Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oxford. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oxford. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 października 2021

Herr Lord, czyli w poszukiwaniu zaginionego przedziałka

 

W napiętej bardzo sytuacji, kiedy to z jednej strony prezes Kaczyński jeździ po wszelkiego rodzaju redakcjach, udzielając sezonowych wywiadów, w których informuje krótko i zwięźle o tym jak się mają sprawy, a z drugiej zjednoczona reakcja desperacko probuje odzyskać władzę w Kraju, pojawiła się informacja, że znany nam powszechnie jako „Radek” Radosław Sikorski publicznie zwymyślał swoją koleżankę z Europarlamentu Beatę Kempę, zachęcając ją do tego, by ta „walnęła się w swój tłusty łeb”. Opublikowanie, na Twitterze oczywiście, wystąpienie Sikorskiego wywołało dwojaką reakcje. Oto u części komentatorów wzbudziło ono autentyczny entuzjazm, gdzie, jeden przez drugiego, wszyscy zaczęli się prześcigać w rzucaniu w stronę Kempy coraz to bardziej wulgarnych obelg, z drugiej natomiast strony pojawiła się cała seria komentarzy, których autorzy wyrażają zdziwienie, ktoś taki jak Sikorski, a więc „angielski gentleman”, a wręcz „oxfordczyk” mógł się aż tak bardzo stoczyć.  Ja tu akurat staram się jak zawsze zachować neutralność i ani nie twierdzę, że posłanka Beata Kempa posiada bardziej tłusty „łeb” od takiego Sikorskiego, ani też nigdy nie widziałem w Sikorskim ani angielskiego, ani żadnego innego gentlemana, a tym bardziej oxfordczyka. To natomiast co mnie w tym wypadku interesuje najbardziej to kwestia, jak to możliwe, że przez tyle już lat wydziały narkotykowe Polskiej Policji nie zbadały w jaki sposób i skąd Radosław Sikorski bierze towar. Ja wiem, że nie jest łatwo, gdy wokół sami bandyci, no ale bez przesady. Tu wszystko mamy jak na dłoni, a przecież Radosław Sikorski to zaledwie jeden z wielu. Czy naprawdę musimy czekać aż on któregoś dnia zejdzie i się zrobi ogólnopolska afera?

         No ale cóż my tu małe myszki możemy, kiedy na świecie huragan? W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego jak pociągnąć wątek wspomnianego „Oxfordu” i przypomnieć swój bardzo już dawny tekst o tym, jak to tak naprawdę wyglądało. Tekst jest, jak mówię, bardzo stary, ale czy to moja wina, ze od tego czasu pies z kulawą nogą się nim nie zainteresował i wciąż wszyscy coś pieprzą o „angielskich gentlemenach”?

 

 

 

      Minister Spraw Zagranicznych Radek Sikorski poleciał do Tunezji, i wracając do Polski zabrał na pokład swojego samolotu 16 uchodźców z Afryki – prześladowanych u siebie w kraju czarnych chrześcijan. Sam lot, podobnie zresztą jak przyjęcie na lotnisku w Warszawie, zostało należycie sfilmowane przez ekipę telewizyjną i odpowiednio zrelacjonowane. A więc wszyscy mogliśmy zobaczyć eleganckie wnętrze rządowego samolotu, a w nim grupkę przestraszonych, czy może tylko speszonych mężczyzn, kobiet i małych dzieci, którzy dzięki serdeczności i – oczywiście! – empatii naszych przywódców fruną ku wolności.

       Kiedy skończyła się sekwencja w samolocie, zobaczyliśmy ponownie ową gromadkę i samego pana ministra, który powiedział co następuje (cytat dosłowny!):

„Polska dba o prawa chrześcijan na całym świecie. To jest nasz symboliczny gest solidarności z prześladowanymi chrześcijanami w Polsce. Jestem wzruszony, bo sam byłem uciekinierem”.

      I ta właśnie wypowiedź, przy całym moim szacunku dla sytuacji, w której 16 biednych, udręczonych naszych braci w wierze znajduje ratunek w Polsce, tworzy całość symboliki tego zdarzenia, pod kątem roli, jaką w tym przedsięwzięciu odegrał rząd Platformy Obywatelskiej. Chodzi o dwie rzeczy. Najpierw pierwsza z nich. Otóż mam tu na uwadze samego Radka Sikorskiego, który patrzy na te twarze, na te oczy, na te czarne wynędzniałe sylwetki, i ma czelność kłamać im w żywe – nomen omen – oczy mówiąc, jak to on się wzruszył, ponieważ kiedyś dzielił z nimi ich los.

