piątek, 26 lutego 2021

O władzy pierwszej i jedynej

 

Ponieważ jest piątek, do kiosków trafił kolejny numer „Warszawskiej Gazety”, a w nim i mój felieton. Tym razem o władzy pierwszej z wielu. Zapraszam.

 

Jak pewnie większość z nas wie, były prezydent Stanów Zjednoczonych został przez zarząd Twittera dożywotnio zablokowany, co – tu wyjaśnienie dla części mniej zorientowanych czytelników – oznacza, że on akurat od dziś do końca świata nie będzie mógł, jako Donald Trump, aktywnie korzystać z owego medium. Czy dotychczas ktokolwiek – a mam tu na myśli oczywiście wszelkie inne komunikatory – zdecydował się na tego typu gest w stosunku do kogokolwiek, nic mi nie wiadomo, podejrzewam jednak, że nawet jeśli, to nie mieliśmy do czynienia z kimś choćby w jednym procencie w randze byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jest dziś jednak tak, że oto właśnie Donald Trump dowiedział się, że w kwestii komunikowania się ze światem przy pomocy Twittera, będzie on mógł przekazywać swoje komunikaty wyłącznie jako Józef Nowak z Pułtuska. A wszystko przez to, że okazał się starym kłamcą, co w Internecie, jak wiemy, jest przestępstwem wręcz niewyobrażalnym.

       My tu oczywiście wiemy, dlaczego oni wzięli się akurat za Donalda Trumpa, zwłaszcza gdy jasne jest, że to właśnie on tak naprawdę wygrał ostatnie wybory i poparcie dla niego może już tylko z każdym rokiem rosnąć, nas natomiast interesuje dziś coś nie do końca związanego z Trumpem i sytuacją w jakiej się znalazły Stany Zjednoczone, a mianowicie to, jak bardzo, ni stąd ni z owąd, media stały się do tego stopnia pierwszą władzą, że ich właściciele doskonale zdają sobie sprawę z tego, że bez nich żadne, choćby najbardziej niewinne kłamstwo, się nie uchowa. W ostatnich latach widzą bardzo wyraźnie i oni, ale przy okazji również my, że bez wsparcia mediów, ani nie utrzyma się jakakolwiek władza, ani żadna nowa władza nie powstanie.

        Gdy chodzi o nas, dziś przez Polskę przewala się fala walki o tak zwane „wolne media”. Napięcie jakie się w związku z tą awanturą wytworzyło, wskazuje bardzo jasno i wyraźnie, że tak naprawdę nie ma znaczenia ani COVID, ani 500+, ani trzynasta czy czternasta emerytura, ani sukcesy polskiej gospodarki w dobie pandemii, ale jedynie to, kto będzie kontrolował ogólnopolskie media, które, jak wiemy dzielą się na RTV oraz całą resztę, i że jeśli ów podział zostanie zachowany, to nie ma takiej siły, by Polskie Państwo się choćby zachwiało.

       Osoby czytające ten felieton zdają sobie sprawę z nędzy oferty publicznej telewizji, a zwłaszcza jej propagandowego ramienia w postaci TVPInfo. Wielu z nas zapewne myśli też sobie, że tak dłużej ciągnąć się nie da i jeśli natychmiast nie wyrzucimy prezesa Kurskiego i nie zastąpimy go kimś bardziej stonowanym, to Polska na tym wyłącznie straci. Otóż nie. Polska nie dość że straci, ale przestanie istnieć, jeśli nie daj Boże stracimy publiczne media, bo wówczas okaże się, że zostanie nam naprawdę już tylko Twitter, no i oczywiście – z owych bardziej poważnych nadawców – Onet.



środa, 24 lutego 2021

Czy żona Hioba była ateistką?

 

       Niedawno na Twitterze pewien ksiądz zwrócił się do pojawiających się tam od czasu do czasu osób, przedstawiających się tam jako ateiści, z pytaniem czemu oni, deklarując swoją niewiarę w Ewangelię, tak strasznie wciąż chcą na jej temat dyskutować. Nie ogłosić swój brak wiary, nie zadać pytanie, nie prosić o wyjaśnienie jakiejś zagadki, ale dyskutować. I też nie dyskutować na temat prawdopodobieństwa tego co jest w Ewangeliach przedstawione, braku naukowych podstaw dla owych przedstawień, ale przedstawiać egzegezę zawartych tam treści, czy wręcz kwestionować sam zawarty w nich przekaz. Nie muszę chyba mówić, że na apel Księdza zareagowały dziesiątki chętnych do dalszej dyskusji osób, tyle że niemal każda z nich albo uznała za stosowne poinformować kogo się tylko da, że Kościół Katolicki w Polsce to gniazdo żmij gwałcących małe dzieci i terroryzujących społeczeństwa swoimi fobiami, albo jak najbardziej zarzucić księżom zdradę wypełniającego Ewangelię przesłania miłości. I znów, nie mogłem nie zauważyć, by ktokolwiek stanął z podniesioną głową i powiedział na przykład, że potrzebuje dyskutować na temat tego, co jest napisane w Piśmie Świętym, bo nie może znieść tego jak świat oszalał i bezsensownie przyjął kłamstwo, na którym owo Słowo jest oparte.

        Czytałem przez dwa ostatnie dni znaczną część wspomnianych wystąpień, niekiedy próbując nawet temu czy owemu z ich autorów zwrócić uwagę na szaleństwo w jakim oni są pogrążeni i w pewnym momencie któryś z nich poinformował mnie, że on, wbrew temu, co mi się zdaje, znakomicie się orientuje zarówno w tym co jest napisane w Piśmie Świętym, jaki i w Katechizmie Kościoła Katolickiego i że jeśli chcę, mogę go przeegzaminować. A ja najpierw zwróciłem uwagę, że żaden porządny egzamin nie wchodzi w grę, w sytuacji gdy egzaminowany ma nieograniczoną ilość czasu na odpowiedź, a w dodatku jest uzbrojony w internetowe wyszukiwarki, po chwili jednak pomyślałem sobie, że go jakoś tam sprawdzę i poproszę o odpowiedź na jedno pytanie: Czy żona Hioba była ateistką? I proszę sobie wyobrazić, że on mi wprawdzie na to pytanie nie  odpowiedział, natomiast, owszem, pokazał, że chyba pewną wiedzę posiada, bo zareagował jednym zdaniem: „Fajne”.

       A ja bym chciał dziś krótko opowiedzieć, co w moim pytaniu owemu „ateiście” się spodobało. Otóż jest tak, że ja miałem okazję wielokrotnie rozmawiać z ludźmi deklarującymi brak wiary w Boga i w pewnym momencie uderzyło mnie u nich to, że im niemal nigdy nie zdarzyło się oświadczyć że Bóg to fikcja, zamiast tego natomiast albo mówią, że On już dawno umarł, lub nas zdradził, ewentualnie został pokonany przez Szatana, czy że może ma stworzony przez Siebie świat w Swojej wyniosłej pogardzie. Rozmawiałem kiedyś ze znajomym, który miał to okropne doświadczenie, kiedy to przez dłuższy czas spędzał czas w szpitalu na oddziale onkologicznym i w pewnym momencie postąpił on dokładnie tak jak oni wszyscy: nie powiedział, że tam w tych korytarzach nie było żadnego Jezusa, tylko ludzkie cierpienie, ale z ironicznym uśmiechem stwierdził, że Jezus może i tam kiedyś wpadł, ale rozejrzał się i jak to wszystko co się tam dzieje zobaczył, to – tu będzie cytat – „spierdolił za róg”.

      I oto mamy w tym momencie naszego Hioba, który zostaje doświadczony wszelkimi możliwymi nieszczęściami. Najpierw zostaje pozbawiony majątku, następnie domu, wreszcie zostaje dotknięty trądem, co siłą rzeczy skazuje go na samotne cierpienie i kiedy już nie ma nic poza owym cierpieniem, przychodzi do niego żona i wzywa go, by przestał wreszcie wielbić tego swojego Boga i Mu złorzeczył. I to w tym właśnie momencie pojawia się kwestia owego ewentualnego ateizmu, o którym oczywiście mowy być nie może. Żona Hioba bowiem ani przez chwilę nie próbuje gnijącego we własnych odchodach męża przekonywać, że żadnego Boga nie ma, a zamiast Niego jest już tylko wieczne cierpienie i śmierć; wręcz odwrotnie, Bóg ani nie umarł, ani też od zawsze nie stanowił jedynie bajki dla naiwnych – On jest jak najbardziej, tyle że Hioba zdradził i kiedy ten cierpi, to się z niego już tylko złośliwie śmieje.

        I tu, moim zdaniem, tkwi całe sedno owego rzekomego ateizmu. Pomijając naprawdę nielicznych dziwaków, oni wszyscy doskonale wiedzą, że Bóg stworzył nas i cały nasz świat, że  wszystko kontroluje i trzyma na wszystkim Swoje oko, tyle że jest to oko kogoś nieskończenie złego i okrutnego, kto nie zasługuje na nic więcej jak na nasz gniew. Owi „ateiści” to ludzie, którzy w pewnym momencie stracili wiarę nie w Boga, ale w Jego nieskończone dobro i miłosierdzie, i z czystego już tylko strachu, od czasu do czasu, gdy nikt nie słucha, powtarzają sobie w sercu, że Go nie ma i nigdy nie było. I też z tego strachu o wiele chętniej próbują wciąż z nami rozmawiać o księżach pedofilach, księżach złodziejach i księżach pijakach, i również od czasu do czasu zniszczyć nawet jakiś święty wizerunek, czy choćby drzwi od kościoła.

       A ja sobie przypominam swój stary tekst o tym, co nam Kościół daje nawet gdy Go szczerze nienawidzimy i chętnie to co tam napisałem powtórzę. On nam mianowicie daje to, że nawet gdy umieramy z twarzą wykrzywioną złością i strachem, jeśli tylko chcemy, Kościół do nas przyjdzie i pomodli się o Boże miłosierdzie i zbawienie naszej duszy, bo nikt z nas równie dobrze jak ci co odeszli nie poznał tego światła, które w pewnym momencie każdy musi ujrzeć, i nikt z nas nigdy nie poczuł tego żalu, który czują ci, co na niego postanowili czekać całe życie. I Kościół jest w dużej mierze też dla nich.  



wtorek, 23 lutego 2021

Nie martw się, i Ty zostaniesz memem

 

       Czy to przez obserwowaną ostatnio przez cały świat bezczelność, z jaką zaczynają się rozpychać społecznościowe serwisy w rodzaju Facebooka, czy Twittera, czy może uczony doświadczeniem mijających lat, od paru tygodni coraz baczniej przyglądam się intensywności z jaką ogólnie media stają się władzą pierwszą przed pierwszymi. I mógłbym pewnie powiedzieć, że nie ma takiej rzeczy, która by mnie na tym polu do tego stopnia zainteresowała, bym chciał temat ciągnąć ponad to, co już zostało powiedziane. Tymczasem syn mój niespodziewanie przypomniał mi pewne zdarzenie jeszcze z roku 2004, które możemy uznać za zwiastujące to z czym mamy dziś do czynienia w pełnym rozkwicie. Oto, jak pewnie niektórzy z nas jeszcze pamiętają, w efekcie ataku na wieże World Trade Center w Nowym Jorku w roku 2001, traktowany przez cały światowy mainstream jako wróg publiczny nr 1 George Bush młodszy niespodziewanie odzyskał siły i zdobył drugą kadencję, pokonując z przysłowiowym palcem w nosie kandydata Demokratów Johna Kerry'ego. To co jednak było już wtedy, a dziś ze ściśle historycznego względu, może być dla nas powodem do bardzo poważnych refleksji, było to co się wydarzyło w obozie Demokratów podczas prawyborów roku 2003/2004.

