Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czesław Kiszczak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czesław Kiszczak. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 października 2016

O lekką odsiadkę dla Miernika i spokojne gnicie dla Kiszczaka

         Przypominając oczywiście o rzeczy najważniejszej, czyli o kanonizacji małego Sancheza, zapraszam do mojego cotygodniowego felietonu w „Warszawskiej Gazecie”.

Powiem szczerze, że nie wiem, czy miasteczko namiotowe, jakie grupa najszczerszych polskich patriotów rozbiła pod kwaterą główną Sądu Najwyższego w Warszawie, by bronić uwięzionego przez reżim Prawa i Sprawiedliwości Zygmunta Miernika, jest wynikiem prowokacji i ma na celu zmianę władzy na lepszą, czy za ową demonstracją stoją szczere intencje szczerych idiotów. Ze względu na aktywną obecność na miejscu samego Adama Słomki, skłaniałbym się do tej drugiej opcji, jakkolwiek by to jednak nie było, wygląda na to, że mamy do czynienia z czymś, co jeśli natychmiast nie zostanie zakończone, może nas doprowadzić do poważnego nieszczęścia.
      W czym rzecz? Otóż, jak może niektórzy z nas wiedzą, jeszcze za swojego nędznego życia, niesławny generał Kiszczak został uniewinniony przez któryś ze znanych nam zbyt dobrze sądów, w związku z czym obecny na sali Zygmunt Miernik sędzi, która przewodniczyła składowi, wbił w twarz cały tort, no i w związku z tym poszedł siedzieć. Ponieważ Kiszczak, jak pewnie wszyscy wiemy, to okrutny i bezwzględny morderca, a Miernik dzielny działacz na rzecz naszej wspólnej wolności, w jednej chwili podniósł się powszechny zgiełk, a wraz z nim żądanie, by Miernika zwolnić, bo on bardziej niż na więzienie zasługuje na medal.
      Otóż, jeśli o to idzie, mam z Zygmuntem Miernikiem kłopot, a to z tego mianowicie powodu, że cokolwiek byśmy mówili zarówno o Mierniku, jak i nawet o Kiszczaku, sytuacja jest taka, że w sędziego tortem się nie rzuca. Sędzia znajduje się pod taką ochroną, że można wiele, ale nie wolno mu dać w pysk, nie wolno go kopnąć w tyłek, nie wolno mu na twarzy rozbić śmierdzącego jajka, no i oczywiście nie wolno rzucić w niego tortem. Gdyby te wszystkie rzeczy były dopuszczalne, biorąc pod uwagę szczególne napięcie, jakie panuje między zgromadzonymi na sali sądowej osobami, oni by te torty – w najlepszym wypadku torty – robili codziennie, w każdym zakątku kraju. A każdy z nas, który miałby do sędziego jakiekolwiek uwagi, byłby szczerze przekonany, że tu akurat miał prawo się unieść.
      Powtarzam, ja zdaję sobie sprawę z tego, kim był Czesław Kiszczak i jakie są jego wieczne zasługi dla ludzkości, niemniej jednak państwo – i podkreślam, żadne państwo – nie jest sobie w stanie pozwolić na tolerowanie tego, co zrobił Miernik. Osobiście uważam Kiszczaka za mordercę bez serca, a Miernika za bohatera, natomiast tu proponuję, żebyśmy, owszem, pamiętali o jednym i drugim. Natomiast też bym sugerował, żeby sam Miernik to wszystko wziął na swoją mężną klatę i z honorem ten wyrok odsiedział. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że go na to stać i sobie z tymi wszystkim uciążliwościami poradzi.
      Słomce natomiast, oraz innym, którzy tam pod tymi namiotami pyskują, proponuję, żeby je zwinęli i zajęli się dla odmiany Polską. Tak będzie dla nas wszystkich znacznie lepiej.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam, jak zawsze, do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki.