      Dla rozjaśnienia sprawy, przypomnijmy fakty, z czasów, kiedy nie było jeszcze Radka, lecz zwykły Radosław. Otóż Radosław Sikorski, jak czytamy w Wikipedii, w marcu 1981 roku był uczniem przedmaturalnej klasy jednego z bydgoskich liceów ogólnokształcących, a jednocześnie przewodniczącym komitetu strajkowego. W czerwcu tego samego roku, jak rozumiem w dowód uznania dla swojego bohaterstwa podczas szkolnego strajku, otrzymał paszport i wyjechał do Wielkiej Brytanii, aby podszlifować język angielski. Z jakiegoś powodu, kiedy nadszedł wrzesień, zamiast wrócić do szkoły, młody Sikorski dalej szlifował język, a kiedy już w Polsce został wprowadzony stan wojenny, zwrócił się do brytyjskich władz o azyl polityczny i go otrzymał. Nie wiemy, w jaki sposób i gdzie Radosław Sikorski zdał maturę, bo o tym Wikipedia akurat milczy, natomiast wiadomo, że w pewnym momencie został przyjęty na studia w Oxfordzie, gdzie został członkiem czegoś co się nazywa Klubem Bullingtona, a co, jak również podaje Wikipedia, stanowi „ekskluzywne stowarzyszenie zrzeszające studentów-mężczyzn z rodzin angielskiej prawicy”. Dalsze dzieje Radosława Sikorskiego, z naszego akurat punktu widzenia, są tu nieistotne, ale dla porządku jeszcze tylko dodam, że po trzech latach studiów, uzyskał Sikorski tak zwany licencjat, a później – kiedy to miało miejsce, tego niestety również Wikipedia nie podaje – na swój specjalny wniosek otrzymał jeszcze tytuł magistra. Już bez konieczności studiowania i zdawania jakichkolwiek egzaminów. Podobno na Oxfordzie takie zwyczaje są tradycją. Rozdawanie tytułów magistra na pisemny wniosek.

      I dziś Radek Sikorski, minister w rządzie Donalda Tuska, zabiera z Afryki grupę czarnych uchodźców, sadza ich przed kamerą i bez jednego marnego mrugnięcia okiem, oświadcza, że oto w jego zyciu nastąpił prawdziwie wzruszający moment, bo kiedy zobaczył tych biedaków, stanęła mu przed oczyma jego własna młodość i ciężkie życie w ponurych czasach PRL-u, kiedy to on „sam był uciekinierem”. Kiedy i on cierpiał prześladowania. Rozumiem że również za wiarę w Jezusa Ukrzyżowanego.

      Wszyscy znamy Radka Sikorskiego bardzo dobrze. Czasem być może aż za dobrze. I wydawałoby się, że nie ma takiej rzeczy, która by nas potrafiła w nim zadziwić. Nie ma też takich słów pogardy, które choćby sama jego milcząca obecność nie byłaby w stanie w nas wywołać. Jednak jego widok na tle tych czarnych chrześcijan – jego, z tą tak bardzo niejasną, a z drugiej strony tak wystarczająco jasną historią w tle – robi wrażenie szczególne. Stoi oto ten bufon i roni łzy nad wspólnym, swoim i tych biedaków, losem. Brat w męce, jasna cholera! Przepraszam najmocniej, ale niech go wreszcie jasny szlag trafi!

       Ale jest coś jeszcze niezwykle interesującego i jeszcze może bardziej symbolicznego, co znaleźć możemy w tej wypowiedzi. Osobiście bardzo nie lubię czepiać się ludzi, których nie lubię, za ich zwykłe, ludzkie pomyłki, a tym bardziej przejęzyczenia. W tym jednak wypadku nie mogę się powstrzymać, zwłaszcza że tu akurat owo przejęzyczenie jest bardzo znamienne. Mam tu na myśli fragment, na który już pewnie wiele osób czytających zamieszczony wyżej cytat z Sikorskiego zauważyło: „To jest nasz symboliczny gest solidarności z prześladowanymi chrześcijanami w Polsce”.

       Mam zatem do Radka Sikorskiego w tej chwili już tylko jedną sprawę. Niech on się ze mną i z moimi braćmi chrześcijanami nie solidaryzuje. Niech on się, wraz ze swoimi partyjnymi kolegami, od nas, polskich chrześcijan odpieprzy. Niech da nam święty spokój. Szczególnie zwłaszcza, gdy napotka nas na Krakowskim Przedmieściu. Bo mogę mu obiecać, że gdy jego solidarna obecność stanie się zbyt natarczywa, pokażemy mu jak wygląda prawdziwa jesień średniowiecza. I wtedy dopiero zobaczy też, jak potrafi wyglądać prawdziwe chrześcijaństwo, kiedy jest prześladowane przez lewych czarusiów z Klubu Bullingtona.

PS. A ja już na sam koniec stawiam pytanie, czemu Radek Sikorski od lat zaczesuje się zamiennie to na prawą to na lewą stronę? Coś mi chodzi po głowie, że to nie jest kwestia niestotna.