        Oto, proszę sobie wyobrazić, przeciwko późniejszemu kandydatowi Johnowi Kerry’emu wystartował ówczesny gubernator stanu Vermont, Howard Dean, określany przez swoich przeciwników jako tzw. lewicowy populista, a więc z punktu widzenia klasycznej lewicy ktoś jeszcze gorszy nie tylko od Busha Jr., ale nawet Richarda Nixona z Donaldem Trumpem w jednym. Na domiar złego, już w pierwszych dniach kampanii okazało się, że popularność Deana jest tak wielka, że w całych Stanach Zjednoczonych nie było sondażu w którym ktokolwiek miał szansę go pokonać. W tym momencie establishment w Waszyngtonie oraz w Nowym Jorku plus oczywiście pozostające na jego usługach media zaczęły wyszydzać Deana jako wiejskiego buraka, który nie nadaje się na to, by rządzić Ameryką. I oto podczas prawyborów w stanie Iowa 19 stycznia 2004 roku Dean niespodziewanie stracił swoją dotychczas bardzo mocną pozycję nie tylko do Kerry’ego, ale również do niejakiego Johna Edwardsa i w reakcji na tę porażkę wystąpił przed tłumem swoich zwolenników z następującym wystąpieniem:


    

        Jak wspominają dziś ci, którzy tam byli obecni, gdy Dean wszedł na scenę, 3 tys. zgromadzonych wznieciło taki tumult, jakby przed sobą mieli nie polityka, lecz gwiazdę rocka. A kiedy ten zdjął marynarkę i podwinął rękawy koszuli, został praktycznie zagłuszony. I wbrew temu co mogli sobie wówczas pomyśleć ludzie na sali, ale również wielu z nas, ów sukces stał się dla Deana początkiem upadku. Oto w jednej chwili ktoś uznał, że to jest idealny moment, by wszystkie dotychczasowe kierowane pod adresem Deana złośliwości skumulować w jedną i uczynić z niej – wtedy jeszcze to słowo w dzisiejszej formie nie istniało – pierwszej klasy mema. W ciągu następnych czterech dni owo „Yeah!” zostało powtórzone z odpowiednim jak najbardziej komentarzem we wszystkich ogólnokrajowych mediach w całych Stanach Zjednoczonych 633 razy, a w ciągu pierwszego tygodnia niemal 1000 razy. Dodatkowo, użyty przez medialnych fachowców zapis dźwiękowy pochodził z mikrofonu Deana, co spowodowało, że jego głos został bardzo mocno wzmocniony, wrzask publiczności natomiast równie mocno stłumiony, co spowodowało, że w publicznym odbiorze Dean pokazał się jako kompletny, odklejony od rzeczywistości wariat.

        Niemal natychmiast popularni artyści zaczęli publikować piosenki z wrzaskiem Deana, a popularny telewizyjny prezenter Jay Leno w swoim programie zażartował: „Widzieliście wczoraj wystąpienie Deana? Matko Boska! Jak słyszę, wśród krów w Iowa wybuchła panika przed chorobą wściekłego Deana. To jest zawsze zły znak, gdy pod koniec przemówienia doradca strzela do ciebie pociskiem uspokajającym”; David Letterman z kolei żartował: „Wiecie co się stało? Mieszkańcy stanu uznali, że nie życzą sobie za prezydenta człowieka o mentalności kibola”; a Dennis Michael Miller, popularny komik i komentator polityczny, w swoim programie używał specjalnego dzwonka z nagranym okrzykiem Deana, jako przerywnika. Na sam koniec do tego grona dołączył nieznany nam gość specjalny, który wymyślił ów wieczny mem, w postaci hasła „I have a scream”, który stanowił nawiązanie do słynnego „I have a dream” Martina Luthera Kinga, a dzięki któremu Dean trafił do historii. I wszyscy bawili się do tego stopnia świetnie, że w ciągu zaledwie paru tygodni Dean został na tyle skompromitowany, że zmuszony został swoją kampanię najpierw zawiesić, a następnie z wyścigu się wycofał.

       Pisałem tu parokrotnie o tym, w jaki sposób media prowadzą swoje kampanie mające na celu niszczenie tych, których zniszczyć należy. Tu nigdy nie chodziło w pierwszej kolejności by ukrywać pewne kwestie, manipulować prawdą, czy wręcz kłamać. Tym co zawsze było najskuteczniejsze to uruchomienie – na tydzień, dwa, czy, jeśli trzeba, na miesiąc – medialnej kampanii, dotyczącej choćby najdrobniejszego zdarzenia, która obejmie wszelkie zakamarki przestrzeni publicznej, od telewizji, przez rozrywkę, kabarety, a w efekcie również ulicę i internet, czyli wszystko to co określamy nazwą pop. Pamiętamy wszyscy jak jeszcze dawno dawno temu prezydent Lech Kaczyński wypowiedział w sposób niezbyt wyraźny nazwisko bramkarza Boruca, ktoś natychmiast uznał, że on zamiast „Boruc”, powiedział „Borubar”, i to wystarczyło, że przez kolejne lata każdy idiota, czy to w górach, czy nad morzem, czy na jeziorach, w sklepie, w pracy, czy na uniwersytecie, uważał za doskonały dowcip przy pierwszej lepszej okazji użyć tego kompletnie absurdalnego nazwiska, by się odpowiednio dobrze znaleźć towarzysko.

        Co ja mówię, „Borubar”? Po co szukać tak daleko? Wystarczy zwykła żółta gumowa kaczuszka kojarząca się bardzo dowcipnie z nazwiskiem Kaczyński, kotem Prezesa, czy, jeśli się tylko postarać, to nawet również z długopisem Dudy. I pewnie można by się było już do tego wszystkiego przyzwyczaić i na wszystkie kolejne ich wybryki wzruszać ramionami. Problem w tym jednak, że jeśli w końcu przyjdzie ten czas, że tak naprawdę głos mediów zagłuszy wszystko co ważne, podobnie jak pamiętny mikrofon kandydata Howarda Deana, zrobi się naprawdę niewesoło.

 

 

 

poniedziałek, 22 lutego 2021

Czy Afryka to ląd ciemny jak tabaka w roku

 

         Pamiętam jak lata temu Robert Mazurek do jednego ze swoich wywiadów zaprosił jakąś panią profesor z Uniwersytetu Warszawskiego, która go poinformowała, że w ramach swoich badań przeprowadziła wśród studentów test na orientację w tak zwanych związkach frazeologicznych i wyszła katastrofa. Okazało się, że dla znaczniej większości współczesnej młodzieży zwroty typu „twardy orzech do zgryzienia”, „owijanie w bawełnę”, czy „oczko w głowie” to, nomen omen, ciemny las. Od czasu tej rozmowy upłynęło na tyle dużo czasu, by pani profesor od Mazurka stała się naukowczynią, a my możemy skutecznie obserwować ową nową inteligencję w działaniu. Jeszcze w zeszłym roku, na samym początku pandemii, gdy po raz pierwszy najpierw zamknięto kościoły, a potem zaczęto je ostrożnie otwierać, niedawno wyróżniony za swoje dziennikarskie osiągnięcia redaktor TVP Info Adam Giza dwukrotnie (!) poinformował, że na jednej mszy będzie wolno zmieścić „10 osób na metr kwadratowym”. Miała być jedna na 10, no ale cóż zrobić gdy jedno i drugie dla człowieka stanowi równie wielką zagadkę? Śmialiśmy się z niego trochę, ale od razu sobie przypomniałem jak inna gwiazda publicznej telewizji red. Klarenbach wyśmiał jednego ze swoich gości gdy ten wspomniał o białych mieszkańcach RPA żyjących pod praktyczną okupacją, twierdząc, że każde dziecko wie, że tam nie ma białych, bo skąd by mieli się znaleźć na kontynencie, który od zawsze nosi nazwę „Czarnego Lądu”.

       Od tego czasu mieliśmy jeszcze kilka równie ciekawych popisów ze strony zarówno dziennikarzy jak i polityków, jak choćby przypadek poseł Scheuring Wielgus wspominającej coś tym, by jej „nie wciskać dziecka z kąpielą do brzucha”, gdy o to nagle objawiła się nam Małgorzata Kidawa Błońska i informując o decyzji swojej partii, by wesprzeć prawo pozwalające na zabijanie nienarodzonych dzieci, terminację ciąży nazwała „determinacją”. Oczywiście najgłośniej zanieśli się śmiechem dziennikarze, w tym wspomniany redaktor Klarenbach, który najpierw Kidawę wyszydził, by już chwilę później do któregoś z zaproszonych przez siebie do studia polityków powiedzieć, że „pan poseł odkrył eurekę”.

        I znów, nie minęła nawet chwila, gdy portal tvp.info podał informację, że szykuje się nam zmiana pogody i w ciągu najbliższych dni temperatura wzrośnie o „kilkadziesiąt stopni”. A ja sobie od razu pomyślałem, że jaka to różnica: kilka, kilka, paręnaście, kilkanaście, kilkadziesiąt? W końcu każde z nich to dużo... albo mało. Zależy od światła w tunelu, czy od tego co jest w puszce z Pandorą.

        Nie jest wesoło i myślę, że nie pozostaje nam się nic innego jak przyjąć to do wiadomości i się z tym pogodzić. Jak mówią starzy słuchacze Radia Erewań, lepiej już było. I to niewykluczone, że jeszcze przed szczęśliwym przyjściem na świat pani marszałkini Małgorzaty Kidawy Błońskiej.  




niedziela, 21 lutego 2021

Cztery wesołe kawałki na powitanie wiosny

 

Skoro wczoraj mieliśmy tu mój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, to myślę, że nie zaszkodzi mi pójść z ciosem i przedstawić zestaw najnowszych kawałków pisanych co miesiąc dla „Polski Niepodległej”. Bardzo proszę.

 

 

Przyznać muszę, że chyba po raz pierwszy od czasu jak zaczęliśmy się tu spotykać, mam poczucie, że nie dzieje się absolutnie nic, czego można by się było uczepić. Próbuję sobie przypomnieć jakieś pojedyncze, choćby najbardziej nędzne wystąpienie którejś z goszczących tu od czasu do czasu sław, i mam wrażenie, że oni wszyscy jakby zapadli się pod ziemię. Gdyby nie to, że od czasu do czasu umrze któryś z aktorów i pojawia się okazja pokazania się na pogrzebie, można by było uznać, że oni wszyscy, za namową Stuhra juniora, wyjechali na zawsze za granicę. Szukałem więc, szukałem i szukałem i nagle trafiłem na coś, co świadczy o tym, że chyba faktycznie nastała jakaś posucha. Tu zresztą okazał się nie do zastąpienia sam Lech Wałęsa i na swoim facebookowym profilu umieścił zdjęcie okładki „Gazety Wyborczej” dokładnie sprzed dwóch lat, gdzie znalazł się komunikat o tym, że Jarosław Kaczyński wziął łapówkę od niegdysiejszego austriackiego dewelopera i przekazał ją jakiemuś księdzu. Przepraszam bardzo, ale jeśli tam naprawdę nie ma już czego komentować, to jakie możliwości mam ja, skromny niszowy publicysta?

