Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarosław Gowin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarosław Gowin. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 listopada 2021

O życiu wiecznym za 200 tysięcy dolców

 

      Wczoraj wieczorem mój kumpel Adaś Kozikowski zapytał mnie, czemu jeszcze nie skomentowałem na tym blogu załamania nerwowego Jarosława Gowina, a ja przede wszystkim pomyśłałem sobie, że owa sugestia jest o tyle ciekawa, że mi ani przez chwilę nawet do głowy nie przyszło, by owo nieszczęście komentować, a z drugiej strony, wydawałoby się czymś zupełnie oczywistym, że ja akurat, po tym jak, biorąc pod uwagę całość politycznych zachowań wydawałoby się byłego już polityka, wielokrotnie, jako coś nieuknionego, owo załamanie zapowiadałem, powinienem był się jakoś do tego co się stało odnieść. No ale teraz, nawet gdybym zmienił zdanie, to i tak już jest za późno, mogę więc tylko poinformować, że wedle najświeższych doniesień medialnych, Jarosław Gowin doszedł do siebie, zamieszczając na Twitterze komentarz, w którym poinfomował, że Leo Messi to najlepszy piłkarz w historii, ale Złota Piłka w tym roku należała się Robertowi Lewandowskiemu. A ów gest, moim zdaniem, oznacza, że ów dziwny człowiek jeszcze nie złożył broni i uznając, że co go nie zabiło, to go wzmocni i już wkrótce opowie nam o swoich kolejnych politycznych planach w telewizji TVN24.

        Ta natomiast refleksja, przypomniała mi pewną dużo, dużo starszą, kiedy to zadumałem się nad tym, jak to niektórzy ludzie, wbrew choćby i nieco kulawemu, ale wciąż zdrowemu, rozsądkowi, potrzebują, nawet jeśli nie żyć wiecznie, to owo życie udawać. W związku z tym zatem, bardzo proszę przypomnieć sobie pewien mój tekst jeszcze sprzed pięciu lat, opublikowany, swoją drogą, o ile dobrze pamiętam, wyłącznie w Salonie24, o takich właśnie dziwakach.

 

***

 

      Pamiętam tę myśl jeszcze z czasów, gdy byłem bardzo młody, ambitny i zaczytywałem się w różnych rzekomo mądrych książkach. Otóż słynny argentyński pisarz Jorge Luis Borges, kiedy był już bardzo starym człowiekiem, spotkał swojego równie starego jak on, dawno niewidzianego kolegę. „I co tam u ciebie?” – spytał Borges. „Umieram, mistrzu, powoli umieram” – odpowiedział Borgesowi kolega. „To dobrze, przyjacielu” – odrzekł pisarz. „Bardzo trudno byłoby żyć wiecznie”.

      Przyznaję, że samego Borgesa akurat nie czytałem. Owszem, parę razy się za te jego teksty brałem, ale nawet wtedy, kiedy potrafiłem czytać nawet Cortazara, Borges mi zwyczajnie nie wchodził. Tę jednak myśl zapamiętałem do dziś: „Trudno byłoby żyć wiecznie”. Ktoś powie, i jak najbardziej słusznie, że nie trzeba być Borgesem, by wymyślić coś na tym poziomie przebiegłości. Wystarczy odrobina wyobraźni, by kwestię uroków życia wiecznego mieć odhaczoną raz na zawsze. Wystarczy obejrzeć sobie film Spielberga pod tytułem „A.I.”, gdzie ów urok w pewnym momencie przybiera postać tak przerażającą, że najwidoczniej sami producenci uznali, że aby zrobiło się nieco sympatyczniej, pozostaje już tylko odwołać się do kosmitów. Co ja mówię „A.I.”? Wystarczy posłuchać piosenki Boba Dylana „Seven Curses”, gdzie klątwa rzucona przez piosenkarza na występnego sędziego brzmi szczególnie plastycznie:
„Rzucam oto siedem klątw na podłego sędziego:

Pierwsza, by jeden lekarz go nie wyleczył

Druga, by dwóch uzdrowicieli go nie uzdrowiło

Trzecia, by troje oczu go nie zauważyło

Czwarta, by czworo uszu go nie usłyszało

Piąta, by pięć ścian go nie ukryło

Szósta, by sześciu grabarzy go nie pochowało

Siódma, by siedem śmierci go nie uśmierciło”.

Niech za to co zrobił, żyje wiecznie, chciałoby się zawołać.

      A więc, po co nam Borges i jego przemyślenia? Nie wiem, szczerze mówiąc, faktem jest jednak, że jakoś to zdanie: „To dobrze, przyjacielu, trudno byłoby żyć wiecznie” utkwiło mi w głowie.

     I oto, w sytuacji, gdy wydawałoby się, że sprawa jest oczywista i, pomijając naturalny lęk przed nieznanym, powinniśmy jednak się starać zachowywać podstawowy zdrowy rozsądek, dowiadujemy się, że nie byle kto, ale Peter Thiel, miliarder i twórca PayPala, człowiek, który jako jeden z pierwszych zainwestował w Facebooka, a dziś jest jednym z prominentnych członków słynnej skądinąd grupy Bilderberg, uwierzył, że dzięki systematycznym transfuzjom krwi pobranej od osób od niego odpowiednio młodszych, będzie mógł żyć wiecznie, a w związku z tym przekonaniem inwestuje dziś miliony dolarów w tak zwane start-upy, których jedynym zadaniem jest stworzenie metody, która powstrzyma naturalny dotychczas proces starzenia się.  

       Jak słyszę, jedną z firm zajmujących się ową nieśmiertelnością, jest kalifornijski projekt pod nazwą Ambrosia. Prowadzi on eksperymenty, podczas których osoby starsze przechodzą regularne transfuzje krwi pobranej od osób poniżej 25 roku życia. Za udział w dwuletnich sesjach, uczestnicy eksperymentu płacą 8 tys. dol. Niejaki Jesse Karmazin, szef Ambrosii, potwierdził już, że uczestnicy z nową krwią doświadczają odwrócenia starzenia każdego większego układu narządów. „Wyniki wydają się być długotrwałe, jeśli nie stałe”, oświadczył Karmazin.

     Media donoszą, że dziś już nie tylko Thiel, ale również wielu innych biznesmenów z Doliny Krzemowej w wolnym od zarabiania pieniędzy czasie, wiszą na klamce do wspomnianej Ambrosii i zajmują się kupowaniem sobie wieczności. Ile ten obłęd ich wszystkich kosztuje, tego oczywiście nie wiemy, jednak wedle nieoficjalnych informacji, szacuje się, że sam Thiel wydaje rocznie niemal 200 tys. dolarów na krew pewnego 18-latka, którą każe sobie regularnie wstrzykiwać.

     Przeżyliśmy niedawno w naszej Polsce wydarzenie pod nazwą Światowe Dni Młodzieży i, jak widzę, część z nas wciąż nie może się po tym, cośmy zobaczyli pozbierać. Jak się zdaje, bardzo powszechna refleksja sprowadza się tu do stwierdzenia, że Polska to jedno z ostatnich miejsc na świecie, gdzie ludzie się będą chronić, gdy nadejdzie Armagedon. Chrześcijańskie miłosierdzie kazałoby mi pewnie mieć nadzieję, że wśród tych uchodźców znajdą się ci wszyscy biznesmeni z Kalifornii, a my ich przyjmiemy z otwartymi ramionami. I takie rozwiązanie jest jak najbardziej prawdopodobne. Jest bowiem bardzo możliwe, że przyjdzie dzień, kiedy oni będą tu do nas wiać w podskokach. Póki co jednak, ja im życzę, by nawet siedem śmierci ich nie zabiło. Niech żyją wiecznie. Świat się skończy, a oni niech dalej żyją i liczą na kosmitów.