 

czwartek, 2 maja 2019

O lewych czarusiach z Klubu Bullingtona


      Akurat – co uważam za wydarzenie wręcz symboliczne – w dniu Święta Pracy, media podzieliły się z nami informacją, że były minister, a dziś kandydat do Europarlamentu, Radosław Sikorski, w zamieszczonym na Twitterze  komentarzu nazwał posłankę Krystynę Pawłowicz „wariatką”. Czemu on, pomijając oczywisty fakt, że mamy do czynienia z osobnikiem psychicznie niezrównoważonym, tak zrobił, już spieszę wyjaśniać. Otóż poszło o to, że Sikorski – jak najbardziej na wspomnianym Twitterze – pochwalił się, że w czasie gdy on w latach 80 spędzał czas na uniwersytecie w Oxfordzie, tam też studiował dzisiejszy cesarz Japonii i to jest dla Sikorskiego powód do chwały. Pawłowicz, jak to ona, natychmiast zareagowała, zwracając Sikorskiemu uwagę na oczywisty fakt, że tego rodzaju przypadek jest wręcz niewarty uwagi, no i w tym momencie Sikorski wyskoczył ze wspomnianą „wariatką”.
      Ja nie mam pojęcia, czy Sikorski, podczas swojego pobytu na uniwersytecie w Oxfordzie, miał z obecnym cesarzem Japonii jakikolwiek kontakt, jednak, biorąc pod uwagę jego dyskrecję w tym temacie, oraz fakt, że oni studiowali w dwóch różnych koledżach, podejrzewam że nie. Chciałbym jednak poinformować przy tej okazji – po raz pierwszy zresztą i w sposób absolutnie wyjątkowy –  że kiedy podczas studiów odbywałem obowiązkowe szkolenie wojskowe, moim kolegą był obecny ambasador RP w Stanach Zjednoczonych, Piotr Wilczek. I podkreślam, on nie był jedynie moim kolegą z roku; Wilczek był moim kumplem. Czy to w jakikolwiek sposób świadczy o mnie? Oczywiście że nie. Czy on mnie dziś jeszcze pamięta? Jest to mocno wątpliwe. Z tego też powodu, nawet do głowy mi wcześniej nie przyszło, by o tym pisać.
      Ktoś powie, że cesarz Japonii to coś zdecydowanie więcej niż ambasador RP w USA. Otóż przede wszystkim nie mam co do tego pewności, ale chciałbym zwrócić uwagę na fakt, że z całą już pewnością bloger Toyah to też nie to samo, co były minister Radosław Sikorski, i zaapelować, byśmy dbali jednak o proporcje.
      No ale mamy tego nieboraczka Sikorskiego, jego nędzny szpan z cesarzem Japonii, reakcję posłanki Pawłowicz, no i tę eksplozję wieśniactwa, której nie jest już w stanie nic usprawiedliwić. A mi – przyznaję bez bicia – nie przychodzi do głowy żaden odpowiedni komentarz. W tej sytuacji, proponuję swój tekst sprzed lat o tym, jak to było z tym Sikorskim na Oxfordzie i jak zawsze mam nadzieję, że ktoś wreszcie poza mną, zwróci uwagę na tę przedziwną zagadkę.


