Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Graham Webb. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Graham Webb. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 lutego 2012

O adekwatnych i elokwentnych idiotach

Temat dzisiejszej refleksji, sądząc już choćby po samym tytule, jest właściwie bardzo śmieszny, zwłaszcza w czasach, gdy żyje się głównie po to, żeby się pośmiać, tyle tylko że owa śmieszność jest dziś bardzo niepewna. A jeśli spojrzeć na to pod pewnym szczególnym kątem, jej tam wręcz nie ma, a zamiast śmiechu, pojawiają się już tylko i wyłącznie dreszcze. No ale zaczniemy wciąż jeszcze z lekkim uśmiechem. Otóż, jak powszechnie wiadomo, minister sportu w rządzie Donalda Tuska, Joanna Mucha – kobieta, wedle wiedzy popularnej, mądra i piękna – zatrudniła na stanowisku wicedyrektora Centralnego Ośrodka Sportu niejakiego Marka Wieczorka, swojego fryzjera. Wiem, wiem – ja z tym fryzjerem trochę przesadziłem, bo tak naprawdę Wieczorek fryzjerem w znaczeniu ścisłym nie jest, natomiast prowadzi w Lublinie sieć zakładów fryzjerskich, i jeśli on się zajmował fryzurami Muchy, to wyłącznie w ten sposób, że kazał zatrudnianym przez siebie paniom obsługiwać Muchę za darmo. Jest oczywiście też taka możliwość, że Wieczorka i Muchę łączyły też inne interesy, zwłaszcza od czasu, gdy ona wypięła się na swojego męża i dzieci i wybrała wolność, ale ponieważ jestem osobą bardzo łagodną, to nawet w przypadku ludzi, którymi szczerze gardzę, wybieram zawsze opcję łagodną, czyli w wypadku Muchy jednak te włosy.
Zatrudniła więc Mucha tego Wieczorka, dała mu 10 tys. pensji, i ogłosiła, że z niego żaden fryzjer, ale bardzo kompetentny i solidnie wykształcony urzędnik, a jeśli idzie o te pieniądze, to w ogóle nie ma o czym mówić, bo kto o takich talentach jak Wieczorek zgodziłby się pracować za tak marne pieniądze? 7 tys. na rękę? Przecież to jest jakaś jałmużna. Kiedy sprawą zajęły się bulwarowe media, głos zabrał sam premier Tusk i ogłosił, że on w postępowaniu swojej minister nie widzi nic niestosownego, że on tego Wieczorka sprawdził, i może potwierdzić, że to jest człowiek bardzo na swoim miejscu. Dodatkowo jeszcze, tym, którzy mieliby ochotę coś szeptać na temat kumoterstwa i korupcji, rzucił z pogardą, żeby nie byli tacy zakłamani, bo każdy wie, że dzisiejszy świat właśnie tak wygląda i lepiej już nie będzie. Że niech sobie państwo dziennikarze rzucą okiem na CV, jakie krążą po różnego rodzaju instytucjach i spróbują porobić odpowiednie analizy, a potem zabierają głos na temat pani Muchy i jej fryzjera. I oczywiście to by już wystarczyło i do tego, by temat zamknąć i też być może, by nagle poczuć ten dreszcz. Ale tak łatwo z tego nie wyjdziemy, bo oto nastąpił następny etap tego nieszczęścia.
