Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Richard Speck. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Richard Speck. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Christopher Carver, czyli młot sprawiedliwości

O wyborach we Francji pisać nie mam najmniejszej ochoty, w Polsce w ostatnim czasie sytuacja stała się zarówno intelektualnie jak i emocjonalnie nieciekawa do tego stopnia, że wyszukiwanie na siłę kolejnych tematów stało się wręcz krępujące, a do tego ostatnio trochę choruję i w ogóle ciężko mi znaleźć w sobie siłę do interesowania się czymkolwiek, pomyślałem więc sobie, że opowiem znów o zbrodni i karze. Poniższy tekst napisałem dla wydawanego przez Piotra Bachurskiego miesięcznika „Polska bez Cenzury” jeszcze jesienią zeszłego roku, jednak przez to, że kwestia prawa, sprawiedliwości, oraz często tak fatalnie nieskutecznego egzekwowania jednego i drugiego chodzi mi wciąż po głowie, pomyślałem, że może przypomnę tu ową historię w nadziei, że ci, którzy szukają na tym blogu jakiejś inspiracji, znajdą ją choćby w czymś tak pozornie niskim, jak prosta kryminalna historia. Zapraszam więc.


      Opowiadaliśmy tu sobie już jakiś czas temu o niesławnym masowym mordercy Richardzie Specku i o tym, jak mimo potworności swojej zbrodni, dokończył on swego żywota w więzieniu, oglądając telewizję, czytając pornograficzne magazyny, chlając i zapruwając się na śmierć amfetaminą, kokainą, psychotropami, czy cokolwiek udało się jemu i jego kumplom przemycić do celi. Napisałem ów tekst i właściwie od samego początku miałem przekonanie, że brakuje w nim czegoś, bez czego on pozostaje faktycznie niedokończony, a mianowicie bliższego spojrzenia na życie Specka w więzieniu, wyjaśnienia, w jaki sposób było go stać i na alkohol i na narkotyki, no i wreszcie, czy rozwiązanie tej zagadki nie zmusi nas do zweryfikowania naszej opinii, jakoby życie Specka w więzieniu było aż tak bardzo słodkie.
      No ale wróćmy do dnia, kiedy amerykański sąd skazał Specka za jego zbrodnie na karę śmierci i umieścił go jednym z najcięższych więzień w kraju, czyli w Stateville w stanie Illinois, gdzie ten miał już sobie spokojnie czekać na dzień, w którym ostatecznie spłonie na krześle elektrycznym. Od początku też jednak troską władz więzienia było to, by inni więźniowie –wśród których, o czym należy pamiętać, były osoby zaledwie nieco mniej zasłużone dla świata zbrodni –sami nie postanowili Specka wysłać do piekła. Dlaczego tak? Otóż powinniśmy wiedzieć, że, cokolwiek byśmy sobie myśleli na temat osób spędzających życie w murach więzień, oni mają swój wewnętrzny kodeks, którego jedna z zasad jest taka, że kobiet – zwłaszcza kobiet Bogu ducha winnych – się ani nie zabija, ani nie gwałci, a Speck był winien obu tych występków. Siedział więc Speck w więzieniu Stateville, mając świadomość, że każdy dzień może być jego dniem ostatnim, kiedy nagle, skutkiem apelacji obrony, Sąd Najwyższy zwrócił uwagę, że ława przysięgłych, która ostatecznie uznała Specka winnym zarzucanej mu zbrodni, została wyznaczona niezgodnie z Konstytucją i zamienił karę śmierci na 1200 lat więzienia. Od tego też momentu rozpoczął Speck w Stateville Penitentiary swoją walkę o przeżycie.
      Trudno powiedzieć, czy dziennikarz Bob Greene, który jako pierwszy zwrócił uwagę na fakt, że Speck w więzieniu praktycznie nie wychodzi ze stanu alkoholowego i narkotycznego upojenia, zadawał sobie pytania odnośnie tego, jak owa kontrabanda jest organizowana i za jakie zasługi Speck może sobie pozwolić na owe przyjemności. Faktem jest, że we wspomnianym wywiadzie jednego słowa na temat owej zagadki nie znajdziemy. Wprawdzie w pewnym momencie sam Speck przyznaje, że jego jedynymi kumplami w celi są członkowie czarnych gangów, co, biorąc pod uwagę fakt, że sam Speck był biały, powinno u każdego spowodować włączenie się ostrzegawczej lampki, jednak dziennikarz pyta Specka tylko, czy nie boi się, że przez ujawnienie kontrabandy, będzie miał kłopoty, na co ten ze śmiechem odpowiada: „Kłopoty? Jakie kłopoty można mieć przez 1200 lat?”
      W maju 1996 roku jedna z chicagowskich stacji telewizyjnych ujawniła zapis video jeszcze z roku 1988, otrzymany od anonimowego adwokata, na którym widzimy przede wszystkim, jak więźniowie Stateville, najwyraźniej nie mając nic przeciwko temu, że są filmowani, oddają się najróżniejszym seksualnym uciechom, swobodnie handlują narkotykami, bez zachowywania jakichkolwiek pozorów przekazując sobie pieniądze. W pewnym momencie na filmie widzimy również Specka, z powiększonymi hormonalnie piersiami i ubranego w jedwabne, damskie majtki, jak uprawia oralny sex z czarnym współwięźniem, wciąga porcję kokainy i oświadcza do kamery: „Gdyby wiedzieli, jak mi tu dobrze, to by mnie wypuścili”.
      Nie wiemy, czy po tym, jak owe taśmy ujrzały światło dzienne, władze Illinois podjęły jakieś kroki na rzecz oczyszczenia sytuacji w Stateville, wydaje się jednak, że wszystko zostało skutecznie zamiecione pod dywan, a powód tego był taki jak zawsze – podobnie jak nie ma sensu kopać się z koniem, nie ma też sensu wszczynać walki z więzienną subkulturą, gdzie wszystkie reguły są odwrócone, a i tak najważniejsze jest to, by nikomu nie stała się krzywda na zewnątrz.
      To co jest istotne dla nas, to fakt, że, jak zgodnie potwierdzają wszyscy komentatorzy, aby przeżyć, Speck przyjął jedyne sensowne rozwiązanie, a więc zgodził się świadczyć seksualne usługi czarnej społeczności Stateville. To dla nich powiększył sobie piersi, to dla nich zaczął nosić damską bieliznę, to im wreszcie postanowił służyć, jako owa szczególna „gumowa lala”. Dodatkową nagrodą oprócz życia był jeszcze darmowy alkohol i narkotyki. Czy zatem możemy faktycznie uznać, że Speck w istocie rzeczy nie poniósł kary, że jego życie za murami Stateville było lekkie jak piórko? Oczywiście nam tu, gdy siedzimy w naszych ciepłych i wygodnych fotelach, trudno jest to oceniać, i choć z naszego punktu widzenia, nie jest to los, który by nam jakoś szczególnie odpowiadał, to z jednej strony, wciąż pozostaje obraz owych biednych ośmiu dziewcząt tak okrutnie zamordowanych, a z drugiej, słowa wypowiedziane przez Specka na wspomnianych taśmach: „Gdyby wiedzieli, jak mi tu dobrze, to by mnie wypuścili”.
