Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 maja 2026

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

 

      Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowanie tym, co oni mówią, czy jak się zachowują i się zaczynam krzywić. Staram się jednak publicznie na nich za bardzo nie narzekać, a tym bardziej nie obrzucać ich obelgami. Postępuję tak z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że oni wszyscy, a już zwłaszcza biskupi są objęcia szczególną ochroną Kościoła i każda próba przełamywania owej ochrony stanowi bardzo ciężki grzech. Drugi jest już czysto osobisty. Otóż ja mam świadomość, że Kościół Powszechny, jest tak naprawdę jedyne co mam i nieopisaną tragedią by było, gdybyśmy nagle ich wszystkich stracili. Wielokrotnie przez wszystkie te lata, jak prowadzę swój blog, wyrażałem opinię, że Kościoła trzeba zawsze bronić, a skoro Kościoła, to jak najbardziej powołanych przez Niego osób duchownych. A dziś, w tych szczególnych czasach, gdy mój Kościół jest narażony na niespotykaną chyba wcześniej agresję Szatana, czuję się w obowiązku by Go bronić. Nie krytykować, nie wzywać do opamiętania, nie ogłaszać konieczność zmian, a to dlatego, że jestem głęboko przekonany, że jeśli się weźmiemy tu za łby, to wspomnianemu Szatanowi bardzo by się spodobało.

      Ale, jak się można już było domyślić, chciałem dziś mówić o kardynale Grzegorzu Rysiu i przedstawionej przez niego u Bogdana Rymanowskiego nauki w temacie Boga i naszej chrześcijańskiej wiary. Na początek może przytoczę możliwie wiernie słowa jakie kard. Ryś wypowiedział w odpowiedzi na pytanie Rymanowskiego: „Czy ma Ksiądz Kardynał czasem wątpliwości, że Pan Bóg istnieje?”:

„Chyba aż tak to nie, bo to jest bardzo poważna teza, że Pan Bóg nie istnieje. Myślę jednak, że dla chrześcijanina to nie jest najważniejsze pytanie. Nie chodzi bowiem o to, czy Bóg jest czy Go nie ma, tylko czy się objawił w  Jezusie Chrystusie, lub czy się w ogóle objawił i czy ma dla nas Słowo. Kluczowe w wierze jest to by wierzyć Bogu na Słowo  i to tak, by ku temu Słowu iść. To jest dopiero wiara chrześcijańska. A ona nie polega na tym, by wierzyć że Bóg istnieje. W liście św. Jakuba jest taki fragment: „Czy wierzysz, że jest Bóg?” „Wszystkie Diabły wierzą i drżą”.

A więc Diabeł nie wierzy w Boga w takim sensie jak tego wymaga od nas wiara chrześcijańska. W Ewangelii jest takie wydarzenie, gdy Jezus spotyka ludzi opętanych i oni dokładnie wiedzą, kto to jest i mówią: „Przyszedłeś nas zgubić”. I to jest niewiara. Że spotykam się z Bogiem w Jezusie i mam przekonanie, że On mnie  zgubi. Nie chodzi więc w wierze tylko o to by wierzyć, że On istnieje. Jest milion powodów, żeby nawet bez żadnej  wiary tak twierdzić.

Spotkaliśmy się w Łodzi z prof. Meissnerem, wielkim fizykiem teoretycznym i on mówił, że kiedy uprawia tę swoją niesłychaną dziedzinę nauki, to musi wstrzymać sąd, czy Pan Bóg istnieje czy nie, bo to nie jest kompetencja wprost nauki, ale gdyby miał się wypowiadać, to raczej byłby na tak, niż na nie.  Piśmie Świętym jest mowa o tym, że nawet w oparciu o same rozumowanie można dojść do przekonania, że Bóg istnieje, a nawet do opisania kliku Jego cech. Ale do tego nie jest potrzebna wiara, która jest oparta o Objawienie”.

       Nie wiem, jak na powyższe słowa Kardynała zareagował załóżmy taki Donald Tusk, który dopiero co spotkał się z Leonem XIV i z całą pewnością ma dużo do powiedzenia w kwestii chrześcijańskiej wiary, ale bardzo bym się zdziwił, gdyby on na nie nie dostał cholery, i to nie dlatego, że dostrzegł w nich próbę zakwestionowania istnienia Pana Boga, ale wręcz przeciwnie: Donalda Tuska  - człowieka, który z całą pewnością jest przekonany, że Bóg istnieje -  wypowiedź Kardynała musiałaby doprowadzić do furii, dlatego, że on w niej poinformował Tuska bardzo czytelnie, że on sobie tę swoją wiarę w Boga może wsadzić w tę bezzębną paszczę, jeśli jednocześnie nie wierzy w to, że On objawił się w Jezusie Chrystusie i ma dla nas Słowo. Bo jego wiara w Boga jest niczym, jeśli on w Niego wierzy i drży. A zatem, myślę sobie, że Donald Tusk, jeśli tych słów kard. Rysia wysłuchał, zaczął drżeć jeszcze bardziej. Zaczął drżeć jak jasna cholera.

    No ale tego, choć się domyślam, oczywiście nie wiem. Wiem natomiast, jak na słowa Kardynała zareagowali wszyscy ci, którzy zwłaszcza ostatnio zaczęli się zastanawiać, kto jest gorszy: Tusk czy Ryś? Otóż o ile się zdążyłem zorientować, zdecydowana większość prawe sceny uznała Rysia za Antychrysta. I to jest dla mnie czymś niepojętym. Kardynał Ryś, stając wobec jakże trywialnego dylematu Rymanowskiego, czy istnieje pewność, że Bóg istnieje, postanawia i jemu i przy okazji nam udzielić bardzo głębokiej nauki na temat tego, czym jest nasza wiara, w dodatku robi to, tak jak biskupom się to raczej nie zdarza, a więc bardzo przejrzyście i co najważniejsze krótko. Tłumaczy mianowicie, że  w to iż Bóg istnieje, poza skrajnymi ateistami wierzą dosłownie wszyscy, włącznie z liberałami, socjalistami, nazistami, żydami, masonami, okultystami, czy wreszcie z samymi satanistami. O Donaldzie Tusku akurat nie wspomniał, ale też i po co? Zwracając się do Rymanowskiego jak do dziecka, wyjaśnia, że jeśli chcemy uważać się za chrześcijan, nie wystarczy nam powiedzieć, że wierzymy w Boga, ale musimy w naszych sercach rozważyć, czy wierzymy w to, że On, by nas odkupić, przyjął ludzkie ciało, zszedł na Ziemię, został umęczony i pogrzebany i zgodnie z zapowiedziami proroków, trzeciego dnia zmartwychwstał i przyjdzie powtórnie, by tych którzy przyjęli Jego Słowo, zabrać do wieczności.

       Wydawałoby się, że to jest takie proste! Co ja mówię, proste? Jestem pewien, że tak naprawdę to co nam powiedział kardynał Ryś, wielu z nas tak naprawdę zawsze wiedziało, tyle że nie potrafiliśmy może tego sobie tak mocno uświadomić. A mimo to nagle zaczynamy się zachowywać, jak wypisz wymaluj znani nam tak dobrze bezbożnicy.

środa, 17 grudnia 2025

minakowski.pl, czyli czy Internet uratuje świat?

 

Nie wiem, czy ktoś z Państwa słyszał wcześniej nazwisko Marek Minakowski, bo ja akurat wpadłem na nie dopiero kilka dni temu. Jeśli skorzystamy z pomocy Wikipedii to dowiemy się, że ów urodzony w roku 1972 Minakowski to nie byle kto, bo przede wszystkim doktor filozofii, ale też wydawca „elektronicznej wersji Herbarza Polskiego ks. Adama Bonieckiego”, ale również autor opublikowanej w Internecie „Wielkiej Genealogii Minakowskiego”, zawierającej informacje o ponad milionie powiązanych ze sobą rodzinnie osób, jak również twórca serwisu pod nazwą Genealogia Potomków Sejmu Wielkiego, zawierającego dane ponad 133 tys. osób. A to wciąż nie wszystko, bo oto w roku 2006, wspólnie z żoną Anną Lebet Minakowską i jeszcze kimś założył Minakowski Stowarzyszenie Potomków Sejmu Wielkiego i objął funkcję Marszałka, a w roku 2022 uruchomiła internetową stronę Nekrologia.Wielcy.pl, by publikować tak skany oraz informacje o nekrologach. No i na koniec tego przeglądu dorobku Minakowskiego nie wolno nie wspomnieć, że jeszcze w roku 2016 został Minakowski odznaczony przez Ministra Kultury Piotra Glińskiego odznaką Zasłużony dla Kultury Polskiej.

To tyle, gdy chodzi o publiczną działalność i różnorakie sukcesy Minakowskiego, a teraz może zajrzyjmy głębiej i dowiedzmy się czegoś o prywatnym życiu Minakowskiego. Otóż, jak czytam w różnych źródłach, Minakowski od dziecka był osobą bardzo pobożną i nawet wtedy gdy w wieku 22 lat poznał swoją przyszła żonę, o dziewięć lat od siebie starszą, Annę Lebet, to oboje trafili na siebie u ojców jak najbardziej dominikanów w Krakowie, tam się w sobie zakochali, wspólnie dochowali się córki Sary i żyli pobożnie i szczęśliwie, oraz, na co warto zwrócić uwagę, patriotycznie, przez wiele lat, gdy nagle para się rozwiodła, a rok temu w roku 2024 Marek Minakowski ogłosił publicznie, że nie jest i nigdy nie był mężczyzną, ale jak najbardziej kobietą. Następnie z powyższą informacją udał się do odpowiednich urzędów i błyskawicznie uzyskał zgodę na zmianę swojego aktu urodzenia, paszportu i dowodu osobistego, tak by po Marku nie pozostał najmniejszy ślad a zamiast niego pojawiła się Maria. Maria Minakowska. Nadszedł kolejny, kończący się właśnie rok 2025 i oto gruchnęła wiadomość, że Maria Minakowska, która już zdążyła przejść wszystkie konieczne amputacje, oraz inne potrzebne jej zabiegi zwraca się do swojego Kościoła by ten odpowiednio z Marka na Marię najpierw zmienił dla niej akt chrztu, a następnie unieważnił jej małżeństwo z Anną Lebet, bo, jak sama argumentuje, nie ma takiej możliwości, by Kościół Rzymski, jej Kościół, autoryzował małżeństwa między dwiema kobietami.