środa, 11 sierpnia 2021

Jarosław Gowin, czyli wykopki

 

No i wreszcie nasze modlitwy zostały wysłuchane i Prezes podjął odważną decyzję, by na zbity pysk ze swojego rządu wywalić Jarosława Gowina. Chętnie bym owo wydarzenie jakoś oryginalnie skomentował, jednak – jak to niestety ostatnio coraz częściej bywa – mam wrażenie, że niemal wszystko co mogłoby zostać potraktowane jako oryginalne, wykorzystałem już z naddatkiem, i dziś jedyne co mi pozostaje to przypominanie swoich dawnych słów. Oto więc mój tekst jeszcze sprzed ośmiu lat, napisany dla „Warszawskiej Gazety”, a następnie powtórzony tu na blogu, gdzie swoją radość z aktualnych wykopek prezentuję w sposób niemal doskonały. Bardzo proszę.

 

      Gdybym miał opisać swój stosunek do Jarosława Gowina, musiałbym sięgnąć pamięcią do zdarzenia sprzed lat, kiedy to z moim synem pojechaliśmy do Krakowa na koncert Morrisseya, i wychodząc z dworca, natrafiliśmy na wspomnianego Gowina. Szedł ów Gowin z naprzeciwka, a więc najprawdopodobniej na pociąg do Warszawy, ciągnął za sobą walizkę na kółkach, a ja myślałem tylko o jednym: że gdyby mu tak podstawić nogę, albo zwyczajnie kopnąć w tyłek, i zobaczyć, jak on i ta jego walizka wspólnie się wywalają, można by autentycznie zakosztować smaku życia.

      Toniemy niestety jednak wszyscy w cywilizacji, w dodatku ograniczeni przepisami prawa, gdzie nawet jeśli się da w pysk zdrajcy i zaprzańcowi, można trafić do pudła, a w najlepszym wypadku stracić ciężko i uczciwie zarobione pieniądze, splunęliśmy więc tylko przez ramię, i poszliśmy coś zjeść.

       Tak się więc oto przedstawia stan moich emocji i sumienia, gdy idzie o osobę Jarosława Gowina.

       Ktoś spyta, czemu akurat dziś postanowiłem się nim zajmować. Otóż doszły mnie słuchy, że prominentny i zasłużony poseł Platformy Obywatelskiej Jarosław Gowin został przyjęty przez Jarosława Kaczyńskiego i panowie o czymś sobie pogadali. Cześć z komentatorów spekuluje, że Gowin przyszedł do Kaczyńskiego, aby sprawdzić warunki swojego ewentualnego przejścia do PiS-u, kiedy to już Donald Tusk nie będzie miał innego wyjścia, jak go – wraz oczywiście z wszystkimi jego sojusznikami – z partii wyrzucić. No i w związku z tymi spekulacjami pojawiają się różnego rodzaju niepokoje.

       W tej sytuacji, mam dla wszystkich zaniepokojonych dwie informacje. Jedną dobrą, a drugą niestety nie najlepszą. Otóż jestem mocno przekonany, że nie ma takiej możliwości, by Gowin, Godson, i kto tam jeszcze pozuje na platformerskiego konserwatystę, zostali przyjęci do PiS-u. Tak źle i głupio na szczęście jeszcze nie jest. Jeśli idzie o przyjmowanie kogo bądź, PiS akurat dotychczas zachowuje dość czyste konto. Natomiast – i to już jest wiadomość niewesoła – odnoszę bardzo przykre wrażenie, że Jarosław Kaczyński szykuje się na przyszłe rządzenie w taki oto sposób, by partia, jaką Gowin założy po wyrzuceniu go z Platformy, i z którą najprawdopodobniej jednak jakoś tam wejdzie do Sejmu, była przyszłym koalicjantem Prawa i Sprawiedliwości. Ot tak, na wszelki wypadek.

       W tej sytuacji mam do powiedzenia tylko jedno. Wchodzenie w koalicję z kimś takim jak Gowin i cała ta reszta bałwanów, która z siedzenia okrakiem na płocie uczyniła cnotę, jest czymś znacznie gorszym, niż robienie politycznych interesów nawet z Leszkiem Millerem. To jest coś jeszcze gorszego, niż codzienne znoszenie obecności Romana Giertycha.

       Przepraszam bardzo, ale jeśli tak ma wyglądać przyszły rząd, gdzie przyszłość Polski będzie się rozstrzygała w politycznych przepychankach pomiędzy Jarosławem Gowinem a Jarosławem Kaczyńskim, to ja się wycofuję. Końcówka mojego życia jest dla mnie zbyt cenna, by marnować ją na codzienne użeranie się z własną bezradnością.



 

poniedziałek, 7 grudnia 2020

Jarosław Gowin, czyli interes wartości

Zanim przejdę do rzeczy, opowiem kawał. Otóż w pewnej wsi wybiło szambo i na miejsce wypadku przyjechał odpowiedni fachowiec z praktykującym dopiero w zawodzie chłopakiem. Pan majster przez chwilę popatrzył na ten syf, następnie zdjął koszulę i spodnie i dał nura. Po paru chwilach wypłynął na powierzchnię, przetarł twarz ręką, wypluł to co miał w ustach i woła do chłopaka: „Młody, podaj ósemkę”. Zanurzył się ponownie i jeszcze kilka razy w ten sposób, prosząc czy to o klucz, czy o obcęgi, czy o młotek. Wreszcie, kiedy to gówno spłynęło, majster mówi: „Jak się nie będziesz uczył, to do końca życia będziesz tylko podawał narzędzia”.  

Czemu tak. Parę razy w tych dniach mianowicie nie dość że zmuszony zostałem do oglądania twarzy Jarosława Gowina i słuchania jego głosu, to jeszcze zaktywizowało się jego niedorozwinięte dziecko i powiem uczciwie, że moja cierpliwość, nie tyle może do tego człowieka, bo gdy chodzi o niego, ten pociąg już dawno odjechał, ale do przymykania oka na tak zwaną „polityczną konieczność”, została ostatecznie wyczerpana. Ja wiem, że parlamentarna większość, jaką sobie zapewniło w Sejmie Prawo i Sprawiedliwość z przyległościami, to wartość wymagająca od nas wszystkich spokoju i zrozumienia, tym razem jednak uważam, że tu trzeba jednak zaryzykować i tego oszusta odesłać przy pomocy jednego, krótkiego kopniaka w zadek.

Możliwe, że w tym momencie przydałoby się parę dodatkowych słów szerszego nieco komentarza, choćby odnośnie awansów jakie młody Gowin robi w kierunku Kingi Dudy, jednak uznałem, że wystarczy jeśli przytoczę pewien króciutki tekst, jaki zamieściłem tu grubo ponad trzy lata temu, bo szczerze powiedziawszy ładniej i bardziej przekonująco chyba bym już nie potrafił. A zatem bardzo proszę.

 

 

      Wspominałem o tym już tu kiedyś, ale tak wyszło, że muszę tę historię opowiedzieć raz jeszcze. Otóż pewnego dnia, przed wielu, wielu laty, kiedy jeszcze z Katowic do Krakowa jeździło się pociągiem, a marzenia o tym, że Prawo i Sprawiedliwość odzyska kiedykolwiek władzę, były wyłącznie marzeniami, zdarzyło mi się być we wspomnianym Krakowie i jakimś niezbadanym cudem losu, tuż po wyjściu z dworca kolejowego, wlazł mi w drogę nie kto inny, jak wówczas minister w rządzie Platformy Obywatelskiej, a dziś minister w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, Jarosław Gowin. Ponieważ już wtedy byłem zaledwie starszym panem, który ostatnie czego pragnie to wziąć udział w jakimś bezsensownym happeningu, obszedłem Gowina z godnością, natomiast przyznaję, że ból jaki odczuwam do dziś w związku z tym, że, wykorzystując ową niezwykłą okazję, nie kopnąłem go przynajmniej w tę walizeczkę na kółkach, którą za sobą ciągnął, nie opuszcza mnie do dziś.