      A z drugiej strony, nie każdemu z nich się aż tak poszczęściło. Niektórzy z nas zapewne słyszeli o kimś, kto, niewykluczone, że gdy chodzi o potworność swojej zbrodni, Specka znacząco przewyższył, a mianowicie człowieka nazwiskiem Jeffrey Dahmer. Czym się ów Dahmer zasłużył dla tej bardziej mrocznej części świata? Otóż, mówiąc bardzo krótko, bo tak naprawdę nie o nim przede wszystkim, traktuje dzisiejszy artykuł, był on nekrofilem i kanibalem, który w latach 1978–1991 zabił, następnie zgwałcił co najmniej 17 chłopców. Urodził się w Milwaukee w stanie Wisconsin. Niedługo potem jego rodzina przeniosła się do Bath w Ohio. Jak ujawniło późniejsze śledztwo, od dzieciństwa fascynowały Dahmera martwe zwierzęta. W sobie tylko znanej kryjówce trzymał ukrytą czaszkę psa. Potrafił spędzać całe dnie obserwując rozkładające się szczątki zwierząt. Mimo oczywistego opętania, przez pewien czas bez sukcesu próbował studiować na uniwersytecie stanu Ohio, przez kolejne dwa lata służył w wojsku, jednak z powodu ciężkiego alkoholizmu został z wojska wyrzucony, wreszcie w roku 1982 przeniósł się do swojej babci do West Allis w stanie Wisconsin, gdzie mieszkał przez sześć lat. W sierpniu 1982 został aresztowany za obnażanie się w miejscu publicznym. Cztery lata później aresztowano go ponownie za masturbowanie się w miejscu publicznym przed dwoma chłopcami. Tym razem został skazany na rok więzienia, z czego odsiedział 10 miesięcy. W 1988 został aresztowany za molestowanie seksualne 13-letniego chłopca, skazany na rok prac społecznych i zarejestrowany jako przestępca seksualny. Obronie udało się jednak przekonać sąd, że Dahmer jest psychicznie chory i wymaga leczenia, więc na pięć lat został skierowany do otwartego ośrodka psychiatrycznego. Jak znów wykazało późniejsze śledztwo, mniej więcej w tym samym czasie mordował już średnio raz na tydzień.
      Wreszcie, 22 lipca 1991 roku, 31-letni wówczas Dahmer został ujęty przez policję, postawiony przed sądem i za 15 udowodnionych zabójstw otrzymał 15 wyroków dożywotniego więzienia, co w sumie dało mu 937 lat więzienia. Nie zmienia to jednak faktu, że, jak już wspomnieliśmy, istnieje bardzo duże podejrzenie, że przez wszystkie te lata Dahmer mordował niemal bez przerwy.
      I tu się pojawia główny bohater dzisiejszej opowieści, człowiek nazwiskiem Christopher Scarver. Urodzony jako drugie z pięciorga dzieci w pierwszej z brzegu czarnej rodzinie w Milwaukee w stanie Wisconsin, kiedy dorósł, przez pewien czas próbował żyć, jak większość jego kolegów, jednak – również jak część z nich – popadł w alkoholizm, a jego bezkompromisowa mama wyrzuciła go z domu. W wieku 21 lat zdobył pracę w Cywilnym Korpusie Ochrony Przyrody i obietnicę zatrudnienia na pełen etat. Tak się jednak niefortunnie zdarzyło, że chwilę później dotychczasowy szef został zastąpiony przez niejakiego Steve’a Lohmana, który najpierw odmówił Scarverowi etatu, a następnie przy najbliższej okazji kazał mu wypłacić zaledwie 15 dolarów, w związku z czym oburzony Scarver, z rewolweru, który miał ze sobą, palnął Lohmanowi w łeb. Następnie zwrócił się do obecnego na miejscu kierownika odcinka, Johna Feyena, i zwracając się do niego „panie Hitler” zażądał od niego pieniędzy. Przerażony Feyen najpierw wypisał Scarverowi czek na 3000 dolarów, po czym uciekł, sam Scarver natomiast został skazany na dożywocie i skierowany do Columbia Correctional Institution w miejscowości Portage w stanie Wisconsin. Jak się wkrótce miało okazać, to tam też właśnie od paru lat spędzał swój czas Jeffrey Dahmer.
      Podobnie jak to było w przypadku Richarda Specka, służby więzienne bardzo troszczyły się o bezpieczeństwo Dahmera i przez równy rok kazały mu żyć w odosobnieniu, jednak po tym czasie, kiedy uznały, że już nic mu nie grozi, a sam Dahmer bardzo prosił, by mu pozwolić żyć wśród ludzi, przyznały mu łagodniejszy reżim, a nawet pozwoliły mu dbać o czystość toalet. Nie wiadomo, czy to kontakt z ludźmi, czy praca przy czyszczeniu kibli, coś jednak sprawiło, że któregoś dnia Jeffrey Dahmer poprosił o to, by mu dostarczyć do celi egzemplarz Biblii i już po krótkim czasie nie dość że ujrzał Boga, nie dość, że jako członek jednej z tysięcy działających w Stanach protestanckich dominacji przyjął Chrzest, to jeszcze zawarł bliską przyjaźń z pastorem, który udzielał mu Chrztu i od tego czasu systematycznie odwiedzał Dahmera w więzieniu.
      I oto rankiem 28 listopada 1994 opuścił Dahmer swoją celę, by jak co dzień zabrać się za sprzątanie toalet. Towarzyszyło mu dwóch innych więźniów, niejaki Jesse Anderson odbywający karę dożywocia za zabójstwo żony, oraz… tak, tak – Christopher Scarver. W pewnym momencie – trudno powiedzieć, czy intencjonalnie, czy przez przeoczenie, choć są źródła, które twierdzą, że cała akcja była starannie zaplanowana – cała trójka została na chwilę pozostawiona bez opieki i wówczas przy pomocy stalowego pręta Scarver zatłukł na śmierć najpierw Dahmera, a potem, na dokładkę jeszcze, Andersona.
      W wyniku swojego czynu, Scarver otrzymał dodatkowy wyrok dwóch kar dożywocia, co, jak pewnie wszyscy rozumiemy, nie zrobiło na nim jakiegokolwiek wrażenia, natomiast nie ulega najmniejszej wątpliwości, że wdzięczność rodzin osób, które zostały zamordowane przez Dahmera, owe dożywocia mu w pełni rekompensuje. A co wcale nie jest tu najmniej istotne, nie ulega najmniejszej wątpliwości, Christopher Scarver, który, w odróżnieniu od swoich ofiar, wciąż żyje w Columbia Correctional Institution, jest z całą pewnością szanowany przez swoich zarówno czarnych jak i białych kumpli i z całą pewnością ani nie musi powiększać sobie hormonalnie piersi, ani tym bardziej udzielać się towarzysko lepszym od siebie. Bo są sytuacje, kiedy prawa i sprawiedliwości nie jest w stanie pokonać nic. No może z wyjątkiem systemu pod nazwą ADX Florence. Ale o tym już było.


