Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krzyż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krzyż. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 listopada 2017

O prawie i sprawiedliwości w cieniu Krzyża

Doszło ostatecznie do procesu Murzyna, który parę miesięcy temu we włoskiej miejscowości Rimini, wspólnie z paroma innymi swoimi kolegami, brutalnie zgwałcił i poturbował pewną polską parę, i po zaledwie paru dniach rozprawy włoski sąd skazał Murzyna na 16 lat więzienia, czyli o dwa lata więcej, niż życzyła sobie prokuratura. 16 lat to czas oczywiście na tyle długi, byśmy nie mogli za bardzo przewidywać, jak się potoczy los tego szczególnego człowieka, jednak, jak podają media, plan jest taki, by po odsiedzeniu wyroku Murzyn wrócił do Konga, czyli do miejsca, skąd pewnego dnia przybył do Europy, by używać życia, i tam już pozostał.
Mimo że wbrew życzeniom Patryka Jakiego i jego wyborców, Murzyn nie został przekazany Polsce i skazany na rozczłonkowanie i powieszenie, niemniej większość z nas oczywiście odczuwa wielką satysfakcję, związaną w pierwszej kolejności z tym, że włoska policja odpowiednio szybko wytropiła owych gwałcicieli, no ale też z powodu błyskawicznie i bez zbędnych ceregieli wydanego, ale również stosunkowo surowego wyroku, patrzymy na pokazywane przez wszystkie niemal media zdjęcie sali sądowej, szukamy wzrokiem tego czarnego łba, wielu jednak z nas umyka coś, co moim zdaniem stanowi tu prawdziwy znak i symbol. Oto na ścianie, wysoko nad stołem sędziowskim, wisi wielki krzyż z Jezusem i wiemy, że choćby nie wiadomo jak bardzo Murzyn próbowałby uciekać wzrokiem, to wie, że już nie uniknie tego spojrzenia. Przez te trzy, czy cztery dni rozprawy, on będzie tam siedział i widział doskonale, przeciwko komu tak naprawdę wystąpił i w imię czyjego prawa będzie prawdopodobnie musiał zakończyć swoje nędzne życie w biedzie i upodleniu.
Spójrzmy proszę z prawdziwym zrozumieniem na to zdjęcie. To jest moc, której nie są w stanie osłabić choćby najbardziej pokrętne projekty wypluwane przez współczesny świat. Mamy te Włochy, to Rimini, ten sąd, ten Krzyż i już wiemy, o co chodziło z tymi mocami piekielnymi, które Go nie przemogą.




Jak zawsze zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki.

czwartek, 14 lutego 2013

Kardynał Nycz patrzy na Watykan

Poniższy tekst wymaga paru słów wyjaśnienia. Przede wszystkim, on w znacznym stopniu powtarza tezy, które sformułowałem w odniesieniu do arcybiskupa Nycza jeszcze przed laty. Ponieważ jednak uznałem, że warto by było to wszystko powtórzyć na okoliczność najnowszych wydarzeń i spekulacji, stworzyłem swego rodzaju wariację na kanwie tamtego tekstu. A więc, jeśli mój kumpel Kozik, który zna wszystkie moje teksty, nagle pomyśli sobie, że to już gdzieś czytał, niech nawet nie szuka. To faktycznie gdzieś tam jest. Druga rzecz natomiast jest taka, że ja ten tekst opublikowałem już wczoraj na Salonie. Tak się jednak stało, że wczoraj powstały aż dwa teksty, a więc jeden z nich poszedł tu, a drugi tam, a ja dziś sobie pomyślałem, że będzie dobrze, jeśli one się zamienią miejscami, i w ten sposób ci wszyscy, którzy lubią czytać to, co ja piszę tylko tutaj, poznają tekst o Nyczu, a ci, którzy na ten blog akurat nie przychodzą, zobaczą, co słychać u Ziemkiewicza i jego ferajny. A jeśli komuś one przypadną do gustu w sposób może bardziej wyjątkowy, niż zwykle, będzie mi miło, jeśli dostanę za niego jakiś drobny przelew na podany obok numer konta. Dziękuję.


Nie minęły nawet dwa dni od chwili, gdy Benedykt XVI ogłosił swoją abdykację, a karuzela nazwisk, jak idzie o nowego papieża, z każdą chwilą kręci się coraz szybciej. Po pierwszym szoku, który sprawił, że nieprzyjaciele Kościoła, zaczęli przeklinać Benedykta, że miał on czelność zrezygnować ze służby owemu Kościołowi, i w ten sposób zasiał w ich sercach lęk o Jego przyszłość, pozbierali się oni wszyscy jako tako, i zaczęli obstawiać swoje typy. Ponieważ jednak stan ich umysłów nie pozwala im nawet na spokojne oddawanie moczu, na tyle choćby, by sobie przy tym nie nasikać w spodnie, ta giełda wygląda jak wygląda, a część z nich zaczęła wręcz przebąkiwać o Kazimierzu Nyczu. Że on byłby w sam raz.
A ja pamiętam jak w roku 1978 ogłoszono, że Konklawe obrało papieżem kardynała Wojtyłę, w antypaństwowo nastrojonej części społeczeństwa pojawił się żart o rozczarowaniu komunistów tym, że miał być towarzysz Babiuch, a tu nagle jakiś Wojtyła. Śmialiśmy się z tego żartu głośno i przeciągle, i ani nam do głowy nie przyszło, że kiedy już Polska odzyska wolność, dowcip ów powróci do nas w formie karykatury.
Z tej właśnie okazji przypomniało mi się też pewne stare już trochę kazanie arcybiskupa Nycza, a właściwie pewien drobny, choć z naszego dzisiejszego punktu widzenia kluczowy, jego fragment, który tak poruszył siły Mordoru, że ów fragment wyświetlił się od razu na tefaunowskim pasku, informując wszystkich pobożnych Polaków, że arcybiskup Nycz właśnie ogłosił koniec żałoby. Z newsem tym pobiegłem do mojej żony, a ona wtedy zrobiła wielkie oczy i spytała: „A to była jakaś żałoba?”
W tej sytuacji, pozostało mi tylko się rakiem wycofać i zanurzyć w dalszych, jakże naiwnych rozważaniach. Przy okazji, już po chwili doszła do mnie informacja uzupełniająca, że arcybiskup Nycz, nie dość, że poinformował nas o końcu żałoby, to w dodatku jeszcze, uznał za konieczne dać nam naukę w temacie tzw. woli bożej, a więc czegoś, czemu my – za przykładem Hioba – mamy się bezwzględnie podporządkować.
Kiedy już sprawę odpowiednio przeżuł TVN, zgłosiła się do nas ”Gazeta Wyborcza”, i z dumą i satysfakcją, pod optymistycznym tytułem „Koniec żałoby”, zacytowała owe święte słowa owego świętego człowieka:

„Cmentarz nie jest naszą świątynią ani naszym domem. Owszem, przychodzimy tam opłakiwać najbliższych, ale przychodzi moment, kiedy musimy wrócić do codziennego życia i podjąć te wszystkie trudy, które są do podjęcia w ojczyźnie, Kościele, rodzinach. Niezbadane są wyroki boskie, człowiek ma prawo stawiać pytanie: ‘Dlaczego tak się stało?’. Niemniej nie możemy się na tym zatrzymać. Często trzeba powiedzieć sobie jak Hiob biblijny: ‘Bądź wola Twoja’”.

A ja sobie myślę tak. Od tego czasu minęły już lata, a ja wciąż mam kupione u Niepoprawnych dla nas wszystkich malutkie przypinki, z białoczerwoną szachownicą i napisem ‘Katyń 10.04.2010’, i niekiedy wciąż noszę taką wpiętą w kurtkę tuż nad zbolałym sercem. I wciąż się niekiedy zastanawiam, co by sobie o mnie pomyślał kardynał Nycz, gdyby zobaczył, że mimo upływu lat od dnia, kiedy on zakończył żałobę, ja tak wciąż lekceważę jego zalecenia?
I wtedy sobie myślę, że może faktycznie wypadałoby ją zdjąć. Zdjąć, bo inaczej będę miał grzech pogardy dla bożej woli? No dobra. Załóżmy, że ją zdejmę. A co ja mam zrobić, jeśli oni mi ów skrwawiony i unurzany w błocie strzęp białoczerwonej szachownicy pokażą znów w telewizorze? Jak mam zareagować? Czy mam na ten obraz patrzeć, czy może pokornie spuścić oczy i zająć się „ojczyzną, Kościołem i rodziną” w jakiś inny sposób, tak by przede wszystkim zadowolony był ze mnie arcybiskup Nycz? No a kiedy, nie daj Boże, znów mi przyjdzie zobaczyć, jak jacyś nieznani mi ludzie pakują do worków moje kwiaty, krzyże i znicze, by je wywieźć na miejskie wysypisko śmieci, a wokół stoi tłum ludzi, z których jedni płaczą, a drudzy zacierają ręce z satysfakcji, to co mam czuć? Co arcybiskup Nycz mi radzi czuć w takim momencie? Powiew woli bożej? Jej niezbadaność? I to tak od razu, czy może najpierw powinienem oczyma wyobraźni przyjrzeć się, jak ten stan praktycznego uniesienia osiągnął sam Arcybiskup? Sam? A może jemu ktoś w tym po przyjacielsku pomógł? Ktoś bardziej rozumiejący się w meandrach życia na styku woli bożej a historycznej konieczności? I tak wspólnie uradzili sprawę końca żałoby. Ksiądz wniósł wiarę, a jego przyjaciel rozsądek.
Jakiś czas temu, przy okazji kolejnych refleksji na temat aborcji, napisałem tu o piosence Boba Dylana, gdzie pojawia się historia boksera, który zabił na ringu swojego przeciwnika. Pomysł tej narracji jest taki, że Dylan przytacza słowa różnych osób, w ten czy inny sposób organizujących tę walkę, z których każdy tłumaczy swój udział w tym przedsięwzięciu słowami: „To nie ja”. A więc jest sędzia, który nie przerwał walki, jest tłum, który dopingował zawodników, jest menedżer zmarłego boksera, który zwyczajnie nie wiedział, że jego podopieczny jest nie w pełni formy, jest dziennikarz sportowy, zachęcający do szerokiej promocji boksu, jest nawet sprzedawca biletów na tę walkę, który jedyną swoją winę widzi w tym, że taki ma zawód. Ale i wreszcie jest sam bokser, który swoimi ciosami zabił drugiego człowieka. I on akurat nie wchodzi w jakieś szczególnie pokrętne dywagacje. Stwierdza prosto i zwyczajnie: „To przeznaczenie. To wola boża”. Dokładnie w ten sposób. „It was destiny. It was God’s will”.
Ciekawe, proszę Księdza Arcybiskupa, prawda? Że akurat on. Bezpośredni sprawca, właściciel tej pięści, powołuje się na wolę bożą. Bardzo to interesujące. Jak to łatwo znaleźć się w złym towarzystwie, czyż nie?
Smutno mi jak cholera. Żeby nas tak bezlitośnie i głupio opuścić. Tego się po moim Kościele nie spodziewałem. I właśnie z tego powodu, kiedy wciąż przeżywam zapowiedź odejścia papieża Benedykta, pojawia się w moim sercu iskierka nadziei, że następnym papieżem nie będzie jednak kardynał Nycz, ale ktoś, kto za jeden ze swoich pierwszych obowiązków uzna spotkanie się właśnie z nim i wytłumaczenie mu, dlaczego Kościół uznał go za Swój bardzo poważny zawód.

