Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Terri Schiavo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Terri Schiavo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 kwietnia 2025

Jeszcze o śmierci matczyno-płodowej

 

Parę dni temu całkiem przypadkiem trafiłem na Facebooku na profil pewnego ciekawego człowieka, którego to profilu główną chyba treścią jest pokazywanie się w towarzystwie różnego rodzaju paskudnych pająków, mrówek, jaszczurek, żmij, których wspólną cechą jest to, że ich jad jest tak bolesny, że został oficjalnie zakwalifikowany do najbardziej bolesnych na naszym pięknym świecie. Pokazuje się więc ów człowiek wraz z tymi stworzeniami i daje się im kąsać, a osoba mu towarzysząca kręci odpowiednio efektowne filmiki, na których możemy ów ból obserwować naprawdę z bliska.

Czemu człowiek ten robi to co robi, tego oczywiście nie wiem. W pierwszej chwili myślałem, że może on te jady testuje dla dobra nauki, ale po pewnym namyśle uznałem, że chyba jednak nie, natomiast to co mnie w nim intryguje, to to, czy dla niego ta przygodna związana jest jedynie z zarabianiem dobrych, jak to często ma dziś miejsce w internecie, pieniędzy, czy jest w tym czymś być może element pewnej przyjemności. W takim sensie, że dla niego to cierpienie – a z tego co widać, i co znajduje też potwierdzenie w wielu innych źródłach, jest to cierpienie nie byle jakie – jest czymś, bez czego byłoby mu trudno żyć, a więc stanowi rodzaj uzależnienia.

Kilka lat temu przez media przeleciała informacja o niejakim Richardzie Kuklińskim, urodzonym w Stanach Zjednoczonych Polaku, który zdobył sławę, stając się w pewnym momencie jednym z najbardziej bezwzględnych zawodowych zabójców. Sława Kuklińskiego została poważnie wzmocniona przez fakt, że pewien wybitny psychiatra przeprowadził z nim bardzo długi wywiad, który został nakręcony na taśmę filmową, a następnie wydany w formie dokumentalnego filmu. W filmie tym, który robi wrażenie swego rodzaju sesji psychiatrycznej, Kukliński opowiada o swoim życiu, o swojej rodzinie, wieloletniej pracy zawodowego zabójcy, wspomina swoje kolejne ofiary i to jak ginęły – a ginęły, co zresztą było dla Kuklińskiego charakterystyczne i co sprawiało, że przez dziesiątki lat pozostawał nieuchwytny, na najbardziej przemyślane sposoby – kiedy ma powiedzieć, co czuł, gdy kolejny człowiek z jego ręki umierał, niezmiennie odpowiadał, że nie czuł nic.

A ja uważam, że Kukliński – dziś już przed Bogiem, Jego nieskończoną sprawiedliwością i równie nieskończonym miłosierdziem – nie mówi prawdy, kiedy twierdzi, że dla niego zabijanie było jak splunięcie za ramię. Jeśli człowiek z zabijania czyni sobie stałe zajęcie, a zwłaszcza gdy, jak sam przyznaje, tych ofiar było grubo ponad setkę, jestem głęboko przekonany, że on tę robotę lubił, i to lubił bardzo. Jestem na granicy pewności, że dla Kuklińskiego każda dłuższa przerwa w pracy była prawdziwą udręką. Dla niego, każde kolejne zabójstwo, było, tak jak dla wspomnianego wcześniej człowieka od tych pająków i węży, jak narkotyk, uśmierzający o wiele większy ból, niż ból fizyczny – ból istnienia.

I ta konstatacja prowadzi mnie, jak pewnie się już domyślamy, do przypadku niesławnej pani lekarki ze szpitala w Oleśnicy, Gizeli Jagielskiej. Wielu z nas zachodzi w głowę, jak to się stało, że tak głęboka prowincja jak Oleśnica mogła urodzić takiego potwora i uczynić go sławnym na cała Polskę. Ja sam, kiedy pierwszy raz o niej usłyszałem, myślałem, że to jest jakaś stara pijaczka, jakich w tej branży nie brakuje, która przeprowadza te zabiegi za grube pieniądze, a tu tymczasem okazuje się, że nic podobnego. Szpital w Oleśnicy, z tego co czytam, to od lat najważniejszy ośrodek aborcyjny w Polsce, do którego ciągną wraz ze swoimi nienarodzonymi dziećmi kobiety z całego kraju. Dlaczego? No bo, jak od lat głoszą lewicowo-liberalne media, na czele z „Gazetą Wyborczą”, dr Gizela Jagielska nigdy im nie odmówi pomocy. A ona sama nie jest wcale ledwo żywą zapijaczoną staruchą, ale wręcz przeciwnie. Kiedy patrzę na jej zdjęcie, widzę stosunkowo młodą i, gdyby nie oczy, te oczy, to można by było nawet powiedzieć, że całkiem przyjemną z twarz kobietę. A kiedy czytam, skąd ona się wzięła, to okazuje się, że:

 „Od lat związana jest z Uniwersytetem Medycznym we Wrocławiu, gdzie pracuje jako asystentka w I Katedrze i Klinice Ginekologii i Położnictwa.