Może przyjdzie taki czas – a liczę na to mocno – że uda mi się te wszystkie historie wydać w jednej książce, tymczasem jednak zostało jeszcze w naszej księgarni wystarczająco dużo egzemplarzy książek wcześniejszych, by starczyło dla każdego. Zachęcam więc do odwiedzania strony pod adresem www.coryllus.pl i przemyślanych jak zawsze zakupów.

sobota, 12 listopada 2016

Richard Speck, czyli zbrodnia bez kary

Jak już tu wspominałem, od niedawna ukazuje się u nas miesięcznik – a w najbliższym czasie, jak słyszę, również tygodnik – pod tytułem „Polska bez Cenzury”, no i tak się składa, że ja tam prowadzę tak zwaną „rubrykę kryminalną”, poświęconą mniej lub bardziej znanym przypadkom skrajnego opętania, które w popularnym przekazie funkcjonują jako słynne „crime stories”, lecz my tu wiemy swoje, a ja to „swoje” staram się najlepiej jak potrafię przedstawić tak, by każdy wiedział, że tu naprawdę chodzi o coś więcej. Oto tekst zamieszczony w najnowszym wydaniu „PbC”. Polecam.




Kiedy wspominaliśmy ostatnio człowieka nazwiskiem Martin Bryant, który przed laty na Tasmanii z zimną krwią zamordował 35 osób, a dziś odsiaduje ów przedziwny wyrok 35-krotnego dożywocia, 1035 lat więzienia, oraz dodatkowo zakazu jakiegokolwiek kontaktu ze światem zewnętrznym, dzięki któremu mógłby się choćby dowiedzieć, czy świat nadal o nim wciąż pamięta, niejednemu z nas pewnie przyszła do głowy refleksja odnośnie tego, jaka kara – poza oczywiście karą śmierci – jest w stanie zadośćuczynić, choćby w najbardziej podstawowym wymiarze, a więc ograniczonym do czystej zemsty, ofiarom tych zbrodni i ich bliskim. I owszem, jeśli się dobrze zastanowić, to informacja, że Bryantowi już do końca życia pozostanie tylko słuchanie muzyki, z przerwą na kolejne próby samobójcze, brzmi całkiem nieźle.
Gdyby jednak komuś było tego mało i wciąż twierdził, że bez kary śmierci sprawiedliwości nie ma, może zawsze sobie pomyśleć o owym absolutnie niezwykłym amerykańskim więzieniu znanym pod nazwą ADX Florence, w którym dziś przebywają tak zasłużeni dla Świata Ciemności postacie, jak Larry Hoover z Gangster Disciples, Barry Mills i Tyler Bingham z Aryan Brotherhood, Zacarias Moussaoui, jedyny skazany przed sądem cywilnym organizator ataków z 11 września, Faisal Shahzad, autor próby zamachu na Times Square w roku 2010, Ramzi Yousef, główny animator ataku na World Trade Center w roku 1993, ale również tak znani osobnicy jak Ted Kaczyński, czyli słynny Unabomber, Dzokhar Tsarnaev, autor niesławnego ataku na uczestników maratonu w Bostonie, szef mafijnej rodziny Bonanno, Vincent Basciano, ale też Terry Nichols, odsiadujący 161 wyroków dożywocia współorganizator ataku w Oklahoma City z roku 1995. Sam Timothy McVeigh, główny sprawca ataku, też by tam dziś przebywał, gdyby nie fakt, że w międzyczasie został skazany na karę śmierci i w związku z tym został przeniesiony w miejsce, gdzie czekały na niego już inne przykrości. Ale znajdziemy w ADX również osoby tak szczególne, jak Richard McNair, który wprawdzie zamordował zaledwie dwie osoby, ale pewnie skończyłby w miejscu znacznie mniej spektakularnym niż ADX, gdyby nie fakt, że wcześniej udało mu się aż trzykrotnie uciec z różnych, wcale nie lekkich, ośrodków odosobnienia, czy Robert Hanssen, były agent FBI, który za wydanie Rosjanom kilku amerykańskich szpiegów, otrzymał 15 kolejnych wyroków dożywocia.
Cóż jest takiego szczególnego w owym więzieniu, poza tym, że jest to miejsce o maksymalnie zaostrzonym rygorze? Otóż, wbrew mylnym, choć zrozumiałym pogłoskom, jakoby oni wszyscy byli tam trzymani pod ziemią, więzienie w znacznej swojej części znajduje się ponad powierzchnią ziemi, natomiast niżej, owszem, znajduje się korytarz łączący budynki z głównym wejściem do więzienia. 23 godziny na dobę więźniowie spędzają samotnie w celi i jedynie przez pięć godzin w tygodniu, w towarzystwie minimum trzech strażników, mogą pozwolić sobie na chwilę relaksu. W każdej sali znajdują się wykonane niemal wyłącznie z betonu biurko, stołek oraz łóżko, jak również unieruchamiana w przypadku zatkania toaleta, automatycznie kontrolowany na wypadek zalania prysznic, oraz umywalka bez stanowiącego potencjalne zagrożenie kurka. W niektórych celach mogą znajdować się wykonane z wypolerowanej stali, wtopione w ścianę, lustra. Elektryczne światło włączane i wyłączane jest z zewnątrz. Radio, oraz, w wyjątkowych sytuacjach, czarno-biały telewizor nadają wyłącznie programy o charakterze relaksacyjnym, edukacyjnym i religijnym. Wszystkie cele, dla uniemożliwienia więźniom kontaktu za pomocą alfabetu Morse’a, są idealnie dźwiękoszczelne. Okna o rozmiarach 10 x 120 cm zaprojektowane są w taki sposób, by więźniowie nie byli w stanie określić swojego położenia, a więc jedyny widok, jaki z nich można uzyskać, to niebo, ewentualnie sąsiedni dach. Gimnastykę więźniowie mogą uprawiać w betonowym basenie, również zaprojektowanym tak, by uniemożliwić im rozpoznanie miejsca, w którym się znajdują. Znajdujący się w basenie więzień może zrobić maksymalnie dziesięć kroków w linii prostej i trzydzieści kroków po kwadracie. Więźniowie pozbawieni są kontaktu ze światem zewnętrznym, a jedzenie dostarczane jest im osobiście przez strażnika. Oczywiście, całe więzienie wyposażone jest w system setek kamer i detektorów ruchu, oraz 1400 zdalnie sterowanych stalowych drzwi. Każdy ruch więźnia monitorowany jest 24 godziny na dobę, całość otoczona jest czterometrowym, zakończonym drutem kolczastym murem, oraz patrolowana przez uzbrojonych strażników z psami. W wyjątkowych przypadkach złamania regulaminu, więzień kierowany zostaje do tak zwanego „Punktu Z”, gdzie w całkowicie pozbawionych światła i dźwiękoszczelnych betonowych celach może się zmieścić do 148 więźniów. Obecnie w ADX Florence przebywa 410 osób.