Oto w telewizji TVN24 wystąpił sam pan fryzjer i przede wszystkim ogłosił, że on nie jest żadnym fryzjerem, że on w życiu nie trzymał w ręku nożyczek, że on nigdy nie miał kontaktu z włosami pani minister Muchy, a na koniec stwierdził, że w tej sytuacji, zarzuty, jakoby on był fryzjerem, są „całkowicie nieelokwentne”. Oczywiście, jak się domyślamy, Wieczorkowi chodziło o to, że one są „nieadekwatne”, tyle że jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności wyszło mu „nieelokwentne”. I oczywiście możemy teraz zacząć się zastanawiać, czy on – wedle zapewnień samej Muchy i w dodatku jeszcze Premiera – człowiek o bardzo solidnym i wielokierunkowym wykształceniu, wie, jaka jest różnica w znaczeniu miedzy słowami „adekwatny” i „elokwentny”, tyle że się zestresował przed kamerami i wyszło tak niefortunnie, czy może jest to zwykły buc spod Lublina, który te wszystkie swoje fakultety zdobył dokładnie tak samo jak to ostatnie stanowisko w COS, czyli dzięki swojemu zapewne osobistemu urokowi i pracy zatrudnianych przez siebie fryzjerek. Możemy teraz zacząć się bawić tą nieadekwatną elokwencją, czy elokwentną nieadekwatnością tak długo aż dojdziemy do wniosku, że to jest tak naprawdę i początek i koniec jednocześnie tego samego ciągu osób i zdarzeń, który tworzą z jednej strony Wanda Nowicka z tą swoją „Wisłocką”, prezydent Komorowski ze swoim „bulem” i Kazimierz Marcinkiewicz z szalikiem i tą lalunią, a z drugiej poseł Suski z „murzynkiem”, czy Reszka i Majewski, jako tzw. „autorzy niepokorni”, by ograniczyć się zaledwie do paru bardziej świeżych przypadków. Ale nie będziemy iść tą drogą, bo to jest droga, która prowadzi donikąd. Na jej końcu bowiem jest dokładnie to samo co na początku, a więc tylko pusty rechot, który służy wszystkim tylko nie nam.
Sprawa Joanny Muchy i jej fryzjera w ogóle nie jest ważna dlatego, że ten Wieczorek swoje wykształcenie sobie kupił, albo wziął pod zastaw. Ona nie jest też ważna dlatego, że on wcale nie jest jakimś wybitnym fachowcem od zarządzania, lecz zaledwie prowincjonalnym durniem, który uwiódł jakąś jeszcze głupszą od siebie kobietę, pracującą dla kompletnie skorumpowanego środowiska na samych szczytach władzy. Problem leży zupełnie gdzie indziej. Jakiś czas temu wspominałem tu o pewnym wybitnym bardzo moim znajomym Angliku, który w wieku 15 lat został wyrzucony ze szkoły za głupotę i lenistwo, i w ten sposób zakończył swoją karierę intelektualną, by rozpocząć inną, czysto już biznesową, która dała mu autentyczne pieniądze, sławę i najwyższe i najbardziej oficjalne honory, wyłącznie dzięki temu, że kiedy go wyrzucono ze szkoły zatrudnił się jako pomoc – właśnie tak! – w zakładzie fryzjerskim dla kobiet. Graham Webb – bo tak się ów znajomy nazywa – nie jest fryzjerem. On w rozmowie ze mną ów fakt podkreślał wielokrotnie. On jest przedsiębiorcą. A więc, ja jestem skłonny przyznać, że Wieczorek też nie jest fryzjerem. Oni obaj są biznesmenami, nie fryzjerami. Różnica między nimi jednak jest taka, że kariera Grahama Webba ani przez chwilę nie była związana z tym, że on robił za darmo fryzury jakiejś tandetnej pani minister, licząc na to, że ona mu da stanowisko w jednej z przyrządowych instytucji, lecz że dzięki swoim zdolnościom i pracowitości osiągnął taką pozycję, że gdyby był tak zepsuty, jak to nasze przyplatformerskie towarzystwo, to mógłby sobie taką Muchę zamawiać jako towarzystwo dla swoich bardziej pijanych gości.