Posiada liczne certyfikaty z zakresu diagnostyki prenatalnej, w tym prestiżowe uprawnienia ‘Fetal Medicine Foundation UK’ dotyczące oceny serca płodu i badań USG w ciąży. Regularnie uczestniczy w międzynarodowych konferencjach i szkoleniach z zakresu medycyny matczyno-płodowej. Obecnie lek. Jagielska pełni funkcję koordynatorki Oddziału Położniczego, Patologii Ciąży i Bloku Porodowego w Powiatowym Zespole Szpitali w Oleśnicy”.

A zatem, ona nie tylko jest lekarzem pełną gębą, ale chodzącą dumą Powiatowego Zespołu Szpitali w Oleśnicy i osobiście nie widzę najmniejszej możliwości, żebym miał ją traktować, jako główny problem tego, co się tam wyprawia. Gdy przyglądam się całej tej sytuacji i kontekstowi, w jakiej ona zaistniała, to uważam, że nawet jeśli wszystkie sądy uznają, że tym razem Jagielska dokonała morderstwa z zimną krwią, a ona pójdzie za to siedzieć na długie lata, to naprawdę, to co w tym wszystkim jest najstraszniejsze pozostanie bez zmian. Rzecz bowiem w tym, że ona jest zaledwie – owszem, wybitnym – ale jedynie drobnym elementem owego legionu, któremu wspominana tu niejednokrotnie Peggy Noonan, przy okazji zabójstwa niezapomnianej Terri Schiavo, nadała imię „Zakochanych w śmierci”. Tak jak wówczas – niedawno minęła 20 rocznica tamtej tragedii – kiedy to nie któryś z lekarzy, który zamiast ratować życie pani Schiavo, odłączył ją od jedzenia i picia, ale cały przemysł, który wręcz wznosił modły do Szatana, by ona umarła, tak samo w wypadku tego chłopczyka, za jego śmiercią stoją tysiące okrutnych cięć, zadawanych przez wszystkich tych, dla których niewinna śmierć jest jak narkotyk.

To prawda, że Gizela Jagielska przeprowadza kolejne zabiegi aborcyjne, przede wszystkim dlatego, że każdy z nich sprawia jej nieopisaną przyjemność; to prawda, że jeśli tak się sprawy ułożą, że ona jednak zostanie skazana i w konsekwencji usunięta z zawodu, to jej największą zgryzotą nie będzie to, że będzie musiała swoją aktywność ograniczać do brania udziału w demonstracjach Strajku Kobiet, czy pisania felietonów do „Wysokich Obcasów”, ale to, że nie będzie mogła od czasu do czasu zabić bezbronne dziecko. I ja naprawdę nie wiem, jak ona sobie z tym poradzi. Może się powiesi, a może tylko rozpije i zacznie się snuć po galeriach handlowych i kraść drobne rzeczy a może po prostu się przerzuci na kokainę. Myślę zresztą, że tak czy inaczej ona źle skończy, natomiast z pewnością na posterunku pozostaną owi „zakochani w śmierci” komentatorzy.

Na zakończenie zacytuję kilka ostatnich zdań z pamiętnego tekstu Peggy Noonan, pisanego wobec zbliżającego się odejścia Terri Schiavo. Obyśmy nigdy nie zapomnieli tej nauki:

Terri Schiavo prawdopodobnie umrze. I z jej śmierci nie będziemy mieli żadnego pożytku. Jedynym efektem jej śmierci będzie to, że ci, którzy tak bardzo się w owej śmierci zakochali, będą jeszcze bardziej wściekli i wygłodniali.

A ci, którzy się wciąż uczą – nasze dzieci – o Boże! Jakąż to straszną lekcję one właśnie odbierają. Jakież to straszne historie pomagają im się kształtować. Oglądają one dramat Schiavo w telewizji, słuchają o nim w radio. Przed oczami mają społeczeństwo – społeczeństwo, w którym żyją – które stoi na granicy uznania, wręcz zaakceptowania faktu, że uszkodzone życie jest życiem nadającym się wyłącznie na przemiał. Nasze dzieci dorastały w epoce aborcji, i stanowią część epoki, gdzie podobno nawet bardzo szanowani ludzie myślą z entuzjazmem o eutanazji. Dla naszych dzieci i dla świata, który one będą tworzyć nie może być dobrą sytuacja, kiedy one otrzymują właśnie ową nową lekcję. Lekcję, podczas której dowiadują się, że życie ludzkie nie jest cenne, nie jest święte, nie ma nieskończonej wartości.

Kiedy już to uznamy – że ludzkie życie nie jest w końcu czymś aż tak bardzo szczególnym – wówczas wszystko jest możliwe, i nic już więcej nie będzie dobre. Gdy społeczeństwo dochodzi do przekonania, że życie ludzkie z samej zasady nie jest warte tego, by trwało, stąd już wiedzie bardzo śliska droga do komór gazowych. Jeśli to uznamy, znajdziemy się w jednej chwili na drodze, która zakręca w okolicy masowego morderstwa w Columbine, i prowadzi już prosto do Auschwitz.