      Nie poczułem się zatem ani trochę lepiej, kiedy w tych dniach dotarła do mnie wiadomość, że ów Gowin udzielił wywiadu Radiu Zet i komentując zgłoszenie przez Platformę Obywatelską wotum nieufności dla rządu Beaty Szydło, oraz wyznaczenie Grzegorza Schetyny na stanowisko premiera, oświadczył ni mniej nie więcej, jak to mianowicie:

„Lubię i szanuję Grzegorza Schetynę, ale polityka jest kwestią wartości interesów, a nie osobistych sympatii, bądź antypatii. Czy to znaczy, że w tym wypadku interes przeważa? I wartości przeważają i interes przeważa. Również interes Polski. […] Natomiast ja nie należę do tych polityków, którzy uważają, że moralne triumfy są tożsame z politycznymi sukcesami. Ja wolę mieć polityczne sukcesy nawet wtedy, kiedy nie mam poczucia wielkiego moralnego triumfu”.

      Mam nadzieje, że wszyscy dokładnie zapoznaliśmy z ową eksplozją myśli, wbrew pozorom dopiero w ostatniej kolejności politycznej. Oto mamy człowieka, który stając wobec wyboru: wartości, czy interes, najpierw oświadcza, że on osobiście zamierza bronić „wartości interesów”, następnie poproszony o jasną deklarację, czy w zastanej sytuacji on wybiera wartości, czy interes, odpowiada, że w jego ocenie przed wartościami stoi interes, a nad interesem wartości, by wreszcie oświadczyć, że dla niego ostatecznie polityczny sukces jest czymś cenniejszym niż triumf moralny.

      Ponieważ w moim odczuciu, w tym z czym mieliśmy to nieszczęście zapoznać się chwilę temu, mieści się całe zło współczesnego świata, nie pozostaje mi nic innego jak zaapelować do władz Prawa i Sprawiedliwości, by nie oglądając się na nic, wywaliły Gowina na zbity pysk zarówno z rządu, jak i w ogóle z całej tej przestrzeni, która kojarzy się publicznie z Prawem i Sprawiedliwością. Nawet jeśli ów gest będzie oznaczał upadek rządu i kolejne osiem lat w opozycji, korzyści jakie dzięki temu uzyskamy – choćby to były zaledwie korzyści moralne – znacznie przewyższą spustoszenia, jakie obecność tego gnoma czyni w obozie Dobrej Zmiany. Powiedzmy to sobie jasno. Ten człowiek to czyste zło i ja wcale nie jestem pewien, czy od czasu, gdy tu się jeszcze miał okazję kręcić Bronisław Geremek, Polska doznała tego rodzaju upokorzenia.



 

piątek, 28 grudnia 2018

Jak żyć na trzeźwo w czarno-czarnej ektoplazmie?


       Tego co nasza europejska inteligencja nazwała „Jankowski Gate” nie komentowałem, bo raz, że byłem zajęty czymś zupełnie inym, a poza tym, pomijając głosy ludzi do których mam jeszcze mniejsze zaufanie niż do chandlerowskiej tarantuli na porcji biszkopta, na temat tego co zmarły przed laty ksiądz Henryk Jankowski wyprawiał poza godzinami pracy nie wiem zgoła nic. Wiem, owszem, że nie stronił on od blasku świateł oraz związanego z nim naturalnego przepychu, wiem też, że on ten blask cenił sobie nie mniej niż setki powszechnie znanych i szanowanych osób, poczynając od Jerzego Urbana, przez Jerzego Owsiaka, a kończąc na Ryszardzie Kaliszu, Lechu Wałęsie, czy Kubie Wojewódzkim, poza tym, jak mówię, nie mam tu jakichkolwiek kompetencji. Tym bardziej zresztą czuje się niekompetentny, kiedy słyszę, jak to dziś wielcy działacze Solidarności lat 80, z Bogdanem Borusewiczem na czele, zaświadczają własnym słowem i honorem, że oni od początku wiedzieli, że Jankowski to gwałciciel i pedofil, a jako dowod na swoją prawdomówność przytaczają argument, że oni tam byli i widzieli.
        Nie zajmowałem się zatem osobą oraz sprawą księdza Jankowskiego, co nie znaczy, że mnie w ogóle sprawy naszego Kościoła i jego pasterzy nie ruszają. Jest wręcz przeciwnie. Oto w ostatnich dniach odeszli od nas dwaj biskupi, katowicki biskup pomocniczy Gerard Bernacki, oraz - ledwie wczoraj - słynny biskup Pieronek, a ja w tej sprawie, jak najbardziej mam ochotę mówić.
        Proszę sobie wyobrazić, że z biskupem Bernackim miałem okazję spotkać się osobiście raz w życiu jeszcze zanim otrzymał swoje stanowisko. Były lata 80-te, moi rodzice już od kilku lat nie żyli, a ja większość czasu spędzałem z moją dziś żoną, a wówczas ledwie ukochaną, siedzieliśmy sobie u mnie czekając na odwiedziny kolędowe i niespodziewanie pojawił się u nas nie kto inny jak ksiądz Bernacki. Pamiętam, że był bardzo grzeczny, wręcz ujmujący, księżowski jak z obrazka, no a ja mu powiedziałem, żeby on sobie nie myślał, że my tu żyjemy na kocią łapę, po prostu moja dziewczyna postanowiła razem ze mną przyjąć kolędę i tyle. Ksiądz Bernacki bardzo się na to oburzył i powiedział, że jemu by coś takiego nawet przez głowę nie przeszło, bo on zawsze zakłada, że ludzie są porządni i takie tam. Bardzo miły był dla nas ksiądz Bernacki. Pamiętamy tamtą kolędę do dziś.
        Minęło parę lat, ksiądz został przez Jana Pawła II ustanowiony biskupem pomocniczym przy arcybiskupie Zimoniu, no i był sobie tym naszym biskupem aż do roku 2012, kiedy to choroba alkoholowa ostatecznie go pokonała, i to, jak się zdaje, z tak wielkim hukiem, że papież Benedykt XVI nie miał innego wyjścia jak przyjąć jego rezygnację z duszpasterskich obowiązków i nakazać opuszczenie diecezji. Biskup Bernacki wyjechał więc do Zakopanego, gdzie zamieszkał w miejscowym klasztorze ojców Bonifratrów, by po latach wrócić do rodzinnego Prudnika, i tam ostatecznie dokończyć żywota.
        A wiec to tyle gdy chodzi o pierwszego z dwóch zmarłych biskupów. Mimo że biskup Pieronek był nie dość, że o wiele bardziej znany od biskupa Bernackiego, by nie powiedzieć, że jego sława jako przedstawiciela Kościoła dorównywała sławie największych polskich duszpasterzy, na temat jego życia osobistego wiem równie niewiele, jak na temat księdza prałata Jankowskiego. A więc nie mam pojecia, czy biskup Pieronek chlał, puszczał się, współpracował z bezpieką, gwałcił niewinne dzieci i pobożne panny, kradł i uwielbiał drogie gadżety. Dwie natomiast rzeczy wiem z całą pewnością. Otóż biskup Pieronek, gdy chodzi o naukę Kościoła, zachowywał pozycję jednoznacznie wierną, by nie powiedzieć konserwatywną, natomiast w kwestii życia publicznego, z jednej strony głosił poglądy bardzo antykomunistyczne, a z drugiej całym sercem, całą dusza i całym rozumem nienawidził PiS-u. Gdybym miał streścić jego poglądy polityczne, najchętniej sprowadziłbym je do dwóch wypowiedzi: pierwsza z nich to ta, że lewicowe feministki należy spalić kwasem siarkowym, a druga że czasy wobec których stoi dziś Polska to dyktatura bezprawia i niesprawiedliwości.
      Zmarł więc biskup Tadeusz Pieronek i żałobę jaka ogarnęła cały nowoczesny świat można porównać tylko do tej, jaką obserwaliśmy w przypadku odejścia tak wybitnych autorytetów, jak Wisława Szmborska, Władysław Bartoszewski, czy Kazimierz Kutz. Biorąc pod uwagę fakt, że Biskup nie miał jakichś nadzwyczajnych zasług dla Kościoła i jego popularność związana była wyłącznie z tym, że lubił się udzielać medialnie, zastanawiam, skąd ta atmosfera utraty? Czy bardziej poszło o ten kwas siarkowy, czy może o owo bezprawie i niesprawiedliwość. Kiedy tak sobie na ten temat dumałem, odpowiedzi na tę zagadkę udzielił nam sam ksiądz profesor Alfred Wierzbicki - gdyby ktoś nie pamiętał, to ten sam, który swego czasu publicznie powiedział, że popierając PiS, Kościół „zrobił z siebie głupka”, za co został równie publicznie upomniany przez swojego biskupa. Oto ów komentarz: „Były sytuacje, w których biskup Pieronek potrafił zmieniać swoje poglądy, wymieniając jako przykład jego wcześniejsze wypowiedzi dotyczące feministek. Był człowiekiem refleksyjnym, a człowiek, który myśli, nie widzi rzeczywistości czarno-białej i się waha”.
       Już w momencie gdy piszę ten tekst, słucham wypowiedzi wiecznie niezastąpionego ministra Jarosława Gowina, który najpierw opowiada o swojej wielkiej przyjaźni z biskupem Pieronkiem, jak oni się niemal co dziennie spierali o to, czy rząd Prawa i Sprawiedliwości to dpobro, czy zło, a następnie, by nam pokazać, jakim to fantastycznym czlowiekiem był śp. Tadeusz Pieronek, opowiada sensacyjną wręcz anegdotę, o tym, jak to biskup Pieronek swego czasu faktycznie i stale spotykał się z oficerem Służby Bezpieczeństwa, prowadząc z nim wyczerpujące rozmowy, jednak po każdym z takich spotkań, udawał się do Kurii, gdzie równie szczerze z wszystkiego zdawał sprawozdanie Arcybiskupowi. Taki był. Taki właśnie był ów niezłomny ksiądz.
       Biedny biskup Pieronek, biedny minister Gowin. Ciężko naprawdę poruszać się w tej strasznej, czarno-czarnej mazi. Może faktycznie powinni obaj w pewnym momencie pójść śladami biskupa Bernackiego i zacząć zwyczajnie chlać.