I to, uważam, jest naszym prawdziwym nieszczęściem, i powodem jednocześnie, dla którego, mnie się w ogóle nie chce śmiać z tego, że ten bałwan zamiast „nieadekwatny” użył słowa „nieelokwentny”, natomiast w tej chwili czuję tylko nieprzyjemny dreszcz. Bo to jest właśnie Polska, jaką zostałem uraczony na swoje stare lata. Pewna podlubelska piękność wkracza w świat polityki, i wyłącznie dzięki owej swojej specyficznej urodzie zaczyna robić tam karierę, która najpierw wprowadza ją do Sejmu, a następnie na stanowisko ministra sportu. Jedną z pierwszych jej decyzji jako ministra staje się zatrudnienie na bardzo intratnym państwowym stanowisku właściciela zakładu fryzjerskiego, który ją swego czasu w jej rodzinnym mieście obsługiwał. I co się dzieje? Nic. Dokładnie nic. Zdarzenie, które przed laty we Francji, w całkowicie analogicznej sytuacji, doprowadziło do prawdziwego politycznego trzęsienia ziemi wręcz na skalę europejską, a jego bohaterka, była premier Edith Cresson zmuszona została do poniesienia znacznie bardziej przykrych konsekwencji, niż zaledwie zmiana osobistego dentysty, w dzisiejszej Polsce nie wywołuje nawet wzruszenia ramion. A fakt, że premier rządu ten skandal komentuje wyłącznie szyderczo bezczelnym uśmiechem i apelem, by przestać już „skakać po pani minister”, nie wywołuje już choćby nawet pojedynczego uniesienia brwi. I jedynym faktycznym bohaterem i zwycięzcą tego skandalu jest jakiś Wieczorek z Lublina, który po latach jakiegoś nędznego dłubania we fryzjerstwie, będzie mógł wreszcie zobaczyć, jak wygląda produkcja prawdziwych lodów. Że jakieś buractwo będzie się z niego śmiać? Niech spieprzają. Ich głos tam nawet nie musi docierać. Nawet w tej ciszy. Nawet teraz.
Powtarzam. Nie ma się z czego śmiać. Trafiliśmy w ręce bardzo śliskie. Śliskie, a jednocześnie na tyle mocne, że się z nich tak łatwo nie wyślizgniemy. Jedyne co możemy zrobić, to je tej swołoczy poodgryzać. Bez śladu litości, bez żadnych skrupułów. I przede wszystkim bez wdawania się w jakąkolwiek dyskusję. Bo w tej chwili już nie ma z kim.

Trochę się tu śmiejemy, trochę martwimy, a żyć przecież trzeba. Proszę więc, jeśli komuś podobają się te felietony, o wspomaganie naszego bloga pod podanym obok numerem konta. No i przypominam, że jeśli ktoś jeszcze jej nie ma, jest do kupienia książka z wyborem moich starych tekstów. Też tu obok. A jak ktoś mieszka w Katowicach, to również w księgarni „Wolne Słowo” na ulicy 3 maja. Bardzo dobra. Księgarnia też. Polecam i dziękuję.

sobota, 30 lipca 2011

O jeszcze jednej cegle i o dzieciach głupich jak but

Jak nam donoszą już nawet nie media, ale bezwzględne liczby, wyniki tegorocznych matur osiągnęły poziom najniższy w historii, i wszystko wskazuje na to, że przyszły rok będzie jeszcze gorszy. Po przejrzeniu i ocenieniu wszystkich prac, wyszło na to, że jeden na czterech maturzystów nie przekroczył trzydziestoprocentowego minimum z przynajmniej jednego maturalnego przedmiotu, a ja już sam, bez pomocy statystki, wiem, że jeśli mamy przed sobą kogoś, kto nie umiał z siebie wydusić tych 30 procent z jednego przedmiotu, to prawdopodobnie z pozostałych dwóch, czy trzech, tez ich nie wydusił, lub wydusił z wielkim trudem. Ale wiem coś jeszcze. Że jeśli tegorocznej matury nie zdało 25 procent uczniów, to, z całą pewnością, kolejne 25 procent zdało ją ledwo-ledwo. No i jeszcze coś. Jeśli – gdyby się miało okazać, że moje podejrzenia są słuszne – 50 procent tegorocznych maturzystów to dzieci, krótko mówiąc, kiepskie w nauce, to wielu z tych, którzy osiągnęli wyniki najlepsze, najprawdopodobniej zostało – na zasadzie porównania – ocenionych znacznie wyżej, niż im się należało.
