Posty

Wyświetlanie postów z marzec, 2010

O pewnych... ograniczeniach. No i o nas

W moim życiu spotkałem dwa określenia – czy może opisy – osób, o których potocznie mówi się „wariaci”, a które mi tak zaimponowały swoją trafnością, a jednocześnie swoistą elegancją, że noszę je w swojej pamięci do dziś. Pierwszy z nich dotyczył poety Ezry Pounda i został sformułowany przez człowieka któremu należy się tu parę słów. Był to absolutnie ekscentryczny absolwent Oxfordu (prawdziwy!), który przyjechał do Sosnowca, żeby uczyć tu angielskiego. Człowiek, który zachowywał się jak się zachowywał, trochę zapewne dlatego, że sam bym „wariatem”, a trochę pewnie i z tej przyczyny, że te swoje ekscesy traktował jak szczepionkę na świat, w którym przez jakiś czas przyszło mu żyć. Na tej prostej zasadzie, że jeśli chce się zachować resztki normalności w nienormalnym środowisku, należy czasami przede wszystkim oszaleć. Poza tym, był kimś absolutnie pięknym i prawdziwym. Wszyscy go uwielbialiśmy. Któregoś dnia przyniósł nam oryginalne nagrania Ezry Pounda, recytującego swoje wiers

O debacie na kluczyk i sprężynkę

Nie wiem, czy to przez dokument Sekielskiego, czy przez komentarze, które wyrażały niedosyt z powodu braku czegoś równie interesującego, tyle że na temat oszustw dziennikarzy, czy z jakichś jeszcze dodatkowych powodów, ale gdzieniegdzie przebija się dyskusja na temat tego, czego świat pospólstwa i prostactwa – przez niektórych zgrabnie opisywany jako „bydło” – może wymagać właśnie od dziennikarzy. I oczywiście nawet z tych strzępów informacji, jakie do nas docierają, wynika, że nie ma takiej bezczelności, której nie wypowiedziałby dziennikarz, szczególnie ten, który najbardziej płacze nad jakością polskiej debaty. Niedawno media – zaczynając na czymś co się nazywa Tygodnik Podhalański chyba, a kończąc na poważnych ogólnokrajowych przekaźnikach – wzięły się za któregoś z senatorów PiS -u, jakiegoś górala, który, wprawdzie wyłącznie u siebie w domu, ale zrobił z siebie idiotę, a może tylko ujawnił swój idiotyzm, w obecności ukrytego mikrofonu z kamerą. I oczywiście dziś, po cały

Darek Arest, czyli wciąż lezą

Sytuacja kogoś kto ani nie ma ani odpowiedniej wiedzy socjologicznej, ani kontaktów, które mogłyby mu te braki wynagrodzić, ani nawet tych kilku znajomych, od których mógłby czerpać potrzebne informacje na tematy kluczowe, nie jest łatwa. Ktoś taki, siłą rzeczy skazany jest wyłącznie na własne doświadczenie, dobry wzrok i to wszystko co z tego doświadczenia i tej spostrzegawczości może wyciągnąć. Z drugiej jednak strony, jeśli wziąć pod uwagę fakt, jak często wszelka tak zwana poważna wiedza jest wynikiem albo błędów – właśnie przez to że przynależących do tej bardzo poważnej domeny, nienaprawialnych – albo zwykłej manipulacji, wydaje się, zresztą ostatnio coraz częściej, że liczenie na własny rozsądek wcale nie musi być aż tak złe. Przyznaję, nie po raz pierwszy tu zresztą, że niemal wszystko to co tu piszę – w tym nawet kwestie związane z językiem angielskim, a więc jedyną rzeczą na której się znam zawodowo – wynika głównie z doświadczenia, a nie z tego co przeczytałem w ksią

Polecam Wyborczą!

Obraz
Tak się ostatnio podziało, że Toyahowa, podobnie zresztą jak obie nasze córki, zakochały się w niejakim doktorze Housie. Gdyby ktoś nie wiedział, doktor House to postać czysto fikcyjna, choć nie do tego stopnia, żeby za nim stała wyłącznie zaawansowana technika komputerowa. Jego wprawdzie nie ma, ale aktor – bo to jest film – który gra jego rolę, jest jak najbardziej prawdziwy i wygląda dokładnie tak samo, mówi tak samo, porusza się tak samo i – co może najciekawsze – jest dokładnie taki sam, jak fikcyjny doktor House. Co gorsza, musiałbym być kompletnie zakłamany i w dodatku stuknięty, żeby udawać, że nie rozumiem, co za tym oczarowaniem stoi. Przyznaję więc bez awantur. Chciałbym być jak doktor House. Ponieważ nie jestem, jedyne co mi pozostaje to w każdy piątek pędzić do zaprzyjaźnionej budki z gazetami i kupować mojej żonie i moim obu córkom kolejny odcinek tego niezwykłego serialu. Dlaczego do budki z gazetami? Dlatego mianowicie, że Gazeta Wyborcza od pewnego czasu dodaje