Póki co, znajdujemy się w Pinellas Park w stanie Floryda”.





wtorek, 1 grudnia 2020

Peggy Noonan: Zakochani w śmierci

Jeszcze wczoraj wieczorem Integrator zamieścił tu krótki filmik wraz ze swoim jeszcze krótszym komentarzem, a ja sobie myślę o tych kobietach, które zostały w tak brutalny sposób zmuszone do straszliwej wręcz autokompromitacji i zastanawiam się, czy kiedy one – widząc chyba przecież, co się dzieje, a mimo to brnąc dalej w jakimś kompletnym zamroczeniu – kierowały się złością na tego, kto spróbował odsłonić jej prawdziwą duszę, czy wciąż tym samym zachwytem nad śmiercią, który je opętał już na zawsze. Proszę teraz może na początek obejrzeć wspomniany film, a potem wrócić tu i przeczytać – niektórzy już po raz drugi – tekst Peggy Noonan, który przetłumaczyłem z myślą o Czytelnikach i opublikowałem tu jeszcze w roku 2012. O ludziach najwyraźniej bez pamięci zakochanych w śmierci. Przykro mi, ale wygląda na to, że tym razem nie przyniosę choćby okruchu pocieszenia.




 

      Bóg stworzył świat, lub nie.

      Bóg stworzył nas, lub nie.

      Jeśli tak, to maleńkie ludzkie życie zostało dotknięte świętością, i wciąż tą świętością jest wypełniane. Jeśli to prawda, musiałoby to dotyczyć każdego człowieka, a nie tylko tych wybranych. I znów, jeśli to prawda, każde ludzkie życie jest cenne, ma wartość nieskończoną, godne jest najwyższego szacunku.

      Większość – może nie wszyscy, ale pewnie większość – z tych, którzy wspierają prawo Terri Schiavo do życia, wierzą w to co zostało powiedziane wyżej. I ta wiara tłumaczy ich pasję i ich emocje. Wierzą oni, że prowadzą walkę o ludzkie życie, które jest bezcenne i niezastąpione. Są jak owa słynna matka, która znalazła w sobie dość siły, by unieść tył swojego samochodu, by uwolnić przyciśnięte do ziemi dziecko. To jest właśnie ta desperacja, by ratować życie; to jest ów zastrzyk adrenaliny, który sprawia, że na ten ułamek sekundy stajesz się nad-człowiekiem, i robisz coś co jest niemożliwe.

      I to jest właśnie to, co próbują robić oni.

      Oni nie chcą, by niewinne ludzkie życie zakończyło się z przyczyn, które wyglądają na tak bardzo praktyczne, i tak bardzo z tego świata. Ów świat mówi, że jakość życia pani Schiavo jest super niska, a więc jej życie nie ma sensu. Odpowiadają więc oni na to: „A kto powiedział, że nie ma sensu? I czym w ogóle jest ów sens? Może sensem jest już samo życie?”

      Emocji, jakie kierują ludźmi głoszącymi potrzebę odłączenia pani Schiavo od aparatury nie rozumiem. Co im każe się tak angażować? Czy to wszystko dlatego, że są oni tak pełni współczucia, i na samą myśl, że pani Schiavo cierpi, krwawią im serca? Ale przecież od samego początku, jak ta sprawa jest dyskutowana, nikt nigdy nie stwierdził, że Terri Schiavo dręczy fizyczny ból, tak jak to ma miejsce w przypadku osób konających na raka.

      Jeśli jednak to jej ból każe im się tak o nią troszczyć, dlaczego wydają się zupełnie niewzruszeni bólem, jaki jej zadano, kiedy pozbawiono ją jedzenia i picia. I dlaczego argumentując za prawem pani Schiavo do tej śmierci, używają oni tak bardzo agresywnego języka? Przewodniczący Amerykańskich Demokratów nazwał Republikanów ludźmi „bez mózgu”. Michael, mąż pani Schiavo, o przywódcy parlamentarnej większości, Tomie DeLay, powiedział, że to „obleśna żmija”.

      Każdy kto zabierał publicznie głos w obronie prawa pani Schiavo do życia otrzymywał maile, które robiły wrażenie jakby były dyktowane przez osoby psychicznie niestabilne, a pisane przez wariatów. Na portalu Democratic Underground ktoś napisał, że „faszystom należy skopać dupy”. W miniony wtorek twarz Jamesa Carville [popularny demokratyczny polityk – przyp. Toyah], kiedy przeklinał Republikanów, że chcą uratować życie pani Schiavo, wykrzywiło tak nieprawdopodobne szyderstwo, że aż można było ujrzeć jego dziąsła. Gdybyśmy nie wiedzieli, jaki to w gruncie rzeczy pan Nikt, moglibyśmy uznać, że oto przed nami pojawił się prawdziwy Szatan.

      Czemu więc oni wszyscy tak bardzo zaangażowali się w to, by ta kobieta umarła?

      Otóż mam wrażenie, że oni są w śmierci zakochani.

      Czego symbolem jest dla nich życie Terri Schiavo? Co im chodzi po głowie, kiedy pomyślą, że ona jednak może żyć?

      Dlaczego owa perspektywa życia tak strasznie ich złości? I znów, jeśli czujemy, że życie Terri Schiavo stanowi bezcenny dar od Boga, pasja z jaką go bronimy, jest oczywista. Pasja demonstrowana przez zwolenników śmierci już zrozumiała nie jest. Nie jestem w stanie pojąć ich pewności siebie. Jak idzie o samą wiedzę, osobiście nie mam pojęcia, czy jakakolwiek poprawa w leczeniu Terri Schiavo wchodzi w grę. Mam oczywiście taką nadzieję, wiedzy jednak już nie. I nikt z nas wiedzieć nie może, natomiast z pewnością możemy się „mylić stając po stronie życia”. Skąd jednak ci, co stają po stronie śmierci wiedzą, że nie ma mowy o poprawie, o wyleczeniu, o cudzie wyzdrowienia? Wygląda na to, że oni się wręcz zakochali w tych wciąż przez siebie powtarzanych frazach o „stanie wegetatywnym”, o „śmierci mózgowej”, o „korze mózgowej w stanie ciekłym”.

      Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego ludzie, którzy, zresztą podobnie jak ja, tak bardzo się angażują w ochronę wielorybów, uważają, że kampania na rzecz ratowania człowieka jest tak mało interesująca. Nie umiem zrozumieć ich braku emocji. A mimo to jest faktem, że ludzie poświęcający się walce o ratowanie wielorybów jakoś niezbyt często są jednocześnie ludźmi, których można spotkać wśród tych, którzy sprzeciwiają się aborcji. Działacze PETA, organizacji na rzecz etycznego traktowania zwierząt, ci sami, którzy opowiadają, jak to bardzo zależy im na tym, by skończyć z okrucieństwem wobec zwierząt, robią wrażenie, jakby problem późnej aborcji, która jest przecież jednoznacznym przykładem okrucieństwa, tyle że tym razem wobec człowieka, ich w żaden sposób nie interesował.

      Nie potrafię pojąć, dlaczego ludzie, walczący o zaprzestanie wierceń na Alasce, na rzecz zachowania piękna lokalnej przyrody, nie wykazują najmniejszej ochoty, by się zaangażować walkę na rzecz ratowania piękna, jakie jest w człowieku.

      Nie rozumiem, dlaczego ci wszyscy, którzy postulują wstrzymanie wykonywania kary śmierci, tak by każdy przypadek przejrzeć raz jeszcze pod kątem badań DNA – gest świadczący o wielkim współczuciu w stosunku do tych, którym udowodniono bardzo ciężkie przestępstwa – nie wykazują najmniejszego zainteresowania tym, by pewnej kobiecie, której nikt nigdy nie oskarżył o jakiekolwiek przestępstwo, też dać jeszcze jedną, może ostatnią szansę.

      Istnieją w Ameryce kobiece organizacje, bardzo mocno zaangażowane w walkę o prawa kobiet dręczonych przez swoich mężów, kobiet bitych i pogardzanych. Wciąż z ich ust słyszymy o tym, jak to kobieta nie jest własnością mężczyzny. I świetnie. Tylko dlaczego owe dobre kobiety nie zaangażują się w walkę o życie Terri Schiavo. Jak by one wyjaśniły swój brak zaangażowania w tej sprawie? Jeśli pani Schiavo umrze, umrze z ręki swojego męża, i tylko z tej ręki. Bo to on właśnie zapewniał wszystkich, że ona bardzo chciała, a może chciałaby, a może tylko w pewnej rzekomej rozmowie lata temu mówiła, że by chciała umrzeć. Marna to podstawa do pozbawienia życia człowieka.

      Osoby żądające, by ludzi cierpiących odłączać od aparatury mówią: „Ależ on musi mieć dość życia z tak bardzo uszkodzonym mózgiem!”. O tak! Z całą pewnością. Inna sprawa, że jeśli przyjąć tę argumentację, należy też założyć, że jakiś rodzaj emocji Terri Schiavo jednak odczuwa. Kto z nas nie czułby ogromnego smutku, wiedząc, że jest tak fatalnie niepełnosprawny? Ja pewnie bym płakała każdego dnia, Wy nie?

      Popatrzcie jednak na swoje życie. Czyż w nim nie ma momentów, które sprawiają, że jest Wam niezwykle smutno, kiedy czujecie nieznośny ból, frustrację, lub jesteście zwyczajnie źli? Jednak mimo to, wciąż cieszycie się, że żyjecie, czyż nie? Ja tak. Nikt nie lubi leżeć na łożu śmierci. Mało kto tak naprawdę chce odejść.

      Terri Schiavo prawdopodobnie umrze. I z jej śmierci nie będziemy mieli żadnego pożytku. Jedynym efektem jej śmierci będzie to, że ci, którzy tak bardzo się w owej śmierci zakochali, będą jeszcze bardziej wściekli i wygłodniali.

      A ci, którzy się wciąż uczą – nasze dzieci – o Boże! Jakąż to straszną lekcję one właśnie odbierają. Jakież to straszne historie pomagają im się kształtować. Oglądają one dramat Schiavo w telewizji, słuchają o nim w radio. Przed oczami mają społeczeństwo – społeczeństwo, w którym żyją – które stoi na granicy uznania, wręcz zaakceptowania faktu, że uszkodzone życie jest życiem nadającym się wyłącznie na przemiał. Nasze dzieci dorastały w epoce aborcji, i stanowią część epoki, gdzie podobno nawet bardzo szanowani ludzie myślą z entuzjazmem o eutanazji. Dla naszych dzieci i dla świata, który one będą tworzyć nie może być dobrą sytuacja, kiedy one otrzymują właśnie ową nową lekcję. Lekcję, podczas której dowiadują się, że życie ludzkie nie jest cenne, nie jest święte, nie ma nieskończonej wartości.

      Kiedy już to uznamy – że ludzkie życie nie jest w końcu czymś aż tak bardzo szczególnym – wówczas wszystko jest możliwe, i nic już więcej nie będzie dobre. Gdy społeczeństwo dochodzi do przekonania, że życie ludzkie z samej zasady nie jest warte tego, by trwało, stąd już wiedzie bardzo śliska droga do komór gazowych. Jeśli to uznamy, znajdziemy się w jednej chwili na drodze, która zakręca w okolicy masowego morderstwa w Columbine, i prowadzi już prosto do Auschwitz.

