Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rynek książek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rynek książek. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 listopada 2014

Słynny helikopter, czyli jak zdechł rynek książek

Skończyły się targi książki w Katowicach, już za parę dni jesteśmy w Warszawie, za kolejnych kilka dni jedziemy do Wrocławia, a ja z każdym dniem mam coraz silniejsze przekonanie, że jeśli oni nie podejmą jakichś bardziej radykalnych kroków, których celem będzie wyrzucenie nas z tego rynku, już za parę lat, jedyne polskie książki, jakie ludzie w Polsce będą kupować, to będą kolejne książki moje i Gabriela. Inna sprawa, że to i tak będzie musiało nastąpić. Sytuacja na rynku jest bowiem taka, że ludzie w końcu poczują się zmuszeni do tego, by zacząć szukać na własną rękę. To bowiem, co mamy dziś, jest już zwyczajnie nie do utrzymania.
Trochę w kwestii owych targów najpierw opowiedziałem ja w sobotę, dziś swoje refleksje dorzucił Gabriel, ja jednak chciałbym zwrócić uwagę na aspekt, o którym on wspomniał zaledwie w jednym zdaniu, a który ja uważam za niezwykle wart specjalnej uwagi, a chodzi mi mianowicie o ludzi, którzy pojawiają się na kolejnych spotkaniach niemal wyłącznie ze względu na nas i nasze książki. Zanim jednak do tego przejdę dorzucę kamyk lub dwa do tego o czym dziś czytaliśmy na blogu Coryllusa. Otóż, wbrew moim obawom, pojawił się ostatecznie w Katowicach pisarz Pilipiuk i przyznaję, że wzbudził pewne zainteresowanie. Najpierw posadzono go na prowizorycznej estradzie, przeprowadzono z nim krótką rozmowę, a następnie przeniesiono na fotel obok, gdzie już stała może trzydziestoosobowa kolejka głównie młodych dziewcząt z prośbą o autograf. Ponieważ Pilipiuk ma zwyczaj, by ze swoimi czytelnikami rozmawiać dokładnie tak długo, jak długo trwa składanie przez niego podpisu (swoją drogą, polecam sposób, w jaki on trzyma długopis – to jest coś tak oryginalnego, że ja nie znajduję ani odpowiedniego porównania, ani słów, by to opisać), kolejka po kilku minutach się skończyła, a on już do końca dnia, znudzony krążył od stoiska do stoiska, bez celu, bez powodu i bez jednego słowa skierowanego pod czyimkolwiek adresem.
Wydawnictwo, które sprzedawało wspomniana przez Coryllusa książkę pod tytułem „Seksturysta”, nosi nazwę Robertson Polska, natomiast autor nosi oczywisty pseudonim, Adam Ambler. Chciałem coś znaleźć w Internecie na temat tego czegoś i oto co tu mamy:
„Bohaterem Seksturysty jest Adam - handlowiec, samiec Alpha, podróżujący do różnych krajów, w tym wypadku do Indonezji, w poszukiwaniu miłości. Nie jest to miłość jaką znamy z tanich romansideł. Bohater szuka jej, spotykając się z przypadkowo napotkanymi kobietami, prostytutkami, kelnerkami, czy dziewczynami ze stron matrymonialnych, w jednym konkretnym celu - aby odbyć z nimi stosunek seksualny. Ale w każdym z tych aktów seksualnych jest pragnienie spotkania tej prawdziwej miłości, która, choćby oparta tylko na fizycznym kontakcie, spełniłaby poszukiwania bohatera.
Razem z nim zwiedzamy Indonezję. Zagłębiając się w lekturę barwnych opisów, oczami wyobraźni zobaczymy wiele miast, takich jak Dżakarta, Semarang, Dżogdżakarta oraz wyspę Bali. Dzięki jego opowieściom poznamy wygląd indonezyjskich kobiet, kobiecość balijskich dziewcząt i wiele egzotycznych legend, mitów oraz opisów życia mieszkańców Archipelagu Indonezyjskiego.