     




piątek, 6 listopada 2015

Jerzy Urban vs. Czesław Kiszczak - prowadzenie na punkty

Umarł Czesław Kiszczak, a ponieważ przed nim jeszcze odeszli Wojciech Jaruzelski i Florian Siwicki, należy stwierdzić, że z najbardziej że tak powiem kultowych bohaterów schyłkowej komuny, został już tylko Jerzy Urban, A ja, choć zdaję sobie sprawę z tego, że powinniśmy się wszyscy cieszyć, muszę zauważyć, że przynajmniej w naszej rodzinie nastroje są bardzo różne. Moja najmłodsza córka choćby jest akurat przerażona, a to, proszę sobie wyobrazić, z tego powodu, że wczoraj przed południem czytała jakiś tekst w tygodniku „W Sieci” wspominający komunistyczne zbrodnie lat 80. I nagle krzyknęła: „Żeby ten Kiszczak wreszcie zdechł!” No a on natychmiast wziął i zdechł, a ona się już tylko boi, że jest czarownicą.
Z kolei moja żona, kiedy już późnym wieczorem zrobiła mniej więcej porządek z wszystkim szkolnymi papierami i jakoś doszła do siebie po kolejnym dniu tej harówy, przyszła do mnie, uśmiechnęła się szeroko i zapytała: „Słyszałeś, że umarł Kiszczak? Jak fajnie!”. No a ja jej na to mówię, że moim zdaniem nie stało się nic szczególnego. W końcu wszyscy umieramy, niektórzy wcześniej, niektórzy później, jedni w wielkim bólu, inni spokojnie we śnie, część z nas w kompletnej samotności, inni z kolei otoczeni miłością najbliższych, a zatem, jeśli się zastanowić przez krótką choćby chwilę, to cóż takiego spotkało Kiszczaka? Zwłaszcza w porównaniu z losem, jak spotkał pewną moją koleżankę z pracy, cudowną, śliczną Monikę, u której pewnego dnia, jeszcze zanim zdążyła wyjść za mąż i założyć rodzinę, stwierdzono guz mózgu i lekarzom nie udało się jej z tego wyciągnąć. Cóż takiego spotkało Czesława Kiszczaka? Dożył późnej starości i umarł plewiąc grządki w swoim ogródku, jak nie przymierzając Don Vito Corleone. Tyle wszystkiego, że musiał jeszcze dostać cholery widząc, jak Jarosław Kaczyński odzyskuje władzę. Tu zresztą mam drobną uwagę na marginesie do części z nas, czytających dziś ten tekst. Jeśli Wy też dostaliście cholery widząc, jak Jarosław Kaczyński odzyskuje władzę, pamiętajcie, że nie jesteście samotną wyspą.
Umarł więc Czesław Kiszczak i powoli odchodzi do historii pewien bardzo ważny okres w naszym życiu. Już zostało postanowione, że jego akurat nie będziemy ani żegnać na Powązkach, ani też władze nie zorganizują mu kompanii honorowej, i to jest wiadomość oczywiście dobra. A ja mimo to ani się nie śmieję, ani nie płaczę, bo jak powiedziałem – i cóż takiego wyjątkowego się stało? Czy może rozległo się wycie Złego? Nic podobnego. Umarł zaledwie jakiś staruszek. Kolejny staruszek – przy okazji przepraszam Stanisława Kociołka, że o nim zdarzyło mi się zapomnieć – przeszedł na drugą stronę, a my się rozglądamy i widzimy, że w gruncie rzeczy pozostał już tylko jeden z nich, a reszta to już ci z drugiego rzutu – sami bohaterowie naszej wolności.
Został więc już tylko ostatni z nich, Jerzy Urban. A ja, przepraszam bardzo, ale ja w żaden sposób nie jestem w stanie wzbudzić w sobie owej szczególnej emocji związanej z oczekiwaniem na jego śmierć. Jeśli dziś już za chwilę media poinformują, że Jerzy Urban dostał ciężkiego zawału serca w trakcie wizyty w którymś z ekskluzywnych warszawskich burdeli, mój puls nie przyspieszy ani o jedno uderzenie. Ja mam wymagania znacznie bardziej ambitne. Skoro więc mówimy już o burdelach, niech się przynajmniej okaże, że on trafił na jakieś niedoświadczone dziecko, które nie zdążyło mu na czas ściągnąć z ryja tej folii.
To, proszę państwa, nazywa się namiastka satysfakcji, a nie wiadomość, że umarł 90-letni staruszek.