      Póki co, znajdujemy się w Pinellas Park w stanie Floryda.


*Peggy Noonan jest amerykańską dziennikarką oraz autorką książek, w latach 1984-1986 głównym autorem przemówień prezydenta Reagana oraz jego Specjalnym Asystentem. Obecnie związana z Wall Street Journal, gdzie publikuje swój cotygodniowy felieton.

 

czwartek, 9 sierpnia 2012

O Drodze i Bramach

Ponieważ moje wczorajsze tłumaczenie felietonu Peggy Noonan nie wywołało jak dotychczas jakiejkolwiek widocznej reakcji, a ja jestem głęboko przekonany, że poziom tego tekstu jest tak wysoki, że mógłby dostarczyć nam inspiracji na długie dni, pomyślałem sobie, że w tej sytuacji może ja go przynajmniej skomentuje tak jakbym to zrobił, gdyby przyszło mi go właśnie przeczytać i się nim wzruszyć.
Jeśli komuś się chciało przeczytać to co napisała Noonan, wie, że główna myśl jaką ona przedstawia jest taka, że ona rozumie, dlaczego na rzecz obrony życia tak bardzo się aktywizują ludzie dla których owo życie jest świętością, natomiast ona w żaden sposób nie jest w stanie pojąć, skąd u ludzi, którzy życia nie traktują jako świętości, tyle serca wkładają w walkę o to by tryumfowała śmierć. No i dochodzi do wniosku, że oni wszyscy w jakiś sposób muszą być w śmierci zakochani. Tak jak my kochamy życie, oni są zafascynowani śmiercią. Zafascynowani tak mocno, że owa fascynacja budzi w nich autentyczna pasję.
Otóż, przy całym moim szacunku do Noonan i jej zaangażowania, mam tu nieco inne zdanie. W moim przekonaniu, ludzie, którzy doprowadzili do śmierci Terri Schiavo, ale przecież nie tylko jej, i nie tylko jak idzie o eutanazję, ale też o aborcję w jakiejkolwiek znanej nam formie, tak naprawdę nie są zakochani ani w życiu ani w śmierci. Ich poglądy nie mają nic wspólnego z tym, co oni sądzą na temat świętości życia, czy piękna śmierci. Jest bardzo prawdopodobne, że większość z nich się zwyczajnie, jak każdy z nas, wzrusza zarówno na widok rodzącego się dziecka, jak i umierającego człowieka, tyle tylko, ze kiedy dochodzi do sytuacji takiej, że trzeba się opowiedzieć za, lub przeciwko eutanazji, czy aborcji, oni wszyscy wybierają śmierć, a robią to tylko dlatego, że po przeciwnej stronie mają nie życie, jak twierdzi Noonan, ale tych których tak naprawdę nienawidzą. A nienawidzą ich z zupełnie innych niż wyżej wspomniane powody.
Ludzie, którzy z takim zaangażowaniem walczyli o to by Terri Schiavo można było zgodnie z prawem zabić, to ludzie, którzy uważają, że ocalona Schiavo to zwycięstwo Kościoła Katolickiego. To jest trochę tak, jakbyśmy my urządzali demonstracje przeciwko odłączeniu pani Schiavo od aparatury powstrzymującej życie nie dlatego, że uważamy życie za świętość, lecz dlatego, że dla nas najważniejsze jest by dosolić tym wszystkim liberałom. Jakbyśmy uznali, że jeśli prawo pozwoli odebrać życie czy to osobie cierpiącej, czy jeszcze nienarodzonej, to w ten sposób liberalizm odniesie kolejne zwycięstwo, czego – z jakiś innych zupełnie względów – bardzo nie chcemy.
Uważam że cała ideologiczna wojna, jaką dziś przeżywamy, czy to na poziomie walki o prawo do aborcji, do eutanazji, powszechnego stosowania in vitro, finansowania antykoncepcji, czy legalizacji prostytucji, nie wynika stąd, że jedni są za życiem, a drudzy za śmiercią. Przykład in vitro zresztą dobrze to pokazuje. Przecież wszyscy ci, co tak bardzo dążą do tego, by owe zabiegi stały się jak najbardziej powszechne, nie robią tego z myślą o tych wszystkich zamrożonych, czy unicestwionych zarodkach, ale o tych dzieciach, które dzięki temu będą żyły! Umieściłem tu ten wykrzyknik trochę przewrotnie, bo oczywiście świetnie wiem, że tu też to życie, podobnie jak ta śmierć, są nieistotne. Z punktu widzenia ich interesów, to co jest ważne, to tylko to, by Święty Kościół Powszechny został zmieciony z powierzchni Ziemi. A żeby to osiągnąć, trzeba Go nękać. Nękać nieustannie.