Kiedy w roku Richard Speck w akademiku w Chicago zamordował osiem uczennic szkoły pielęgniarskiej, następnie został skazany na 1200 lat więzienia, by wreszcie, w roku 1991, umrzeć na zawał serca, ADX Florence jeszcze nie zostało wybudowane. Pierwsi lokatorzy pojawili się tam dopiero w roku 1994. Czy gdyby Richard Speck urodził się później i później też dokonał swojej zbrodni, swój wyrok odbywałby w AX, tego oczywiście nie wiadomo, ale wydaje się, że tak by z całą z pewnością było sprawiedliwie. Niewykluczone nawet, że tak by też było sprawiedliwie, nawet gdyby za to co zrobił, otrzymał Speck karę śmierci, której faktycznie przez pewne zawiłości prawne udało mu się uniknąć. Można wręcz powiedzieć, że gdyby owo więzienie miało zostać wybudowane tylko dla jednej osoby, mógłby to z całą pewnością być właśnie Richard Speck.
Urodził się Speck w roku 1941 w wiosce Kirkwood w stanie Illinois, jako siódme z ośmiorga dzieci Benjamina Franklina Specka i Mary Margaret Carbaugh. Speck i młodsza siostra Carolyn byli znacznie młodsi od czterech starszych sióstr i dwóch braci. Ojciec Specka zmarł na atak serca, kiedy ten miał zaledwie 6 lat, natomiast parę lat później, w wypadku samochodowym, zginął jego starszy brat. Po śmierci męża, matka Specka poznała, zakochała się i wreszcie poślubiła handlującego ubezpieczeniami moczymordę nazwiskiem Carl August Rudolph Lindberg, który poza jedną drewnianą nogą mógł się również poszczycić niemal 25 letnią kryminalną przeszłością. Rodzina przeniosła się z dwojgiem dzieci do Dallas w Teksasie, gdzie przez dłuższy czas mieszkali pod różnymi adresami w najbardziej nędznych miejscach. Speck próbował się uczyć, jednak wyniki uzyskiwał tak marne, że przerwał naukę, a w wieku 12 lat, idąc za przykładem ojczyma, zaczął regularnie chlać, co doprowadziło do sytuacji, że w wieku 15 lat był już regularnym alkoholikiem. Po raz pierwszy został aresztowany w wieku 13 lat. W wieku 20 lat poznał 15-letnią Shirley Anette Malone, która po trzech tygodniach znajomości zaszła w ciążę, wyszła za niego za mąż, a następnie urodziła mu córkę. W tym czasie Speck odsiadywał trzytygodniowy wyrok za awantury po pijanemu. W lipcu 1963 roku Speck został skazany na 3 lata więzienia za sfałszownie czeku, napad na sklep spożywczy i kradzież papierosów, piwa i 3 dolarów w gotówce. Po 16 miesiącach został zwolniony warunkowo, już jednak po tygodniu zaatakował kuchennym nożem przypadkową kobietę. Kobieta zaczęła krzyczeć, przestraszony Speck uciekł, jednak po paru dniach został ujęty i skazany na dodatkowe 16 miesięcy więzienia. Trzy miesiące później jednak na skutek błędu urzędniczego został zwolniony. Po wyjściu z więzienia Speck pracował przez trzy miesiące jako kierowca ciężarówki. W tym czasie zaliczył sześć wypadków i ostatecznie, za nie zgłoszenie się któregoś dnia do pracy, został zwolniony. Za radą swojej mamy, która w międzyczasie rozeszła się ze swoim mężem pijakiem, a sam już po rozstaniu z Shirley, związał się Speck z 29-letnią kobietą, byłą zawodową zapaśniczką i barmanką w zaprzyjaźnionym barze. Rok 1966, ostatni rok życia Specka na wolności, zaczął się bardzo niefortunnie. Shirley wniosła o rozwód, co Specka tak zirytowało, że zaatakował nożem nieznanego mężczyznę, jednak wynajętemu przez matkę obrońcy udało się doprowadzić do tego, że Speck został skazany jedynie za zakłócenie spokoju i skazany na grzywnę w wysokości 10 dolarów. Ponieważ odmówił wpłacenia grzywny, poszedł jednak siedzieć na trzy dni. Parę tygodni później Speck najpierw kupił 12-letni samochód, następnie obrabował lokalny sklep spożywczy, kradnąc 70 kartonów papierosów, a potem na parkingu przed tym samym sklepem próbował sprzedawać papierosy z bagażnika swojego nowego samochodu, a na koniec samochód porzucił. Policja samochód zidentyfikowała i wydała nakaz aresztowania Specka. Ponieważ 42 już areszt na terenie Dallas musiał oznaczać kolejny wyrok więzienia, jego młodsza siostra, Carolyn, zawiozła go na dworzec autobusowy w Dallas, skąd Speck udał się z powrotem do Chicago, a następnie do rodzinnego Monmouth. Starszy brat Specka, zatrudniony na miejscu jako stolarz załatwił mu pracę, jednak Speck, dowiedziawszy się, że jego była już żona wyszła ponownie za mąż, ruszył w tak zwane tango, które przerwała interwencja policji i Speck spędził noc w więzieniu za zaatakowanie nożem przypadkowego mężczyzny.
Kilka dni później, w okolicy, gdzie krążył Speck miały miejsce dwa zdarzenia. 65-letnia Virgil Harris zastała w swoim domu obcego mężczyznę, który, grożąc jej nożem, związał ją, zakneblował, a następnie zgwałcił, po czym zabrał jej 2,5 dolara, które chwilę wcześniej zarobiła przy opiece nad dzieckiem. Tydzień później zgłoszono zaginięcie 32-letniej barmanki nazwiskiem Mary Kay Pierce. Tego samego dnia ciało Pierce zostało znalezione w pustej szopie obok baru, w którym pracowała. Stwierdzono, że Pierce zmarła od uderzenia pięścią w brzuch, którego siła śmiertelnie uszkodziła jej wątrobę. Ponieważ Speck uczęszczał do baru i znał dobrze Pierce, policja postanowiła go wstępnie przesłuchać, jednak jedyne co zdecydowała, to poprosić go, by nie opuszczał miasta. Speck jednak już nie czekał na dalszy rozwój wypadków, spakował walizkę i wyjechał do Chicago. W jego mieszkaniu policja znalazła rzeczy należące do pani Harris, oraz parę innych jeszcze, których zaginięcie zostało zgłoszone przy okazji dwóch innych włamań.