Już za chwilę wychodzę na targi książki, które przez najbliższe trzy dni będą się odbywać w Centrum Kongresowym w Katowicach. Będę ja, będzie Gabriel Maciejewski, będą nasze książki. Stoisko ma numer 23. Żyć nie umierać! A kto ma za daleko, niech zajrzy do księgarni na stronie www.coryllus.pl i też będzie mógł sobie poużywać. A już za miesiąc, po kolei – Opole, Warszawa i Wrocław. Jesteśmy wszędzie.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

O sprawiedliwość dla Generała

Chyba nie ma tygodnika w kraju, który nie przeznaczyłby jakiej części swoich łamów na regularne prowadzenie rubryki, gdzie czytelnicy mogą zapoznać się z przeglądem wydarzeń minionego tygodnia, utrzymanym w konwencji mniej lub bardziej lekkiego żartu, czy wręcz kabaretu. Takie „Szkło kontaktowe”, tyle że co tydzień, no i na papierze. Najbardziej znanymi z tego typu publicystyki żartownisiami są oczywiście Igor Zalewski i Robert Mazurek, którzy, o ile się nie mylę, debiutowali w dawnym „Wproście”, a potem przechodząc wiele różnych szczebli, skończyli w dzisiejszym „W Sieci”, jednak, jak mówię, niemal każda znana mi redakcja, ma ambicję coś tego typu utrzymywać.
Skąd ten pomysł i jednak jego sukces? Otóż wydaje mi się, że plan polega na sięgnięciu do czytelnika, który nie ma czasu czytać długich zdań i jeszcze dłuższych analiz, a ponieważ jakieś tam ambicje jednak ma, gotów jest kupować, czy to wspomniane „Wprost”, „W Sieci”, czy też „Do Rzeczy”, czy „Newsweeka”, czy „Nie”, czy też „Politykę”, że nie wspomnę o takim „Tygodniku Powszechnym”, dla tych kilku krótkich zdań, które ustawią ich emocje na kolejny tydzień.
Do dziś pamiętam, jak mój kuzyn, wybitny polski ginekolog, niestrudzony obrońca życia, pewnego razu bardzo się zdenerwował, kiedy mu doniesiono, że wspomniano o nim w tygodniku „Nie”, a następnie go zacytowano, określając to co mówił epitetem „czarne słowa”. Pamiętam jego rozgoryczenie, a moją zawiść. Ja wtedy jeszcze nawet nie myślałem o tym, by zawodowo się zajmować pisaniem, ale pamiętam, jak sobie myślałem, że ja bym też tak chciał, żeby moje słowa zacytował któryś z tych szmatławców i zrobił to na odpowiednim poziomie niechęci. Żeby któryś z nich na to co ja mówię dostał takiej cholery, by dla zademonstrowania owej niechęci znaleźć trochę miejsca. To by dopiero było osiągnięcie!
I oto nagle wczoraj otrzymałem od swoich ludzi informacje, że stare, peerelowskie ścierwo „Polityka”, nie dość, że się mną zajęło, to jeszcze, jak się mogę domyślać, zajmuje się mną regularnie. W jednym ze swoich najświeższych wydań, w owym kabaretowym przeglądzie tygodnia, zacytowało fragment mojego felietonu z „Warszawskiej Gazety”, komentując go jednym mocnym zdaniem wstępu: „Dalszy ciąg mistycznych skojarzeń autora ‘Warszawskiej Gazety’”. Rozumiecie, o co chodzi? Dalszy ciąg. Mistycznych. Czy ktoś mi powie, że to takie nic? Toż to prawie już klasyk. Jestem naprawdę wzruszony. Polecam się na przyszłość. Czytajcie mnie regularnie i niech was z tej wściekłości czarna krew zaleje. Oto mój najnowszy felieton dla „Warszawskiej”. Na cześć waszych bohaterów.

Tyle ostatnio się dzieje, zaczynając od internetowej działalności niejakiego Stonogi, a kończąc na spektakularnym gniciu władzy, która robiła już wrażenie wiecznej, że niemal nikt z nas nie zauważył, że jakimś cudem, Czesław Kiszczak został doprowadzony przed sąd i jego decyzją został skazany na dwa lata w zawieszeniu. Powiem szczerze, że ja, zwłaszcza ostatnio już, nie śledziłem losów tego człowieka, więc nie jestem pewien – a sprawdzać mi się zwyczajnie nie chce – za co on tak naprawdę oberwał. Czy tu chodziło o wprowadzenie stanu wojennego, czy rozstrzelanie górników z Wujka, czy o zamordowanie Grzegorza Przemyka, a może zamęczenie księdza Popiełuszki, czy wreszcie o tych kolejnych już księży, z końcówki lat 80-tych? Tego nie wiem i powiem szczerze, nie bardzo mnie to interesuje. To co wiem, i co mi tak naprawdę wystarczy, to te dwa lata w zawieszeniu.