czwartek, 18 maja 2017

Jarosław Gowin napada, czyli o handlu żywym towarem

Zdaję sobie świetnie sprawę z tego, że znęcanie się nad ministrem Gowinem na tym blogu powoli traci sens, jednak są sytuacje, kiedy nawet ktoś tak przewidywalny w swojej nikczemności, jak ten człowiek, nie potrafi powstrzymać zwykłego odruchu moralnego sprzeciwu. Oto proszę sobie wyobrazić, że ów dziwny minister uznał za stosowne zabrać głos w sprawie podpisanej właśnie przez prezydenta Dudę, a wcześniej przyjętej przez rząd, w którym on sam pełni funkcje wicepremiera, nowelizacji prawa farmaceutycznego i w wypowiedzi dla stacji TVN24 ogłosił, że jest decyzją Prezydenta „rozczarowany”, że „nowelizacja uderza w wolność gospodarczą” i że wreszcie samą ustawę uważa za „szkodliwą i pod pewnym względem skandaliczną”. Ja oczywiście rozumiem, że przemysł farmaceutyczny to dziś potwór, który pożarł nie takich mądrali jak Gowin, a więc w sumie nie powinniśmy się temu nieszczęśnikowi dziwić, że w sytuacji gdy rząd Beaty Szydło, przy najpewniej w pełni świadomym poparciu Prezydenta, postanowił wykonać pierwszy krok na drodze, która być może szczęśliwie doprowadzi do tego, że przynajmniej w Polsce owa mafia poczuje, że jednak nie wszystko im wolno, poczuł się zobowiązany do tego, by wystąpić publicznie i zacząć coś pieprzyć na temat wolności gospodarczej. A mimo to, osobiście jestem pod wrażeniem. Mamy ten rząd, który walczy o przetrwanie niemal z całym światem, rząd dla którego każdy, choćby najdrobniejszy kryzys może oznaczać początek końca, a ten cwaniak nagle postanawia publicznie protestować przeciwko czemuś, co i tak jest już przeszłością. Czemu on to robi? Jakie siły zmuszają go do tego, by w sytuacji, gdy od tego co się stało nie ma odwrotu, wyskakiwać z tego typu deklaracjami? Przywiązanie do wartości konserwatywnych? Przepraszam bardzo, ale może już nie żartujmy.
A więc mamy tego Gowina, który dla mnie w sposób zupełnie oczywisty został kupiony przez ów biznes i to kupiony tak, że nie ma już dla niego znaczenia ani funkcja ministra, ani wicepremiera, ani to, że jego polityczna przyszłość – jeśli w ogóle można o jakiejkolwiek mówić – związana jest wyłącznie z Prawem i Sprawiedliwością, bo jest pewien rodzaj zobowiązań, których złamanie grozi śmiercią. Ale z drugiej strony mamy autentyczny problem, a więc wspomniany przemysł i pewne nieśmiałe próby doprowadzenia do tego, by polskie państwo zdołało jednak zachować nad nim jakąś, choćby minimalną, kontrolę. Myślę, że większość z nas doskonale wie, co, mówiąc o problemie, mam na myśli. Niektórym z nas wystarczy choćby rzucić okiem na telewizyjne reklamy, czy te publikowane w popularnej prasie, i zobaczyć jaka z nich część jest finansowana przez koncerny farmaceutyczne. Niektórzy, ci bardziej dociekliwi, powinni być może się skonsultować z tymi biednymi dziewczynami po biotechnologii, zatrudnionymi w licznych aptekach, czy z lekarzami wystawiającymi nam odpowiednie recepty, a oni w przypływie szczerości opowiedzą, jak ów system jest zorganizowany i o co w nim tak naprawdę chodzi.
Broń Boże jednak, jeśli już nam przyjdzie do głowy prosić o konsultacje, nie zwracajmy się o w tej sprawie do właścicieli owych aptek, którzy rzekomo – wedle zapewnień Jarosława Gowina – mają się stać niewinną ofiarą owej nowelizacji. A najbardziej bowiem mamy ucierpieć my, szare, doświadczalne myszki, które już za chwilę będą musiały więcej płacić za lekarstwa, które dotychczas były takie tanie.
Już kończę. Aby jednak owe refleksje zamknąć jakimś mocnym akcentem, przytoczę słowa bohatera dzisiejszej notki, ministra Gowina:
„Ja rozumiem, że apteki nie mogą być traktowane jak normalne sklepy i na całym świecie są regulacje polegające na tym, że apteka musi być prowadzona przez farmaceutę. Zgoda. Ale dlaczego właścicielem apteki może być tylko farmaceuta? To jest tak, jakby właścicielem stacji telewizyjnej mógł być tylko dziennikarz, a politykiem politolog”.
A burdelu kurwa. Prawda, obywatelu ministrze? Burdelu kurwa. Przecież to byłby absurd, prawda?