19 kwietnia 1966 Speck zameldował się w mieszkaniu jednej ze swoich starszych sióstr, imieniem Martha, w którym mieszkała wraz z mężem i dwiema nastoletnimi córkami. Martha była pielęgniarką na dziecięcym oddziale miejscowego szpitala, jej mąż natomiast pracował na kolei. Kiedy opowiedział im nieprawdopodobną historię o tym, jak to ścigany przez mafię narkotykową, której odmówił współpracy, musi się teraz ukrywać, rodzina go przyjęła, a szwagier, który wcześniej służył w marynarce i wciąż miał tam pewne kontakty załatwił mu pracę na statku. Mimo że aby uzyskać posadę, Speck musiał przedstawić najróżniejsze zaświadczenia, włącznie z odciskami palców, został przyjęty i udał się w swój pierwszy rejs. Z powodu ataku wyrostka robaczkowego, wyprawa okazała się jednak wyjątkowo krótka i Speck został zabrany helikopterem do szpitala na operację. Ze szpitala wrócił do siostry, gdzie spędził jakiś czas, a następnie wrócił na statek. Ponieważ jednak niemal natychmiast wdał się w pijaną awanturę z którymś z oficerów, został odtransportowany na brzeg. Tym razem udał się na wycieczkę do Michigen, gdzie mieszkała pielęgniarką, którą poznał podczas pobytu w szpitalu. Spędził u niej jakiś czas, a potem z 80 dolarami, w które jego nowa znajoma go zaopatrzyła, znów wrócił do Chicago do domu siostry. Szwagier Specka próbował mu pomóc w załatwieniu karty marynarza i stałej pracę, jednak za każdym razem bez efektu. Rodzina nie miała ani siły, ani ochoty dłużej gościć Specka u siebie w domu, ten się stawał coraz bardziej rozgoryczony, no a przez to coraz więcej czasu spędzał na wędrówki po barach i chlaniu.
13 lipca 1966 pił od rana. Pod wieczór sterroryzował przy pomocy noża 53-letnią poznaną w knajpie kobietę, zabrał ją do jej mieszkania, tam ją zgwałcił, zabrał jej 13 dolarów i wrócił pić. Następnie, cały ubrany na czarno udał się do znajdującego się w okolicy budynku, w którym, jak wcześniej usłyszał, pokoje wynajmowały uczennice szkoły pielęgniarskiej. Najpierw, zapewne nie wiedząc, co z nimi zrobić, wszystkie przez kilka godzin więził, a następnie jedną po drugiej albo zasztyletował, albo udusił, ostatnią z nich dodatkowo gwałcąc. Szczęśliwie dziewiąta kobieta ukryła się pod łóżkiem, dzięki temu przeżyła. Nigdy nie ustalono, czy Speck stracił rachubę, czy myślał, że tych uczennic jest tylko osiem, tak czy inaczej, Corazon Amurao przeżyła.
Dwa dni później Richard Speck został rozpoznany przez włóczęgę nazwiskiem Claude Lunsford, z którym cały dzień pił na schodach okolicznej nory funkcjonującej jako hotel. Na początku policja zlekceważyła doniesienie, jednak po tym jak Speck próbował popełnić samobójstwo, został zabrany do szpitala i tam opatrujący go lekarz zauważył jego słynny tatuaż z napisem „Narodziłem się by zbudować piekło”, zawiadomił policję i wtedy wreszcie Speck po raz ostatni w życiu trafił do aresztu. Warto jeszcze wspomnieć, że ze względu na toczącą się wówczas bardzo gorącą debatę w sprawie konstytucyjnych praw osób zatrzymanych i obowiązku czytania im ich praw, policja przez trzy tygodnie bała się przesłuchać Specka, żeby się nie okazało, że trzeba go będzie nagle wypuścić. Ostatecznie, jak już wspomniałem, Speck został skazany na 1200 lat więzienia i został umieszczony w więzieniu Stateville w stanie Illinois, gdzie po 25 latach odsiadki zmarł na zawał serca.
Ktoś może się zaciekawić, jak to się stało, że w tak bezpiecznym miejscu, jak więzienie, ktoś jednocześnie tak mężny, jak Speck, mógł umrzeć na zawał. Otóż rozwiązania tej zagadki dostarcza nam słynny wywiad, jaki z Richardem Speckiem przeprowadził wybitny amerykański dziennikarz Bob Greene. Otóż wedle słów samego Specka, jemu w więzieniu rzeczywiście nie było tak bardzo źle, natomiast przez wszystkie te lata miał on niczym nieograniczony dostęp do alkoholu i narkotyków. Oddajmy więc na sam koniec głos bohaterowi naszej historii:
Wciąż przynoszą mi do celi listy od kobiet, co mnie chcą poznać, odwiedzić, a niekiedy nawet się ze mną żenić. Niektóre przysyłają zdjęcia, niektóre są naprawdę ładne. Z nimi musi być coś nie tak. Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Daję te zdjęcia kumplom. Trzymają mnie tu osobno. Chcieli, żebym pracował w szklarni, a to znaczy, że musiałbym wstawać o 4 rano. Nie lubię wstawać tak wcześnie. Wystarczy że śniadanie podają o 6. Najpierw więc schodzę na śniadanie, a potem już tu z dwoma jeszcze kumplami siedzę zamknięty cały dzień. Mamy kolorowy telewizor. Lubię Clinta Eastwooda, Charlesa Bronsona. Wczoraj puścili ‘Siłę Magnum’. Eastwood jest okay. Super gra. Uwielbiam też bimber, no i amfę. Marihuany nie palę. Kiedyś żarłem barbiturany, ale dałem sobie spokój. One są dobre, jak jesteś młody. Ja na to jestem za stary. Ale pamiętam jak kiedyś przemyciliśmy do celi super bimber. No więc, mamy w celi bardzo drogi i dobry sprzęt stereo, no i przypadkiem wylałem siedem litrów bimbru na kasety, które pożyczyłem od pewnego czarnego kolesia. Bimber je dosłownie zeżarł. No ale lubię pić. Co wieczór piję tak długo aż stracę przytomność”.
Niezwykły jest ten wywiad. Siedzą naprzeciwko siebie, dziennikarz i Speck, Greene pyta go, dlaczego zgodził się na rozmowę, a ten mu odpowiada: „Lubię cię czytać, stary”, no i rozmawia z Greenem o życiu za kratami, o marzeniach, o świecie, a nawet, jak słyszeliśmy, o filmach Clinta Eastwooda i w pewnym momencie nawet jesteśmy gotowi uznać, że to więzienie uczyniło z niego choć trochę człowieka, gdyby nie jeden szczegół. Kiedy już rozmowa dobiega końca, mówi Speck coś takiego: „Chciałbym stąd wyjść i żyć jak zwykły, nikomu nieznany Richard Speck, ale wiem, że to niemożliwe. Wyjdę i niech tylko jakiś jełop spróbuje ze mną zadrzeć, znów tu wrócę”.
Dziś już wiemy, że i nie wyjdzie i nie wróci i w ogóle już więcej nic nie powie. Pozostaje tylko żal tych ośmiu biednych dziewcząt i wciąż powracająca myśl, że jaka szkoda, że nikomu wcześniej nie przyszło do głowy wybudować coś takiego jak ADX Florence.