***

Trochę jednak, muszę przyznać, kokietuję, bo nawet jeśli faktycznie jest ciężko, to nie ma takiej możliwości bym sobie z czymś takim nie poradził. Oto na fali awantury między kompulsywnymi mordercami dzieci nienarodzonych a równie kompulsywnymi owych niewiniątek obrońcami, wystąpił – oczywiście w telewizji TVN24 – człowiek, którego tu jeszcze nie zaszczyciliśmy choćby jednym słowem, a mianowicie pisarz nazwiskiem Miłoszewski, i rozszerzając nieco swoją wypowiedź jeszcze z zeszłego roku na temat Kościoła Katolickiego jako „naszego wroga, kartelu, źródła wszelkiego zła i wspólnym mianownika tych strasznych krzywd, nieszczęść i wykluczeń”, nadał jej charakter bardziej osobisty i powiedział co następuje:

Mnie tak naprawdę PiS nie dotyka, bo jestem zamożny. Moje młodsze dziecko chodzi do prywatnej szkoły, żeby się nie uczyć bez przerwy o Janie Pawle II i o tym, że trzeba gonić geja. Moja żona albo córka, gdyby były w niechcianej ciąży, to następnego dnia będziemy w hotelu w Amsterdamie i jeszcze zrobimy sobie z tego fajną wycieczkę po Europie”.

A ja sobie myślę, że może lepiej by było dla niego, by pozostał przy oryginalnej wypowiedzi i nie wchodził na zbyt trudne dla siebie ścieżki. Ja oczywiście wiem, że im którykolwiek z nich zobowiązania, tym bardziej musi przy każdej okazji podkreślać, jest bardziej wplątany w nałogi, kredyty i różnego rodzaju że jest bardzo zamożny. Niedawno mieliśmy, również pisarza, Szczepana Twardocha, który opowiadał o tym jak praktycznie na okrągło spędza czas w Toskanii, zażerając się truflami, po czym, w reakcji na tę żenadę, został potraktowany szyderstwem jakiego świat nie widział, a teraz ten biedaczek naraża się na kpiny, choćby ze strony takiego artysty estradowego Zenka Martyniuka, czy znanej z Internetu komediowej trupy o nazwie Abstrachuje. I jeszcze na dodatek wystawia na pośmiewisko swoje Bogu ducha winne dziecko, donosząc, że zmuszone ono jest chodzić do prywatnej szkoły. I to w czasach gdy nawet najbardziej tępi nowobogaccy wieją z prywatnych szkół gdzie pieprz rośnie, w obawie, że na starość będą musieli utrzymywać jakiegoś tragicznego idiotę. Swoją drogą, czy to możliwe, że mały Zygmuś też wyszedł z którejś z prywatnych szkół?

***

Nieco wcześniej wspomniałem o aktorze Macieju Stuhrze, który śladem swoich słynnych kolegów celebrytów, w wypowiedzi dla tygodnika „Wprost” oświadczył, że zdecydował się na emigrację. Jeśli ktoś przegapił ową deklarację, służę uprzejmie:

„Czy mnie się jeszcze w ogóle chce być patriotą? Czy mam w sobie wystarczająco dużo determinacji, by toczyć bój o sprawy, o które w mojej opinii walczyć trzeba? Czy zostawić to innym? Bo ileż można się kopać z koniem? Może trzeba rzucić kraj, wyjechać w cholerę, żyć gdzie indziej, przestać się zamartwiać tym, co się dzieje w Polsce? Bo, czy nie szkoda życia na to? Rozmawiam z żoną o tym, czy nie warto byłoby pokazać dzieciom jakiejś innej rzeczywistości, może nie na zawsze, może na rok?”

Oczywiście nikt w tę gadkę Stuhrowi nie uwierzył, zwłaszcza gdy nikt tak dobrze jak on sam nie wie, że nigdzie nie będzie mu tak wygodnie jak w Polsce, ale coś tam się jednak musiało podziać, bo chwilę później, jak się właśnie dowiedziałem, Stuhr wszystko odwołał, powiedział, że się nigdzie nie wybiera, państwowe media jego wypowiedź przekręciły i na koniec dodał, że w jednej z krakowskich parafii jest ksiądz, którego on życzy sobie widzieć w swoim teatrze.

Swoją drogą to bardzo ciekawe. Czyżby jemu w czasach pandemii tak dobrze się powodziło, że planuje przeprowadzać weryfikację widzów pod kątem ich stosunku do Strajku Kobiet i przed każdym spektaklem będzie wychodził na scenę i krzyczał: „Pisiory wypierdalać!”?

***

A to przecież i tak nie stanowiłoby czegoś szalenie oryginalnego. Jeszcze w roku 2008, tuż po tym jak Prawo i Sprawiedliwość zostało w ciągu zaledwie trzech tygodni zniszczone przez projekt „Schowaj babci dowód”, na początku jednego ze swoich występów popularny artysta estradowy Maciej Maleńczuk wrzasnął w stronę publiczności, by wszyscy ci, którzy głosowali na PiS „wypierdalali”. Jak wspomniałem, był to rok 2008, a zatem ponad 12 lat temu, gdy polityka miłości Donalda Tuska dopiero się rodziła, więc cokolwiek byśmy sobie o Maleńczuku myśleli, musimy docenić nie tylko jego obywatelskie zaangażowanie, ale może przede wszystkim autentyczny dar prorokowania. Jest jednak jeszcze coś. Otóż będąc autentycznym pionierem czasów, które dopiero miały nadejść, nie dał się on złamać ani kolejnym latom rządów Platformy Obywatelskiej, ani Katastrofie Smoleńskiej, ani zapowiadanemu przez pełne osiem lat końcu Prawa i Sprawiedliwości, ani wreszcie spektakularnemu upadkowi wspieranego przez siebie projektu, i dziś, po wszystkich tych latach nagrywa piosenkę, w której wyśpiewuje takie oto słowa:

Nowi Polacy, skąd wzięli się tacy
Nagle na tacy coś dostał pod nos
I choć kołaczy nie ma bez pracy
Kołacze Polaczek i zasila trzos
Brzuch swój za darmo napełnia złą karmą
Pcha się w kolejce po tani los
Za całą tą egzystencję marną
Jak psu każą dać mu głos
”.

Otóż ja oczywiście nie mam żadnego interesu, by dbać o kondycję naszej opozycji i coś tym nieudacznikom doradzać, ale co mi tam, niech znają moje dobre, a bezinteresowne serce. Drodzy Państwo, choćbyście się wspięli na wyżyny politycznej przebiegłości i od jutra zaczęli wygrywać każdą kolejną potyczkę z prezesem Kaczyńskim i jego ludźmi, cały Wasz wysiłek zostanie w jednej chwili unicestwiony przez aktywną obecność osób takich jak Maciej Maleńczuk. Mało tego. Nawet gdyby udało się Wam gdzieś znaleźć nowego Cybę, tyle że znacznie bardziej od pierwowzoru skutecznego, do czasu gdy wciąż Was będą reprezentowali ludzie o inteligencji i wrażliwości Macieja Maleńczuka, pokona Was nawet pozostały po Prezesie kot Czaruś.

***

A propos Czarusia, wciąż nie znamy przyszłych losów Rafała Trzaskowskiego. Po ostatnich wyborach prezydenckich wydawało się, że wznosząc na swoich sztandarach ową jak najbardziej godną szacunku liczbę 10000000, ruszy on w bój i stworzy siłę, która pozwoli mu na wiele kolejnych lat stać się opozycyjnym przywódcą na miarę wyzwań jakie ową opozycję niechybnie jeszcze czekają. Tymczasem, jak wiele na to wskazuje, wystarczyło że jakiś żartowniś na Twitterze rozpuścił plotkę, że Trzaskowski jest tak naprawdę grubaskiem o bardzo niedużym wzroście, by on nie był w stanie wydusić z siebie jakiegokolwiek sensownego ruchu dopóki nie udowodni światu, że tak naprawdę jest człowiekiem bardzo wysokim. I teraz właściwie jego przeciwnicy mają niezwykle proste zadanie: ile razy Rafał Trzaskowski spróbuje powiedzieć, czy zrobić coś godnego uwagi, wystarczy że gdzieś w Internecie ktoś zapyta, czy to prawda, że on ma półtora metra wzrostu, Wiadomości TVP to powtórzą, jego służby prasowe natychmiast mu o tym doniosą i to wystarczy, by z niego uszła cała para.

W sumie to bardzo ciekawe, czy on przypadkiem nie chodził do prywatnej podstawówki?

 

sobota, 20 lutego 2021

O wojnie naszej i nie naszej

 

Dziś chciałbym zaproponować Państwu swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety” z nadzieją, że czas po temu w sam raz.      

 

 

      Rozmawiałem niedawno ze znajomym, człowiekiem bardzo aktywnym w latach Stanu Wojennego, który mi powiedział, że on nigdy w życiu nie przyczepił sobie do klapy marynarki opornika, bo było dla niego czymś absolutnie oczywistym, że trzeba być kompletnym idiotą, by publicznie, wobec osób sobie całkowicie obcych ujawniać swoje było nie było osobiste dane. Mało tego. Jego zdaniem, nawet dziś jest czymś wyjątkowo niemądrym dekorowanie się w podobny sposób, choćby w sytuacjach nie mających nic wspólnego z polityką. W końcu, jaki my mamy interes, by ludzie którzy są dla nas kompletnie nieznajomi, wiedzieli, co nosimy w sercu?

      Powiem szczerze, że choć owa nauka wydała mi się nadzwyczaj cenna, poczułem się dość niezręcznie, bo ja choćby na przykład bardzo lubię chodzić w koszulce z napisem „Joy Division”, czy zakładać na głowę czapkę z liverbirdem, choć w życiu by mi nie przyszło do głowy, by urządzać w ten sposób jakiekolwiek demonstracje, te zwłaszcza które są częścią całkowicie mi obcego planu, wypuszczonego z rąk obcych mi kompletnie osób.

       A zatem, zgadzając się całkowicie z moim znajomym co do tego, że nikt z nas w gruncie rzeczy nie ma najmniejszego interesu, by dzielić się z obcymi tym co trzymamy najgłębiej w naszych sercach, nie jestem w stanie zrozumieć, co stoi za decyzją osób, które czy to na swoich profilach społecznościowych, czy w oknach swoich mieszkań, czy we wszelkich innych miejscach, które mogą nas identyfikować, umieszczać tęcze LGBT, błyskawice Strajku Kobiet, ewentualnie, zwłaszcza ostatnio, czarne plakaty z informacją o walce o wolne media. Jest dla mnie czymś głęboko niezrozumiałym, że oto pojawia się informacja, że „Gazeta Wyborcza” do swojego najnowszego wydania dołącza plakat z błyskawicą i że ową błyskawicę należy umieścić w oknie każdego polskiego domu, i że w tym momencie pojawiają się chętni by wykonać owo polecenie bez mrugnięcia okiem. I nie chodzi mi o to, że ja akurat nie popieram ani ideologii LGBT, ani Strajku Kobiet, a o ataku na wolność słowa mam jak najgorsze mniemanie. Nie wyobrażam sobie bowiem bowiem, bym gdziekolwiek, czy to na swoim balkonie, czy w opisie swojego konta na twitterze, umieścił napis „Strefa wolna od LGBT”, czy „Babies’ Lives Matter”, czy nawet ów piękny plakat z wkomponowanym w serce maleńkim, nienarodzonym dzieciątkiem. Dlaczego? Pierwszy powód jest taki, że ja nie mam żadnego interesu, by ci co życzą mi wyłącznie śmierci w męczarniach wiedzieli, że tu pod tym adresem mieszka ktoś taki jak ja. Drugi powód jest jeszcze ważniejszy. Otóż ja nigdy dotychczas, i nie planuję by to w przyszłości zmieniać, nie reagowałem na gwizdnięcie. Nawet jeśli na mnie gwizdną ci, których w swojej walce uważam za sojuszników. Dlaczego? Dlatego, że to jest moja walka i nikomu nic do tego. Co czytelnikom „Warszawskiej” serdecznie polecam.




piątek, 19 lutego 2021

O jękach w kominie, czyli Hillary Clinton adoptuje kosmitę (repryza)

 

       Gdy usłyszałem wczoraj w telewizorze, że za chwilę na Marsie wylądować ma specjalny pojazd, który przez najbliższe dwa lata będzie się tam kręcił w kółko, próbując zbierać informacje dotyczące tego, czy istniały tam kiedyś jakieś formy życia, a jeśli tak, to czy jest możliwe, że w przyszłości ów fenomen może się powtórzyć, pomyślałem sobie, że ów idiotyzm to wymysł naszych dziennikarzy, a owa wyprawa to z jednej strony, jeszcze jedna demonstracja potęgi amerykańskiej myśli technicznej, a z drugiej, być może, jakiś element badania w Kosmosie tego, co jeszcze nie zbadane. No ale to, żeby oni wydawali miliardy dolarów na to, by udowodnić sobie i światu, że gdzieś jeszcze poza Ziemią może istnieć życie, nie brałem pod uwagę. Tymczasem wystarczyło kilka pierwszych minut śledzenia transmisji z owego lądowania, bym stwierdził, że owszem, oni jak najbardziej poważnie wypuścili tam tego swojego „łazika”, by szukać życia poza Ziemią. A więc dawna szajba, jak się okazuje, trwa w najlepsze.

