Zastanawialiśmy się już tu parokrotnie nad tym, jak to się dzieje, że w różnego rodzaju potyczkach telewizyjnych między „nimi” a „nami”, jesteśmy nieustannie skazywani na z to ich jednej strony bezprzykładne, niczym nieograniczone w swojej bezczelności kłamstwo, a z drugiej często naszą tak okropnie irytującą bezradność. Co gorsza, bezradność, która jest bezpośrednim wynikiem nawet nie naturalnego u normalnego człowieka zdumienia tym, co potrafi człowiek na pewnym poziomie upadku, lecz zwykłego lenistwa połączonego z rozbuchanym zadowoleniem z siebie. Ileż to razy któryś z nas, patrząc na popisy tych, którzy we wspomnianych debatach mieli reprezentować nasze interesy, w pozornie nieskomplikowanych sytuacjach, nie byli w stanie skutecznie zareagować na jedno czy drugie kłamstwo. Ileż to razy ktoś z nas słuchał jednej z tych niezwykłych rozmów i jedyne co był w stanie robić, to pytać, czemu w tak oczywiście prostej sytuacji, tak sprytny, wyszczekany i obyty w publicznych wystąpieniach polityk nie umie zareagować krótko i skutecznie.
Jak wielu z nas zdążyło właśnie zauważyć, poruszony irytującym przedłużaniem się dyskusji na temat stanu naszej infrastruktury na rok przed Euro2012, System postanowił wykonać ruch do przodu, i ustami Ryszarda Kalisza ogłosił, że Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro będą pierwszymi w historii polskimi politykami, których naród postawi przed Trybunałem Stanu. Za co? Oczywiście za zabójstwo Barbary Blidy.
Cała akcja została przygotowana niezwykle starannie i równie starannie z każdej strony zabezpieczona. A więc najpierw pojawił się sam Kalisz, który z wyżyn swojego prawniczego autorytetu poinformował obywateli, że śledztwo było długie i żmudne, ale wreszcie można ogłosić jego wyniki i wskazać winnych. Następnie reżimowe media, na tle pięknego, czarnobiałego zdjęcia Barbary Blidy, siedzącej w skromnej kuchni nad książką, przypomniały życie i śmierć tej świętej kobiety. W następnej kolejności, pojawił się syn Barbary Blidy i wyraził satysfakcję z powodu wyników dochodzenia. Po nim przyszli wybitni komunistyczni politycy, tacy jak Leszek Miller i Aleksander Kwaśniewski i na tle innych fotografii, tym razem przedstawiających opuchnięte z nienawiści twarze Kaczyńskiego i Ziobry, wezwali do ostatecznego dokończenia sprawy. W międzyczasie pojawił się sam premier Tusk – jak najbardziej na placu jednej ze swoich rozpapranych budów – i zapewnił, że nikt nie zostanie ukarany bez sprawiedliwych dowodów. No a na sam już koniec, do akcji ruszyli drobni politycy i ważni dziennikarze, i poprosili o zachowanie kultury dyskusji w obliczu tak poważnego wydarzenia jak ludzka śmierć.
Ten zresztą akurat element robi w tym wszystkim wrażenie szczególne. Bo oto, przede wszystkim wykorzystywanie w tego typu debacie argumentu śmierci w rok po smoleńskiej katastrofie, i to przez ludzi w sposób oczywisty za tę śmierć odpowiedzialnych, jest przykładem bezczelności wyjątkowej. Ale jest w tym jeszcze coś ekstra. Mianowicie owa metoda zamykania ust wszystkim tym, którzy próbują przywrócić sprawie jej właściwe proporcje, tym jednym zdaniem: „Nie zapominajmy, że na początku była śmierć”. To zresztą w ten sposób reżimowi komentatorzy podsumowali jedyną w tej sytuacji sensowną reakcję Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobro, którzy wobec owej absurdalnej akcji w równie absurdalny sposób, całą tę hucpę obrócili w żart – „nie zapominajmy, że na początku była śmierć”.