Gdyby ktoś nie wiedział, w najbliższy czwartek o godzinie 18.00 na Uniwersytecie Opolskim będę się spotykał z czytelnikami. Ktokolwiek może, niech wpadnie. Zapraszam.

środa, 3 października 2012

Jak nastraszyć marszałka Niesiołowskiego

Rozmowę tę po raz pierwszy czytałem już wiele lat temu, ale wciąż ją sobie regularnie odtwarzam przy okazji lekcji, tak że jej fragmenty znam już niemal na pamięć. Mam tu na myśli tekst Boba Greene’a, w którym opisał on swoje spotkanie z jednym z najbardziej niesławnych seryjnych morderców minionego wieku, Richardem Speckiem.
Czym się ów Speck tak bardzo zniesławił, że jego postać w amerykańskiej kulturze popularnej zajmuje niemal taką samą pozycję jak postać Kuby Rozpruwacza w Anglii? Otóż Speck, będąc jeszcze stosunkowo młodym człowiekiem, zaszedł do szkoły pielęgniarskiej w Dallas i zamordował 8 uczennic. On ich ani nie zgwałcił, ani jakoś szczególnie nie zadręczył – zwyczajnie je zamordował. Za co? Po co? Nie wiadomo. Trudno powiedzieć.
Dziś Speck już nie żyje. Zmarł kilka lat temu w więzieniu w pobliżu Chicago bezpośrednio chyba na zawał serca, ale głównie z powodu bardzo niezdrowego trybu życia, jaki tam prowadził, a więc niekontrolowanego upijania się i narkotyzowania. Kiedy jednak jeszcze żył, i miał nadzieję, że prędzej czy później wyjdzie na wolność, Bob Greene któregoś dnia go odwiedził i namówił na tę rozmowę. A ja muszę przyznać, że to jest coś absolutnie porażającego. Czy dlatego, że on opowiada jakieś straszne rzeczy? Ależ skąd! Speck głównie mówi o tym, jak mu się żyje w więzieniu. Czy może chodzi o to, że on nie ma wyrzutów sumienia, lub wręcz jest dumny z tego co zrobił? Nic podobnego. Przeciwnie. W pewnym momencie przyznaje on nawet, że jemu jest okropnie przykro, że te dziewczyny zamordował. Jest mu przykro i z powodu tych dziewczyn i z powodu ich rodzin. A może szokujące jest to, że on jest jednym z tych nawróconych chrześcijan? Tym bardziej nie. Z rozmowy jaką nam przedstawia Greene wynika, że Speck te już kilkanaście lat po owej masakrze, jest jeszcze straszniejszy niż był kiedyś.
To co robi największe wrażenie jest to, że ów Speck jest jednocześnie kompletnie obłąkany i kompletnie normalny. On z jednej strony opowiada o tym, jak to lubi oglądać w telewizji filmy przyrodnicze, jak maluje martwe natury, jak to marzy o tym, żeby choć na jedną noc wyjść z więzienia i odwiedzić swoją mamę, i niemal w tym samym momencie zapewnia, że jest gotów zabić każdego, kto z nim zadrze. Siedzi w karnej izolatce, bo ponieważ nie chce mu się wcześnie wstawać, odmówił pracy, a jednocześnie narzeka, że w więzieniu pracę dostają tylko kapusie. Z jednej strony opowiada, jak to kiedyś z kolegami z celi wypili pięć litrów najmocniejszego bimbru na świecie, by za chwilę się skarżyć, że od lat nic mu się nie śni, bo o czym tu śnić przez 1200 lat? Z jednej strony opowiada pięknie o muzyce, że gdyby Chuck Berry nie był czarny, to Berry byłby królem rock’n’rolla, a nie Elvis, by zaraz potem wspominać, że jak zabijał te pielęgniarki, to nie czuł nic. Dokładnie nic. No i wreszcie to zdanie, które kończy całą rozmowę: „Przekaż Amerykanom ode mnie pewną prośbę. Niech oni mnie nie przestają ani na moment nienawidzić. Bo kiedy im zabraknie tej nienawiści, to pozostaną z gołymi rekami”.
W pewnym momencie Speck opowiada, jak to poprzedniego wieczoru oglądał w telewizji „Siłę Magnum” z Eastwoodem i że Eastwood to naprawdę świetny aktor. I że choć on osobiście jest człowiekiem raczej łagodnym, lubi oglądać filmy pokazujące przemoc. Właśnie tak: „I like violent movies, but I’m not a violent man”.
I to ten właśnie moment przypomniał mi się, kiedy dziś przeczytałem sobie drugą część rozmowy Stefana Niesiołowskiego dla Onetu, a szczególnie to zdanie, gdzie Niesiołowski nie stąd ni z owąd deklaruje, że on akurat posługuje się „bardzo pokojowym językiem”. Nie wiem, ilu z nas miało okazję ostatnią przeczytać rozmowę Nizinkiewicza, ale pod pewnymi względami ona jest absolutnie unikalna, nawet jak na to, do czego przez wszystkie ostatnie lata Niesiołowski zdążył nas przyzwyczaić. Czytałem to co on mówi i w pewnym momencie, jak nigdy dotąd, uświadomiłem sobie, że punkt jaki on w tym wywiadzie osiągnął nie nadaje się już nawet do sparodiowania. Gdybym ja sobie nagle wymyślił, że swój kolejny wpis na blogu poświecę na przykład na taki żart, że oto mamy rok 2018 i Stefan Niesiołowski udziela kolejnego wywiadu, to nie ma takiego literackiego sposobu, by ten pomysł wprowadzić w życie. Bo to w tej właśnie dzisiejszej rozmowie dla Onetu, Stefan Niesiołowski, po raz być może pierwszy w historii świata, zademonstrował, na czym polega prawdziwa doskonałość.
No i nagle to on właśnie wyznaje, że posługuje się „bardzo pokojowym językiem”, a mi natychmiast przychodzi do głowy niegdysiejszy Richard Speck i jego deklaracja: „I’m not a violent man”. I nie tylko ona. Cały ten wywiad i jednocześnie cała ta zagadka człowieka, który jest zwyczajnie dla nas nieprzenikalny. I już w następnym momencie uświadamiam sobie, że dokładnie tak samo nieprzenikalny dla nas jest Stefan Niesiołowski. I że gdyby już tak konsekwentnie do końca szukać punktów wspólnych między oboma panami, to wydaje mi się, że gdyby jakimś czaso-przestrzennym cudem Richard Speck w tym wywiadzie powiedział na przykład, że Marta Kaczyńska to głupia suka, Niesiołowski by jako wicemarszałek polskiego Sejmu, uruchomiłby odpowiednią procedurę mającą na celu ułaskawienie Specka. A my wszyscy bylibyśmy dokładnie tak samo otępiali, jak jesteśmy dziś.
Czy zatem, jak idzie o Stefana Niesiołowskiego, nie ma już żadnego ratunku? Czy to już naprawdę koniec? Otóż nie. I znów na pomoc przychodzi nam nie kto inny jak Richard Speck. W rozmowie z Greenem, Speck opowiada, jak to on codziennie do swojej celi otrzymuje listy od kobiet, które chcą go poznać i nawiązać romans. Mówi tak: „Przysyłają zdjęcia, często są naprawdę ładne. A ja wiem, że z nimi coś musi być nie tak. Cała Ameryka mnie nienawidzi, ludzie wyzywają mnie od najgorszych, a one chcą się ze mną zapoznać? To się nie mieści w pale. Daje ich adresy kumplom z celi. Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego”.
I to jest moim zdaniem to. To jest sposób na takich ludzi. Trzeba ich zniszczyć najbardziej chorą – tak samo jak oni są chorzy – miłością. Proponuję więc rozpoczęcie ogólnonarodowej akcji. Niech wszystkie dziewczyny, młode, starsze – obojętne – wysyłają do marszałka Niesiołowskiego listy ze zdjęciami i oferują mu swoją miłość. Jestem pewien, ze on się tego wybuchu, a jednocześnie demonstracji, że jest coś jeszcze bardziej obłąkanego niż on sam, tak przestraszy, że to go zwyczajnie wykończy. I będziemy z nim wreszcie mieli święty spokój.