        Nie jestem pewien, ale mam wrażenie, że pomijając być może swoje najwcześniejsze lata, kiedy wszyscyśmy się zachwycali pierwszymi lotami w Kosmos i część z nas się zastanawiała, czy ci kosmonauci, wyglądając na zewnątrz przez okno swojej rakiety, nie zauważyli przypadkiem jakiegoś ufoludka, zawsze byłem przekonany, że skoro Pan Bóg stworzył świat, a w świecie tym naszą Ziemię i nas na niej, to miał w tym Swój zbawczy cel, który zwyczajnie nie uwzględniał tego w nim jakichś dziwnych stworków z antenkami zamiast uszu. No bo po co? Ja rozumiem zwierzęta, drzewa, kwiaty, muzykę, piłkę nożną, rzeki i oceany – w końcu to wszystko dla nas, ale to wszystko gdzieś miliony lat świetlnych od naszego domu, że już nie wspomnę o Marsie? Żeby nam umilić życie, czy żeby jeszcze kogoś zbawić, lub potępić? Co za absurd!

       Dlatego też zawsze byłem skłonny podejrzewać, że w życie pozaziemskie wierzą ci sami ludzie, którzy z braku wiary jedynej i podstawowej, muszą w coś wierzyć, a więc w horoskopy, duchy, czarnego kota, no i oczywiście wspominanego tu niedawno rudego ministranta. I to dla nich wyłącznie są te wszystkie historie o latających talerzach. A tu tymczasem okazuje się, że nic podobnego. To się dzieje i to w dodatku za poważne pieniądze.

       Pomyślałem sobie o tym i zdecydowałem się przypomnieć swój kolejny felieton sprzed wielu, wielu lat, gdzie trochę i o tym pisałem. Serdecznie zapraszam.

 

Pewnego razu, jechałem z moją młodszą córką pociągiem z Katowic do Warszawy. Było to kilka lat temu, więc i ja i ona byliśmy odrobinę młodsi, co akurat w jej wypadku ma tu pewne znaczenie. W przedziale z nami siedziało dwóch Belgów, z których jeden patrzył przez okno, a drugi oglądał film na laptopie, jakiś pan, który czytał Najwyższy Czas, inny pan, który sobie spał i dwóch absolutnie modelowych, łysych kiboli. I to nie kiboli na miarę rządu pana premiera Donalda Tuska. To byli kibole jak najbardziej klasyczni, takich których można zobaczyć na zdjęciach policyjnych podczas tłumienia boiskowych ekscesów. Ja kompletnie do dziś nie mam pojęcia, co oni robili w pociągu typu IC – w końcu nie takim znów tanim. Podejrzewam, że jechali bez biletów. Wyglądali zresztą na takich, którzy nie kupują biletów nigdzie i pod żadnym pozorem.

Jechali więc sobie kibole z nami w przedziale i zachowywali się jak najbardziej sportowo. Czyli pili piwo z puszek, omawiali ostatnie pojedynki z policją i jak najbardziej przeklinali. Przeklinali na poziomie absolutnie najwyższym, bez jakichkolwiek ograniczeń i bez jakiegokolwiek poczucia, że może nie są sami. Jeden z nich machał przy tym ręką, nieustannie zasłaniając panu z UPR-u poszczególne strony NC. Siedzieliśmy sobie z nimi w tym eleganckim przedziale, a ja miałem nadzieję podwójną. Przede wszystkim liczyłem na to, że oni pewnie wysiądą w Zawierciu, a – na wypadek gdyby jednak wybierali się do stolicy – że nie dojdzie do aktów przemocy. Przyznaję, cholera, że się normalnie bałem. Kiedy minęliśmy to Zawiercie, a im ani w głowie było wysiadać, zebrałem się w sobie, nachyliłem się grzecznie do tego łysego naprzeciwko mnie i grzecznie powiedziałem: „Bardzo przepraszam… ale widzi pan… małe dziecko… nie wypada tak przy niej…” Kibola jakby poraził prąd. Opluł się piwem, zaczął gwałtownie przepraszać, drapać się nerwowo po łysej pale i w końcu wydusił jedno prawie pełne zdanie: „Znowu nie takie małe, to prawie pannica”. Tak powiedział. Następnie przez chyba pięć minut obaj w ciszy żłopali te piwa, a później z tego napięcia wstali i się przenieśli do innej części pociągu.

Dziś, kiedy to wspominam, pragnę przede wszystkim przeprosić moja córkę za to, że jej narobiłem publicznie wstydu (co mi natychmiast nie omieszkała wypomnieć - „Mnie to, jeśli chcesz wiedzieć, w ogóle nie przeszkadzało”), ale jednocześnie muszę jej powiedzieć, żeby znowu się tak nie nadymała, bo i tak się bardzo ograniczyłem. Początkowo bardzo chciałem kibolowi powiedzieć, że to co on robi to grzech. I że Pan Jezus jest bardzo zawiedziony. To by jej dopiero było wstyd.

I proszę się ze mnie nie śmiać. Ja ten tekst mam bardzo skutecznie przećwiczony. Kiedyś, jeszcze dawniej, w pewien Wielki Piątek szedłem sobie pod moim domem i napotkałem na mej drodze człowieka bardzo, bardzo pijanego. Taki klasyczny „dziad”, jakby to określił pan Prezydent. Szedł sobie więc ten dziad, pijaniusieńki jak nie wiem co i wrzeszczał z wściekłością na cały świat, klął, pluł, bluzgał. A ja zatrzymałem się i powiedziałem: „Panie, przecież to Wielki Piątek! Jak pan może? Jakiż to straszny grzech. Chrystus umiera na krzyżu, a pan w takim stanie. I jeszcze te słowa”. Efekt był dokładnie ten sam, co kilka lat później, w Intercity z Katowic do Warszawy. Powiem tylko, ze do dziś mam wyrzuty sumienia, ze może powinienem był być bardziej delikatny. Powtarzałem jednak ten numer jeszcze parę razy, zawsze z identycznym skutkiem.

Ale do czego zmierzam? Do tego mianowicie, że dobrzy ludzie grzechu się boją. Dobrzy ludzie nie chcą być źli. Dobrzy ludzie czują ten wiatr nawet w czasie największego upadku. I myślę sobie, ze można by było właściwie tu skończyć. Jest wystarczająco mocno. Więc jeśli komuś już wystarczy, to się nie obrażę. Róbcie to co macie i tak zaplanowane. Ale ja jednak troszkę jeszcze poopowiadam, bo w sumie piszę to w bardzo mocno zdefiniowanym celu.

Napisałem już dziś w którymś z komentarzy, że bardzo mi się podoba tekst pewnej piosenki Skaldów. Początek leci tak: „Oj dana, dana, nie ma szatana, a świat realny jest poznawalny. Oj dana!” Ale najlepsze jest później: „Życie jest formą istnienia białka, ale w kominie coś czasem załka.” Chodzi mi właśnie o ten komin. Ja jestem absolutnie przekonany, że coś takiego jak lęk i podziw dla Najwyższego jest zupełnie autentycznym i wręcz przyrodzonym stanem każdego ludzkiego bytu. Jestem pewien, że każdy człowiek, choćby nie wiadomo jak był przekonany o tym, że nie ma nic, w najgłębszych pokładach swojego serca wie, że to nieprawda. Wie że są sytuacje, kiedy żartów nie ma. Sytuacje wobec których nawet on zaczyna drżeć.

To jest moim zdaniem reguła. Oczywiście, od reguły – jak mówią ludzie uczeni – są wyjątki, więc zakładam, że i od tej reguły są wyjątki. Zakładam więc też, że może i kilka dzisiejszych komentarzy, jakie pojawiły się pod moim poprzednim wpisem były wklepane przez owe wyjątkowe zupełnie umysły i serca. Przez ludzi, którzy, gdyby ich spotkał taki atak, jaki z mojej strony spotkał tych dwóch bandytów i tego biednego pijaczka, po prostu najpierw by opluli mnie, a następnie najbliższy mijany kościół. Inna sprawa, że ja nie od dziś mam głębokie przekonanie, że jeśli już na kogoś mogę liczyć, to bardziej na tego dziada i tego łysola, niż na wykształconego absolwenta wydziału prawa na którejś z renomowanych polskich uczelni. Dlaczego? Dlatego, proszę sobie wyobrazić, że ich umysły może i są zatrute, ale przynajmniej zatrute ekologicznym i czystym gnojem, niż wysoko oczyszczoną kokainą, albo czymś podobnym.

Jestem pewien bowiem, że ludzie potrafią być bardzo mężni, bardzo silni i bardzo szlachetni. Potrafią też jednak upadać, a kiedy już upadną, to potrafią jeszcze się potoczyć, czasem bardzo daleko, w bardzo nieprzyjemną ciemność. A kiedy upadną, niektórzy z nich potrafią się podnieść, czasem bardzo wczesne, ale czasem dopiero na samym, samiusieńkim końcu. A jak już się podniosą, to często o wiele wyżej niż ktokolwiek z nas. Dlaczego tak się dzieje? Dlatego że przez całe ich życie, tli się w nich to poczucie, że jednak świat realny nie jest do końca poznawalny. A ten ogień potrafi i palić i oświetlać drogę, jak nic innego.

I powtarzam raz jeszcze. Wolę tych meneli i tych bandytów o wiele bardziej, niż wielu z tych, którzy, przynajmniej we własnym mniemaniu, złapali prawdziwą tajemnicę za największy palec u nogi. Wolę te dzieci, rozkołysane wewnętrznym przekonaniem że Boga nie ma, a już że na pewno nie ma Szatana, od tych wszystkich którzy mówią to samo i zachowują się dokładnie tak samo, jak te dzieci, tyle że jeszcze na przykład z prawdziwa pasją zaczytują się w horoskopach i wierzą autentycznie i głęboko, że jeśli puścić porządną rakietę w sylwestrową noc, to następny rok będzie lepszy.

Wolę tych którzy w życiu nie zajdą do kościoła, bo ksiądz to pijak, a pani z plebanii to jego kochanka, ale jak zagrzmi, to robią znak krzyża, niż tamtych, którzy uważają, że to całe gadanie o dzieciach z Fatimy, to idiotyzm, oszustwo i że jeśli nawet coś tam się działo, to można to bardzo ładnie i naukowo wyjaśnić, natomiast wieczorem, jak wrócą z pracy, to pieczołowicie wycinają z gazet wszystkie możliwe informacje na temat tych wszystkich niewyjaśnionych przypadków lądowania na Ziemi pojazdów kosmicznych.

