Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrażliwość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrażliwość. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 maja 2021

Ogłaszamy kolejną odsłonę konkursu na dowcip o Kuala Lumpur

 

Pod wczorajszym tekstem, Czytelnik zapytał mnie o jakiś dawny tekst, a ja mu dość impertynencko odpowiedziałem, że w tym zalewie kilku tysięcy notek jest mi bardzo ciężko znaleźć tę jedną. Ogarnięty wyrzutami sumienia, postanowiłem jej jednak poszukać, i choć nic z tego nie wyszło, to trafiłem na inną, moim zdaniem, wartą przypomnienia refleksję i postanowiłem, że ramach konsekwentnego stronienia od zawartości mózgów Rafała Trzaskowskiego i jego partyjnych kolegów, znów cofnę się w przeszłość, choć jak to zwykle, z lekkimi modyfikacjami.

 

 

      Mam nadzieję, choć już niestety nie wiarę, że wszyscy z nas słyszeliśmy i zapamiętaliśmy informację o tym, jak to już niemal dwa tygodnie temu najpierw zniknął z radarów, a następnie zniknął w ogóle samolot Malezyjskich Linii Lotniczych z 239 osobami na pokładzie. Mam nadzieję, choć wciąż nie wiarę, że mimo tak strasznie egzotycznie brzmiących nazw, jak Malezja, Pekin, czy Kuala Lumpur, zwróciliśmy uwagę na ten szczegół, jak to ów samolot wystartował z Kuala Lumpur do Pekinu i po godzinie wszyscy ludzie, którzy nim lecieli najprawdopodobniej zginęli. Ktoś spyta, dlaczego brakuje mi tej wiary. Otóż właśnie przez tę egzotykę. W końcu, nie oszukujmy się – cóż nas interesuje jakieś Kuala Lumpur, czy nawet Malezja, choćby i z 239 ludźmi na pokładzie, jeśli ci ludzie w większości wyglądają równie egzotycznie, jak egzotycznie brzmi nazwa Kuala Lumpur?

      A zatem wiary mi brakuje, natomiast mam nadzieję, bo gdyby się miało okazać, że nasza europejskość doprowadziła nas do tego stanu, że niekiedy bez najmniejszego wysiłku potrafimy o 239 – a tak naprawdę znacznie, znacznie więcej – ludzkich tragedii myśleć w tych samych kategoriach, co w wypadku kolejnej wojny gdzieś w Afryce, to z nami jest zdecydowanie nie najlepiej. Skąd u mnie te obawy? Otóż one się biorą z prostej obserwacji. Ja akurat miałem okazję parokrotnie ostatnio rozmawiać z różnymi ludźmi na temat tego zniknięcia i nie mogłem nie zauważyć, jak ono robiło wrażenie do momentu, gdy się nie zaczęły pojawiać owe dziwnie brzmiące nazwy. Ale nie chodzi tylko o zwykłe reakcje zwykłych ludzi. Przecież ja doskonale widzę, jak ta sprawa jest relacjonowana przez nasze media, a widząc to nie potrafię się nie zastanawiać, jak inaczej wyglądałyby te relacje, gdyby ten samolot nie wiózł 239, ale choćby tylko stu takich samych ludzi, tyle że Belgów, Hiszpanów, Szwedów, Holendrów, czy Francuzów.

      Przesadzam? Akurat! Oto parę dni temu przeczytałem gdzieś na blogach, że paru dziennikarzy Radia Zet zwróciło się do słuchaczy, by w odpowiedzi na pytanie „Co się stało z samolotem?” słali do redakcji swoje propozycje. No i wtedy się zaczęło. Ktoś zaproponował, że samolot walnął w kupę kartonów, ktoś inny, że podobno leży gdzieś w Smoleńsku, ktoś jeszcze inny, że uprowadzili go Marsjanie. A więc, widzimy już jak to działa. Najpierw pada hasło, a w odpowiedzi na hasło natychmiast pojawia się odzew. A ja znów nie mam najmniejszej wątpliwości, że gdybyśmy nie mieli samolotu Malezyjskich Linii Lotniczych lecącego z Kuala Lumpur do Pekinu, ale któryś z lotów British Airways, czy Lufthansy z Rzymu do Oslo, ani ci śmieszkowie z Radia Zet by nie wpadli na ten swój niesłychanie zabawny pomysł, ani też słuchacze tego dziwnego radia by się tu z takim zaangażowaniem nie udzielali. A gdyby jednak do czegoś takiego doszło, to musiałaby interweniować Rada Etyki Mediów, a kto wie czy nie ktoś stojący jeszcze wyżej. Tu, o ile mi wiadomo, na jajach się zaczęło i skończyło.