Skąd ja to wszystko wiem? Otóż, jak już tu wspominałem, od wielu lat zajmuję się ocenianiem pisemnych prac maturalnych z języka angielskiego. I od owych wielu już lat, nie mogę nie zauważyć, że jakieś 90 procent, a może więcej prac, to poziom najniższy. Pisząc „najniższy” nie mam oczywiście na myśli tego, że uczniowie nie potrafią posługiwać się językiem angielskim na poziomie podstawowej komunikacji, ale tylko to, że to jest właśnie ten poziom, jaki udało im się osiągnąć. Jeśli oni na przykład mają napisać notkę o tym, że zgubili torbę, opisać tę torbę, napisać co w niej było i podać numer telefonu, to większość z nich napisze mniej więcej coś takiego: „I lost my beg im Supermarket in monday. Beg ist brown and big. In beg ist double CD, book Harry Potter, computer game and mp3 player Apple. Telefon 2345678 Wojtek”, i za to wypracowanie dostaną pełne pięć punktów, bo przekazali wszystkie informacje i zrobili mniej niż 25 procent błędów. A więc to wypracowanie jest, wedle obecnie obowiązujących kryteriów, bardzo dobre. Są też jednak gorsze, a ich problem polega na tym, że ktoś, zamiast „bag” napisze „T-shirt”, albo „money”, ewentualnie, jeśli już napisze „bag”, to zapomni podać numer telefonu na koniec, lub nie napisze co w niej było. I to już są tak zwane bałwany. I ich jest też dużo.
Oczywiście, o tym, jak wygląda wiedza tych samych dzieci, jak idzie o matematykę, język polski, historię, czy chemię, nie mam pojęcia, natomiast nie potrafię sobie też wyobrazić, żeby ich los tak akurat pokarał, że kiedy już się okazało, że wszystkich przedmiotów uczą ich wybitni nauczyciele i pedagodzy, to coś się takiego stało, że do tej ich szkoły, w celu nauczania języka angielskiego skierowano jakoś durnia, który jest od swoich uczniów zaledwie minimalnie lepszy. Mogę się bardzo łatwo domyślić, że jeśli nauczyciele języka angielskiego są tak słabi – a to, jacy oni potrafią być słabi, wiem równie dobrze jak to, jak słabi są ich uczniowie – że przez te trzy lata, a czasem i znacznie więcej, nie potrafią dziecka nauczyć wykonania tak prostego polecenia, jak to, które podałem wyżej, przynajmniej bez prowokowania złośliwego śmiechu, to nauczyciele innych przedmiotów, pracujący w Polskich szkołach nie mogą być od nich o wiele lepsi. Bo niby dlaczego? I jakim cudem?
Jest taka tendencja, szczególnie wśród osób niechętnych obecnej władzy, by za katastrofalny wynik tegorocznych matur obwiniać rząd, a szczególnie minister Katarzynę Hall. I ja oczywiście skłonny jestem zrozumieć to napięcie. Jak idzie akurat o tę dziwną kobietę, to nie potrzebujemy ani wyników matur, ani dokładnej relacji z tego co ona robi i czego nie robi, ani nawet nagrań z jej różnego rodzaju wypowiedziami, żeby ocenić ją pod każdym możliwym względem. W jej akurat wypadku, wystarczy zdjęcie, lub, powiedzmy, dziesięciosekundowy film, żeby mieć pewność, że jej, nie dość, że nie wolno powierzać czegoś tak poważnego jak szkoła i spędzające w niej czas dzieci, to lepiej trzymać ją z dala nawet od siatki z zakupami. Ja jednak uważam, że nawet gdyby zamiast Hallowej, na czele Ministerstwa postawić kogoś absolutnie wybitnego, to efekt maturalny i tak nie byłby o wiele lepszy, z tej prostej przyczyny, że wszystko zaczyna się już na wyższych uczelniach, które wypuszczają nauczycieli.