O butelce piwa, plasterku sera i łóżku. Brudnym

Temat dzisiejszego wpisu przyszedł mi do głowy wczoraj wieczorem, kiedy w jednym z komentarzy pod poprzednią notką pojawiła się uwaga – zresztą skutecznie i bardzo sprawiedliwie potraktowana przez innych komentujących – o tym, że top modelki swoją karierę przeprowadzają niezmiennie przez łóżka swoich promotorów. Nie będę tu cytował wypowiedzi wszystkich moich kolegów, którzy ze zdecydowanie większym talentem ode mnie przeprowadzili krytyczną analizę tego typu myślenia. Kto chce, niech sobie zajrzy do wcześniejszego wpisu i poczyta. Uważam że warto. Ja chciałbym tu skupić się wyłącznie na czymś, co uważam za jeden z poważniejszych kompleksów, jakie dręczą nasze życie publiczne. Myślę, że obok kompletnego szaleństwa na punkcie znajomości i nieznajomości języka angielskiego – najpoważniejszego. Chodzi mi o seks. Niedawno miałem okazję rozmawiać z pewnym znajomym, który mi tłumaczył – wiem że to nic nowego – jak bardzo nieuniknionym problemem dla Kościoła będzie kwestia celibatu. T

O sygnecie znalezionym na podwórku

Od czasu gdy Bronisław Komorowski – niewykluczone przecież, że przyszły prezydent – oświadczył że z jego punktu widzenia, polskie państwo powinno prowadzić politykę prorodzinną, pod warunkiem, że na celownik weźmie rodziny zdrowe i kulturalne, upłynęło wystarczająco dużo czasu, żeby tę wypowiedź potraktować ostatecznie jako tę część naszego pejzażu, która nas oczywiście zawstydza, a czasem i doprowadza do płaczu, ale z którą nauczyliśmy się żyć. W czasie, który jego organizatorzy nam wyznaczyli na debatę w tej kwestii, wydaje się że powiedziano już wszystko, i to w tak uczciwy i demokratyczny sposób, żeby nikt nie mógł się poczuć ani zapomniany ani pokrzywdzony. No a przede wszystkim, żeby broń Boże samemu Marszałkowi nie stała się najmniejsza krzywda. A więc wszystko odbyło się i zdrowo i kulturalnie, a ostateczne zamknięcie debaty odtrąbił wczoraj inny marszałek – Stefan Niesiołowski, ogłaszając, że każda próba dalszego mielenia tego tematu zostanie uznana przez niego za świństw

Mistrz i Małgorzata - wersja hardcore

Wpis który w tym momencie powstaje, od samego początku jest wynikiem pomyłki. Pomyłki błogosławionej, ale o tym na koniec. O co poszło? Otóż kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że Małgorzata Domagalik do kolejnego programu zaprosiła lidera czarno-metalowego zespołu o dźwięcznej nazwie Behemoth , Adamem Darskim, uznałem że muszę najpierw ten wywiad obejrzeć, a następnie skomentować go na tym blogu. Ktoś mnie spyta, jak to możliwe, że jeszcze przed zapoznaniem się z wymianą między Domalgalikową a tym Darskim, wiedziałem że będę w ogóle miał powód, by o czymkolwiek pisać? Tu właśnie tkwił ten błąd. Ja znam trochę Małgorzatę Domagalik i równie trochę Darskiego, i to czym on się zajmuje. I z tej wiedzy mogłem wnioskować, że zapowiadana rozmowa potoczy się w bardzo jednoznacznym kierunku. Domagalik będzie go pytała o diabła, a on będzie ją sobie skutecznie owijał wokół palca, i na koniec programu zostawi ją w takim stanie, że ona będzie wiedziała tylko jedno. Żadnego diabła nie ma, jest

O zasadach co weszły w szkodę

Zupełnie niedawno nasz ksiądz zasugerował, że te teksty układają się w ciąg tematyczny. Chodzi o to, że pojawia się jakiś temat, a później to już właściwie wszystko jest o tym samym. A więc jest jakoś tak, że jeśli ja tu dam wpis o miłości, to nawet jeśli kolejny będzie traktował o kupie przy drodze, to i tak będzie o miłości. Zaznaczam, że ja tę uwagę odebrałem jako komplement. Mimo że sam czegoś takiego nie dostrzegam, miło mi to słyszeć. Okazuje się bowiem, że duch – lub ewentualnie Duch – działa. A przecież, o cóż więcej może chodzić? Może też się ten proces odbywać w przeciwnym kierunku. Mianowicie szereg tekstów jest z pozoru o niczym – lub nawet o przysłowiowej dupie Maryni – a nagle, któregoś dnia… hop! I okazuje się, że wcale nie. Bo one są wszystkie o jednym i tym samym. Tyle że o tej dupie na samym dopiero końcu. Przyszło mi to do głowy dziś, gdy z moim kumplem redpillem gadaliśmy sobie o sensie, czy też bezsensie przyjmowania ulotek reklamowych od dzieci sterczący

Mamy już władcę. Jednego.

