do Matki Bożej — bo nie mam innej pomocy”. Następnie ślubowała porzucić grzeszne życie i pokutować.
Jej modlitwa została wysłuchana. Siła, która zagradzała jej drogę, ustąpiła. W kaplicy Maria uczestniczyła we mszy i adorowała relikwie Krzyża Świętego. Kiedy wyszła, usłyszała głos: „Jeśli przejdziesz przez Jordan, znajdziesz wspaniały odpoczynek”.
W dniu, kiedy Maria spotkała ojca Zosimę, już od czterdziestu siedmiu lat żyła w odosobnieniu na pustyni. Najgorsze było — jak powiedziała — pierwszych siedemnaście lat. Tęskniła za urozmaiconymi daniami, które jadała w Aleksandrii. Uwielbiała smak wina, a na pustyni często trudno jej było nawet znaleźć wodę. Czasami nie mogła uwolnić się od lubieżnych pieśni, które kiedyś śpiewała. Czuła też silne pożądanie seksualne. W swoich pokusach wzywała pomocy Błogosławionej Dziewicy i pomoc ta zawsze nadchodziła. „Po gwałtownej burzy — powiedziała Maria — przyszedł trwały pokój”. Z biegiem lat jej ubranie zamieniło się w łachmany, aż wreszcie opadło z jej ciała, lecz ponieważ nigdy nie spotkała nikogo na pustyni, jej nagość nie była dla niej kłopotliwa.
Kiedy Maria skończyła swoją opowieść, ojciec Zosima skłonił się jej nisko, gdyż zrozumiał, że przebywa w obecności świętej.
Wtedy Maria poprosiła kapłana, by coś dla niej zrobił. Podczas czterdziestu siedmiu lat samotnego życia na pustyni była pozbawiona komunii świętej. Czy w następnym roku, w Wielki Czwartek, ojciec Zosima mógłby przyjść i przynieść jej komunię? Stary mnich złożył taką obietnicę.
Następnego roku, w Wielki Czwartek, ojciec Zosima wziął Najświętszy Sakrament, trochę żywności dla Marii i wyruszył na pustynię. Nad brzegiem Jordanu znalazł ją czekającą na niego i udzielił jej komunii.
Kolejnego roku kapłan znów wyruszył nad Jordan w Wielki Czwartek. Znalazł Marię nad brzegiem, ale była już martwa. Życiorys Marii podaje, że Zosima próbował wykopać grób dla świętej za pomocą swojej laski, ale był już stary i słaby, a ziemia była zbyt twarda. Kiedy stary mnich zastanawiał się, co robić, z pustyni nadszedł lew i wykopał dla Marii grób swoimi pazurami. Ojciec Zosima pogrzebał świętą i odmówił modlitwy za zmarłych, lew odszedł na pustynię, a stary mnich powrócił do swego klasztoru, by opowiedzieć współbraciom historię Marii Egipcjanki.
Czemu przyszła mi do głowy historia akurat tej świętej, jest pewnie wystarczająco oczywiste. Dlaczego zdecydowałem się ją tu opowiedzieć w jej całości? Przede wszystkim dlatego, że uważam ją za niezwykle piękną i pouczającą, a jednocześnie nie umiałem jej w żaden sposób uczciwie przeedytować. I myślę sobie, gdy czytam ją po raz kolejny, jakież to piękne były owe czasy, kiedy człowiek mieszkał 47 lat na pustyni, pokutując za grzechy, a jeśli ktokolwiek się o jego losie dowiedział, mógł sobie pomyśleć najróżniejsze rzeczy, ale z całą pewnością nie przyszło by mu do głowy, by uznać go za wariata, czy inne dziwadło. A zatem, czasy były prawdziwie boskie, nie skażone jeszcze tym wszystkim co później się skutecznie rozpychając, tworzyło jednocześnie iluzję prawdy i naturalności, a jednocześnie jakże trudniejsze i wymagające nieporównanie większej odpowiedzialności.
Piszę ten tekst i po to by opowiedzieć o Marii Egipcjance, a jednocześnie zakończyć na tym blogu w miarę dobitnie sprawę Krzysztofa Piesiewicza. Spotkałem się tu parę razy z zarzutem, że w stosunku do Piesiewicza nie umiem w sobie odnaleźć minimum chrześcijańskiego współczucia i przebaczenia. O współczuciu już było. Jeszcze może słów parę o przebaczeniu. Jestem człowiekiem w pewnym sensie współczującym nieustannie, ale również jestem szczerze przekonany, że nikt nie może mi uczciwie zarzucić, że nie potrafię przebaczać. Ja do przebaczania jestem równie chętny co do potępiania. Tyle że zanim przebaczę, prosiłbym o jeden choćby gest. Szczególnie kiedy ów gest z reguły naprawdę wiele nie kosztuje. Krzysztof Piesiewicza ma sytuację niezwykle trudną. Wydaje mi się, że trudno sobie wyobrazić, żeby ona mogła być o wiele trudniejsza. Co by musiało się stać, żeby on – już z całą pewnością na granicy desperacji – mógł wpaść w jeszcze poważniejszą rozpacz? Uważam, że on dziś nie ma już naprawdę nic do stracenia. A, jeśli weźmiemy pod uwagę, że między innymi dzięki czasom, które – jak się dziś okazuje – on tak aktywnie współtworzył, nie musi się ani przebierać w worek pokutny i sypać głowy popiołem. Tym bardziej nie musi udawać się na pustynię, by pokutować za swoje grzechy przez 47 lat. On ma drogę niezwykle prostą.
Z mojego punktu widzenia, wystarczyłoby, żeby Krzysztof Piesiewicz zwołał jedną konferencję prasową i wygłosił jedno zdanie, skierowane do arcybiskupa, metropolity lubelskiego Józefa Życińskiego: „Proszę księdza, niech ksiądz mnie nie broni, bo ja, przez to co zrobiłem, na żadną obronę nie zasługuję”. Co by Piesiewicz stracił tym gestem? Z całą pewnością Życiński by go znienawidził. Ale, przy całym moim szacunku dla osób duchownych, to w żaden sposób nie byłaby wielka strata.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...