Jak rozumiem, w tym momencie pojawił się kłopot, a wnioskuję to stąd, że Minakowski, już bez męskich organów płciowych, z wszczepionym biustem i długimi pofarbowanymi na różowo włosami, zaczął się publicznie awanturować, na tyle głośno, że aż „Gazeta Wyborcza” przeprowadziła z Minakowskim długą rozmowę, w której ten skarży się na rzucane mu pod szpilki kłody, a on sam na swoim blogu opublikował otwarty list do tarnowskiego biskupa Andrzeja Jeża. Całość owego listu można przeczytać sobie tu, a zapewniam, że warto, natomiast dla tych, którzy nie mają odwagi, zacytuję tylko jeden fragment:

„Jestem kobietą i zawsze nią byłam. Bóg stworzył mnie kobietą i mam na to dokumentację medyczną (która wraz z zaświadczeniem o moim zdrowiu psychicznym i poczytalności była podstawą takiego a nie innego wyroku sądu). Udawanie, że mam na imię Marek, byłoby sprzeniewierzeniem się woli Stwórcy, zaparciem się siebie, a moje sumienie mówi wyraźnie (a jest ono dobrze wyedukowane, proszę mi wierzyć; Nowy Testament i Summę Teologiczną czytam w językach oryginalnych), że byłoby to grzechem śmiertelnym.

Siedzibą płciowości jest dusza, nie ciało. Myli się Zespół Ekspertów Konferencji Episkopatu Polski ds. Bioetycznych w swoim stanowisku z listopada 2024. Wszak święte dziewice i męczennice, których ciała uległy zniszczeniu, nadal są niewiastami i tak je określa liturgia Kościoła. Dlatego ja, po długiej i rzetelnej kontemplacji wiem, że moja dusza jest, zawsze była i zawsze będzie niewieścia, bo Bóg stworzył mnie kobietą i namawianie mnie do poświadczenia nieprawdy wbrew jednoznacznemu osądowi sumienia jest kuszeniem mnie do grzechu śmiertelnego”.

No i to tyle, chyba niemal już wszystko, co chciałem dziś powiedzieć. Najpierw jednak chciałbym się wytłumaczyć, po cholerę ja w ogóle zajmuję się ludźmi z K-Paxa, ale jeszcze bardziej odległych galaktyk. Otóż są dwa powody, pierwszy to ten, że Marek Minakowski to naprawdę nie byle kto. My tutaj mogliśmy o nim nie słyszeć, ale on się pojawiał przez niemal dwadzieścia lat nie tylko przy okazji tego medalu od Glińskiego. Udzielał wywiadów w często prawicowych mediach, występował w Radiu Wnet, a w roku 2011 rozmowę z nim przeprowadził sam Robert Mazurek. No a skoro tak, to jednak uważam, że dziś trzeba go wywołać na szerszą scenę niż jakiś profil na Facebooku, czy zalinkowany wyżej blog.

Chciałbym jednak też powiedzieć jeszcze coś. Otóż chciałbym naprawdę wierzyć w to, że na tę niewiarygodną wręcz bezczelność Minakowskiego i na sposób, w jaki on potraktował swojego męża, córkę, rodzinę i znajomych, w jakim chaosie pogrążył otaczający go świat, a już zwłaszcza gdy on się uprze, żeby demonstracyjnie przyjmować Komunię, Kościół zareaguje w jedyny możliwy dla mnie sposób, czyli Minakowskiego zwyczajnie ekskomunikuje. Chciałbym mieć tę nadzieję, a jednak boję się, że to się może skończyć bardzo, bardzo źle, nie dla tego szaleńca, ale dla Kościoła, a moja obawa bierze się z tego zdjęcia, niedawno opublikowanego przez Minakowskiego na jego blogu. Popatrzmy i niech nas Bóg ma w Swojej opiece.


Post Scriptum: Jest w tym wszystkim jednak coś okrutnie pocieszającego. Proszę zwrócić uwagę na fakt, że choć Minakowskiemu usunięto już być może wszystko włącznie z imieniem w akcie urodzenia, to adres minakowski.pl za cholerę nie chce się zmienić na minakowska.pl. Czyżby Internet znów górą?

sobota, 29 listopada 2025

O Arcykapłanach Jedynej Wiary

 

Gdy wydawało się, że skutkiem niezwykle przemyślnej strategii Donalda Tuska, głównym tematem rozważań adwentowych w Polsce będzie próba aresztowania Zbigniewa Ziobry, niespodziewanie głos zabrał papież Leon IV i ustanawiając kardynała Grzegorza Rysia nowym metropolitą krakowskim, sprawił, że nawet jeśli „policje tajne, widne i dwupłciowe” uprowadzą pana ministra z Budapesztu, wsadzą go do ciemnicy i poddadzą go torturom przećwiczonym jeszcze wiosną na pamiętnych urzędniczkach, to do świątecznych stołów zasiądziemy debatując, czy bramy piekielne wreszcie przemogły Kościół Boży, czy może odwrotnie, to Kościół Boży przetrzymał faszystowską nawałnicę i przynajmniej miasto Kraków zostało ocalone.

W czym rzecz? Otóż chodzi o to, o co chodzi mniej więcej od 35 lat przy okazji kolejnych powołań w naszym Kościele, a mianowicie o to, że z jednej strony kompletnie zaczadziali nienawiścią do współczesnego Kościoła tzw. tradycyjni katolicy, a z drugiej zaczadziali podobną nienawiścią, tyle że do Kościoła tradycyjnego katolicy liberalni, wzięli się za łby i zaczęli głosić, że nic to wojna na Ukrainie, rosyjskie prowokacje, niemiecka agresja, prawa LGBT, skorumpowana Unia Europejska, kryzys polskich finansów publicznych, służby zdrowia oraz terror służb Donalda Tuska, kiedy nowym metropolitą krakowskim został kard. Ryś i od tego momentu nic już nie będzie takie samo, a już na pewno nie będzie taki sam Kościół Powszechny.

Przeczytałem właśnie facebookowy wpis Janiny Ochojskiej, która na wiadomość o tym, że nowym metropolitą w Krakowie będzie kard. Ryś, eksploduje wręcz delirycznym szczęściem, zupełnie jakby pod jej dach zawitała sama Matka Boża i po latach cierpień udzieliła jej łaski uzdrowienia. Próbowałem znaleźć w jej dość obszernym nawet komentarzu informację, w jaki sposób obecność tego akurat kardynała w Krakowie sprawi, że Kościół wreszcie podniesie się ze swojego upadku, ale jedyne co widzę, to radość z tego, że zatriumfują wszyscy ci, co nie potrafili już dłużej znosić widoku i głosu arcybiskupa Jędraszewskiego. Nie Kościół, nie ludzie wierzący i pobożni, ale ci właśnie ogarnięci nienawiścią do dotychczasowego metropolity. Ktoś powie, że jestem niesprawiedliwy, bo gdy Ochojska pisze o „krakowskim kościele”, to ma jak najbardziej na myśli ludzi wierzących i pobożnych. Możliwe, problem jednak w tym, że przede wszystkim ja doskonale znam ludzi reprezentujących środowiska Znaku, Tygodnika Powszechnego i innych rzekomo katolickich projektów i nie mam najmniejszych wątpliwości, że znaczna większość z tego towarzystwa jeśli w ogóle bywa w kościele to najwyżej na Pasterce, albo podczas święcenia jajek.

Gdy myślę o owym kościele krakowskim to od razu przypomina się pewien stary już numer magazynu Znak, gdzie pierwszy, okładkowy tekst traktował o rzekomym dzieciństwie i młodości Jezusa z sugestią, że wedle jakichś dokumentów miał on żonę i dzieci, drugi stanowił wywiad z jakimś rabinem, który twierdził, że Jezus wcale nie zrewolucjonizował niczego, a Jego nauki były w pełni zgodne z ówczesną religią żydowską, natomiast kolejny tekst to kolejna rozmowa, tym razem z byłym księdzem Tomaszem Węcławskim, po którego niegdysiejszej wierze nie pozostało nawet nazwisko. I to i oczywiście przypomina mi Tygodnik Powszechny i inny wywiad z tym samym byłym księdzem, a dziś już profesorem Tomaszem Polakiem, który zupełnie otwarcie i jednoznacznie deklaruje się jako ktoś, dla kogo chrześcijaństwo jest od samego początku oszustwem, a Jezus uzurpatorem. I to jest dla mnie ten tak zwany przez Janinę Ochojską „kościół krakowski”.

No ale mamy też tych drugich, zajmujących przeciwną stronę boiska, którzy wyrywają sobie włosy z brody, że oto papież Leon XIV, wyznaczając kardynała Rysia na stanowisko metropolity Krakowa, okazał się takim samym zdrajcą jak Franciszek i że ów szatański gest stał się kamieniem, który ostatecznie przygwoździ do ziemi Kościół w Polsce. I tu tak samo jak w przypadku owych krakowskich liberałów, głosiciele tych rewelacji są bardzo głęboko przekonani, że to oni właśnie reprezentują prawdziwy Kościół Boży i że to oni są jedynymi uprawnionymi depozytariuszami Ewangelii Chrystusowej. Ktoś zapyta, czy ja może o nich wiem tyle samo, co o politycznych i duchowych przewodnikach Janiny Ochojskiej, a ja już odpowiadam: jak najbardziej, a może nawet jeszcze bardziej, bo jeśli chodzi o to rozmodlone towarzystwo, to ja nie dość że znam reprezentowane przez nich media, to pamiętam nawet ich nazwiska. I pamiętam znakomicie jak oni wszyscy aż przebierali nogami na myśl, że papież Franciszek lada chwila musi przecież umrzeć i z jaką radością powitali oni ostatecznie samą tę wiadomość. Nigdy nie zapomnę jak w czasie gdy papież Franciszek jeszcze się mocno trzymał każdy z nich i każdy w swoim czasie publicznie wzywał do modlitw, do postu, do jałmużny w intencji nawrócenia opętanego przez złego ducha Papieża. Polonia Christiana, Fronda, Do Rzeczy, Chmielewski, Lisicki, Górny, Kratiuk, Szlachtowicz, Pospieszalski… można wymieniać. Oni wszyscy się dziś ustawiają z ostrzegawczym transparentem „Szatan w Kościele”, tyle że już nie tylko chodzi im o wspomniany „kościół krakowski”, ale o cały Boży Kościół od Warszawy przez Berlin i Paryż po Watykan. Dlaczego? Bo od odejścia Benedykta jest już z każdym rokiem tylko gorzej i gorzej, a na koniec jeszcze dostaliśmy w łeb antychrystem Rysiem.

A tymczasem ludzie, jak to ludzie, będą dalej po wstaniu z łóżka, przed jedzeniem, po jedzeniu i przed zaśnięciem robić znak krzyża, w niedzielę pójdą do kościoła, w międzyczasie się wyspowiadają, przyjmą komunię, w Adwencie odstawią alkohol, w czasie Świąt Bożego Narodzenia pośpiewają kolędy, w Wielki Piątek pójdą na Drogę Krzyżową, a w Sobotę poproszą księdza, by im poświęcił wielkanocne potrawy. A gdy się dowiedzą, kto został nowym biskupem, kardynałem, czy nowym papieżem i kto przestał być ich proboszczem, a kogo biskup ogłosił nowym proboszczem, to za każdego się z nich pomodlą i będą mieli kompletnie w nosie co o tym wszystkim myślą samozwańczy Arcykapłani Jedynej Wiary, z każdej możliwej strony tego zidiociałego boiska.

No i ewentualnie w wigilię Adwentu zajdą do swojego kościoła posłuchać sobie pobożnej muzyki.