No i teraz pojawia się pytanie następne i chyba podstawowe: Co im wszystkim przeszkadza Kościół? Terri Schiavo mają w nosie. Jak dla nich, ona równie dobrze może żyć co i umrzeć. O ile oczywiście ktoś nie nakręci na ten temat jakiegoś bardzo poruszającego filmu, z taką czy inną tezą. Wtedy może zajmą stanowisko. Małżeństwa które nie mogą mieć dzieci, mogą albo liczyć na in vitro, albo na jakąś mniej lub bardziej skuteczna kurację, ewentualnie mogą tych dzieci nie mieć w ogóle. Dla bojowników o tak zwaną „wolność wyboru”, to wszystko nie ma najmniejszego znaczenia. Dla nich nie ma też znaczenia to czy kobiety będą dzieci rodzić, czy je zabijać przy pomocy tych czy innych tabletek. O ile oczywiście nie przeczytają na ten temat jakiejś ciekawej książki, która ich wciągnie i odpowiednio wzruszy. Oni chcą tylko jednego, niezależnie od tego, czy dzień jest ładny, czy brzydki, i czy im się w życiu powiodło, czy są dziś jakoś cholera smutni. Żeby tylko wreszcie ten cholerny Kościół szlag trafił. Z tymi Jego wszystkimi wymaganiami, konfesjonałami, karteczkami do spowiedzi, i z tymi księżmi, którzy sami wciąż żrą i się na okrągło pieprzą, a do innych mają pretensję, że nie chce im się chodzić na niedzielną mszę. A później jeszcze przychodzą i gadają coś o in vitro. A nam się własnie in vitro bardzo podoba!
Myślę, że tak to właśnie działa. Wszyscy ci ludzie, którzy wkładają tyle w serca w to, by wciąż i wszędzie promować śmierć, to są dokładnie ci sami, co z drugiej strony widzą, że Kościół Katolicki to w tej chwili ostatnie miejsce na Ziemi, gdzie wszystko jest dokładnie w tym samym punkcie co przed dwoma tysiącami lat. A więc tam gdzie padły te słowa: „Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem i nikt nie przychodzi do Ojca, jak tylko przeze Mnie”. I że tej Prawdy „nawet bramy piekielne nie przemogą”. I ta sytuacja ludzi tych tak bardzo wyprowadza z równowagi, że oni z tego zwyczajnie dostają małpiego rozumu. Do tego stopnia, że aż ni z gruszki nie z pietruszki zaczynają głosić pochwałę śmierci.
Opisałem kiedyś na tym blogu moje wrażenia z pewnego obiadu z udziałem dużej grupy wiejskich księży. Sam oczywiście zostałem posadzony w pomieszczeniu obok, niemniej jednak miałem okazję patrzeć na biesiadujących. Otóż oni wszyscy, a większości z nich kompletnie nie znałem, wyglądali i zachowywali się tak, że ja nagle zrozumiałem, o co chodziło z tymi „bramami piekielnymi”. I nie chodzi mi o to, ze oni byli jakoś szczególnie ładni, albo tym bardziej mądrzy. Wcale nie. To byli zwykli wiejscy księża, jestem pewien, że znaczna część z nich tak samo durna i zepsuta jak ich koledzy, ale kiedy tak siedzieli razem, w tych swoich sutannach i jedli to co im podano pod nosy, i sobie przy tym obiedzie wesoło rozmawiali, tacy swobodni i pewni siebie, nie można nie było poczuć tego kompletnie nie z tej ziemi dostojeństwa. Dostojeństwa – powtórzę to – które nawet nie jest ich zasługą. Dostojeństwa na które oni nawet nie mają wpływu.
Niedawno rozmawiałem z pewnym moim kolegą i on mi powiedział bardzo ciekawą rzecz. Otóż on nie znosi Jarosława Kaczyńskiego za to za co ja go tak bardzo lubię. Za to mianowicie, że kiedy on idzie otoczony tym wianuszkiem dziennikarzy, z tym swoim bezczelnie wypiętym brzuchem, nie patrząc ani w lewo, ani w prawo, lecz idąc prosto przed siebie, tam gdzie wie, że ma iść, robi wrażenie takiego właśnie księdza. Tak właśnie powiedział ów mój kolega. Że Kaczyński zachowuje się jak wiejski proboszcz. I to go doprowadza do szału.
A zatem – powtórzę to raz jeszcze – tak to właśnie wygląda. Za to oni właśnie nas nienawidzą. Za to że my już wiemy. Wiemy wszystko co wiedzieć nam trzeba. A to co my wiemy im się bardzo, ale to bardzo nie podoba. Dlaczego? Bo jeśli to przyjmą, będą musieli się też bardzo zmienić. Będą musieli zmienić być może nawet wszystko. A tego już zrobić w najmniejszym stopniu nie zamierzają. Ze zwykłej wygody. I strachu. I wygody.
Pozostaje jeszcze tylko jedna kwestia. Kto im tę wygodę zapewnił? To oczywiście my akurat również wiemy, tyle że to już temat na zupełnie inne refleksje.