Co takiego ów wyrok oznacza dla nas, to wiemy. Dla nas on nie oznacza nic, bo przede wszystkim mamy inne sprawy na głowie, niż los jeszcze jednego komunistycznego oprawcy, a poza tym, nie oszukujmy się, nie on jeden się kręci po okolicy. Ja na przykład ile razy idę do parku z psem, regularnie mijam grupki starszych panów wyszykowanych jak na pochód pierwszomajowy, co do których nie mam wątpliwości, że oni za uszami mają kto wie, czy nie więcej, niż Kiszczak. I co ja mam sobie myśleć? Że dobrze by było im też wlepić po dwa lata w zawieszeniu na, byśmy wszyscy mieli satysfakcję? A zatem, dla nas to co się stało, to nic. Czy w takim razie, można mieć nadzieję, że ten wyrok zrobił wrażenie na samym Kiszczaku? Nie sądzę. Oczywiście on mógł mieć nadzieję, że na jego pogrzebie ktoś ogłosi, że z niego był prawdziwy anioł, którego nawet faszystowskie prawo nie było w stanie zadrasnąć i teraz jest mu z tym wyrokiem źle. Może też być tak, że on planował wprowadzić jeszcze jeden stan wojenny, lub nawet zamordować jakiegoś księdza, czy maturzystę, a tu tymczasem się okazuje, że nic z tego, bo w takim wypadku litości nie będzie i trzeba będzie się dać zamknąć, jak swego czasu nie przymierzając towarzysz Rywin.
Jednak gdy idzie o mnie i moje zdanie na ten temat, to myślę sobie, że te dwa lata w zawieszeniu to jednak trochę za ostro. Z tego co pamiętam, dwa lata z zawieszeniu do dokładnie tyle ile żądał prokurator dla samego Mariusza Kamińskiego, który jak wiemy, nabroił znacznie bardziej niż generał Kiszczak. I nie zmienia mojej oceny fakt, że ostatecznie Kamiński dostał pełne trzy lata i to bez zawiasów. Liczy się znak i symbol. Mam więc nadzieję, że Kamiński ostatecznie pójdzie siedzieć, a sprawą Kiszczaka zajmie się jakiś europejski trybunał. W końcu, przepraszam bardzo, ale zachowujmy proporcje.

Przypominam, że mam jeszcze kilka egzemplarzy swojej pierwszej książki „O siedmiokilogramowym liściu”. Ponieważ w księgarni Coryllusa nakład się już wyczerpał, zapraszam do siebie. Proszę do mnie pisać pod adres toyah@toyah.pl.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Jeszcze raz o bohaterach na miarę czasów

Mogę się oczywiście mylić, ale wydaje mi się, że gdyby nie ostatnie wydarzenia, jakie miały miejsce w warszawskim sądzie podczas odczytywania wyroku w sprawie wprowadzenia stanu wojennego, nazwisko Słomka w społecznej świadomości funkcjonowałoby mniej więcej tak samo, jak funkcjonuje szereg innych nazwisk dawnych bohaterów antykomunistycznego oporu, których dziś ani ja nie pamiętam, ani tym bardziej ci, dla których polityka zawsze stanowiła tylko pewne ubarwienie dnia codziennego. Oczywiście, są ludzie, zwłaszcza tu na Śląsku, dla których Adam Słomka wciąż jest postacią jakoś tam rozpoznawaną, zwłaszcza gdy przy okazji każdych kolejnych wyborów miasto jest rozplakatowywane tym smutnym czarnobiałym rysunkiem chłopca – swoją drogą, ciekawe, że on wciąż wierzy, że świat stanął w miejscu – w okularach i w charakterystycznej wojskowej czapeczce, bo Adam Słomka po raz kolejny chce zostać prezydentem, lub kandyduje w wyborach do Senatu. Jednak poza tym, wydaje mi się, że nawet regularnie powracająca w mediach informacja na temat tego, że Słomka ponownie został zatrzymany przez policję za fałszowanie jakichś podpisów sprzed lat, nie jest w stanie wzbudzić choćby mikroskopijnego społecznego zainteresowania. A przynajmniej nie do tego stopnia, by przeciętny Polak zapamiętał, kim jest ta słomka.