Amen.




sobota, 31 maja 2025

Błogosławiony Stanisław Streich, czyli opowieść o niezwykłej zwykłości.

Wchodzimy w ciszę wyborczą, a tu tymczasem nasz wierny i kochany Don Paddington, czyli samozwańczy duszpasterz tego bloga, ksiądz Rafał Krakowiak, wysłał mi tekst wraz z piosenką zaśpiewaną przez niego osobiście. Bardzo polecam i mam nadzieję, że te skurwysyny nie złapią nas za gardło za naruszenie wspomnianej na początku ciszy. Jedyna nadzieja, że, jak to oni, gówno z tego zrozumieją.


Dzisiaj, w Braniewie, odbędzie się uroczystość beatyfikacyjna 15 sióstr ze Zgromadzenia

Świętej Katarzyny, Dziewicy i Męczennicy (tzw. katarzynek), warmińskich męczennic, które

zostały zamordowane przez żołdaków Armii Czerwonej pod koniec II wojny światowej.

Tydzień temu, w sobotę 24 maja, odbyła się w Poznaniu beatyfikacja ks. Stanisława Streicha,

którego możemy odtąd czcić jako męczennika.

Mamy więc w osobach tych Błogosławionych nowych Orędowników przed Bogiem i – jak

sądzę – nic nie stoi na przeszkodzie, by zachęcić stałych bywalców tego bloga, aby za

przyczyną tych Męczennic i tego Męczennika modlić się o potrzebne każdemu z nas Boże

dary, a także o dobry wynik prezydenckich wyborów.

Ponieważ jestem Wielkopolaninem, bliższy memu sercu jest ks. Stanisław Streich i dlatego

postaram się skupić waszą uwagę właśnie na jego postaci, ale bardzo Was proszę, byście

poszukali informacji o błogosławionych siostrach katarzynkach. Opowieść o nich jest

wstrząsająca, a przy tym bardzo piękna.

Przechodząc do adremu:

W okresie Wielkiego Postu głosiłem rekolekcje w parafii p.w. Najświętszej Maryi Panny

Matki Pięknej Miłości w Warszawie. Czwartego dnia, już na zakończenie tychże rekolekcji,

opowiedziałem warszawiakom o ks. Streichu. Opowieść ta była oparta o anonimowy utwór,

który kiedyś wpadł w moje ręce, noszący tytuł: „Ballada o męczeńskiej śmierci ks. Stanisława

Streicha.” Tę balladę można (a może nawet trzeba) śpiewać, co też uczyniliśmy podczas

wspomnianych wyżej rekolekcji. W trakcie owego śpiewu komentowałem to, co ballada

opisuje i można się z tym zapoznać wchodząc na stronę parafii (link poniżej).

Oczywiście nie mam nic przeciwko temu, byście odsłuchali te rekolekcje w całości. Kto wie,

może się to komuś do czegoś przyda…


Ballada o męczeńskiej śmierci ks. Stanisława Streicha


Posłuchajcie, proszę, ciekawej nowiny,

Która dziś z-smuciła niejedne rodziny.

W pięknej okolicy, bo koło Poznania,

Jest tam parafija Luboniem nazwana.

A w niej kapłan młody gorliwie pracuje –

Nie przewidział czynu, jaki się szykuje.

Gdy kapłan ukończył Mszę Świętą w kościele,

Spieszy ku ambonie odważnie i śmiele.

Tu bezbożny człowiek z bronią zaczajony,

Oddał strzał hukliwy – a ksiądz ugodzony.


Kapłan w krwi kałuży na posadzce leży;

A że tu kościelny z pomocą mu bieży.

I padał strzał drugi: kościelny raniony…

Tak z ręki bezbożnej kościół jest zhańbiony.

Echem błyskawicznym wieść się rozegnała,

A ludność zbrodniarza w swe ręce schwytała.

Otoczony wkoło od tłumu wielkiego,

Bo nikt nie pamięta czynu tak strasznego.

Oczy zapłakane człowieka każdego,

Gdy popatrzy na śmierć księdza tak młodego.

Cała parafija smutek wielki miała,

Że swego pasterza tak się postradała.

Smutek zapanował w całej okolicy,

Po wioskach i miastach, na każdej dzielnicy.

Gdy kondukt żałobny został ogłoszony,

Tłumy się gromadzą z tej i z owej strony.

I z miasta Poznania wyżsi dostojnicy,

Panie i panowie i z wiosek rolnicy.

Także duchowieństwo licznie się zjechało,

Ostatnią usługę kapłańską oddało.

Za gorliwą pracę, którą głosił śmiele,

I że zginął śmiercią tragiczną w kościele.

Smutne echo dzwonu i ludzi szlochanie –

Tak prowadzą zwłoki na odpoczywanie.

Dziś nad tą mogiłą smutny wiatr powiewa,

A w niej młody kapłan w spokoju spoczewa,

Który zginął śmiercią jak Stanisław święty,

Na Skałce w kościele przy Mszy świętej ścięty.

Modły przebłagalne przyjmij o tym, Panie,

Które Ci zanosim o Twe zmiłowanie.

Za zniewagę Boga od człeka grzesznego,

Który się dopuścił czynu tak strasznego.

Dokonał idei ludu bezbożnego –

Zapłatę otrzyma z sądu najwyższego.

Rachunek zdać musi z włodarstwa swojego,

Gdy stanie na sądzie Boga Najwyższego.


Niewiara, bezbożność – jego godło było

I to do więzienia dziś go wprowadziło.

Żyjąc po Bożemu, wiedzieć to potrzeba,

Że wiara człowieka prowadzi do nieba.

Szczęśliwy ten człowiek, szczęśliwego rodu,

Który swoim życiem służy Panu Bogu.

Żyjmy wszyscy w zgodzie, choć dzieci Adama,

To będzie zapłata nam od Boga dana.

Błogosławił będzie żyjącym na ziemi,

Po śmierci umieści razem ze świętemi.

Daj, Panie, ludowi łaską poznać wiarę,

Za bezbożne czyny oddal od nas karę.

Nie wypuść człowieka ze swojej opieki

Teraz na tej ziemi, a później na wieki.





piątek, 9 maja 2025

Za co Diabeł lubi "prawdziwych katolików".

 

Oglądaliśmy wczoraj transmisję z placu Św. Piotra, czekając na biały dym, który nam zapowie nowego papieża, a ja osobiście nie mogłem nie zauważyć owej nieprawdopodobnej wręcz radości, z jaką zebrany tłum przygotowywał się do tego by go powitać, zupełnie niezależnie od tego, czy przybędzie on z Afryki, Włoch, Filipin, czy jeszcze raz z Polski i czy będzie konserwatystą, liberałem, socjalistą, komunistą, czy liberałem, czy nawet… Antychrystem. Patrzyłem na kolejne ujęcia szczęśliwych i rozradowanych twarzy i po raz kolejny nabierałem przekonania, że jedyne co tu ma i zawsze miało znaczenie, to to, że Kościół Powszechny trwa i trwa niezmiennie niesiony mocą Ducha Świętego.

I też, widząc Plac i tych wszystkich ludzi, wiernych mojego Kościoła, nie mogłem zrozumieć, jak to było możliwe, że cały ten czas, kiedy to świat towarzyszył Franciszkowi w jego ostatnich chwilach, a potem już w jego ostatniej drodze do Pana, tak wielu z nas poświęciło na wymierzanie jemu, a przy okazji Kościołowi, kolejnych razów. I jak to jest możliwe już po Jego odejściu i zesłaniu nam Leona XIV, oni nadal zabijają Franciszka tysiącem cięć, bez cienia żalu, śladu litości, wciąż w głębokim przekonaniu, że to oni tak naprawdę tworzą ów prawdziwy, dany nam przez Jezusa, Kościół.

Oto wczoraj właśnie, na youtubowym kanale tygodnika „Do Rzeczy” Pawła Lisickiego, człowieka, który można by sądzić, że po wielu już swoich wystąpieniach przeciwko Kościołowi, nie powinien nas już niczym zaskoczyć, postanowiono zadać Franciszkowi cios ostateczny, porównując go do niegdysiejszego papieża Stefana VI. Zanim przypomnę tu, o kim mowa, opowiem pokrótce, co tam się zadziało. Otóż w dniu wyboru papieża Leona XIV Paweł Lisicki zaprosił do rozmowy na wspomnianym youtubie lokalnego komentatora religijnego Piotra Szlachtowicza, który przy pierwszej nadarzającej się okazji wrócił do tematu Franciszka jako „najgorszego papieża w historii”. Kiedy przyszło na to horrendum jakoś zareagować, Lisicki wprawdzie przyznał, że z tym Franciszkiem Duch Święty zdecydowanie przestrzelił, postanowił jednak przywołać postać papieża Stefana VI, który jeszcze w IX wieku, w swojej obłędnej nienawiści do swojego poprzednika, papieża Formuzusa, postanowił jego ciało ekshumować, ubrać w papieskie szaty, posadzić na papieskim tronie i urządzić mu proces o rzekomą apostazję. W wyniku wspomnianego procesu, przeprowadzonego podczas tzw. „Synodu Trupiego”, ciało Formuzusa zostało porąbane na kawałki, ze szczególnym uwzględnieniem trzech palców prawej ręki, którymi ten podczas swej posługi przysięgał, błogosławił i namaszczał, a szczątki jego zostały utopione w Tybrze.

I w tym momencie, kiedy można by się było spodziewać, że rozmowa pójdzie w kierunku rozważań na ów naprawdę ciekawy temat, jak to się wiele zmieniło od czasów jeszcze sprzed konklawe, kiedy to papieży wybierał aktualnie panujący cesarz, któremu ów papież potrzebny był wyłącznie do tego, by ten go koronował, albo porozmawiają panowie o tym, jak święty musi być ten Kościół, skoro po tych wszystkich strasznych czasach najgorszego zepsucia, On przetrwał i żyje, choćby radosną wiarą tych setek tysięcy Jego członków, odezwał się wspomniany Szlachtowicz – przedstawiający się w Internecie jako „Polak, Katolik, Wolnościowiec i Narodowiec” – powiedział, że on by akurat Franciszka ekshumować nie kazał, ale, owszem, chętnie by go osądził.

Myślę tu o tym – a robię to jeszcze od chwili, gdy postanowiłem napisać ten tekst – jak mógłbym adekwatnie zareagować na Szlachtowicza, który we wspomnianym wystąpieniu przebił nawet swoich kumpli z Frondy oraz Polonii Christiana, i nie potrafię nic mądrego wymyślić. Może tylko najpierw zwrócę się już bezpośrednio do Szlachtowicza i powiem mu, że zgodnie z moim ostatnim zobowiązaniem w konfesjonale, ja za niego pomodlę słowami słynnego egzorcyzmu Leona XIII, by go Szatan zostawił w spokoju.

