Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemoc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemoc. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 kwietnia 2015

O strachu, wynikającym z obywatelskiego poczucia obowiązku

Jak już tu chyba kiedyś wspominałem, z Facebooka nie korzystam i, jak wiele na to wskazuje, korzystać już nie będę. Owszem, mam tam uruchomione dwa konta, jeszcze od czasu, gdy wydawało mi się, że coś z tego będzie, ale wszelki zapał opuścił mnie właściwie w pierwszych dniach, a wszystko, co było dalej, to już tylko stopniowy upadek, i tam dziś panuje niemal idealny bezruch. Prawdą jest natomiast, że dla moich dzieci Facebook to bardzo ważna część życia w tym sensie, w jakim dla wielu z nas bardzo ważną częścią naszego życia jest Internet. To zresztą jest ich, a nie mój koncept. Kiedyś zwróciłem się do córki z pytaniem, czemu Facebook, na co ona mi odpowiedziała, że w Facebooku jest cały Internet. Oczywiście, dla mnie, jak wiemy, cały Internet jest poza Facebookiem, ale tu chodzi o to, że oni nie wchodzą do Internetu inaczej, jak przez owego Facebooka. Chodzi o to, że jeśli któreś z nich przychodzi do mnie ze swoim telefonem, tabletem, czy laptopem, żeby mi pokazać jakąś ciekawostkę, to ja wiem na 101 procent, że ona czy on doszli do tego co tam niosą, przez Facebooka. Można wręcz podejrzewać, że gdyby nie Facebook, to dla nich Internet przestałby praktycznie istnieć… no może poza tym blogiem.
Weźmy więc na przykład internetową stronę śląskiej policji. Czy jest może tak, że moje dzieci siedzą przy swoich komputerach i na bieżąco sprawdzają, co tam nasza policja ma do roboty? Oczywiście, że nie. A jednak stało się tak, że w niedzielę syn mój opowiedział mi o zdarzeniu, o którym sam przeczytał na owym policyjnym portalu, no a doszedł do tego oczywiście dzięki Facebookowi. A ja nie mam dziś żadnego innego wyjścia, jak tylko przyznać, że ten cały Facebook ma jednak w sobie to coś.
A było tak, że którejś z minionych nocy ulicą Plebiscytową w Katowicach szedł sobie jakiś spóźniony 20-letni obywatel, do którego podszedł inny obywatel, lat 25, zaciągnął do pobliskiej bramy, kazał opróżnić kieszenie i zabrał mu telefon komórkowy. Standard? Owszem. Jednak od tego momentu sprawy potoczyły się zupełnie niestandardowo i jeśli ktoś myśli, że ja sobie robię przysłowiowe jaja, to jest w błędzie. Wszystko jest do przeczytania tu: http://katowice.slaska.policja.gov.pl/k14/informacje/wiadomosci/139196,Nie-ukradne-ci-tego-telefonu-Zaraz-ci-go-oddam.html?search=9516.
Otóż napastnik najpierw zabrał mu telefon, następnie opowiedział mu wzruszającą historię swojego życia, po czym nieoczekiwanie zapewnił chłopaka, że nie ma się czego bać, bo on złodziejem nie jest i mu ten telefon zaraz odda. Tyle że zrobi to tak, że pójdzie teraz na piętro do siebie do domu, a następnie zrzuci chłopakowi telefon przez okno. Chłopak ma czekać na dole i pod żadnym pozorem nie wzywać policji, bo nie dość, że telefonu nie odzyska, to tamten go normalnie zabije. Ot tak. Facet poszedł na górę, chłopak czekał, po chwili na którymś tam piętrze otworzyło się okno, pokazała się głowa, rozległ się okrzyk „łap”… jednak nic nie spadło. Kiedy chłopak zawołał, że telefonu nigdzie nie ma, człowiek w oknie poprosił, by ten na niego poczekał, to on za chwilę zejdzie na dół i pomoże mu telefon znaleźć. Jak obiecał, tak zrobił i tym razem obaj zaczęli szukać, oczywiście bezskutecznie. Człowiek z okna zapewnił jednak chłopaka, że on telefon z całą pewnością zrzucił, ale najwidoczniej ktoś go w międzyczasie znalazł i zabrał. Na dowód, że nie kłamie, pokazał cztery inne telefony, z których żaden nie był telefonem chłopca. Mężczyźni pożegnali się, człowiek z czterema telefonami wrócił do siebie na piętro, a chłopak poszedł prosto na policję, która w ciągu paru chwil złodzieja odnalazła i zamknęła.
Dziwne? Owszem. Przyznaję, że ja z tego też nic nie rozumiem, jednak nie to jest powodem, dla którego w ogóle o tym opowiadam. Rzecz bowiem polega na tym, że jeśli powyższą historię potraktować, jako przypowieść i odnieść ją do tego, z czym mamy do czynienia w skali ogólnospołecznej, w odniesieniu do spraw, którymi się tu pasjonujemy najmocniej, a więc do polityki, to musimy sobie uświadomić, że ci z nas, którzy 10 maja pójdą na wybory i zagłosują na Bronisława Komorowskiego, jeśli czymkolwiek się różnią od tego dziwnego chłopaka obrabowanego z telefonu, to wyłącznie na niekorzyść. Przepraszam bardzo, ale on przynajmniej poszedł na policję i się poskarżył. W pewnym momencie otrząsnął się z owej nieprawdopodobnej wręcz hipnozy, walnął się w łeb i poszedł na najbliższy komisariat policji. Jestem pewien, że niektórzy z nas – przyznajmy, że robieni w trąbę nie tylko przez Komorowskiego i jego towarzystwo, ale przez całą obecną władzę, i to w sposób nie mniej drastycznie bezczelny – gdyby się znaleźli w sytuacji tego chłopaka, nie dość, że uznaliby, że dla świętego spokoju lepiej się o głupi telefon nie awanturować, to gdyby ten kosmita im kazał na siebie zagłosować przy okazji najbliższych wyborów, bo inaczej on o wszystkim się dowie i zdrajców pozabija, oni by – również dla świętego spokoju – na niego zagłosowali.
Niedawno – też dzięki Facebookowi, naturalnie – oglądałem nakręcony kamerą wideo sondaż na ulicach Warszawy, podczas którego przypadkowi ludzie mieli odpowiedzieć na dwa pytania: pierwsze, na kogo zagłosujesz w majowych wyborach, a drugie – dlaczego. I proszę sobie wyobrazić, że niemal każdy z wyborców Bronisława Komorowskiego, niezależnie, czy stary, czy młody, czy kobieta, czy mężczyzna, czy bardziej czy mniej elokwentny, odpowiadał, że dlatego na Komorowskiego, bo on akurat gwarantuje, że nie będzie gorzej. Oni zdecydowali się głosować na Komorowskiego nie dlatego, że jest mądry, ładny, waleczny, uczciwy, prawdomówny, współczujący, dowcipny, wykształcony, że jest patriotą, albo prawdziwym Europejczykiem, religijnym, czy choćby i bezbożnym – nic z tego. Jedynym wymaganiem kierowanym wobec niego, jedyną tak naprawdę aspiracją, jaka żyli ci ludzie, było to, by ktoś im obiecał, że nie będzie gorzej. Niektórzy jeszcze mówili, że dlatego Komorowski, że poprzednio też głosowali na niego, więc jakoś nie wypada głosować inaczej, wedle klasycznej już zasady: „Lubię tylko te piosenki, które już słyszałem”.
Pozwolę sobie wrócić do tego dziwnego złodzieja telefonów komórkowych. Czemu on przeprowadził całą tę akcję i czemu w taki sposób, tego oczywiście nigdy się nie dowiemy. Nawet gdyby on nam wszystko opowiedział w programie Moniki Olejnik, to i tak to co się stało, pozostaje tak niewyobrażalnie dziwne, że jego słowa tracą wszelkie znaczenie. Bo faktem jest, że stoimy wobec najbardziej czarnego kosmosu i to, co widzimy, stanowi zagadkę najwyższej klasy. Oczywiście, chłopak się bał. To wiemy i to jest naturalne. Bałby się każdy z nas. Jednak w momencie, gdy bandyta kazał mu czekać grożąc śmiercią, on miał już gnać na policję. A on mimo to czekał, później jeszcze z nim dyskutował, następnie, jak ostatni kretyn, tego telefonu z nim po ciemku szukał…
I tu, zwróćmy uwagę, też mieliśmy do czynienia ze strachem. Strachem już nieco jednak innym, bo nie wynikającym z bezpośredniego zagrożenia, ale z czegoś całkowicie nowego, z poczucia mianowicie pewnego szczególnego obowiązku. I to jest świadomość wręcz porażająca.
Niedawno mieliśmy tu okazję czytać tekst mojego dobrego kolegi Gerarda, psychologa i psychoterapeuty, który w bardzo szczegółowym i głębokim eseju (http://toyah1.blogspot.com/2015/03/opor-przed-zmiana-na-lepsze-czyli-o.html) przedstawił nam powody, dla których, zamiast bez zastanowienia iść na policję, my postanawiamy stać do samego końca pod tą klatką i czekać diabli wiedzą na co.
Mam wielką nadzieję, że chłopak z tej szczególnej policyjnej historii jeszcze kilka miesięcy temu, po tym, co się stało, wróciłby do domu i wytłumaczył sobie, że postąpił racjonalnie. Czemu mam taką nadzieję? Bo liczę bardzo na to, że jednak można się podnieść. Bardzo chciałbym uwierzyć, że z przemocy i kłamstwa można się podniesć.

Przypominam, że wszystkie moje książki można zamawiać na stronie księgarni pani Lucyny Maciejewskiej pod adresem http://coryllus.pl/?page_id=69. Szczerze polecam, choćby w ramach skutecznej psychoterapii na trudny czas.