W moim wpisie, do którego się tu wciąż odwołuję, wyraziłem satysfakcję z tego powodu, że mój Kościół jest tak cierpliwy i tak kochający. Że nikogo nie odrzuca i że jest zawsze gotowy na przyjęcie tych, którzy nagle zostali porażeni tym światłem. Ale tu już zbliżam się bardzo niebezpiecznie do najbardziej oczywistych oczywistości, że zacytuję klasyka, więc najlepiej już skończę.



 

czwartek, 18 lutego 2021

Gdzie się podział kokos, czyli o socjalistach bez przydziału (repryza)

 

       Właśnie się dowiedziałem, że estradowy artysta Maciej Maleńczuk nagrał nowa płytę, którą promuje piosenką zatytułowaną „Klauzula sumienia” i następującym tekstem:

Nowi Polacy, skąd wzięli się tacy
Nagle na tacy coś dostał pod nos
I choć kołaczy nie ma bez pracy
Kołacze Polaczek i zasila trzos
Brzuch swój za darmo napełnia złą karmą
Pcha się w kolejce po tani los
Za całą tą egzystencję marną
Jak psu każą dać mu głos
”.

         Ktoś mi powie, że Maleńczuk to zniszczony alkoholem i narkotykami przygłup, w dodatku z modelowo wręcz zmarnowanym talentem, więc nie za bardzo jest sens zajmować się jego przemyśleniami na temat świata, ja jednak sobie myślę, że fakt iż on nawet dziś aż tak przeżywa ową frazę, że „bez pracy nie ma kołaczy” i nie potrafi znieść myśli o tym, że ludzie żrą za darmo, świadczyć musi o tym, że istnieją miejsca, gdzie tego typu refleksje wypełniają ludzkie myśli, a skoro tak, to warto by było się zastanowić, ilu z nas wciąż tkwi mentalnie w owej histerii, która na początku lat 90. eksplodowała na widok ananasa, czy orzecha kokosowego. A może przypadkiem jest tak, że owe 30 procent młodych ludzi, którzy wedle ostatnich badań wykazuje wrażliwość lewicową, w gruncie rzeczy zaledwie reagują – tak jak to oni, głupio i okropnie chaotycznie – na występy tak zwanych liberałów, których my tu aż tak bardzo nie widzimy, ale którzy przecież gdzieś tam od czasu do czasu się produkują i mają wystarczająco dużo miejsca dla owej produkcji?     

        Chodzi mi po głowie wspomniany kokos i przypominam sobie, jak w dawnych komunistycznych czasach oglądałem film, który dla nas, dzieci PRL-u, był filmem wręcz kultowym, a dziś jest już bardzo zapomniany, a nosił tytuł „Midnight Cowboy”, z młodym Jonem Voightem – który wtedy jeszcze nawet nie śnił, że będzie kiedyś grał polskiego papieża – i Dustinem Hoffmanem. Oglądałem ten film wielokrotnie i z niezmiennym zachwytem, bo to był – i wciąż jest – znakomity film i jakoś nie potrafiłem nigdy przegapić sceny z kokosem. Jeśli ktoś nie wie, o czym mówię, to przypomnę. Dustin Hoffman jest straszliwie biednym nowojorskim menelem. Chorym, kulawym, wiecznie walczącym o to, żeby przeżyć kolejny dzień. Nowy Jork jest oczywiście taki, jak należy. Bogaty, wspaniały, kolorowy, pełny – jakby to zaśpiewał Michael Stipes – „shiny people”, raz bogatych, raz biednych, raz wyrelaksowanych, raz zapracowanych, wariatów, biznesmenów, dziwek, sutenerów, a w tym wszystkim, ten Hoffman, podskakujący, jak leśmianowski „skoczek” i jego nowy przyjaciel – chłopak ze wsi, który przyjechał do Nowego Jorku licząc na to, że on, piękny, przystojny, wysoki kowboj, znajdzie tam swoje szczęście. Ale jest tak, że ani jego,  kowboja ze wsi, ani Hoffmana, kuternogi z miasta nikt nie potrzebuje. Któregoś dnia, Hoffman kradnie ze straganu orzech kokosowy, ale ponieważ nie ma go czym otworzyć, próbuje go jakoś przytrzasnąć oknem w swoim mieszkaniu, które zajmuje w jakiejś opuszczonej kamienicy. Orzech niestety spada i rozbija się na chodniku.

       Scena ta zawsze budziła we mnie dziwne uczucia. Ja oczywiście bardzo przejmowałem się światem przedstawionym w filmie, oraz losem tych dwóch nieudaczników, jednocześnie jednak nie mogłem przestać myśleć, że ja w życiu nie dość że nie miałem w ręku orzecha kokosowego, to nawet go nie widziałem. Więc ten orzech wciąż mi psuł efekt filmu. Wiedziałem, że nędza, że syf, że kłamstwo, zbrodnia i upadek – tylko ten orzech kokosowy nie dawał mi spokoju. I w takich sytuacjach mówiłem sam do siebie: „Dobra, dobra. Ja się powzruszam, jak już w sklepie na rogu pojawią się orzechy kokosowe”.

      Jest tam jeszcze jedna scena, która, podobnie jak ten orzech, drażniła moją wrażliwość. John Voight trafia do pokoju kobiety, która – według jego planów – zapłaci mu za seks, a która sama w końcu okazuje się prostytutką i go skubie z reszty pieniędzy. Uprawiają więc seks na tym jej wielkim łóżku, tarzając się po pilocie, który nieustannie przełącza kanały w telewizorze. I pamiętam tego pilota i te niezliczone kanały i moje zdziwienie, że gdzieś, daleko w Ameryce, może i pod pewnymi względami jest nie najlepiej, ale kanałów w telewizorze, to oni mają naprawdę bardzo dużo.

       Też w tamtych latach, oglądałem inny już film, „Taxi Driver” Scorsesego. Robert De Niro siedzi z rewolwerem przed telewizorem, a w telewizorze leci jakiś kompletnie idiotyczny program, typu „Taniec z gwiazdami”, czy może jakaś idiotyczną opera mydlana w stylu „M jak miłość”. De Niro siedzi, w kompletnej rozpaczy i szaleństwie, i popycha ten straszny telewizor nogą, nie mogąc się zdecydować, czy go ostatecznie popchnąć tak, żeby spadł ze stolika. Ostatecznie go zrzuca, telewizor eksploduje i wtedy już wiemy, że za chwilę rozpocznie się piekło. I to, przyznam szczerze, rozumiałem.

      I tu przypomina mi się pewien stary felieton Stefana Kisielewskiego w dawnym „Tygodniku Powszechnym”, gdzie Kisiel wspominał swój pobyt w Stanach Zjednoczonych i wrażenie, jakie na nim zrobiło wydanie „New York Timesa”, grube na jakieś 200 stron. Trzymał Kisiel tę gazetę, gapił się na nią jak sroka w gnat, i nagle coś go podkusiło, by spytać swojego amerykańskiego znajomego, skąd oni mają tyle papieru, żeby wydawać tak grube gazety. Znajomy spojrzał na Kisielewskiego jak na idiotę i odpowiedział, że „z fabryki”. Wspomnienie tamtego felietonu sprawia, że przychodzi mi nagle do głowy taka oto ewentualność, że kiedy Kisiel oglądał „Nocnego Kowboja”, czy „Taksówkarza”, jest bardzo prawdopodobnie, że on, podobnie jak ja, myślał sobie o tym kokosie i o pilocie na łóżku tamtej dziwki. O tej mnogości kanałów, ale też niewykluczone, że i o tym, co na tych kanałach na nas czyha. I tu, na ile znam Kisiela, jest też bardzo możliwe, że on mógł sobie myśleć, że ten program, który doprowadza De Niro do takiej desperacji, jest w gruncie rzeczy świetny, a sam film jest głupi i nieprawdziwy. Kisiel kochał kapitalizm z całym jego bagażem nieszczęść. Zupełnie też jest przy tym prawdopodobne, że on tych nieszczęść nawet za bardzo nie dostrzegał.

      A ja się zastanawiam, co on by powiedział teraz, gdyby żył i gdyby nie był jeszcze takim staruszkiem, który jest tak przywiązany do swoich racji, że w gruncie rzeczy nie powie nam już nic ciekawego. Ciekawy jestem, czy Kisiel byłby liberałem w naszym polskim, nowoczesnym ujęciu, czy liberałem w ujęciu bardziej sensownym, amerykańskim, czy może byłby człowiekiem o wrażliwości społecznej, jakim jest Jarosław Kaczyński, o którym część dawnych przyjaciół Kisiela mówi, że to socjalistyczna szmata.

     Ciekaw jestem, czy Kisiel, gdyby żył dziś, w tej nowej, przedziwnej Polsce, która nie jest ani kapitalistyczna, ani komunistyczna, ani bogata, ani biedna, ani wolna, ani okupowana, ale w której orzechów kokosowych jest co nie miara, podobnie jak kanałów w Cyfrze, Polsacie, czy w satelitarnej ofercie Orange. Czy Kisiel lubiłby jadać w McDonaldzie i czy cieszyłby się, że w Auchanie jest tak strasznie dużo kas. Bardzo chciałbym wiedzieć, czy Kisiel umiałby korzystać z Internetu, i czy gdyby nie umiał, to uważałby to za wstyd, czy za powód do dumy.

       Chciałbym to wszystko wiedzieć, bo przez wiele, wiele lat, które przeżyłem w komunie, Kisielewski był dla mnie bardzo ważną osobą, może i autorytetem. Myślę, że gdyby Kisiel mi dziś powiedział, że mam się od tego świata odczepić, bo ten świat jest okay, to bym się odczepił. Mam jednak nadzieję, że by tak nie powiedział.



 

środa, 17 lutego 2021

Wielki Post, czyli jeszcze o mieszaniu fizyki z matematyką

 

      Gdy mijała kolejna niedziela owego trąbienia pod wezwaniem Wielkiej Orkiestry Świątecznej pomocy, do studia Radia Zet zaproszony został Stanisław Karczewski, i prowadząca rozmowę dziennikarka zapytała Marszałka, czy już „dał na Orkiestrę”. Nie zapamiętałem dokładnie, co Karczewski na ową bezczelność odpowiedział, ale było to jakieś żałosne wykręcanie się, że chciał, ale nie miał okazji, czy że da później, czy jeszcze coś innego. A ja sobie pomyślałem, że on akurat, czyli było nie było osoba publiczna, miał naprawdę dużo czasu, by przygotować sobie na tę okoliczność odpowiednią odpowiedź i odpowiedzieć tej dziwnej kobiecie cytatem z Ewangelii: „Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili” i ewentualnie dołożyć do tego jakiś krótki komentarz. Tymczasem on nie powiedział nic i również tym razem zło odniosło swoje kolejne zwycięstwo.

        Przeżywamy dziś dzień Środy Popielcowej i po raz kolejny możemy usłyszeć całość owej niezwykłej nauki Pana Jezusa, a ja sobie myślę, że to naprawdę nieczęsto się zdarza, byśmy mieli okazję stanąć wobec zjawiska w sposób tak oczywisty złego, jakim jest Jerzy Owsiak ze swoim projektem, zjawiska tak w gruncie rzeczy kompletnie bezradnego wobec słów tak jednoznacznych i oczywistych, i pozostawać wobec tego wszystkiego w stanie aż takiej bezradności. Mówi do nas Jezus byśmy „nie trąbili”, a kiedy nas atakują owe trąby, w dodatku występujące pod w sposób oczywiście szyderczy nazwą „wielkiej orkiestry”, my nie jesteśmy w stanie stanąć w prawdzie i przynajmniej wzruszyć ramionami.