Co do Lisickiego i całej tej gromadki, powiem im, że z was polska, katolicka prawica jest jak z koziej dupy trąba, i tu akurat wybieram Sławomira Nitrasa. A na miejscu realnej konserwatywnej prawicy, ręki nie podawałbym jednym i drugim.



niedziela, 27 kwietnia 2025

W każdy czas... czyli o wierze niezłomnej

 

Jako ktoś kto uważa siebie za część Kościoła, a jednocześnie wierzy – co parokrotnie tu deklarował – że papież Franciszek, jak niewielu przed nim, w Swej posłudze wręcz uosabiał osobę i naukę Jezusa Chrystusa, transmisję najpierw z mszy, a potem Jego pogrzebu oglądałem z najgłębszym przejęciem i poczuciem, że jestem świadkiem triumfu mojego Kościoła. Oglądałem owe uroczystości, a jednocześnie miałem w głowie znaną mi od dziecka piosenkę:

„Com przyrzekł Bogu przy chrzcie raz,

Dotrzymać pragnę szczerze.

Kościoła słuchać w każdy czas

I w świętej wytrwać wierze.

O Panie Boże, dzięki Ci,

Żeś mi Kościoła otwarł drzwi.

W Nim żyć, umierać pragnę”.

Śpiewam od rana tę kościelną piosenkę, jedną z nielicznych, które jeszcze w moim późnym wieku znam na pamięć, i wciąż zatrzymuję się na tym jednym fragmencie: „w każdy czas”, ze specjalnym naciskiem na słowo „każdy”. „Kościoła słuchać w każdy czas”. I myślę sobie, czemu autor tej pięknej pieśni o o wierności Kościołowi uznał za stosowne podkreślić, ów „każdy” czas.

Czemu tak bardzo się tym akurat przejmuję? Otóż objaśnienie owej kwestii można znaleźć w poprzednim moim tekście, w którym wyrzuciłem z siebie swój gniew wobec tych wszystkich z nas, którzy mianowali się sami ostatnimi strażnikami świętości Kościoła Powszechnego, a w ramach swojej tej krucjaty,  odejście papieża Franciszka ogłosili promykiem nadziei dla zepsutego świata, a jego samego wręcz uzurpatorem i antychrystem.

Używam tak mocnych słów z pewną przesadą, bo chyba jednak – choć padało tu wiele ciężkich słów – w tej sytuacji akurat odwagi animatorom owego ataku zabrakło, i ograniczyli się oni do stwierdzenia, że z tego Franciszka to był papież jak z koziej dupy trąba. O co były pretensje? Przyznaję, że przestudiowałem dość dokładnie zarzuty sformułowane głównie przez dwa największe katolickie portale, czyli Polonię Christiana i Frondę, a przy okazji cały otaczający je wachlarz opinii czysto prywatnych, i w praktyce ograniczają się one do tego, że papież Franciszek 1) zasugerował możliwość udzielania komunii rozwiedzionym parom, 2) ogłosił człowieczeństwo osób homoseksualnych, 3) w konflikcie ukraińsko-rosyjskim nie chciał jednoznacznie potępić Putina, no i wreszcie 4) zasugerował, że Boży plan zbawienia może również dotyczyć dusz, które w ów plan nie uwierzyły, lub uwierzyć nie miały okazji. Staram się jeszcze coś tam znaleźć i wychodzi mi równe zero. Te cztery kwestie wystarczyły ludziom z Polonii Christiana by ogłosić papieża Franciszka Judaszem. I tu akurat nie przesadzam. To imię z ust strażników wiary faktycznie padło.

Siedzę w tym pieprzonym internecie i czytam kolejne opinie na temat tego, czy Kościołowi uda się wykorzystać szczęśliwe odejście papieża Franciszka do Swej odnowy. Perspektywy są niestety marne. Okazuje się, że podczas swojej posługi, papież Franciszek, człowiek powołany na swoje stanowisko przez międzynarodową masonerię, zdążył wymienić niemal cały skład Kolegium Kardynałów w taki sposób, by już do końca świata papieżem nie został człowiek autentycznie zanurzony w słowo Ewangelii.

I oto, w tym dokładnie momencie pojawia się jeden z liderów owego prawdziwego Kościoła, redaktor portalu Polonia Christiana, Paweł Chmielewski i przynosi nam dobrą nowinę. Otóż okazuje się, że w tych dniach między śmiercią Papieża, a Konklawe, któryś z kardynałów pojawił się w stroju, który nie był używany od dziesięciu lat, a to, zdaniem Chmielewskiego, świadczy o tym, że on – kardynał bardzo ważny – postanowił nam przekazać, że dość już tego cyrku, który nam urządził Franciszek. Ciekawa sprawa, zdaniem Chmielewskiego, polega na tym, że ów kardynał został wprawdzie powołany przez Bergoglio, i można by się było po nim spodziewać, że głową Kościoła będzie chciał uczynić samego Belzebuba, jednak okazało się, że ów kardynał „ugryzł rękę, która go karmiła”, a to może świadczyć o tym, że Pan Bóg modlitw Chmielewskiego, Kratiuka, Pospieszalskiego i innych wysłuchał i postanowił zainterweniować.

Ja tu sobie trochę żartuję, zwracając uwagę na w gruncie rzeczy drobiazgi, i komentując je w taki sposób, by ów obłęd ośmieszyć. Sprawa jest jednak moim zdaniem znacznie poważniejsza. Problem bowiem nie polega głównie na tym, że to tu to tam pojawiają się osoby, uważające się za bardzo pobożnych katolików, i dzielą się z nami kolejnymi pretensjami pod adresem księży, biskupów czy papieży, że ci, zamiast krzewić wiarę, ją gubią. To co mnie martwi tak naprawdę, to to, że wielu z tych najbardziej zatroskanych o losy Kościoła, najpierw w swym zacietrzewieniu zapomnieli o Chrystusowym zapewnieniu, że Kościoła, który On zbudował, bramy piekielne nie przemogą, a następnie zaczęli traktować ów Kościół jako swego rodzaju polityczną partię, gdzie wszystko sprowadza się do walki między frakcjami, gdzie liberałowie przepychają się z konserwatystami, a o tym, kto jest górą, a kto przegrywa, decyduje jakaś zewnętrzna siła, czyli oczywiście masoneria. I jedyną zagadką pozostaje to, czy Pan Bóg, zechce wysłuchać modlitw tych ostatnich wiernych i zainterweniować, czy machnie na to wszystko Swoją świętą ręką i urządzi nam tu kolejny potop, z którego uratują się tylko oni, jak przed wiekami Noe.

Otóż to jest tak naprawdę nasze dzisiejsze zmartwienie. Wygląda na to, że wielu z nas, mimo że regularnie deklarujemy ją w coniedzielnej mszy, utraciło wiarę w Święty Kościół Powszechny, że już nie wspomnę o owej piosence o obowiązku słuchania Kościoła w KAŻDY czas.

Trochę się czuję niepewnie wchodząc aż na ten poziom, ale co mi szkodzi. Uważam, że to akurat stanowi największy sukces Donalda Tuska et consortes. Doprowadzenie do przekonania nas wszystkich, że Boga nie ma, a całe nasze życie toczy się wokół codziennej polityki. Mam nadzieję, że odejście papieża Franciszka wyśle do naszych serc tę iskrę, która odmieni oblicze ziemi, tej ziemi.



niedziela, 1 grudnia 2024

Za co libreałowie szanują George'a Orwella i Margaret Atwood

 

        Jak niektórzy z nas pewnie wiedzą, tuż za naszym oknem, po przeciwnej stronie ulicy stoi sobie piękny kościół, który od wielu, wielu lat jest naszym kościołem. Przez wiele z tych lat, on też był kościołem naszego psa, w tym sensie, że ten, ile razy słyszał bicie jego dzwonów, wył długo i rozpaczliwie, a myśmy mówili mu, że jest wstrętnym esbekiem, libkiem i lewakiem. Od kilku jednak lat dzwony w naszym kościele milczą, bo jak się dowiedziałem od naszego księdza, najpierw pojawiły się jakieś zastrzeżenia od architekta miejskiego w sprawie kościelnej wieży, potem polecenie przeprowadzenia remontu, no a parę dni temu powiedział mi ksiądz, że  dzwony najprawdopodobniej już nie wrócą, bo okoliczni mieszkańcy gremialnie wysyłają do Kurii i do miasta listy protestacyjne z żądaniem wyłączenia dzwonów, bo od tego hałasu oni już tracą zdrowie. Ale nie tylko to. Powiedział mi jeszcze ksiądz, że z tego co mu wiadomo, akcja przeciwko dzwonom kościelnym ma miejsce nie tylko tu w Katowicach, nie tylko na Śląsku, ale w ogóle w całej Polsce i wygląda na to, że niedługo, one zostaną wyłączone już wszędzie, z wyjątkiem może niektórych wiosek na wschodzie.

          A ja, jeszcze w czasie rozmowy z księdzem, przypomniałem sobie jeden z najlepiej przez mnie zapamiętanych fragmentów powieści George’a Orwella „Rok 1984”, gdzie Winston w pewnej chwili przypomina sobie starą dziecięcą piosenkę:

„Oranges and lemons,
Say the bells of St. Clement's.

You owe me five farthings,
Say the bells of St. Martin's.

When will you pay me?
Say the bells of Old Bailey.

When I grow rich,
Say the bells of Shoreditch.

When will that be?
Say the bells of Stepney.

I do not know,
Says the great bell of Bow.

Here comes a candle to light you to bed,
And here comes a chopper to chop off your head!

Przypomina sobie tę rymowankę i tak naprawdę nie wie, czy kiedykolwiek w życiu słyszał dzwony kościołów. Proszę posłuchać.

“Kiedy rozmawiali, ów w pół zapamiętany wierszyk wwiercał się w umysł Winstona. Pomarańcze I cytryny wołają dzwony Św. Klemensa. Należą się trzy grosiki, wołają dzwony Św. Marcina! Dziwne, ale kiedy powtarzał sobie w myślach tamte słowa, miał wrażenie, że naprawdę słyszy ich dźwięk. Dżwięk dzwonów straconego Londynu, który wciąż gdzieś w jakiś sposób istniał, zakryty jednak i zapomniany. Patrzył na wieże kościołów, wznoszących się jak mroczne duchy to tu to tam, i miał wrażenie, że słyszy tamte dżwięki. Mimo to, z tego co umiał sobie przypomnieć, w realnym życiu nigdy nie słyszał kościelnych dzwonów”.

         Muszę przyznać, że gdy chodzi o Orwella, to mimo całego mojego szacunku dla jego osoby, jego twórczości i zasług, niigdy specjalnie nie lubiłem ani ”Roku 1984”, ani tym bardziej „Farmy zwierzęcej”. Nawet w latach osiemdziesiątych, kiedy obie powieści były w Polsce zakazane i można było je czytać w wydawnictwach przemycanych, one miały dla mnie bardziej wartość publicystyczną. Natomiast, owszem, wiem, że dla wielu z nas, zwłaszcza „Rok 1984”, gdy chodzi o polityczne ekscytacje, związane z PRL-em, komuną, totalitaryzmem, a ostatnio nawet z Jarosławem Kaczyńskim, i tak zwanym „pisizmem”, Orwell jest niemal biblią. Na miarę samego Stanisława Barei.