czwartek, 28 listopada 2013

Gdy strach zdycha

Pisałem już o tym wielokrotnie, ale z reakcji najróżniejszych osób niezmiennie wynika, że owych wyjaśnień nigdy za wiele. Krótko po tym, jak zacząłem prowadzić ten blog, a już zwłaszcza gdy jakimś dziwnym przebłyskiem szaleństwa Onet przyznał mi tytuł bloga roku, zacząłem, po kolei, jedną po drugiej, tracić pracę. Ponieważ to czy ją mam, czy jej nie mam, nie zależy nigdy od oficjalnych decyzji, ale od jak najbardziej nieoficjalnego nastawienia klientów, nigdy też nie zdarzyło się tak, że ktoś mnie wezwał na rozmowę i zakomunikował mi, że mnie wyrzuca z pracy. Ile razy byłem zwalniany, to wyłącznie dlatego, że ktoś tam nagle uznał, że nie chce, aby angielskiego go uczył pan Osiejuk, lecz kto inny. Ktokolwiek inny.
Ponieważ jestem osobą bardzo przytomną, i to zarówno w jedną i w drugą stronę, wiem na ogół znakomicie, czy ktoś prowadzone przeze mnie lekcje lubi, czy nie, no i oczywiście, czy mnie ktoś osobiście lubi czy nie. Myślę zresztą, że ten rodzaj umiejętności jest charakterystyczny dla osób, dla których ten akurat element siłą rzeczy jest decydujący. W tej sytuacji zatem, ja o tym, że właśnie prowadzę swoją ostatnią lekcję w którejś z grup, z reguły dowiadywałem się natychmiast. Jeszcze zanim ta informacja dotarła do mnie oficjalnie. Wystarczyło że zobaczyłem te jedną, czy dwie twarze. To wystarczyło. W końcu, klient wymaga. Zwłaszcza gdy tak o niego czasami trudno.
O tym też już pisałem, a dziś tylko powtórzę. Pamiętam jak któregoś dnia, w reakcji na serię bardzo złośliwych komentarzy w Internecie, skierowanych pod jego adresem, minister Sikorski powiedział, że on na ter złośliwości nie pozwoli, bo one psują mu pijar. Dodał też, że obecnie sytuacja jest taka, że jeśli ktoś chce się gdziekolwiek zatrudnić, nie ma co liczyć na to, że ktoś będzie czytał jego CV. Wszystko, czego chcemy się dowiedzieć na temat kogokolwiek, znajdujemy w Internecie. Wpisujemy nazwisko i mamy wszystko to, co jest nam potrzebne.
A zatem ja świetnie wiedziałem, jak działa ten system. Ktoś chce wiedzieć, kim jest człowiek, któremu on płaci, wklepuje w wyszukiwarkę jego nazwisko, lub zaledwie nazwę bloga – i ma wszystko jak na dłoni. No i to właśnie w ten sposób w ciągu zaledwie kilku tygodni straciłem pracę. No i wtedy też zacząłem prosić o to, by, jeśli komuś się podoba ten blog, zechciał go wspierać finansowo, co wielu określiło, jako nielegalną żebraninę, przez którą powinienem skończyć w więzieniu.
Od tego czasu, mogę powiedzieć, że nie jest gorzej. Z tym co udaje mi się zarobić z lekcji, czy tłumaczeń, z książek, no i przede wszystkim oczywiście z prowadzenia tego bloga, jakoś ciągniemy. To co mnie jednak zadziwia bardzo, to fakt, że z wyjątkiem tej pierwszej fali wściekłości, która mnie niemal zmiotła z powierzchni ziemi, nie zdarzyło mi się ani razu, by któryś z moich uczniów pokazał mi, że ma do mnie jakieś pretensje. Od tamtego czasu, nie zdarzyło mi się choćby raz, że któryś z nich spojrzał na mnie krzywo, czy rzucił jakąś aluzję, która mogłaby wskazywać, że on wie. Temat polityki nie pojawił się w rozmowach ani razu. A przecież jest jasne, że naprawdę nie trzeba było nigdy wiele, by wiedzieć, co jest grane, prawda?
Myślałem trochę o tym i doszedłem do, moim zdaniem, bardzo ciekawego wniosku. Otóż mam bardzo mocne przekonanie, że ludzie z którymi mam do czynienia na poziomie zawodowym, nawet jeśli wiedzą, co ze mnie za ziółko, mają te wiedzę w nosie. Oni prawdopodobnie do tego stopnia nie interesują się polityką, że to co ja sądzę na temat Smoleńska, Kaczyńskiego, czy Platformy Obywatelskiej jest dla nich taką egzotyką, że oni tego wszystkiego nie rozpoznają nawet, jako tematu. Czemu tak myślę. Otóż ja parokrotnie zauważyłem, i to akurat przy okazji zwykłych pogawędek na tematy ogólne, że wielu z nich nie dość, że nie ma pojęcia, co się aktualnie dzieje w Polsce, to nawet nie zagląda do gazet; wielu z nich nawet nie ogląda telewizji; wielu z nich nawet już nie ma telewizora. Cóż więc ich może obchodzić jakiś Tusk, czy tym bardziej Toyah?
Mam nadzieję, że jestem dobrze rozumiany. To nie jest tak, że ja się aż nie mogę doczekać aż któryś z nich zawoła: „O! Czytałem pańskiego bloga!” Wręcz przeciwnie. Ja się wręcz modlę o to, by nikt z czymś takim do mnie nie wyskoczył. I, przyznaję, że tak jak jest, jest właśnie dobrze. Ja nie mam najmniejszej ochoty wchodzić z moimi uczniami w debatę na temat Smoleńska, bo wiem, co czyha za rogiem. I to coś mi się bardzo nie podoba.
I oto, proszę sobie wyobrazić, dziś przydarzyła mi się rzecz zupełnie niezwykła. Przypadkiem zupełnie, poza lekcją, trafiłem na jednego z moich uczniów, a on się do mnie uśmiechnął z błyskiem w oku i powiedział: „Czytam pańskiego bloga. Jest świetny”. Ja mu oczywiście na to, że się nie spodziewałem, i czy naprawdę mu się podoba, a on, że bardzo i że już się nie może doczekać aż sobie porozmawiamy.
Powtórzę raz jeszcze. Ja z moimi uczniami o polityce nie rozmawiam. Ale też oni nie próbują nawet o niej wspominać, a jeśli tak, to w formie zwykłego codziennego narzekania, czy szydzenia. Nie przypominam sobie jednak, by któryś z nich wymówił kiedykolwiek nazwisko „Tusk”, „Kaczyński”, czy „Rydzyk”, że już o Smoleńsku nie wspomnę. W związku z tym, z tych wszystkich osób, które uczę, nie mam najmniejszego pojęcia, co która z nich sądzi na tematy, które nas tutaj tak pasjonują. Natomiast doskonale pamiętam, że ile razy miałem do czynienia z kimś, kto był naprawdę zaangażowany, natychmiast odczuwałem owo zaangażowanie na własnej skórze.
Dziś zaczepił mnie jeden z tych cichych. Jeden z tych, którym najwidoczniej nawet do głowy nie przyszło się, by się popisywać swoimi poglądami. Dlaczego? Domyślam się, że z tego samego powodu, dla którego i ja nie uważałem za stosowne się wystawiać na ten atak. Wystarczy, że każdy kto wpisze w googlu moje imię i nazwisko, imię i nazwisko moich dzieci, czy mojej żony, każdy kto wpisze w googlu imię „Toyah”, wie o mnie wszystko. Po co mi dodatkowe emocje?
I oto nagle okazuje się, że ja chyba nie doceniłem tej siły. Wygląda na to, że to wszystko aż kipi. Można mieć naprawdę nadzieję, że daliśmy się zastraszyć jakiejś kompletnie zaczadziałej bandzie durniów, która już parę lat temu utraciła kontakt z rzeczywistością, ale jakimś cudem potrafiła sobie z tym poradzić. Bardzo mi było miło przeżyć ten krótki moment satysfakcji. I aż czuję mrowienie w plecach na myśl, co jeszcze przed nami.

Dziś rozpoczęły się targi w Warszawie. Gabriel już tam jest, a ja tam się pojawię w sobotę, i będę sprzedawał wszystkie cztery książki. Serdecznie zapraszam. Grudzień będzie jeszcze bardziej bogaty, ale o tym już na bieżąco. Oczywiście, proszę o wspieranie bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.



sobota, 1 grudnia 2012

I znów twarzą do wiatru

Oczywiście, kwestia przejęcia przez System projektu pod nazwą „Uważam Rze” i przekazanie go w ręce ludzi z punktu widzenia owego Systemu zdecydowanie bardziej wiarygodnych od tych którzy reprezentowali polską konserwatywną prawicę dotychczas, jest dla nas wszystkich bardzo zajmująca, jednak wydaje mi się że kierunek w jakim zmierza obecna debata jest zdecydowanie niewłaściwy, bo i kompletnie jałowy, a przede wszystkim pomijający sedno sprawy. Słucham wypowiedzi różnych mniej lub bardziej wpływowych przedstawicieli polskiej publicystyki, czytam teksty analizujące sytuację jaka powstała po owym przejęciu projektu wymyślonego i jakże skutecznie zrealizowanego przez tak zwanych „autorów niepokornych”, i praktycznie jedyny przekaz jaki do mnie dochodzi to ten, że Grzegorz Hajdarowicz, nie przewidziawszy demolującej wręcz siły moralnego oburzenia redakcji „Uważam Rze”, popełnił spektakularne samobójstwo. I to uważam za idiotyzm o skali szczególnej.
Dlaczego jestem tu taki jednoznaczny? Otóż uważam, że wiara w to, że na poziomie, który jak by nie było, określa rzeczywisty stan polskich mediów, nie ma mowy o tym, by komuś nagle coś strzeliło do głowy, a reszta skutki owego strzału spokojnie kontemplowała, jest naiwna w sposób wręcz zawstydzający. Ja nie potrafię uwierzyć, że ludzie, którzy często stoją znacznie bliżej branży pod nazwą „polskie media”, i od których można by wymagać zdecydowanie więcej, gotowi są nagle uznać, że przejmowanie tygodnika takiego jak „Uważam Rze” odbywa się na takiej oto zasadzie, że jakiś Grzegorz Hajdarowicz – proszę łaskawie zwrócić uwagę na to, jak ten człowiek wygląda – uniósł się ambicją i postanowił zaszaleć. A tak to się właśnie dzieje. Słucham różnego rodzaju wypowiedzi, czytam pełne publicystycznej pasji opinie, i słyszę jeden komunikat: „Hajdarowicz to oczywiście sukinsyn, ale przede wszystkim bałwan”.
Jak mówię, ci których dziś pokazuję palcem, to często osoby znacznie lepiej ode mnie zorientowane w tym, gdzie, co i jak. Dlatego też tym bardziej nie potrafię pojąć, jak to się stało że każdy z nich tak łatwo zapomniał w jaki to sposób Grzegorz Hajdarowicz kupił sobie dziennik „Rzeczpospolita” i wszystko to co się wokół niego kręciło. Przecież nawet ja doskonale pamiętam te wszystkie ówczesne komentarze, sugerujące w sposób jednoznaczny, że ów Hajdarowicz właśnie w tym przekręcie jest zaledwie pionkiem. Że za nim stoją i ludzie, którzy mają plan, ludzie którzy mają strategię i wreszcie ludzie, którzy mają pieniądze. I że skoro tak, to jest czymś niewyobrażalnie głupim angażowanie się w ten projekt na zasadzie takiej, że my im wszystkim pokażemy.
Mimo jednak całkowitej oczywistości owego przekrętu, wielu z nas nagle uznało, że tygodnik „Uważam Rze” to kropla świętej wręcz nadziei na tym morzu kłamstwa i najbardziej okrutnej zbrodni. Że pewnie faktycznie, ten Hajdarowicz jest jakiś dziwny, no ale cóż on ma biedny zrobić, kiedy takie tuzy polskiej prawicowej żurnalistyki, jak Ziemkiewicz, Semka, Feusette, Wildstein, czy Zaremba, dzięki swoim talentom i determinacji napełniają mu kasę i skutecznie powiększają jego osobisty dobrobyt? W końcu, pewnie że ten cały Smoleńsk, te wszystkie Orliki, ta cała cyfryzacja, czy wreszcie niszczenie pisobolszewii mają swoje znaczenie, jednak biznes jest biznes.
No i dziś, kiedy Grzegorz Hajdarowicz praktycznie, jak się zdaje, zlikwidował „Uważam Rze”, pojawia się pytanie: „A czemuż to on jest taki głupi? Czemu on zatłukł na śmierć kurę, która mu znosiła złote jajka? A to bałwan!” No i że ci "niepokorni", to byli naprawdę szalenie zdolni ludzie. Żeby bez niczyjej pomocy stworzyć taki tygodnik, odnieść taki sukces! Własnie dziś możemy ów sukces oglądać na własne oczy. Zatem apeluję do wszystkich, byśmy na moment ochłonęli. Spróbujmy jednak wrócić do dni, kiedy to Grzegorz Hajdarowicz kupował sobie tę Rzepę i całą resztę. Nie bądźmy dziećmi. To nie był ani on, ani tym bardziej jego pieniądze. Nawet dziś gdzieś się pojawia sugestia, że tak naprawdę za to zapłacił Genin Bank, z jego właścicielem na czele. A skoro tak, to jeśli dziś zapadła decyzja, żeby ten biznes udać za nieudany, to Hajdarowicz w tym wszystkim w dalszym ciągu pełni wyłącznie funkcję figuranta, a samemu Czarneckiemu – tak mu chyba jest – też się wielka krzywda nie dzieje. W końcu, z jego punktu widzenia, takie „Uważam Rze”, to co to jest? To tylko paru kompletnie zniewolonych walką o finansowe przetrwanie dziennikarzy ma dziś pewien kłopot, bo w momencie gdy im się wydawało, że trafili na autentycznie złotą żyłę, okazało się, że nie. Że jeszcze nie teraz.
A co jak idzie o Hajdarowicza? On też specjalnie na tym zamówieniu nie stracił. Na początku miał niewiele, a pod koniec ma może ciut więcej. Czy przed nim jest coś jeszcze? Może tak, może nie. Jak widać, pojawił się plan, by to wszystko pociągnąć korzystając ze starego bardzo pomysłu wprowadzenia na rynek tak zwanej „prawdziwej prawicy”. W Salonie24 ukazał się dziś entuzjastyczny tekst internauty podpisującego się Alex Disease o tym, że może wreszcie uda się przepędzić tę bandę oszustów od Kaczyńskiego i zaproponować coś świeżego, coś bardziej reprezentacyjnego dla polskiej myśli liberalnej. Osobiście nie sądzę, żeby to wypaliło. Nawet gdyby ludzie stojący za Hajdarowiczem rzeczywiście mieli tu jakieś nadzieje – myślę, że nic z tego nie będzie. Trzeba więc będzie jakoś im to zrekompensować. Drobiazg. Naprawdę drobiazg.
Gorzej – tym razem już dla nas – jeśli w poniedziałek ukaże się numer „Uważam Rze” z pięknym kolorowym zdjęciem smoleńskiego wraku i wielkim tytułem „Mordercy!”, a wszyscy ci, którzy dziś są tacy bardzo pryncypialni, zaczną się drapać po głowie i powiedzą: „No, no! Może jednak warto zobaczyć, co oni tam piszą?”