       Wielokrotnie się zastanawiałem, skąd się ten rodzaj braku wrażliwości u nas bierze. Pamiętam wciąż, jak kilka lat temu mieliśmy katastrofę autokaru z pielgrzymami gdzieś we Francji i na Onecie pojawiła się cała kupa komentarzy nawet nie próbujących ukrywać tego rozbawienia, jakie ogarnęło ich autorów na wieść o tym, ze banda moherów spadła na mordę do jakiejś przepaści. No ale tam przynajmniej jednak widać było to zaangażowanie. Chore, bo chore, motywowane znaną nam wszystkich bezinteresowną nienawiścią, ale jednak przyznać trzeba, że internauci się autentycznie sprawą zainteresowali. Tu jednak nawet nie mamy do czynienia z nienawiścią. To jest zwykła obojętność wynikająca z tego, że przed nami stają ludzie, którzy, jako kompletnie obcy, nas ani ziębią ani parzą. To jest trochę podobna sytuacja do tej, z jaką mieliśmy do czynienia po budowlanej katastrofie w Bangladeszu. Oczywiście, jak pamiętamy, wtedy media we współpracy z międzynarodowym przemysłem tekstylnym sprawę skutecznie ocenzurowały, ale nam też jakoś nie bardzo się chciało pochylać nad tymi Bengalczykami, czy jak to się na nich tam mówi. Nawet jeśli ich było aż ponad tysiąc.

Otóż moim zdaniem tu mieliśmy do czynienia z tym prostym przekonaniem, że nawet jeśli oni mają dzieci i braci i rodziców, to te ich związki z pewnością nie są tak silne, jak u nas. To już nawet Rosjanie, jak kiedyś śpiewał ten głupek Sting, mają dzieci, ale tamci chyba jednak nie koniecznie. Prawda?

        

SUPLEMENT

Powyższy tekst kończył się oryginalnie następnymi słowami:

„O katastrofie w Bangladeszu dowiedziałem się ze wspominanego tu już parokrotnie, nie tylko dlatego, że jego właścicielem jest właściciel ukochanego klubu piłkarskiego mojej córki FC Liverpool, portalu boston.com/bigpicture, ale przez to, że to stamtąd właśnie, poza blogami, czerpię wszelkie informacje o świecie, a niekiedy nawet i o Polsce. To ze zdjęć opublikowanych w boston.com, kiedy wszystkie media solidarnie nabrały wody w usta, dowiedziałem się, że w Bangladeszu runął tamten budynek. Dziś też właśnie na boston.com znalazłem serię zdjęć pokazujących kto ma dzieci, i dla kogo i co ten fakt może oznaczać. Rzućmy proszę okiem. I spróbujmy pomyśleć sobie, jak bardzo te nasze światy są od siebie daleko”.

Jak się okazuje przez te wszystkie lata zdjęcia te zostały usunięte z portalu, a więc też zniknęły z naszego blogu. W pewnym sensie jednak myślę, że to dobrze. Otóż owe fotografie przedstawiały bardzo wzruszające portrety matek z dziećmi, a pisząc „wzruszające” mam na myśli to, że nawet jeśli kiedyś było inaczej, to dziś może owe wzruszenia nie są już chyba rozłożone aż tak demokratycznie. Dziś widok matki z dzieckiem może wywoływać niewiele więcej ponad wzruszenie ramion. To już bardziej wzruszają nas obrazki ze świata zwierząt. A zatem, proszę uprzejmie, oto wspomniana na początku modyfikacja specjalnie dla wschodzących pokoleń.

 