       I to jest dla mnie bardzo ciekawe, że w moim bardzo mocnym przekonaniu, ludzie, którzy piszą listy, w których apelują o to, by wreszcie te pierdolone dzwony kościelne zamknęły ryje, to bardzo często te same osoby, dla których George Orwell i jego słynna powieść, to autentyczne proroctwo czasu, w którym chrześcijański terror doprowadzi nas do owego „roku 1984”. George Orwell i Margaret Atwood.



 

niedziela, 29 stycznia 2023

Czy papież Franciszek wspiera Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy?

       Po raz kolejny wkroczyliśmy w doroczne obchody Narodowego Dnia Jałmużny, a ja, mimo że obiecywałem tu już parokrotnie, że z tą hucpą definitywnie kończę, nie potrafię się już dłużej powstrzymywać, bo zjawisko na które zwróciłem uwagę już parę lat temu zaczyna się bardzo niebezpiecznie rozkręcać. Mam tu na myśli to, że Jerzy Owsiak nie dość, że do realizowania swojego planu nie używa już jedynie pojedynczych instytucji oraz biznesów, ale stopniowo, rok za rokiem, zawłaszcza kolejne elementy polskiego państwa, to jeszcze robi to w sposób tak agresywny, że drugiej stronie nie pozostawia praktycznie żadnego innego wyboru, jak się przyłączyć. Mało tego. Budując tę swoją piramidę wymuszonej dobroczynności, powoli tworzy sytuację, gdzie ci którzy tworzą kolejne poziomy owej piramidy zaczynają się angażować wbrew swojej woli, ale wręcz wiedzy. Niedawno znalazłem w Sieci informację, że grupa Play od każdego zapłaconego przez abonentów rachunku automatycznie przeznacza złotówkę na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, a w tej sytuacji ja sam nie mogę już mieć pewności, że płacąc czy to abonament Orange, czy to NC+, czy to wreszcie opłacając miesięczny czynsz za mieszkanie, nie jestem zmuszany do okazywania swojego „wielkiego serducha”. A dla tych w miarę jeszcze przytomnych jest też oferta: każdy z nas który dokonuje zakupów na Allegro już wpierwszej chwili otrzymuje propozycję, by część swojej wpłaty przeznaczyć na WOŚP; każdy z nas któremu się przydarzyło założyć konto w M-Banku jest w momencie wejścia na swoje konto zachęcany do kliknięcia w owsiakowe serduszko, by przekazać mu to czy tamto. A ja nie mogę już nawet wiedzieć, czy kiedy robię zakupy w Lidlu, Żabce, Stokrotce, czy choćby na okolicznym placu targowym, to przez decyzję tej czy innej osoby, na przykład jeden procent z mojego rachunku nie zostaje automatycznie przekazany na konto fundacji Jerzego Owsiaka. Widząc co się dzieje, jak to zło opanowało całą przestrzeń publiczną, nie mogę się nie obawiać, że już za parę lat, każdy z nas w ten czy inny sposób będzie musiał owo „serducho” okazać.

       Ostatnio prawicowa część Internetu przeklęła na wieczne czasy naszą wybitną tenisitkę Igę Świątek za to, że nie dość że przekazała na owsiakową orkiestrę jedną ze swoich zwycięskich rakiet, to jeszcze pozwoliła sobie zapozować do zdjęcia z pierwszym szatanem. Nie wiem jakie ma poglądy na świat i życie Iga Swiątek poza tym, że tak jak dziś my wszyscy, a razem z nami najgorsza nędza tej ziemi, stoi twardo za Ukrainą przeciwko Rosji. Wiem natomiast, że jeśli dojdzie do sytuacji, że ktoś o jej pozycji zostanie zauważony przez ludzi Jerzego Owsiaka z wiemy wszyscy jaką propozycją, on nie ma żadnej możliwości, by powiedzieć, że nie ma czasu, a tym bardziej że nie popiera, bo wystarczy jedna chwila, by światowe – nie polskie, ale światowe media – tego kogoś zniszczyły.  

        Kiedy obserwuję atmosferę, jaka się wytworzyła wokół dorocznej celebracji wymuszonej jałmużny, uważam że moje obawy są uzasadnione, a im bardziej są one uzasadnione, to ja tym bardziej sobie nie życzę, by moje „serducho”, które i bez łaskawego udziału Jerzego Owsiaka uważam za wielkie, sztucznie nadmuchiwać, w dodatku wśród zgiełku trąb, bębnów i dzwonków, oraz wrzasku wynajętej nagonki. Nie życzę sobie brać udziału w owym biznesowym przedsięwzięciu, które uważam za czyste, perfidnie zaplanowane, oraz czynione z pełną premedytacją zło, którego sama już nazwa „Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy” stanowi oczywiste szyderstwo ze znanych przecież powszechnie słów Jezusa: „Strzeżcie się, abyście waszej jałmużny nie czynili przed ludźmi dlatego, byście przez nich byli widziani; inaczej nie macie zapłaty u waszego Ojca, który jest w niebiosach. Dlatego, gdybyś czynił jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak to czynią obłudnicy w bóżnicach i na ulicach, aby byli chwaleni przez ludzi; zaprawdę powiadam wam, odbierają swoją zapłatę”.

         Zaznaczyłem oczywiście odpowiednio, że powyższe słowa Chrystusa są powszechnie znane, ale to też prowadzi nas do wymiaru religijnego całej tej sprawy. Otóż wielu z nas zastanawia się, dlaczego w sprawie owego bluźnierstwa jakim niewątpliwie jest Wielka Orkiestra Swiątecznej Pomocy, głosu nie zabrał jeszcze instytucjonalny Kościół. A ja w dodatku ciekawy jestem, jak to się stało że bezpośrednio do papieża Franciszka nie uderzyli katolicy związani z grupą Polonia Christiana i nie zażądali od niego by wypowiedział się w sprawie jak nakazał Jezus – tak tak, nie nie. Otóż oni pewnie nie zrobili tego jeszcze dlatego, bo wiedzą że sprawa jest dziś czysto polityczna, a Kościół do polityki się z zasady nie wtrąca. Oni oczywiście również wiedzą, że polityczną jest też kwestia wojny na Ukrainie, no ale są już przez powszechną proapagandę tak ogłupieni, że tu akurat nie panują nad odruchami i się plują. Ja natomiast mam do opowiedzenia jeszcze jedną historię.

        Oto zaledwie wczoraj została wypieprzona z państwowej telewizji ich stała korespondentka Magdalena Wolińska Riedy, bo napisała na Twitterze, że Polacy wyssali nienawiść z mlekiem matki i nie chcą zrozumieć, że Niemcy i Rosjanie to ludzie od wieków tacy sami jak my, tyle że zagubieni. Wszyscy dziś się zastanawiamy, czemu Riedi, w końcu osoba o pewnej ustalonej pozycji, postanowiła się aż tak skompromitować, a ja sobie myślę, że ona, słuchając papieża Franciszka jak tak strasznie dyskretnie – i jakże słusznie –  wypowiada się na temat agresji Rosjan na Ukrainę, postanowiła, że pokaże światu, że jest bardziej papieska niż papież. A jej nieszczęście polegało na tym, że nie zdała sobie sprawy z tego, że papież Franciszek to Kościół, którego bramy piekielne nie przemogą, a ona jest zaledwie żoną jednego z papieskich gwardzistów.

        Do czego zmierzam? Nadeszła kolejna niedziela, kiedy Szatan w świetle kamer i reflektorów wyszydza święte słowa Jezusa w kwestii jałmużny, i w ogóle działalności dobroczynnej, a my się zastanawiamy, czemu wreszcie na to bluźnierstwo nie zareaguje instytucjonalny kościół. Otóż reagujemy my, a tu – pozostając przy kwestii jakże symbolicznego wybryku dziennikarki TVP Info, Magdaleny Wolińskiej Riedi – powinniśmy zrozumieć, że to nieszczęście z jakim musimy żyć od tylu już lat, to jest sprawa tej ziemi i nie ma co liczyć na to, że choćby polski episkopat potępi to zło, bo to jest juz tylko polityka. A ja, wracając w tym jakże pobocznym wątku do Magdaleny Wolińskiej Riedi, chciałbym zauważyć, że całe jej nieszczęście polega na tym, że zamiast pozostać przy polityce, postanowił pokazać jaka jest uduchowiona i jak ona bardzo duże rozumie.

          A sprawa, z naszego punktu widzenia, jest taka prosta: Rosjanie to zło, Niemcy to zło, Jerzy Owsiak i jego Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to zło, ale jeśli już to chcemy ogłaszać, to trzymajmy się swoich ograniczeń i nie próbujmy wchodzić w rolę, która nie została nam przeznaczona. Biedna Magdalena Wolińska Redi na moment o tym przykazaniu zapomniała i już po niej. A taka była ładna.



 

piątek, 22 kwietnia 2022

O tym jak brak modlitwy, różańca, pokuty i jałmużny uczynił z papieża Franciszka schizmatyka

 

       W swojej poprzedniej notce, zwróciłem uwagę na – dla mnie absolutnie wstrząsający – fakt, że ludzie wydawałoby się nie dość że tak jak większość z nas pobożni, to jeszcze z ową pobożnością obnoszący się w glorii ekspertów, wydają się nie mieć kompletnie świadomości, czym jest grzech w wymiarze społecznym i czym, w tym samym ujęciu, jest modlitwa. Obserwując całą serię kierowanych przez owych specjalistów ataków przeciwko papieżowi Franciszkowi, nie mogłem się nadziwić jak wszyscy oni, kierując się wyłącznie swoimi politycznymi obsesjami, kompletnie tracą świadomość, jak bardzo nasza nieustanna modlitwa, nasze codzienne czynienie dobra, nasze „miłowanie” nieprzyjaciół i wreszcie zaniedbywanie tych naszych chrześcijańskich obowiązków ma znaczenie nie tylko dla nas, ale dla całego świata. Nie potrafiłem tego zgnuśnienia zrozumieć, zwłaszcza gdy nie ma dziś praktycznie dnia, byśmy ze wszystkich stron nie słyszeli apeli o to, by się modlić o pokój na Ukrainie i na całym, tak bardzo dotkniętym różnymi nieszczęściami, świecie. Jak można – będąc człowiekiem Wiary – nie rozumieć, że owo wezwanie to nie jest próżny gest, podobny do życzeń urodzinowych, czy świątecznych, ale potencjalnie coś wręcz rozstrzygającego. A mówię o ludziach, którzy przy byle okazji to tu to tam wzywają do „szturmu modlitewnego”, nie tylko za czyjeś zdrowie, za czyjeś życie, ale niekiedy nawet za pomyśłnie zdany egzamin na prawo jazdy. To oni wierzą w to, że ów szturm działa, czy nie? I czy wierzą, że brak tego szturmu może mieć znaczenie, czy nie? I czy oni nie wiedzą, że każdy grzech, a w tym również grzech zaniedbania, zawsze niesie skutki społeczne?