Przypomnijmy więc. Barbara Blida przez całe lata była tak zwanym baronem SLD na Śląsku, z całym tym, standardowym dla zajmowanego miejsca, towarzyskim i socjalnym pakietem. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że czasy mamy takie, że jeśli ktoś mieszka w Siemianowicach, lub w Chorzowie i mówi ze śląskim akcentem, to nawet jeśli jest przy okazji szefem miejscowej mafii, w sytuacjach strategicznych otrzymuje pełne odkupienie, autoryzowane w dodatku przez miejscowego księdza , a być może nawet i biskupa, a jako bonus, na wszelkie niespodziewane okoliczności, owo piękne zdjęcie w kuchni nad ksiązką. Nie zmienia to faktu, że Barbara Blida przez wiele lat była na Śląsku eseldowskim baronem, w dodatku bardzo mocno biznesowo związanym z branżą węglową. A czym jest branża węglowa i jaki jest sens jej ciągłego podtrzymywania, wie już każde dziecko, i to wcale niekoniecznie dorastające w cieniu kopalnianych szybów. I stało się tak, że któregoś dnia, Barbara Blida znalazła się w samym centrum wydarzeń wykreowanych w sposób oczywisty przez ową branżę i z jakiegoś mniej lub bardziej jasnego powodu postanowiła sobie strzelić w łeb. I to są fakty. I nie zmieni ich nawet ewentualny zarzut, że jestem obrzydliwie tu bezduszny i brutalny. Zwłaszcza gdy bezduszność i brutalność stała się naszym chlebem powszednim już w kwietniu zeszłego roku.
Tymczasem, z czym mamy do czynienia dziś? Jeśli się nad tym zastanowić zupełnie uczciwie, to z jednej strony zostaje nam już wyłącznie wspomniane już wcześniej zdjęcie i to imię – Basia, a z drugiej tych dwóch strasznych ludzi, którzy w dodatku, zamiast z pokorą pochylić się nad swoim upadkiem, coś tam sobie żartują na temat Syberii i kożuchów. I mogłoby się wydawać, że nie ma nic prostszego jak na ten absurd odpowiednio zareagować i pokazać tym łobuzom, że dopóki nie wyjaśnią i nie wytłumaczą swojej roli w wydarzeniach o wiele bardziej społecznie istotnych, niż to co miało miejsce przed laty w Siemianowicach, nie mają jakiegokolwiek prawa by się w ogóle odzywać. Tymczasem wszystko co słyszę, to jakieś kompletnie bezużyteczne próby przekonywania skołowanych ludzi, że rząd Prawa i Sprawiedliwości walczył z korupcją i że robił to zgodnie z prawem i jak najbardziej uczciwie.
Wydawałoby się, że każdy w miarę inteligentny i obeznany w systemie publicznej dezinformacji i propagandy komentator doskonale rozumie, że nie ma żadnego sensu prowadzenia publicznej dyskusji z bezwzględnymi oszustami na poziomie ściśle merytorycznej argumentacji, bo tam gdzie w grę wchodzą emocje, żadne, choćby nie wiadomo jak rozsądne, słowa nikogo nie obchodzą. Merytoryczne argumenty mogą skutecznie działać podczas merytorycznych debat. W przypadku wydarzenia takiego jak śmierć Barbary Blidy, w dodatku, z jednej strony wmontowanego w konflikt służby – człowiek, a z drugiej tak skutecznie oplecionego całą ta tandetną ornamentyką, można reagować wyłącznie w podobny sposób. A jest to zadanie o tyle łatwe, że po naszej stronie jest i prawda i poziom emocji znacznie wyższy od każdej możliwej rzeczy która się przed laty wydarzyła przed domem i w domu Blidów.