środa, 16 maja 2012

Kupa nie śmierdzi

Ponieważ Elementarz jest w tej chwili właściwie jedyną moją rzeczywistością, chciałem najpierw przeprosić za to, że nie mam siły napisać nic nowego, spoza tematu – to znaczy, napisać coś mógłbym, tyle że nie na tyle poważnego, żeby móc przy tym zachować czyste sumienie – a poza tym poprosić o przyjęcie tych paru dodatkowych uwag. Otóż książka się sprzedaje. Będzie drukowana, jak mnie zapewniają, lada chwila, natomiast już pojawiły się zamówienia na kilkadziesiąt sztuk.
Poza oczywistą satysfakcją, pojawiły się też jednak zmartwienia. Przede wszystkim, tym razem całość pieniędzy uzyskanych ze wstępnej sprzedaży musi pójść na pokrycie długu, jaki zaciągnąłem na druk książki. Tym razem, nikt nie już był taki szczodry, jak człowiek, który mi pomógł przy Liściu, i uprzejmie poinformował, że może poczekać.. I niestety słusznie. Z pieniędzmi bowiem, jak wiemy, żartów nie ma. A więc jeszcze przez jakiś czas będę musiał gryźć ziemię. Dodatkowo, ponieważ rozliczenia są robione w przedziale miesięcznym, najbliższe dwa tygodnie, to będzie prawdziwy horror.
W związku z powyższym, wciąż bardzo proszę każdego, kto jest w możliwościach, o stałe i bezpośrednie wspieranie tego bloga. Inaczej nie damy rady. Jeszcze nie dziś. Dziękuję.
Druga sprawa związana jest z poprzednią notką, w której ogłosiłem zamknięcie tego swojego książkowego projektu. Jak wiemy, napisałem parę słów komentarza, zaprezentowałem piękną – prawda, że piękną? – okładkę i zacytowałem jeden króciutki fragment z Elementarza. Tu akurat wszystko przebiegło na spokojnie, natomiast w Salonie24 doszło do bardzo ciężkiej awantury, która swoją skalą mnie najpierw przytłoczyła, a później kompletnie psychicznie rozbiła. O co poszło? Otóż o anegdotę z małym dzieckiem pytającym księdza, czy zrobił kupę. Okazało się, że wrażliwość części z czytelników jest tak wielka, że na dźwięk słowa kupa oni akurat reagują ciężkim omdleniem. Mniej więcej tak jak ten młody ojciec, któremu żona mówi, by zmienił dziecku pieluchę, a on się pyta: „Co? Żebym się porzygał?” No i odpowiedzialność za to została podarowana mi i mojemu chamstwu.
Historia tego dziecka i tych słów: „Co tak siedzisz i nic nie mówisz? Kupę zrobiłeś?” jest w naszym domu kultowa od wielu już bardzo lat. Znamy ją wszyscy, przypominamy ją sobie i pozwalamy, by jej niezwykła głębia inspirowała nasze gesty i słowa. Mówiąc bardzo krótko, chodzi o to, że – jak być może każdy, kto miał okazję zajmować się maleńkim dzieckiem, wie – dla dziecka, które jeszcze musi chodzić z założoną pieluszką, a z drugiej strony już czuje pewien tu obowiązek, pytanie „Co tak siedzisz i nic nie mówisz? Kupę zrobiłeś?” jest pytaniem wręcz rytualnym. No bo weźmy takiego kilkunastomiesięcznego chłopczyka, który nagle zorientował się, że zrobił kupę, a wie, że to jest trochę nie w porządku. Siedzi więc , nomen omen, skupiony na tej kupie, milczy i czeka, co dalej. Oczywiście, jest ten moment zawstydzenia, ale wiadomo też, że za chwilę przyjdzie mama lub tata, i wszystko na czysto załatwią. Tyle że najpierw będą musiały paść te słowa: „Co tak siedzisz i nic nie mówisz? Kupę zrobiłeś?”