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga. Choćby przez kupowanie książki o liściu. Jak ktoś mieszka w Warszawie, może się wybrać na targi książki historycznej. Przy stoisku nr 101 siedzi Coryllus i ma wszystko w odpowiednich ilościach. No i bardzo proszę o wpłaty na podany obok numer konta. Sytuacja jest autentycznie podbramkowa. Dziękuję.

piątek, 10 sierpnia 2012

Uwaga! Będą się bronić

Wszystko się zaczęło od tego, że w Salonie24 znalazłem bardzo ironiczny tekst, w którym autor postanowił wykpić coś co wcześniej znalazł w którymś z blogów na newsweek.pl, a co z kolei wyszydzało znak krzyża, jaki przed swoją słynną obroną rzutu karnego na Euro2012 wykonał polski bramkarz Przemysław Tytoń. Ponieważ przedmiot tych kpin robił wrażenie naprawdę niezwykłe, udałem się za tym tropem i trafiłem na ów krąg wyznaczony przez blogi Newseeka i trafiłem na najpierw na bardzo ciemne zdjęcie jakiegoś łysego człowieka z flaszką piwa, a podpisującego się jako Erwin Wencel, a później już na jego teksty.
Muszę przyznać, ze mimo swojej wieloletniej kariery jako blogera i w końcu człowieka, który wiele widział, ów Erwin Wencel zrobił na mnie wrażenie. Faktem jest, że czegoś takiego, co znalazłem w tekstach jakie ów człowiek publikuje w portalu newsweek.pl dotychczas nie miałem okazji czytać. Jest to bowiem autentycznie ekstremalny wybuch najbardziej wulgarnej pogardy, gdzie wydaje się, że żadne granice już nie istnieją. Nie będę ani do tego bloga likował, tym bardziej oczywiście nie będę dawał żadnych cytatów, wystarczy że wszystkich ciekawych, o czym mówię, zachęcę, by użyli swojej najbardziej chorej wyobraźni, a znajdą się właśnie tam, gdzie ja miałem okazje zajrzeć. No, może aż tak, ale z pewnością skutecznie się do twego miejsca zbliża.
Dyskutowaliśmy tu trochę ostatnio o chamstwie, i wydaje mi się, że to wszystko co ów Erwin chce nam powiedzieć, z całą pewnością pomogłoby nam ustalić pewne fakty, jednak nie o niego najbardziej mi tu chodzi. To co mnie akurat najbardziej w tym wybuchu najbardziej prymitywnego prostactwa uderzyło, to to, w jaki sposób jego autor tłumaczy swoje prawo, a nawet swój obowiązek, do tego, by tego typu retorykę, a przy okazji rozwiązania, proponować. Otóż on robi dwie rzeczy. Przede wszystkim, on bardzo chytrze zastrzega, że za to co on na tym swoim newsweekowym pisze, odpowiada w takim samym stopniu jak on – administrator portalu i sam właściciel tytułu. Więc to po pierwsze. Po drugie natomiast wyjaśnia ów człek, że jego agresja jest aktem samoobrony, zarówno w sensie czysto ludzkim jak i prawnym. W tym swoim przekonaniu o słuszności swoich działań, posuwa się bowiem do tego, że cytuje odpowiedni ustęp kodeksu karnego, który mówi, że „nie popełnia przestępstwa, kto w obronie koniecznej…” i tak dalej…
I to jest właśnie to, co mnie tak zainteresowało. Ten własnie argument. Że tu chodzi wyłącznie o obronę konieczną. Uważam bowiem, że w ten sposób otrzymaliśmy odpowiedź na nasze wszystkie dotychczasowe pytania, a jednocześnie zapowiedź tego, co nas czeka, jeśli się w jednej chwili nie uspokoimy. Oni się zwyczajnie będą musieli bronić. A jak bronić? No to już wiemy. Wszystko zależy na ile poczują się zagrożeni. Proszę zwrócić uwagę na to, co nam sugeruje Erwin Wencel, bloger portalu newsweek.pl. On zdaje sobie sprawę, że tam gdzie się znalazł może zainterweniować prawo, i chyba jednak nie chodzi o to, że on używa słów powszechnie uważanych za obelżywe – w końcu bez przesady, za to że ktoś o kimś powiedział, że jest „chujem”, jak nas uczy przypadek Zbigniewa Hołdysa, póki co nie wsadzają. Jemu z całą pewnością musi chodzić o coś więcej. Gdyby to tylko był ten „chuj” i parę jeszcze innych brzydkich słów, które tam się tak gęsto pojawiają, on ani by nie wspominał o ewentualnej współodpowiedzialności Piotra Bratkowskiego, który ma za zadanie moderować treści na portalu, ani też właścicieli tytułu. Nie cytowałby in extenso zapisu kodeksu o obronie koniecznej, zwracając taką uwagę na fragment o przekraczaniu granic owej obrony, gdzie jak byk stoi, że „w razie przekroczenia granic obrony koniecznej, w szczególności gdy sprawca zastosował sposób obrony niewspółmierny do niebezpieczeństwa zamachu, sąd może zastosować nadzwyczajne złagodzenie kary, a nawet odstąpić od jej wymierzenia”.
Zastanawiam się więc, co ten Wencel kombinuje takiego, że aż mu się chciało sięgać do kodeksu karnego? Możliwe że nic. Może być tak, że to jest jakiś biedak coś tam dłubiący na klawiaturze swojego peceta, bo to i nie ma z kim pogadać o swojej niechęci do Kaczorów, i też do „Szkła kontaktowego”, dodzwonić się nie sposób, i ostatecznie mu zostaje ten blog. Może być tak, że tu, jak ona nas wielokrotnie uspokaja, chodzi wyłącznie o to, by sobie trochę poświntuszyć. Ja bym jednak brał pod wagę, że jemu po głowie już wkrótce zaczną chodzić rozwiązania bardziej interesujące, niż bezkarne rzucanie bluzgów. Zwłaszcza że przy okazji tekstów, jakie on już napisał, można znaleźć parę prawdziwych konkretów, jak choćby ten o „przypierdalaniu w ryj”, czy o „gonieniu z kijami i widłami”.
Jednak to wszystko jest nieistotne. I tak do niczego mądrego tu nie dojdziemy. Rzecz w tym, ze jest mowa o przekraczaniu granic obrony koniecznej, za co się należy albo nadzwyczajne złagodzenie kary, albo wręcz od niej odstąpienie. I ja bym proponował się nad tym elementem skupić. I nam – bo w końcu, jak już mówiłem tu parę razy, na nich należy mieć bardzo uważne oko – ale też tym, których ten dziwny bardzo człowiek określa jako „nolens volens” biorących udział w jego szczególnym przedsięwzięciu. Bo jak przyjdzie co do czego, to jego się potraktuje, jako osobę obłąkaną, a nas nie uratuje nic.

Ledwo ciągnę. Jeśli ktoś ma jakiś luźny grosz, a ma ochotę wesprzeć ten blog, będę bardzo zobowiązany. Numer konta obok. Dziękuję.