       Minister Spraw Zagranicznych Radek Sikorski poleciał do Tunezji, i wracając do Polski zabrał na pokład swojego samolotu 16 uchodźców z Afryki – prześladowanych u siebie w kraju czarnych chrześcijan. Sam lot, podobnie zresztą jak przyjęcie na lotnisku w Warszawie, zostało należycie sfilmowane przez ekipę telewizyjną i odpowiednio zrelacjonowane. A więc wszyscy mogliśmy zobaczyć eleganckie wnętrze rządowego samolotu, a w nim grupkę przestraszonych, czy może tylko speszonych mężczyzn, kobiet i małych dzieci, jak dzięki serdeczności i – oczywiście! – empatii naszych przywódców fruną ku wolności.
      Kiedy skończyła się sekwencja w samolocie, zobaczyliśmy ponownie ową gromadkę i samego pana ministra, który powiedział co następuje (cytat dosłowny!):
      „Polska dba o prawa chrześcijan na całym świecie. To jest nasz symboliczny gest solidarności z prześladowanymi chrześcijanami w Polsce. Jestem wzruszony, bo sam byłem uciekinierem”.
       I ta właśnie wypowiedź, przy całym moim szacunku dla sytuacji, w której 16 biednych, udręczonych naszych braci w wierze znajduje ratunek w Polsce, tworzy całość symboliki tego zdarzenia, pod kątem roli, jaką w tym przedsięwzięciu odegrał rząd Platformy Obywatelskiej. Chodzi o dwie rzeczy. Najpierw pierwsza z nich. Otóż mam tu na uwadze samego Radka Sikorskiego, który patrzy na te twarze, na te oczy, na te czarne wynędzniałe sylwetki, i ma czelność kłamać im w żywe – nomen omen – oczy mówiąc, jak to on się wzruszył, ponieważ kiedyś dzielił z nimi ich los.
        Dla rozjaśnienia sprawy, przypomnijmy fakty, z czasów, kiedy nie było jeszcze Radka, lecz zwykły Radosław. Otóż Radosław Sikorski, jak czytamy w Wikipedii, w marcu 1981 roku był uczniem przedmaturalnej klasy jednego z bydgoskich liceów ogólnokształcących, a jednocześnie przewodniczącym komitetu strajkowego. W czerwcu tego samego roku, jak rozumiem w dowód uznania dla swojego bohaterstwa podczas szkolnego strajku, otrzymał paszport i wyjechał do Wielkiej Brytanii, aby podszlifować język angielski. Z jakiegoś powodu, kiedy nadszedł wrzesień, zamiast wrócić do szkoły, młody Sikorski dalej szlifował język, a kiedy już w Polsce został wprowadzony stan wojenny, zwrócił się do brytyjskich władz o azyl polityczny i go otrzymał.
      Nie wiemy, w jaki sposób i gdzie Radosław Sikorski zdał maturę, bo o tym Wikipedia akurat milczy, natomiast wiadomo, że w pewnym momencie został przyjęty na studia w Oxfordzie, gdzie został członkiem czegoś co się nazywa Klubem Bullingtona, a co, jak również podaje Wikipedia, stanowi „ekskluzywne stowarzyszenie zrzeszające studentów-mężczyzn z rodzin angielskiej prawicy”.
       Dalsze dzieje Radosława Sikorskiego, z naszego akurat punktu widzenia, są tu nieistotne, ale dla porządku jeszcze tylko dodam, że po trzech latach studiów, uzyskał Sikorski tak zwany licencjat, a później – kiedy to miało miejsce, tego niestety również Wikipedia nie podaje – na swój specjalny wniosek otrzymał jeszcze tytuł magistra. Już bez konieczności studiowania i zdawania jakichkolwiek egzaminów. Podobno na Oxfordzie takie zwyczaje są tradycją. Rozdawanie tytułów magistra na pisemny wniosek.
       I dziś Radek Sikorski, minister w rządzie Donalda Tuska, zabiera z Afryki grupę czarnych uchodźców, sadza ich przed kamerą i bez jednego marnego mrugnięcia okiem, oświadcza, że oto w jego życiu nastąpił prawdziwie wzruszający moment, bo kiedy zobaczył tych biedaków, stanęła mu przed oczyma jego własna młodość i ciężkie życie w ponurych czasach PRL-u, kiedy to on „sam był uciekinierem”. Kiedy i on cierpiał prześladowania. Rozumiem że również za wiarę w Jezusa Ukrzyżowanego.
       Wszyscy znamy Radka Sikorskiego bardzo dobrze. Czasem być może aż za dobrze. I wydawałoby się, że nie ma takiej rzeczy, która by nas potrafiła w nim zadziwić. Nie ma też takich słów pogardy, które choćby sama jego milcząca obecność nie byłaby w stanie w nas wywołać. Jednak jego widok na tle tych czarnych chrześcijan – jego, z tą tak bardzo niejasną, a z drugiej strony tak wystarczająco jasną historią w tle – robi wrażenie szczególne. Stoi oto ten bufon i roni łzy nad wspólnym, swoim i tych biedaków, losem. Brat w męce, jasna cholera! Przepraszam najmocniej, ale niech go wreszcie jasny szlag trafi!
       Ale jest coś jeszcze niezwykle interesującego i jeszcze może bardziej symbolicznego, co znaleźć możemy w tej wypowiedzi. Osobiście bardzo nie lubię czepiać się ludzi, których nie lubię, za ich zwykłe, ludzkie pomyłki, a tym bardziej przejęzyczenia. W tym jednak wypadku nie mogę się powstrzymać, zwłaszcza że tu akurat owo przejęzyczenie jest bardzo znamienne. Mam tu na myśli fragment, na który już pewnie wiele osób czytających zamieszczony wyżej cytat z Sikorskiego zauważyło: „To jest nasz symboliczny gest solidarności z prześladowanymi chrześcijanami w Polsce”.
       Mam zatem do Radka Sikorskiego w tej chwili już tylko jedną sprawę. Niech on się ze mną i z moimi braćmi chrześcijanami nie solidaryzuje. Niech on się, wraz ze swoimi partyjnymi kolegami, od nas, polskich chrześcijan odpieprzy. Niech da nam święty spokój. Szczególnie zwłaszcza, gdy napotka nas na Krakowskim Przedmieściu. Bo mogę mu obiecać, że gdy jego solidarna obecność stanie się zbyt natarczywa, pokażemy mu jak wygląda prawdziwa jesień średniowiecza. I wtedy dopiero zobaczy też, jak potrafi wyglądać prawdziwe chrześcijaństwo, kiedy jest prześladowane przez lewych czarusiów z Klubu Bullingtona.