Dlaczego historia opowiedziana mi kiedyś przez mojego kolegę, a w moim Elementarzu powtórzona przeze mnie z myślą o tych wszystkich, którzy lubią sobie podumać na poziomie bardziej zaawansowanym, jest moim zdaniem tak fantastyczna? Otóż uważam że kontakt, jaki nawiązał się między tym dzieckiem, a siedzącym tak strasznie samotnie w tym konfesjonale księdzem jest wręcz kosmiczny. Moim zdaniem, nie ma większej solidarności w cierpieniu niż solidarność zademonstrowana w ten właśnie sposób przez to dziecko. Moim zdaniem, ów chłopczyk, zanurzony w tej ciszy pustego kościoła, stojąc przed tym konfesjonałem i przed tym milczącym i tak smutno bezczynnym księdzem, chciał, na ten swój kompletnie dla nas nie do pojęcia sposób, pokazać mu, że jest z nim. Że go rozumie, że chce go wesprzeć. I wsparł go tak jak go zawsze wspierali jego rodzice, a więc absolutnie najpiękniej – pytaniem: „Co tak siedzisz i nic nie mówisz? Kupę zrobiłeś?” Jak przyjaciel przyjaciela.
Czemu, ktoś teraz spyta, przypomniałem tę historię w związku z tym moim, okropnie bezcelowym już chyba, użalaniem się nad bezczynnością polskiego Kościoła wobec tego, co źli ludzie wobec Niego planują? Z dwóch powodów. Przede wszystkim, co zaznaczyłem na samym początku owej notki, nie chciałem już więcej pod adresem księży i biskupów kierować jednego, marnego słowa. I dlatego, że, jak mówię, uważam to trochę za bezcelowe, a po drugie, przez to, że ja naprawdę im nieustannie zawdzięczam znacznie więcej, niż potrafię dać. A mimo to wiedziałem też, że nie mogę w tej książce się nie wyżalić. A więc wyżaliłem się. Właśnie przez tę przypowieść o dziecku ofiarującym księdzu swoją solidarność.
Drugi powód jest taki, właśnie już w prostym związku z tą solidarnością, że wydało mi się, że dziś, kiedy ten nasz Kościół często jest tak okropnie przytłoczony, tak straszliwie zawstydzony swoją potęgą, a jednocześnie tak nieprzyjemnie pełen wyrzutów sumienia, porównywanie go do tego dziecka, które z jednej strony wie, że zrobiło źle, a z drugiej nie bardzo nawet wie, dlaczego i jak mogło się zachować inaczej, i już tylko tak siedzi „i nic nie mówi” – będzie porównaniem idealnym.
I oto nastąpiła reakcja, której się nie spodziewałem. Otóż została tylko ta kupa. Kał. Smród. Gówno. But w psim gównie. A więc coś, co jeden z komentatorów nazwał Freudem. Człowiek słyszy słowo kupa, i odruchowo patrzy, czy przypadkiem w coś nie wdepnął. Rozmawiałem o tym wszystkim z Don Paddingtonem i on mi powiedział dwie bardzo ciekawe rzeczy. Pierwsza to taka, że kiedy jest się księdzem, to takie historie nie robią większego wrażenia, bo każdy z nich zna dziesiątki lepszych. Druga natomiast związana była z refleksją bardziej ogólną. Chodzi mianowicie o to, że przez ostatnie lata, straciliśmy to co było zawsze najcenniejsze – umiejętność spokojnego, realnego odbierania rzeczywistości. Kiedyś to potrafiliśmy robić świetnie; dziś tkwimy już tylko w nieustannym zaplątaniu, patrząc tylko, co nam zaraz spadnie na głowę. I to jest bardzo niedobre.
A ja już tylko do tego mogę dodać jedno. To nie kupa śmierdzi. To śmierdzą nasze dusze. I nie ma co zaglądać pod buty. Tam nie znajdziemy tego czego szukamy.
Proszę więc kupować Elementarz. Tam jest wszystko czego możemy potrzebować. A przy okazji, proszę nie zapominać o tym blogu. Dziękuję.