sobota, 14 stycznia 2012

A jeśli nie napiszą, czyli o samotności ostatecznej

Oczywiście, jak niedawno zauważył to choćby nasz kolega, Orjan, kino stanowi jedną z moich podstawowych pasji, jednak, jeśli idzie o ten blog, to, poza drobnymi wzmiankami, jedynie „Ojciec Chrzestny” Coppoli znalazł tu swoje zasłużone miejsce, w tym sensie, w jakim gdzieniegdzie funkcjonuje Biblia. Chodzi o to, że ten „Ojciec Chrzestny”, moim zdaniem, zawiera tak strasznie dużo, i tak bardzo uniwersalnych i pouczających, wątków, że właściwie nie ma tematu, którego nie można by było, w ten czy inny sposób, przy pomocy tej historii skomentować. I oto nagle wychodzi na to, że prawdopodobnie „Ojciec Chrzestny” zostanie tu zdetronizowany, a to dzięki czemuś, co ja oglądałem wiele razy, jednak już bardzo dawno temu, a dziś zostało mi przypomniane własnie przez Orjana – a mam tu na myśli film „Trzy dni Kondora”. Obejrzałem go sobie wczoraj ponownie i wydaje mi się, że, mimo iż z każdym rokiem on się robi coraz starszy i tym samym irytująco teatralny, nigdy dotąd nie zrobił na mnie takiego wrażenia.
Tam oczywiście jest całe mnóstwo scen, które warto by było przypominać, niemniej w naszej sytuacji chyba szczególnie by się przydało opowiedzieć scenę finałową. Zanim jednak to zrobię, parę słów krótkiego bardzo streszczenia. Otóż Robert Redford, z grupą sześciu innych osób, pracuje w czymś co się nazywa Amerykańskim Towarzystwem Literackim, czy jakoś tak, a w rzeczywistości jest ukrytą komórką CIA. Pewnego dnia, z całkowicie nieznanych przyczyn, do biura wchodzi paru bardzo zawodowych zabójców i wszystkich kolejno mordują. To znaczy, wszystkich, z wyjątkiem Redforda, który akurat na chwilę wyszedł. Wraca więc Redford na miejsce, widzi, co się stało i od tego czasu musi, z jednej strony, uważać, by i jego nie sprzątnięto, a z drugiej bardzo się stara odgadnąć przyczynę tej masakry, no i, jak najbardziej, przechytrzyć złych ludzi. Myślę że tego już nie muszę dodawać, ale tak jak to często się dzieje w amerykańskim kinie, wrogiem nie jest już jakaś marna grupka przestępców, ale państwo, a może nawet i coś więcej – mianowicie System.
I teraz opowiem, jak wygląda ta końcówka. Kiedy wreszcie Redfordowi udaje się wykręcić od nieuchronnej wydawałoby się śmierci, ale też odkryć tajemnicę tego, co się faktycznie stało – tajemnicę, należy dodać, całkowicie kompromitującą właśnie państwo – stoi on sobie na jednej z nowojorskich ulic z głównym winowajcą całego zamieszania, obok nich przechodzi zajęty sobą tłum, i informuje go tryumfalnie, że o wszystkim właśnie został poinformowany „New York Times”, a więc – sorry Winnetou. Ten zły najpierw wpada w czarną rozpacz, wyrywa sobie włosy z głowy i krzyczy do Redforda, że coś ty idioto zrobił najlepszego, wszystko zniszczyłeś itd. itp., jednak już po chwili się uspokaja i chytrze pyta Redforda: „A co zrobisz jeśli tego nie wydrukują?” Redford kamienieje, jednak zaraz mówi: „Spokojna głowa, wydrukują”. Na co zły: „A jeśli nie?” I dodaje: „Wówczas będziesz najbardziej samotnym człowiekiem na świecie”. I tak się ten film kończy. Jeśli ktoś ma do mnie pretensje o spoilerowanie, niech je kieruje tylko do siebie. Trzeba oglądać klasykę, a nie Harrego Pottera.
Przez parę ostatnich dni rozmawialiśmy tu sobie o tym przedziwnym wydarzeniu, kiedy to pułkownik Wojska Polskiego, wojskowy prokurator, Mikołaj Przybył publicznie wsadził sobie w usta pistolet, przestrzelił sobie policzek, a kiedy go zabierano do szpitala, by mu tę dziurę oporządzić, poinformował media, że on tak naprawdę chciał się zastrzelić, ale mu nie wyszło. W trakcie tej naszej internetowej rozmowy, w pewnym momencie pojawiło się pytanie, czy istnieje jeszcze coś tak oburzającego, kompromitującego, szokującego, zawstydzającego – można wymieniać – by opinia publiczna w Polsce postanowiła się tym czymś zainteresować na dłużej, niż na parę godzin, i dość zgodna odpowiedź brzmiała, że nie. Nic takiego nie ma. I ja chciałem tu parę słów na ten temat, trochę oczywiście powtarzając to, co już zostało i tak powiedziane, ale wydaje mi się, że nigdy zbyt dużo prostych prawd.
Myślę sobie bowiem, że kiedy w grudniu roku 1981 specjalny oddział ZOMO, na rozkaz ówczesnych władz partyjno-państwowych – tak się to wtedy nazywało – zamordował 9 górników niemal na miejscu, a jeszcze kilka osób z pewnym opóźnieniem, pamięć o nich trwa w ten czy inny sposób do dziś. I nawet jeśli ktoś – i to wcale niekoniecznie przede wszystkim młodzież – ma tych górników na co dzień w nosie, to jednak, wspominając tamten dzień, potrafi choć na moment skłonić głowę. Myślę, że w gruncie rzeczy każdy – nawet prezydent Komorowski. Tymczasem, odnoszę coraz częściej wrażenie, że gdyby dziś doszło do podobnego wydarzenia, a więc, gdyby oddziały policji, czy jacyś specjaliści z ABW, przeprowadzili akcję przeciwko dowolnej grupie powszechnie traktowanej jako opozycja, pies z kulawą nogą by się tym wydarzeniem nie zbulwersował. Gdyby dziś policja lub jakiekolwiek służby na zimno zamordowały – no niech będzie, że dziewięciu protestujących górników – na początku oczywiście na dole ekranu telewizora pojawiłby się żółty napis, że oto doszło do tragedii, następnie w telewizji wystąpiłby minister Cichocki, powiedziałby, że doszło do tragedii i że sprawa będzie wyjaśniana z pełną starannością, następnie Justyna Pochanke zaprosiłaby do studia Leszka Millera i Jerzego Dziewulskiego, którzy by potwierdzili, że doszło do tragedii i że sprawę powinna wyjaśnić niezależna komisja, no a w związku z żałobą narodową, którą właśnie ogłosił prezydent Komorowski, w dniu dzisiejszym nie będzie „Szkła kontaktowego”.
W tym momencie do głosu doszłaby opinia publiczna, i ta sprzed telewizorów, ale również komentująca w mediach – zarówno mainstreamowych, jak i tak zwanych obywatelskich. Przede wszystkim, rozdzwoniłyby się telefony do TVN-u, że nie ma najmniejszego powodu, by zawieszać nadawanie codziennej audycji, zwłaszcza że każdy wie, że prawdziwą żałobę można obchodzić w milczeniu, a nie tak demonstracyjnie. No ale wiadomo, że PiS nawet śmierć musi wykorzystać. Na drugi dzień dyskusja stałaby się już nieco bardziej demokratyczna, a więc pojawiliby się politycy Platformy Obywatelskiej, którzy by – najpierw dość nieśmiało, a następnie już zupełnie otwarcie – przypomnieli, że to za rządów PiS-u doszło do pierwszych przypadków nadużycia władzy, a więc, żeby może niektórzy w tej sytuacji siedzieli cicho. Oczywiście, dyskusja by już sunęła pełną parą na blogach, a tam, jak to na blogach. Głos ludu. A więc, na poziomie bardziej intelektualnie zaawansowanym, dowiedzielibyśmy się, że dobrze tak skurwysynom i nierobom, bo niech się nikomu nie wydaje, że można bez końca okradać polskie państwo, natomiast najbardziej schamiała blogerska drobnica by już tylko w swoim zwykłym stylu informowała, że trzeba było przy okazji ustrzelić Jarusiowi kota, lub że ciekawe kto i za czyje pieniądze zapłaci za te pogrzeby. Po tygodniu, z tej tragedii nie pozostałby najdrobniejszy ślad, a jeśli kiedykolwiek by o niej wspominał, to oczywiście tylko my, niestety ku coraz większemu społecznemu zniecierpliwieniu, że jak długo można wałkować wciąż ten sam temat.
Jak to się stało, że pamięć o Dziewięciu z Wujka jednak przetrwała? Przecież z całą pewnością nie jest tak, że w tamtych latach, media bardziej niż dziś, czuły obowiązek wobec społeczeństwa. Że tamci dziennikarze bardziej niż ci dzisiejsi wiedzieli, czym jest ten ich jakiś etos. Oczywiście, że nie! Wtedy jednak my wszyscy z jednej strony mieliśmy Kościół, a z drugiej jednak dostęp do tak zwanego drugiego obiegu – głównie w postaci radia Wolna Europa i Głos Ameryki. Co jednak może jeszcze ważniejsze, nie byliśmy tak okropnie zabiegani, tak tragicznie zaplątani w tę nieustanną konsumpcję i tak fatalnie zniewoleni na poziomie duchowym. A więc zdecydowanie mieliśmy czas na to, by sobie niekiedy bardziej niż zwykle pomyśleć. Dziś ta możliwość została nam ograniczona do minimum. Dziś ów „drugi obieg” w rzeczywistości nie istnieje, a więc nie istnieje też dostęp do alternatywnej informacji. Wtedy, Wolnej Europy mogła słuchać niemal cała Polska; dziś – czy to media toruńskie, czy blogi – stanowią czystą niszę. Zresztą, prawdę powiedziawszy, media w ogóle stanowią niszę, tyle że System ma szereg innych bardzo skutecznych sposobów docierania do społeczeństwa. Wielokrotnie zresztą o nich na tym blogu wspominaliśmy.
Właśnie – media. Ciekawa sprawa z tymi naszymi mediami. Z wszelkich dostępnych informacji wynika, że zdecydowana większość aktywnego – a więc tego, które nie musi zajmować się wyłącznie walką o przetrwanie – społeczeństwa, poza kolorowymi magazynami i bezpłatnymi dziennikami, gazet praktycznie nie czyta, w radiu słucha wyłącznie muzyki, a jak idzie o telewizję, ogląda tylko pierwszy program TVP. Reszta pije, śpi i trzeźwieje. A zatem, zastanówmy się, w jaki sposób ci właśnie obywatele mieliby zareagować na informacje o dziewięciu zamordowanych górnikach, zwłaszcza w sytuacji, gdy cały System jest gotów użyć wszelkich dostępnych sposobów, by do niech na ten temat docierała maksymalnie chaotyczna informacja, a – jak już powiedzieliśmy – reszta to nisza? A co z tymi, co są bardziej aktywni? Oni akurat swoje wiedzą i nowych wyjaśnień słuchać nie zamierzają. Im nawet już media do zdobywania wiedzy są niepotrzebne. W filmie „Trzy dni Kondora” Robert Redford wie, że choćby System nie wiadomo jak był potężny, od niego potężniejsze są wolne media, a więc kiedy pojawia się zapowiedź – czy może tylko zła wróżba – że to wcale nie jest takie pewne, czy te media są faktycznie takie wolne, ona brzmi tam jak autentyczna apokalipsa. Dlaczego? No właśnie dlatego, że dla Redforda ten „New York Times” to prawdziwa opoka. To coś, czego bramy piekielne nie przemogą. On wie, że to wszystko jest tak ułożone, że tam System się nie przedostanie… i w tym momencie nagle sobie uświadamia, że może to akurat już nie jest takie pewne. Widzimy ten piękny, nowoczesny budynek redakcji, ten przepyszny napis „New York Times”, tę fantastycznie nowoczesną nowojorską ulicę, ten piękny i fantastycznie prosperujący tłum i tego biednego Redforda, nagle uświadamiającego sobie, że jest całkiem możliwe, że on już niedługo zostanie „najbardziej samotnym człowiekiem na świecie”. Przepraszam, czy w tym kontekście ktoś chciałby się mnie jeszcze pytać o Polskę?
Jest w filmie „Trzy dni Kondora” jeszcze jedna wstrząsająca scena. Po tym jak Robert Redford dowiaduje się, że zlecenie na niego zostało cofnięte, razem ze swym niedoszłym zabójcą, wychodzą przed dom, w którym miał zginąć, i sobie, już bez żadnego napięcia, rozmawiają. I wtedy Von Sydow – to on gra tę straszną postać – uśmiecha się łagodnie i mówi, że on właściwie lubi swoją pracę. Tam wszystko jest jasno określone, człowiek wie, co do niego należy, no a poza tym, wyjątkowo komfortowa jest sytuacja, kiedy nie trzeba się opowiadać za żadną ze stron. Właśnie tak. Że nie trzeba się deklarować po żadnej ze stron. A później Von Sydow pyta: „Podrzucić pana?”, na co Redford mówi „Bardzo proszę”. A ja sobie myślę, że gdyby ten film skończył się w tym miejscu, można by to wszystko uznać wręcz za kino familijne. Nie? No, przepraszam, ale faktyczny koniec to, że mam rację, zdecydowanie potwierdza.

Jeśli komuś się ten tekst spodobał, a stać go jeszcze na pewne finansowe fanaberie, bardzo proszę kupować książkę o liściu, lub wspierać ten blog pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