Zachęcam wszystkich do kupowania mojej najnowszej książki o języku angielskim jako broni masowego rażenia Brytyjskiego Imperium. Kontakt jest prosty: k.osiejuk@gmail.com


     

środa, 23 września 2015

Czy Radek Sikorski zasłużył na świnię?

Oczywiście każdy dzień przynosi wystarczająco dużo nowinek, byśmy się mieli przejmować każdą z nich, wśród nich pojawiła się jedna, która mnie akurat zainteresowała w sposób szczególny. Oto mój ulubiony portal tvn24 poinformował, że w Wielkiej Brytanii ukazała się biografia premiera Camerona, autorstwa człowieka przedstawiającego się jako Lord Ashcroft pod tytułem „Mów mi Dave”, i tam są przedstawione informacje sugerujące, jakoby ów pan premier, podczas nauki najpierw w elitarnej szkole Eaton, a następnie na studiach w Oxfordzie prowadził się wyjątkowo paskudnie, z punktem kulminacyjnym w postaci uprawiania oralnego seksu ze zdechłą świnią. Właśnie tak.
Ktoś w tym momencie naturalnie może powiedzieć, że to jest jakiś absurd. Możemy wszak uznać, że imperialna tradycja rejonów Eeaton czy Oxfordu może dopuszczać regularne używanie marihuany, czy nawet kokainy, czy nawet – o grozo – korzystania z usług prostytutek, jednak seks ze zdechłą świnią stanowi wstrząsającą wręcz przesadę. Ja jednak, mimo tego, że, owszem, jestem w pewnym sensie w tym momencie pod wrażeniem, uważam, że gdy chodzi o Brytyjskie Imperium, powyższy opis jest jak najbardziej realny. Przy całym moim szacunku do, że tak się wyrażę, turystycznych walorów Wielkiej Brytanii, nie ulega dla mnie najmniejszych wątpliwości, że Wielka Brytania to jest miejsce, gdzie wszelki awans – zgodnie z odwieczną tradycją – uwarunkowany jest odbyciem oralnego stosunku ze zdechłą świnią. Taka to, jak to mówią nasze dzieci, karma.
A zatem, nie mam najmniejszego powodu, by podane przez lorda Ashforda informacje o tym, jak to premier Wielkiej Brytanii – ten, poprzedni, i jeszcze poprzedni – aby osiągnąć odpowiedni stopień awansu, musiał odbyć oralny stosunek ze zdechłą świnią, kwestionować. Powiedziałbym wręcz, że gdybym miał bardziej wyostrzoną wyobraźnię, ja bym ów numer ze świnią sam wymyślił już lata temu. Czemu? Bo obserwuję Imperium od lat na wszelkich możliwych płaszczyznach i nie sądzę, by oni się nawet kiedykolwiek jakoś szczególnie ukrywali.
I oto nagle, we wspomnianym kontekście, wśród najszczerszych patriotów, pojawiło się podejrzenie, że skoro taki David Cameron, jako szanowany dziś absolwent Oxfordu, aby odnieść towarzyski, akademicki, a ostatecznie i polityczny sukces, musiał odbyć stosunek oralny ze zdechłą świnią, to można się spodziewać, że tym bardziej tego typu gest musiał być wymuszony na naszym Radku Sikorskim. Jeśli tam na tym Oxfordzie dochodzi do tego typu testów i podlegają im osoby z papierami z Eaton, tym bardziej wykazać się muszą jacyś ponurzy „foreigners”. Otóż, moim zdaniem, to nie jest tak. Ów seks ze zdechłą świnią – nawet w towarzystwie porządnego bucha – to nie jest jakiś szczeniacki rytuał, lecz bardzo poważny gest, do którego dopuszczani są wyłącznie najlepsi. A w tej sytuacji, nie sądzę, by Radek Sikorski miał tu jakiekolwiek szanse. Jeśli on faktycznie, jak głosi plotka, był tam lubiany i szanowany, w najlepszym wypadku moim zdaniem, mógł zostać dopuszczony do tego, by sobie przez dziurkę od klucza popatrzeć, jak się koledzy bawią.
A w tej sytuacji, przepraszam bardzo, ale oddajmy mu przynajmniej to. Polska górą.