wtorek, 16 marca 2010

Gdy smak przestaje być kwestią



Motto:
It's so easy to laugh, it's so easy to hate
It takes guts to be gentle and kind
Morrisey

Jedno z moich dzieci przesłało mi wczoraj link do czegoś co z punktu widzenia Sieci miało być pysznym żartem, a mnie właściwie przeraziło. Właściwie przybiło mnie do ziemi i pozostawiło tam dłuższy czas. Kto chce, niech sobie tego wysłucha http://www.joemonster.org/filmy/16200/Uwaga_na_pole_magnetyczne_w_Bialymstoku_. Dla reszty krotka informacja. Otóż chodzi o to, że pewnej nocy na policję w Białymstoku zadzwoniła kobieta i poprosiła policjanta o interwencję. Problem jej polegał na tym, że ona nie może zasnąć, bo jej sąsiad atakuje ją przy pomocy jakichś programów komputerowych w taki sposób, że tworzy wokół niej bardzo silne pole energetyczne, które sprawia, że ona ani nie może ani się poruszać, ani jeść, ani pić, ani spać, ani w ogóle żyć. Ta biedna kobieta opowiada o swojej udręce policjantowi przez niemal dziesięć minut, więc nie mam sposobu, aby przekazać tutaj choćby ułamek tego wszystkiego co tam się wyprawia. Wspomnę więc tylko dwie kwestie, które zwróciły moją uwagę.
Zakładam że to nagranie nie jest manipulacją. Że to nie jest żart stworzony przez dwóch wesołych internautów w tak mistrzowski sposób, że robi wrażenie autentyku. Zakładam więc, że to jest autentyk. A skoro tak, to wrażenie wielkie robi to, że ta kobieta, snując swoją obłąkaną historię, ani nie bełkocze, ani nie stęka, ani się nie jąka, ani nie krzyczy w opętaniu. Ona mówi w miarę spokojnym tonem, bardzo składnie i w pełni logicznie. Gdyby nie owa szczególna treść jej opowieści, można by sądzić, że słyszymy zwykłą panią – może nauczycielkę, czy lekarkę, może dziewczynę z poczty – której przydarzyło się coś niezwykle ciekawego i chce nam teraz o tym wszystkim opowiedzieć. Druga część tego co mnie tak wzruszyło, to ten policjant. Ja wiem że jest noc, a on być może siedzi sam na dyżurze i się nudzi jak pies. To jednak, jak on z nią rozmawia, robi wrażenie równie mocne. Nie ma wątpliwości, że on wie że ma do czynienia z osobą opętaną. Mimo to w jego głosie ani przez ułamek chwili, ani przez jeden krotki moment, nie słychać śladu ironii, kpiny, czy nawet uśmiechu. Przez całą rozmowę policjant robi wrażenie zainteresowanego, rozumiejącego, współczującego. Rozmawia z nią. Po prostu z nią rozmawia. W końcu ją uspokaja, obiecuje, że wprawdzie tej nocy już nie da rady, ale jutro, jak będzie dzień, to zobaczy co można zrobić, i być może w ten sposób pozwala jej zasnąć w tym lodowatym łóżku, na tej tafli lodu, z tym ściśniętym gardłem.
Ponieważ bardzo często atakuje mnie podejrzenie, że moja wrażliwość jest równie chora jak myśli tej nieszczęsnej kobiety, zwróciłem się do kogoś z zupełnie innych miejsc na tym świecie, mianowicie pewnego mojego maturzysty, z którym łączy mnie pewnie tyle tylko że i on mnie lubi i ja jego. Przesłałem mu to nagranie i spytałem go, co o tym sądzi? No i okazało się, że i jemu nie jest lekko. Oto co mi napisał:

Tak, słyszałem to kiedyś i też odniosłem wrażenie że to straszne. zupełnie. A jak ona żyje? Jak my wszyscy. To jest najstraszniejsze, bo słuchając tego zdajemy sobie sprawę z tego że rzeczywistości nie ma. Jest taka, jaką ją postrzegamy. Pozdrawiam, spokojnej nocy.
Właściwie nie wiem, po co piszę ten tekst. Zdaję sobie sprawę z tego, że podobnie jak ja sam, wielu czytelników tego bloga oczekuje, że wszystko co tu się znajdzie coś nam powie, pozwoli nam odnaleźć w sobie jakąś nową, poczciwą myśl, lub choćby wprawi nas w odpowiedni nastrój. Cóż jednak z tej opowieści? Szczególnie na blogu, jak by nie było, politycznym? No tak, ten policjant, to z całą pewnością bardzo oczywista część polityki. Jeśli popatrzymy na niego jako na część tego państwa, które może dopiero przed nami, to musimy uznać, że warto było o nim tu wspomnieć. No ale ta kobieta? Po co nam ona? Czy tylko chodzi o wzruszenia, czy może ona nam mówi coś o więcej?
Tu w Salonie działa pewien bloger, który – jak mi doniesiono – określił mnie niedawno w taki sposób, że ja jestem idealnym celem dla ludzi takich jak jego ojciec – ludzi zaradnych, bogatych, z pięknym domem, pięknymi przedmiotami wokół – a w całości brzmiało to tak:

Nadęty człowieczek, któremu się wydaje, że wszystko ma, bo osiągnął prestiż w wąskiej działce.
Ojciec, który na podobnych ludziach potrafi zbijać kokosy finansowe ("nadziani klienci") zawsze mi powtarzał jedną mądrość: że takimi ludźmi się, wbrew pozorom, bardzo łatwo manipuluje. Jak cokolwiek od takiego, zadufanego w sobie typa, chcesz załatwić, to po prostu można się uniżyć, w totalnym kłamstwie mu przyznać rację i podbudować ego.
Jak ktoś jest dobrym aktorem, to tak robi. Tato tak robił nie raz, ale to cwany - i zbyt pragmatyczny momentami - wilk. Człowiek z nadętym ego jest bardzo NIEODPORNY na manipulację; zręczny obcy może to bardzo łatwo wykorzystać (a szczególnie, jak ma np. wieloletnie doświadczenie handlowe z najtrudniejszymi rodzajami klientów...).
Kiedy przeczytałem to po raz pierwszy, najpierw myślałem, że to nie może być naprawdę. Że to jakaś prowokacja, jakiś żart. Że tacy ludzie nie istnieją. Później sprawdziłem cały kontekst i doszedłem do wniosku, że to jednak jest real. Że to istnieje, rusza się i żyje. Po prostu żyje. Jeszcze później, przypomniałem sobie, że ja już miałem wcześniej kontakt z tym kimś i że to jest działacz – tak, działacz! – Platformy Obywatelskiej z Krakowa. A więc, że to jest polityka. Właśnie polityka. Nie dom, rodzina, sklep, telewizor, ale polityka.
I tak sobie teraz przypominam, jak po słynnych, kultowych już wręcz, wyborach w roku 2007, przeciwnicy Platformy Obywatelskiej bardzo głośno wskazywali na fakt, ze największe poparcie dla PO odnotowano w zakładach karnych, wśród przestępców, a więc ludzi występnych i złych. Przeciwnicy PiS-u natomiast – w odpowiedzi na te złośliwości – pokazywali, że z kolei PiS najwięcej głosów otrzymał w zakładach psychiatrycznych, a więc od wariatów, a więc ludzi głupich.
No więc dziś, kiedy wciąż jestem tak poruszony tym czego wysłuchałem wczoraj wieczorem, myślę sobie, że to własnie byłaby odpowiednia refleksja dla takiego wpisu, na taki temat i na takim blogu. Że tu chodzi zawsze, jak by nie patrzeć, wyłącznie o wrażliwość. Nie o smak, jak twierdził Herbert. O wrażliwość. Że to wszystko, tak czy inaczej, pozostaje kwestią wrażliwości. Albo lepiej. Kwestią dwóch dokładnie typów wrażliwości. Wrażliwości mocnej, uśmiechniętej, radosnej. I wrażliwości unieruchomionej i przyduszonej do lodowatego łóżka.