piątek, 13 stycznia 2012

O ulicznych grajkach raz jeszcze

Ponieważ świetnie zdaję sobie sprawę z tego, po co ten mój blog jest, i dlaczego niektórzy wciąż lubią tu przychodzić, jeśli piszę o sobie i swojej codziennej kondycji, robię to albo po to, by kolejne teksty przyozdobić jakimiś anegdotami, albo żeby te notki nie były aż tak bardzo publicystyczne. Poza tym, jak już kiedyś to tutaj podkreśliłem, to co ja piszę na tym blogu, jest swego rodzaju poezją konfesyjną, więc trudno się też spodziewać, by wątków osobistych nie było w ogóle. Natomiast, też jest tak, że ja bardzo bym nie chciał, żeby tu nagle zrobiła się taka atmosfera, że ja będę się skarżył na swoją marną sytuację, lub – przeciwnie – chwalił się swoimi sukcesami. To akurat najprawdopodobniej mało już kogo obchodzi. Dziś robię wyjątek.
Pisałem o tym niedawno, że jeszcze w listopadzie, w Salonie24, pewien nieprzyjazny nam bloger poświęcił mi całą notkę, kierując do mnie pretensje głównie o to, że ja tu „żebrzę”. On zresztą akurat był tu dość wstrzemięźliwy. Prawdziwa zabawa zaczęła się dopiero w komentarzach, i to dopiero w komentarzach pojawiły się prawdziwe rewelacje, i dopiero w komentarzach zobaczyłem, jak bardzo – na pewnym poziomie nienawiści – prosta plotka i zwykłe kłamstwo mogą nagle przyjąć pozę informacji. Z tego co ja tam o sobie przeczytałem, wynurza się obraz kogoś, kto kiedyś, przed laty, zaczął prowadzić bardzo poczytny blog, zebrał sporą grupę czytelników i sympatyków, i wszystko toczyło się bardzo miło, do czasu, gdy Onet nagrodził autora bloga tytułem politycznego blogera roku. W reakcji bowiem na tę nagrodę, bloger uznał, że jest tak wybitny, że już wyłącznie poświęcając się temu zajęciu, sięgnie najwyższych możliwych zaszczytów, rzucił pracę i zwrócił się do swoich fanów, by go zaczęli sponsorować. A nie wolno zapominać, że pracę miał naprawdę bardzo dobrą, bardzo dobrze płatną i dającą bardzo dużo wszelkiej satysfakcji. No i w tym momencie zaczął się jego upadek Teksty stały się znacznie gorsze, on sam stał się bardziej zgorzkniały i pełen jadu, w dodatku – ponieważ oczywiście nadęty pychą odszedł z Salonu24 i założył swój własny blog – stracił czytelników. W efekcie zostało tylko wspomniane żebranie.
Wprawdzie historia ta dla kogoś niezorientowanego brzmi bardzo atrakcyjnie, jednak można by było na nią machnąć ręką – zwłaszcza, że ci, do których być może tamten tekst był skierowany, doskonale wiedzą, jak było w rzeczywistości – gdyby nie pewien szczegół, który pojawił się we wspomnianych komentarzach. Otóż pewien internauta pisze, że nie ma takiej możliwości, by anglista z doświadczeniem nie miał pracy. Pracy bowiem, zarówno dla nauczycieli języka angielskiego, jak i tłumaczy – jest mnóstwo i nic nie wskazuje, żeby w tej dziedzinie miał się pojawić jakikolwiek kryzys. I w tym momencie pojawia się, moim zdaniem, bardzo poważny problem. Bo, jeśli założyć, że jest tak jak pisze ów człowiek – a niewykluczone, że, przynajmniej w Warszawie, sytuacja wygląda właśnie tak – można pomyśleć, że bloger Toyah istotnie „rżnie” swoich naiwnych czytelników równo i bezwzględnie. Niezależnie już od tego, w jaki sposób on doszedł do tego stanu, w którym się dziś znajduje. W tej sytuacji zmuszony jestem poinformować ponownie wszystkich ewentualnie zainteresowanych o tym, jak się rzeczy mają.
Przede wszystkim, tym którym przypominać trzeba, przypominam, że skutkiem prowadzenia tego bloga w takim kształcie, w jakim on jest znany, w pewnym momencie zostałem niemal całkowicie pozbawiony pracy. To jest fakt i on tu już nieraz był omawiany. Z powodu poglądów, jakie tu prezentuję, niemal całkowicie straciłem pracę. Ponieważ sytuacja zrobiła się dramatyczna, pomyślałem, że zwrócę się do czytelników o sponsorowanie tego bloga, tak jak się sponsoruje zdolnych ulicznych grajków, a tym samym o pomoc w utrzymaniu mojej rodziny. Moja prośba została solidarnie przyjęta.
A teraz coś, czego większość może nie wiedzieć, a co musi zostać powiedziane. Od czasu jak odebrano mi te kursy, zajmuję się nieustannym rozsyłaniem pod wszystkimi możliwymi adresami swojego CV, które – wedle wszelkich obiektywnych standardów jest zawodową historią dość wyjątkową, w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Dziś już nie jestem w stanie powiedzieć, ile tych CV wysłałem, ale są to setki. Co najważniejsze, wysyłam je niemal wyłącznie w odpowiedzi na oferty, których jest mnóstwo. Każda z ofert brzmiała podobnie: „Potrzebny nauczyciel języka angielskiego”. Do dziś, nie stawiając żadnych warunków, otrzymałem tylko jedną odpowiedź i, dzięki temu kontaktowi, mam dziś kilka lekcji, głównie wczesnym rankiem (stąd zdarza mi się odpowiadać na komentarze około godziny 7 rano). I to jest wszystko. Ciągnie się również za mną jedna stara grupa, jednak już w marcu ten kurs się kończy. A więc zostają mi tylko te poranne lekcje. W dodatku, pani Toyahowa, również od tego roku, z firmy, w której jest zatrudniona, po raz pierwszy od wielu lat, nie dostała prawie żadnych lekcji – zaledwie jedną grupę w tygodniu. W związku z tym, zastanawia się nad zrezygnowaniem z działalności, bo ZUS jaki płaci co miesiąc, praktycznie równoważy przychody z tych lekcji. Zostanie jej więc szkoła, a jeśli ktoś wierzy, że szkoły płacą tak jak twierdzi Ministerstwo, niech wierzy. Tak jak we wszystko.
Dlaczego tak się stało? Dlaczego ani ja ani ona nie mamy lekcji? Są dwie możliwości – obie dla nas fatalne. Przede wszystkim może chodzić o ten blog. Słyszałem z wielu źródeł, że obecnie nikt nikogo nie zatrudni, dopóki nie wklepie w googlu nazwiska i nie sprawdzi, kto zacz. Po wpisaniu nazwiska „Osiejuk” google natychmiast odsyła do tego bloga. Nawet moja córka – swoją drogą ciekawe, że ona ukończywszy biotechnologię, też nie jest w stanie znaleźć pracy – po wpisaniu swojego imienia i nazwiska otrzymuje tekst niejakiego Brody (gdyby ktoś nie wiedział – „nasz”). Dalej są już tylko dwie możliwości: albo się trafi na kogoś kto ten blog lubi, albo na takiego, kto go nie nawiedzi i życzy mu nagłej śmierci. I to wszystko, jak idzie o tę ewentualność.
Druga opcja jest taka, że my jesteśmy już starszymi ludźmi. Mam młodszych kolegów, którzy twierdzą, że pracy jest mnóstwo. Jest jednak taka możliwość, że kiedy właściciel firmy widzi, że pracy poszukuje ktoś, kto jest już po pięćdziesiątce, widzi przed sobą jakiegoś starszego, łysego nieudacznika z wąsem, lub jakąś starsza panią w berecie – to akurat musi być jeszcze elementem kryminogennym w przypadku nazwiska „Osiejuk” – i sprawa jest również zakończona. Rozmawiam z wieloma znajomymi na temat sytemu rekrutacji w różnych dziedzinach życia i wygląda na to, że teoria wyrażona pięknie w tytule „To nie jest kraj dla starych ludzi” bardzo dobrze się sprawdza w praktyce. Inwestujemy w ładne dziewczyny i w młodych, energicznych mężczyzn. Reszta zostaje skierowana w kosmos.
I to są dwie wyłączne możliwie przyczyny, dla których i ja i moja żona mamy tak ciężko, jak idzie o wykonywanie zawodu. Jeśli ktoś mi nie wierzy, mogę przysłać mailem zarówno nasze CV plus referencje.
Po co to wszystko piszę? Otóż pierwszy powód już wymieniłem. Coś musi zostać wyjaśnione, żeby kłamstwo się nie rozzuchwalało. Drugi powód jest już prozaiczny. Ci wszyscy, którzy tu przychodzą, zasługują na to, by wiedzieć. Jest jeszcze powód trzeci – on akurat w pewnym sensie jest dla mnie podstawowy – pomoc finansowa dla tego bloga praktycznie zamarła, książka niemal całkowicie przestała się sprzedawać, więc – sami rozumiecie – pomyślałem, że trochę ponarzekam. Mam nadzieję, że się nie gniewacie. Zwłaszcza że, wydaje mi się, że to wszystko co wyżej napisałem, to jest też zupełnie niezły felieton. Kto wie, czy ostatnio nie najlepszy.

Będę wdzięczny za wsparcie w każdej formie. Dziękuję tym wszystkim, którzy wciąż tu są. Oni wiedzą.

piątek, 18 listopada 2011

I nikomu nie wolno się z tego śmiać...

Dotarła do mnie w tych dniach informacja, czy może tylko mocna spekulacja, że kiedy Donald Tusk, wychwalając Jarosława Gowina jako nowego Ministra Sprawiedliwości, zapewnił, że Gowin to „pozytywna szajba”, nie mówił tego tak po prostu, od siebie, ale że to określenie zostało mu podrzucone przez jego wizerunkowych doradców. Na ten sposób objaśniania stanu umysłu Premiera jestem jak najbardziej otwarty z dwóch względów. Przede wszystkim dlatego, że on doskonale wspiera to, co ja sobie o tym dziwnym człowieku myślę już od pewnego czasu. Że on mianowicie robi dziś wyłącznie wrażenie kogoś tak strasznie nieprzytomnego, że gdyby się nagle miało okazać, że on ma pod karkiem zamontowaną specjalną sprężynkę z kluczykiem, którym ktoś go każdego ranka nakręca, choćby po to, by się nagle nie złożył, nikt by się nawet szczególnie nie zdziwił. A więc to jest całkiem możliwe – ten greps o pozytywnej szajbie to mógł być nie jego pomysł. Podobnie zresztą, jak każdy inny z formułowanych przez niego codziennie pomysłów.
Biorę jednak chętnie pod uwagę tę możliwość z tego też względu, że, jeśli faktycznie tak jest, że któryś z wybitnych cybernetyków, prowadzących Donalda Tuska po tych jego krętych ścieżkach, uznał, że ten greps z pozytywną szajbą zrobi na ludziach pozytywne wrażenie, to znaczy, że im towarzystwo tego człowieka zdecydowanie zaszkodziło. A w końcu, cóż może być dla nas przyjemniejszego, niż wiadomość, że tam zapanowała właśnie jakaś ciężka zaraza? Teraz już tylko trzeba wypatrywać, jak oni wszyscy po kolei zaczną zdychać.
Z drugiej strony, muszę przyznać, że, jeśli rzeczywiście założyć, że za tymi dziwnymi słowami stoi jakiś plan, to ja go nie rozumiem. Autentycznie nie jestem w stanie odgadnąć, jaka logika może kierować myślą, że jeśli, anonsując kandydaturę nowego Ministra Sprawiedliwości, Premier powie, że ów minister cierpi na „pozytywną szajbę”, to w ten sposób, że się utrzymam na zaproponowanym przez władzę poziomie retoryki, się „zapunktuje”. Tego nie rozumiem i obawiam się, że już do końca życia nie zrozumiem.
Jest też jednak oczywiście taka możliwość, że Donald Tusk zachowuje wciąż pewną umysłową autonomię i owa uwaga na temat „pozytywnej szajby”, na którą cierpi Jarosław Gowin – nowy Minister Sprawiedliwości, była tej autonomii swoistą demonstracją. Należy tę ewentualność brać pod uwagę, pamiętając choćby fakt, że całość tej wypowiedzi była nieco bardziej rozbudowana. Donald Tusk nie tylko określił Jarosława Gowina mianem „pozytywnego szajbusa”, ale dodał do tego jeszcze zwrot: „na ten temat”, przez co całość brzmiała mniej więcej tak: „Jarosław Gowin reprezentuje pozytywną szajbę na ten temat”. A to – przepraszam bardzo – robi już wrażenie autentycznego obłąkania, i uważam, że przynajmniej to „na ten temat” stanowiło tu osobisty, autorski wkład Premiera.
I to mnie prowadzi do refleksji o charakterze już czysto rozrywkowym. Bo oto jestem przekonany, że wspomniana „pozytywna szajba na ten temat” to wydarzenie zupełnie wyjątkowe. Mieliśmy ostatnio okazję zastanawiać się na przypadkiem szczególnej kariery, jaką w Internecie zrobiła pewna Ania Bałon, 18-letnia dziewczynka z Opola, która zapragnęła zostać modelką, a przez to, że jest wyjątkowo ładna i zgrabna, odniosła na tym polu pewien sukces. Otóż ta Bałon, z tego oto powodu, że zdaniem wielu komentatorów jest po prostu głupia, stała się obiektem powszechnych i najbardziej brutalnych szyderstw ze strony internautów. Podstawowy atak na dziewczynkę sprowadza się zatem najpierw do wyszukiwania kompromitujących jej rozum wypowiedzi, a następnie szeregu pełnych najróżniejszych obelżywości życzeń i żalów, w tym tego podstawowego, że źle się stało, że ona w swoim czasie nie została zwyczajnie wyskrobana.
Nienawiść, jaka opanowała Internet, ale też szerzej rozumianą kulturę pop, oparta jest między innymi na jednej z wypowiedzi Ani Bałon, gdzie wyznaje ona, że „jara się tym, jaka jest ładna i szczupła”. Osobiście uważam, że każdy w miarę rozgarnięty kibic, widząc jak to dziecko wyglądało jeszcze dwa lata temu – telewizja nie oszczędza nikomu niczego – powinien raczej ze zrozumieniem pochylić głowę nad tym, owszem, dość komicznie brzmiącym, ale przecież zupełnie sensownym, wyznaniem, no ale tak się jakoś dzieje, że zamiast tego wokół słyszymy tylko rechot. I teraz powiem coś dla mnie absolutnie oczywistego. Otóż jestem szczerze i głęboko pewien, że gdyby owa Ania Bałon nagle wpadła na pomysł, by, zamiast mówić, że ona się „jara” tym jaka jest ładna, powiedziała, że jeśli idzie o bycie modelką ona „ma pozytywną szajbę na ten temat” – zostałaby zwyczajnie i po prostu zniszczona. Oczywiście, ona i tak dziś już jest niszczona – i to niszczona bardzo brutalnie – ale jestem głęboko przekonany, że gdyby ona wspomniała coś o tej „pozytywnej szajbie na ten temat” – już by było po niej. To byłby jej ostateczny koniec.
Kiedy piszę ten tekst, w telewizji swoje expose wygłasza Donald Tusk i, o ile dobrze słyszę, on akurat, wbrew wszystkiemu, radzi sobie świetnie. Sprężynka jest dobrze naciągnięta, słowa z jego ust wychodzą gładko i zrozumiale, a wokół śladu śmiechu. Ale właśnie przed chwilą usłyszałem, jak wycieka z tych ust mniej więcej coś takiego (cytuję z pamięci): „Ktoś w Parlamencie Europejskim powiedział niedawno, że już za chwilę Europa zostanie podzielona na dwie części – jedna z nich obejmie tych, którzy siedzą przy stole, a druga tych, którzy leżą na talerzach. My Polacy musimy zadbać o to, byśmy siedzieli przy stole. W związku z tym, rząd, w trosce o bezpieczeństwo obywateli, zapewni wojsku i policji znaczne podwyżki wynagrodzeń. Do lipca przyszłego roku policjanci i żołnierze otrzymają 300 zł. podwyżki każdy, i jeszcze raz tyle przed końcem roku”. I teraz przepraszam wszystkich serdecznie, ale zamurowało mnie. Zwyczajnie mnie zamurowało, i już nie jestem w stanie dalej pisać. Najnormalniej w świecie utknąłem i jedyne co potrafię aktualnie robić, to gapić się bezmyślnie w okno i starć się odzyskać równowagę.
Oto bowiem, w tym dzisiejszym expose, padło absolutnie najważniejsze, kluczowe i decydujące o wszystkim zdanie, stawiające sprawę najjaśniej jak tylko jest to możliwe. Ponieważ w nadchodzących miesiącach, Polsce grozi sytuacja, kiedy to zostanie przez silniejsze państwa Unii Europejskiej schrupana, władza nie może dopuścić do jakichkolwiek szkodliwych i niebezpiecznych ekscesów. A w ramach tej troski, społeczeństwo w swojej podstawowej większości zostanie najpierw zmuszone do pewnej istotnej kontrybucji, a następnie wszyscy ci, którzy zechcą z tego powodu wyrażać niezadowolenie, będą mieli do czynienia z armią złożoną z dobrze opłaconych i zadowolonych funkcjonariuszy. Zgoda – plan przygotowany na 11 listopada nie do końca wypalił, ale ponieważ wedle powszechnych oczekiwań, to co najgorsze wciąż przed nami, można się spodziewać kolejnych prób. Możliwe bardzo, że tym razem udanych. I władza jest na te okoliczność przygotowana znakomicie. No i dobrze. Przynajmniej mamy jasność. A ponieważ nie jesteśmy w stanie nic na to poradzić, pozostaje nam czekać w skupieniu i starać się zachować zimną krew.
A ja, robiąc to co robię, mogę wyrazić tylko jeszcze jedną refleksję – Naprzeciwko nas nie stoi tak zwana oświecona tyrania. Przeciwko nam nie wystąpili ludzie, którzy dla dobra powszechnego postanowili poświęcić najbardziej podstawowe zasady demokracji. Naszymi przeciwnikami nie są jacyś nieokreśleni mistrzowie dalekosiężnego planowania. Dziś mamy do czynienia już tylko z pozytywną szajbą w tym temacie. I to naprawdę nie jest już ani trochę śmieszne.