Zapraszam wszystkich do naszej księgarni, która od niedawna funkcjonuje pod nowym adresem basnjakniedzwiedz.pl, i gdzie tak jak dotychczas są do kupienia moje książki.

niedziela, 26 marca 2017

Interes wartości, czyli dekalog Jarosława Gowina

       Opowiadałem to już tu kiedyś, ale tak wyszło, że muszę tę historię opowiedzieć raz jeszcze. Otóż pewnego dnia, przed wielu, wielu laty, kiedy jeszcze z Katowic do Krakowa jeździło się pociągiem, a marzenia o tym, że Prawo i Sprawiedliwość odzyska kiedykolwiek władzę, były wyłącznie marzeniami, zdarzyło mi się być we wspomnianym Krakowie i jakimś niezbadanym cudem losu, tuż po wyjściu z dworca kolejowego, wlazł mi w drogę nie kto inny, jak wówczas minister w rządzie Platformy Obywatelskiej, a dziś minister w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, Jarosław Gowin. Ponieważ już wtedy byłem zaledwie starszym panem, który ostatnie czego pragnie to wziąć udział w jakimś bezsensownym happeningu, obszedłem Gowina z godnością, natomiast przyznaję, że ból jaki odczuwam do dziś w związku z tym, że, wykorzystując ową niezwykłą okazję, nie kopnąłem go przynajmniej w tę walizeczkę na kółkach, którą za sobą ciągnął, nie opuszcza mnie do dziś.
      Nie poczułem się zatem ani trochę lepiej, kiedy w tych dniach dotarła do mnie wiadomość, że ów Gowin udzielił wywiadu Radiu Zet i komentując zgłoszenie przez Platformę Obywatelską wotum nieufności dla rządu Beaty Szydło, oraz wyznaczenie Grzegorza Schetyny na stanowisko premiera, oświadczył ni mniej nie więcej, jak to mianowicie:
„Lubię i szanuję Grzegorza Schetynę, ale polityka jest kwestią wartości interesów, a nie osobistych sympatii, bądź antypatii. Czy to znaczy, że w tym wypadku interes przeważa? I wartości przeważają i interes przeważa. Również interes Polski. […] Natomiast ja nie należę do tych polityków, którzy uważają, że moralne triumfy są tożsame z politycznymi sukcesami. Ja wolę mieć polityczne sukcesy nawet wtedy, kiedy nie mam poczucia wielkiego moralnego triumfu”.
      Mam nadzieje, że wszyscy dokładnie zapoznaliśmy z ową eksplozją myśli, wbrew pozorom dopiero w ostatniej kolejności politycznej. Oto mamy człowieka, który stając wobec wyboru: wartości, czy interes, najpierw oświadcza, że on osobiście zamierza bronić „wartości interesów”, następnie poproszony o jasną deklarację, czy w zastanej sytuacji on wybiera wartości, czy interes, odpowiada, że w jego ocenie przed wartościami stoi interes, a nad interesem wartości, by wreszcie oświadczyć, że dla niego ostatecznie polityczny sukces jest większą wartością niż triumf moralny.
      Ponieważ w moim odczuciu, w tym z czym mieliśmy to nieszczęście zapoznać się chwilę temu, mieści się całe zło współczesnego świata, nie pozostaje mi nic innego jak zaapelować do władz Prawa i Sprawiedliwości, by nie oglądając się na nic, wywaliły Gowina na zbity pysk zarówno z rządu, jak i w ogóle z całej tej przestrzeni, która kojarzy się publicznie z Prawem i Sprawiedliwością. Nawet jeśli ów gest będzie oznaczał upadek rządu i kolejne osiem lat w opozycji, korzyści jakie dzięki temu uzyskamy – choćby to były zaledwie korzyści moralne – znacznie przewyższą spustoszenia, jakie obecność tego gnoma czyni w obozie Dobrej Zmiany. Powiedzmy to sobie jasno. Ten człowiek to czyste zło i ja wcale nie jestem pewien, czy od czasu, gdy tu się jeszcze miał okazję kręcić Bronisław Gieremek, Polska doznała tego rodzaju upokorzenia.

Zapraszam niezmiennie do odwiedzania księgarni na stronie www.coryllus.pl i z góry gratuluje dobrego wyboru. Przy okazji chciałbym poinformować, że w już w najbliższą sobotę przyjeżdżam do Warszawy na organizowanie dorocznie w arkadach pod Zamkiem Targi Wydawców Katolickich. Jeśli nie wystąpią jakieś nieoczekiwane okoliczności, będę na stoisku wyłącznie w sobotę. Natomiast już w kolejny weekend, również w Warszawie, będę się spotykał z Czytelnikami na kolejnych targach targach, tym razem zarówno w sobotę jak i niedzielę. O szczegółach będę informował na bieżąco.