Wspomniałem już o Smoleńsku. Skutkiem, nawet jeśli nie zorganizowanego zabójstwa, to z całą pewnością złośliwych i przemyślanych działań rządu, 96 osob zostało w jednej chwili zdmuchniętych z powierzchni ziemi, i jak dotychczas jedynymi oskarżonymi w tej sprawie są wybrani przedstawiciele bezpośrednich ofiar tego nieszczęścia. Plucie na udręczone zwłoki tych ludzi stało się już nawet nie tylko powszechnie obowiązującym zwyczajem, lecz najbardziej popularną modą. Wczoraj znów oglądałem w telewizji reklamę „zimnego Lecha” i już tylko mogłem się zastanawiać, jaki racjonalny powód stoi za tym, by jedno zwykłe hasło reklamowe przetrwało, bez najdrobniejszej zmiany, aż półtora roku. Jaki racjonalny powód stał za tym, by przez całą surową zimę, kiedy miłośnicy piwa mogli marzyć o wszystkim, tylko nie o zmrożonym piwie, szukać wśród nich klientów, oferując im zimne piwo na zimne wieczory? Jaka wreszcie wrażliwość – jeśli już w ogóle zakładać tu czyjeś czyste intencje – stoi za tym, by mimo apeli ze strony osob dotkniętych autentyczną tragedią, z tego jednego hasła nie zrezygnować? Czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie reklamę piwa o treści na przykład: „Zimny kufelek za zimną Barbórkę”?
Ale niech już będzie, że sprawa Smoleńska jest czymś na tyle dużym, że zwyczajnie nie zasługuje na to, by ja wykorzystywać w potyczkach z bandą zastraszonych durniów. Popatrzmy więc na zdarzenie bardzo wciąż aktualne, a z jakiegoś powodu przez naszych dzielnych mężów zupełnie lekceważone. Do domu jakiegoś studenta, który postanowił ponabijać się z prezydenta Komorowskiego i w związku z tym uruchomił odpowiednią stronę internetową, tak samo jak przed laty do domu Barbary Blidy, o godzinie 6 nad ranem, w dodatku mniej więcej w tym samym składzie i intencjach, wkroczyli funkcjonariusze ABW. Ów student nie miał zarzutów korupcyjnych, nie był powiązany ze światem przestępczym, nie było przeciwko niemu prowadzone śledztwo w sprawach ciężkich nadużyć gospodarczych. Jego jedyną winą było to, że na widok prezydenta Komorowskiego nierozważnie chichotał. Weszli więc do niego owi funkcjonariusze, a my wyobraźmy sobie, że on w tej swojej panice i strachu – a że był spanikowany i przestraszony, wiemy z całą pewnością – zamknąłby się w łazience, i albo podciąłby sobie żyły, albo zeżarł jakieś tabletki, albo wyskoczył przez okno i się zabił. Czyja to by była wina? Jego, czy może prezydenta Komorowskiego i jego kumpla Donalda Tuska, którzy źle znoszą szyderstwa na swój temat? Ktoś powie, że ten argument jest do bani, bo on ani sobie nie podciął żył, ani nie wyskoczył przez okno. A nawet jakby wyskoczył, to i tak by mu się nic nie stało, bo mieszka na parterze. Ja jeszcze mogę dodać, że faktycznie, ten argument jest do niczego, bo on nie miał sobie nic do zarzucenia i – w odróżnieniu od Barbary Blidy – poza zwykłym strachem przed nieznanym, nie miał żadnego powodu, by sobie odbierać życie.