Zbliżają się Święta. Wygląda na to, że tym razem jeszcze nic im nie zagraża. A więc będzie choinka, będzie ryba, będą prezenty. Zachęcam wszystkich, którzy jeszcze tego nie zrobili do kupowania mojej książki o liściu. To będzie naprawdę bardzo dobry prezent gwiazdkowy. No a poza tym, proszę stale wspierać ten blog finansowo. I pozostaję w nieskończonej wdzięczności.

wtorek, 1 lutego 2011

O ludziach wolnych i nie-wolnych

Mija kolejny miesiąc, jak jesteśmy na Waszym garnuszku. A więc kolejny miesiąc, kiedy należy dziękować, i to dziękować nie byle jak. Na poziomie sytuacji i na poziomie świadomości, że co by było gdyby…

A więc za kolejny miesiąc wsparcia dla tej walki i dla tej nędzy.
Cmentarnemu
Edwardowi z Przegędzy
Piotrowi z Warszawy
Naszemu Człowiekowi z Zaczernia
Jakubowi z Warszawy
Radosławowi ze Szczecina
Pawłowi z Warszawy
Antoniemu z Tarnowa
Dance z Warszawy
Grzegorzowi z Warszawy
Witkowi z Warszawy
LEMMINGOWI!
Aplikacjom
Mojemu imiennikowi ze Szczecina
Szymonowi z Warszawy
Joli z Sieprawia
Naszemu Człowiekowi w Bolesławcu
I Tobie Małgosiu z Warszawy
Kozikowi
Michałowi z Piastowa
Tobie z Gdyni
Magdzie i Markowi prosto z Gdańska
No i państwu Wieczorkom, jakże by inaczej
Naszym Ludziom ze Skoczylasa
Tomkowi z Pabianic
Dorocie z Warszawy
Michałowi z Warszawy
Leszkowi z Krakowa
Grabarzowi, jak najbardziej
Annie z Olsztyna
I Tobie, Ginewro
Krystynie z Gdańska
Jackowi z Warszawy
I.. z Melomanów
I Tobie, Wojtku
No i, jak zawsze, Paypalowcom – Ewie gdzieś z Niemiec, Zosi Bóg wie skąd, Arturowi spod Londynu, no i – jakże by inaczej – Piotrowi i Pawłowi.


Nasza koleżanka Latinitas zadręcza się ostatnio troszkę z powodu owego Systemu, który stał się wręcz przewodnim elementem tego, co nasz blog wypełnia. A zatem, Tobie Agnieszko, żebyś wiedziała, ale przede Wams wszystkim i w podzięce, i dla tej drobnej, tak bardzo upragnionej satysfakcji, jeszcze raz stary wpis sprzed lat, o ludziach-numerach. W tamtym czasie, z jakiegoś powodu – może właśnie ze względu na czasy, a może ze względu na pewną niepoważną nutę – został zlekceważony. Dziś możemy widzieć z całą przejrzystością, jak bardzo niesłusznie. Zapraszam. Tekst ten sam, minimalnie przemedytowany.


Niedawno minęła czterdziesta rocznica, jak angielska telewizja wyemitowała pierwszy z siedemnastu odcinków serialu The Prisoner. W Polsce film ten jest kompletnie nieznany, podczas gdy w samej Wielkiej Brytanii i na świecie otoczony jest kultem, który trudno porównać z czymkolwiek podobnym.
Dlaczego nie znamy Uwięzionego tu w Polsce? Częściowo dlatego, że, gdy serial władał umysłami miłośników filmu w krajach Zachodu, w Polsce wyświetlany być nie mógł, a później, gdy już można go było pokazać, to był zbyt archaiczny, a przez to pewnie, z punktu widzenia przeciętnego widza, nieinteresujący.
O czym jest The Prisoner? Utrzymany troszkę w konwencji ówczesnych seriali sensacyjnych, typu Święty, opowiada historię agenta specjalnego, który z jakiegoś powodu postanawia zakończyć swoją działalność. Natychmiast po złożeniu rezygnacji, zostaje porwany przez nieznaną organizację i przeniesiony do miejsca o nazwie The Village.
Całość akcji filmu toczy się właśnie w Wiosce. Były agent, grany przez Patricka McGoohana, zostaje skonfrontowany z sytuacją, której kompletnie nie jest w stanie zrozumieć. Znajduje się w miejscu, które z zewnątrz wygląda, jak pastelowa kraina z bajki, pełna cukierkowo kolorowych ścieżek, domków, pałacyków, fontann.
No i tabliczek z napisami. Napisami, jak żyć, żeby było lepiej. Po Wiosce przechadzają się szczęśliwi na pozór ludzie, uśmiechnięci, życzliwi, spokojni, zamożni. Od czasu do czasu tylko z głośników dobiegają komunikaty o pogodzie, albo o jakichś bardziej ważnych dla lokalnej społeczności wydarzeniach. Komunikaty, z rzadka przerywane są wezwaniem do chwilowego pozostania w bezruchu, bo oto pojawia się tajemnicza ogromna mydlana bańka, która wchłania jednego z obywateli.
Patrick McGoohan nie wie, gdzie się znalazł, dlaczego się tam znalazł, nie wie też do kogo się zwrócić. Kupuje w sklepie mapę, ale piękna, kolorowa mapa pokazuje wyłącznie The Village, a wokół jedynie The Mountains, The Mountains, The Mountains i The Mountains.
W końcu zostaje skonfrontowany z kimś, kto wie więcej, niż zwykli mieszkańcy Wioski, i dowiaduje się, że z Wioski ucieczki nie ma, ale żeby się nie martwił, bo ma tu wszystko, czego może pragnąć: miłych ludzie, przesympatyczne sklepy, a nawet coś w rodzaju domu kultury, gdzie może miło spędzić czas. Co więcej, raz na jakiś czas odbywają się wybory do władz lokalnych, więc jest nawet i demokracja.
No i ma numer. Wcale nie tak niski. Ale o tym za chwilę.
Jeśli idzie o cel jego pobytu w Wiosce, chodzi mianowicie o to, że on ma wielką wiedzę i powinien się tą wiedzą podzielić. Przede wszystkim powinien odpowiedzieć na pierwsze pytanie: Dlaczego zrezygnował?
I teraz kwestia numeru. Otóż Patrick McGoohan dowiaduje się, że każdy obywatel Wioski ma przydzielony numer identyfikacyjny i powinien tego numeru stale używać. On ma też swój jedyny, niepowtarzalny numer.
Człowiek, który wprowadza naszego agenta w życie Wioski, na pytanie "Kim pan jest?” odpowiada "Jestem Numerem Dwa".
McGoohan pyta więc: “A kim jest Numer Jeden?”I wówczas pada odpowiedź: "Pan jest Numerem Sześć".
W pewnym momencie, w świecie, gdzie wszyscy mają tylko numery – numery pozwalające się wzajemnie rozpoznawać pod względem zarówno samej tożsamości, jak i zajmowanej pozycji, Patrick McGoohan krzyczy: „Nie jestem numerem! Jestem wolnym człowiekiem!”
. . .
Oczywiście zdaję sobie sprawę z proporcji i koncentruję się tu jedynie na jednym, bardzo niewielkim, choć uniwersalnym, aspekcie problemu. Pragnę jednak Ci powiedzieć, że gdy obserwuję to, co się dzieje z nami i z innymi, mam smutne przekonanie, że niebezpiecznie znaczna liczba obywateli, po wszystkich stronach barykady, na wszelkich możliwych stanowiskach, bardzo dba o to, żeby nie utracić swojego numeru. Mam głębokie przekonanie, że satysfakcja u wielu naszych rodaków z posiadania mocnego numeru jest tak wielka, że nawet jeśli od czasu do czasu upadnie obok nas wielka mydlana bania, to zdecydowanie bardziej wolimy zawołać “Sorry. Life is brutal”, niż “I am not a number! I am a free man!”
Trochę głupio, nie?

czwartek, 21 maja 2009

Panowie po nas?