Przede wszystkim znajdziemy w tekście mnóstwo opisów erotycznych scen, z których wiele, jak słynny ‘Helikopter’, wykonywany przez chińskie prostytutki w Hotelu Alexis, czy tajemnicze kabazzah, czyli sekretne pobudzanie skurczami pochwy penisa partnera, na pewno zszokują czytelników. Adam jest dla czytelnika przewodnikiem po ogromnym, podziemnym świecie seksturystyki. Świecie, który bardzo trudno było by poznać, nawet samemu podróżując przez ten kraj. Są w nim dziesiątki klubów z kilkoma setkami młodych prostytutek, specjalne przyjęcia dla VIP-ów, pełne publicznych orgii, a także wiele innych - cichych, małych miejsc, gdzie biedne dziewczyny sprzedają swoje wdzięki za kilka misek ryżu.
Seksturysta, oprócz rangi przewodnika po podziemnym świecie płatnego seksu, jest również współczesną wersją moralitetu, w którym bohater uosabia cechy całej samczej męskości, a walka, jaką prowadzi z sobą samym, doprowadza go w końcu do celu i oczyszczenia, ale jakiego to już sami musicie przeczytać”.
No i mamy jeszcze fragment owej literatury:
„Miała małe, szpiczaste, sterczące piersi, całowałem je przez długą chwilę, ale widać było, że Awan chce czegoś więcej. Sama zdjęła swoją bieliznę i uważnie patrzyła na moje ciało, kiedy pozbywałem się swoich sportowych spodenek. Oblizała wargi na widok mojego nabrzmiałego członka. Klęcząc na przeciwko siebie – na łóżku, całowaliśmy się, a mój sterczący biały kutas lśnił mocnym kontrastem na tle jej brązowego brzucha. Złapała za niego i opadła na plecy, kierując jego żołądź w stronę czerwonawych warg sromowych swojej cipki. Pchnąłem, gdy uniosła biodra i wszedłem w nią powolnymi ruchami bioder. Złapała mnie za moje sutki i szczypała je na przemian, wykręcając, gryząc, szarpiąc, aż zamiast przyjemności poczułem ból. Jęczała przy tym głośno, zapominając o swojej roli wyniosłej, barokowej damy, którą odgrywała przede mną przez ostatnie kilka godzin. Całowałem jej piersi i masowałem pośladki, wbijając się w nią bardzo mocno. Awan krzyczała z rozkoszy, raz za razem unosząc swoje biodra na spotkanie z moim kutasem”.
Jak już pisał o tym Gabriel, owo wydawnictwo i ową książkę – jedyną ofertę na tym stoisku – mieliśmy niemal tuż obok nas i mimo, że oni zatrudnili do tej niezwykłej reklamy trzy biedne przebrane za egzotyczne prostytutki dziewczynki, z tego co udało mi się zauważyć, ani jeden człowiek nie kupiła ani jednej książki. Powiem więcej – ani jeden człowiek nawet się przy tym stoisku nie zatrzymał. I ja to rozumiem. Na tych targach w ogóle nie było najlepiej, ale to co się działo na stoisku Robertson Polska stanowiło jednak ewenement. Zero ruchu. Zero. Tylko te trzy dziewczynki w czarnych chustach i siatkowanych pończochach.
Ktoś się spyta, po co ja o tym piszę. Otóż sprawa jest prosta. W moim rozumieniu, to jest wszystko, tak naprawdę, co się dzieje na rynku książki dziś, a jutro i pojutrze może być już tylko gorzej. Oczywiście, ów „Seksturysta” to swego rodzaju patologia, ale patologia pokazująca kierunek: to musi iść w tę stronę. No i na tym tle mamy książki moje i Gabriela.