        Myślałem o tym przez ostatnie dni i nagle przypomniałem sobie coś, co każe mi wierzyć, że oni ani o niczym nie zapomieli, ani nie są tak głupi, jak by się mogło wydawać. Rzecz bowiem wyłącznie w tym, że każdy z nich zapewne przez wspomniane wcześniej obsesje, postanowił to wszystko na chwilę odłożyć na bok i wrzasnąć jednym głosem: „A gdzie w tym wszystkim jest jakakolwiek moja wina?!” Oto parę już lat temu przedstawiłem tu tekst o tym jak to w telewizyjnym programie Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać” on sam plus trzech jego pobożnych znajomych, redaktorzy Grzegorz Górny i Sebastian Kratiuk, oraz ksiądz Isakowicz – Zaleski, załamywali ręce nad papieżem Franciszkiem, który rzekomo rozważa zniesienie swoim papieskim autorytetem obowiązku kapłańskiego celibatu. Wszyscy oni po kolei grzmieli na temat wielkiej schizmy w Kościele, do jakiej z pewnością dojdzie jeśli Papież się „nie opamięta”, ksiądz Isakowicz dziękował każdemu z nich za to, że mówi coś, czego „jemu mówić nie wolno”. W końcu jednak i on się przełamał i zagrzmiał otwartym tekstem:

„Trzeba się również modlić za papieża Franciszka o jego.... boję się tego słowa... ale muszę je wypowiedzieć – opamiętanie, żeby nie doprowadził do schizmy. Ale również potrzebny jest głos ludu, właśnie wtedy, gdy zawodzą ci najważniejsi pasterze”.

      I w tym oto momencie zabrał ponownie głos główny kościelny ekspert prawicowych mediów Grzegorz Górny i poinformował, że w tej sytuacji nie pozostaje nic innego jak „modlitwa, różaniec, pokuta oraz jałmużna”.

      A ja dziś sobie nagle przypominam ową modlitwę, różaniec, pokutę i jałmużnę za nawrócenie papieża Franciszka i przede wszystkim już wiem, że oni jednak wiedzą, że każde zło ma wymiar uniwersalny, że my za nie jesteśmy zawsze w jakiś tam sposób odpowiedzialni i, co najważniejsze, naszą modlitwą i dobra czynienie możemy to zło pokonać. Oni to wiedzą, tyle że przez swoją gnuśność, beztroskę i zwykłe zaniedbanie, często pozwalają temu złu się bezkarnie panoszyć. Ciekawe, czy którykolwiek z nich, na czele z księdzem Isakowiczem-Zaleskim ma dziś świadomość, że przez swój brak konsekwencji po opisanym telewizyjnym występie są współwinni temu, że papież Franciszek doprowadza ich do cholery, zarzucając im tak niesprawiedliwie, że to również dzięki nim Ukrainę dziś prześladuje to straszne nieszczęście.



 

sobota, 3 lipca 2021

Czy Jacek Kurski to prezes zły i gnuśny?

My tu wprawdzie wciąż zażywamy nadmorskiego powietrza, ale ponieważ w międzyczasie ukazał się kolejny numer "Warszawskiej Gazety", a wraz z nim mój najnowszy felieton na 444 słowa, bardzo proszę, niech on będzie i tu.

       Osobiście wątpię, by owa informacja wzbudziła większe zainteresowanie, jednak ponieważ została ona, zwłaszcza po prawicowej stronie sceny, skomentowana w sposób jednoznacznie negatywny, uznałem że i ja zabiorę głos,  choćby po to, by sprowadzić rzeczy do równowagi. O co chodzi? Otóż niedługo po tym, jak prezes Radiokomitetu Jacek Kurski z hukiem wziął kolejny ślub kościelny, wcześniej porzucając swoją dotyczasową żonę, dał się nam usłyszeć – i to  z równie potężnym nagłośnieniem – ponownie, informując publicznie każdego kto zechciał słuchać, że oto w prywatnej kaplicy Domu Arcybiskupiego w Częstochowie, abp Wacław Depo udzielił sakramentu chrztu córce Kurskich, Annie Klarze Teodorze.

       Informacja ta, udokumentowana dodatkowo serią zdjęć na których widzimy rozradowanych rodziców, wzbudziła, jak już wspomniałem, bardzo gwałtowną reakcję ze strony osób powoli tracących cierpliwość do Kościoła, który toleruje najbardziej oczywiste świetokradztwo, tylko dlatego, że autorem owego świętokradztwa jest ważny polityk obozu władzy, a jednocześnie przyjaciel księży i biskupów. I ja oczywiście częściowo rozumiem owe słowa gniewu, podobnie jak chętnie przyznaję, że gdy chodzi o Jacka Kurskiego akurat, to mnie również trudno na naszej politycznej scenie znaleźć osobę podobnie zakłamaną, cyniczną i zepsutą. Politycznie pożyteczną? Jak najbardziej. A jednak zepsutą do końca.

       Mimo to, nie uważam, by miało sens oburzanie się na któregokolwiek z bohaterów tej szopki, czy to na Kościół, czy to na Arcybiskupa, czy nawet na prezesa Kurskiego. Kurski i abp Depo zrobili to co było z ich punktu widzenia jak najbardziej naturalne. Jest całe mnóstwo publicznie rozpoznawalnych osób – ale przecież nie tylko – którzy mają bliskie stosunki czy to z któymś z księży, czy nawet i biskupów, i jest dla nich czymś zupełnie oczywistym, by z jednej strony poprosić o duszpasterską posługę, a z drugiej owej posługi nie odmówić. Oczywiście, Jacek Kurski akurat mógłby się ze swoją „religijnością” aż tak nie obnosić, no ale, jak już wspomnieliśmy, jest to człowiek cyniczny, więc nie sposób mieć do niego o jego zachowania pretensje. No i jest wreszcie Kościół. Otóż nie oszukujmy się. Nigdy w całych Jego dziejach nie było dnia, by to tu to tam Księża nie udzielali sakramentów osobom głupim, złym i gnuśnym, a przez to nie dochodziło do aktów świętokradztwa, a ja jestem pewien, że ów stan rzeczy jest z góry wkalkulowany w misję Kościoła.

       Jest natomiast coś co, gdy chodzi o najnowszy występ państwa Kurskich, zrobiło na mnie pewne wrażenie. Otoż, komentując chrzest swojego dziecka, Joanna Kurska powiedziała: „Anna Klara jest owocem naszej miłości i naszym małym cudem. Bardzo ją kochamy i chcieliśmy, by jak najszybciej otrzymała sakrament chrztu świętego”. Otóż jeśli ona poczuła potrzebę publicznego usprawiedliwiania decyzji ochrzczenia swojego dziecka pod koniec trzeciego miesiąca życia, to tym bardziej potwierdza to fakt, że dla Kurskich cała ta wiara, to cyrk na kółkach. I to jest temat.



czwartek, 17 czerwca 2021

O tym jak śluz Małgorzaty Terlikowskiej nie zdołał uchronić Polski pred dechrystianizacją

      Bóg mi świadkiem, że wśród osób i tematów, których staram się unikać jak ognia i uważam że każde inne zachowanie, człowieka zwyczajnie kompromituje, na jednym z pierwszych miejsc znajduje się od wielu już lat Tomasz Terlikowski i to co on od czasu do czasu ma nam do powiedzenia. Kiedyś tak nie było i on tu się pokazywał częściej chyba nawet niż Jerzy Urban czy Lech Wałęsa. Od momentu jednak gdy wraz ze swoją żoną zaczął ów robić medialną karierę, opowiadając na lewo, prawo i na okrągło o tym jak to oni –  prowadząc surowe katolickie życie – uprawiają bardzo zróżnicowany seks, kontrolują płodne i niepłodne dni pani Terlikowskiej, jak to Terlikowski potrafi pokonać swoją wydawałoby się nie do powstrzymania chuć, kiedy pani Terlikowska pokaże mu swój śluz i poinformuje że dziś nie, pomyślałem sobie, że dość już z nimi. Koniec. A gwoździem do tej trumny stała się parokrotnie powtórzona przez Terlikowskiego sugestia, że on już ma powoli dość pedofilii w Kościele, szerzącej się w dodatku pod patronatem tego antychrysta Papieża Franciszka i że gdyby nie Terlikowskiego szczera miłość do Jezusa, to on by już na ten cały zmurszały Kościół dawno machnął ręką.

       No i pewnie dalej bym zachowywał ową ślubowaną przez siebie czystość, gdyby nie to że przypadkiem wpadłem na fragment rozmowy, jaki tygodnik „Sieci” przeprowadził z abp. Jędraszewskim, w której ten odniósł się do słów Terlikowskiego właśnie, gdzie pobożny ten mąż zakomunikował Arcybiskupowi, że nadzieje na to iż młodzież zatęskni jeszcze za Kościołem są płonne, bo „aby zatęsknić, trzeba mieć za czym”. Owo zdanie tak mnie zafrapowało, że postanowiłem poszukać całości wspomnianych oświadczyn i w ten sposób dotarłam aż na facebookowy profil Terlikowskiego, a tam następujący tekst (pisownia oryginału zostaje, swoją droigą, nie bez przyczyny, zachowana):

„’Z powodu pandemii wiele więzów zostało naruszonych, m.in. także na skutek katechezy on-line. Myślę, że teraz ci młodzi zatęsknią za swoim katechetą, za swoim kościołem – i powrуcą. Powiem tak: Nie lękajcie się, jest jeszcze Pan Bуg nad nami’ - przekonuje arcybiskup Marek Jędraszewski w wywiadzie dla tygodnika „Niedzieli”. I choć bardzo bym chciał podzielać tę nadzieję, to tak nie jest. Pandemia bowiem nie tyle ‘naruszyła więzy, które dadzą się łatwo - na skutek tęsknoty - odbudować, ile ujawniła, że tych więzów zwyczajnie nie ma. Aby zatęsknić trzeba mieć za czym, trzeba mieć żywe doświadczenie Kościoła i Chrystusa, a jeśli jej nie ma, to nie ma za czym tęsknić. I właśnie dlatego zamiast liczyć na ‘tęsknotę’ trzeba - o czym zresztą arcybiskup mówi – ‘szukać nowych drуg dotarcia do młodych’. Tyle, że powodem nie jest presja na nich wywierana, ale fakt, że instytucjonalny Kościół dla wielu z nich nie jest już zachętą do bycia w nim. Jeśli ludzie pozostają w Kościele to często nie z powodu instytucji, ale wyłącznie dlatego, że rzeczywiście spotkali Jezusa Chrystusa. Instytucja zaś dla części z nich jest przeszkodą, a nie zaletą. I nad tym też warto pomyśleć”.