Uprzejmie przypominam, że mam wciąż tu na miejscu dość dużo egzemplarzy obu swoich książek, a więc zapraszam serdecznie: jeśli ktoś ma ochotę otrzymać „Liścia”, bądź też „Elementarz” z osobistą dedykacją, może się zgłaszać. Numer konta jest tuż obok, a cena wynosi 30 złotych za „Elementarz” i 40 złotych za „Liścia”. Z darmową wysyłką. Jeśli ktoś jednak albo ma jedną i drugą i na dodatek kupowaniem prezentów zająć się ma zamiar dopiero w grudniu, proszę o finansowe wspieranie tego bloga pod również obok podanym numerem konta.Dziękuję.

wtorek, 29 listopada 2011

O starej dobrej czapie na poważnie

Skąd się nagle wzięła u nas dyskusja o karze śmierci poza tym, że – Bóg Jeden wie, czemu – ni stąd ni z owąd wyskoczył z nią Jaroslaw Kaczyński? Nie wiadomo. Można by było tu spuścić się na opinię tak zwanych poważnych komentatorów, którzy twierdzą, że ze strony Jarosława Kaczyńskiego był to gest polityczny, mający na celu odebranie konkurentom na czas ich debiutu dobrego tematu, tyle tylko że owi komentatorzy są akurat tak samo poważni, jak poważne jest ich całe życie. No a poza tym, przepraszam bardzo, ale może i Jaroslaw Kaczyński ma dziś słabszy okres, jednak z całą pewnością nie aż tak słaby. A więc, skąd się nagle wzięła ta kara śmierci – nie wiemy. I, jak przypuszczam, wiedzieć już raczej nie będziemy. Pal ją sześć. Natomiast myślę sobie, że nie zaszkodzi przy tej okazji powiedzieć parę słów na temat owej kary w wymiarze jak najbardziej ogólnym.
Pamiętam świetnie czasy, gdy kara śmierci była czymś równie naturalnym, jak kara dożywocia, kara więzienia, czy kara klapsa. Oczywiście, biorę pod uwagę taką możliwość, że już wtedy były gdzieś pochowane grupy tak zwanych humanistów, którzy twierdzili, że kara śmierci jest barbarzyństwem, lub, nawet jeśli barbarzyństwem nie jest, to z całą pewnością jest karą nieskuteczną, i powinna zostać zniesiona. Jednak wiem też z całą pewnością, że tego typu głosy nie dochodziły do mnie ani ze strony oficjalnej propagandy, ani od strony Kościoła, ani też tego typu poglądów nie głosili ludzie mi bliscy. A więc, tak czy inaczej, opinia, że kara śmierci jest w ogóle jakimś problemem etycznym, prawnym, czy w ogóle ogólnoludzkim, była wystarczająco egzotyczna, by się nią nie przejmować, i traktować jak stały element naszego życia.
Dziś o karze śmierci, jeśli się w ogóle dyskutuje, to wyłącznie na poziomie ideologicznym, politycznym, lub – ostatnio zwłaszcza – religijnym. Ponieważ zdanie wszelkiego typu bolszewii, której poglądy są zbyt chaotyczne, bym je w ogóle był w stanie ogarnąć myślą, interesuje mnie w stopniu minimalnym, chciałbym się skoncentrować na głosie samego Kościoła i tych, którzy ów głos Kościoła chcą traktować jako swój, i przy okazji ustawiają się w roli tego Kościoła rzecznika. Dla porządku, żeby w ogóle sprawę zacząć, uważam za niezbędne zacytowanie zdania Kościoła w kwestii kary śmierci z dokumentu oficjalnego, i jak dotychczas jedynego aż tak oficjalnego, a mianowicie z Katechizmu. Oto w rozdziale ‘Uprawniona obrona”, czytamy co następuje: „Ochrona wspólnego dobra społeczeństwa domaga się unieszkodliwienia napastnika. Z tej racji tradycyjne nauczanie Kościoła uznało za uzasadnione prawo i obowiązek prawowitej władzy publicznej do wymierzania kar odpowiednich do ciężaru przestępstwa, nie wykluczając kary śmierci w przypadkach najwyższej wagi”. Zacytowałem całe zdanie. Ani wcześniej ani później, nie ma jednego słowa, które by znaczenie tego zdania w jakikolwiek uwarunkowywało. Można tu najwyżej zaznaczyć, że nieco niżej autorzy Katechizmu zastrzegają, że jeśli tylko znajdzie się inna możliwość ukarania ciężkiego przestępstwa, niż przy pomocy śmierci, należy z tej możliwości skorzystać. Ale podstawowy sens owej wskazówki zostaje zachowany. W przypadkach najwyższej wagi, Kościół dopuszcza stosowanie kary śmierci.
Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że zarówno Ojciec Święty Jan Pawel II, jak i – jak się dowiaduję – również Benedykt XVI, wypowiadali się niejednokrotnie przeciwko stosowaniu głównej kary, natomiast wiem też na pewno, że słowa Jana Pawła II nie miały charakteru oficjalnego aneksu do słów Katechizmu, lecz były zaledwie Jego refleksją na temat dzisiejszego świata. Refleksją człowieka o dobroci niezmierzonej, ale też jedynie refleksją jedną z wielu. Nie ma bowiem takiej możliwości, by dokument tak poważny i dostojny był uzupełniany przy pomocy słów: „jak się zdaje”. Poza tym – choć oczywiście nie mogę mieć co do tego pewności – mam podejrzenie, że słowa Ojca Świętego były kierowane przede wszystkim do społeczeństw takich jak Chiny, Somalia, czy Sudan – gdzie się ludzi skazuje na karę śmierci tak jak się pluje – a nie akurat do Polski, czy Norwegii. No ale, jak mówię – tu mogę się mylić. Co i tak nie zmienia argumentu podstawowego. Katechizm nie został zaopatrzony w oficjalny aneks. Kościół Katolicki stosowanie kary śmierci dopuszcza, i nawet jeśli Benedykt XVI wejdzie na wyżyny swojej świętości i z niezgłębionej dobroci swojego serca przebaczy wszystkim złoczyńcom, nas, ludzi bez litości i wyobraźni, pozostawiając daleko z tyłu – nie zmieni to faktu, że nauka Kościoła pozostaje tu bez zmian.
Dlatego bardzo mi się nie podoba, kiedy wśród argumentów na rzecz zniesienia kary śmierci, czy braku potrzeby przywrócenia możliwości jej stosowania, pada argument w postaci” „A papież powiedział”. Jeśli papież zleci napisanie i wydanie nowego Katechizmu i fragment o dopuszczalności stosowania kary głównej zostanie zmieniony, chętnie – choć nie bez zastrzeżeń – się nawrócę. Póki co jednak, trzymam się zdania dotychczasowego. A – i to jest kolejna rzecz, którą moim zdaniem, rozważając kwestię kary śmierci należy wyjaśnić – trzeba wiedzieć, że ja nie jestem za tym, by karę śmierci stosować bezwzględnie i ściśle wedle odpowiedniej hierarchii. Uważam, że należy w Polsce przywrócić możliwość stosowania kary śmierci, nie po to, by ją stosować, ale po to, by się tej możliwości a priori nie wyzbywać. Uważam bowiem, że nie ma mowy ani o humanizmie, ani o litości, ani o dobrym sercu, ani o mądrej refleksji, w sytuacji, gdy kogoś kto popełnił okrutną zbrodnię, nie skazujemy na śmierć wyłącznie dlatego, że i tak takiej możliwości zwyczajnie nie mamy. Jesteśmy mądrzy, dobrzy, roztropni i pełni współczucia, jeśli gestem łaskawego zwycięzcy, zbrodniarzowi darujemy życie, a nie wtedy, gdy gestem idioty, zanim ów zbrodniarz dopuści się swojego zła, informujemy go, że może spać spokojnie. Bo za to co zrobił, na pewno nie zostanie zgładzony. Najwyżej pójdzie siedzieć. To nie jest litość. To nie jest cywilizacja. To jest gnuśność i dezercja.