Nie wiem, jak jest w innych częściach kraju, ale u nas w Katowicach za darmo rozdają tzw. Metro . Oczywiście, ile razy mam okazję, to – podobnie jak ulotki od dzieci – biorę ten papier, składam go do wielkości kieszeni i wrzucam do najbliższego kosza na śmieci. Dlaczego ‘oczywiście’? No bo czemu nie? W końcu ci ludzie tam stoją po to, żeby wszystkie je rozdać, prawda? A mnie to wyciągnięcie ręki przecież nic nie kosztuje? Czy nie tak? Dlaczego natomiast nie czytam Metra ? Swoje powody mam od bardzo dawna, a dzisiaj opowiem zaledwie o ostatnim z nich. Niezwykle mocnym. Jak pięść Lenina. A więc, tak się składa, że moja starsza córka, dojeżdżając na uczelnię do Sosnowca, zawsze bierze Metro i czyta je od deski do deski w autobusie. Tak ma. Ja nic na to nie poradzę, a poza tym – jej sprawa. Jest dorosła i odpowiada za siebie. Co ja miałem do zrobienia, to już starałem się zrobić wcześniej. Dalej moja rola się kończy. Następnie przywozi Toyahówna to Metro do domu i, już pewnie

O młotach, zomowcach i rock'n'rollu

W scenariuszu Pulp Fiction jest scena, która z jakiegoś powodu nie zmieściła się w filmie, choć szczęśliwie można ją obejrzeć w scenach usuniętych. Piszę „szczęśliwie” ponieważ uważam, że zawiera ona fragment niemal najlepszy ze wszystkiego co się tam w ogóle dzieje. Kiedy Mia po raz pierwszy spotyka Vincenta, pyta go czy on przypadkiem nie jest jakimś krewnym Suzanne Vega, piosenkarki. Vincent odpowiada jej mniej więcej w taki sposób: „Tak. Suzanne Vega to moja kuzynka. Ale nic mi nie wiadomo o tym, żeby miała zostać piosenkarką. Ale w końcu ostatnio mało bywam w domu”… No tak. To jest mistrzostwo świata. Dla tego kawałka, biorąc pod uwagę cały kontekst filmu, warto uznać, że Tarantino to geniusz. Aż geniusz i tylko geniusz. Ale geniusz. Jednak to co nas dziś powinno bardziej zainteresować, to następna już chwila, gdy Mia informuje Vincenta, że ona musi się koniecznie dowiedzieć z kim idzie na kolację, a do tego musi przeprowadzić pewien quiz, który sprawdzi, czy Vincent nale

ITI zaprasza na wycieczkę

Pewnie niektórzy zauważyli informację, która pojawiła się kilka dni temu, a dotyczyła tego, że prokuratura gdzieś w Łodzi czy Wrocławiu – obojętne – postanowiła zbadać sprawę obwieszenia miasta przez jakąś organizację proaborcyjną plakatami zachęcającymi kobiety do usuwania ciąży w Wielkiej Brytanii. Na plakatach nie było nic drastycznego. Zdjęcie dziewczyny i kupka informacji o tym, że tam to zrobią tanio, porządnie, przytulnie i bezpiecznie. Mimo to, miejscowa prokuratura uznała, że istnieje podejrzenie popełnienia przestępstwa i wszczęła dochodzenie. Przyznam że trochę mnie to zdziwiło. Ja oczywiście wiem, że w Polsce mordowanie nienarodzonych dzieci jest dozwolone tylko czasami, podobnie jak picie na ulicy, czy palenie w pociągach, natomiast nie spodziewałem się, że jeśli ktoś powiesi plakat z informacją, że to co masz zrobić drożej i mniej komfortowo w Łodzi, zrób taniej i sympatyczniej w Londynie, może zostać oficjalnie uznane za występek. Zdziwiło mnie to, ale oczywiście

O tym co w klatce i co na zewnątrz

Nie mam pojęcia, czy moje doświadczenia na tym polu są w jakikolwiek sposób szczególne, czy może utrzymują się w standardzie, ale jeśli idzie o tak zwaną pracę na etacie, przyznać się muszę do pewnego kompleksu. Otóż dla mnie myśl, że musiałbym wracać z pracy do domu i aż do zaśnięcia żyć rozpamiętywaniem wszystkich możliwych nieprzyjemności, jakie mnie spotkały ze strony ludzi, którzy mnie zatrudniają, jest absolutnie nie do zniesienia. Jak mówię, nie wiem, czy jest dużo, czy mało tych, dla których najgorsze co im się może przytrafić, to sytuacja gdy w gruncie rzeczy obcy ludzie traktują ich jak szmatę, a oni jedyne co mogą zrobić to zacisnąć zęby i poczekać z wybuchem właśnie do powrotu do domu. Ale niezależnie od tego, rozumiem ich i im współczuję. Co mam na myśli mówiąc u szmacie i o traktowaniu? Wbrew pozorom nie chodzi mi o zwykłe chamstwo, czy nawet klasyczną brutalność, gdy ktoś w stosunku do ludzi sobie podległych pozwala sobie na słowa powszechnie uważane za obelżywe