środa, 19 października 2011

O baranach na mecie

Tak się dziwnie porobiło, że poprzedni tekst zacząłem pisać w powyborczy poniedziałek, a skończyłem tuż przed publikacją. Muszę jednak się pochwalić, że jak idzie o główną tezę tego tekstu, a więc moje smutne podejrzenie, że nadchodząca kadencja przyniesie nam sytuację, kiedy to Donald Tusk wraz ze swoimi ministrami wycofają się z publicznej przestrzeni, natomiast całe oficjalne życie polityczne będzie się toczyć między pisowską opozycją, a Klubem Parlamentarnym Ruchu Palikota, ona akurat narodziła się jako pierwsza. To jest bowiem to, co mi przyszło do głowy już w pierwszym momencie, kiedy dowiedziałem się, że Ruch Palikota osiągnął w tych wyborach trzeci wynik i że większość zapowiadanych przez niego gwiazd do Sejmu się dostała. Że nowa debata ograniczy się wyłącznie do tego, co do niej wprowadzi Janusz Palikot, a usłużne media sprawią tylko, że spragniony codziennej porcji newsów obywatel uzna, że to jest właśnie to, czego on zawsze potrzebował. Nie jakiegoś przynudzania na temat finansów, tej jakiejś infrastruktury i walących się szpitali, ale czegoś w temacie Krzyża, bogatych księży, prześladowanych transwestytów i gejów, którzy chcą mieć dziecko i w ogóle życia, panie, życia!
Moje obawy potwierdzał każdy kolejny dzień, a wczoraj wszystko się przepięknie dopełniło w telewizyjnym programie Tomasza Lisa. Nie oglądam tego programu. O ile sobie dobrze przypominam, zdarzyło mi się to w życiu zaledwie dwa, czy trzy razy. Kiedyś, może jakimś przypadkiem, i stosunkowo niedawno, przy okazji słynnej już rozmowy z Jarosławem Kaczyńskim. A i to tylko dlatego, że ktoś na blogu wspomniał o tym, że u Lisa będzie Kaczyński. Gdyby nie to, pewnie bym o tej rozmowie nawet nie wiedział. Ostatni program Lisa obejrzałem więc już tylko w Internecie, a zrobiłem to, ponieważ z wielu naprawdę miejsc zaczęły do mnie dochodzić informacje, że było naprawdę ciekawie i że warto popatrzeć. Obejrzałem więc ten program w całości i przyznaję – było fascynująco.
Skład uczestników był jak najbardziej słuszny, zrównoważony i sprawiedliwy. A zatem, z jednej strony siedzieli przedstawiciele Nowej Europy, a więc Magdalena Środa, Robert Biedroń i Robert Leszczyński, a z drugiej dewocja, czyli Stefan Niesiołowski, Tadeusz Cymański, jeden ksiądz i jeden Murzyn. Murzyn akurat z mety został z dyskusji wyeliminowany, trochę pewnie dlatego, że układ czterech na trzech – nawet biorąc pod uwagę miejsce zajmowane przez Lisa – byłby niesprawiedliwy, a poza tym on w swojej pierwszej, i, jak się okazało, jedynej wypowiedzi, uczciwie zapowiedział, że jemu akurat jest obojętne, czy krzyż w sejmie będzie wisiał, czy nie, Biedroń na to powiedział, że on mu dziękuje za wsparcie, no i to, jak idzie o Murzyna, jest wszystko.
A zatem, jak wspomniałem, wszystko zostało starannie i uczciwie zorganizowane, a więc był panel dyskutantów, osoba dyskusję moderująca, no i niezwykle ważny społecznie, i interesujący jak diabli temat: „Czy w Sejmie powinien wisieć krzyż?”. Wbrew temu, czego pewnie niektórzy się po mnie spodziewają, nie będę tu relacjonował punkt po punkcie tej debaty, nie będę krytykował Lisa za to, że jak zwykle nie potrafił zapomnieć o tym, że ma poglądy i to poglądy dramatycznie jednoznaczne, ani nawet nie planuję się tu znęcać nad Środą. Chcę bowiem wyłącznie zwrócić uwagę na dwie rzeczy, związane z moimi kasandrycznymi przepowiedniami z początku zeszłego tygodnia. Pierwsza to taka, że program ten w sposób bardzo jednoznaczny potwierdził moje obawy, i jednocześnie bardzo dokładnie pokazał, jak to co przed nami będzie wyglądać. Pokazał też przy tym, jak bardzo zdeterminowani są ci, którzy dojrzeli tu swoją szansę i postanowili zacząć wprowadzać nowe porządki ostro i od zaraz.
Druga rzecz, na którą chcę pokazać i podzielić się w tym temacie pewnymi refleksjami, to wyraźnie dziś już widoczna przyczyna, dla której to co się stało, mogło w ogóle mieć miejsce. A chodzi mi tu ni mniej ni więcej jak tylko o fakt, że ów zamach na Kościół i religię ma dziś miejsce po raz pierwszy od wczesnych lat 90-tych, kiedy to System w tak pamiętny i zorganizowany sposób próbował tę operację przeprowadzić, i że są ku temu jednoznaczne powody. To w jaki sposób Środa, Biedroń i Leszczyński prowadzili swoją krucjatę, robiło naprawdę wrażenie imponujące. I nie chodzi mi oczywiście o merytoryczną wartość ich wystąpień, ale o czystą i żywą determinację. Z tego, jak oni się zachowywali, co mówili, w jaki sposób to mówili, wynikało w sposób oczywisty, że oni świetnie wiedzą, o co toczy się walka i jakie się otwierają przed nimi szanse. Każdy z nich zachowywał się, jak zwierzę, najpierw trzymane przez wiele długich dni w klatce, o brudzie i głodzie, i nieustannie karmione złością i obietnicą już bliskiej wolności, a następnie z tej klatki wypuszczone z okrzykiem: „Bierz!”. Każdy ich gest, każde najkrótsze słowo, każdy grymas na twarzy – a może przede wszystkim, każdy uśmiech – pokazywały, że oni świetnie wiedzą, po co są tam gdzie ich postawiono. Oczywiście i Niesiołowski i Cymański, a szczególnie ksiądz, jak idzie o stronę merytoryczną, byli mocni dokładnie tak jak mocny jest ten nasz pierwszy i jedyny Kościół. Jednak za tym, co oni mówili, stała wyłącznie wiara i poczucie bycia wciąż w większości. Czego natomiast tam brakowało – i nie ma się nawet czemu dziwić – to świadomość tego, że oto zaczęła się wojna. Oni nie walczyli. Oni siedzieli rozsadzeni wygodnie w swoich fotelach i pokazywali, że Bóg jest z nimi.
Jest jednak jeszcze owa druga kwestia, na temat której chciałem tu powiedzieć parę słów. A mianowicie związana z pytaniem, cóż to takiego się stało, że ten atak nadszedł tak nagle, i z taką siłą? Ktoś powie, że odpowiedź jest oczywista. Palikot wszedł do Sejmu z 40 swoimi ludźmi i robi awanturę. Otóż nie. Palikot mógł wchodzić do Sejmu pod wieloma pretekstami, a pretekst antyreligijny wcale tu nie był najmocniejszy. On zabrał się za Kościół i naszą wiarę wyłącznie dlatego, że otrzymał od nas sygnał, że my jesteśmy tak bardzo skłonni do ustępstw. Ale i to by pewnie mu nie wystarczyło, gdyby ta nasza deklaracja nie została tak mocno wsparta autorytetem Episkopatu, biskupów i często też zwykłych księży. Uważam, że pierwszym powodem tej agresji, jest to, że Palikot, a z nim cała ta hałastra, poczynając od Środy, a kończąc na dzieciach ze szczególnym upodobaniem dewastujących ostatnio nasze cmentarze, otrzymali bardzo czytelny sygnał ze strony polskiej hierarchii, że to coś cośmy zawsze nazywali Ludem Bożym, czy niekiedy, bardziej górnolotnie, Jego Owczarnią, zostało pozbawione pasterza. Kiedy ten sygnał został wysłany po raz pierwszy? Oczywiście, nie mam żadnych wątpliwości, że pierwsze próby pojawiały się już dawno – może jeszcze wtedy, kiedy zmarł Jan Paweł II – natomiast bardziej zdecydowanie owa wiadomość została podana tuż po smoleńskiej katastrofie, a w sposób już zdecydowanie bardziej jednoznaczny została potwierdzona w sytuacji, gdy zjednoczone siły Systemu rzuciły się na bezbronnych ludzi stojących tamtego lata pod smoleńskim krzyżem, a Kościół na to wszystko wzruszył ramionami. Uważam że to właśnie wtedy Zło dostrzegło światło w tym czarnym tunelu i przegrupowało siły.
Podczas wczorajszej – czy tak naprawdę przedwczorajszej – debaty u Lisa, zdarzyły się jednak dwie rzeczy, o których chciałbym tu wyjątkowo wspomnieć. Obie związane z osobą Stefana Niesiołowskiego, który – trzeba mu to przyznać – do pewnego momentu bardzo dzielnie wypluwał potoki swojej kultowej już śliny w stronę Środy i jej towarzystwa. Pierwsza miała miejsce, kiedy to pogardliwie rzucił poganom w twarz ową starą prawdę, że Kościoła nikt nigdy nie zniszczy, bo Kościół jest święty i boży, a Lis z uśmiechem go spytał: „A co z Hiszpanią?” I Niesiołowskiego zatkało.

Druga wydarzyła się też tak mniej więcej w tym samym czasie, a więc już pod koniec spotkania. Ani niczym nie sprowokowany, ani nie zmuszony jakąś bieżącą potrzebą sklejenia kolejnego argumentu, Stefan Niesiołowski – człowiek, czego wszyscy jesteśmy pewni, pobożny i wierny – zaczął ni z tego ni z owego informować wszystkich, co on sądzi o Kaczyńskim i o ojcu Rydzyku. I w tym momencie rozległy się brawa. Brawo biła Magdalena Środa, brawo bił homoseksualista Biedroń i jak najbardziej brawo bił człowiek nazwiskiem Leszczyński. Oni bili brawo, Tomasz Lis siedział wygodnie w swoim fotelu, spokojny i pełen satysfakcji, a Stefan Niesiołowski kończył swoją kwestię, ciężko dysząc gniewem i zwykłym przecież zmęczeniem. Jak po długim biegu.
I to mnie akurat nie zdziwiło. Bo wiem, że ten bieg był naprawdę długi. Stefan Niesiołowski, podobnie jak wielu jego przyjaciół z Platformy Obywatelskiej, wliczając w to ludzi może nawet jeszcze bardziej pobożnych od niego, jak poseł Gowin, czy prezydent Waltz, nie mówiąc już o ich wybitnych pasterzach, jak kardynał Dziwisz, czy sam metropolita Nycz, właśnie dobiegli do mety. Dziś stoją u swojego celu, rozglądają się ciekawie wokół, widzą, że wprawdzie nie udało się wygrać, bo tak jakoś wyszło, że wygrał kto inny, no ale stoją i dyszą. Trochę zdziwieni, trochę rozczarowani, ale z całą pewnością dumni, że przynajmniej mieli dobre intencje. A ja jestem tylko ciekaw, czy oni w ogóle słyszą te brawa. Jestem bardzo ciekawy, czy wśród nich są tacy, co te brawa słyszą i je rozumieją. Myślę, że się tego już niedługo dowiemy. Tymczasem my róbmy swoje. Ja będę pisał te teksty, inni będą je czytali, i też robili swoje. Mam nadzieję, że znajdzie się też w tym wszystkim i miejsce dla tej mojej książki i tej pomocy, o której wciąż tu ze wstydem przypominam.