        Kiedy jeszcze widziałem sens dzielenia się takimi czy innymi refleksjami na temat Jerzego Owsiaka i owego corocznego szaleństwa, przedstawiłem tu tekst zatytułowany "O Jurku, któremu zabrakło atomów”, gdzie wspomniałem o pewnej matematyczno-fizycznej zabawie. Krótko mówiąc chodziło o to, żeby zgadnąć jak gruba będzie zwykła chusteczka higieniczna jeśli złożymy ją 50 razy i dowiedzieć się, że nie wolno mieszać fizyki z matematyką, z tego choćby względu, że w chusteczce nie ma wystarczającej liczby atomów, by były one w stanie utworzyć ciąg od Ziemi do Słońca. Opowiedziałem tę historię, ponieważ wydało mi się, że ona doskonale pokazuje kłopot, jaki mamy kiedy z jednej strony wiemy, że nie należy „trąbić”, „rozdzierać szat”, „wystawać na rogach ulic”, czy wreszcie „przyjmować posępnej miny”, a z drugiej, gdy ktoś nas pyta, czemu tego nie robimy, nie jesteśmy w stanie wydusić z siebie słowa w obawie, że ktoś nam pokaże dziecko, które już miało umrzeć, ale nie umarło, bo ów dźwięk trąb je uzdrowił.

        Mamy dziś początek Wielkiego Postu i ową naukę, którą zostawił nam Jezus. On tego wprawdzie nie powiedział, ale myślę, że nie zaszkodzi, jeśli zapamiętamy tę prawdę, że mieszanie matematyki z fizyką nie ma najmniejszego sensu. I właściwie to by wystarczyło. Czuję dreszcz podniecenia, kiedy sobie wyobrażam jak któryś z dziennikarzy pyta marszałka Karczewskiego, czy kogokolwiek innego, o to, czemu nie przykleił sobie do klapy czerwonego serduszka, a on odpowiada, że nie chciał mieszać matematyki z fizyką. I już słyszę słowa: „Przepraszam, nie zrozumiałam” i kolejne: „To już nie mój problem”.

        


wtorek, 16 lutego 2021

Vineeta Gupta, czyli jak samodzielnie zdjąć i założyć pampersa

 

Trafiłem niedawno na ciekawą informację dotyczącą sytuacji w angielskich szkołach podstawowych, gdzie, jak się okazuje, skutkiem bardzo zaawansowanego rozwoju wychowania seksualnego w brytyjskich szkołach, świadomość brytyjskich dzieci w tym temacie jest tak wysoka, że coraz częściej obserwuje się przypadki gwałtów popełnianych przez siedmioletnich nawet niekiedy chłopców na swoich koleżankach i kolegach. Wiadomość ta, choć oczywiście szokująca, nie byłaby może aż tak interesująca, gdyby nie towarzysząca jej informacja kolejna, że coraz częściej również angielskie dzieci chodzą do szkoły z pieluchą, ponieważ rodzice nie potrafili odpowiednio wcześnie zadbać o to, by one potrafiły korzystać samodzielnie z toalety. Zadumawszy się nad owym szczególnym postępem, przypomniałem sobie swój tekst jeszcze z roku 2008 w pewnym sensie zapowiadający to co nadejść musiało, no i, jak się okazuje nadeszło. Bardzo proszę.

 

 

      Z wszystkich miejsc na świecie, pomijając oczywiście moje miasto, moją wieś, moje morze i moje góry - no i oczywiście mój Przemyśl - moim ulubionym jest Anglia. A szczególnie Londyn. Kiedy byłem trochę młodszy, lubiłem mawiać, że umrzeć oczywiście chciałbym w Polsce, ale gdyby mi przyszło żyć w Londynie, to nie miałbym nic przeciwko temu. Jest coś takiego w Londynie, w jego kształcie, w jego ludziach i w jego atmosferze, co sprawia, że mógłby po nim wędrować od rana do wieczora i nie widzę możliwości, żebym się znudził. Kiedyś miałem okazję sobie iść wzdłuż Tamizy, od Chelsea aż do Tate. I tylko żałowałem, ze nie można by tak wrócić, spojrzeć raz jeszcze na elektrownię w Battersea (to te kominy z Animals Pink Floyd) a później przejść tę drogę jeszcze raz i patrzeć na joggujących bez względu na pogodę londyńczyków i na sunące się nad głową bardzo, bardzo powoli wielkie samoloty.

      Albo pojechać do Greenwich, by stanąć sobie tam, gdzie „zaczyna się czas", obok tego zegara, nad tą zielenią i spojrzeć na Londyn. Albo po prostu zajść do któregoś z pubów i popatrzeć na ludzi, pijących piwo (świetne, najlepsze) i od czasu do czasu podnoszących się ze swoich krzeseł, żeby wrzucić parę monet do grającej szafy. Żeby pójść do St. James's Park i popatrzeć na dzieci w szkolnych mundurkach, siedzące na ławkach i jedzące swoje trójkątne kanapki. Żeby znów zobaczyć te cudacznie poubierane Angielki, tak okropnie nieładne i, jednocześnie, tak nieprawdopodobnie światowe. Żeby znów poczuć w kieszeni ten miły kształt i ciężar monety jednofuntowej. I posłyszeć ten niepowtarzalny londyński akcent, który nigdy nie jest taki sam, a zawsze pozostaje ściśle londyński.

      Lubię Londyn. Wbrew pozorom jednak, nie bywam tam często. Prawdę powiedziawszy, byłem w Londynie zaledwie parę razy w życiu. Na dodatek krótko i tylko w niektórych miejscach. I nic też nie wskazuje na to, żebym nagle zaczął tam podróżować. Raz że mnie nie stać, a dwa że nawet nie mam za bardzo kiedy i do kogo tam jeździć. Londyn więc, podobnie zresztą jak całą resztę Anglii, oglądam w telewizji, albo w kinie. I czytam o nim w gazetach. Właśnie z oddali widać, jak ta moja miłość do Londynu jest bezinteresowna i nieodwzajemniona. Nie ma właściwie dnia, żeby nie dochodziły do mnie informacje, że, zarówno samo miasto, jak i cały ten kraj, zmierza ku nieuchronnemu upadkowi. Jeśli się przyjrzeć dobrze, to widać bardzo wyraźnie, że to co tam jeszcze zostało, to ta wielka historia i ta nieprawdopodobnie manifestująca się wszędzie tradycja. Cała reszta, to już tylko najbardziej zwulgaryzowana cywilizacja. To już tylko rozbite rodziny, gówniarze z nożami, aborcja do 24 tygodnia, najbardziej oburzające medyczne eksperymenty, bandy debili, którzy przez cały tydzień, w swoich garniturach, jeżdżą do pracy w City po to, żeby w piątek wieczorem kupić tani lot do Pragi, czy Krakowa i z powrotem, i przez weekend odstawiać tu czyste buractwo.

      Niedawno w telewizji dali informację, że jakaś pani i jej chłopak (tam już małżeństw prawie nie ma), uprowadzili swoją (a może tylko jej) córkę, trzymali ją całymi tygodniami zaćpaną w tapczanie, a wszystko to po to, żeby zrobić ogólnokrajową aferę z zaginionym dzieckiem i zarobić co nieco na medialnym szumie. To też jest Anglia, którą kocham. Bez odpowiedzi.

      Parę dni temu, w Rzeczpospolitej, przeczytałem artykuł o tym, że „z oksfordzkiego słownika dla dzieci usunięte zostały słowa związane z chrześcijaństwem i monarchią". Chodzi o to, że, ponieważ wydawcy słownika uznali, ze świat poszedł bardzo do przodu i nowe pokolenia mają w nosie zarówno Kościół, jak i Królową, można spokojnie i jedno i drugie zacząć powoli eliminować ze społecznej świadomości. Według relacji Rzepy, w nowym wydaniu słownika, wśród 10 000 słów, które metodycy uznali za najważniejsze dla dziecka, zabrakło takich pojęć jak „opactwo, ołtarz, biskup, kaplica, pastor, mnich, zakonnica, parafia, psalm, święty, grzech, czy diabeł". Oczywiście dla mnie najbardziej ciekawy jest ten „diabeł". Najbardziej ciekawy, najbardziej wymowny i - tak naprawdę - najbardziej podstawowy. No ale, jak mówię, nie tylko on poleciał. Mogę tylko przypuszczać, że skromnie, usunął się na sam koniec kolejki.

      Wiadomość ta, oczywiście, mnie zmartwiła, ale - przyznam - niezbyt zaskoczyła. Ja widziałem, co się szykuje, od pewnego już czasu. Jest taki podręcznik do nauki języka angielskiego, który popularnie nazywa się Alexander. Moim zdaniem, jeśli idzie o naukę na poziomie podstawowym, nie wymyślono dotychczas absolutnie nic lepszego. Alexander jest niepokonany i nawet nie widzę możliwości, żeby ktoś mu mógł tu zagrozić. Ale nawet nie o to chodzi. Sprawa polega na tym, że podręcznik ten już od wielu lat jest w naszych szkołach nieużywany. Nie ma go na ministerialnych listach, nie jest w ogóle nawet dopuszczony do szkół. Sami zresztą nauczyciele, nawet jeśli w o ogóle go znają, nie traktują go z powagą. Alexander jest czarno-biały, cieniutki, nie ma w nim ani zdjęć, ani komiksów, ani żadnych zbędnych rzeczy. Czysta nauka.

      Ponieważ powstał dawno temu, niesie z w sobie całą autentyczną atmosferę nie tak wciąż bardzo starej Anglii. W Alexandrze płaci się wciąż funtami i pensami (w starszych wydaniach nawet szylingami), bohaterowie mieszkają na King Street w Londynie, nazywają się Sawyer, tworzą rodziny, czytają gazety, a jeśli są dziećmi i mają na imię Sally i Tim, odrabiają zadania domowe. Pan Sawyer odwozi je codziennie do szkoły, a wieczorem, kiedy Sally, czy Betty, chce iść do znajomych, ma wrócić przed jedenastą, bo inaczej pan Sawyer zwyczajnie jej nie puści.

      Od czasu, jak L.G. Alexander napisał swój podręcznik, zmieniło się wiele. Przede wszystkim, w obecnie wydawanych książkach do nauki nie ma ani funtów, ani Betty, ani ulicy King Street w Londynie, ani dwóch dziadów w czerwonym autobusie. Dorośli latają samolotami między Los Angeles a Paryżem, dzieci siedzą przy komputerach i piszą maile, w sklepie płaci się przy pomocy euro, ewentualnie karty, a jeśli ktoś nosi jakieś imię, to nie ma sposobu, żeby je przeczytać, a co dopiero zapamiętać z tej prostej przyczyny, ze nie są to imiona chrześcijańskie.

      Jak to się stało, że do tego doszło? Kto tak fatalnie Anglików załatwił? Jak to się stało, że oni dali sobie wyrwać z rąk coś tak niepowtarzalnego i tak cennego? Powiem szczerze, ze mam swoje podejrzenia, ale są one na tyle słabe, że nie będę się tutaj popisywał. Fakt jest jednak faktem. Wszystko wskazuje na to, że coś się skończyło. W artykule w Rzeczpospolitej, wypowiada się na temat tych niezwykłych zmian w słowniku dla dzieci jakaś pani z Oxford University Press. Mówi tak: „W poprzednich wydaniach było na przykład dużo nazw kwiatów, bo wiele dzieci mieszkało na wsi. Teraz ich środowisko się zmieniło. Żyjemy w wielokulturowym społeczeństwie. Ludzie nie chodzą już tak często do kościoła."