O jakich sądowych wydarzeniach mówię? Gdyby ktoś nie zauważył, opowiem króciutko. Otóż kiedy polski sąd po raz kolejny – i tym razem już chyba ostateczny – postanowił puścić wolno Czesława Kiszczaka, uznając zaledwie, że owszem staruszek coś tam kiedyś przeskrobał, no ale ani z niego żaden Pinochet, żeby się na niego jakoś szczególnie obrażać, ani z nas tacy znowu barbarzyńcy, żeby mu wyrywać z głowy resztki owłosienia, Adam Słomka wpadł do sali sądu, siadł na miejscu przeznaczonym dla sędziego i wygłosił oświadczenie. Sąd oczywiście zareagował natychmiast. To znaczy niemal natychmiast. Najpierw jednak powiedział Kiszczakowi, żeby wracał do domu pić ziółka i plewić ogródek, i dopiero wtedy posadził Słomkę do kozy na dwa tygodnie. Za obrazę mianowicie sądu.
Efekt tego wydarzenia jest podwójny. Przede wszystkim część mainstreamowych mediów – jak najsłuszniej zresztą – dostrzegając absurdalność całej sytuacji, kiedy to w niemal tym samym momencie, kiedy autentyczny i oczywisty komunistyczny bandyta, zostaje w majestacie prawa, praktycznie zwolniony z jakiejkolwiek odpowiedzialności za swoje zbrodnie, do więzienia zostaje wsadzony jakiś średnio przytomny straszy pan, wyłącznie za to, że naruszył powagę czegoś, co się powszechnie przyjęło uważać za objęte immunitetem, właśnie w kwestii owej powagi, postanowiła zrobić z tego sprawę. Nie sprawę szczególnie dużą, ale jednak. Rzeczywiście, niezwykle absurdalne jest bowiem to, że to co rzeczywiście w najwyższym stopniu urąga powadze polskiego wymiaru sprawiedliwości, a mianowicie fakt, że od dwudziestu już ponad lat polskie państwo nie jest w stanie wyegzekwować choćby symbolicznej kary dla choćby jednego z całego szeregu komunistycznych morderców, dla naszych sędziów nie stanowi jakiegokolwiek problemu, natomiast oni dostają gwałtownej histerii, bo ktoś nagle pokazał im język.
Drugim z kolei rezultatem owego wtargnięcia i błyskawicznego wyroku jest oczywiście to, że Adam Słomka znów stał się sławny. A ta jego dzisiejsza sława jest tu – szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę fakt jej wtórności – czymś, co dla takiego Słomki stanowi skarb nie do przecenienia. No bo załóżmy, że z jakiegoś powodu, pojawiłaby się okazja, by odtworzyć historię i pokazać Słomkę w jego pełnej krasie, z jego każdym sukcesem i każdym upadkiem. Załóżmy że mielibyśmy nagle szansę zobaczyć, kto to taki ten Słomka. I załóżmy, że on by nagle poczuł ów wiatr popularności z wszystkimi wynikającymi z niego korzyściami, ale i przykrościami. Że nagle w świadomości publicznej pojawia się dawny bohater naszej walki o wolność i demokrację, a znaczna część opinii publicznej krzyczy: „A to cymbał!”. Tymczasem dziś, Słomka jest niemal wyłącznie bohaterem narodowym. Widzimy go w tym garniturze, jak spoziera z dumą przez kraty z tej swojej nowej celi, a w jego oczach widać tylko tę jedną myśl: „To dla was. Ja to robię dla was”.