niedziela, 20 marca 2011

O kretach naszych i nie naszych

Kiedy w Internecie pojawił się w roli blogera Jarosław Kaczyński, podniosła się wokół wrzawa jakiej świat nie widział. Głównie poszło o to, że Kaczyński to wieśniak, który nie rozróżnia klawiatury od monitora, a kiedy słyszy słowo ‘mysz’, to myśli o swoim kocie, więc to jego blogowanie to pic, bujda i śmiech. Osobiście, przyznam, nie bardzo jestem za tym, by ludzie tacy jak Jaroslaw Kaczyński zajmowali się blogowaniem, przede wszystkim dlatego, że do tej roboty trzeba mieć bardzo dużo czasu i pewnego rodzaju wolność, która pozwala to medium jakim jest Internet wykorzystać do końca, no a poza tym, Jarosławowi Kaczyńskiemu akurat coś takiego jak blog, jest jak psu na budę, bo który z tych, co go dotychczas nienawidzili i życzyli mu wyłącznie śmierci, powie nagle, że z tego Kaczora to jednak równy gość? Natomiast ci, co go szanują , wiedzą to i bez tego.
A zatem kto się miał pośmiać, to się pośmiał, przy okazji odkurzono parę starych kłamstw i sprawa przycichła. Nawet nie wiadomo, czy po tych dwóch pierwszych notkach pojawiła się kolejna. Może i tak. W każdym razie, bez sensacji. Natomiast wśród blogerskiej braci, na Nowym Ekranie pojawił się ubiegłym tygodniu Artur Zawisza, i to od razu z dwoma kolejnymi wpisami. I to – odwrotnie niż w przypadku Jarosława Kaczyńskiego, który przecież ma co robić – mnie w najmniejszym stopniu nie zdziwiło. Od czasu kiedy ów Zawisza postanowił z hukiem opuścić Prawo i Sprawiedliwość i zademonstrować przy tym całemu światu, co sobie myśli o Polsce i Jej sprawach, jego los potoczył się w tempie lawinowym. Najpierw, wspólnie z paroma kolegami, założył bardzo patriotyczną i bardzo pobożną oczywiście partię, następnie – widząc, że nikogo to nie obeszło – rozwiązał ją i przyłączył się do jakiegoś irlandzkiego prawicowego internacjonalisty, a następnie, nie potrafiąc znaleźć żadnego porządnego oparcia na miejscu, zwrócił się do Lecha Wałęsy. W tym momencie, co było dla wszystkich, tylko nie dla niego samego, naturalną konsekwencją tego ostatniego ruchu, Artur Zawisza spadł na przysłowiową mordę i na pewien czas tak już został.
Kiedy się w końcu podniósł i jakoś pozbierał, udzielił wywiadu Rzeczpospolitej, który, moim zdaniem powinien trafić do podręczników historii zdrady i zaprzaństwa, ale który – pewnie ze względu na powszechny brak zainteresowania losami kogoś takiego jak Zawisza – zniknął w ciemnościach niepamięci. Ja go jednak zauważyłem, zapamiętałem, a nawet opisałem dwukrotnie na blogu. Ostatnim razem niedawno, własnie po tryumfalnym powrocie Artura Zawiszy na scenę. O co poszło w rzeczonym wywiadzie? Otóż Artur Zawisza, zapytany o swoje aktualne plany, zakomunikował w nim ni mniej ni więcej tylko to, że teraz to on już się skupia na „wielopłaszczyznowej działalności biznesowej”, a następnie – gdyby ktoś go jednak potrzebował – dodał, że oczywiście „zdarza się, że ojczyzna woła”, ale żeby on wrócił, „musiałaby bardzo głośno krzyczeć”.
I ten fragment mnie autentycznie poraził. No bo mamy takiego Zawiszę, człowieka, o którym się mówi, że on u siebie w domu, zaraz przy drzwiach ma zainstalowaną miskę z wodą święconą, który tak ukochał Boga i Ojczyznę, że w pewnym momencie uznał za stosowne tę swoją miłość wyrazić w taki o to sposób, że tę ukochaną Ojczyznę zachęca, żeby, jak Ona będzie go kiedy potrzebowała, to ma zacząć drzeć mordę, bo inaczej Zawisza – zajęty „wielopłaszczyznową działalnością biznesową”, może Jej nie dosłyszeć. Ja oczywiście nigdy sobie po Arturze Zawiszy wielkich nadziei nie robiłem, ale ten fragment zrobił na mnie wrażenie naprawdę dojmujące. Ktoś mi powie, że Zawisza jest zwyczajnie głupi i nie wiedział, co mówi. Otóż nie sądzę. Ja uważam, że może on i jest głupi, ale nie „zwyczajnie”. On może i jest głupi, ale przy okazji jest cwany jak cholera i bardzo konkretnie skupiony na celu. On może i jest głupi – bo gdyby nie był, to by dziś był zupełnie gdzie indziej niż jest – natomiast trudno mu zarzucić, że on nie wie co robi i co mówi. Jestem pewien, że to co wyłazi z zacytowanego przeze mnie fragmentu, to jest cały on – polski patriota i katolik, człowiek pobożny, histeryczny antykomunista, prawicowy konserwatysta i Polak. Taki sam jak jego kumple. Cały szereg jego kumpli, takich jak on, prawicowych działaczy niepodległościowych. Oni tę Polskę tak ukochali, że w pewnym momencie uznali, że właściwie są z Nią skumplowani i właściwie teraz już trudno powiedzieć, kto kogo bardziej potrzebuje – oni Polski, czy Polska ich.
Więc Artur Zawisza to przede wszystkim nadęty cwaniak. Nie głupiec, ale nadęty, przebiegły cwaniak. To cwaniactwo wylazło z niego właśnie dziś, kiedy pojawił się na tym Ekranie i zapowiedział, że teraz on będzie blogował. I to jest coś, co mnie autentycznie przeraziło. Bo o ile tamten wywiad dla Rzeczpospolitej był głownie irytujący, to co on wyprawia teraz, budzi czystą grozę. Czego ja się boję? Tego mianowicie, że mam wrażenie, że jak idzie o tak zwaną scenę prawicową, z którą jak by nie było, sam się utożsamiam, ona jest w bardzo znacznym nadmiarze wypełniona takimi Zawiszami. Z czego to się bierze? Wydaje mi się, że przede wszystkim chodzi o to, że żaden inny nurt ideowy nie był tak serdeczny i szczery, jak nurt patriotyczny. Co to ma wspólnego z Zawiszą? Zaraz powiem. Proszę o chwilę cierpliwości. Otóż miłość do Ojczyzny wielu ludzi tak bardzo uwrażliwiła, że oni często stracili jakiekolwiek mechanizmy obronne. Weźmy komunistów, czy w ogóle lewicę. Oczywiście oni są ideowi, bardzo przywiązani do tych swoich obsesji, ale to wszystko u nich w dużym stopniu pozostaje w sferze intelektualnych rozważań. Owszem, bywa i tak, że któryś z nich tak się wścieknie, że kogoś zabije, albo coś podpali, generalnie jednak oni głównie siedzą i ględzą, a jak nie siedzą i ględzą, to się bawią.
Dobrze tę różnicę widać na przykładzie tego, co się dzieje pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Ludzie, którzy tam są od początku, modlą się, płaczą, wyrywają sobie niemal z żalu i rozpaczy serca, proszą Boga o to, by ich wołania usłyszał, natomiast ci co przyszli tam później – prawdopodobnie nie wiele mniej od nich zaangażowani – wyłącznie się bawią i rechoczą. W nich nawet nie ma wściekłości. Jest tylko, z jednej strony, poważna teoretyczna myśl, a z drugiej figiel. I teraz jest tak, że jeśli ja postanowię zakraść się w tamto środowisko jako tak zwany kret, to nawet nie bardzo znajdę sposób, żeby ich swoją osobą zainteresować. No bo co ja w końcu mogę im powiedzieć? Że słuchaj stary, ale te mochery są durne? Albo że ten Kaczor ma jedną nogę stewardesy a drugą generała i to musi bardzo śmiesznie wyglądać, chodźmy się napić? A kogóż to zainteresuje? Poza tym, oni i tak od razu jakoś zauważą, że ze mną jest coś nie tak i mnie spławią.
Tymczasem, jak idzie o naszą stronę, nie ma nic prostszego, żeby zdobyć nasze serca i dusze. Wystarczy że przyjdzie jakiś wół, padnie na kolana, wyciągnie różaniec i zacznie chlipać, a my go od razu przytulimy do serca. Więcej. Nawet jeśli on nam powie, że przez całe lata był komunistą i ubekiem, ale jak zobaczył ten krzyż i tych ludzi, to coś mu w sercu pękło i zrozumiał, jak bardzo błądził, to tym bardziej go pokochamy. Bo my lubimy przebaczać, my wiemy, że każdy człowiek jest bożym dzieckiem i my tak naprawdę ludzi lubimy. No więc przyłażą. Włażą drzwiami i oknami. Czasem, oczywiście, dlatego, że nie mają co z sobą zrobić i myślą, że właściwie na tej prawicy jest całkiem fajnie, ale często przyłażą, bo zostali tu skierowani. A wiedzą też świetnie, że to jest robota i łatwa i przyjemna i jest też przy niej dużo śmiechu.
Popatrzmy na przypadek tego szpiega Turowskiego. Ja naturalnie biorę pod uwagę, że kiedy on po raz pierwszy zjawił się u Jezuitów i powiedział, że chciałby zostać jednym z nich, to ten Koczwara, który tam był wówczas prowincjałem, doskonale wiedział, kim Turowski jest, i właśnie o to chodziło. Natomiast nikt mi nie powie, że przez te wszystkie kolejne lata, kiedy on funkcjonował we wszystkim możliwych prawicowo-kościelnych układach jako wielki Polak, patriota, katolik i świetny kumpel, to tylko dlatego, że tam byli sami agenci. Mowy nie ma. Gdyby tak było, to mielibyśmy problem z głowy. Sprawa natomiast polega na tym, że oni wszyscy autentycznie byli przekonani, że ten Turowski to jest nasz człowiek. I można by się zastanawiać, jak on to zrobił, gdyby nie fakt, że odpowiedź aż się narzuca. Otóż moim zdaniem, on nie miał z tym większego problemu, zwłaszcza, że był agentem nie byle jakim, ale super świetnie przygotowanym. W jego sytuacji, z całą pewnością wystarczyły podstawowe umiejętności aktorskie i tak zwane ‘gadane’. W jego sytuacji, jeśli były jakieś trudności, to ewentualnie na samym początku. Kiedy już przeszedł pierwsze metry, wystarczyło z pewnością tylko się powoływać na rekomendacje ze strony znanych i uznanych polskich patriotów. Najlepiej księży. Bo przecież my Polacy księdza zawsze bardzo szanowaliśmy.
I teraz mamy naszą prawicę – rozdrobnioną, pokłóconą, z jednej strony pełną podejrzeń, a z drugiej pełną otwartych serc i miłości do drugiego człowieka. Od dwudziestu lat, cała moskiewsko-berlińska agentura rozprowadza nas jak chce, wiedząc właściwie o nas tylko jedno. Że z nami nie ma w ogóle problemu. Że my jesteśmy tak bardzo spragnieni prawdy, sprawiedliwości i Boga, że wystarczy rzucić nam parę wytartych sloganów i wszystko pójdzie jak po maśle. Czasem oczywiście trzeba się trochę wysilić, ale na ogół wystarcza najpierw zacząć od zwykłego „Z Bogiem, przyjacielu”, a do tego dodać polityczną analizę w rodzaju: „Jaruzelski to kanalia” i będzie spokój. Mamy kolejną duszę. Możemy się już zacząć liczyć.
Czemu ja jestem taki okrutny i nieprzyjemny? Skąd ja wiem, że mam rację? Czemu obrażam dobrych ludzi? Oczywiście, biorę pod uwagę, że się mogę mylić, ale do tego bym to przyznał, ktoś mi to musi najpierw wykazać. Póki co jednak, ja tylko widzę, co się wyprawia. Przychodzi ten Artur Zawisza – człowiek, który powinien być przede wszystkim już w pierwszej chwili kopnięty w dupę i wyrzucony za drzwi, za to czym się okazał i co, wcale przecież nie w ukryciu, przez parę dobrych lat, wyprawiał – i nawet nie próbuje się jakoś szczególnie napinać, tylko coś nam pieprzy o Zawiszy Czarnym, o sztandarach, o polskiej krwi i o tym, że Ojczyzna coś tam. I to, jak się okazuje, wielu z nas całkowicie wystarczy. Witamy, panie pośle. Jak to dobrze, panie pośle. Powinniśmy być razem, panie pośle. Dziękujemy, że jest pan z nami, panie pośle. A jak ktoś nie daj Boże zapyta go, co on tu w ogóle szuka, to zaraz ktoś przyjdzie i powie, że gości trzeba traktować elegancko. I że każdemu się zdarza pobłądzić.
Ja nie przesadzam. Artur Zawisza w obu swoich wpisach na Nowym Ekranie, nie mówi jednego zdania, które byłoby czymś ponad najbardziej wyświechtaną narodową, najbardziej zużytą retorykę. Ja wręcz podejrzewam, że on te zdania przepisał z jakiś starych patriotycznych tekstów, niewykluczone że po prostu z Trylogii Sienkiewicza. On nie mówi, po co przylazł, z kim przylazł, co ma zamiar robić. Zero. Tu nie ma nic. On wyłącznie, na najwyższych rejestrach, odstawia jakąś nadętą poezję dla nie wiadomo kogo, a wokół niego zbiera się tłum biednych, zahukanych ludzi, którzy, jak się okazuje, tylko czekali, aż on w końcu przyjdzie i powie coś pięknego. Coś naprawdę pięknego.
Ktoś mi powie, że ja nie powinienem szydzić z dobrych, szczerych ludzi. Tyle że ja z dobrych i szczerych ludzi nie szydzę. Ja się nimi autentycznie martwię. Jeśli kogoś w tym tekście chcę obrazić, to wyłącznie Artura Zawiszę i jemu podobnych. I to nawet nie za to, kim są i co robią, ale za to, że oni się już tak wybezczelnili, że uważają mnie za idiotę. Że oni uznali, że ja – jako Polak, patriota i katolik – jestem tak głupi, że oni nawet nie muszą się starać, żeby mnie wykiwać. Że do mnie wystarczy wpaść między zmianą koła w samochodzie i posiedzeniem w jakiejś radzie nadzorczej, wrzucić mi parę tekstów o tym, że Ojczyna jest skąpana we krwi sztandarów, i ja od tego się pobeczę ze wzruszenia. Jak bardzo Artur Zawisza i jego kumple muszą mną gardzić, jak bardzo oni muszą nienawidzić Polski, żeby najpierw tę Polskę po chamsku wykorzystać, a następnie tym, co im z tego wykorzystania wyszło, próbować mnie nakarmić. Jestem pewien, że oni za to co robią będą się smażyć w piekle. Ale wcześniej, mam nadzieję, ktoś, kiedyś, któregoś z nich dopadnie na jakimś spotkaniu, czy wiecu, i kiedy on będzie odstawiał tę nawijke na temat sztandarów, tak go kopnie w dupę, że wpadnie za kurtynkę. I że TVN24 to sfilmuje i pokaże mi to do kolacji. A jak się skończy Wielki Post, to może i pod od szklaneczkę Jacka Danielsa.

Jak już większość z nas wie, utrzymując ten blog, utrzymuję jednocześnie rodzinę. Bez tej pomocy, nie byłoby nic. Ta pomoc jest wszystkim. Dziękując tym którzy czują tę bliskość za to co się stało dotychczas, bardzo proszę o dalsze wsparcie, kierowane na zamieszczony obok numer konta.