      Więc oczywiście, jest to jakieś wytłumaczenie. Ale ja bym potrzebował czegoś mocniejszego, bardziej pewnego. Wbrew pozorom bowiem, to o czym tu piszę, to nie jest problem wyłącznie angielski. Odpowiedź na to pytanie jest również ważna dla mnie, Polaka, mieszkającego tu i planującego tu mieszkać do końca. Liczącego bardzo na to, ze Polska sobie poradzi dużo zgrabniej, niż Anglia. Mam więc wrażenie, że o wiele lepszą i pełniejszą odpowiedź na te moje dylematy daje - zgadzam się, w sposób bardzo symboliczny - co innego. Ta pani z Oksfordu nazywa się Vineeta Gupta.

 


poniedziałek, 15 lutego 2021

Czy Bartosz Węglarczyk jest głupszy od Dominika Tarczyńskiego?

 

Szczerze powiedziawszy, rozczarowany fatalnym wręcz zlekceważeniem mojej poprzedniej notki, którą ja akurat uważam nie tylko za jeden z ważniejszych tu przekazów, ale też w ogóle za coś nadzwyczaj istotnego gdy chodzi o to, z czym mamy dziś w Polsce do czynienia, uznałem za stosowne, by ów tekst zostawić tu na kolejne dni i przez ten czas nie wrzucać nic nowego aż wreszcie on trafi tam gdzie trafić ma, czyli do ludzkich głów. Jest też jednak tak, że to co akurat ja uważam za istotne, często ma się nijak do tego, czego oczekują inni, a zatem pomyślałem sobie, że wrócę do starych tekstów i wrzucę tu coś co dokładnie tak jak kiedyś, może być aktualne wciąż dziś, a więc fenomen tak zwanego „Bartosza Węglarczyka”. Bardzo proszę.      

 

 

 

      Pamiętam że kiedyś, zanim jeszcze Polska na dobre została podłączona do Sieci, a dzieci i młodzież starsza nawiązywała przyjaźnie drogą klasyczną, czyli za pośrednictwem Poczty Polskiej, w najróżniejszych czasopismach właśnie dla młodzieży ukazywały się profile osób chcących się zaprzyjaźnić. Młodszym blogerom powiem tylko, że klasyczny profil wyglądał tak, że pod zdjęciem przedstawiającym jakąś sympatyczną buzię, widniał podpis: „Kasia z Sopotu, lat 16, lubię czytać, słuchać polskiej muzyki rockowej, uwielbiam Oddział Zamknięty, nienawidzę głupoty i faszyzmu”. O ile ten faszyzm nigdy mnie nie dziwił, no bo czego mógł nienawidzić wrażliwy chłopak, lub jego szkolna koleżanka? Jeśli nie faszyzmu, no to już tylko nienawiści, ale że głupio było pisać: „Nienawidzę nienawiści”, a pisać „Nienawidzę komuny” już zupełnie nie wypadało, to pozostawał tylko ten faszyzm. Więc, jak mówię, to rozumiałem.

      Nigdy jednak nie potrafiłem zrozumieć, o co chodzi z tą głupotą. Ja na przykład w życiu bym nie powiedział, że najbardziej na świecie nienawidzę głupoty, no bo zawsze się może znaleźć ktoś, kto powie, że ja właśnie jestem głupi, a od czasu do czasu znajdzie się ktoś autentycznie ode mnie mądrzejszy i mi to na domiar złego udowodni. Powiem więcej. Nawet jeśli miałoby się okazać, że jestem na tyle mądry, że mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że najbardziej ze wszystkiego nienawidzę głupoty, to jakoś nie wypada tak wyjść do ludzi i się pochwalić, że ja akurat owszem, jestem dość mądry. No ale i to próbowałem jakoś zrozumieć. Pomyślałem sobie, że gdy jest jeszcze dzieckiem, człowiek potrzebuje czegoś w miarę stałego, na czym można się oprzeć, więc jak widzi, że czegoś nie rozumie, to się złości, mówi, że to coś jest głupie, no a później, że najbardziej na świecie nie lubi głupoty. Dziś, w TVN24 wystąpił dziennikarz nazwiskiem Bartosz (kiedyś. gdy jeszcze zajmował się przyznawaniem gwiazdek wyświetlanych aktualnie w warszawskich kinach filmom, Bartek) Węglarczyk i powiedział, że on już nie może wytrzymać, jak patrzy na tych naszych głupich polityków. Może zresztą użył innych słów, ale sens był dokładnie taki sam, że red. Węglarczyk z tą powszechną głupotą już nie wytrzymuje.

       Zdziwiło mnie to wystąpienie o tyle, że jego autorem nie był, jak już wspomniałem, Bartek, ale Bartosz. Ale to nie wszystko. Dzieci sprzed lat, gdy mówiły, że nienawidzą głupoty, to nie dodawały, że chodzi im o polską głupotę. Bartosz Węglarczyk natomiast, zupełnie poważnie, powiedział, że on się bardzo cieszy, że nie musi się już zadawać z polskimi politykami i w ogóle uczestniczyć w tej polskiej głupocie, bo głównie spędza czas z politykami zagranicznymi. Zupełnie niezrażony tym swoim początkowym wyskokiem, po chwili, komentując sytuację w polskim lotnictwie wojskowym, rozsiadł się w TVN-owskim fotelu z takim ruskim uśmiechem i powiedział, że on już nie może wytrzymać, jak patrzy na tandetę i amatorstwo, które opanowało polską przestrzeń publiczną.

      Gdyby Bartosz Węglarczyk do owej zdegenerowanej grupy dorzucił dziennikarzy, to może bym mu wybaczył, choć niechętnie. On jednak, na sto procent o dziennikarzach nie myślał. Z jego światłej wypowiedzi wynikało jednoznacznie, że dziennikarze polscy trzymają, jako jedyni, poziom światowy. I to mnie prowadzi do głównej części mojej refleksji. Głównej, i w gruncie rzeczy stanowiącej jej epilog. Otóż z jakiegoś powodu, utarła się opinia, że najgłupsi w Polsce są politycy. Politycy i – co swoją drogą bardzo ciekawe – też policjanci. Cała reszta jest mniej lub bardziej głupia lub mądra, ale nikt nie jest tak głupi, jak politycy i policjanci. Jednocześnie, najmądrzejsi są dziennikarze i to oni mają największe prawo, żeby przedstawiać społeczeństwu dzieje głupoty w Polsce.

       Proszę zwrócić uwagę, jak reaguje na przykład red. Morozowski, albo jakiś inny Sekielski, kiedy któryś z gości w ich programie zagapi się i zwróci się do niego per „panie pośle”. Reakcja jest niezmienna; „Ha, ha, ha. Panie ministrze, pan mi chyba źle życzy!” Zupełnie, jakby ktoś zaproponował Morozowskiemu czy Sekielskiemu, żeby na przykład zatrudnił się jako kelner w domu publicznym. Podczas gdy on jest przecież aż dziennikarzem.

        Wczoraj wieczorem, jeszcze jeden z nich, a więc redaktor Rymanowski, rozmawiając z ministrem Zdrojewskim, zapytał: „Czy to prawda, że pan ma dzisiaj urodziny”. Okazało się, że nie. Nieprawda. Zdrojewski „dziś” urodzin nie ma. Powstaje w tym momencie problem, dlaczego Rymanowski zadał to pytanie. Skąd mu przyszło do głowy, że Zdrojewski ma „dziś” urodziny? Czy ktoś mu powiedział? Czy coś mu się pomyliło?

      Oczywiście jest to drobiazg, jednak z punktu widzenia roboty, za którą Rymanowskiemu płacą, równie dobrze mógł pan redaktor zapytać: Czy to prawda, że jest pan bratem tego słynnego piosenkarza Zbigniewa Ziobry? Na przykład. Mniej więcej tak samo bez mądrze i jednocześnie kompletnie bez sensu.

      A Rymanowski nie jest tu wcale postacią symboliczną, choć wystarczy obejrzeć sobie dowolny występ pana reaktora w programie „Kawa na ławę”, by widzieć, że i on akurat jedynie potrafi uśmiechać się jak dziecko i od czasu do czasu przerywać rozmowę, bo do słuchawki mu powiedzieli, że trzeba zmienić temat, albo, że czas na reklamy. Ja choćby odnoszę nieodparte wrażenie, że choćby Kolenda-Zaleska, albo niejaki Grzegorz Kajdanowicz, są bez porównania bardziej od Rymanowskiego niekompetentni i że każdy najgłupszy, najbardziej tandetny polityk jest po stokroć lepszy, sprawniejszy i inteligentniejszy od większości dziennikarzy. Każdy, pierwszy lepszy polityk, mówi płynniej, poprawniej, inteligentniej od większości podobno wybitnych dziennikarzy. I odwrotnie: nie trzeba być szczególnie czujnym obserwatorem, wystarczy tylko pooglądać jakąkolwiek telewizję – wcale nie koniecznie Superstację – w jakikolwiek dzień, żeby obejrzeć sobie wszystkie najbardziej drastyczne przykłady niekompetencji dziennikarskiej na każdym możliwym poziomie: języka, logicznego myślenia, inteligencji, czy zwykłego sprytu.

       Skąd ta cała sytuacja? Choćby stąd, że kiedyś, w swoim życiu, według najbardziej obiektywnych standardów, każdy dowolny polityk okazał się lepszy od wszystkich pozostałych konkurentów. Każdy z nich kiedyś wygrał i odniósł autentyczny sukces. W swojej dzielnicy, w swojej wsi, w swoim mieście. Wszystko jedno gdzie, ale zawsze gdzieś. Czy to ktoś tak wyjątkowy, jak Jadwiga Wiśniewska, czy też ktoś tak nędzny, jak Dominik Tarczyński. O tamtej stronie dziś nie wspominam, by móc skutecznie utrzymać podstawowy sens notki.

      Co mi tam jednak – lepsi od innych okazali się nawet poseł Wenderlich, posłanka Senyszyn, czy nawet Donald Tusk. Możemy ich nie znosić, nie zgadzać się z nimi, uważać, że jako ludzie są głupi i niscy, ale w swojej branży, czyli w polityce, o niebo lepiej wykorzystali ten swój ewangeliczny „talent”, niż ktoś taki, jak na przykład Mikołaj Lizut w dziennikarstwie. A jeśli są teraz ogólnie znani i – jak mówię – często nawet znienawidzeni, to wyłącznie w związku ze swoimi osobistymi zaletami. Dzięki osobistemu wysiłkowi i osobistej skuteczności, a nie przez to, że kolega taty, albo brat kumpla coś obiecał, a później pomógł i załatwił. Ani też nie przez to, że człowiek znał trochę język włoski (dla przypomnienia, Boniek po włosku tez „wymiata”) i w momencie, jak umierał Papież, przebywał akurat w Rzymie. Albo wreszcie też nie przez to, że kiedyś pisał beznadziejne recenzje filmowe w „Gazecie Wyborczej”, później wyjechał z niewiadomych przyczyn do Ameryki, a po paru latach wrócił i został przez któregoś ze swoich szefów wyznaczony do wypowiadania się na tematy międzynarodowe, i w ten sposób wszedł również i na niemieckie salony.





 

sobota, 13 lutego 2021

Czy Zenek Martyniuk okaże się polskim Tomem Jonesem?

         Wspominany tu niejednokrotnie Bob Greene opisał swego czasu historię pewnej starszej pani nazwiskiem Charlotte Hybl z Illinois, której numer telefonu nieszczęśliwie był identyczny z numerem agencji świadczącej tak zwany „seks przez telefon”, z tą różnicą, że owa agencja miała siedzibę w Kalifornii  i od pierwszego dnia, gdy rozpoczęła swoją działalność, na numer pani Hybl, głównie porach nocnych, zaczęła wydzwaniać banda zboczeńców, dla których nie było żadnej różnicy między sekwencją „213” i „312”, gdy ich naczelnym pragnieniem było się – pardon me french – spuścić. Pani Hybl, chcąc się dowiedzieć kim jest agencja, która przyczyniła się do jej kłopotów, i podjąć odpowiednie kroki, przeprowadziła odpowiednie śledztwo, w wyniku którego dowiedziała się, że ów nieszczęsny numer telefonu jest zamieszczany w magazynie „Hustler”. Udała się więc do najbliższego kiosku, wzięła z półki egzemplarz pisma, otworzyła, ale, jak pisze Greene, natychmiast musiała go zamknąć, ponieważ nie była w stanie znieść tego, co tam zobaczyła.