Miałem okazję w którąś niedzielę oglądać trochę program w telewizji TVN24 zatytułowany „Loża Prasowa”, i na sam koniec pojawił się temat Słomki i jego ofiary. To co mnie zainteresowało w wypowiedziach właściwie wszystkich uczestników, od tak zwanego prawa do, znów tak zwanego, lewa, to to, że oni wszyscy, skoro już mieli komentować sprawę Słomki, ograniczali się wyłącznie do wygłaszania deklaracji typu „Tak, ale…”, lub „Nie, ale” – zależnie oczywiście od prezentowanej opcji – natomiast nawet jeśli ktoś taki jak Tomasz Wołek, na przykład, zasugerował, że Słomka to człowiek psychicznie niezrównoważony, nie umiał tej opinii podeprzeć ani jednym dowodem. A więc mieliśmy przed sobą ewidentnego bohatera, w dodatku uciemiężonego przez postpeerelowski sąd, mieliśmy skompromitowany do cna wymiar sprawiedliwości i jakiś bełkot odnośnie tego, że z tym Słomką to jednak jest coś nie tak. Żeby chociaż Wołek powiedział, że Słomka to pisobolszewik. A tu nawet tego nie było. A przecież na temat takiego szaleństwa on akurat powinien wiedzieć wszystko.
I powiem uczciwie, że tego akurat nie jestem w stanie zrozumieć, bo cokolwiek powiedzieć na temat Słomki, z punktu widzenia kogoś takiego jak Tomasz Wołek nim się można niemal wyłącznie zachwycać. No bo popatrzmy. Należy Słomka do jeszcze starego bardzo zaciągu działaczy niepodległościowych? Należy. Ma zasługi? Ma. Czy przez te wszystkie lata – poza oczywiście nieustannym atakowaniem komunistów, a więc grzechem już ostatecznie zrelatywizowanym – zrobił coś złego? Nie. Czy choćby jednym słowem poparł Jarosława Kaczyńskiego i Prawo i Sprawiedliwość? Nigdy. Wręcz przeciwnie. Czy może on w takim razie demonstruje smoleńskie obsesje? O ile mi wiadomo, ten temat go w ogóle nie pociąga. No i przede wszystkim Adam Słomka dla pomyślnego rozwoju III RP ma zasługi porównywalne – choć naturalnie w znacznie mniejszej skali – do Lecha Wałęsy. To w końcu on, kiedy System się upomniał, pośpieszył mu na ratunek i pomógł odsunąć od władzy rząd Jana Olszewskiego. I dlatego choćby nie rozumiem, dlaczego Tomasz Wołek wykazuje tu aż taką niewdzięczność.
A może Tomasz Wołek już dostał takiego pomieszania zmysłów od tej całej polityki, że jemu się wszystko pomyliło, i myśli że Słomka to PiS? Niektórzy tak mają, i na przykład wszystko co się dziś w Polsce dzieje złego, zwalają na Kaczyńskiego i ten straszny rząd. Osobiście znam takich co najmniej paru. Niedawno na przykład likwidowano mój lokalny sklep spożywczy, a jego właścicielka – wspominałem tu o niej przy okazji ostatnich wyborów – strasznie biadoliła, że ten rząd ma zwykłych ludzi w pogardzie. Rozumiem, że jej chodziło o PiS. To ja może w tej sytuacji przypomnę. Za komuny i trochę jeszcze później, Adam Słomka był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej, i wszelkich możliwych KPN-u przybudówek, w rodzaju stowarzyszenia wolnych emerytów, czy związku ofiar służby zdrowia. Jeszcze jako młody chłopak, w latach 80-tych. demonstrował, ganiał się z esbekami, szedł siedzieć, wychodził z więzienia, głodował, znów szedł siedzieć, później znów demonstrował. Zwykły, prosty życiorys bojownika o wolną Polskę. Kiedy nastał pierwszy wolny parlament, Adam Słomka został posłem i tak już był sobie tym posłem przez całe lata dziewięćdziesiąte. W roku 1992, razem z Lechem Wałęsą, komunistami, PSL-em, Unią Demokratyczną, czy jak się tam Geremek z kolegami wtedy nazywali, obalając rząd Jana Olszewskiego, zabił Adam Słomka w Polsce wolność. Dlaczego Adam Słomka wówczas zdradził? Bezpośrednim powodem było to, że jego szef, Leszek Moczulski, znalazł się na liście Macierewicza, obok Lecha Wałęsy i paru innych ważnych agentów i Słomka tego rodzaju potwarzy wymierzonej Wolnej Polsce nie mógł tolerować. Zdrada KPN-u była szczególnie ohydna, bo to właśnie na KPN stawiał przede wszystkim Jan Olszewski, szukając wsparcia dla swojego rządu. Wbrew Jarosławowi Kaczyńskiemu i wbrew wielu przeciwnikom tej koncepcji – ludziom o wiele potężniejszym, niż Leszek Moczulski i jego patriotyczna drużyna. Przypomnijmy dziś sobie, właśnie dziś, kiedy System posadził Słomkę po raz kolejny, jak to przed wielu wielu laty on sam potrafił nam opowiadać:
„W trakcie rozmów wtorkowych o poszerzeniu koalicji rządowej - zaproszono właśnie Konfederację do tych rozmów - minister spraw wewnętrznych poprosił członka władz najwyższych KPN [...] i na osobności poinformował go, iż przywódca Konfederacji jest agentem Służby Bezpieczeństwa[...]