piątek, 17 września 2010

Jan Tyrawa - Homilia

Don Paddington, w swoim niezwykłym komentarzu, który zamieściłem dziś przed południem, zwrócił uwagę na kazanie ordynariusza bydgoskiego ks. bp. Jana Tyrawy którą ten wygłosił w sanktuarium Świętego Józefa w Kaliszu w czasie V Pielgrzymki Rodziny Radia Maryja, 2 września 2010 r. Ci którzy są przekonani, że radio ma ryja, a Ojciec Dyrektor nazywa się Rydzyk, a nie Zięba, oczywiście mogą zająć się czymkolwiek innym. Ci natomiast których irytuje to, ze zamiast pisać kolejny tekst, oddaję na pewien czas ten blog wybranym księżom i biskupom, niech sobie dla przykładu poczytają tekst o nawiedzeniu, zamieszczony tu ledwo co wczoraj. Skoro im się dotychczas nie chciało, dziś będą mieli jak znalazł. Resztę gorąco zachęcam.
Pierwszy czwartek miesiąca września gromadzi nas na Eucharystii w sanktuarium św. Józefa w Kaliszu. Ten dzień został obrany jako pielgrzymkowy słuchaczy Radia Maryja i Telewizji Trwam. Hasło tej pielgrzymki to: "Błogosławiony Jerzy Popiełuszko obrońcą życia poczętego - Kto broni człowieka poczętego, będzie bronił każdego". Sądzę, że dla ważności tego tematu dobrze będzie nakreślić współczesne jego tło, które czyni go ciągle aktualnym i koniecznym. To właśnie tło stwarza nowe zagrożenia i domaga się nowych przemyśleń, aby je obnażyć i im zaradzić.
Kardynał Joseph Ratzinger w przeddzień wyboru na Papieża zauważył coś, nad czym nie wolno nam przejść obojętnie: "Wyznawanie jasno określonej wiary, zgodnie z Credo Kościoła, jest często określane jako fundamentalizm. Natomiast relatywizm, to znaczy poddawanie się 'każdemu powiewowi nauki', jawi się jako jedyna postawa godna współczesnej epoki. Tworzy się swoista dyktatura relatywizmu, który niczego nie uznaje za ostateczne i jako jedyną miarę rzeczy pozostawia tylko własne ja i jego zachcianki". W komentarzu do tej uwagi napisano: "Marsz w kierunku totalitaryzmu rozkłada się na trzy etapy. Pierwszym jest negacja prawa i prawdy obiektywnej, czego konsekwencję stanowi zrównanie dobra i zła, grzechu i cnoty. Drugim - instytucjonalizacja dewiacji moralnych objawiająca się w przemianie prywatnej niegodziwości w publiczną cnotę. Trzecim wreszcie - wprowadzenie ostracyzmu społecznego i prawnej karalności dobra. Do tego momentu właśnie doszliśmy. Żyjemy w społeczeństwie hołdującym swoistemu antydekalogowi, w którym dozwolone jest wszystko poza publicznym deklarowaniem wierności zasadom porządku naturalnego i chrześcijańskiego". I dalej: "Dyktatura relatywizmu to w swych ostatecznych konsekwencjach odrzucenie światła rozumu i wzgardzenie łaską Bożą. Po drodze rezygnuje się z wiary i praw Boskich, potem praw wpisanych w ludzką naturę, by wreszcie pozbyć się samej filozofii, która stawia pytania o prawdę i sens bytu. Tak rodzi się na naszych oczach największy w historii totalitaryzm ze swym podstawowym zakazem stawiania pytań".
Wyrazem owej dyktatury jest między innymi sprawa krzyża. Mam tu na myśli nie tylko krzyż spod Pałacu Prezydenckiego i wszystko to, co mu towarzyszy, lecz również to, co go poprzedza w świetle sentencji Trybunału ze Strasburga. Trybunał nakazał zdjąć krzyż ze ścian w szkole we Włoszech po zaskarżeniu jego obecności w miejscu publicznym przez emigrantkę z Finlandii, która nie umiała dostrzec, że ten sam krzyż widnieje na jej ojczystej fladze narodowej. Po tym zaskarżeniu odezwały się podobne głosy także w Polsce, a nawet proces w sądzie już rozstrzygnięty. Wiele rządów europejskich wypowiedziało się za pozostawieniem krzyży w szkołach. Rząd Polski jak dotąd tego nie uczynił. Wnosi się postulat usunięcia krzyża ze ścian w miejscach publicznych czy w ogóle z przestrzeni publicznej, właśnie dlatego, że są to miejsca publiczne i że urąga to zasadzie rozdziału państwa od Kościoła. Stwierdza się wprost, że krzyż znajduje się tam wbrew prawu, bezprawnie, że państwo ma być światopoglądowo neutralne. Przy tej okazji zauważmy, że rozumienie przestrzeni publicznej, w której miałoby nie być miejsca na krzyż, rozszerza się na sprawę obecności religii w szkole, uczestnictwo w uroczystościach państwowych i w ogóle obecność symboliki religijnej. Dodajmy na marginesie, że w ostatnim czasie zdjęto krzyż z Rysów, gdzie postawili go GOPR-owcy w stulecie swojej organizacji dla upamiętnienia tych, którzy w górach zostali na zawsze.
Przypatrzmy się temu bliżej. Po raz pierwszy zasadę rozdziału państwa od Kościoła postawiła rewolucja francuska. Uczyniła to jednak w bardzo dwuznaczny i niebezpieczny sposób. Kościół oddzielony od państwa został wyeliminowany ze sfery publicznej. Pozostało w niej samo państwo, które rzekomo nie grzeszy, którego nikt nie ma już prawa upomnieć w jego grzechu. Takie państwo dokonuje rzezi chłopów w Wandei bez żadnych dla niego konsekwencji. Zasadę rozdziału państwa od Kościoła głosi jednak także sam Kościół. Rozumie ją jednak całkowicie inaczej. Państwo i Kościół są dwiema niezależnymi i autonomicznymi instytucjami, nawzajem się uzupełniającymi. To Kościół dostarcza wartości, które wypełniają demokrację, aby nie przerodziła się w kolejny totalitaryzm. Czy obecność krzyża w szkole, urzędzie, szerzej - w przestrzeni publicznej, łamie ową zasadę? Przecież szkoła czy jakikolwiek urząd są instytucjami państwowymi, gdzie państwo mianuje urzędników, określa zadania i programy, przeprowadza kontrole. W Sejmie ustanawia prawo, uchwala programy polityczne i ekonomiczne. Wszystko to dzieje się bez bezpośredniego udziału Kościoła. To nie Kościół podnosi podatki. Kościół mówi jednak, że ich niepłacenie jest niemoralne. Katechetę wizytuje dyrektor szkoły i urzędnik z kuratorium. Jeśli chce uzyskać kolejny stopień awansu zawodowego, musi się podporządkować przepisom państwowym.
Za postulatem usunięcia krzyża z przestrzeni publicznej stoi w rzeczywistości nie egzekwowanie rozdziału państwa od Kościoła, lecz próba rozdziału społeczeństwa od religii. Tego rozdziału społeczeństwa i religii dokonać się nie da. Swoistym dowodem na to jest fakt, że usunięcie krzyża, usunięcie jednego symbolu religijnego, tworzy automatycznie drugi symbol religijny czy antyreligijny - pustą przestrzeń. Ta pustka w przestrzeni publicznej staje się religijnym symbolem m.in. owej dyktatury relatywizmu, o czym mówiliśmy wcześniej. Staje się symbolem ateizmu. Czyż większość wypowiedzi domagających się jego usunięcia nie jest tego właśnie ducha? Tymczasem krzyż w przestrzeni publicznej umieściło społeczeństwo, a nie państwo, które jest na służbie społeczeństwa i tkwi w niej od tysiąca lat, a zatem w imię jakiej racji ma być zdjęty? Warto przy tej okazji przypomnieć słowa Jana Pawła II: "Postulat neutralności światopoglądowej jest słuszny głównie w tym zakresie, że państwo powinno chronić wolność sumienia i wyznania wszystkich swoich obywateli, niezależnie od tego, jaką religię i światopogląd oni wyznają. Ale postulat, ażeby do życia społecznego i państwowego w żaden sposób nie dopuszczać wymiaru świętości, jest postulatem ateizowania państwa i życia społecznego i niewiele ma wspólnego ze światopoglądową neutralnością" (Lubaczów, 3 czerwca 1991 r.). Do tej pustej przestrzeni jeszcze powrócimy.
Czym jest sam wyrok sądowy nakazujący usunięcie krzyża czy ogłaszanie, że tkwi bezprawnie, wbrew prawu? Należy tu widzieć bardzo niebezpieczną tendencję - zredukowanie całego życia społecznego do prawa. Prawa, które jest najniższą płaszczyzną życia społecznego, najbardziej grubiańską i prymitywną. Powyżej niego plasuje się moralność, kultura, smak, zwyczaj, religia, które są przecież bardziej subtelne niż prawo. Kiedy wszystko zredukowane jest do prawa, kiedy prawo ma o wszystkim decydować, w rzeczywistości unieważnia wszystkie pozostałe płaszczyzny, po prostu je niszczy. Prawo, które niszczy kulturę, unieważniając ją, niszczy też kulturę prawną. Niszczy elity odpowiedzialne za te sfery. Czy o pięknie muzyki może decydować ktoś, kto w ogóle nie ma słuchu? Tymczasem o sztuce nie decydują elity, tylko sędzia, który nie umie rozróżnić, co jest prawdziwą sztuką, a co skandalem - bo skąd to ma umieć? To sędzia ma decydować o tym, która z naukowych książek ma się ukazać, a która nie. W ten sposób jednoosobowy sędzia czy nawet wieloosobowy zespół staje się nieformalnym organem ustawodawczym, wprowadza nowe prawo i jako organ ustawodawczy czyni zbędnymi pozostałe właściwe organa. Dokładnie w taki właśnie sposób, wyrokiem sądu, w Stanach Zjednoczonych wprowadzona została aborcja. Dzisiaj na naszych oczach wprowadza się prawo, w myśl którego związki homoseksualne są małżeństwami. I tak prywatny pogląd sędziego, nawet wielce niemoralny, staje się publicznym prawem.
Doskonałym przykładem może być także wyrok Trybunału w Strasburgu w sprawie pani Alicji Tysiąc, o którym to wyroku Javier Borrego, sędzia tegoż Trybunału, zgłaszający votum separatum do tegoż wyroku, napisał: "Trybunał zdecydował, że istota ludzka urodziła się ze względu na naruszenie Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Zgodnie z tym rozumowaniem, jest w Polsce dziecko, które ma sześć lat, którego prawo do urodzenia jest w sprzeczności z Konwencją. Nigdy nie sądziłem, że Konwencja mogłaby zajść tak daleko, i uważam, że to przerażające".
Odwoływanie się do prawa, którego treścią miałby być rozdział państwa od Kościoła, też jest nieuzasadnione. Podstawą miałaby być Konstytucja, która jednakże stwierdza, co następuje: "Kościoły i inne związki są równouprawnione. (...) Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniają swobodę ich wyrażania w życiu publicznym". Nie mówi się o rozdziale państwa od Kościoła, ale o bezstronności. Bezstronność państwa wzmacniana jest klauzulą wolności sumienia. Władze państwowe i publiczne "gwarantują swobodę uzewnętrzniania przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych w życiu publicznym". Oczywiście odwoływanie się do sumienia w konsekwencji - co bardzo istotne - niesie w sobie wezwanie do odpowiedzialności tak jednej, jak i drugiej strony. Nie możemy o tym zapomnieć.
Usunięcie krzyża, symbolu religijnego, tworzy inny symbol religijny: pustą przestrzeń społeczną. Czyż już raz nie mieliśmy pustej przestrzeni społecznej, wolnej od krzyża? A czymże był w rzeczywistości wiek XX, realizujący swoją ideologię w dwóch zbrodniczych systemach totalitarnych, począwszy od haseł rzuconych przez Komunę Paryską? Cały wiek wydaje się czasem dostatecznie długim, aby można było zweryfikować prawdziwość rzuconych haseł, tym bardziej że całe państwo ze wszystkimi swoimi organami i całą potęgą militarną było zaangażowane w ich realizację. Co się zrodziło z tej pustej przestrzeni społecznej? Czyż nie jedno z największych ludobójstw, jakiego świat do tej pory nie znał? Poznał dopiero w wieku XX.
W tym miejscu - w naszej refleksji nad tym problemem - chciałbym odwołać się do Leszka Kołakowskiego. Do końca życia nie przystąpił do Kościoła katolickiego, nie przyjął chrztu, a w młodości nawet zwalczał Kościół. Wolno zatem powiedzieć, że wszystko, co na temat wiary mówił, nie było czynione z perspektywy Kościoła katolickiego, lecz na podstawie własnych przemyśleń i wnioskowania. Jest to ważne, bowiem dziś każda uwaga, nawet najbardziej słuszna, czyniona przez wierzącego deprecjonowana jest zarzutem konfesyjności i rzekomo nie może obowiązywać niewierzącego. Ciekawe, że do dzisiaj we Francji trzeci tom zasadniczego jego dzieła "Główne nurty marksizmu" nie został wydany. Sprzeciwiła się temu Nowa Lewica. Jestem ciekawy, czy nowa lewica w Polsce przeczytała ten tom, a tak mocno nawołuje do dialogu.
Właśnie pustka najpełniej charakteryzuje miniony okres. Pustka, której pierwszym źródłem stał się brak konkretnych wartości w imię tolerancji i otwartości. Czy jednak otwartość może być "neutralna aksjologicznie"? Czy oznacza bezkrytyczne otwarcie na wszystkie poglądy i pociąga za sobą zgodę na każde stanowisko? Nie. I właśnie dlatego Leszek Kołakowski z całym przekonaniem mógł stwierdzić: "Ludzkość nigdy nie wyzbędzie się potrzeby identyfikacji w kategoriach religijnych: kim jestem, skąd się wziąłem, gdzie jest moje miejsce, dlaczego mogę wybierać, jaki sens ma moje życie, jak stawić czoło śmierci? Religia jest kluczowym aspektem ludzkiej kultury. Potrzeb religijnych nie da się z kultury ekskomunikować za pomocą racjonalistycznych zaklęć. Nie samym rozumem człowiek żyje". I jeszcze jedna uwaga: "Wraz z zanikiem świętości pojawia się jedno z najgroźniejszych złudzeń naszej cywilizacji: że ludzkie życie można poddać nieograniczonym przemianom, że społeczeństwo jest 'zasadniczo' bytem nieskończenie plastycznym i że kwestionowanie tej plastyczności i tej doskonałości oznacza kwestionowanie całkowitej autonomii człowieka, a tym samym kwestionowanie wartości samego człowieka".
Zakwestionowanie religii i zakwestionowanie "świętości" - przez co rozumieć należy wewnętrzną pracę człowieka nad samym sobą i jego doskonalenie duchowe - dokonało się w imię nauki. Wszystko miało być naukowe. Naukowe miało być pojęcie dyktatury proletariatu. Naukowy miał być światopogląd. I nie to okazało się najgroźniejsze. Owa pustka okazała się "wielką fantazją" nie dlatego, że obiecywała lepsze życie, ale dlatego, że odwoływała się do niezbywalnych duchowych pragnień człowieka i łudziła ich spełnienie - bez krzyża! W tym sensie marksizm pełnił "istotne funkcje religijne i skuteczność jego ma religijny charakter. Dostarczał ślepej ufności co do wspaniałego świata, którego oczekuje ludzkość tuż za rogiem". I tak pusta przestrzeń po zdjętym krzyżu okazała się religijnym symbolem minionej epoki. Mało tego, jak zauważono, w imię owego religijnego symbolu odwołano się w ostateczności do tkwiącego w ludziach łajdactwa. W imię symbolu pustej przestrzeni społecznej. Jakie są szanse jego przezwyciężenia?
Współczesny człowiek coraz bardziej stara się wypełnić tę pustkę właśnie prawem, często byle jakim. Czyni to także za pomocą techniki. Przez to staje się jednak jeszcze bardziej zagrożony egzystencjalną pustką. Zauroczenie technologią sprawia, że całość ludzkiej egzystencji sprowadzona zostaje do techniki i konsumpcji. Technika staje się nawet miarą moralności. Wszystko, co technicznie wykonalne, jest przecież dobre, jak próbuje się nas przekonać. Właśnie dlatego aborcja jest dobra, bo technicznie wykonalna. Jednakże człowiek nie jest algorytmem. Stąd też miłość, ofiara, poświęcanie się, przebaczenie, to właśnie, co nazywamy świętością, niczym nie da się zastąpić. Tym bardziej nie potrafią ich zastąpić egoizm, ludzka próżność, irracjonalizm czy wspomniane wyżej łajdactwo.
Dodatkowym argumentem za świeckością państwa, które usuwa religijne symbole z przestrzeni publicznej, ma być europejskość. Domagają się tego europejskie standardy. Europa ma być świecka, wolna od religijnych symboli. Ma to być znakiem demokracji i wolności Europy. W Polsce nie jest to problem nowy. Spotkaliśmy go podczas IV pielgrzymki Papieża Jana Pawła II do odradzającej się Polski w 1991 r., kiedy to ateistyczne, laickie elity prawie wprost ogłosiły osobę Ojca Świętego w Polsce jako persona non grata, osobę niepożądaną. Mówił o tym Papież w książce "Przekroczyć próg nadziei". Słyszeliśmy wówczas także odpowiedź Jana Pawła II pełną bólu i smutku: "A co ma być kryterium, co ma być kryterium wolności? Jaka wolność? Na przykład wolność odbierania życia nienarodzonemu dziecku?".
"Moi Bracia i Siostry, ja pragnę jako biskup Rzymu - mówił Ojciec Święty - zaprotestować przeciwko takiemu kwalifikowaniu Europy; Europy Zachodniej. To obraża ten wielki świat kultury; kultury chrześcijańskiej, z któregośmy czerpali i któryśmy współtworzyli, współtworzyli także za cenę naszych cierpień. Tu, na tej ziemi kujawskiej, tu, w tym mieście męczenników, to musi być powiedziane głośno. Kulturę europejską tworzyli męczennicy trzech pierwszych stuleci, tworzyli ją także męczennicy na wschód od nas w ostatnich dziesięcioleciach i u nas w ostatnich dziesięcioleciach. Tak tworzył ją ksiądz Jerzy. On jest patronem naszej obecności w Europie za cenę ofiary z życia, tak jak Chrystus. Tak jak Chrystus, jak Chrystus ma prawo obywatelstwa w świecie, ma prawo obywatelstwa w Europie, dlatego że dał swoje życie za nas wszystkich. Ma prawo obywatelstwa wśród nas i wśród wszystkich narodów tego kontynentu i całego świata przez swój krzyż" (Włocławek, 7 czerwca 1991 r.).
Europę stworzyło chrześcijaństwo na kanwie syntezy, jakiej dokonało. Różne były źródła, z których czerpało chrześcijaństwo. Ale trzy źródła okazały się najważniejsze: grecka filozofia, rzymskie prawo i Objawienie zapisane w Starym i Nowym Testamencie. Na bazie tej syntezy chrześcijaństwo ukazało prawdę o tym, że człowiek jest osobą i niesie w sobie niezbywalną godność. Pierwszą definicję osoby ludzkiej podał chrześcijański filozof Boecjusz. Pojęcie godności ludzkiej poza chrześcijańskim obszarem kulturowym jest nieznane. To dlatego tak trudno jest zbudować w niechrześcijańskim świecie demokrację. Na kanwie tej syntezy zrodziły się nauka i technika oraz miłosierdzie. Nie jest zwykłym przypadkiem, że w nowożytnym tego słowa znaczeniu pierwsze uniwersytety powstały właśnie w Europie. Właśnie dlatego, że Europa była chrześcijańska, uniwersytety te mogły powstać. Jeśli Europa jako pierwsza budowała szpitale i przytułki, to mogła to czynić dlatego, że była chrześcijańska. Dlatego też Heinrich Böll mógł powiedzieć: "Nawet najbardziej zły świat chrześcijański wysunąłbym przed najlepszy pogański, ponieważ w chrześcijańskim świecie istnieje przestrzeń dla tych, którym żaden świat pogański nigdy nie przyznał przestrzeni: dla kalekich i chorych, starych i słabych; i więcej jeszcze, jako przestrzeń dał im miłość, tym, którzy dla pogańskiego, jak i bezbożnego świata wydawali się i wydają bezużyteczni. Wierzę w Chrystusa i wierzę, że osiemset milionów chrześcijan na tej ziemi mogło odmienić oblicze tej ziemi, i polecam to do przemyślenia i mocy wyobraźni współczesnym, aby wyobrazili sobie świat, w którym Chrystus nie byłby dany". Czy można wyobrazić sobie świat bez chrześcijaństwa?
W tych dniach świat, nie tylko chrześcijański, obchodzi 100-lecie urodzin Matki Teresy z Kalkuty. Matka Teresa jest doskonałym przykładem na to, co powiedziano wyżej o chrześcijaństwie. Kiedy przybyła po raz pierwszy do Kalkuty i rozpoczęła swoją działalność, z której zasłynęła na cały świat, to ją po prostu z niej wyrzucono. Jej działalność była sprzeczna z tamtejszymi religiami, była wbrew tamtejszym religiom. Religie te widzą sens ludzkiego życia w reinkarnacji, tzn. w wielości wcieleń - poprzez kolejne wcielenia w coraz to wyższe kasty dochodzi się do nirwany, do bezosobowego rozpłynięcia się człowieka w bezosobowym kosmosie, co można byłoby nazwać buddyjskim rozumieniem zbawienia. Zatem jeśli ktoś urodził się jako parias w slumsie, tam także musi umrzeć i nie można mu pomóc, aby nie przeszkodzić mu w reinkarnacji, w drodze do nirwany.
Dzisiaj na to chrześcijańskie pojęcie osoby ludzkiej powołują się także ateiści i niewierzący. I dobrze. Ale łatwo równocześnie zauważyć, że to ich powoływanie się na godność osoby jeszcze samego człowieka nie chroni. Nie chroni w przypadku aborcji, eutanazji czy in vitro. Jaki zatem musiałby zaistnieć przypadek, aby godność osoby okazała się mocniejsza niż zamach na człowieka? Prawdopodobnie istnieje tylko jeden, kiedy taki zamach miałby dotyczyć nas samych, osobiście.
Moi Drodzy! Na zakończenie chciałbym przytoczyć jeszcze jedną wypowiedź Jana Pawła II ze spotkania z roku 1979 ze studentami i profesorami KUL na Jasnej Górze: "Można sprawę Chrystusa osłabić, można jej zaszkodzić niekoniecznie przez wybór światopoglądu, ideologii diametralnie przeciwnej. Każdy człowiek, który wybiera światopogląd uczciwie, według własnego przekonania, zasługuje na szacunek. Natomiast niebezpieczny, powiedziałbym, dla jednej i dla drugiej strony, i dla Kościoła, i dla drugiej strony - nazwijcie ją, jak chcecie - jest człowiek, który nie wybiera ryzyka, nie wybiera wedle najgłębszych przekonań, wedle swojej wewnętrznej prawdy, tylko chce się zmieścić w jakiejś koniunkturze, chce płynąć, kierując się jakimś konformizmem, przesuwając się raz na lewo, raz na prawo, wedle tego, jak zawieje wiatr. Ja bym powiedział, że i dla sprawy chrześcijaństwa, i dla sprawy marksizmu w Polsce jest najlepiej wówczas, kiedy są ludzie zdolni przyjmować to ryzyko, ewangeliczne ryzyko życia, przyznawać się do swojej prawdy ze wszystkimi konsekwencjami". Papież powiedział nam wówczas, abyśmy nie wstydzili się chrześcijaństwa, abyśmy wiedzieli, że dla chrześcijaństwa w Europie nie ma alternatywy, gdyż w przeciwnym przypadku Europa przestanie być sobą. Naukę religii można ze szkoły usunąć i wprowadzić świecką etykę, ale nie można unieważnić Bożych przykazań. Nie można powiedzieć, że "nie zabijaj" odnosi się do wierzących, a niewierzący mogą to czynić. Nie można powiedzieć, że "nie cudzołóż" odnosi się do wierzących; nam, niewierzącym, można to czynić. Przecież i niewierzący, kiedy dowie się, że jest zdradzany przez współmałżonka, często prosi o rozwód. Nie można powiedzieć, że "nie kradnij" odnosi się do wierzących; nam, niewierzącym, można to czynić. Papież mówił nam także, że przyszłość chrześcijaństwa mogą tworzyć i pielęgnować je tylko silne osobowości o silnej tożsamości. Osoby, które będą się w tym kierunku kształcić, wychowywać. Tylko takie silne osobowości o silnej tożsamości zdolne są do dialogu, nie boją się dialogu i zdolne są tworzyć wspólną przestrzeń współżycia w pluralistycznym społeczeństwie. To samo dotyczy jednak także ludzi niewierzących. Cynizmem, ironią i kpiną z wiary, religii zgodnego życia społecznego się nie stworzy. Najgorsze, co może się stać, to niejasność postaw i tylko rzekoma tolerancja.
Na zakończenie módlmy się w intencji naszej Ojczyzny słowami modlitwy ks. Piotra Skargi. W 2012 r. przypada 400. rocznica jego śmierci. Przed stu laty legendą Piotra Skargi, roznieconą m.in. przez Adama Mickiewicza w jego "Prelekcjach paryskich", żyła cała Polska, przypominając sobie "Kazanie sejmowe", w którym Skarga zapowiadał zmartwychwstanie Polski, co się dokonało dokładnie po 6 latach.
"Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna, chwałę przynosiła Imieninowi Twemu, a syny swe wiodła ku szczęśliwości. Wszechmogący, wieczny Boże, spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej, byśmy jej i ludowi Twemu, swoich pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie. Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy kraju naszego sprawujące, by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen”.