poniedziałek, 13 lipca 2009

Gdy intelektualiści zbaranieli

Pomyślałem sobie, że skoro dotychczas głosiłem wyłącznie oczywistości, tyle że podane w trochę może bardziej wyszukany sposób, najwyższy czas, żebym napisał wreszcie coś naprawdę kontrowersyjnego. Oczywiście, daję sobie świetnie sprawę z tego, ze wielu czytelników tego bloga powie, ze ani jedna z prezentowanych przeze mnie opinii nie pozostaje niekontrowersyjna, a – wręcz przeciwnie – wszystko, co piszę, jest horrendalnie głupie i niepoważne, ale to już, że tak powiem, nie moje zmartwienie. Fakt jest bowiem taki, że kontrowersyjnie będzie dopiero dziś.
Co mam na myśli, mówiąc ‘kontrowersyjnie’? Otóż chodzi mi o to, że – pomijając gołe fakty – wszystko co dziś mam zamiar przedstawić, poczynając na założeniach, a kończąc na wnioskach, to czyste spekulacje. Na poparcie tego wszystkiego, co chcę tu przedstawić nie mam żadnych dowodów, poza swoimi podejrzeniami, które wynikają z wieloletniej obserwacji i z mojego dotychczasowego doświadczenia. Sytuacja więc jest, na przykład, znacznie bardziej skomplikowana, niż miało to miejsce w przypadku tekstu o zabójstwie Michaela Jacksona, gdzie wszystko co należało wyłożyć, wyłożyłem starannie i czysto, jak dziecku w przedszkolu, a jeśli ktoś potrzebował dodatkowych tygodni, by moje – jak to określano – „insynuacje” się zaczęły potwierdzać oficjalnie, to już nie mój kłopot.
Będzie więc o intelektualistach. I to intelektualistach szczególnych. Wpadłem na nich przedwczoraj, podczas mojego pobytu w Poznaniu przy okazji festiwalu sztuki animowanej Animator 2009. Do Poznania pojechałem jednak nie ze względu na moją pasję do filmów animowanych, lecz – przede wszystkim – ze względu na czystą i bezinteresowna miłość do Davida Thomasa i jego muzycznego projektu o nazwie Pere Ubu, a także z powodu uprzejmego zaproszenia, jakie otrzymałem od ojca Antoniego Rachmajdy z Zakonu Karmelitów Bosych właśnie w Poznaniu. Co ma do rzeczy ojciec Rachmajda? Oczywiście nocleg i wyżywienie. Co ma do rzeczy David Thomas i Pere Ubu? To że organizatorzy festiwalu postanowili zamknąć imprezę, w sposób absolutnie uroczysty, widowiskiem teatralno-muzyczno-filmowym (jak to się czasem określa – multimedialnym), zatytułowanym Bring Me the Head Of Ubu Roi,opartym na muzyce i projekcie artystycznym w wykonaniu zespołu Pere Ubu, oraz animacji braci Quay.
Pere Ubu… Kiedy byłem o wiele młodszy, w środowisku, w którym się obracałem, doskonale wiedziano, co to jest Pere Ubu. I to wcale nie dlatego, ze ich pierwsza płyta, Modern Dance, przez niektórych poważnych krytyków (Clinton Heylin), była oceniana jako jedno z najważniejszych muzycznych wydarzeń w historii rocka w ogóle, ani też dlatego, że to był w ogóle przebój (bo nie był), ale z tej prostej przyczyny, że myśmy po prostu słuchali takiej muzyki, a cała nasza filozofia sprowadzała się do opinii, że jeśli na scenie jest więcej ludzi, niż na publiczności, to już jest znaczna szansa, że będziemy za chwilę mieli do czynienia z czymś specjalnym. A więc, kiedy szedłem do poznańskiego Zamku na widowisko o Królu Ubu, wiedziałem, że najprawdopodobniej sala będzie wypełniona tylko w części, a wśród widzów znajdzie się ta dwudziestka – podobnych do mnie – osób, którzy przyszli specjalnie dla muzyki Pere Ubu, a reszta, to już tylko będzie poznańska elita intelektualna, dla której to przede wszystkim festiwal Animator stanowi kulturalne i intelektualne wyzwanie mijającego tygodnia.
I było własnie tak, jak to sobie wyobrażałem. Wprawdzie nie udało mi się na sali dostrzec Galopującego Majora, ale na ile potrafiłem ocenić, niemal wszyscy uczestnicy gali, wypełniali pewien standard, zarówno jeśli idzie o sposób noszenia się, sposób zachowania i ogólnie sposób bycia. I to jest pierwszy element tego, co na początku tego tekstu zapowiedziałem, jako relację bardzo głęboko kontrowersyjną. Ja nie mam absolutnie żadnych dowodów na to, by twierdzić, że ocena ludzi, którą przedstawiam na podstawie swojej bardzo subiektywnej obserwacji i jeszcze bardziej subiektywnych odczuć, ma jakąkolwiek wartość. Ktoś może z pewnością mi powiedzieć, że w Poznaniu jest tak, że na imprezy typu ‘międzynarodowy festiwal filmów animowanych’ przychodzą wszyscy ci, którzy akurat mieli w ten sobotni wieczór ochotę wyskoczyć na chwilę z domu, bez względu na swój społeczny status, zainteresowania i aspiracje, za to ja, z kolei, chcę sobie zachować prawo do oceniania rzeczy w taki własnie sposób. A z tej oceny wynika własnie taki wniosek; że na imprezę przyszła elita.