Zachęcam do kupowania książek najlepszych: www.coryllus.pl.

wtorek, 19 sierpnia 2014

O lewych czarusiach z Ministerstwa Prawdy (repryza)

Ponieważ do dyskusji na temat rzekomego oxfordzkiego wykształcenia Radka Sikorskiego włączają się coraz szersze kręgi różnej maści kibiców, pomyślałem sobie, że może przypomnę tu swój stary już bardzo, bo jeszcze z roku 2011, tekst, dotyczący właśnie tej niezwykłej kariery. Ci, co go już mieli okazję czytać, pewne kwestie sobie poprzypominają, a ci, co są tu dopiero od niedawna, możliwe, że wzbudzą w sobie pewne refleksje. I kiedy mówię o refleksjach, to nawet niekoniecznie sięgam aż tak wysoko, jak do Oxfordu. Mnie chodzi wyłącznie o maturę w skromnym liceum gdzieś w Bydgoszczy. A zresztą, co ja tu będę zanudzał? Czytajmy.

Minister Spraw Zagranicznych Radek Sikorski poleciał do Tunezji, i wracając do Polski zabrał na pokład swojego samolotu 16 uchodźców z Afryki – prześladowanych u siebie w kraju czarnych chrześcijan. Sam lot, podobnie zresztą jak przyjęcie na lotnisku w Warszawie, zostało należycie sfilmowane przez ekipę telewizyjną i odpowiednio zrelacjonowane. A więc wszyscy mogliśmy zobaczyć eleganckie wnętrze rządowego samolotu, a w nim grupkę przestraszonych, czy może tylko speszonych mężczyzn, kobiet i małych dzieci, jak dzięki serdeczności i – oczywiście! – empatii naszych przywódców fruną ku wolności.
Kiedy skończyła się sekwencja w samolocie, zobaczyliśmy ponownie ową gromadkę i samego pana ministra, który powiedział co następuje (cytat dosłowny!:
„Polska dba o prawa chrześcijan na całym świecie. To jest nasz symboliczny gest solidarności z prześladowanymi chrześcijanami w Polsce. Jestem wzruszony, bo sam byłem uciekinierem”.
I ta właśnie wypowiedź, przy całym moim szacunku dla sytuacji, w której 16 biednych, udręczonych naszych braci w wierze znajduje ratunek w Polsce, tworzy całość symboliki tego zdarzenia, pod kątem roli, jaką w tym przedsięwzięciu odegrał rząd Platformy Obywatelskiej. Chodzi o dwie rzeczy. Najpierw pierwsza z nich. Otóż mam tu na uwadze samego Radka Sikorskiego, który patrzy na te twarze, na te oczy, na te czarne wynędzniałe sylwetki, i ma czelność kłamać im w żywe – nomen omen – oczy mówiąc, jak to on się wzruszył, ponieważ kiedyś dzielił z nimi ich los.
Dla rozjaśnienia sprawy, przypomnijmy fakty, z czasów, kiedy nie było jeszcze Radka, lecz zwykły Radosław. Otóż Radosław Sikorski, jak czytamy w Wikipedii, w marcu 1981 roku był uczniem przedmaturalnej klasy jednego z bydgoskich liceów ogólnokształcących, a jednocześnie przewodniczącym komitetu strajkowego. W czerwcu tego samego roku, jak rozumiem w dowód uznania dla swojego bohaterstwa podczas szkolnego strajku, otrzymał paszport i wyjechał do Wielkiej Brytanii, aby podszlifować język angielski. Z jakiegoś powodu, kiedy nadszedł wrzesień, zamiast wrócić do szkoły, młody Sikorski dalej szlifował język, a kiedy już w Polsce został wprowadzony stan wojenny, zwrócił się do brytyjskich władz o azyl polityczny i go otrzymał. Nie wiemy, w jaki sposób i gdzie Radosław Sikorski zdał maturę, bo