Tekst homilii za http://www.radiomaryja.pl/

czwartek, 16 września 2010

O nawiedzeniu, o opętaniu, i o Panu, Który chodzi Swoimi ścieżkami

Muszę Wam zdradzić pewną tajemnicę, jeśli idzie o naszego kolegę LEMMINGA. Jest to tajemnica bardzo wstydliwa i myślę, że przez niego bardzo skrywana, ale co mi tam! Niech świat się dowie. Otóż LEMMING codziennie i zapamiętale studiuje blog Janusza Palikota. Ot tak! I oto ledwo co wczoraj dostałem od LEMMINGA esemesa, w którym mnie poinformował, że Palikot przekroczył własnie kolejną granicę, i że warto mi zobaczyć, jak to przekroczenie wyglądało. Zajrzałem. Cały wpis to komiks, narysowany jeszcze przed 10 kwietnia, w bardzo żartobliwej formie pokazujący, jak jeden po drugim, w sposób bardzo przemyślny, zostają mordowani kolejni politycy PiS-u, by wszystko zakończyć bardzo spektakularna śmiercią obu braci Kaczyńskich i napisem ‘happy end’. Komiks, jak mówię, został napisany jeszcze przed Katastrofą, natomiast Janusz Palikot postanowił go opublikować teraz i to w taki sposób, że on stanowi jedyną treść tego wpisu. Żadnego komentarza, żadnej informacji o autorze. Nic. Tylko ten – należy podkreślić, że bardzo zawodowo zrobiony – komiks.
Niedawno tu wspomniałem, ze sprawy toczą się tak szybko, a ich natężenie zmienia się tak bardzo, że właściwie udało nam się przyzwyczaić już do wszystkiego. Że gdybyśmy nagle zostali przebudzeni, a ten dym został z naszych serce i mózgów zabrany, moglibyśmy się nagle bardzo zdziwić. Póki co jednak, radzimy sobie świetnie, i chyba nawet nad tym naszym radzeniem sobie za bardzo się nie zastanawiamy. W końcu, nawet jeśli czegoś jeszcze nie było, to za chwilę z pewnością będzie, więc o czym tu dumać?
Dziś z kolei z samego rana spadła na mnie wiadomość, że krzyż smoleński został przez ludzi Prezydenta zabrany, i że już nie stoi na przed Pałacem, lecz w prezydenckiej kaplicy, razem z tymi tablicami, które tam zostały niedawno wrzucone. Trochę ze smutkiem, trochę jednak ze zdziwieniem, zauważyłem, że ta informacja jakoś mnie nie poruszyła. Czy to sprawił ten wczorajszy Palikot, czy może świadomość, że to wszystko i tak szło właśnie w tę stronę, a jedyny problem jakiśmy mieli, to kto i kiedy odważy się go ruszyć, nie wiem. Dziś w każdym razie sobie siedzę, piszę ten tekst i mam wrażenie, że to co widzimy, to już jest czyste, niczym obcym nieskażone zło. Wreszcie je mamy. Realne, żywe, kto chce może je niemal dotknąć.
Jednak w tym całym zamieszaniu, między Palikotem i okrucieństwami w których on się nurza, a tym atakiem na Krzyż, pojawiło się coś jeszcze, co nadało temu jeszcze bardziej dramatyczny wymiar. Otóż, jak czytam w oświadczeniu wydanym przez Kurie Warszawską „Krzyż w obecnej sytuacji nawiedzi Kaplicę Prezydencką oraz miejsce katastrofy smoleńskiej, aby ostatecznie stanąć w Kaplicy Loretańskiej kościoła św. Anny”. Okazuje się mianowicie, że to, że dziś banda rozjuszonych pogan wyrwała modlącym się ludziom z rąk krzyż i naciągnęła go gdzie nikt nie będzie na niego już nawet patrzył, to jest akt nawiedzenia! Krzyż dziś nawiedza Kaplicę Prezydencką! Oto dziś nad ranem doszło do aktu nawiedzenia Prezydenckiej Kaplicy przez smoleński krzyż. Tu już tylko może nam towarzyszyć ciężka, najcięższa cisza… albo słowo pocieszenia. Niech zatem padnie to słowo. Posłuchajcie.
Dziś do szkoły w której trochę pracuję, jeden z uczniów przyszedł w czarnym t-shircie z białym napisem OJCIEC DYREKTOR. Ponieważ napis mnie nieco zaintrygował, powiedziałem mu, że to niesamowite, że producenci koszulek z napisami potrafią tak szybko reagować, natomiast nie bardzo rozumiem, w jaki sposób to logo komentuje bieżącą sytuację. Że gdyby tam było napisane, że Ojciec Dyrektor też lubi się napić, albo że Ojciec Dyrektor wie, gdzie rozdają konfitury, albo coś innego w tym guście, to ja bym rozumiał to szyderstwo i to oburzenie. Ale tak? „Ojciec Dyrektor”? I co z tego? To już lepiej nosić zwykłą koszulkę z napisem ‘Joy Division’. Uczeń mój najpierw robił wrażenie, jakby nie bardzo wiedział, o co mi chodzi, a później powiedział, że ona znowu taka nowa nie jest i zapytał: „A to Rydzyk chleje?”
Muszę uczciwie tu przyznać, że ja mojego ucznia zaczepiłem w sposób jak najbardziej prowokacyjny. Chodzi o to, ze ja świetnie od początku wiedziałem, że ta koszulka nie została zaprojektowana ostatnio na cześć ojca Zięby, lecz już dość dawno temu, i to akurat na okazję tego, że cała Polska postanowiła szyderstwem i ironią zniszczyć projekt o nazwie Radio Maryja. Nie zmienia to oczywiście faktu, że literacko-intelektualny, że tak to ujmę, pomysł na te koszulki, breloczki, kubki, czy cholera wie co jeszcze, od początku mnie intrygował. No bo nie ukrywajmy. W końcu powiedzieć ‘Ojciec Dyrektor’ na ojca Dyrektora, to nie jest absolutny szczyt inteligentnej złośliwości. Jeśli natomiast tylu młodych ludzi dało się kupić tej propagandzie, i to kupić tak tanio, to chyba wyłącznie na takiej zasadzie, jak kiedyś w polskich kabaretach wystarczyło powiedzieć głośno ‘CCCP’, lub ‘czerwony’, żeby wszyscy klepali się po brzuchach z uciechy. Całkiem to zresztą możliwe, że to im w zupełności wystarczy. Wczoraj, całkowicie niewinnie poprosiłem ich o przetłumaczenie zdania: „Co się stanie jeśli kaczki nie będą mogły znaleźć pożywienia?”, i od razu było widać, że nie jest źle! To jest dopiero wypasiony kolo z tego anglika!
No ale, jak by nie patrzeć i co by nie mówić, jeśli idzie o tego ‘Ojca Dyrektora’, historia pięknie zatoczyła koło. Tyle lat takich wysiłków, tyle najwybitniejszych mózgów harowało dzień i noc, żeby znaleźć idiotom zabawkę idealną, taką zabawkę, że będą się nią mogli bawić przez cale lata dzień w dzień, i za każdym razem odkrywać w niej dodatkowe, nieznane dotąd przyjemności… i oto nagle okazuje się, że to cholera nie ten! I proszę spojrzeć – wszystko się jak najbardziej zgadza. Ojciec? Ojciec. Dyrektor? Jak najbardziej. Lans jest? Jest. Kasa jest? Jest. Tyle że, kurwa jego mać – to nie ten. I jak to teraz odkręcić? Chodzą ci biedacy, wypinają te swoje zapadnięte klaty, szczerzą zęby w pełnym najbardziej bystrej satysfakcji uśmiechu, a tu, kurde, nagle się okazuje, że ten pociąg już odjechał. I to jeszcze jak!
Oczywiście nie powinniśmy mieć złudzeń. Oni jeszcze przez dłuższy czas będą sobie jakoś radzili. Przede wszystkim, nie mając bladego pojęcia, kim jest ojciec Zięba i co on zrobił ze swoim życiem. Że co? Że on jest zjawiskiem obyczajowo bez porównania ciekawszym od ojca Rydzyka? To akurat nie ma najmniejszego znaczenia. Już widać bardzo wyraźnie, jak całe media, a za nimi kultura popularna, wykazują przypadkiem ojca Zięby całkowity brak zainteresowania. Więc, jak mówię, jakiś czas oni sobie będą radę dawać. A biedny Zięba zsunie się delikatnie i dyskretnie ze sceny, tak samo jak kiedyś przed laty został na nią przez bardzo złych i podłych ludzi wciągnięty. I wciąż będzie tylko Rydzyk i radio które ma ryja.
Tyle że nie do końca. Kropla, jak to mówią, drąży skałę. Jeden znak, jeden gest, jedno słowo, tworzą cały wodospad słów, gestów i znaków. I tego zatrzymać się już nie da. Dziś słyszę, że TVN nakręcił film o Wałęsie, w którym już prosto miedzy oczy walą nam prawdę o tym dziwnym człowieku z wąsem i jego pokrętnych przypadkach. Rozumiem, że Donaldowi Tuskowi już niedługo przyjdzie zębami zedrzeć sobie z klaty ten kretyński znaczek. Boże! Jakże beznadziejnie oni muszą się czuć.