Gawędziłem sobie ostatnio z ojcem Rachmajdą i w pewnym momencie rozmowa zeszła na różnice między komfortem pracy zawodowego publicysty, a normalnego blogera. Pomyślałem sobie – i w ten sposób argumentowałem – że ja, w odróżnieniu Zaremby. Mazurka, czy kogo tam jeszcze, piszę, co chcę i przede wszystkim kiedy chcę. Że jeśli przez tydzień nie przychodzi mi do głowy nic mądrego, ani choćby ciekawego, to po prostu nie piszę i zajmuje się najróżniejszymi innymi sprawami. Nikt nade mną nie stoi i nie każe mi się pośpieszyć, bo jak nie, to redakcja będzie miała kłopot. Nikt też mi nie mówi, że mój tekst jest za długi, albo za krótki i muszę tu coś obciąć, albo tu coś dodać, bo inaczej ucierpi układ strony. Co jednak najważniejsze, nikt też – z wyjątkiem naturalnie zwykłych komentatorów – mnie nie opieprza za to, że jestem nieobiektywny, albo zbyt niegrzeczny, ewentualnie zbyt arogancki w stosunku do kogoś, kto na moją arogancję nie zasłużył. Jedyne co mi grozi, to to, że administrator nie wklei mojego tekstu na główną stronę, albo – w najbardziej drastycznych przypadkach – zwróci mi uwagę na niestosowność pewnych gestów. A i tak bez większych konsekwencji. Pensji wszak mi nie odbierze, a ja sam też nie jestem na tyle wariatem, żeby to forum wykorzystywać do łechtania swoich kompleksów. A więc – jest sympatycznie.
Bo na czym, w końcu polega działalność blogerska? Dokładnie na tym samym, na czym polega zwykłe, aktywne intelektualnie życie w świecie wypełnionym ludźmi, z których każdy jest jakiś, zawsze inny, i z których niektórzy bardziej niż inni – tak się złożyło – zechcieli stać się częścią tego naszego życia. A więc na obserwowaniu, analizowaniu, wyciąganiu wniosków, dzieleniu się tymi przemyśleniami z innymi i ewentualnie na wyrażaniu – wedle uznania – najróżniejszych emocji. Zatem, można powiedzieć, my blogerzy jesteśmy jak najzwyklejsi ludzie z ulicy, czy choćby z kanap ustawionych przed ekranami telewizorów, którzy od czasu do czasu na to co widzą, lub słyszą, zareagują albo śmiechem, albo złością, albo smutkiem, albo niekiedy bardzo grubym słowem. A więc, tak naprawdę, my – to oni. Tyle że my mamy pewną zręczność w wyrażaniu swoich emocji w formie literek (lub tak nam się wydaje), a oni pewnie już niekoniecznie (albo tak im się wydaje).
Pisałem o odpowiedzialności i ograniczeniach. Jeśli idzie o ograniczenia, to sprawa jest prosta. My blogerzy możemy znacznie więcej od publicystów funkcjonujących publicznie i zawodowo. Jak mówię – nie zdarzyło mi się dotychczas, żeby ktoś z Administracji Salonukazał mi coś napisać, albo kazał mi czegoś nie pisać. I to jest zrozumiałe. Miejsce, w którym się spotykamy stanowi swego rodzaju wolne forum wymiany myśli i emocji. Trochę jak ulica, czy ta kanapa przez telewizorem. Możliwe, że są jakieś granice, których przekraczać mi nie wolno, ale dotychczas nie zdarzyło mi się na nią wpaść, więc nie bardzo wiem, co by to mogło być. Również, kiedy czytam czasem inne blogi, odnoszę wrażenie, że na nią pewnie nigdy nie wpadnę. Inaczej wygląda sprawa, jeśli idzie o odpowiedzialność. Otóż ja nie wiem, czy między moim tu pisaniem, a gadaniem ludzi na ulicy jest jakakolwiek różnica z prawnego, czy obyczajowego punktu widzenia. Chodzi o to, że ja nie wiem, czy kiedy ja tu napiszę, że Donald Tusk to, w moim głębokim przekonaniu, człowiek o intelekcie i wrażliwości prowincjonalnego piłkarza, moja sytuacja prawna będzie taka sama, jak sytuacja na przykład pielęgniarek, które – korzystając z konstytucyjnej wolności wypowiedzi – przyjdą pod gabinet Donalda Tuska i zaczną w kierunku jego okna rzucać obraźliwe słowa. Czy może jest tak, że ja – przez to, że moje emocje nie są wykrzyczane, ale zapisane i rozpowszechnione w Internecie – podlegam dokładnie takim samym procedurom, jak, powiedzmy, Zbigniew Chlebowski, który niedawno zasugerował, że przewodniczący Guzikiewicz jest chory psychicznie. A może, z jakiegoś egzotycznego powodu, ja jestem jeszcze bardziej podejrzany?
Jeśli ktoś chce znać moje zdanie, to powiem, że ja bym obstawał za tym, żeby jednak mojego pisania nie traktować, jak głosu oficjalnego. Ja bym był za tym, żeby to co wypisują na swoich blogach blogerzy, traktować jak prywatne zapiski prywatnych osób, które w tym samym stopniu kierowane są do potencjalnego czytelnika, jako apel, czy głos w dyskusji, co mogą też stanowić swego rodzaju sztukę dla sztuki, osobiste zapiski, jak wiersz, czy dziennik z osobistymi refleksjami na dowolny temat. Oczywiście, pewnie ta moja opinia trochę wynika z naturalnej potrzeby rozpychania się i zagwarantowania sobie większej wolności. Ale mam też parę argumentów bardziej obiektywnych. Otóż my, blogerzy jesteśmy najczęściej kompletnymi amatorami. Każdy z nas, z reguły, ma swoje życie, swoje zajęcie i swoje środowisko. Jesteśmy inżynierami, aptekarzami, lekarzami, nauczycielami, czasem może i księżmi. Nie jesteśmy w żaden sposób częścią struktur, czy środowisk, które w określonych sytuacjach zechcą nas reprezentować. Jeśli, powiedzmy, Piotr Semka opublikuje w Rzeczpospolitejtekst, w którym obrazi Sebastiana Karpiniuka, albo Andrzeja Czumę i Czuma, czy Karpiniuk wyślą Semce pozew sądowy, prawdopodobnie Semka całość swoich spraw przekaże swojej redakcji i ona już się wszystkim zajmie. Podobnie, jeśli Andrzej Czuma, czy Sebastian Karpiniuk, w telewizyjnym wystąpieniu określą Semkę jako durnia i oszusta, a Semka się obrazi, sprawa zostanie z pewnością przejęta przez struktury, w których Czuma i Karpiniuk operują.
Z pewnością jednak będzie inaczej, jeśli na przykład ja dotknę swoją wypowiedzią jakiegoś artystę, polityka, dziennikarza, czy kogokolwiek, komu się zdarzyło stanowić część publicznej domeny. Przede wszystkim, jeśli ja któregoś dnia się dowiem, że któryś z moich tekstów doprowadził kogoś kogo ja nie lubię do cholery i w związku z tym mam się szykować do procesu, to ja w tym momencie mam prawdziwy kłopot. Przede wszystkim dlatego, że w jestem w tej sytuacji zupełnie sam. Salon24 – zgodnie ze swoją polityką – za moje słowa nie bierze odpowiedzialności. Firma które mnie zatrudnia – jeśli w jakikolwiek sposób w ogóle zareaguje na moje problemy – to najprawdopodobniej, żeby mieć spokój, wywali mnie na pysk. Moi koledzy mają oczywiście swoje sprawy, więc na nich też nie mam co liczyć. A media – jak wiemy wszyscy najlepiej – mają mnie akurat kompletnie w dupie.
Kiedy niedawno w Salonie przeczytałem tekst, w którym Kataryna opowiedziała o tym, jak to syn ministra Czumy postanowił ją zaatakować z pozycji urzędu zajmowanego przez jego ojca, moje pierwsze wrażenie było takie, że Kataryna ma kłopot. I to kłopot poważny. I zrobiło mi się jej żal. Pomyślałem sobie, że ona pewnie gdzieś pracuje, ma swoją rodzinę, swoje sprawy, być może swoje codzienne zmartwienia, swoją zwykła niepewność. I teraz właśnie się dowiedziała, że będzie się musiała kopać z Ministrem Sprawiedliwości i jego całą urzędniczą machiną. Więc ma bardzo poważne zmartwienie i pewnie czuje się dziś nienajlepiej. W komentarzu, który zostawiłem Katarynie na blogu, napisałem – trochę przewrotnie – że powinna natychmiast Czumę przeprosić i obiecać, że będzie już grzeczna. W końcu, jej sytuacja społeczna jest taka, ze do czasu jak już ją totalitarne państwo weźmie za kark i odpowiednio uspokoi, ona nawet ani tego Krzysztofa Czumy, ani jego potężnego ojca nawet na oczy nie zobaczy. Ją akurat odpowiednio ustawią ręce ludzi kompletnie obcych. A więc po prostu nie warto.
Pisałem ten komentarz, a jednocześnie – w głębi serca – liczyłem na to, że jakoś i Salon i inni blogerzy, a przede wszystkim media, a może też i jacyś politycy podniosą odpowiedni zgiełk i nasza Kataryna poczuje siłę. Niestety, pierwsze czego się dowiedziałem, to to, że już na poziomie samych blogów opinie są niejednoznaczne. Obok oczywistych głosów poparcia, pojawiły się uwagi na temat odpowiedzialności za słowo, prawa, a gdzieniegdzie wręcz sugestie, że dobrze tak tej głupiej, bezczelnej, pisówie. Niech ma za swoje. Sam nic już więcej nie pisałem. Czekałem z niepokojem na rozwój wydarzeń i – przyznaję – naiwnie wciąż liczyłem, że może media dojrzą w sprawie przynajmniej temat i złapią obu Czumów za gardło i potrząsną nimi na tyle, że zrozumieją, czym jest cywilizowany świat, i gdzie leży granica między Polską a Białorusią. Oczywiście wiedziałem, że wielkiej afery nie będzie, choćby dlatego że czas prawdziwych afer minął wraz z ostatnim utopionym laptopem Ziobry i ostatnim zjedzonym wieśmakiem. Ale, mimo wszystko, na coś liczyłem. Dziś już widzę, że jeszcze nie teraz i jeszcze nie tu. Owszem, przez kilka dni sprawa tego ruskiego buractwa, jakim się popisał Krzysztof Czuma, zajmowała uwagę szerokiej publiczności. Proszę jednak zwrócić uwagę, w jakim przede wszystkim kontekście. Jak idzie o samego Czumę, to okazało się, że on Kataryny w ogóle nie zna i jej poglądy, zmartwienia i losy interesują tyle co zeszłoroczny śnieg. Że jeśli już ma coś powiedzieć na jej temat, to uważa, że ona – podobnie jak wielu innych blogerów – to szara i chamska swołocz. I żeby mu dać spokój. Natomiast, jak idzie o Katarynę, większość komentatorów miała tylko jeden problem. Jak ona się nazywa naprawdę, gdzie mieszka, czym się zajmuje i jak wygląda? Czy ona to może Kolenda-Zalewska, czy może Robert Mazurek i czy przyjdzie kiedyś taki czas, że się dowiemy kto zacz?
Przede mną leży Dziennik sprzed kilku dni i pełna strona na temat tego już nawet nie politycznego gangsterstwa. I ani słowa o sprawie. Zwykła bulwarowa paplanina o tym, czym są blogi, co to za jedni ci blogerzy i oczywiście to idiotyczne roztrząsanie, co to za jedna ta Kataryna.Jest też i wywiad z Kataryną. I naturalnie, problem jednego z najbardziej brutalnych zamachów na prawa obywatelskie w Polsce w ostatnich latach, został tam niemal nieporuszony. Wyłącznie radosne podskoki na wieść, że – jak się w końcu okazuje – Kataryna to jednak Katarzyna, a nie Robert. Oto współczesna Polska i współczesna, polska opinia publiczna. Rozpacz.
Ja wiem, jak bardzo kuszącą rzeczą jest pokpić sobie z tego co nas spotyka. Że to by dopiero była awantura, gdyby to tak asystent Ziobry dwa lata temu wysłał do Salonu24 mail z żądaniem ujawnienia danych któregoś z wybitnych rycerzy na antypisowskim froncie. Jak by to intelektualiści, artyści, publicyści, politycy słali listy otwarte w obronie wolności słowa. Jak by to na potrzeby tej kampanii wykorzystana została cała popularna i niepopularna kultura w Polsce i może nawet na Jamajce. Jak by to ulice wypełniły się ludźmi, którzy dotychczas nie wiedzieli nawet, że istnieje coś takiego jak blogi, ale dziś już nie dość, że wiedzą, to jeszcze nawet uważają blogosferę za część swojego codziennego życia. Ale szkoda słów. Przecież to akurat wiemy wszyscy. I nie ma takiej siły, która by tu akurat oddala prawdzie sprawiedliwość.
Pozostaje tylko zauważyć, że tak zwana ‘sprawa Katatryny’ ostatecznie dołączyła do całego szeregu wielu innych spraw, które mogły przecież stanowić znak czasów, ale sprytnie, przez sprytnych ludzi, zostały sprowadzone wyłącznie do jeszcze jednego drobnego zamieszania na drodze do nowej, podobno lepszej Polski. I można też przy tym skonstatować, że tu naprawdę można już liczyć tylko na siebie. I iść do wyborów. By zmienić Polskę. A przy okazji uważać na każde słowo, na każdy dzień, na każdą twarz w telewizorze. Bo tam się czai zło. Dziś o nazwisku Czuma. Ale jutro? Bóg jeden wie.