piątek, 28 czerwca 2013

Pluskwa i cebulka, czyli o ukrytych talentach naszej prawicy

Nie wiem, czy to jest coś, co wciąż pamiętamy, czy może w natłoku najróżniejszych, starszych i nowszych, anegdot rozpłynęło się to wspomnienie wraz całym szeregiem innych, ja jednak pamiętam. Otóż był sobie za PRL-u taki dowcip: Przychodzi człowiek do restauracji i na talerzu, wśród ziemniaków, surówki i mięsa, znajduje zasuszoną pluskwę. Woła kelnera, kelner przychodzi, grzecznie się kłania, zdejmuje pluskwę z talerza, zjada ją, i z bezczelnie pewną siebie miną oświadcza: „Cebulka”.
Co się stało, że dziś akurat przypomniał mi się ten stary dowcip? Parę rzeczy. O jednej z nich – wbrew pozorom, wcale nie najbardziej dla nas istotnej – wspomniałem w notce zamieszczonej w Salonie24, a mam tu na myśli rozmowę, jaką dla tygodnika „Do Rzeczy” z Moniką Jaruzelską przeprowadził Rafał Ziemkiewicz. Mamy tu jednak z jednej strony tego Ziemkiewicza, a z drugiej – tak, tak – komunistyczną księżniczkę, i praktycznie wszystko jest jasne. Jasne w tym sensie, że nikt niczego nie udaje. Ziemkiewicz – prawicowy dziennikarz i legenda myśli konserwatywnej – zaprasza do rozmowy swoją dawną, szkolną miłość, Monikę Jaruzelską, córkę generała Jaruzelskiego i czołową gwiazdę popularnej kultury, i coś tam plotą, tak, by część publicznej opinii, którą nazywamy „prawicową”, uznała, że jedynym dla nas rozwiązaniem jest powszechna zgoda wokół tego, czym dla nas wszystkich jest Polska. To jednak, co wprawia mnie w nastrój, powiedziałbym, wyjątkowo ponury, to seria wydarzeń, które towarzyszą tej rozmowie niejako z boku, a które w pewnym sensie wręcz przebijają ją pod względem bezczelności wręcz modelowej. Bezczelności opisanej tak fantastycznie w owym starym dowcipie o cebulce.
Oto we wspomnianym Salonie24 znajduję notkę zamieszczoną przez Jarosława Gowina, który postanowił wreszcie się wyemancypować spod kurateli Donalda Tuska, ogłosił bardzo ambitne plany – o których w szczegółach, ze względu na szacunek do czytelnika, nie będę wspominał – i, zapewne w celu spopularyzowania owych planów wśród tak zwanej „internetową nędzy”, założył bloga w Salonie24. Oczywiście, nie pierwszy on i nie ostatni. Każdy, kto tu jest odrobinę dłużej, doskonale wie, jak ten przekręt działa. Pojawia się jakaś poważna okazja do załatwienia paru zaległych spraw, więc człowiek uderza w tak zwane „blogi”. Mieliśmy tu i Kazimierza Kutza, i Jarosława Kaczyńskiego, i Janusza Palikota, że już nie wspomnę o takiej nędzy, jak Zbigniew Girzyński. Ci czterej jednak, a z nimi jeszcze paru mniej istotnych, działali w czasie, kiedy ci bardziej może naiwni z nas wierzyli, że Internet to jest jakaś oferta, więc ich obecność tu mogła robić jakieś wrażenie. Dziś mamy tego Gowina, który przyłazi na te nasze blogi i z jak najbardziej poważną miną zaprasza nas do dyskusji, w której on sam oczywiście nawet przez krótką chwilę udziału brać zamiaru nie ma i nigdy nie miał. Nikt go oczywiście nie słucha, ale niemal w tym samym momencie pojawia się Igor Janke, i ogłasza koniec tradycyjnego dziennikarstwa, bo oto władzę przejmują blogerzy oraz politycy, tacy jak właśnie sam Jarosław Gowin. I on to pisze tak, jakby sądził, że dla nas cała ta sytuacja jest czymś nieskończenie poważnym.
Mamy więc tego Gowina, tuż za nim nadchodzi Igor Janke, a przecież nie sposób w tym kontekście zapomnieć o – również ledwo co wspomnianym przez mnie – Janie Pietrzaku. Tygodnik „Sieci” zamieszcza z Pietrzakiem wywiad, a całość zdobi najbardziej tandetnym, niemal jarmarcznym zdjęciem Pietrzaka z elektryczną gitarą i w wypasionych ray-banach – po ciężką, na Boga, cholerę! –zupełnie bezwstydnie przyznając, że zarówno gitara, jak i okulary, zostały wypożyczone z paru warszawskich sklepów na potrzeby sesji, a tym samym przyznając, że ani ów Pietrzak, ani cały ten przekaz nie jest w najmniejszym stopniu autentyczny; że to jest najbardziej tandetny przekręt przeprowadzony na potrzeby tych, których oni uważają za ostatnich durniów. A więc nas.
Ale jest jeszcze coś, co moim zdaniem jest już naprawdę groźne, choćby z tego względu, że się dzieje nie w owej skromniej przestrzeni między nami, a gazetą, czy ekranem komputera, ale zwyczajnie, na ulicy. Otóż w tym samym wydaniu tygodnika „Do rzeczy”, który zrelacjonował nam randkę po latach między Ziemkiewiczem, a Jaruzelską, jest tekst poświęcony postaci niejakiego Andrzeja Hadacza. Kim jest ów Hadacz? Otóż jest to, jak się okazuje, jeden z głównych, najbardziej radykalnych tak zwanych „obrońców krzyża”, który oto właśnie okazał się prowokatorem, opłacanym przez Janusza Palikota, jeśli nie przez kogoś stojącego znacznie jeszcze wyżej. Okazuje się, że to właśnie ów Hadacz, przez wiele miesięcy, czy już nawet lat, zjednywał sobie popularność wśród spragnionych prawdy Polaków zawołaniami w rodzaju: „rozliczyć tych skurwysynów”, „Tusk, albo Komorowski – w łeb”, czy wreszcie – przyznaję, że moje ulubione – „Jaruzelski powinien skończyć tak samo jak Ceausescu! Kula w łeb temu zbrodniarzowi! Dawać mi tego łobuza, mordercę!” I co my z tego wiemy? Dokładnie to samo, cośmy się właśnie dowiedzieli z rozmowy Ziemkiewicza z Jaruzelską, debiutu Jarosława Gowina w Salonie24, czy tekstu Igora Janke, w którym on nas informuje o tym, że to my przejmujemy władzę. To samo, co widzimy, jak się nam fantastycznie odbija w przepięknych ray-banach, które dla Jana Pietrzaka, bohatera naszej walki o sprawiedliwość wypożyczył redaktor Lisicki. Dokładnie to samo, co wypadło spod szarpanych palcami tego samego Jana Pietrzaka strun gitary, którą, podobnie jak te nieszczęsne ray-bany, a konto jeszcze jednego taniego grepsu dla nas, naiwnych patriotów, wyszarpał na parę godzin ów bohater naszej wiecznej walki.
O co chodzi? Otóż obawiam się – i temu dziś chciałem dać świadectwo – że jesteśmy manipulowani, jak nigdy dotąd. Z bezczelnością tak bezpośrednią, że ów stary peerelowsko-restauracyjny żart z pluskwą i cebulką jawi się nam, jako nie wart splunięcia bzdura. Ale jest w tym coś jeszcze znacznie gorszego. O ile wtedy, nie było takiej siły, by nam wcisnąć tę cebulkę, dziś do tego kłamstwa ustawiamy się wręcz w kolejkach. I niech no tylko ktoś się spróbuję wepchać przed nami!
Kiedy pisze się taki tekst, jak ten, a więc wypełniony czystą emocją, trudno jest się czasami zorientować, od którego momentu to, co się chciało powiedzieć na samym początku, jest jeszcze w wystarczający sposób przejrzyste. A zatem, jest całkiem możliwe, że kiedy zacząłem od tej pluskwy i cebulki, wszystko co pozostało z pierwszego wrażenia zostało skutecznie przykryte przez kolejną porcję tak zwanej polityki, reprezentowanej przez jakiegoś Lisickiego czy Gowina. W tej sytuacji, kto wie, czy zupełnie bez związku z tym, co tu się wydaje tak bez sensu sterczeć, chciałem powtórzyć po raz nie wiem już który, że zostaliśmy załatwieni równo i na czysto. A mnie pozostaje tylko urządzić konkurs pod hasłem: „Pluskwa czy cebulka”. Nagroda jest najskromniejsza ze wszystkich możliwych – czyste sumienie.

Wszystkim, którzy wspierają ten blog, czy to swoją obecnością, czy przez bardzo szczodre wpłaty na konto, bardzo dziękuję i zapewniam o swojej nieskończonej wdzięczności. Proszę nie odchodzić.

niedziela, 2 czerwca 2013

Gdy porażka stała się nałogiem

Jak w każdy ostatnio weekend, tradycyjnie, przedstawiam tu swój najnowszy felieton z "Warszawskiej Gazecie". Przy okazji - również tradycyjnie - proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdybym miał opisać swój stosunek do Jarosława Gowina, musiałbym sięgnąć pamięcią do zdarzenia sprzed lat, kiedy to z moim synem pojechaliśmy do Krakowa na koncert Morrisseya, i wychodząc z dworca, natrafiliśmy na wspomnianego Gowina. Szedł ów Gowin z naprzeciwka, a więc najprawdopodobniej na pociąg do Warszawy, ciągnął za sobą walizkę na kółkach, a ja myślałem tylko o jednym: że gdyby mu tak podstawić nogę, albo zwyczajnie kopnąć w tyłek, i zobaczyć, jak on i ta jego walizka wspólnie się wywalają, można by autentycznie zakosztować smaku życia.
Toniemy niestety jednak wszyscy w cywilizacji, w dodatku ograniczeni przepisami prawa, gdzie nawet jeśli się da w pysk zdrajcy i zaprzańcowi, można trafić do pudła, a w najlepszym wypadku stracić ciężko i uczciwie zarobione pieniądze, splunęliśmy więc tylko przez ramię, i poszliśmy coś zjeść.
Tak się więc oto przedstawia stan moich emocji i sumienia, jak idzie o osobę Jarosława Gowina.
Ktoś się spyta, czemu akurat dziś postanowiłem się nim zajmować. Otóż doszły mnie słuchy, że prominentny i zasłużony poseł Platformy Obywatelskiej Jarosław Gowin został przyjęty przez Jarosława Kaczyńskiego, i panowie o czymś sobie pogadali. Cześć z komentatorów spekuluje, że Gowin przyszedł do Kaczyńskiego, aby sprawdzić warunki swojego ewentualnego przejścia do PiS-u, kiedy to już Donald Tusk nie będzie miał innego wyjścia, jak go – wraz oczywiście z wszystkimi jego sojusznikami – z partii wyrzucić. No i w związku z tymi spekulacjami pojawiają się różnego rodzaju niepokoje.
W tej sytuacji, mam dla wszystkich zaniepokojonych dwie informacje. Jedną dobrą, a drugą niestety nie najlepszą. Otóż jestem mocno przekonany, że nie ma takiej możliwości, by Gowin, Godson, i kto tam jeszcze pozuje na platformerskiego konserwatystę, zostali przyjęci do PiS-u. Tak źle i głupio na szczęście jeszcze nie jest. Jak idzie o przyjmowanie kogo bądź, PiS akurat dotychczas zachowuje dość czyste konto. Natomiast – i to już jest wiadomość niewesoła – odnoszę bardzo przykre wrażenie, że Jarosław Kaczyński szykuje się na przyszłe rządzenie w taki oto sposób, by partia, jaką Gowin założy po wyrzuceniu go z Platformy, i z którą najprawdopodobniej jednak jakoś tam wejdzie do Sejmu, była przyszłym koalicjantem Prawa i Sprawiedliwości. Ot tak, na wszelki wypadek.
W tej sytuacji mam do powiedzenia tylko jedno. Wchodzenie w koalicję z kimś takim jak Gowin i cała ta reszta bałwanów, która z siedzenia okrakiem na płocie uczyniła cnotę, jest czymś znacznie gorszym, niż robienie politycznych interesów nawet z Leszkiem Millerem. To jest coś jeszcze gorszego, niż codzienne znoszenie obecności Romana Giertycha.
Przepraszam bardzo, ale jeśli tak ma wyglądać przyszły rząd, gdzie przyszłość Polski będzie się rozstrzygała w politycznych przepychankach pomiędzy Jarosławem Gowinem a Jarosławem Kaczyńskim, to ja się wycofuję. Końcówka mojego życia jest dla mnie zbyt cenna, by marnować ją na codzienne użeranie się z własną bezradnością.