środa, 18 sierpnia 2010

Jest pomnik

Pisałem tu bardzo niedawno o krzyżach – dwóch wtopionych w siebie krzyżach – jakie wznoszą się nad murem Kopalni Wujek. Pisałem o tych krzyżach, dzieliłem się swoimi na ich temat, i na temat ich historii refleksjami, i jakoś nie starczyło miejsca i okazji, by wspomnieć jeszcze o pewnym bardzo istotnym i niezwykłym bardzo wydarzeniu, jakim było zamknięcie dla ruchu ulicy prowadzącej obok kopalni. Pamiętam, jak kiedyś, dawno jeszcze, zanim Kopalnia Wujek znalazła swoje miejsce we współczesnej historii Polski, pod kopalnią jeździły samochody, i właśnie pod kopalnią jeździły autobusy z Katowic do Ligoty na przykład. Pamiętam też jednak, jak w pewnym momencie System uznał, że ten drewniany krzyż, który tam sobie stał i nie chciał ani spłonąć, ani zgnić, ani choćby się przewrócić, stanowi element niebezpieczny i że, skoro nie da się go stamtąd zabrać, to przynajmniej należy go jakoś zasłonić. Domami, betonem, drogą, krzakiem – obojętne. Byleby jak najmniej oczu na niego patrzyło.
Pamiętam tę satysfakcję, jaką wówczas wszyscyśmy czuli. Satysfakcję z tego powodu, że ten krzyż okazał się tak ważny – a przy okazji tak straszny i budzący taki niepokój – że już nie wystarczyło postawić tam mundurowe i cywilne służby, które legitymowały każdego, kto tamtędy przechodził i postanowił na chwilę przystanąć, nie mówiąc już o tych, którym wpadł do głowy niemądry pomysł, by zapalić tam świeczkę, albo coś głośno powiedzieć, ale trzeba było jeszcze zrobić coś więcej, a mianowicie nie dopuścić do tego, by ktokolwiek, jadąc tamtędy autobusem, rzucił na ten krzyż okiem. Ależ to była satysfakcja! Że mało im było tych potłuczonych zniczy. Trzeba było jeszcze zasłonić ludziom oczy.
Dziś patrzę na miejsce przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu, kompletnie puste, odgrodzone od świata rzędami stalowych barierek, chronione przez policję i służby miejskie…. I ten drewniany krzyż, ledwo widoczny wśród tej dziwnej konstrukcji. I pamiętam ten nieustanny ruch, ten tłum przesuwający się od rana do wieczora tam i z powrotem, tych ludzi pozujących czy to na tle Pałacu, czy może przed Poniatowskim na koniu, te wciąż tam obecne kamery, czekające aż może za chwilę wyjedzie Prezydent, lub wyjdzie któryś z jego urzędników i coś zechce nam powiedzieć, a pokazujące głównie spacerowiczów chcących pomachać swoim bliskim przed telewizorami. Patrzę na ten przedziwny gest strachu władzy i jej przeraźliwej niekompetencji i myślę sobie, że niech tak jeszcze jakiś czas będzie. Niech tak zostanie. Niech ten obraz zapadnie w pamięć ludzi. Niech wstrząśnie umysłami.
I nagle słyszę, jak któryś z urzędników zapowiada, że być może, jeśli ludzie z różańcami, szepczący swoje modlitwy, nie odejdą sprzed okien Pałacu Prezydenta, jeśli dalej będą patrzeć się na ten krzyż, trzeba będzie coś zrobić, żeby tam też przestały jeździć te autobusy. Ciekawe, co się stało? Czy to możliwe, że w pewnym momencie ktoś z obsługi Pałacu zauważył, że kiedy przejeżdża autobus, wszystkie głowy zwracają się w stronę tego krzyża? Czy może jest tak, że ludzie w autobusach, mijając Pałac, nagle się żegnają, albo układają palce w znak zwycięstwa, a może bystry wzrok któregoś z tych ludzi w oknie zauważył, że oni coś mówią i odczytał z ruchu warg jakieś groźne przesłanie? Czyżby znów poszło o te oczy?
A więc, jak się okazuje, może się zdarzyć, że ta szara konstrukcja na Krakowskim Przedmieściu jeszcze bardziej poszarzeje i w tej swej szarości zatryumfuje.. Że już nie tylko nie będzie jej ubarwiał płomień świecy, czy blask kwiatów, ale nawet czerwień przejeżdżających autobusów. I przyjdzie też w końcu ten dzień, kiedy już nawet odejdą ludzie sprzed tych stalowych barier, zabiorą te swoje brzozowe patyki, i pojawi się ktoś z miasta z miotłą i uprzątnie puste znicze, a z nimi tę kartkę papieru z namalowanym krzyżem. I wtedy wreszcie powstanie prawdziwy pomnik. Pomnik pamięci 96 ludzi pomordowanych w Smoleńsku. Pomnik najbardziej piękny i adekwatny, bo idealnie symboliczny i tak bardzo żywy swoim śmiertelnym chłodem.
I tak będziemy na niego patrzeć, dzień po dniu – my tu z tej strony, a oni stamtąd, przez swoje okna, lub przez przyciemnione szyby wyjeżdżających stamtąd i powracających samochodów. Pani Toyahowa – gdybyście ją znali! – znów się dziś roześmiała i powiedziała coś takiego: „A to jaja! Kaszalot wziął pewnie go na stronę i powiedział: ‘Słuchaj Broniu, to tak być nie może. Niech oni tu nie łażą. To nasz domek. Ja tu będę sadzić marchewkę. Zrób coś. I przestań się już zajmować ta polityką…” No i się rozgadała. I popłynęła ta nie kończąca się, szydercza pieśń pani Toyahowej, której nikt inny nie potrafi tak jak ona zaśpiewać, a ja nie jestem nawet w stanie powtórzyć. Ale która daję tyle wiary i radości. Don Paddington z pewnością byłby z niej dumny.

wtorek, 17 sierpnia 2010

Ktoś z sierpem i młotem. Czy wpuścić?

Toyahowa na to szaleństwo reaguje wyłącznie szyderczym śmiechem. A ja? Cóż ja? Jak zawsze tonę w zmartwieniach. Wczoraj próbowano odsłonić pomnik bolszewickich żołnierzy, którzy stracili swoje biedne, młode życie podczas próby zamordowania naszej Polski i właśnie od wczoraj jesteśmy dręczeni debatą już nie na temat jednego pomnika, ale dwóch – jednego dobrego, drugiego złego. Od wczoraj, z jednej strony mamy okazję ćwiczyć naszą odporność na bezprzykładne kłamstwo, jakie nas atakuje z każdej niemal strony, a z drugiej zadręczamy się tym starym, wydawałoby się kompletnie zużytym już pytaniem – dlaczego? A może nawet bardziej: czy oni wiedzą?
Kiedy absurdalność ataku na pomysł odsłonięcia pomnika na Krakowskim Przedmieściu sięgnęła wyżyn, kiedy już pojawiła się ta Wieża Eiffla, i ten drugi wielki koń na placu przed Pałacem, kiedy zwykłą ludzką inteligencję i najprostszą wrażliwość obrażono w sposób tak straszny dziesiątki razy, nagle otrzymujemy nową porcję szaleństwa. Tym razem w postaci medialnej mantry, że jakoby pomnik poległych bolszewików nie jest żadnym pomnikiem, lecz jedynie skromną tablicą. Jestem pewien, że w tym momencie znajdą się tacy, którzy zarzucą mi kolejne czepianie się tematów drobnych i nicnieznaczących, ale też wierzę, że nie ja jeden zwyczajnie cierpię w obliczu tego, co nam się dziś szykuje. Bo tak to właśnie z perspektywy, którą pewnie sam, bez szczególnych nacisków, przyjąłem, wygląda. To co widzę, to PRL w swojej karykaturze.
Doszło wręcz do tego, że dziennikarz TVN24 Kuźniar niemal się pokłócił z zaproszonym do studia wysłannikiem rosyjskich mediów, który nalegał, by jednak to coś, co nieskutecznie próbował System odsłonić w minioną niedzielę, nazywać pomnikiem, podczas gdy propagandowa linia stacji wyraźnie sugerowała używanie określenia ‘skromny krzyż’. W efekcie doszło do tego, że ten jakiś Andriej czy Siergiej z satysfakcją używał nazwy ‘pomnik’, a Kuźniar ‘krzyż’ względnie ‘obelisk’. Powtórzę raz jeszcze. Ja wiem, że dla wielu to o czym piszę to problem marginalny, niemniej ja już tak mam, że pewien rodzaj kłamstwa zwala mnie z nóg i nie daje nawet spokojnie napić się wieczornej porcji ognistej wody. A tu jest jeszcze gorzej. Bo już nawet nie chodzi o tę bezczelność, z jaką na każdą prośbę postawienia na miejscu smoleńskiego krzyża choćby niewielkiego kamienia, ta tefauenowska gównażeria bredzi coś o Wieży Eiffla, czy o jeszcze jednym koniu obok księcia Józefa Poniatowskiego, natomiast o pomniku dla sowieckich żołnierzy z uporem maniaka powtarza, że to żaden pomnik, ale tylko skromny krzyż. Kłopot w tym, że to wszystko dzieje się na oczach jakiegoś rozbawionego Iwana, który nieustannie z jednej strony jest prowokowany do antypolskich wyskoków przez polskiego dziennikarza, a z drugiej obcałowywany przez tak samo jak on polskiego polityka.
Wczoraj w tefaunewoskim studio toczyła się ta niby rozmowa między tym Ruskim, naszym Kowalem, eseldowskim Olejniczakiem i red. Kuźniarem. Olejniczak, zgodnie ze świętą tradycją swoich ojców i dziadów, nalegał, żeby ludzi stojących z różańcami pod krzyżem zamknąć w zakładzie psychiatrycznym, kiedy Kowal chciał zaprotestować, Kuźniar natychmiast mu przerywał i pytał, czy on zgadza się z hasłami głoszonymi przez „tak zwanych obrońców krzyża”, a przysłuchujący się temu Rosjanin pokładał się ze śmiechu. I wtedy Kuźniar zwrócił się do Siergieja tymi słowami: „Pan redaktor, jak widzimy, słucha tej dyskusji, trochę się śmieje, a trochę się łapie za głowę…” I na to Siergiej, czy Andrej spoważniał i oświadczył, że w roku 1920 nie doszło do żadnego aktu napaści na Polskę, tylko do zwykłego aktu retorsji na polskie wcześniejsze agresywne żądania terytorialne. I tak, powoli, ta interesująca rozmowa dobiegła końca.
Jak mówię, Toyahowa na przykład, nawet jeśli się całym tym okropieństwem denerwuje, to raczej stara się demonstrować szydercze rozbawienie. Ja to znoszę z wyjątkowym trudem. Spróbuję więc zrobić coś, co tradycyjnie zawsze pomaga, a mianowicie sprawę podsumować i pozbawić tego niedobrego chaosu. Mamy więc tak. System bardzo nie chce jakiegokolwiek pomnika na placu przed Pałacem Prezydenckim. Nie chce pomnika, nie chce krzyża, nie chce jakichkolwiek ludzi, nie chce żadnych wspomnień, żadnej pamięci. System jest gotów nawet już nie skierować jednego marnego słowa przeciwko pamięci Lecha Kaczyńskiego, byle przestać już o tym samolocie gadać. Nie ulega wątpliwości, że skuteczność tego strasznego planu pozostaje w zastawie u Rosjan i jedynym sposobem, żeby tę skuteczność wykupić, jest składanie nieustannego hołdu Rosji na każdym możliwym poziomie. Uważam, że to całe kłamstwo które się dzieje, czy w postaci wybryków red. Kuźniara, lub jego kumpla Kajdanowicza, czy w tej ślinie toczonej z ust polityków Platformy Obywatelskiej nie są w najmniejszym stopniu kierowane do nas, ale są daniną płaconą Rosji za to, że pomaga im ona przetrzymać ten trudny czas. Owe akty poddaństwa obserwowane są z jednej strony uważnie przez samych Rosjan, a z drugiej z satysfakcją wykorzystywane przez wydawałoby się już ostatecznie odsuniętych na margines polityków dawnego reżimu. Odradza się stara przyjaźń. Na festiwalu w Zielonej Górze, na dorocznym spotkaniu ambasadorów, tym razem w obecności rosyjskiego ministra, w kamieniu tego dziwnego pomnika w Ossowie, którego dobrzy ludzie nie pozwolili odsłonić, w najnowszych prezydenckich nominacjach…
Stoją naprzeciwko nas i dyszą strachem i pragnieniem śmierci. Przed sobą mają drobną grupkę zdesperowanych ludzi z różańcami w dłoniach i Bóg jeden wie, jak wielką masę milczącego, ogłuszonego bezczelnością tego przedsięwzięcia społeczeństwa. Społeczeństwa opuszczonego przez swoje państwo, ale też przez swój Kościół. Dyszą strachem i pragnieniem śmierci. Strachem. Przede wszystkim strachem.