Tekst Peggy Noonan najwyraźniej nie zrobił wrażenia. Trudno. Może innym razem. Natomiast mam nadzieję, że to co napisałem wyżej bardziej się spodoba, no i że ktoś zechce z tej okazji wspomóc ten blog pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

środa, 8 sierpnia 2012

Peggy Noonan - Zakochani w śmierci

Nie wiem, ilu z nas wciąż pamięta sprawę sprzed kilku lat, dotyczącą zabójstwa pewnej podobno nieuleczalnie chorej kobiety nazwiskiem Terri Schiavo. Ponieważ w tych dniach mieliśmy parę tekstów na temat i nienawiści, i aborcji i szacunku do życia, chamstwa, elegancji, cywilizacji i takich tam, pomyślałem sobie, że nie byłoby źle – specjalnie z myślą o tym blogu – przetłumaczyć pewien tekst jeszcze sprzed lat, pięknie napisany przez wspominaną tu już kiedyś wcześniej Peggy Noonan. Proszę się skupić. Będzie mocno.

Bóg stworzył świat, lub nie.
Bóg stworzył nas, lub nie.
Jeśli tak, to maleńkie ludzkie życie zostało dotknięte świętością, i wciąż tą świętością jest wypełniane. Jeśli to prawda, musiałoby to dotyczyć każdego człowieka, a nie tylko tych wybranych. I znów, jeśli to prawda, każde ludzkie życie jest cenne, ma wartość nieskończoną, godne jest najwyższego szacunku.
Większość – może nie wszyscy, ale pewnie większość – z tych, którzy wspierają prawo Terri Schiavo do życia, wierzą w to co zostało powiedziane wyżej. I ta wiara tłumaczy ich pasję i ich emocje. Wierzą oni, że prowadzą walkę o ludzkie życie, które jest bezcenne i niezastąpione. Są jak owa słynna matka, która znalazła w sobie dość siły, by unieść tył swojego samochodu, by uwolnić przyciśnięte do ziemi dziecko. To jest właśnie ta desperacja, by ratować życie; to jest ów zastrzyk adrenaliny, który sprawia, że na ten ułamek sekundy stajesz się nad-człowiekiem, i robisz coś co jest niemożliwe.
I to jest właśnie to, co próbują robić oni.
Oni nie chcą, by niewinne ludzkie życie zakończyło się z przyczyn, które wyglądają na tak bardzo praktyczne, i tak bardzo z tego świata. Ów świat mówi, że jakość życia pani Schiavo jest super niska, a więc jej życie nie ma sensu. Odpowiadają więc oni na to: „A kto powiedział, że nie ma sensu? I czym w ogóle jest ów sens? Może sensem jest już samo życie?”
Emocji, jakie kierują ludźmi głoszącymi potrzebę odłączenia pani Shiavo od aparatury nie rozumiem. Co im każe się tak angażować? Czy to wszystko dlatego, że są oni tak pełni współczucia, i na samą myśl, że pani Schiavo cierpi, krwawią im serca? Ale przecież od samego początku, jak ta sprawa jest dyskutowana, nikt nigdy nie stwierdził, że Terri Schiavo dręczy fizyczny ból, tak jak to ma miejsce w przypadku osób konających na raka.
Jeśli jednak to jej ból każe im się tak o nią troszczyć, dlaczego wydają się zupełnie niewzruszeni bólem, jaki jej zadano, kiedy pozbawiono ją jedzenia i picia. I dlaczego argumentując za prawem pani Schiavo do tej śmierci, używają oni tak bardzo agresywnego języka? Przewodniczący Amerykańskich Demokratów nazwał Republikanów ludźmi „bez mózgu”. Michael, mąż pani Schiavo, o przywódcy parlamentarnej większości, Tomie DeLay, powiedział, że to „obleśna żmija”.
Każdy kto zabierał publicznie głos w obronie prawa pani Schiavo do życia otrzymywał maile, które robiły wrażenie jakby były dyktowane przez osoby psychicznie niestabilne, a pisane przez wariatów. Na portalu Democratic Underground ktoś napisał, że „faszystom należy skopać dupy”. W miniony wtorek twarz Jamesa Carville [popularny demokratyczny polityk – przyp. Toyah], kiedy przeklinał Republikanów, że chcą uratować życie pani Schiavo, wykrzywiło tak nieprawdopodobne szyderstwo, że aż można było ujrzeć jego dziąsła. Gdybyśmy nie wiedzieli, jaki to w gruncie rzeczy pan Nikt, moglibyśmy uznać, że oto przed nami pojawił się prawdziwy Szatan.
Czemu więc oni wszyscy tak bardzo zaangażowali się w to, by ta kobieta umarła?
Otóż mam wrażenie, że oni są w śmierci zakochani.
Czego symbolem jest dla nich życie Terri Schiavo? Co im chodzi po głowie, kiedy pomyślą, że ona jednak może żyć?
Dlaczego owa perspektywa życia tak strasznie ich złości? I znów, jeśli czujemy, że życie Terri Schiavo stanowi bezcenny dar od Boga, pasja z jaką go bronimy, jest oczywista. Pasja demonstrowana przez zwolenników śmierci już zrozumiała nie jest. Nie jestem w stanie pojąć ich pewności siebie. Jak idzie o samą wiedzę, osobiście nie mam pojęcia, czy jakakolwiek poprawa w leczeniu Terri Schiavo wchodzi w grę. Mam oczywiście taką nadzieję, wiedzy jednak już nie. I nikt z nas wiedzieć nie może, natomiast z pewnością możemy się „mylić stając po stronie życia”. Skąd jednak ci, co stają po stronie śmierci wiedzą, że nie ma mowy o poprawie, o wyleczeniu, o cudzie wyzdrowienia? Wygląda na to, że oni się wręcz zakochali w tych wciąż przez siebie powtarzanych frazach o „stanie wegetatywnym”, o „śmierci mózgowej”, o „korze mózgowej w stanie ciekłym”.
Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego ludzie, którzy, zresztą podobnie jak ja, tak bardzo się angażują w ochronę wielorybów, uważają, że kampania na rzecz ratowania człowieka jest tak mało interesująca. Nie umiem zrozumieć ich braku emocji. A mimo to jest faktem, że ludzie poświęcający się walce o ratowanie wielorybów jakoś niezbyt często są jednocześnie ludźmi, których można spotkać wśród tych, którzy sprzeciwiają się aborcji. Działacze PETA, organizacji na rzecz etycznego traktowania zwierząt, ci sami, którzy opowiadają, jak to bardzo zależy im na tym, by skończyć z okrucieństwem wobec zwierząt, robią wrażenie, jakby problem późnej aborcji, która jest przecież jednoznacznym przykładem okrucieństwa, tyle że tym razem wobec człowieka, ich w żaden sposób nie interesował.
Nie potrafię pojąć, dlaczego ludzie, walczący o zaprzestanie wierceń na Alasce, na rzecz zachowania piękna lokalnej przyrody, nie wykazują najmniejszej ochoty, by się zaangażować walkę na rzecz ratowania piękna, jakie jest w człowieku.
Nie rozumiem, dlaczego ci wszyscy, którzy postulują wstrzymanie wykonywania kary śmierci, tak by każdy przypadek przejrzeć raz jeszcze pod kątem badań DNA – gest świadczący o wielkim współczuciu w stosunku do tych, którym udowodniono bardzo ciężkie przestępstwa – nie wykazują najmniejszego zainteresowania tym, by pewnej kobiecie, której nikt nigdy nie oskarżył o jakiekolwiek przestępstwo, też dać jeszcze jedną, może ostatnią szansę.
Istnieją w Ameryce kobiece organizacje, bardzo mocno zaangażowane w walkę o prawa kobiet dręczonych przez swoich mężów, kobiet bitych i pogardzanych. Wciąż z ich ust słyszymy o tym, jak to kobieta nie jest własnością mężczyzny. I świetnie. Tylko dlaczego owe dobre kobiety nie zaangażują się w walkę o życie Terri Schiavo. Jak by one wyjaśniły swój brak zaangażowania w tej sprawie? Jeśli pani Schiavo umrze, umrze z ręki swojego męża, i tylko z tej ręki. Bo to on właśnie zapewniał wszystkich, że ona bardzo chciała, a może chciałaby, a może tylko w pewnej rzekomej rozmowie lata temu mówiła, że by chciała umrzeć. Marna to podstawa do pozbawienia życia człowieka.
Osoby żądające, by ludzi cierpiących odłączać od aparatury mówią: „Ależ on musi mieć dość życia z tak bardzo uszkodzonym mózgiem!”. O tak! Z całą pewnością. Inna sprawa, że jeśli przyjąć tę argumentację, należy też założyć, że jakiś rodzaj emocji Terri Schiavo jednak odczuwa. Kto z nas nie czułby ogromnego smutku, wiedząc, że jest tak fatalnie niepełnosprawny? Ja pewnie bym płakała każdego dnia, Wy nie?
Popatrzcie jednak na swoje życie. Czyż w nim nie ma momentów, które sprawiają, że jest Wam niezwykle smutno, kiedy czujecie nieznośny ból, frustrację, lub jesteście zwyczajnie źli? Jednak mimo to, wciąż cieszycie się, że żyjecie, czyż nie? Ja tak. Nikt nie lubi leżeć na łożu śmierci. Mało kto tak naprawdę chce odejść.
Terri Schiavo prawdopodobnie umrze. I z jej śmierci nie będziemy mieli żadnego pożytku. Jedynym efektem jej śmierci będzie to, że ci, którzy tak bardzo się w owej śmierci zakochali, będą jeszcze bardziej wściekli i wygłodniali.
A ci, którzy się wciąż uczą – nasze dzieci – o Boże! Jakąż to straszną lekcję one właśnie odbierają. Jakież to straszne historie pomagają im się kształtować. Oglądają one dramat Schiavo w telewizji, słuchają o nim w radio. Przed oczami mają społeczeństwo – społeczeństwo, w którym żyją – które stoi na granicy uznania, wręcz zaakceptowania faktu, że uszkodzone życie jest życiem nadającym się wyłącznie na przemiał. Nasze dzieci dorastały w epoce aborcji, i stanowią część epoki, gdzie podobno nawet bardzo szanowani ludzie myślą z entuzjazmem o eutanazji. Dla naszych dzieci i dla świata, który one będą tworzyć nie może być dobrą sytuacja, kiedy one otrzymują właśnie ową nową lekcję. Lekcję, podczas której dowiadują się, że życie ludzkie nie jest cenne, nie jest święte, nie ma nieskończonej wartości.
Kiedy już to uznamy – że ludzkie życie nie jest w końcu czymś aż tak bardzo szczególnym – wówczas wszystko jest możliwe, i nic już więcej nie będzie dobre. Gdy społeczeństwo dochodzi do przekonania, że życie ludzkie z samej zasady nie jest warte tego, by trwało, stąd już wiedzie bardzo śliska droga do komór gazowych. Jeśli to uznamy, znajdziemy się w jednej chwili na drodze, która zakręca w okolicy masowego morderstwa w Columbine, i prowadzi już prosto do Auschwitz.
Póki co, znajdujemy się w Pinellas Park w stanie Floryda.

Tradycyjnie już, jeśli komuś ten tekst się jakoś przysłużył, a uważa, że coś mi się za to tłumaczenie może należeć, nie będę się odganiał. Trzy standardowe strony. Wedle uznania. Oczywiście jeśli komuś przyjdzie do głowy go cytować, proszę to robić wyłącznie z powołaniem się na adres www.toyah.pl. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...