sobota, 20 kwietnia 2013

Jarosław Gowin - człowiek z sercem po prawej stronie

Poniższy tekst ukazał się wczoraj w „Warszawskiej Gazecie”, jako kolejny z felietonów, które dzięki zainteresowaniu Piotra Bachurskiego mam okazję publikować tam od kilku miesięcy. Umieszczam go tu, raz, ponieważ zwykle dzielę się tym, co robię poza tym blogiem, a dwa, że, moim zdaniem, temat, który tu poruszyłem, z każdym dniem staje się coraz bardziej aktualny, i szkoda by było go ograniczyć tylko do jednego miejsca. Proszę o uwagę.
Jeśli ktoś powie, że w dniach po 10 kwietnia 2010 roku, demonstrowane przez oficjalną opinię publiczną żal i poruszenie, były większe, niż to, co obserwujemy dziś, kiedy to w wyniku eksplozji w Bostonie zginęły trzy osoby, nie będę się upierał i twierdził, że było inaczej. Niemniej to, co właśnie obserwuję, każe mi podejrzewać, że te różnice nie są jakoś szczególnie rażące.
Weźmy choćby jedną z pierwszych informacji, jakie do nas dotarły, kiedy już policzono straty i mniej więcej uprzątnięto teren ataku, a mianowicie, że cała kupa gwiazd amerykańskiego popu, takich jak Justin Bieber, Oprah Winfrey, czy Britney Spears wzięła udział w akcji pod hasłem „Modlitwa za Boston”. A to przecież nie wszystko. Wspomniana Britney Spears na przykład dodatkowo na Twitterze napisała: „Wysyłam moje myśli i modlitwy do Bostonu, moje serce jest z wami wszystkimi”.
Ja akurat nie przypominam sobie, żeby, skoro już mówimy o Twitterze, by taki Radek Sikorski w niedzielę 11 kwietnia napisał, że on swoje myśli i modlitwy wysyła do Smoleńska. Nie pamiętam też, żeby to zrobiła piosenkarka Dąbrowska, czy ktoś o podobnej pozycji. W ogóle, nie bardzo potrafię sobie przypomnieć nic, poza tymi biednymi ludźmi siedzącymi przed telewizorami i przecierającymi oczy ze zdumienia, widząc, jak toczy się debata, czy Wawel to dobre miejsce dla kogoś tak marnego, jak Lech Kaczyński i ta maszkara, jego żona. A tu, proszę. Łzy leją się jakby niebo się otwarło. Trzy osoby.
Ktoś powie, że to, co robię, to demagogia, że gdzie Polska, gdzie Ameryka, że Amerykanie zawsze lubili takie akcje, a my Polacy czcimy pamięć swoich zmarłych w samotności. No i dobrze. Jak już wspomniałem, jestem dziś bardzo zgodny.
Jednak nie mogę nie zauważyć, że wśród tych wszystkich reakcji na owo bostońskie nieszczęście, jest też jedna, która robi autentyczne wrażenie. Oto odezwał się minister Jarosław Gowin, ostatnio coraz częściej wymieniany, jako nowa nadzieja polskiej prawicy, i ogłosił, że „Wszyscy jesteśmy Bostończykami”.
No a ja znów nie przypominam sobie, by ów wybitny mąż kiedykolwiek po 10 kwietnia oświadczył, że „dziś wszyscy umarliśmy w Smoleńsku”. Z tego, co zdążyłem zauważyć i zapamiętać, on wówczas najczęściej albo robił miny, albo – jeśli już mu się udało zwalczyć gnuśność – to wzywał, by nie grać katastrofą, i nie szerzyć nienawiści. Czy jakoś tak.
Ktoś mi powie, że niepotrzebnie się czepiam tego człowieka, bo przecież mogło być znacznie gorzej. On równie dobrze mógł zamiast tego opowiedzieć żart o podmienionych nogach, lub o pijanym generale, a jak wiemy, tego nie zrobił. No i dobrze. Niech więc i tak będzie. Od czasu, gdy Lech Wałęsa wybrał czerwonych i prawica pozostaje wciąż bez nowych bohaterów, możemy przynajmniej liczyć na Gowina. Tygodnik „Sieci” już nawet zaczął przygotowywać teren pod przyszłe zwycięstwa. Polecam. Prawdziwa fantazja. Nasi atakują.

No i jak? Dzieje się, czyż nie? Na koniec wiadomość. Otóż otrzymałem pełny – a więc znacznie wykraczający poza to, co można obejrzeć w Internecie – zapis rozmowy, jaką jeszcze w zeszłym roku ja, Gabriel i Kamiuszek odbyliśmy wspólnie z Józefem Orłem w studio „Gazety Polskiej” na temat Diabła i jego ścieżek. Mam w związku z tym propozycję. Każdy, kto zakupi u mnie komplet w postaci książki o liściu, oraz „Elementarza” za 60 złotych, bez dodatkowych kosztów pocztowych, otrzyma dodatkowo płytkę z zapisem tej rozmowy. Jeśli ktoś książek nie potrzebuje, natomiast ma ochotę na płytkę – co łaska, w pełni wystarczy. Dziękuję i polecam.