Chcę również poinformować, że dzisiaj udostępniono mi oraz posłowi Michałowi Janiszewskiemu wszystkie te dokumenty, które miały rzekomo świadczyć o współpracy Leszka Moczulskiego ze Służbą Bezpieczeństwa - 600 stron maszynopisu i rękopisu - [...] i chcę powiedzieć, iż nie ma tam niczego, co by w najmniejszym stopniu dawało podstawę do stwierdzenia, że Leszek Moczulski był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Panowie z rządu, mieliście pełną świadomość tego faktu i jest rzeczą obrzydliwą moralnie, iż podejmowaliście [...] próby wyłączenia przewodniczącego KPN z życia politycznego [...] że robiliście rzeczy nie tylko politycznie obrzydliwe, ale moralnie niegodziwe. I z tych powodów, mimo że przecież reprezentujecie centroprawicę, formację nam zbliżoną...
Tak, taka jest prawda. [...] Jeszcze dzisiaj, do godziny 20 czułem na pewno większą przyjaźń do was, niźli do tamtej strony sali, ale po tym, co zobaczyłem... Ale po tym, co zobaczyłem, muszę powiedzieć, iż komuniści w stanie wojennym nie posuwali się do tak obrzydliwych metod, do jakich się tutaj posunięto”.
Od roku 1992 upłynęło wiele lat. KPN praktycznie przestał istnieć, Leszek Moczulski został oficjalnie potwierdzonym agentem, a Adam Słomka jest niby przewodniczącym niby KPN-u i tak się snuje po Katowicach i okolicach. Parę razy chciał zostać prezydentem, od czasu do czasu, jak już wspomniałem wyżej, całe miasto obwiesza ręcznie zrobionym rysunkiem swojej głowy w czapeczce z orzełkiem, by wszyscy widzieli, jaki z niego senator. Pamiętam jak jeszcze przed wielu laty, kiedy sąd w Katowicach skazywał zomowców z Wujka po raz pierwszy, Adam Słomka stał przed budynkiem sądu w grupie paru wiecznych działaczy KPN-u, śpiewając piosenki patriotyczne i opowiadając, jak to kiedyś uciekał esbekom. Jakiś czas później, widziałem go najpierw raz, potem drugi raz, podczas spotkania z Antonim Macierewiczem i z Jarosławem Kaczyńskim. Kiedy zobaczyłem go w tłumie na spotkaniu z Macierewiczem, zapytałem Macierewicza, jak myśli, dlaczego tacy ludzie, jak Słomka, czy, zupełnie z drugiej beczki, Wojciech Wierzejski, potrafią zachować się tak podle. Antoni Macierewicz odpowiedział krótko: dla władzy i pieniędzy. Może tak, może nie. Może to nie są pieniądze, może to przede wszystkim brak potrzebnej w polityce mądrości i przenikliwości, w połączeniu ze zwykłą bufonadą. Ale może i faktycznie, tylko władza i pieniądze. Faktem jest, że parę miesięcy później, Adam Słomka przyszedł na spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim, a ja się zastanawiałem, po co on tam lezie? Czy chce się czegoś dowiedzieć, czy może tylko pokazać; a może liczy, że ktoś go nagle wyłowi z tłumu i zatrudni jako jakiegoś asystenta, albo kogoś podobnego? No i zastanawiałem się, jak mu nie wstyd?