Jestem pewien, że wielu czytelników tego bloga nie bardzo wie, jak wygląda nasza sprzedaż w szczegółach. Targi mamy w Krakowie, Warszawie, Wrocławiu, Białymstoku i w Katowicach i kto miał okazję, to wie, jednak gdy chodzi o Przemyśl, Poznań, Łódź, Szczecin, Bydgoszcz, Olsztyn, Gdańsk, czy Lublin, musi być znacznie gorzej. Otóż wszystkim tym, którzy pochodzą z tych miejsc i okolic chciałbym powiedzieć, że to co się dzieje na naszym stoisku przerasta wyobrażenie nawet najbardziej oddanych z naszych przyjaciół. Kiedy Gabriel, czy ja, dziękujemy „wszystkim, którzy zechcieli przyjść do nas i kupić nasze książki”, bardzo łatwo można pomyśleć, że to jest tylko zwykła kurtuazja, która dotyczy kilku osób, tymczasem nic podobnego: to są dziesiątki, a nawet setki osób. To jest ruch, który przez znaczna część dnia niekiedy się zwyczajnie nie kończy. I, co najważniejsze, to są osoby, które na tych targach pojawiają się tylko dla nas. To są osoby, które tam przychodzą, by wydają nie 50, czy 100 złotych, ale grube setki, niekiedy tysiące (swoją drogą, to oni tworzą tę słynna „pisowską nędzę”). To są wreszcie ludzie, którzy mają świadomość, że bardzo często to co my proponujemy to jedyne, co im, jako tym, którzy lubią czytać, zostało.
W sobotę po targach poszliśmy do mnie do domu na przygotowaną przez moja żonę kolację, , ale wcześniej, by trochę na spokojnie jeszcze pogadać, zaszliśmy do jednego z katowickich pubów, którego nazwy póki co nie zdradzę. Właścicielka tego miejsca, kiedy się dowiedziała, czym się zajmujemy, od razu zaproponowała nam serię spotkań autorskich. I to już jest umówione. A więc informacja jest taka: jeśli tylko nam nie zlikwidują Internetu, nie mają żadnych szans. Ale nie mają szans nawet wtedy, gdy go zlikwidują, jednak o ile nie zrobią tego już dziś. Każdy kolejny dzień zbliża nas bowiem do końca tego, co w tak drastyczny, ale jakże prawdziwy sposób ukazał nam przypadek książki pod tytułem „Seksturysta”.
Na koniec apel do tych, których TenCoNiePrzepuszczaŻadnejOkazji ma szczególnie na oku. Możecie już w tym momencie dostać cholery.

Jak wspomniałem, w najbliższy weekend mamy targi w Warszawie, w następny we Wrocławiu. Gabriel tam jest codziennie, ja tylko w sobotę. Jedną i drugą. Ale jestem. Zapraszam. Oczywiście wciąż jest czynna księgarnia pod adresem www.coryllus.pl

czwartek, 6 marca 2014

O artystach, żebrakach i ludziach z pieczątką

Wprawdzie ostatnio obiecywałem sobie, że o rynku książek pisać tu nie będę, zostawiając ów temat mojego koledze Gabrielowi Maciejewskiemu, który tu ma i lepsze pojęcie, no i też potrafi pisać ze swadą na jaką temat ten zasługuję, jednak dziś muszę słowa nie dotrzymać. Oto dziś właśnie u Gabriela na blogu, znalazłem link do niezwykle inspirującej wiadomości. Otóż okazuje się, że niejaka Kaja Malanowska, autorka powieści zatytułowanej „Patrz na mnie Klaro”, nominowanej do dwóch najbardziej prestiżowych nagród literackich w Polsce, czyli do Paszportu Polityki i Nagrody Nike, dotychczas na swojej książce zarobiła zaledwie 6800 złotych, z czego przez ostatnie pół roku marne 975. A ja już tylko mam nadzieję, że ona nie musiała, tak jak ja choćby, sama płacić za druk, bo wtedy przyszłoby jej ogłosić wyłącznie straty.
Skąd ta wiadomość? Otóż pochodzi ona od samej autorki, która owe wyliczenia, plus smutną bardzo refleksję, jak to za „16 miesięcy ciężkiej pracy” została potraktowana gorzej niż pomoc kuchenna w sieci hoteli Style, przedstawiła na swoim profilu na Facebooku. Ktoś pewnie w tym momencie pomyśli, że ja się zamierzam z pani Kai natrząsać, że ona niby to taka wielka pisarka, a za swoją książkę dostaje znacznie mniej od nikomu nieznanego blogera. Otóż mowy nie ma. Ja z autorki Malanowskiej nie zamierzam ani szydzić, ani nawet się na jej temat wyzłośliwiać, ani też, prawdę powiedziawszy, nie mam ochoty demonstrować jakiegoś tryumfu. Dlaczego? Choćby z tej prostej przyczyny, że ja – nawet nie znając jej książek –uważam siebie za znacznie lepszego autora od Kai Malanowskiej, a to mi wystarczy do tego, by się nią akurat zbytnio nie zajmować. Mam nadzieję, że to jest jasne. Nie poświęcałem dotychczas swojej uwagi ani Masłowskiej, ani Tokarczuk, ani innym wybitnym polskim pisarkom, więc nie ma powodu, bym tu robił wyjątek dla Malanowskiej.