Ktoś powie, że ci studenci, którzy później zostają nauczycielami, też się nie wzięli z błękitnego nieba, ale przyszli ze szkół. I to przyszli, jako prawdopodobnie ci lepsi. Jako ci, którzy najpierw zdali maturę na wystarczająco wysokim poziomie, żeby się dostać na studia, a więc, przyszli z gwarancjami udzielonymi przez nikogo innego, jak przez ministra edukacji narodowej. A te studia też ukończyli z na tyle dobrym wynikiem, żeby znaleźć pracę w szkole, co – zapewniam autorytatywnie – wcale dziś nie jest takie łatwe. A zatem, mamy do czynienia z zamkniętym obiegiem. Durnie wypuszczają durniów, którzy następnie kształcą nowych durniów. I tak to się kręci. Tyle że, tak czy inaczej, fakt pozostaje ten sam. Ten śmiertelny korkociąg, w jakim znalazła się polska szkoła nie zaczął się za rządów Platformy Obywatelskiej i Katarzyny Hall, lecz znacznie wcześniej. A jeśli możemy mieć do Platformy Obywatelskiej – bo przecież nie do tej kobiety – pretensje, to najwyżej o to, że nie zrobiła nic, by ten upadek choć spróbować zatrzymać, ale – przeciwnie –tylko go przyspieszyła.
I tu, powiem zupełnie szczerze, jestem w prawdziwej kropce, bo jak bym nie liczył, to wychodzi mi wciąż jedno i to samo – że, gdybym miał wyznaczyć jakiś punkt przełomowy, to wszystko się zaczęło w roku 1990. A to już jest konstatacja tak straszna, i wiążąca się z tak skomplikowaną materią sprawa, że nie pozostaje mi nic innego, jak tylko ją tu zaznaczyć, a ewentualną analizę zostawić już być może na osobny wpis.
Oczywiście jest mi bardzo przykro, że – zwłaszcza być może ostatnio – te teksty nie udzielają za cholerę odpowiedzi, lecz wyłącznie stawiają pytania. Szczególnie gdy za chwilę pojawią się już tylko pytania kolejne. Ale, proszę się starać. Ja się staram, więc nie ma powodu, byśmy się nie spróbowali napiąć wszyscy. Opowiem mianowicie tu pewną historię, która czekała na swoją kolej dłuższy już czas, no ale w końcu, jak widzimy, się doczekała. Jeszcze jesienią zeszłego roku ze swoim koncertem do Katowic przyjechał Leonard Cohen. Jak niektórzy wiedzą, podczas ostatniej światowej trasy koncertowej Cohena, towarzyszył mu chórek dziewcząt złożony z pewnej czarnej piosenkarki i dwóch białych dziewcząt z Londynu – Charley i Hattie Webb. Z powodów nie mających tu żadnego znaczenia, zdarzyło się tak, że poszedłem na kolację z tymi siostrami Webb i z ich rodzicami, w tym z ich ojcem, Grahamem Webbem, no i się z tym Webłem trochę zapoznałem. No, na tyle, że jeśli do niego wyślę maila, to on wie, kto ja jestem.
Otóż Graham Webb, jako nastolatek, stanowił idealny przykład kogoś, kto w najlepszym wypadku skończy marnie. Nie dość, że cierpiał na tzw. rozszczep kręgosłupa, co sprawiało, że musiał nieustannie nosić pieluchę, to w powszechnej opinii był kimś po prostu głupim i leniwym. Kiedy w wieku 15 lat, za złe prowadzenie się i tak zwaną „niewyuczalność”, został wyrzucony ze szkoły, to rodzice, pragnąc znaleźć mu coś, czego by mógł się czepić, wysłali go na naukę do fryzjera. Jak się wszystko dalej potoczyło, każdy, kto zna język, może sobie przeczytać w wydanej przez niego, absolutnie fascynującej autobiografii, zatytułowanej „Out of the Bottle”. Ja tylko tu powiem, że, kiedy pracował u tego fryzjera, najpierw wymyślił jakąś fryzurę rock’n’rollową, która zdobyła wielką popularność, następnie otworzył własny punkt, następnie całą sieć tych punktów w całej Wielkiej Brytanii, następnie wymyślił szampon do włosów, który zarejestrował pod prostą nazwą GW, by wreszcie uruchomić wielką globalną firmę o wielomilionowej wartości o nazwie Graham Webb International, którą najpierw kupiła Wella, a następnie – już całość – Procter and Gamble.