I oto kolejna refleksja, którą chciałem się podzielić. Dla każdego normalnie myślącego człowieka było oczywiste od pierwszego momentu, że to co za chwilę nastąpi, to będzie komedia. Nie trzeba było ani znać sztuki Alfreda Jarry’ego, ani wiedzieć że Jarry w jakimś tam sensie stworzył teatr absurdu i w ogóle surrealizm w sztuce, żeby od początku się nastawić na to, że będzie – przynajmniej w założeniu – śmiesznie. Wystarczyło wejść na salę i choćby zauważyć, jak artyści po prawej stronie sceny, gdzie miał grać zespół, uczepili wcześniej kawałek dykty z nabazgranym po polsku napisem: „Ta strona sceny jest niewidoczna”, żeby wiedzieć, czego należy oczekiwać. Przez pierwsze pół godziny przedstawienia reakcja publiczności była szokująca. Sala, niemal w całości, zachowywała się jakby przyszli do filharmonii i zamiast orkiestry, skrzypiec, harfy i fortepiany, zobaczyli Latający Cyrk Monty Pythona (właśnie tak!) i to na dodatek, pierwszy raz w życiu. Ja nie chcę sugerować, ze zgromadzone na sali towarzystwo nie akceptowało takich akurat żartów, albo się nudziło, albo uznało, że muzyka jest irytująca. Niemal wszyscy – na tyle na ile potrafiłem dostrzec – zachowywali się, jakby kompletnie nie wiedzieli, co ich spotkało. Jakby byli głęboko przekonani, że przyszli na poważną sztukę, która wymaga od nich gustownego cmokania i mądrego kiwania głową, a tymczasem otrzymali coś czego kompletnie nie rozumieją, co wygląda na kompletny idiotyzm, a przecież – z tego co im powiedziano – miało idiotyzmem nie być.
Czas mijał. Muzycy – a jednocześnie aktorzy – pajacowali na całego, na wielkim ekranie leciały cały czas polskie napisy, żeby każdy wiedział, o co w danym momencie chodzi, a elita intelektualna Poznania, patrzyła na to wszystko z przerażeniem. W pewnym momencie David Thomas, widząc, że sytuacja robi się niedobra, zmienił tekst i zaczął wrzeszczeć na muzyków, że grają do bani i publiczność jest niezadowolona. Kiedy w pewnym momencie, w swojej tyradzie, użył słowa ‘fuck’, dopiero wtedy po sali przeleciał – po raz pierwszy – szmer zadowolenia. Podczas przerwy, większa część publiczności wyszła i już nie wróciła. Z tych co zostali, paręnaście osób reagowało śmiechem i oklaskami, pod koniec nawet zmusili cały zespół do ponownego wyjścia na scenę, a reszta siedziała do końca przerażona, że świat stanął na głowie i oni nie wiedzą, dlaczego.
Proszę w żaden sposób nie myśleć, że moje pretensje wynikają z tego, ze poszedłem na przedstawienie, które mnie zachwyciło, a które większa część publiczności wybuczała. Nikt nikogo nie wybuczał, bo – z tego co zaobserwowałem – nikt nie miał pojęcia co się dzieje. A samo przedstawienie nie zachwyciło mnie ani trochę bardziej, niż pierwszy z brzegu epizod wspomnianego już Monty Pythona. Monty Pythona, który, jak wiemy, w każdym społeczeństwie oglądać może z zainteresowaniem zaledwie drobny procent całości. Ja piszę ten dzisiejszy tekst z dwóch zupełnie innych powodów. Pierwszy to taki, że nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że ludzie, którzy w minioną sobotę zapłacili po 80 zł. żeby przyjść na ów zamykający festiwal występ, gdyby im wcześniej powiedziano, że to co widzą to kabaret Ani Mru-Mru, tyle że w przebraniu i po angielsku, przez pełne dwie godziny darliby się nieprzytomnie ze śmiechu, a gdyby dodatkowo ktoś jeszcze im wytłumaczył, że ta sztuka o wiecznie pianym królu-idiocie, to satyra na prezydenta Kaczyńskiego, zwyczajnie by oszaleli. Drugi natomiast to ten, że z tego co zdążyłem zaobserwować, a co mnie absolutnie nie zaskoczyło, publiczność zgromadzona w Zamku złożona była z przedstawicieli najbardziej właśnie dorodnej intelektualnej elity miasta.
Wystukuję tu dziś te moje – jak wspominałem kontrowersyjne i bardzo subiektywne – refleksje, bo ja po raz pierwszy chyba w życiu miałem okazję zobaczyć potęgę typowego wykształconego umysłu, o którym przecież nie raz tu już pisałem, jak się puszy w swojej pełnej krasie. I zobaczyć to wszystko z taką wyrazistością. Ludzi, którzy ani nie widzą, ani nie słyszą, ani nie czują, o ile ktoś im wcześniej nie powie, co mają widzieć, słyszeć i czuć. Bo tak własnie wygląda typowy polski inteligent. Na co dzień strasznie nadęty pogardą do wszystkiego co gorsze, a, z jego punktu widzenia, reprezentowane albo przez wieś, albo przez tzw. ścianę wschodnią, albo przez moherowe babcie, albo przez tępych pisobolszewików, czy cokolwiek obcego. Jednak kiedy któryś z nich zostanie nagle skonfrontowany z czymś kompletnie świeżym, dotychczas nie nazwanym i wcześniej przez niego nie rozpoznanym, głupieje, jak dziecko we mgle. Czy to będzie nowy film Shyamalana, czy nowy projekt Ricky’ego Gervais, czy kompletnie szalony projekt Davida Thomasa, prędzej się można spodziewać, że ten jeden wytęskniony, ulotny ślad wrażliwości znajdziemy – skoro się już tak nam zgadało – w montypythonowskim ‘wiejskim głupku’, niż w którymkolwiek z nich.
Ciekawe, czy się mylę. Jeśli któryś z salonowych intelektualistów – ze szczególnym uwzględnieniem tych dwóch obywateli Miasta Know-How, których mam na myśli – będzie miał ochotę mi wykazać, że mam pomieszane w głowie, zapraszam. Dziś macie tu pełną wolność. Wykażcie mi, że się mylę. Możecie pleść, co Wam ślina na język przyniesie. A ja będę Was słuchał cierpliwie.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...