o tym Wikipedia akurat milczy, natomiast wiadomo, że w pewnym momencie został przyjęty na studia w Oxfordzie, gdzie został członkiem czegoś co się nazywa Klubem Bullingtona, a co, jak również podaje Wikipedia, stanowi „ekskluzywne stowarzyszenie zrzeszające studentów-mężczyzn z rodzin angielskiej prawicy”. Dalsze dzieje Radosława Sikorskiego, z naszego akurat punktu widzenia, są tu nieistotne, ale dla porządku jeszcze tylko dodam, że po trzech latach studiów, uzyskał Sikorski tak zwany licencjat, a później – kiedy to miało miejsce, tego niestety również Wikipedia nie podaje – na swój specjalny wniosek otrzymał jeszcze tytuł magistra. Już bez konieczności studiowania i zdawania jakichkolwiek egzaminów. Podobno na Oxfordzie takie zwyczaje są tradycją. Rozdawanie tytułów magistra na pisemny wniosek.
I dziś Radek Sikorski, minister w rządzie Donalda Tuska, zabiera z Afryki grupę czarnych uchodźców, sadza ich przed kamerą i bez jednego marnego mrugnięcia okiem, oświadcza, że oto w jego życiu nastąpił prawdziwie wzruszający moment, bo kiedy zobaczył tych biedaków, stanęła mu przed oczyma jego własna młodość i ciężkie życie w ponurych czasach PRL-u, kiedy to on „sam był uciekinierem”. Kiedy i on cierpiał prześladowania. Rozumiem że również za wiarę w Jezusa Ukrzyżowanego.
Wszyscy znamy Radka Sikorskiego bardzo dobrze. Czasem być może aż za dobrze. I wydawałoby się, że nie ma takiej rzeczy, która by nas potrafiła w nim zadziwić. Nie ma też takich słów pogardy, które choćby sama jego milcząca obecność nie byłaby w stanie w nas wywołać. Jednak jego widok na tle tych czarnych chrześcijan – jego, z tą tak bardzo niejasną, a z drugiej strony tak wystarczająco jasną historią w tle – robi wrażenie szczególne. Stoi oto ten bufon i roni łzy nad wspólnym, swoim i tych biedaków, losem. Brat w męce, jasna cholera! Przepraszam najmocniej, ale niech go wreszcie jasny szlag trafi!
Ale jest coś jeszcze niezwykle interesującego i jeszcze może bardziej symbolicznego, co znaleźć możemy w tej wypowiedzi. Osobiście bardzo nie lubię czepiać się ludzi, których nie lubię, za ich zwykłe, ludzkie pomyłki, a tym bardziej przejęzyczenia. W tym jednak wypadku nie mogę się powstrzymać, zwłaszcza że tu akurat owo przejęzyczenie jest bardzo znamienne. Mam tu na myśli fragment, na który już pewnie wiele osób czytających zamieszczony wyżej cytat z Sikorskiego zauważyło: „To jest nasz symboliczny gest solidarności z prześladowanymi chrześcijanami w Polsce”.
Mam zatem do Radka Sikorskiego w tej chwili już tylko jedną sprawę. Niech on się ze mną i z moimi braćmi chrześcijanami nie solidaryzuje. Niech on się, wraz ze swoimi partyjnymi kolegami, od nas, polskich chrześcijan odpieprzy. Niech da nam święty spokój. Szczególnie zwłaszcza, gdy napotka nas na Krakowskim Przedmieściu. Bo mogę mu obiecać, że gdy jego solidarna obecność stanie się zbyt natarczywa, pokażemy mu jak wygląda prawdziwa jesień średniowiecza. I wtedy dopiero zobaczy też, jak potrafi wyglądać prawdziwe chrześcijaństwo, kiedy jest prześladowane przez lewych czarusiów z Klubu Bullingtona.