Za zasługi dla Wielkiej Brytanii, Graham Webb został uhonorowany wieloma wyróżnieniami, w tym, najwyższym, wręczonym mu przez księcia Karola orderem MBE. Obecnie, jako niezwykle zamożny i znany w kraju człowiek, mieszka na wsi pod Londynem, piastując funkcję tak zwanego Ambasadora Hrabstwa Kent. I teraz chciałbym zwrócić uwagę na coś, być może z tego wszystkiego, najciekawszego. Otóż na tytułowej stronie swojej książki, Graham Webb zamieszcza dwie opinie, wydane na swój temat, w dwóch kompletnie innych czasach, choć w tym samym miejscu i przez tę samą instytucję – Northbrook School, której swego czasu był uczniem, i z której został ostatecznie wyrzucony. Pierwsza, wystawiona w roku 1961, stwierdza co następuje: „Nie wykazuje najmniejszego zaangażowania. Jest gnuśny, głupi, przeraźliwie leniwy, najwyraźniej bardzo z tego stanu zadowolony i zdecydowany w nim pozostać”. Druga, wydana przy okazji wręczania mu dyplomu honorowego w roku 2000, przez tę samą szkolę, głosi: „Grahamowi N. Webb, za wybitne życiowe osiągnięcia, w uznaniu dla jego służby na rzecz brytyjskiego rynku, handlu i edukacji”.
Co chcę przez tę historię powiedzieć? Ktoś powie, że zapewne to, że to jak się ktoś prowadzi jako dziecko, nie ma najmniejszego znaczenia dla jego przyszłości, i że zapewne sama szkoła nie ma ani pojęcia, ani wpływu na to, co z jej uczniów kiedyś wyrośnie. Otóż nie do końca. Jestem bowiem przekonany, że to iż Graham Webb został przez swoich nauczycieli kompletnie nierozpoznany, wcale nie oznacza, że też nikt inny nie został nierozpoznany, i że na przykład ci z jego kolegów, którzy się do nauki przykładali i na koniec szkoły osiągnęli wybitne wyniki, znaleźli się ostatecznie dużo niżej od niego. Wcale też nie sądzę, by inne dzieci w tamtej szkole, które, podobnie jak Webb, zbijały bąki i zamiast się pilnie uczyć, robiły z siebie osłów, zostały milionerami i ojcami jeszcze wybitniejszych od siebie dzieci. Natomiast uważam, ze szkoła – i to nie tylko szkoła w Polsce, ale szkoła na całym świecie – to miejsce niezwykle skomplikowane, i przy tym szalenie narażone na demoralizację i zepsucie. No i najważniejsze, nie ma takiej możliwości, by szkoła, jako taka, z samej swojej natury, była w stanie tworzyć geniuszy i idiotów. Natomiast z całą pewnością, potrafi się starać jednym i drugim przeszkadzać swoje cele osiągać. Dobrze by było, gdyby się w tej pracy jednak skoncentrowała bardziej na idiotach, a geniuszom dała spokój.
Na koniec wypadałoby wrócić do Polski, do minister Kudryckiej, do minister Hall, do tych nauczycieli, studentów i do tych maturzystów. Co z nimi? Obawiam się, że akurat jak idzie o dzisiejszy stan edukacji w Polsce, równie dobrze można by było cały ten interes zamknąć, a nauczycieli i uczniów rozgonić. Przynajmniej do czasu, jak zmieni się w Polsce władza i na jej miejsce przyjdzie ktoś, kto przynajmniej zauważy skalę problemu.
Jak wszyscy już pewnie wiedzą, książka o siedmiokilogramowym liściu jest już w sprzedaży. Niestety, Coryllus w poniedziałek wyjeżdża na dwutygodniowe wakacje, więc przed wyjazdem wyśle jeszcze tylko to, co zostanie zapłacone przed tym dniem, a reszta będzie wysyłana dopiero po jego powrocie. A więc mam gorąca prośbę do wszystkich zainteresowanych – proszę kupować książkę jeszcze dziś i jutro, a potem ze świadomością, że otrzymacie ją dopiero za dwa tygodnie. W międzyczasie jednak, z powodów o których tu wspominam do znudzenia, proszę o uprzejme wspieranie tego bloga i przesyłanie wszelkiej możliwej pomocy na podany obok numer konta. Dziękuję. A dla wszystkich, piosenka w temacie powyższego wpisu:

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...