piątek, 1 marca 2013

Kill 'em all, czyli o ludziach, co nienawidzą poniedziałków

Zwykle, jeśli w ogóle biorę to do ręki, to wyłącznie z trzech względów, z których żaden akurat nigdy nie stał u początku owego projektu. Pierwszy to taki, by ten chłopak, czy dziewczyna, którzy z rozdawania tego czegoś żyją, nie musieli marznąć i szybciej mogli wrócić do domu, drugi, to ten, by zmniejszyć liczbę potencjalnych owej agresji ofiar, a trzeci, by mieć tę przyjemność, jaką niezmiennie odczuwam, kiedy wrzucam tę kupę papieru do najbliższego kosza na śmieci. Dziś rano jednak, kiedy wracałem tramwajem z lekcji, rzuciłem okiem na półeczkę, gdzie zwykle są wkładane poszczególne egzemplarze „Metra”, i od razu uderzył mnie wielki tytuł: „Papież marzeń według młodych katolików”. Zobaczyłem ową zapowiedź i w jednej chwili wiedziałem, że z tego tytułu powstaną dwa teksty. Oba napiszę zaraz po powrocie do domu, jeden z nich umieszczę na swoim blogu w Salonie24, a drugi tutaj. Oba będą się zaczynały identycznie, niemniej każdy z nich traktować już będzie o czymś zupełnie innym.
Napisałem te słowa i nagle zdałem sobie sprawę, że trochę pofantazjowałem. Otóż widząc ten tytuł, pomyślałem sobie o tekście pisanym z myślą o Salonie, natomiast to, co powstaje w tej chwili, przyszło mi do głowy dopiero po zajrzeniu do samego już tekstu, gdzie „marzenia młodych katolików” są przez Agorę relacjonowane na bieżąco, a konkretnie mam na myśli marzenie jakiegoś Piotra Żyłki, „członka redakcji Deon.pl, twórcy Projektu faceBóg”. Otóż marzeniem tego Żyłki jest to, by przyszły papież korzystał więcej z Facebooka i Twittera.
Jeśli jednak ktoś sądzi, że ja teraz się poznęcam najpierw nad Żyłką, a następnie po kolei się będę zabierał za pozostałych kretynów, którzy uznali za stosowne podzielić się z Agorą swoimi refleksjami odnośnie tego, jak ma wyglądać Kościół po odejściu Benedykta, jest w poważnym błędzie. Zarówno bowiem Żyłka, jak i jego duchowi partnerzy, z mojego punktu widzenia nadają się wyłącznie do tego, by im powyrywać języki, a ponieważ moja wrodzona łagodność nie pozwala mi na jakąkolwiek brutalność, machnę na nich ręką.
Ja dziś mianowicie chciałem przekazać parę refleksji dotyczących wspomnianego przez Żyłkę Twittera, tego co on robi z ludźmi, no i oczywiście, co nas czeka w momencie, gdy tej formie komunikacji ze światem będą się oddawać już nie tylko ministrowie Sikorski, Graś i Gowin, ale również kolejni papieże. Otóż, jak wiemy z medialnych doniesień, w dniu wczorajszym, na Twitterze jak najbardziej, minister Graś poinformował swojego kumpla Gowina, że przed nim ciężkie trzy dni, bo już w piątek premier Tusk poinformuje go o jego przyszłym losie. Kiedy Gowin przeczytał, co się święci, natychmiast – również, naturalnie, na Twitterze – odpowiedział Grasiowi następującymi słowami: „I don’t like Mondays”. Po co on to zrobił, i czemu w takiej formie, powiem zupełnie uczciwie, że nie rozumiem. Natomiast staram się oczywiście domyślić, i jedyne co mi przychodzi do głowy, to to, że on po pierwsze uznał, że trzeba zareagować, po drugie, że trzeba zareagować stwarzając pozory maksymalnego luzu, a po trzecie, że nie zaszkodzi się przy okazji pochwalić znajomością współczesnego – no, powiedzmy, że współczesnego – popu. Czy też języka? Nie sądzę. Jak idzie o tytuły piosenek, tu każdy dureń potrafi błysnąć.
Co mnie w tym uderzyło? Czy może to, że ci ludzie rozmawiają ze sobą wyłącznie przez Twittera? A może to, że tam w tej Platformie toczy się jakaś nawalanka? Czy może wreszcie to, że mija 6 lat, jak ta banda zdrajców objęła w Polsce władzę i nic nie wskazuje na to, by miała ja kiedykolwiek utracić? Nie. Jak to jeszcze przed wielu laty wspominało o tym Radio Erewań, lepiej już było.
Mnie zainteresowało to, że od tych krętactw, mózg Jarosława Gowina jest już tak opuchnięty, że on zwyczajnie zdążył zatracić wszelkie instynkty. On pisze do Gowina „I don’t like Mondays”, a ja sobie myślę, że równie dobrze mógł napisać „Kill’Em All”, czy „Fuck you”. Inna sprawa, że, jak to już zauważyłem pisząc poprzedni swój tekst, w środowiskach związanych z tym, co się dzieje w publicznej domenie, panuje już tak wielka desperacja, że wielu z nich prawdopodobnie nawet nie korzysta z ubikacji. W tym amoku robią pod siebie. Jak psy. A skoro tak, to prawdopodobnie, nawet gdyby Gowin na tym Twitterze wkleił swoje rozbierane zdjęcia, nie zmieniłoby to zupełnie nic.
My jednak staramy się w tym wszystkim zachowywać zimną krew i mieć na wszystko oko, więc opowiem, w czym rzecz. Otóż, co być może Gowinowi jest wiadome, „I Don’t Like Mondays” to tytuł piosenki zespołu Boomtown Rats, zespołu stworzonego przez jednego z największych nieudaczników minionego trzydziestolecia, człowieka nazwiskiem Bob Geldof, a jednocześnie – czego on już albo wiedzieć nie może, albo ewentualnie wie, tyle że tego co robi nie kontroluje – wspomnienie o pewnym strasznym zarówno w swoich intencjach, jak i skutkach zdarzeniu. Otóż w pewien zimowy poniedziałek, 29 stycznia 1979 roku w San Diego w Kalifornii 16-letnia Brenda Ann Spencer zasadziła się w oknie swojego domu z karabinem, który dostała w prezencie urodzinowym od swojego taty i zaczęła strzelać do wychodzących z miejscowej podstawówki dzieci. W efekcie, zabiła dwoje dorosłych i raniła ośmioro dzieci plus policjanta. O ile nam wiadomo, nigdy, ani wtedy ani później, nie wykazała żadnych wyrzutów sumienia, a jedyne wytłumaczenie, jakie wypowiedziała, to, że ona „nie lubi poniedziałków, i chciała jedynie jakoś ożywić ten podły dzień”. Tego już nie wiem na pewno, bo studiowanie historii zła na świecie za bardzo mnie nie pociąga, ale jeśli jako wskazówkę traktować tekst piosenki, której tytuł tak zapadł w pamięć ministrowi Gowinowi, to ona jeszcze, na pytanie, jaki był powód, odpowiedziała, że powodu nie było, bo „do tego, by umrzeć, żaden powód nie jest potrzebny”.
Przy okazji pisania tego tekstu, jak się część z nas domyśla, skorzystałem z Wikipedii, i znalazłem informację, że owa Brenda, wówczas 16 –letnie dziecko, odsiaduje dożywocie w więzieniu gdzieś w Kalifornii, w zeszłym roku skończyła 50 lat, raz na dziesięć lat zwraca się o warunkowe zwolnienie, ale chyba jej tam za bardzo nie lubią, bo dopiero co, jej prośba ponownie została odrzucona i kazano jej znów wpaść w 2019 roku.
2019 rok. Kupa czasu. Z tego co wiem, minister Boni ma wszystko dokładnie rozplanowane na najbliższe 20 lat. Czy w tych wyliczeniach uwzględniono osoby Gowina i Grasia? Tego nie wiem. Natomiast mam w tej sprawie dwie dodatkowe refleksje. Jedna smutna, droga wesoła. Otóż obawiam się, że jeśli ta degrengolada będzie postępowała w dotychczasowym tempie, a tego Twittera jakimś cudem nie trafi jasny szlag, oni mogą nam zaserwować jeszcze taki numer, że jeszcze zatęsknimy za zimą roku 2013 i tą szczególną deklaracją solidarności w wykonaniu Jarosława Gowina.
Teraz już myśl radosna. Nawet jeśli stanie się tak, że kolejny papież będzie wręcz uzależniony od Facebooka, Twittera, i w dodatku jeszcze, konsekwentnie, od dziecięcej pornografii, to jak idzie o Kościół, niczego to nie zmieni. Bo to jest konstrukcja wzniesiona na jaspisie.

Dziękuję za wszelkie wsparcie, jakiego doświadczyliśmy w minionym miesiącu. Bardzo proszę o nas nie zapominać, i jeśli tylko ktoś uważa, że warto tu przychodzić i czytać te refleksje, numer konta jest tuż obok. Dziękuję raz jeszcze.








Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...