sobota, 14 sierpnia 2010

O elektronicznej nienawiści

Nocą spadł deszcz, który oczyścił powietrze i przyniósł piękny sobotni dzień. To u nas, w Katowicach. W Warszawie, z samego rana, ludzie modlący się pod krzyżem, jak to zgrabnie określił rzecznik policji, „zgodzili się by ich siłą przeniesiono” z miejsca ich modlitwy. W międzyczasie – zgodnie zresztą z dotychczas funkcjonującym mechanizmem – zabrał głos Janusz Palikot i wyraził nadzieję, że do końca roku również Jarosław Kaczyński umrze i wtedy dopiero ten rok będzie można uznać za dobry. Media również pozostają na posterunku i tylko pewna pani psycholog, zaproszona do studia, by przedstawić psychologiczny portret fanatyzmu, nie za bardzo potrafiła zająć zdecydowanego stanowiska w temacie szacunku dla ludzi dopiero co usuniętych sprzed tego krzyża. Plątała się i plątała, i w końcu zdecydowała się uznać, że to jednak ludzie, a nie zwierzęta. Pojawił się nawet dr Kucharczyk – człowiek znany nam bardziej niż dobrze – i stwierdził, że poranna akcja policji dała nam to dobre doświadczenie, które w przyszłości pozwoli nam odważniej stosować przemoc wobec demonstrantów. Skutecznie, jak się dziś okazało, unikając niepotrzebnego rozlewu krwi.
Chcę koniecznie w jakiś sposób podsumować to co się własnie wydarzyło. I nie umiem. Przyszedł najwyraźniej czas, gdy ten blog właściwie powinien się już tylko wypełniać refleksjami księdza Paddington. No ale tak też nie do końca wypada. Siła tych nauk polega też w dużym stopniu na tym, ze to są jednak komentarze. Właśnie komentarze. Będziemy je tu oczywiście przypominać, ale tak by nie straciły swej siły.
Właśnie pod poprzednim wpisem pojawił się komentarz naszego kolegi 2,718, w którym przypomniał on pewną niezwykłą zapowiedź zdarzeń, jaka się powstała pod jedną ze starszych notek na tym blogu. Zapowiedź czegoś szczególnego, co ma się zdarzyć już jutro. Nie wiemy, czy się zdarzy, i czy zdarzy się w ogóle coś szczególnego. Nie wiemy niemal nic. Kiedy jednak obserwujemy zdarzenia towarzyszącej tej pięknej, niezwykłej sobocie, możemy mieć pewność, że gdyby to jednak Jarosław Kaczyński wygrał ostatnie wybory, ani Polska ani my sami wybuchu tego zła byśmy już nie przeżyli.
Myślę, że dobrze będzie przypomnieć ten tekst, nie tak stary, bo ledwo co z maja. Jednak jak najbardziej na czasie. Nazywał się „Tamagochi – o elektronicznej nienawiści”.
Muszę się przyznać do pewnej swojej porażki, od której minęło już wiele, wiele lat, ale która mi się niedawno przypomniała, w związku z pewnym rodzajem nastroju, jaki zaczął nam wszystkim towarzyszyć to tu to tam, wśród tego wszystkiego, co stanowi pokłosie katastrofy 10 kwietnia. Porażka, którą mam na myśli, na całe szczęście wprawdzie nie kompromituje mnie w wymiarze ludzkim, lecz zaledwie intelektualnym, co jednak nie zmienia faktu, że jest to oczywiście porażka. O co chodzi? Otóż kiedy w roku 1982 zmarł Leonid Breżniew ucieszyłem się bardzo. Moja radość była tak wielka, że kiedy ją dziś wspominam, czuję lekkie zakłopotanie. Od razu powiem, że jakoś nie umiem w sobie wzbudzić wyrzutów sumienia z tego powodu, że cieszyłem się tym, że zmarł człowiek, bo w końcu mieliśmy to co mieliśmy, Breżniew uosabiał to co uosabiał, a w końcu jakież inne powody do radości były nam wtedy dane, jak to że umarł tyran? Jest mi jednak zdecydowanie głupio, że szczerze wtedy uważałem, że ta śmierć może mieć jakiekolwiek znaczenie dla dalszych losów Polski i nas samych. Miałem wiedzieć, że Breżniew nie Breżniew – jego śmierć nic nie zmienia i równie dobrze na to co się stało, należy zwyczajnie wzruszyć ramionami. A wtedy, może i nawet można byłoby dojść do wniosku, że każda śmierć w gruncie rzeczy i tak jest taka sama. A więc wymaga wyłącznie przynajmniej znaku krzyża.
Jednak się cieszyłem. Co więcej, kiedy w bardzo krótkim czasie ludowa mądrość dostarczyła nam cały szereg przezabawnych dowcipów na temat Breżniewa już obezwładnionego, byłem pierwszy, by się śmiać i gdzie tylko można te dowcipy powtarzać i propagować. Takie to były czasy i takie – wielu, nie tylko ja – mieliśmy wówczas kompleksy. I taka to była nasza nienawiść. Piękna. Tyle że nie do końca mądra.
Byłbym więc bardzo fałszywy, gdybym miał dziś, widząc jak przecież w gruncie rzeczy ten sam typ nienawiści obraca się przeciwko zmarłemu Lechowi Kaczyńskiemu, jego cudem ocalałemu bratu i wszystkim z nas, którzy czują się z nim solidarni, jakoś szczególnie się dziwić Oczywiście wiem, że to co stoi za tym szaleństwem dziś, jest po prostu chore, a przede wszystkim nie ma w tym za grosz naturalności i prawdy, lecz wyłącznie czarna propaganda, niemniej jednak rozumiem też, że oni wszyscy muszą w jakimś tam stopniu czuć to, co ja kiedyś czułem, gdy dowiedziałem się, że Leonid Breżniew nie żyje. I podobnie też, kiedy dziś ta sama mądrość ludowa, która niemal 30 lat temu tworzyła najbardziej paskudne dowcipy szydzące ze zmarłego Breżniewa, przynosi nam kolejne, równie brutalne żarty ze zmarłego prezydenta Kaczyńskiego – jestem oczywiście mocno zasępiony, niekiedy wręcz wstrząśnięty, ale jednak nie zdziwiony. To jest bowiem ta sama nienawiść co wtedy, tyle że już tylko jako produkt. Jako towar. Coś takiego, powiedzmy, jak chrupki ze świeżych, młodych ziemniaków, czy bankowy kredyt na dobre życie.
Myślę sobie jednak, że ten produkt i ten towar ma sobie coś daleko bardziej niebezpiecznego, niż tamta nienawiść. Właśnie przez to, że on jest taki nieautentyczny, taki nieprawdziwy i tak starannie wypielęgnowany przez tych którzy go stworzyli, on się wciąż wewnętrznie udoskonala, a jego moc rośnie. Tak samo te żarty, właśnie przez to, że one nie są najprawdopodobniej zwykłym wynikiem takiej bezradnej kompensaty, lecz właśnie produktem, one nie będą działać jak zawór bezpieczeństwa, lecz przeciwnie – będą się karmić same sobą i pęcznieć. Do czego to doprowadzi? Nie wiem. Ale boję się, że nawet jeśli już jakimś cudem zostanie tylko jeden człowiek ze swoją nienawiścią i tylko jeden dowcip – choćby ten o krwawej Mary i zimnym Lechu – oni nie dadzą się zastąpić niczym dobrym. Wręcz przeciwnie. Oni będą tworzyć zło jeszcze większe.
Pod poprzednim wpisem który zamieściłem na stronie www.toyah.pl, pojawiły się komentarze jakiegoś anonimowego internauty, który najpierw mnie tylko lżył, by w końcu napisać coś takiego:
„In nomine patri et filii et spiritus sancti
czarne chmury zasnuwają niebo, wytrzeszczone oczy trupa hipnotyzują - chodź, chodź, proszę chodź......coraz bliżej i bliżej - wy pomioty Złego. Nie możecie sie na trupy napatrzeć, nigdy nasycić śmiercią. A wiec macie ja w każdej sekundzie ,chodzi za wami dzień i noc, jeszcze sie waha, jeszcze jeden dzień, jeszcze jedna noc - wasz panteon przeszedł z woli Boga przez maszynkę do mięsa, jeszcze są zdjęcia w necie, jeszcze widać te rozdziawione trupie pyski z czarnymi językami i wypalone oczodoły. Ostatni spazm urwanej głowy pozostawił na twarzach piętno Złego. To znak.
Tak nie giną dobrzy katolicy, bez namaszczenia, bez opieki Boga - tak zostaje starte w proch nasienie szatańskie. Jam wasz nowy chrzciciel i pasterz zagubionych owieczek, jam wasze lustro i wasza zguba.
amen
Prawa Ręka Wyroczni Bożej.
Amen”.
Uczciwie powiem, że miałem z tym komentarzem pewien kłopot. Wprawdzie uznałem, że jest on napisany przez osobę opętaną w sposób zupełnie autentyczny i się za tego kogoś pomodliłem. I choć nie miałem jak polać go wodą święconą, to przynajmniej potraktowałem go Imieniem Jezusa i mam nadzieję, że choć trochę skutecznie. No bo, czemu nie, prawda? No ale myślę sobie, że może też być tak, że autor tego szczególnego komentarza nie jest ani wariatem, ani szaleńcem, ani osobą aż tak bezpośrednio opętaną, ale jakimś młodym intelektualistą o literackim zacięciu, który sobie wymyślił, że pisząc w ten sposób wyprowadzi mnie z równowagi i będzie miał frajdę. A więc kimś, dla kogo całe to gadanie o grzechu i zemście Boga jest – podobnie jak w ogóle grzech i Bóg – bzdurą i najwyżej intelektualną rozrywką. Powiem więcej, kiedy wczytać się w serię tych komentarzy, można nawet podejrzewać, że jest to osoba zwyczajowo komentująca chętnie tu w Salonie24, znana świetnie nie tylko mnie. Tyle że przeze mnie jakiś czas temu zbanowana. I jeśli się nie mylę, nie jest to też typ, który ma na tyle pomieszane w głowie, żeby go traktować inaczej niż całe stado przeróżnych internetowych dziwadeł. A więc po prostu – wyborca.
I tu dochodzę do głównego sensu mojego dzisiejszego wpisu. Otóż, kiedy obserwujemy to co przez kilka ostatnich lat zrobiono ze znaczną częścią społeczeństwa, jest rzeczywiście imponujące. I bez względu na to, czy nazwiemy to mistrzowską operacją socjotechniczną na poziomie absolutnie najgłębszych emocji, za ekspercką analizę której możliwe że za 50 lat ktoś otrzyma Nagrodę Nobla, czy może uznamy to już za akt ściśle szatański, i tak i tak jest źle. Ta nienawiść – jak starałem się wykazać wyżej, nienawiść zupełnie bezprecedensowa – bez względu na to, czy przetransformowała się w opętanie w sensie potocznym, czy w opętanie autentyczne, jest – obawiam się – bytem niemal fizycznym, którego rozwój jest dziś już nie do powstrzymania. Słyszałem już wcześniej, że są ludzie – i to nie ludzie zbierający na po ulicach porzucone sprężynki na budowę statku kosmicznego – którzy przebąkują gdzieniegdzie – nawet tu w Salonie – o tym, że katastrofa samolotu pod Smoleńskiem była aktem bożego gniewu wobec Lecha Kaczyńskiego. Jednak po raz pierwszy trafiłem na tę opinię, w kształcie aż tak, że tak powiem… uporządkowanym.
Wiele wskazuje na to, że nadchodzące za niespełna dwa miesiące wybory prezydenckie projekt, który w tak szczególny sposób reprezentowany jest przez autora zacytowanego wyżej komentarza, przegra. Jest bardzo wyraźna szansa, że Jarosław Kaczyński zostanie kolejnym prezydentem naszego kraju. Mam nadzieję, że tak się stanie, ale też że przez to swoje niezwykłe doświadczenie, jako nowy prezydent, będzie Jarosław Kaczyński na tyle odważny, silny, ostrożny i zdeterminowany, by sobie poradzić z tym wszystkim, co – jak wiele na to wskazuje – nastąpi później. Bo to że nastąpi, jest niemal pewne. I mam nadzieję, że się nie zawaha nawet wtedy, gdy się okaże, że ten szatański wrzask – autentyczny, czy tylko przetransformowany, jak te elektroniczne japońskie zabawki z wirtualnymi zwierzątkami, czy ostatnio już ludźmi – nie da Polsce normalnie funkcjonować. I że jeśli trzeba będzie, użyje przeciwko tym obłąkańcom rozpalonego żelaza. Jakkolwiek to będzie musiało wyglądać.