Wszystkich tych, którym powyższy tekst się spodobał zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie można kupić wszystkich pięć moich książek, w tym dwie pierwsze, już prawie na wyczerpaniu, po bardzo atrakcyjnej cenie.Jednocześnie, naprawdę bardzo serdeecznie i desperacko proszę o wsparcie dla tego bloga. To jest okres wyjątkowo trudny i bez Waszej pomocy, leżymy.

sobota, 18 czerwca 2011

O lewych czarusiach z Ministerstwa Prawdy

Minister Spraw Zagranicznych Radek Sikorski poleciał do Tunezji, i wracając do Polski zabrał na pokład swojego samolotu 16 uchodźców z Afryki – prześladowanych u siebie w kraju czarnych chrześcijan. Sam lot, podobnie zresztą jak przyjęcie na lotnisku w Warszawie, zostało należycie sfilmowane przez ekipę telewizyjną i odpowiednio zrelacjonowane. A więc wszyscy mogliśmy zobaczyć eleganckie wnętrze rządowego samolotu, a w nim grupkę przestraszonych, czy może tylko speszonych mężczyzn, kobiet i małych dzieci, jak dzięki serdeczności i – oczywiście! – empatii naszych przywódców fruną ku wolności.
Kiedy skończyła się sekwencja w samolocie, zobaczyliśmy ponownie ową gromadkę i samego pana ministra, który powiedział co następuje (cytat dosłowny!):
„Polska dba o prawa chrześcijan na całym świecie. To jest nasz symboliczny gest solidarności z prześladowanymi chrześcijanami w Polsce. Jestem wzruszony, bo sam byłem uciekinierem”.
I ta właśnie wypowiedź, przy całym moim szacunku dla sytuacji, w której 16 biednych, udręczonych naszych braci w wierze znajduje ratunek w Polsce, tworzy całość symboliki tego zdarzenia, pod kątem roli, jaką w tym przedsięwzięciu odegrał rząd Platformy Obywatelskiej. Chodzi o dwie rzeczy. Najpierw pierwsza z nich. Otóż mam tu na uwadze samego Radka Sikorskiego, który patrzy na te twarze, na te oczy, na te czarne wynędzniałe sylwetki, i ma czelność kłamać im w żywe – nomen omen – oczy mówiąc, jak to on się wzruszył, ponieważ kiedyś dzielił z nimi ich los.
Dla rozjaśnienia sprawy, przypomnijmy fakty, z czasów, kiedy nie było jeszcze Radka, lecz zwykły Radosław. Otóż Radosław Sikorski, jak czytamy w Wikipedii, w marcu 1981 roku był uczniem przedmaturalnej klasy jednego z bydgoskich liceów ogólnokształcących, a jednocześnie przewodniczącym komitetu strajkowego. W czerwcu tego samego roku, jak rozumiem w dowód uznania dla swojego bohaterstwa podczas szkolnego strajku, otrzymał paszport i wyjechał do Wielkiej Brytanii, aby podszlifować język angielski. Z jakiegoś powodu, kiedy nadszedł wrzesień, zamiast wrócić do szkoły, młody Sikorski dalej szlifował język, a kiedy już w Polsce został wprowadzony stan wojenny, zwrócił się do brytyjskich władz o azyl polityczny i go otrzymał. Nie wiemy, w jaki sposób i gdzie Radosław Sikorski zdał maturę, bo o tym Wikipedia akurat milczy, natomiast wiadomo, że w pewnym momencie został przyjęty na studia w Oxfordzie, gdzie został członkiem czegoś co się nazywa Klubem Bullingtona, a co, jak również podaje Wikipedia, stanowi „ekskluzywne stowarzyszenie zrzeszające studentów-mężczyzn z rodzin angielskiej prawicy”. Dalsze dzieje Radosława Sikorskiego, z naszego akurat punktu widzenia, są tu nieistotne, ale dla porządku jeszcze tylko dodam, że po trzech latach studiów, uzyskał Sikorski tak zwany licencjat, a później – kiedy to miało miejsce, tego niestety również Wikipedia nie podaje – na swój specjalny wniosek otrzymał jeszcze tytuł magistra. Już bez konieczności studiowania i zdawania jakichkolwiek egzaminów. Podobno na Oxfordzie takie zwyczaje są tradycją. Rozdawanie tytułów magistra na pisemny wniosek.
I dziś Radek Sikorski, minister w rządzie Donalda Tuska, zabiera z Afryki grupę czarnych uchodźców, sadza ich przed kamerą i bez jednego marnego mrugnięcia okiem, oświadcza, że oto w jego zyciu nastąpił prawdziwie wzruszający moment, bo kiedy zobaczył tych biedaków, stanęła mu przed oczyma jego własna młodość i ciężkie życie w ponurych czasach PRL-u, kiedy to on „sam był uciekinierem”. Kiedy i on cierpiał prześladowania. Rozumiem że również za wiarę w Jezusa Ukrzyżowanego.
Wszyscy znamy Radka Sikorskiego bardzo dobrze. Czasem być może aż za dobrze. I wydawałoby się, że nie ma takiej rzeczy, która by nas potrafiła w nim zadziwić. Nie ma też takich słów pogardy, które choćby sama jego milcząca obecność nie byłaby w stanie w nas wywołać. Jednak jego widok na tle tych czarnych chrześcijan – jego, z tą tak bardzo niejasną, a z drugiej strony tak wystarczająco jasną historią w tle – robi wrażenie szczególne. Stoi oto ten bufon i roni łzy nad wspólnym, swoim i tych biedaków, losem. Brat w męce, jasna cholera! Przepraszam najmocniej, ale niech go wreszcie jasny szlag trafi!
Ale jest coś jeszcze niezwykle interesującego i jeszcze może bardziej symbolicznego, co znaleźć możemy w tej wypowiedzi. Osobiście bardzo nie lubię czepiać się ludzi, których nie lubię, za ich zwykłe, ludzkie pomyłki, a tym bardziej przejęzyczenia. W tym jednak wypadku nie mogę się powstrzymać, zwłaszcza że tu akurat owo przejęzyczenie jest bardzo znamienne. Mam tu na myśli fragment, na który już pewnie wiele osób czytających zamieszczony wyżej cytat z Sikorskiego zauważyło: „To jest nasz symboliczny gest solidarności z prześladowanymi chrześcijanami w Polsce”.
Mam zatem do Radka Sikorskiego w tej chwili już tylko jedną sprawę. Niech on się ze mną i z moimi braćmi chrześcijanami nie solidaryzuje. Niech on się, wraz ze swoimi partyjnymi kolegami, od nas, polskich chrześcijan odpieprzy. Niech da nam święty spokój. Szczególnie zwłaszcza, gdy napotka nas na Krakowskim Przedmieściu. Bo mogę mu obiecać, że gdy jego solidarna obecność stanie się zbyt natarczywa, pokażemy mu jak wygląda prawdziwa jesień średniowiecza. I wtedy dopiero zobaczy też, jak potrafi wyglądać prawdziwe chrześcijaństwo, kiedy jest prześladowane przez lewych czarusiów z Klubu Bullingtona.

Jeśli ktoś uważa, że ten tekst jest na tyle inspirujący, że warto by było dla niego wstać w sobotni poranek i udać się do kiosku, proszę o uprzejmy grosz. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...