      Przeczytałem te słowa i powiem szczerze, że tego poziomu bezczelnego zakłamania w życiu chyba nie spotkałem, no i to ono właśnie sprawiło że zdecydowałem się na te kilka słów skierowanych bezpośrednio do Terlikowskiego. Otóż tak się składa ponad już trzydzieści lat temu, gdy chodzi o tak zwane szerzenie Wiary, Kościół – i to się okazało Jego najbardziej poważnym błędem – przekazał Swoje obowiązki tak zwanym katolikom świeckim. Okazało się to błędem z tego prostego powodu, że mimo Swojej wydawałoby się nieskonczonej mądrości, nie przewidział Kościół, że na czoło owej świętej krucjaty wysforuje się banda podobnych do Terlikowskiego cwaniaków, których nazwisk nie mam tu nawet ochoty wymieniać, ale myślę że każdy w miarę zorientowany Czytelnik wie kogo mam na myśli. Wspomniane 30 lat to naprawdę wystarczający okres, by większą część z nich zapamiętać. A gdy chodzi o mnie, to ja pamiętam jakże święte słowa Jarosława Kaczyńskiego na temat niegdysiejszego ZChN-u, że ów ZChN to prosta droga do dechrystianizacji Polski. Dziś już ci, co stamtąd trzęśli naszą pobożnością, gdzieś przepadli, ale cały ten interes w żadnym wypadku się nie zamknął. Tyle może różnicy, że dziś tak jak podzielona jest krajowa scena polityczna, tak samo podzieły się ośrodki starujące naszą religijnością. Z jednej strony bowiem mamy środowisko związane z „Tygodnikiem Powszechnym”, „Więzią”, „Znakiem” i diabli wiedzą z czym jeszcze, a z drugiej, grupy skupione wokół „Frondy”, „Polonii Christiana” i tu też ci sami diabli wiedzą z czym jeszcze. Podobnie zresztą jest w samym Episkopacie: część czyta „Tygodnik Powszechny” oraz „Wyborczą”, część pozostaje przy Górnym, Terlikowskim, czy Pospieszalskim, a reszta, jak na przykład abp Jędraszewski, z nadzieją czeka aż „młodzież zatęskni”.

       A ja tu, mimo że bardzo ubolewam nad tym, że Kosciół hierarchiczny delegował Swoje obowiązki na tych wariatów, trzymam sztamę z Arcybiskupem i podobnie jak on jestem przekonany, że faktycznie „młodzież”, a tak naprawdę ludzie w ogóle – bo tu akurat o nich najbardziej chodzi –  zatęsknią. A jeszcze bardziej jestem pewien, że jeśli tak się stanie to właśnie dzięki Kościołowi, a nie Terlikowskiemu i jego pobożnym kumplom.  Dlaczego tak myślę? Dlatego mianowicie, że nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że nawet najbardziej słabe na umyśle osoby muszą w końcu dojść do wniosku, że w tym wszystkim jedyną poważną ofertę na życie można znaleźć w, jak najbardziej instytucjonalnym, Kościele, a przy tej okazji, jak najbardziej w konkretnym kościele parafialnym. I że to właśnie ów instytucjonalny Kościół i reprezentująca Go parafia, a nie jakaś banda pajaców opowiadająca o śluzie, małżeńskich stosunkach analnych, oraz o satanizmie książek o Harrym Potterze, głosi Prawdę. I wreszcie, mam głęboką nadzieję, że sam Kościół zorientuje się jaką w destrukcji Kościoła rolę odgrywają tak zwane „organizacje świeckie”. Ja myślę, że On już i tak to widzi, choćby na przykładzie tego, jak owe organizacje, wraz ze zwerbowanymi przez nich ksieżmi i biskupami, się rozpanoszyły w takich Niemczech. A więc zorientuje się, tupnie swoją odpowiednio podkutą nogą i rozpędzi to bezczelne towarzystwo na cztery wiatry. I wtedy też sam abp Jędraszewski zobaczy tę swoją młodzież, jak ona potrafi tęsknić.




piątek, 11 czerwca 2021

O niezwykłej pobożności koronawirusa

 

        Myślę że każdy kto chociaż trochę zna ten blog, wie bardzo dobrze, że ostatnią rzeczą jaka przychodzi mi do głowy w tym moim pisaniu, jest narzekanie na działania rządu i odpowiednich delegowanych przez rząd służb wobec tak zwanej „pandemii”. Od razu wyjaśnię, że sformułowania „tak zwanej” użyłem, a słowo „pandemia” umieściłem w cudzysłowie, nie bez przyczyny. Otóż, mimo że wobec tego co na nas spadło ponad rok już temu pozostaję z pochyloną głową i ani mi przez myśl nie przejdzie, by urządzać tu jakiekolwiek demonstracje, to od samego początku jestem niezmiennie gotowy na przyznanie, że to jest, tak jak to właśnie określiłem, pandemia „tak zwana”.

      Czemu tak? Otóż nie mam najmniejszych wątpliwości, że jeśli przyjmiemy, że mamy do czynienia z autentycznym zagrożeniem – a ja i to jestem oczywiście, w swojej wręcz systemowej niewiedzy, gotów przyjąć – to każdy rząd siłą rzeczy porusza się w sensie wręcz dosłownym po omacku. Jeśli spojrzeć na świat, to sposobów walki z tym czymś było mniej więcej tyle samo co zaangażowanych w nią rządów: my zamykaliśmy parki i lasy, Szwedzi otwierali wszystko, Holendrzy lali ludzi po łbach pałami, Brytyjczycy w swoich sklepach zakładali specjalne taśmy odgradzające towary pierwszej potrzeby od potrzeby drugiej, a nawet dziś jeszcze, w Paryżu, gdzie właśnie odbywa się wielki tenisowy turniej, gdy swój mecz rozgrywali Djokovic i Berrettini, władze najpierw przesunęły początek godziny policyjnej z 21 na 23, a o 23, widząc że pojedynek się tak szybko nie zakończy, te 5 tys. widzów z trybun wygnali, by ci szybko wracali do domów i nie rozsiewali wirusa. A więc każdy robi to co mu w głowie zaświta, a my – pardon me french – gówno wiemy, więc jaki ja mam powód by się czepiać polskiego rządu?

        Stało się jednak tak, że przy okazji notowanego powszechnie spadku zakażeń, nasza władza postanowiła poluzować część obostrzeń i to tu to tam zapanowała niemal całkowita wolność, wolność do tego stopnia, że – wprawdzie dopiero po interwencji abp. Gądeckiego, no ale jednak – uznano za dopuszczalne by w kościołach podczas Mszy zajęta była aż połowa miejsc. I to właśnie jest pierwszym powodem dla którego postanowiłem po raz pierwszy w tym ponurym czasie rzucić kamieniem. Jak wiemy, o ile ksiądz nie postanowi przynudzić, Msza trwa zwykle jakieś 45 minut. Ludzie niemal w komplecie siedzą w maseczkach, nie dyszą sobie nawzajem w nosy, przekazując sobie znak pokoju, kiwają głowami, Komunię przyjmują na rękę, a po owej niespełna godzinie wracają do domu. Ja tymczasem, jak niedawno wspominałem, odbywałem podróż koleją z Katowic do Przemyśla i z powrotem i proszę sobie wyobrazić, że w podczas wyprawy w tamtą stronę w moim przedziale znajdowało się osiem osób, i to nie przez 45 minut, ale znacznie dłużej, z czego niezmiennie, dwie osoby, a w porywach trzy, siedziały z maseczkami na szyi, a w drodze powrotnej – to był wagon bez przedziałów – każde miejsce było zajęte i pies z kulawą nogą nie zadał sobie pytania, czemu to towarzystwo ma się przerzedzić dopiero wtedy, gdy udadzą się do kościoła.

       Ja oczywiście rozumiem, że bardzo trudno jest sobie wyobrazić, by w okresie wakacyjnym Polskie Koleje Państwe nagle wprowadziły na tory podwójną liczbę pociągów, tak by ludzie nie siedzieli sobie na kolanach, no i nie ma też konkretnego sposobu by się uzerać z tymi cwaniakami, którzy uznali że oni są zbyt dumni by nosić jakieś „szmaty na ryju”. A więc okay. Autokary, tramwaje, autobusy, pociągi mają wozić ludzi tak, by nikt nie poczuł się pozostawiony sam sobie, no ale skoro tak, to po ciężką cholerę udawać że wszystko jest na swoim miejscu i ustalać limit osób mogących się jednocześnie modlić w kościele?

      Tu niedaleko znajduje się klasyczny ogólnospożywczy targ, i tam regularnie przebywa tłum jakiego – z mojego punktu widzenia, niestety – żaden kościół w Polsce od czasów PRL-u nie widział. A zatem pytam, co stoi na przeszkodzie, by polski rząd pozwolił proboszczom udostępniać chętnym, na te 45 minut, całą przestrzeń świątyni?   

      Tego nie wiem i podejrzewam że tego nie wie nikt, aIe tu też pojawia się kwestia zupełnie nowa. Otóż, moim zdaniem na przeszkodzie nie stoi nic i, czy to minister Niedzielski, czy osobiście premier Morawiecki, doskonale to wiedzą. Trzeba by było bowiem być kompletnie oderwanym od rzeczywistości, by uczciwie w ten właśnie sposób zarządzać pandemią, a w to że oni nie mają kontroli nad tym co robią, zwyczajnie nie wierzę. Jedyne zatem co mi przychodzi do głowy, to to, iż pierwsza decyzja, by Kościołem się nie zajmować i zostawić ową jedną osobę na 15 m2, a decyzja kolejna, podjęta ewidentnie w rekacji na bardzo stanowczy głos abp. Gądeckiego, by jednak udostępnić wiernym aż 50% kościelnej przestrzeni, to efekt nie epidemicznych kalkulacji, lecz zwykłego strachu przed tym, jak na zwolnienie kosciołów z pandemicznych ograniczeń zareaguje lewa część sceny. Przypomnę: dziś w Paryżu obowiązuje godzina policyjna, a na tym tle my tu w Polsce musimy przyznać, że u nas tak naprawdę nigdy nie było porządnego lockdownu. Z wyjątkiem, niestety, Kościoła. Nawet knajpy w najgorszym okresie mogły dostarczać żarcie na telefon. Triduum Paschalne, i to nawet na Watykanie, w zeszłym roku zostało wyjęte z kalendarza. Po raz pierwszy w historii chrześcijaństwa. Przepraszam bardzo, ale jeśli mimo tego skandalu, dziś nagle Kościół musi walczyć z Polskimi Kolejami Państwowymi o to, by im jednak pozwolono się modlić, to z tym światem jest coś nie tak.

          Swoją drogą, czy myśmy tego akurat przpadkiem nie wiedzieli już od pewnego czasu?

 

 


 

 

środa, 2 czerwca 2021

Czy Diabeł jest liberałem?