       Co było dalej, jest oczywiście szalenie ciekawe, ale ponieważ dla tematu dzisiejszej notki nie ma najmniejszego znaczenia, powiem tylko , że kiedy wczoraj chciałem włączyć sobie mecz Igi Świątek, z nieznanego mi powodu przed moimi oczyma pojawił się aktualnie nadawany program telewizji TVN24, a ja po zaledwie minucie wsłuchiwania się w to co mnie z tamtej strony zaatakowało, musiałem, podobnie jak pani Hybl przed laty, natychmiast przełączyć ów kanał na teraz już nie pamiętam co, ale daję słowo, że to mógł być nawet któryś z oferowanych przez NC+ kanałów pornograficznych. A teraz mogę jedynie zapewnić wszystkich, że nawet wtedy gorzej by nie było.

         Czemu w ów dziwny sposób zaczynam dzisiejszy felieton? Rzecz mianowicie w tym, że to co ujrzałem i usłyszałem, gdy na moim ekranie pojawiła się telewizja TVN24, w jednej chwili kazało mi się zadumać nad tym, co nam dziś daje publiczna telewizja oraz prezes Kurski osobiście, a już w następnej chwili uznać za stosowne, by powrócić do spraw poruszonych w notce wczorajszej i problem tam ledwie skromnie zaznaczony, nieco poszerzyć. A sprawa, co powinniśmy w tym momencie przyjąć do wiadomości, jest nadzwyczaj poważna. Otóż chodzi o to, że w takim roku 2007, wspomniana telewizja publiczna, rządzona przez śp. Andrzeja Urbańskiego, człowieka jak najbardziej związanego z PiS-em oraz przede wszystkim z jeszcze żyjącym prezydentem Kaczyńskim, nie miała żadnej praktycznej możliwości by nie wziąć udziału w akcji „Schowaj babci dowód”, która w ciągu zaledwie kilku tygodni doprowadziła do upadku rządu Prawa i Sprawiedliwości. Dziś, jak czytam tu i ówdzie, owa czarna akcja była indywidualną inicjatywą pewnego skromnego człowieka, który tak naprawdę miał na sercu wyłącznie zachęcenie nas wszystkich do tego byśmy porozmawiali z naszymi babciami, opowiedzieli im kto jest kim na politycznej scenie i namówił je do udziału w wyborach, i w związku z tym rozesłał on drogą esemesową owo hasło, powodując, że ono stało się bardzo popularne i doprowadziło do społecznego przebudzenia i odsunięcia PiS-u od władzy. Rzecz jednak ma się zupełnie inaczej, a ja, jeśli twierdzę, że to wiem, to dlatego, że byłem wówczas na miejscu i doskonale pamiętam co się wówczas działo.

      Otóż w momencie gdy Jarosław Kaczyński złożył dymisję swojego rządu, a prezydent rozpisał przyspieszone wybory, pozycja Prawa i Sprawiedliwości jako zwycięzcy była niekwestionowana. Wedle wszystkich sondaży, Platforma Obywatelska nie miała najmniejszych szans, by przejąć władzę, no i w tym momencie do akcji wkroczył Leszek Balcerowicz z projektem Forum Obywatelskiego Rozwoju – jak dziś już wiemy, o oryginalnej nazwie Forum für Bürgerschaftliche Entwicklung in Warschau – i w ciągu wspomnianych paru tygodni uruchomił ruch, który w sposób absolutnie bezprecedensowy zmienił kształt polskiej sceny politycznej. Na czym owa akcja polegała? Otóż plan był taki, by w obliczu nadchodzącej nieuchronnie kompromitującej porażki Platformy Obywatelskiej, niemal rzutem na taśmę, zachęcić do udziału w wyborach ludzi młodych, polityką kompletnie niezainteresowanych, nie mających pojęcia kto jest kim, ale za to lubiących Internet i dobrą zabawę, i namówić ich do głosowania przeciwko PiS-owi.

       Dziś czytam tu i ówdzie, że ani Leszek Balcerowicz, ani jego Forum, ani tym bardziej ogólnopolskie media, w tym publiczna telewizja, nie miały z tym nic wspólnego, ale ja doskonale pamiętam – bo byłem tam i wszystko z dużą uwagą obserwowałem – jak w październiku roku 2007 ruszyła akcja „Zmień kraj – idź na wybory” i przez kolejne tygodnie, gdy chodzi o tak zwaną kampanię wyborczą, nie istniało nic innego. Owa akcja – zachowując wszelkie pozory wyłącznie profrekwencyjnej – zdominowała cała przestrzeń publiczną, włącznie z Internetem oraz jak najbardziej wszelkimi innymi mediami, do tego stopnia, że nawet w czasie ciszy wyborczej każdy zainteresowany mógł usłyszeć wezwanie „Schowaj babci dowód”.

       Jak mówię, dziś prawie nikt już tego nie pamięta, ale ja mam wciąż mam przed oczyma choćby ową internetową stronę koalicja21pazdziernika.pl – po której dziś już wyłącznie pozostał link do firmy, którą ja wyprodukowała, o nazwie pzl.pl – która wedle wszelkich znanych nam estetycznych wzorów dostarczanych przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, przy wsparciu wszelkich możliwych organizacji, w tym jak najbardziej Forum Obywatelskiego Rozwoju, prowadziła nie tylko akcję „Zmień kraj, idź na wybory”, „Parlament – zrób to sam”, ale jak najbardziej również „Schowaj babci dowód”. Gdy chodzi o Internet, wówczas nie było nic innego. Owa strona – ta pstrokacizna, te kolory, ta zabawa, te jaja wreszcie – to był hit, którego nie było w stanie przebić nic.

         Córka moja, wówczas jeszcze studentka, powiedziała mi, że jej koleżanki i koledzy nie mówią o niczym innych jak o wyborach, a ich zainteresowanie ogranicza się jedynie do dwóch kwestii: trzeba iść na wybory i trzeba głosować na wszystkich tylko nie na PiS, bo to są jacyś komuniści, ewentualnie faszyści, albo po prostu banda wariatów. No i w końcu doszło do owych wyborów, w których, jak się następnie dowiedzieliśmy z tych czy innych sondaży, wzięło udział o trzy czy cztery miliony więcej osób poniżej trzydziestego roku życia niż zwykle, i Prawo i Sprawiedliwość sromotnie owo starcie przegrało.

         W tym momencie proponuję, już na zakończenie, wrócić do kwestii owego hasła „Schowaj babci dowód”. Dziś słyszę, że z tym nic do czynienia nie miał ani Leszek Balcerowicz, ani ogólnopolskie media, w tym publiczna telewizja, ale był to zaledwie projekt jednego skromnego internauty, który je wymyślił i uruchomił całą akcję. Otóż, przepraszam bardzo ale trzeba być kompletnym idiotą, by uwierzyć, że takie rzeczy się dzieją. Owo hasło dziś pozostaje praktycznie jedynym wspomnieniem po tamtym przekręcie. Dziś nikt z nas nie pamięta ani hasła „Zmień kraj idź na wybory”, ani „Parlament – zrób to sam”, ani nawet owej nazwy „Koalicja 21 października”, natomiast chowanie dowodu osobistego babci jak najbardziej. I czy naprawdę jest tu jeszcze ktoś, kto uwierzy, że za tym stał jakiś jeden biedaczek, który tylko chciał sobie zażartować?

       Telewizja. Staram się dziś znaleźć jakieś ślady owej akcji sprzed lat i przyznaję, że jest ciężko. Wszystko na co udało mi się trafić, już jakoś tam przedstawiłem, natomiast faktycznie pozostaje telewizja – telewzja państwowa jak najbardziej. Otóż, jak dziś czytam tam gdzie jeszcze cokolwiek przeczytać można, pojawiła się wówczas kwestia ukarania owej telewizji za to, że do samego końca kampanii, a nawet o dwa dni dłużej, zachęcała ona nie tyle do samego uczestnictwa wyborach, ale do odsunięcia od władzy Prawa i Sprawiedliwości. Oczywiście, nic z tego nie wyszło, wszyscy zainteresowani poza nie liczącym sie już PiS-em ogłosili, że żadnych zakłóceń nie było i na kolejne osiem lat Polska wpadła w łapy mafii.

         Telewzja. Oglądałem wczoraj Wiadomości TVP i przyznaję, że gdy idzie o propagandę, było to już mistrzostwo świata. Szczególnie podobał mi się fragment gdy wyszydzono jakąś bidulę z TVN24, która swego czasu informowała widzów, że piłkarz Ronaldo strzelił dwa gole i w ten sposób jako jedyny piłkarz w historii zdobył dwa „tak zwane hat-tricki”, zwłaszcza gdy ja wciąż pamiętam tekst z portalu wpolityce.pl braci Karnowskich, gdzie wciąż jak najbardziej aktywny dziennikarz portalu, Aleksander Majewski podał co następuje:

Znany portorykański śpiewak, gitarzysta i kompozytor, Jose Feliciano nie żyje. Jak poinformowała policja i lokalne media, w czwartek w wypadku samochodowym . Muzyk miał 78 lat. Pozostawił żonę i czterech synów. Według informacji podanych przez policję i prasę do wypadku doszło przed świtem w czwartek. Samochód, którym Feliciano jechał sam, uderzył w słup wysokiego napięcia. Jose Feliciano urodził się w 1945 roku. Ociemniały od urodzenia, już od najmłodszych lat grał i śpiewał w klubach Harlemu i Greenwich Village. Jego właściwa kariera rozpoczęła się występem na Newport Folk Festival w 1964 r. Tam został po raz pierwszy zauważony przez szeroką publiczność, krytyków i wydawnictwa płytowe. Jego bogaty repertuar tworzyły piosenki…”.

         A zatem, jak widzimy, tak zwane zidiocenie rozkłada się zasadniczo równo. Ja jednak chciałbym dziś zadeklarować, że w obliczu tego z czym mamy do czynienia dziś, oraz w związku z zagrożeniami jakie przed nami, chciałbym oświadczyć, że w moim przekonaniu, jedyna nadzieja jaka obecnej chwili stoi przed Polską leży w publicznej telewizji. Jeśli ją stracimy, stracimy wszystko i nikt tego nie wie lepiej niż choćby Leszek Balcerowicz ze swoim FOR-em. Przyszedł czas gdy media są wszystkim, a poza nimi nie ma nic, o czym znakomicie świadczy choćby fakt dożywotniego zakazu zamieszczania przez Donalda Trumpa jakichkolwiek komentarzy na Twitterze. Powiem zupełnie szczerze, że dziś jestem w takim nastroju, że gotów jestem uznać, że TVP to dziś jest już ów Ostatni Kowboj. Z Kirkiem Douglasem jak najbardziej.

         A ja sobie już na sam koniec przypominam przepiękny film „Marsjanie atakują”, gdzie na sam koniec okazuje się że ostatnią bronią ludzkości przed ową dziczą jest Tom Jones i jego piosenki. My wprawdzie Toma Jonesa nie mamy i mieć nie będziemy, ale mam nadzieję, że Zenek na to akurat wyzwanie nam wystarczy. Bo jeśli nie, to jesteśmy w czarnej dupie.