To co mnie zachęciło do tego, by się sprawą rynku wydawniczego zająć, to to, że chyba nigdy dotąd w tak dramatyczny sposób nie potwierdziło się to, co na jego temat pisał u siebie wielokrotnie Gabriel, a więc fakt, że ani nagrody, ani promocje, ani stypendia, ani najbardziej chamska propaganda nie są w stanie zmusić czytelnika do kupowania czegoś, na co mu szkoda czasu i pieniędzy. On to pisał naprawdę wiele razy, a myśmy czuli, że pewnie ma rację, no bo nie trzeba nawet się na tym biznesie szczególnie wyznawać, by wiedzieć, że tu mamy do czynienia z jakimś ciężkim przekrętem. Wystarczy choćby zajść do pierwszej lepszej księgarni, spędzić tam z dziesięć minut, przyjrzeć się półkom z tymi książkami oraz ludziom, którzy tam przyszli razem z nami, a następnie to wszystko cośmy zobaczyli sobie poukładać w głowie, żeby zrozumieć choćby, co się takiego stało, że przed każdą z takich samych jak ta księgarni regularnie wystawiane są kosze z książkami najpierw po pięć złotych, a pod koniec już po złotówce.
Jakby mało jeszcze nam było utyskiwań Kai Malnowskiej, artykuł w Onecie, w którym one są opublikowane, wyposażony jest w serię komentarzy, z których wynika, że tak naprawdę nie bardzo wiadomo, czemu pani Malanowska tak bardzo się dziwi. Z tego co tam czytam, dowiaduję się – a to też przecież nie jest dla mnie szczególną nowością – że z tak zwanego „uprawiania literatury” dobrze żyje zaledwie paru polskich autorów, i to też wcale niekoniecznie przez to, że oni tych swoich książek sprzedali jakoś szczególnie duże ilości. Cała ta informacja, zaczynając od skargi pani Malanowskiej, przez komentarze jej kolegów pisarzy, po sam już komentarz Onetu, pokazują jedno: ten rynek to fikcja, i co gorsza fikcja o zasięgu ogólnoświatowym.
No a zatem, czemu, jeśli nie poszło o chęć dokuczenia pani Kai Malanowskiej, ani o powtarzanie truizmów, ja dziś postanowiłem zająć się tym tematem? Rzecz w tym, że artykuł w Onecie, po raz pierwszy chyba w sposób tak bezpośredni i szczery, pokazuje wspomnianą fikcyjność właśnie wydaniu ogolnoświatowym. Z artykułu dowiadujemy się na przykład, że w takiej Norwegii każdy pisarz ma zagwarantowany przez państwo byt i opierunek. Norweskie przepisy nakładają na przykład na wszystkie biblioteki obowiązek kupowania każdej świeżo wydanej książki, co sprawia że każdy autor niemal automatycznie ma zagwarantowaną sprzedaż (nie nakład, lecz sprzedaż!) na poziomie 5 tysięcy egzemplarzy, a w Niemczech pisarze mają zagwarantowaną opiekę zdrowotną i emeryturę. W Polsce akurat na szczęście jeszcze nie ma obowiązku kupowania książek pisarza Huelle, nie mówiąc już o pani Malanowskiej, natomiast istnieje system stypendiów, grantów i różnego rodzaju nagród, który sprawia, że niektórzy z nich nawet niekoniecznie muszą pisać. Na flaszkę zawsze starczy.