Tyle że tu wcale nie chodzi o to, czego on nie zrobił, ale o to, czyja to jest wina, albo czyja zasługa, że on tego czegoś nie zrobił. Bo w tym własnie jest cały problem. Gdyby ci durnie w kominiarkach, hełmach i karabinami zbudzili tego studenta nad ranem i wyciągnęli go w majtkach z łóżka, a on by nagle stracił głowę i popełnił samobójstwo, to ranga tego wydarzenia byłaby tysiące razy poważniejsza niż to co się zdarzyło w tamten poranek w domu Blidów. Oczywiście znów trzeba powtórzyć ów oczywisty fakt – Blida się zastrzeliła, a on nie. Tyle że czy może to że on się nie zastrzelił jest zasługą tego rządu? Czy to, że on od tego nie oszalał jest może wynikiem bardzo roztropnej polityki premiera Tuska? A może jest tak, że ci uzbrojeni funkcjonariusze ABW, policjanci i prokuratorzy, którzy wpadli do jego domu o szóstej nad ranem i go wyciągnęli z łóżka, byli tak bardzo kulturalni i współczujący, że on od razu poczuł, że ma wokół siebie przyjaciół a nie wrogów? Jak to ostatecznie tam było?
Otóż odpowiedź jest jednoznaczna. Tam było dokładnie tak samo, jak wtedy, przed laty, w Siemianowicach, tyle że tu państwo wraz z całym swoim aparatem represji miało przed sobą przerażonego żartownisia, którego jedyną winą było to, że śmiał się nie wtedy, kiedy śmiać się było wolno, a tam Barbarę Blidą. Tę Barbarę Blidę. I jeszcze trzeba dodać to, że tak samo jak śmierć Blidy nie była spowodowana przez występność tamtego rządu, tak samo życie tego studenta nie jest dziś tego rządu zasługą.
No i jeszcze coś. Zarówno niegdysiejsza Barbara Blida jak i dzisiejszy student o nazwisku, którego nikomu – w tym i mnie osobiście – nawet się nie chce pamiętać, mają swoich obrońców. Tyle że on znalazł ich wśród obcych sobie ludzi, którzy nie mają z nim wspólnych interesów i których z nim łączy wyłącznie pragnienie prawdy i wolności jej głoszenia, podczas gdy jej na pomoc ruszyli wyłącznie partnerzy w biznesie i partnerzy we wspólnej nienawiści. Dokładnie ci sami, którzy mniej więcej w tym samym czasie dwoili się i troili, by wspomóc groszem i dobrym słowem pewnego Huberta H. – menela i drobnego pijaczka, którego z kolei jedynym znakiem rozpoznawczym był półprzytomny wyraz twarzy i jak najbardziej naturalna niechęć do Lecha Kaczyńskiego.
To wszystko jest tak proste i oczywiste, że w normalnej sytuacji głupio by było nawet o tym wspominać. Tyle że sytuacja wcale nie jest normalna. A dobrym symbolem tej nienormalności była wczorajsza obecność w telewizyjnym studio Beaty Kempy, która mając przed sobą kogoś tak beznadziejnie niskiego jak jakiś poseł Olszewski z Platformy Obywatelskiej, nie była w stanie – nawet nie mówię, że wstać i dać mu w łeb za to bezczelne spojrzenie, którym od początku do końca obrażał podstawową ludzką wrażliwość – ale zwyczajnie poprosić, by opowiedział widzom, czy widzi różnicę między doprowadzeniem do śmierci jednej jak najbardziej podejrzanej bizneswoman, a zamordowaniem 96 Bogu ducha winnych osób. Czy widzi różnicę między zrywaniem z łóżka jakiegoś biednego studenta, a kutej na cztery nogi lokalnej szychy. To takie wszystko proste i jednoznaczne. Można nawet było w ogóle nic nie gadać. Wystarczyło przynieść do studia poniższe zdjęcie, postawić je przed sobą i tylko poprosić techniczną obsługę tego programu, by ile razy ów Olszewski się na chwilę zamknie, dawać na nie ładne zbliżenie.
Czasy się niestety porobiły takie, że - ostatnio już tradycyjnie - zmuszony jestem prosić wszystkich, którzy mają tylko możliwość, o wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Ze swojej strony - też tradycyjnie - mogę tylko obiecać, że jak najuczciwiej i najsumienniej będę robił to co do mnie należy. Dziękuję.