czwartek, 12 sierpnia 2010

Gdy kłamstwo zostało poświęcone

Uroczyste wmurowanie, a następnie odsłonięcie tablicy na Krakowskim Przedmieściu, transmitowane przez telewizję, było widowiskiem tak porażającym i budzącym tak wiele refleksji, że nie widzę tu sposobu, żeby je tu w jakikolwiek sposób komentować. Kiedy słucham zresztą wypowiedzi właściwie wszystkich osób, proszonych o opinię na ten temat, widzę wyraźnie, że moja bezradność w tej sytuacji nie jest niczym szczególnym. Wygląda bowiem na to, że oto została przekroczona kolejna granica i dopiero teraz widać, jak to co dotychczas wydawało się być końcem szaleństwa, możliwe, że niedługo okaże się zaledwie jego początkiem.
Oglądam dziś wciąż powtarzane od początku ujęcia, najpierw przez tę szparę w parawanie, robotników przybijających tablicę do ściany budynku, a później tę niezwykłą uroczystość, gdzie są i wyprostowani żołnierze i kwiaty, i wieniec, i świece, i dźwięk trąbki… no i oczywiście tych dwóch urzędników w garniturach – uroczystość przeprowadzoną w sposób tak niesłychanie karykaturalny, że można by pomyśleć, że to co oglądamy, to nie jest prawda, lecz jakiś performance, lub zwykła uliczna prowokacja – i czuję jak po raz pierwszy w życiu jestem aż tak intelektualnie bezradny. Chcę coś powiedzieć i czuję pustkę, a ona narasta tym bardziej, im bardziej zaczynam przewidywać dalszy rozwój wypadków. Ale o tym bardziej nie jestem w stanie mówić. Myślę, że to jest to samo uczucie, jakie ma normalny człowiek, gdy czyta, lub ogląda jakieś stare obrazy pokazujące dawne procesy polityczne, kiedy to z godziny na godziny zwoływano jakieś sądy, powoływano z jednej strony prokuratorów, z drugiej strony obrońców, następnie wydawano wyrok, chwile później strzelano, i sprawa była zamykana. Ta bezradność, mam wrażenie, to jest dokładnie to samo wobec czego stał wówczas tamta myśl.
Jest jednak coś, o czym chcę powiedzieć i wydaje mi się, że powiedzieć powinienem. Przy tym wieńcu, tych świeczkach, obok tych dwóch przedziwnych urzędników pojawił się też ksiądz. Prawdziwy katolicki ksiądz w stroju liturgicznym i z kropidłem. I kiedy to kłamstwo już się dokonało, i to dokonało w tym szczególnym wymiarze, o jakim pisałem, podszedł ów ksiądz do tej tablicy i ją poświęcił. Uniósł to kropidło i ją poświęcił. Tym samym, w imieniu naszego Kościoła, pobłogosławił to kłamstwo. To ujęcie było już dziś pokazane wielokrotnie, i, jestem pewien, pokazane zostało przede wszystkim ku satysfakcji tego zła, które tam się chwilę wczeniej dokonało. Sylwetka tego księdza pozostanie z nami na długo i w każdej kolejnej chwili będzie nam zadawała niewysłowiony ból. I tego bólu nie przebije nawet nasza zbyt niestety dobra wiedza o wszystkich tych przypadkach profanacji znaku krzyża, dokonywanej to tu to tam przez znanych nam i nieznanych księży, ani kolejna demonstracja tamtych dyskotekowiczów pod tym biednym, opuszczonym przez biskupów krzyżem, ani nawet kolejne wystąpienie Janusza Palikota, które z całą pewnością jest już pisane. Wystąpienie z całą pewnością na tyle szokujące, by mogło skutecznie z przestrzeni medialnej usunąć to dzisiejsze, w końcu wizerunkowo nie najszczęśliwsze, wydarzenie.
A więc z tym zostaniemy – z jednej strony z kolejnym ciosem w biedne, zdemolowane ciało Lecha Kaczyńskiego, a drugiej z obrazem tego księdza z kropidłem. I to już jest wiadomość autentycznie ponura.

środa, 11 sierpnia 2010

O Polsce ukrzyżowanej

Jak niektórzy wiedzą, mieszkam w Katowicach. Katowice – bez dzielnic, które lubią się czuć jako osobne jednostki – wbrew pozorom, nie są bardzo dużym miastem, więc właściwie, żeby przejść z jednego końca na drugi, wystarczy wykonać dłuższy spacer… i już. Sam mieszkam w samym środku, więc mam wszędzie równie daleko, czy równie blisko. Żeby dojść do krzyża przy Kopalni Wujek, wystarczy może dwadzieścia minut. Zachodzę tam czasami. Po co? Po nic. Tam nic nie ma. Zwykła kopalnia, zwykły śląski krajobraz i nawet ten krzyż, który tam stoi, nie jest jakoś szczególnie interesujący. Można się przyzwyczaić.
Myślę, że lepiej lub gorzej wszyscy mniej więcej wiedzą, jak wygląda krzyż na Wujku. Pokazywano go tyle razy w telewizji, że każdy jakoś tam sobie potrafi wyrobić opinię na ten temat. Mam natomiast przekonanie, że większość z tych osób nie wie, że w architekturę tego głównego krzyża wkomponowany jest – na samej górze – z dołu ledwo widoczny, oryginalny, drewniany krzyż, który tam stał kiedyś, jeszcze za PRL-u. Nie będę tu opisywał całej tej historii. Jak ktoś będzie chciał, to sobie znajdzie, a poza tym historia tu akurat nie ma znaczenia. To co się liczy to fakt, że tam są dwa krzyże – jeden duży, główny, i drugi mniejszy, drewniany, pamiątkowy – i że one sobie tam stoją wystarczająco długo, żeby się wtopić w krajobraz Katowic i żeby tak naprawdę pies z kulawą nogą się nimi nie zajmował. Przykro to mówić, ale to jest fakt. Ten krzyż obok Kopalni Wujek jest równie fascynujący dla większości mieszkańców Katowic, jak Katedra, czy Wieża Spadochronowa. To jest w tej chwili już tylko pejzaż.
Czy to możliwe, że ktoś nie wie, o czym ja mówię? Chyba nie, ale na wszelki wypadek przypomnę. Ten krzyż tam stoi dla upamiętnienia pewnego wydarzenia z roku 1981, kiedy to państwowe oddziały milicji, na rozkaz odpowiednich urzędników, rozstrzelały kilku górników. Myślę, że jest to równie dobre miejsce, jak każde inne, żeby wspomnieć, że ci którzy strzelali i ci, którzy strzelać kazali, wciąż żyją wśród nas i maja się całkiem nieźle. A nawet jeśli przyjąć, że coś im tam dolega, to z całą pewnością nie jest to sumienie. Stoi więc sobie tam ten krzyż – a ściślej dwa krzyże – i próbują wykrzyczeć pamięć o tamtych górnikach. Na ogół bezskutecznie. Jak już mówiłem – można się przyzwyczaić.
O ile sobie przypominam, jedyny okres, kiedy ów krajobraz budził jakiekolwiek obiekcje, to był okres PRL-u. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek od roku 1990 ktokolwiek miał jakieś wątpliwości co do prawomocności istnienia tego krzyża. Powiem więcej, o ile mnie pamięć nie myli, poza bardzo wczesnym przypadkiem zbezczeszczenia krzyża przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, ten mały, drewniany krzyż stał tam sobie względnie bezpiecznie przez całą końcówkę PRL-u, i nikomu nawet do głowy nie przyszło, żeby go stamtąd zabierać, lub go niszczyć, a co dopiero wyjaśniać jego prawomocność od strony teologicznej. Nawet później, przez całe lata 90-te, kiedy drewniany krzyż stał się już częścią całej, nowej struktury, nie słyszałem jednej opinii, czy to ze strony polskiej tak zwanej lewicy, czy ze strony Kościoła, że tu jest coś nie tak.
Polska to kraj krzyży. Jest to fakt tak oczywisty, że każdy kto chce go kwestionować musi zostać uznany za idiotę lub prowokatora. I nie chodzi mi tylko ów ludowy aspekt tego kultu, który polega na tym, że ludzie stawiają krzyże przy drogach, na polach i w swoich ogrodach. Prawdą jest, że krzyże powstają wszędzie, gdzie pojawia się potrzeba upamiętnienia jakiegokolwiek zdarzenia z punktu widzenia narodowej świadomości ważnego. Niektórym może się to wydać niemądre i dziwne, ale tak to już jest, że nasza wyobraźnia w pewnych sytuacjach nie jest w stanie sięgnąć dalej, niż poza ten krzyż. A zatem one stoją wszędzie. Taka jest Polska. Bociany, krzyże, wierzby, kościoły, a nawet owi pijani ‘ziutkowie’ pod kościołami.
I oto przyszedł moment, kiedy jeden element z tego wszystkiego został publicznie zakwestionowany – krzyż. Został on odrzucony nie przez radykalną lewicę, czy przez jakieś grupy wolnomyślicieli, ani nawet przez zwykłych wariatów. Krzyż został zaatakowany przez najbardziej oficjalną władzę państwową, przez jak najbardziej publiczne media i przez bardzo znaczną część opinii publicznej. Dlaczego? Z jednego prostego powodu. Ów krzyż stał się, całkowicie nie ze swojej winy, ani tym bardziej z winy jego obrońców, elementem doraźnej polityki. Polityki bezwzględnej, bezlitosnej, można powiedzieć polityki nowego typu, gdzie nie ma znaczenia już nic. Zero. Nic. A mówię tu o polityce znacznie bardziej szczególnej niż wszystko, z czym mieliśmy do czynienia choćby przez całe lata owego, wciąż jeszcze dość jasno wspominanego, PRL-u. Bo nawet wtedy nikomu nie przyszło do głowy, żeby dyskutować ten polski kult krzyża na poziomie teologicznym, ale również społecznym. Jedyne ekscesy, z jakimi mieliśmy do czynienia, to dziwne wybryki dziwnych, nadgorliwych pułkowników SB.
Dziś oglądam telewizję, a w niej jakiegoś młodego komunistę Galbę, czy Gołbę, dziennikarza Szostkiewicza – tego samego co swego czasu cieszył się publicznie, że Benedykt XVI jest stary i niedługo umrze, a dziś już został wyparty z branży przez niejakiego Hołownię – i pewnego znanego już powszechnie Dominikanina, którzy wszyscy, zgodnie jak jeden mąż, informują, że krzyż smoleński na Krakowskim Przedmieściu powinien zostać usunięty i to usunięty jak najszybciej. A ja jestem bardzo ciekawy, cóż to się stało, że oni tak się zjednoczyli. Dlaczego oni poczuli się tak szczególnie? Otóż wiem, co mówią oni sami. Że dla nich podstawową troską jest albo to, by Krzyż nie był wykorzystywany politycznie, albo to, by nie był orężem w wojnie jaką Kościół toczy przeciwko niewierzącym, lub wreszcie, żeby nie był bezczeszczony wbrew dobrym uczuciom ludzi nowocześnie pobożnych.
Nie ulega dla mnie wątpliwości, że zarówno krzyż przy Kopalni Wujek, jak i ten w Poznaniu, jak i tamten w Gdańsku, jak i cała seria najprzeróżniejszych krzyży, w tym ten dzisiejszy krzyż na Krakowskim Przedmieściu, nie były stawiane, ani też nie były później wielbione przez ludzi pobożnych ze względów politycznych, czy jakichkolwiek innych, poza czysto-religijnymi. One nigdy, ani przez ułamek chwili, nie były wykorzystywane w celach innych jak tylko religijnych. One były tam stawiane, a później stały tam jako znak zawierzenia i znak pamięci, wyłącznie dlatego, że nasz naród nigdy nie znał innych sposobów wyrażenia owego zawierzenia i owej pamięci, jak poprzez krzyż. I ten fakt był przez całe dekady akceptowany jako coś jak najbardziej oczywistego. A jeśli dziś jest traktowany w sposób tak brutalny, przy tak straszliwej agresji kłamstwa i nienawiści, to właśnie dlatego, że System uznał, że można by go wykorzystać właśnie dla polityki. A więc to nie dzisiejsi obrońcy krzyża – ani ci którzy go tam stawiali, ani ci co go teraz nie pozwalają zabrać – profanują ten krzyż dla polityki, ale ci wszyscy, którzy najpierw sprawili, ze ten krzyż się stał problem, a dziś krzyczą coś albo na temat Konstytucji, albo na temat grzechu. To nie ci, którzy klęczą przed tym krzyżem i modlą się o to by Dobry Bóg zechciał spojrzeć na Swój lud, chcą polityki, ale ci wszyscy, którzy uznali, ze ten krzyż stanowi zagrożenie dla władzy, którą oni tak pokochali i która zapewnia im codzienne bezpieczeństwo. To wreszcie nie ci rozmodleni ludzie pod krzyżem zostali uwiedzeni przez politykę, ale ci księża, którzy zgodzili się swój Kościół zlicytować na rzecz bieżących interesów i doraźnego strachu.
Ktoś mnie zapyta o ludzi przychodzących pod ten krzyż każdej nocy, a nad ranem wracających do swoich domów. O tych wszystkich ludzi, którzy przychodzą tam gdy zapada zmrok, śpiewają szydercze piosenki i wykonują niewybredne gesty. Kim są oni? Czy oni może też stanowią część Systemu? Czy może oni za te nieprzespane noce dostają pieniądze? Niekoniecznie. Kiedyś tak by może było. Dziś, w świecie wolnej myśli i bezkarnej ekspresji poglądów, stary leninowski plan wykorzystania „pożytecznych idiotów” może być wcielany w życie na wszystkich poziomach. Oglądałem niedawno w Internecie wykład jakiegoś ruskiego specjalisty z KGB od społecznej manipulacji. Powiedział on, że dziś, jak idzie o podsłuchy i mordercze szpilki, te wszystkie grepsy a la Bond, to zaledwie 15 procent całej działalności agentury KGB. 85 procent to działania czysto propagandowe, nastawione na zmienianie świadomości i zachowań społeczeństw. Przerażający jest ten wykład. Nie dam Wam linka, bo jesteśmy w nastroju modlitewnym i nie ma tu miejsca na straszenie. Ale tak to właśnie jest. Oni są już po tamtej stronie. Działają na gwizdek. Nawet nie szczególnie głośny. Może być nawet zwykły syk.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...