Co więc mamy? Otóż mamy tych pisarzy – a pamiętajmy, że dziś nie wspominam nawet o dziennikarzach, scenarzystach, rzeźbiarzach, malarzach, performerach, reżyserach filmowych i teatralnych – którzy zajmują się tą swoją sztuką, niepotrzebną nikomu i niczemu tak naprawdę nie służącą, i tylko się rozglądających za kimś, kto im da jakieś pieniądze. Nie za kimś, kto od nich ich produkt kupi – na to oni już dawno przestali liczyć – ale da im jakieś stypendium, grant, czy umowę na kolejne dzieło. I to są tak zwani artyści. I popatrzmy teraz na społeczną reakcję wobec tego dziwnego zjawiska. Czy oni może są w społeczeństwie postrzegani, jako banda darmozjadów i żebraków? Ależ skąd! Przecież to są artyści, niektórzy wręcz bardzo znani i wybitni, a część z nich wielokrotnie nagradzana i niekiedy nawet pokazywana w telewizji, by się wypowiedzieli na tematy ogólne.
Kto jest zatem tym złym? Otóż okazuje się, ze ci źli to jest Gabriel Maciejewski i Krzysztof Osiejuk. Maciejewski za to, że pisze marne książki historyczne, pełne nieścisłości oraz pospolitych błędów, ale przez to, że prowadzi na swoją rzecz bardzo agresywną reklamę, znalazł sobie grupkę naiwnych klientów. Jeśli chodzi o Osiejuka, z nim jest jeszcze gorzej. Ten to jest zwykły żebrak. Pisze te swoje głupie notki na blogu i prosi ludzi, by je od niego kupowali. A później, wykorzystując tych głupszych, którzy się dali nabrać na tę tandetę, za te pieniądze wydaje książki, które później każe im kupować, i nie robi tego przez zaprzyjaźnionych krytyków, czy wydawców, ale sam. Osobiście! A to dopiero bezczelność! Jak on śmie? Nie mógł się normalnie jak człowiek zwrócić na piśmie do ministra kultury o stypendium? Żebrak pieprzony!!!
Kończąc już te refleksje, chciałbym jednak się zwrócić do pani Kai Malanowskiej z pewną radą. Otóż, zakładając że ona ma jakiś tam talent i jest co do jego autentyczności szczerze przekonana, niech machnie ręką na te wszystkie granty, stypendia, wydawnictwa i nagrody i zwróci się wprost do czytelnika z prośbą o to, by zechciał te jej książki kupować wprost od niej. Ma, jak widzę, konto na Facebooku, więc może to robić i tą drogą. Oczywiście wtedy środowisko, w którym ona się obraca zwyczajnie ją pożre, jako osobę bez godności i honoru, ale ona przynajmniej będzie miała poczucie, że to co robi jest coś warte nie tylko dla niej. A wtedy, kiedy już wszyscy jej koledzy ugotują się z wściekłości, niech pójdzie do jednego z nich, człowieka o nazwisku Jakub Żulczyk, który dopiero co powiedział jej, by się nie mazgaiła, tylko przyjęła reguły, jakie ustalił System, i da mu zwyczajnie w pysk. Za co? Ot tak – za wyrachowaną i wyjątkowo śliską podłość.


Wszystkich zainteresowanych informuję, że każdą z czterech moich książek, poczynając od starych felietonów, a kończąc na książce o zespołach, a od przyszłego tygodnia również książki o języku angielskim, można zamawiać bezpośrednio u mnie pod adresem toyah@toyah.pl, lub na stronie www.coryllus.pl. Tam też można znaleźć mnóstwo innych rzeczy, bez których, jak się prędzej czy później okazać musi, żyć nie jest już tak łatwo. Jeśli ktoś jednak woli kupować w sposób tradycyjny, może się wybrać do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy Warszawie, do księgarni Tarabuk przy Browarnej 6 też w Warszawie, albo do księgarni wojskowej w Łodzi przy Tuwima 33, ewentualnie do księgarni „Latarnik” w Częstochowie przy Łódzkiej 8. No i byłbym zapomniał o Katowicach: Księgarnia „Wolne Słowo” na ulicy 3 maja. Jesli ktoś juz książki ma, i nie widzi potrzeby, by kupować nastepne, prosze wspierać ten blog zwyczajnie, pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...