Nie będę jednak udawał, że moje poglądy na karę śmierci wynikają z jakiegoś instynktu współczucia, i z troski o to, by wszyscy dla wszystkich byli dobrzy. W żadnym wypadku. Jestem zwolennikiem karania najcięższych zbrodniarzy śmiercią dlatego, że ja zwyczajnie chcę, żeby oni nie żyli. Żeby zostali usunięci z powierzchni Ziemi. Żeby zdechli najlepiej w jednej chwili. I jeśli za tym marzeniem stoi jakakolwiek myśl, o której możnaby powiedzieć, że wypływa z dobroci mojego serca, to tylko ta, że uważam, że taki okrutny morderca ma większe szanse nawrócenia, stojąc ten jeden raz nad grobem, a nie codziennie, trzy razy dziennie, nad miską z jakąś podłą zupą, do końca swoich nędznych dni.
Bardzo mi przykro, ale nie jestem w stanie znaleźć jednego argumentu na rzecz tego, by najbardziej okrutnych i zdeprawowanych morderców trzymać w więzieniach, zapewniając im tam wikt, opierunek i bezpieczeństwo, a niekiedy nawet bardzo znaczącą pozycję w ramach owej szczególnej społeczności, jaką jest środowisko więzienne. Czytałem kiedyś relację z rozmowy, jaką pewien amerykański dziennikarz przeprowadził z jednym z najbardziej słynnych masowych morderców, Richardem Speckiem. Swego czasu Speck zasztyletował osiem uczennic szkoły pielęgniarskiej w Dallas, a zrobił to – tak jak to często w tych sytuacjach się dzieje – bez wyraźnego powodu. We wspomnianej rozmowie przyznaje on nawet, że gdyby mógł zmienić historię, to by tych dziewcząt nie mordował. Co ciekawe, ni z gruszki ni z pietruszki, informuje, że zamiast zabijać, to raczej by się gdzieś włamał i może coś ukradł. Natomiast zabijać? No, nie bardzo. Jednak historii odwrócić się nie da, więc ma ten swój wyrok, 1200 lat więzienia, no i siedzi. Dziś już nie. Dziś Speck już nie żyje. Umarł w więzieniu na zawał serca, czy diabli wiedzą, co. Natomiast, jak idzie o to, jak mu się żyło przez te wszystkie lata, od czasu, gdy został zamknięty, aż do wspomnianej śmierci, wygląda na to, że nie było najgorzej. Jestem wręcz pewien, że wokół nas jest mnóstwo porządnych ludzi, których życie jest znacznie bardziej smutne, niż życie tego Specka. Owszem, to o czym marzył najbardziej, a więc, żeby sobie pochodzić po mieście, w grę nie wchodziło, ale poza tym – nie sposób narzekać. W celi miał kolorowy telewizor, magnetofon i kupę taśm z jego ulubionym Chuck Berrym, paru kolegów, którzy go szanowali, no a poza tym się piło i żarło wszystko, co się dało do celi przemycić.
Speck miał karę. Za złe zachowanie trzymany był w osobnym budynku, skąd nie można było wychodzić ani do pracy, ani nawet na spacer, no, ale – jak już zostało powiedziane – żyć się dało. Opowiada dziennikarzowi Speck, o tym, jak on i koledzy dzień w dzień chleją, tak długo aż stracą przytomność. Pyta go więc dziennikarz, czy on się nie boi wspominać publicznie o kontrabandzie w celi, na co Speck odpowiada ze śmiechem: „A cóż oni mogą mi zrobić?” a to dziennikarz zauważa: „Jakiś pan wesoły”. A Speck na to: „A co mam robić? Płakać przez 1200 lat?”
A ja uważam, że to ostatnie pytanie jest w naszych rozważaniach kluczowe. Bo człowiek jest tak skonstruowany, że nie jest w stanie płakać przez 1200 lat. Człowiek jest tak skonstruowany, że płakać może przez pewien czas, ale po pewnym czasie zaczyna swój los akceptować, i stara się znaleźć jakiś sposób na to, by tę swoją niedolę jakoś wykorzystać dla siebie. A więc przyzwyczaja się. A skoro się przyzwyczaja, to, w sposób naturalny, kolejnym tego etapem jest uznanie, że w sumie nie jest aż tak źle. A dalej to już pozostaje tylko jedno – przekonanie o tym, że właściwie tak jak jest, jest najlepiej. Ktoś mi na to powie, że kara śmierci tym bardziej nie jest rozwiązaniem. Że jeśli się człowieka zabije, to albo – co i tak prędzej czy później nastapi – trafi ów nieszczęśnik do piekła, albo nie zostanie z niego nic – zależnie od tego, kto w co wierzy. A zatem nawet jeśli z tego ma być jakaś satysfakcja, to i tak zostanie ona odsunięta w czasie. Jednak ten element już był wyjaśniany. Przede wszystkim, ja wcale nie jestem pewien, czy akurat z punktu widzenia tego mordercy i Dzieła Stworzenia, jego śmierć nie jest akurat najlepszym rozwiązaniem, a poza tym mnie jego los akurat obchodzi najmniej. Ja po prostu nie chcę, by go święta ziemia dłużej nosiła. A jeśli w dodatku to noszenie ma się odbywać w tak komfortowych warunkach, które mu gwarantują to, że wprawdzie pochodzić po mieście i popatrzeć sobie na dziewczyny się nie da, ale w końcu nie można mieć wszystkiego, to ja zwyczajnie protestuję. Gdyby mi zależało na tym, by ten nikczemnik cierpiał i ponosił nieustanną i wieczną karę za swoje zło i z krzywdę, którą mi wyrządził – a trzeba wiedzieć, że za każdym takim przypadkiem stoi indywidualna krzywda – to bym postulował, by przywrócić nie karę śmierci, ale prawo tortur. Albo, jeśli już karę śmierci, to w tradycyjny angielski sposób, kiedy człowieka się najpierw wieszało, następnie rozciągało, w dalszej kolejności ćwiartowało, a po tym wszystkim te szczątki rozrzucało na wszystkie strony świata.
Jednak ja nie jestem człowiekiem okrutnym. Ja nie pragnę tego by ludzie cierpieli. Ja nie chcę, by kogokolwiek cokolwiek bolało. Ja sobie jedynie życzę, by za zło była kara. A za duże zło duża kara. I żeby te kary były wymierzane przez mądrych i wrażliwych ludzi. I żeby na tym marnym świecie, w miarę oczywiście jego ograniczonych możliwości, panowało prawo i sprawiedliwość. Sytuacja kiedy się z góry zakłada, że jedni mają przed sobą taki los, jaki im przypadnie w udziale, a inni los, który im zagwarantuje głupie państwo, jest dla mnie sytuacją nie do zaakceptowania. Dlatego, jak idzie o to czy kara śmierci ma być zapisana w kodeksie, czy nie, jestem za tym, by ją tam zapisać i nie ruszać, choćby się świat walił.

Póki co, przypominam o nadchodzących Świętach i obowiązku obdarowywania bliskich prezentami. Nie mam co do tego najmniejszej wątpliwości, że książka, której okładka jest tu obok, i którą żeby kupić, wystarczy raz kliknąć i dalej już tylko korzystać z instrukcji, jest prezentem idealnym. Może nie dla idiotów, ale poza tym – jak najbardziej. Poza tym, nie ma co ukrywać, że mimo iż się staram i powoli zaczynam odbudowywać stan względnego bezpieczeństwa, wciąż jestem mocno pod kreską. A zatem, proszę o bezpośrednie wpłaty pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...