czwartek, 30 kwietnia 2009

Kiedy reżim zobojętniał

Kiedy wczoraj, z jednej strony wysłuchałem w telewizji kilku komentarzy na temat policyjnej interwencji wobec protestujących stoczniowców, a z drugiej przeczytałem sobie wpis na ten temat u FYM-a, pomyślałem, że nic tu po mnie. FYM powiedział wszystko, co mógłbym powiedzieć ja, a komentarze – jak to komentarze w naszych dziwnych czasach – też mnie, jeśli w ogóle zainspirowały, to raczej do rozpaczy, a nie do kolejnego szarpania się ze ścianą. A zatem, obiecałem sobie, że na razie nie będę nic pisał, tylko jakoś spróbuję dojść do siebie, a później mniej więcej to samo przyrzekłem FYM-owi u niego na blogu. I poszedłem spać.
Wczorajszy dzień był dla mnie o tyle szczególny, że od rana do wieczora byłem odstawiony od jakichkolwiek informacji. Wiedziałem oczywiście z wcześniejszych zapowiedzi, że Platforma Obywatelska będzie się lansowała przed Polakami w związku ze zjazdem, wiedziałem, ze przyjadą stoczniowcy demonstrować i wiedziałem, że z pewnością przydarzy się coś wartego uwagi. Kiedy jednak wieczorem wróciłem do domu i dowiedziałem się, że policja sprała stoczniowców, byłem autentycznie poruszony. Ja oczywiście nie jestem taki bardzo wrażliwy z jednej strony, a z drugiej taki zakłamany, żeby rwać sobie włosy z głowy nad cierpieniem tych demonstrantów. Ja doskonale wiem, że to są na ogół twardzi zawodnicy i że im się zdarzało w zyciu przechodzić przez burze, których żaden z nas pewnie by nie zniósł. A więc dostać po głowie pałką, albo wziąć na oczy gaz, to dla nich nie pierwszyzna. Oni na takie traktowanie wcale nie musieli czekać aż do czasów, gdy władzę w Polsce obejmą chłopaki z boiska.
Mimo to, byłem autentycznie zdewastowany. Z bardzo prostego powodu. Doszło bowiem wreszcie w Polsce do tego, że znowu leją. Leją i traktują gazem. Stało się jednak coś jeszcze. Po raz pierwszy od czasów komuny, atak policji na demonstrantów nie spotkał się ze zwykłą w tych okolicznościach medialna histerią. Więcej. Wobec tego typu patologii, media zachowały stosunkowo duży spokój. Oczywiście, to nie są już czasy, kiedy policja bije, a dziennikarz w telewizji mówi, że nie bije. Informacja działa jak należy. Tyle tylko, że dziś, w nowej rzeczywistości politycznej, mówi się, że policja bije, ale to już nic nie szkodzi.
Ciekawsza jeszcze była reakcja polityków. Widziałem w TVN-ie Michała Kamińskiego, który, nawet jeśli jego porażenie było udawane, to zachowywał się standardowo. Jako przedstawiciel Prezydenta i zwykły człowiek, wyrażał swój żal i rozczarowanie z powodu tego, co się stało pod Pałacem Kultury. Trudno, żeby postępował inaczej. Natomiast, mimo wszystkich moich dotychczasowych doświadczeń, które mnie bardzo ogólnie uodporniły na najróżniejsze przejawy zdziczenia, mocno poruszyły mnie trzy wystąpienia po stronie szeroko pojętej władzy rządowej. Najpierw zobaczyłem siedzącego obok Kamińskiego ministra Szejnfelda, który najwidoczniej całą sytuacją był bardzo rozbawiony. On się autentycznie przez cały czas szczerzył do kamery i sobie radośnie podskakiwał. No ale, powiedzmy, że on się nie liczy. Ja go przede wszystkim nie znam. Dla mnie on może być starostą gminy Boćki, albo kierownikiem miejskiej stacji MPO. Że jest ministrem, nie jest dla mnie nawet zagadką. Na bycie zagadką też trzeba sobie zasłużyć.
Bardziej zainteresował mnie występ policjanta, który próbował usprawiedliwić to, że policja pobiła i poraniła stoczniowców. Gadał on dość długo, ale sens jego wypowiedzi był prosty. To stoczniowcy zaczęli i policja nie miała wyjścia. Dokładnie tak jak zawsze. Tak jak 30, 40, czy 50 lat temu. Policja stała sobie spokojnie, a ponieważ warchoły i elementy chuligańskie zaczęły grozić porządkowi publicznemu, to cóż było robić? A należy pamiętać, że gaz to naprawdę drobiazg w porównaniu z tym, co nowoczesne środki przymusu bezpośredniego potrafią zrobić.
I wreszcie na koniec, pojawił się rzecznik rządu Graś. I to własnie jego wystąpienie było bezpośrednia przyczyną, dla której odechciało mi się pisać i dla której obiecałem FYM-owi, że jemu zostawiam miejsce w tej sprawie. To jednak on też – Paweł Graś – sprawił, że ostatecznie nie dotrzymałem słowa i muszę pisać to co piszę. Ja staram się bardzo łagodnie dobierać słowa i robię wszystko, żeby nie przekroczyć pewnych granic. A Bóg mi świadkiem, że nie jest łatwo. Myślę od rana o tym Grasiu i wiem, że muszę mu poświęcić choć część dzisiejszego tekstu i że nie ma słów, które mogą zadośćuczynić powadze sprawy i samej postaci. Graś, zapytany o stanowisko w sprawie ataku policji na manifestantów, powiedział mniej więcej coś takiego. To nie jest cytat, ale staram się być maksymalnie wierny: „Demonstracja stoczniowców nie była tak poważna i duża jak zapowiadano. Należy podkreślić bardzo sprawną i skuteczną postawę policji, która szybko zaprowadziła porządek. Niestety należy z przykrością stwierdzić, że czterech funkcjonariuszy odniosło obrażenia.” Koniec.
Zastanawiam się dziś od samego rana, jak nazwać to, co się wydarzyło wieczorem w telewizyjnym studio. Co się stało z Polską i co się stało z pewnymi ludźmi i – wreszcie – co się stało z Pawłem Grasiem, że on wylądował tu, gdzie go musimy dziś oglądać. Co sprawiło, że ludzie, po których oczywiście można się było spodziewać, że w tej atmosferze nieustannego kłamstwa, staną się nawet łotrami – bo w końcu, czemu nie – posuną się jeszcze dalej. Utracą mianowicie to wszystko, co dotychczas nadawało im w miarę ludzki kształt. Ja naprawdę się martwię. Bo, wszystkiego się spodziewałem, ale nie tego, że te nowe zwyczaje i ta nowa kultura i ta – w gruncie rzeczy – nowa cywilizacja doprowadzą do tego, że Paweł Graś osiągnie w sposób czysty poziom Jerzego Urbana.
Skoro uzyskaliśmy pełny obraz, to już tylko pozostaje nam zadawać pytania i próbować na nie odpowiadać. Dlaczego władza kazała policji pobić demonstrantów i dlaczego dziś, zamiast się rumienić, najwyraźniej się z tego swojego zagrania cieszy? Czy tu sa jakieś interesy, czy może tylko emocje? A może tu nie ma już ani interesów, ani emocji, tylko zwykłe odruchy? Interesów nie widzę. To co wczoraj zrobił rząd Platformy Obywatelskiej nie przyniesie im żadnych korzyści. Może oczywiście im nie zaszkodzić. W końcu jest jak jest i być może na powrót rozsądku trzeba jeszcze trochę poczekać. Ale korzyści z tego nie będzie. Żyjemy w czasach, kiedy policja nie używa gazu łzawiącego nawet w okolicach boisk piłkarskich, kiedy trzeba rozgonić prawdziwych bandytów. Wszyscy pamiętamy, jak wielkie poruszenie wywołała sprawa rzekomej agresji Jarosława Kaczynskiego przeciwko zdrowiu pielęgniarek, które wlazły mu do jego gabinetu i nie chciały wyjść przez całe dni. Wiem oczywiście, że ta histeria była totalnie nakręcana, ale powiedzmy, że rozumiem. Aparatura podsłuchowa mogła paniom zepsuć zdrowie i trzeba się za nimi wstawiać. Tu państwo, tu ludzie, jest konflikt, jesteśmy z ludźmi. Trzeba ich bronić. Nawet jeśli to ma zaprowadzić byłego premiera pod sąd. Co by się jednak działo, gdyby Jarosław Kaczyński wpadł do tego gabinetu, gdzie pielęgniarki spędzały czas i popryskał je gazem po oczach?
Więc postawa rządu, z którą przyszło się nam wczoraj tak fatalnie zetrzeć, nie może wynikać z zimnej kalkulacji. Bardziej prawdopodobne jest to, że Donald Tusk, Grzegorz Schetyna i Janusz Palikot (on może nie – jest zbyt wyrachowany), wpadli w takie podniecenie z powodu tego kongresu, że kiedy się dowiedzieli, że ci śmierdzący stoczniowcy im przeszkadzają, dostali autentycznego szału i zwrócili się do policji, żeby dali stoczniowcom po oczach. To bym rozumiał. Wściekłość i rozgoryczenie. Ale myślę sobie, że i to nie może być przyczyną tego, do czego oni się postanowili posunąć wczoraj. Ja myślę, że czas kiedy oni się jeszcze czymś autentycznie emocjonowali już dawno minął. Oni już ani nie czują podniecenia tym co robią, ani złości, że ktoś może ich wysiłków nie doceniać, ani nawet dumy, że są tacy piękni i ważni. Mam bardzo poważne podejrzenie, ze jeśli idzie o ekipę Donalda Tuska i jego samego, na placu boju pozostała już wyłącznie czysta korupcja. Korupcja w bardzo szerokim sensie. Korupcja jako zepsucie. Zepsucie totalne. Zepsucie, z którego nie ma już wyjścia. Które się skończy klasycznym zgniciem, po którym już można nastąpić tylko klasyczna zbrodnia.
Ja dziś mam wyjątkowo silne poczucie, że to co kiedyś Jarosław Kaczyński powiedział na temat zwycięstwa Platformy Obywatelskiej, było bardzo słusznym spostrzeżeniem. Chodzi mi o tę szokującą wówczas dla wielu prognozę, że zwycięstwo Platformy będzie dla Polski czymś gorszym niż 13 grudnia. Dziś widzę, o co Kaczyńskiemu mogło chodzić. On ich zawsze znał o wiele lepiej od nas wszystkich tu zebranych – tych wszystkich Grasiów, Szejnfeldów, Nowaków, Gradów, a przede wszystkim Donalda Tuska – a znając ich, potrafił jednocześnie zachować swoją tradycyjną przenikliwość. On musiał to wiedzieć. On musiał wiedzieć, że idą ludzie, którzy w momencie kiedy już dostaną to co chcieli i dowiedzą się, że mogą już nie dostać nic więcej, dojdą do przekonania, ze w takim razie im jest już wszystko jedno.
Przejęli władzę, stworzyli atmosferę nienawiści i kulturowego terroru, wyhodowali całą armię potencjalnych wyborców, karmiących się ta nienawiścią i tym terrorem, a na końcu ogłosili, że albo oni, albo po nich niech wszystko ginie. I mam dziś wrażenie, że własnie ludzie Platformy osiągnęli ostatni etap swojego politycznego i – jak się okazuje – również czysto ludzkiego rozwoju. Oni wkroczyli w okres, gdy z jednej strony widza mur, a z drugiej czują jak bardzo ta nieszczęsna bezalternatywność im smakuje. Więc pozostaje im albo zacząć wrzeszczeć z przerażenia, albo uznać, że jest im już wszystko jedno. I to uważam za sytuację bardzo niebezpieczną. Bo obawiam się, że oni normalnie władzy już nie oddadzą. Im dziś jest już autentycznie wszystko jedno. Nie będzie autostrad, nie będzie Euro 2012, nie będzie ‘jednego okienka’, nie będzie niskich podatków, nie będzie godnego życia, nie będzie służby zdrowia, nie będzie wolnych mediów, nie będzie nic. Ale pozostaje ta piękna i słodka bezalternatywność i dziejowa konieczność. I oni jednego i drugiego będą bronić. Oddali władzę komuniści. Oddał władzę PiS. Oddała władzę nawet kiedyś Unia Wolności. Donald Tusk i jego polityczne środowisko najwyraźniej doszli do przekonania, że oni władzy nie mają komu oddawać. A nawet jak mają, to nie muszą. Że oni już będą zawsze. Bo nawet jeśli są kompletnie niesprawni, totalnie nieudani, całkowicie zepsuci – i tak nie ma dla nich ani alternatywy, ani potrzeby jakiejkolwiek alternatywy.
Dziś, podobnie jak wczoraj, też nie bardzo miałem okazji obserwować rozwoju zdarzeń. W pewnym momencie syn mój przyniósł mi wiadomość, że Prezydent miał dziś jakieś spotkanie, na którym sobie zażartował, że Europa jest jak róża i w tym momencie ukłonił się pani Róży Thum. Nic specjalnego, ale podobno wszyscy byli bardzo zadowoleni i w ogóle zrobiło się miło. Od razu pojawiły się komentarze skupionej w Onecie pro-reżimowej bandyterki. Oto przykłady: „Buhahaha! Co za żenada. Ludzie nie mają co jeść, a ten świruje pawiana” da~god „Jakie poczucie humoru????? Brat mu napisał przemówienie? I ciekawe , po ilu ‘małpkach’ przemawiał???!!!!” precz_z_antkiem „Traktat kiedy podpiszesz? Dziadzie, picerze.” kostek
To jest Onet. Ja wiem, czym jest Onet. Wiem też, czym jest wyborcza.pl. Ja nie dziwię się właściwie już niczemu. Natomiast w tym wszystkim, czyli w tych pobitych i zatrutych gazem stoczniowcach, w tej kretyńskiej radości Szejnfelda, w słowach rzecznika policji, w kompletnej pustce oczu Pawła Grasia, i w tej klace dzisiejszych onetowiczów, zobaczyłem coś autentycznie nowego. Tę szczególną zawziętość i determinację, jakiej dotychczas nie widziałem. Determinację przechodzącą w obojętność wobec wszystkiego co się dzieje poza. I w tej sytuacji nawet nie wiem, czy hasło, które tu ostatnio powtarzam: „Zmieńmy Polskę, idźmy na wybory!” ma jeszcze jakiś sens. Warto jednak sprawdzić. Warto spróbować. Nie wiem, co oni wymyślą. Ale warto spróbować. A jeśli oni zaszli za daleko, to trudno. Trzeba będzie ich stąd usunąć fizycznie.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...