I za każdym razem, gdy zastanawiałem się nad Słomką, myślałem sobie o innych tego typu działaczach. O wspomnianym Wierzejskim, o jego szefie Giertychu, o koledze Wierzejskiego – Bosaku, czy o niedawno tu wspominam Arturze Zawiszy, i nie umiałem dojść do tego, jak w sumie tak zdolni i pełni zaangażowania ludzie, mogli się doprowadzić się do tego stanu? Ludzie, którzy są przecież inteligentni, często bardzo elokwentni, czasem chyba nawet politycznie zdolni, no i przede wszystkim wielokrotnie bardzo odważni. A jednocześnie ludzie, którzy stracili wielokrotnie swoją szansę nie dlatego, że ktoś przeciw nim uknuł jakąś intrygę, albo postanowił ich zniszczyć, albo po prostu ich oszukał. Nie. Stracili swą szansę nawet nie przez wierność jakimś zasadom. To wszystko są ludzie, którzy sami, bez najmniejszego przymusu, najpierw zdradzili, a później wyrzucili się poza główny nurt polityki. Istnieli, byli ważni, byli wpływowi i nagle popełniali polityczne samobójstwo. A teraz jeśli tylko znajdą okazję, to przychodzą, bo chyba chcą pogadać. Tego, przyznaję, jednak nie rozumiem.
Wspomniałem o tych chłopakach od Giertycha, ale chyba w tym kontekście jednak nie do końca w stosunku do Słomki sprawiedliwie. Oni, oczywiście, podobnie jak on, zawsze mieli lekko pomieszane w głowie, a przede wszystkim dręczyły ich nieustanne kłopoty z tak zwaną moralną busolą. Jednak trzeba przyznać, że o ile na Zawiszę czy Giertycha nie ma już co liczyć, bo raz, że oni nigdy nie byli aż tak odważni jak Słomka, a poza tym jednak zawsze byli kuci na cztery nogi i przez to potrafili coś dla siebie z boku ugrać, on już chyba umrze w więzieniu, albo podczas jakiejś marnej demonstracji zastrzelony z trzymanej przez dziesięciolecia w szufladzie broni służbowej przez rozwścieczonego wariata-esbeka. I to oczywiście sprawia, że jego los nie jest naprawdę godny pozazdroszczenia. Natomiast wydaje mi się, że akurat jak idzie o niego, byłby z niego jeszcze jakiś pożytek. I wcale nie chodzi mi o to, że to on mógłby się zasadzić na jakiegoś starego ubowca, i go zwyczajnie zarżnąć jak wieprza, bo aż tak krwiożerczy to ja nie jestem. Natomiast uważam, że, choćby podczas tej akcji w sądzie, Słomka, zamiast cyrkować za tym stołem sędziowskim, miał wykorzystać swoją zwinność, spryt i odwagę, rzucić się na Kiszczaka i tak mu przypieprzyć, żeby mu przynajmniej rozkrwawić nos i połamać sztuczną szczękę. Albo przeskoczyć przez tę barierkę dla oskarżonych wskoczyć Kiszczakowi na kolana i odgryźć mu nos, albo wyrwać język. Żeby ten miał taką starość na jaką zasłużył. I to by było coś, za co ja bym Słomkę cenił do końca życia i opiewał jego bohaterstwo.
Ale ta akcja miałaby jeszcze jeden walor. Korzystny już bezpośrednio dla Słomki. Otóż ona by świadczyła o tym, że Słomka to jest jednak naturszczyk, a nie jakaś nędzna podróbka. Że on jest autentyczny. Że jest prawdziwy. Że przynajmniej w ten sposób jest inny, niż przeciętny wariat. A tak, zaczynam się coraz bardziej obawiać, że to wszystko, co on robi, to jednak się odbywa za pełną wiedzą i tolerancją Systemu. I to jest wiadomość z tych już bardzo kiepskich.

Jeśli ktoś lubi czytać takie teksty i uważa, że mi się za nie należy coś więcej, niż klepnięcie po plecach, bardzo proszę o wrzucenie grosza do puszki obok. To znaczy, obok jest numer konta. Puszka znajduje się tu pod moim domem. No i zachęcam szczerze do kupowania mojej ksiązki o liściu. Tam takich tekstów jest cała masa. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...