 

Wczoraj na Twitterze w pewnym momencie wystąpił człowiek przedstawiający się hasłem „Najpierw Polska” i wyraził opinię, że prezydent Duda to komunista, a współczesna Polska to kraj komunistyczny. Mimo że obiecywałem sobie wielokrotnie, że nie będę wchodził w dyskusje z wariatami, zagrały we mnie jak zwykle nauczycielskie kompleksy i napisałem owemu dziwnemu człowiekowi, że nazywanie Dudy komunistą, a Polski komuną, dewaluuje zarówno pojęcie, jak i tym bardziej samo zjawisko, podobnie zresztą jak to ma miejsce w przypadku lewackiego feminizmu, gdy ten zwykłą natarczywość nieopanowanego partnera określa mianem gwałtu. Oczywiście, nie dość że owa nauka nic nie dała, to jeszcze sprowokowała pojawienie się całego szeregu podobnej owemu patriocie dzieciarni, która, podobnie jak on, słowo „komunizm” postanowiła odmieniać przez wszystkie przypadki. Pomyślałem więc, że swój cykl o polskiej biedzie lat minionych zakończę pewną tez znów dość starą refleksją na temat liberalizmu. Proszę posłuchać:

 

 

 

        W swojej książce zatytułowanej „Twój pierwszy elementarz”, pod hasłem „liberalizm” zamieściłem następujące słowa:

„System, który każe człowiekowi wierzyć, że jego powodzenie jest zasługą systemu właśnie, natomiast jego porażka, jego osobistą winą. Z tego właśnie powodu, jedni liberałowie, kiedy słyszą głos ‘poniżonych i bitych’, zatykają sobie uszy, a inni nachylają się nad tymi co proszą o zmiłowanie z zaciekawieniem i pytają: ‘A dlaczego wy uważacie, że wasze problemy są moimi problemami?’ Oczywiście, liberałowie twierdzą, że to nieprawda, że oni chcą tylko ludziom dać wędkę, i takie tam. Tyle że ja akurat nie widziałem jednego z nich, który by szedł z wędką. Może dlatego, że sami łowią na prąd”.

      Przypomniała mi się ta refleksja dziś, kiedy pod ostatnim tekstem moim tekstem pojawił się komentarz czytelnika, w którym sugeruje on, że nawet jeśli się zgodzimy, że Janusz Korwin Mikke pracuje na zlecenie Systemu, to i tak należy go szanować za to, że jako jeden z nielicznych w Polsce głosi prawdziwe liberalne wartości. Oczywiście najprościej by było na to odpowiedzieć, że skoro System jest gotów Korwina utrzymywać tylko po to, by on owe wartości bezkarnie głosił, to znaczy, że nie z Systemem jest coś nie tak, ale ze wspomnianymi wartościami. Jednak tam gdzie należałoby tak naprawdę zwyczajnie splunąć, okazuje się, że wypada tłumaczyć, a zatem tłumaczmy.

       Jak już próbowałem zdefiniować go w wyżej zacytowanym fragmencie z książki, liberalizm to system, który ludziom każe korzystać z rzekomo dostarczanych przez siebie wędek, podczas gdy sam łowi na prąd. O czym to może świadczyć? Otóż, moim zdaniem, o tym zaledwie, że liberałowie to są zwykli gangsterzy, którzy dając nam ten lewy sprzęt, wiedzą, że w wodzie, w której będziemy łowić wszystkie ryby są już wyłapane, albo że dostęp do niej i tak jest skutecznie ograniczony przez te kable i druty, które oni sami już dawno tam rozłożyli, a jeśli którykolwiek z nas się tam zechce zbliżyć, to już tylko na własne ryzyko.

       Ktoś mi powie, że ja jestem nieuczciwy, bo najpierw formułuję atrakcyjnie brzmiącą, choć kompletnie nieprawdziwą tezę o tych wędkach, a potem na jej podstawie formułuję oskarżenia. W tej sytuacji, spróbuję dowieść, że liberałowie to są autentyczni gangsterzy z tego prostego powodu, że każde inne objaśnienia tego dziwactwa, w tym jako prostego obłędu, jest zbyt absurdalne, by je w ogóle rozważać. Oto mamy ludzi, którzy twierdzą, że państwo z samej swojej istoty jest tworem do tego stopnia korupcjogennym, że aby zapewnić społeczeństwom dobry rozwój i jak najlepsze powodzenie, funkcje państwa należy ograniczyć do minimum, a więc w praktyce do egzekutora równego dla wszystkich niskiego podatku, który zostanie przeznaczony na utrzymanie państwowej armii i wymiaru sprawiedliwości, w drastycznych teoriach nawet bez państwowej policji, której funkcje skutecznie przejmą prywatne agencje ochroniarskie. Nie bardzo wiem, jak zdaniem prawdziwych i szczerych liberałów ma wyglądać organizacja władzy państwowej, ale wydaje mi się, że z wszystkich ministerstw, oni by byli skłonni pozostawić tylko ministerstwo wojny, sprawiedliwości i finansów. Oczywiście, mogę się mylić, ale to akurat jest bez znaczenia. Rzecz w tym, że państwo to ich zdaniem czyste zło.

      Kiedy byłem młodszy, był taki czas, że bardzo interesowałem się masonerią, dużo na jej temat czytałem, jeszcze więcej rozmawiałem i myślałem, i z tego czasu zapamiętałem tak naprawdę jedno: masoneria jest zła, ponieważ stanowi byt nie należący ani do państwa, ani do Kościoła, a tym samym znajduje się poza tym, co dostaliśmy od Boga. Oni są źli, ponieważ przyjęli pozycję, gdzie słowa Jezusa skierowane do Piłata, że „nie miałbyś tej władzy, gdyby ona nie była ci dana przez mojego Ojca” ich już nie dotyczą. Oni stanowią zło, bo się ukryli w cieniu Szatana, a nie w świetle Kościoła lub Państwa. A więc to jest nauka, którą zapamiętałem jeszcze z tamtych lat: wszystko co jest niezależne od Państwa lub Kościoła pochodzi od Złego.

      Wtedy jednak miałem na myśli tę nieszczęsną masonerię. Dziś ten rozdział, z przyczyn czysto intelektualnych, uważam dla siebie za zamknięty, natomiast wciąż mam w głowie ów liberalizm, z jego nienawiścią w stosunku do Państwa i bardzo pryncypialną neutralnością w stosunku do Kościoła. Co to jest za twór, chciałbym bardzo wiedzieć. No i już widzę, jak w tym momencie przychodzi kolejny obrońca idei liberalnych i mi powie, że ależ on się całkowicie zgadza z tym, co ja piszę, tyle, że z jego punktu widzenia, on się ma modlić i być dobrym obywatelem, a bycie dobrym obywatelem sprowadza się do przestrzegania prawa, płacenia podatków i obrony kraju w wypadku wojny, a do tego mu nie jest potrzebna jakakolwiek biurokracja. No więc w tej sytuacji, ja otworzę kolejny akapit, już bez Boga, bez masonerii i bez jakichkolwiek ukrytych idei. Akapit dotyczący ziemi, która mamy pod stopami.

       Rozpocząłem ten tekst od cytatu ze swojej książki i sugestii, że poza Państwem i Kościołem mamy tylko gangi. Oczywiście nie twierdzę, że zarówno w Państwie jak i w Kościele owe gangi nie istnieją, a jeśli istnieją, to że sobie wcale świetnie nie radzą. Sprawa jest już dawno rozpoznana i wszyscy wiemy, jaka jest sytuacja. Natomiast nie ulega najmniejszej wątpliwości, że zarówno na poziomie Państwa jak i Kościoła gangi stanowią patologię, natomiast w przestrzeni między jednym a drugim czystą, nieskażoną esencję. Tam gdzie nie ma ani Państwa ani Kościoła są już tylko gangi i to gangi wyjęte spod jakiejkolwiek zewnętrznej kontroli. Tam gdzie nie ma Kościoła i gdzie nie ma Państwa, jest tylko zorganizowana przestępczość, chroniona przez zdegenerowane elementy jednego i drugiego. I nie ma absolutnie żadnej możliwości, by jakikolwiek pojedynczy człowiek był w stanie się owym gangom przeciwstawić. Nie pomoże mu ani Kościół, który ma inne cele, niż walkę z gangami, ani Państwo, którego albo nie ma, albo jest skorumpowane. I niech mi nikt nie mówi o tym, że uniwersalne zasady wolnego rynku wszystko unormują. Niech mi nikt nie mówi, że społeczeństwo oddane na łaskę wolnego rynku i natchnione swoją przyrodzoną mądrością, będzie w stanie się samo bronić przed patologiami, bo społeczeństwo to są ludzie jak my, którzy tak naprawdę marzą tylko o tym, by mieć co do garnka włożyć i nie umrzeć zbyt wcześnie. Społeczeństwo to nie jest banda sprytnych brydżystów, którzy mają wszystko od początku do końca wyliczone, i nikt im nie jest w stanie zakłócić planu, który sobie sami przygotowali. A więc podobnie, jak nie ma takiej siły, która by pozwoliła społeczeństwu wygrać z Państwem czy Kościołem, tym bardziej nie ma też takiej siły, która by pozwoliła się społeczeństwu uchronić przed gangami. Dlaczego? Bo gangi z samej swojej zasady stoją poza społeczeństwem.

      A więc, czemu, skoro to wszystko jest tak oczywiste, wciąż z jednej strony słyszymy zachęty do tego, by wybierać tak zwane rozwiązania liberalne, a z drugiej System wprowadzenia owego liberalizmu unika jak ognia? Otóż powód jest bardzo prosty i oczywisty. Z punktu widzenia Systemu, nie ma nic bardziej wydajnego, jak sytuacja, kiedy ów liberalizm pozostaje jedynie marzeniem. Uważam, że tu mamy do czynienia z czymś bardzo podobnym do tego, co starsi z nas przeżyli z komunizmem. Myśmy żyli w tej niby komunie, a jednocześnie wciąż słyszeliśmy, że prawdziwe szczęście jeszcze przed nami, tylko musimy jeszcze wybrać dobrych przywódców. I tu jest dokładnie tak samo. Mamy to co mamy, a więc z jednej strony skorumpowany Kościół i skorumpowane Państwo, ale wciąż słyszymy, że jeśli w nadchodzących wyborach postawimy na liberałów, którzy nam obniżą podatki i ułatwią procedury w urzędach, a najlepiej w ogóle zlikwidują tę całą biurokrację, to i sam Kościół jakimś cudem też się naprawi. Później my głosujemy zgodnie z tym, co nam propaganda skutecznie zaleciła, i nagle się okazuje, że mowy nie ma ani o niższych podatkach, ani o zmniejszonej biurokracji, ani już z całą pewnością o tym, że nagle w Kościele będzie mniej pedofili. Dlaczego? Jak to dlaczego? Powód jest jeden: tak zwany liberalizm, podobnie jak wcześniej komunizm jest szatańskim wymysłem, który jest zwyczajnie nierealizowalny, i oni to świetnie wiedzą. Dlatego trzymają się tego co jest, z jednej strony kradnąc na potęgę, a z drugiej tłumacząc, że to czy oni nadal będą kraść, czy może przestaną zależy już tylko od nas. I my to oczywiście chętnie przyjmujemy, natomiast na tych szczególnie zawziętych wysyła się Korwina Mikke i ten dopiero jest jak sam Przewodniczący Mao.

 

Zbliża się święto Bożego Ciała, a z nim długi tydzień. Ponieważ wyjeżdżamy z tej okazji do Przemyśla, mogą Państwo na jakiś czas ode mnie odetchnąć. Do zobaczenia zatem chyba dopiero we wtorek.



 

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...