Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feminizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feminizm. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2020

Peggy Noonan: Raising A Gentleman Son


Trafiłem niedawno na tekst znanej nam tu troszeczkę Peggy Noonan i tak mi się on spodobał, że, postanowiłem go specjalnie dla czytelników tego bloga przetłumaczyć. Myślę, że szczególnie dziś, gdy czasem człowiek ma ochotę pieprznąć tym wszystkim i zanurzyć się w muzyce – czy co tam kogo cieszy – i próbować przeczekać jakoś ten trudny czas, może być przyjemnie poczytać sobie tekst taki jak ten. Na pewno bardziej się to opłaci, niż choćby pieklenie się apelem skierowanym przez pewną feministkę, niejaką Staśko,  do innych feministek, by wpłacały pieniądze na fundację dla ratowania zawodowych kurew, które przez tę zarazę, pozostały bez środków do życia. A więc zapraszam.    


      Postanowiłam ostatnio podjąć wielkie wyzwanie i nauczyć mojego syna bycia dżentelmenem – nadzwyczaj ciężkie zadanie w dzisiejszym świecie. Zaczęłam od przedstawienia definicji. Dżentelmen, powiedziałam swojemu dziecku, to przede wszystkim człowiek uprzejmy. W tym momencie jego oczy przybrały przeszyty desperacją kształt – ma dopiero 10 lat i bycie uprzejmym nie stoi zbyt wysoko w jego hierarchii wartości – a więc poinformowałam go, że bycie uprzejmym wymaga prawdziwej odwagi. Ponieważ w tym momencie zaczął węszyć podstęp, zmieniłam taktykę. W Anglii, powiedziałam, powszechnie się uważa, że dżentelmen nigdy nie obrazi nikogo przez nieuwagę. I w tym momencie temat nabrał barw, gdyż mój syn zaczął się zastanawiać nad sposobami obrażenia kogoś jak najbardziej celowo.
      I on i ja, przez minione lata, omówiliśmy sobie kwestię podstawowej grzeczności. (Jak głoszą sondaże, większość Amerykanów życzyłaby sobie, by stało się to powszechnym zwyczajem: wedle tych danych, 67 procent mieszkańców Stanów odbiera dzisiejszych nastolatków jako „nieokrzesanych” i „chamskich”, podczas gdy 61 procent uważa, że młodzież nie wie, czym jest uczciwość i odpowiedzialność, a szacunek z ich punktu widzenia nie jest niczym co by zasługiwało na poważne potraktowanie). Syn mój wie na przykład, że o ile oni sobie tego nie zażyczą, nie wypada zwracać się do dorosłych po imieniu, że odbierając telefon nie mówi się „Co?”, lecz „Słucham”, że nie przerywa się innym o ile sytuacja nie jest naprawdę konieczna, a więc gdy mówimy: „Przepraszam, ciociu Patty, ale pali ci się nos”. Nie należy też zwracać się do osoby, która właśnie kichnęła słowami: „O! Masz coś lepszego?” Nie wchodzi się też do kościoła w szortach, a podczas kazania nie należy się drapać w roztargnieniu po pupie, czego akurat byliśmy świadkami w minioną niedzielę.
       To jednak są zaledwie zakazy, podczas gdy wypadałoby również przedstawić nakazy, które zwykle jest znacznie trudniej sprzedać. Mówię więc swojemu dziecku: Dżentelmen stara się zawsze przepuszczać inne osoby; kiedy wpadnie na kogoś w przejściu, mówi „Przepraszam” i odsuwa się, by druga osoba mogła przejść; zanim porwie ostatnią puszkę napoju z lodówki, pyta kolegę „Co dla ciebie?”, a jeśli kolega ma ochotę na ten właśnie napój, częstuje go, nie zaznaczając jednocześnie, jak wielkie to było dla niego wyrzeczenie. Dżentelmen podróżujący zatłoczonym pociągiem, wstaje i ustępuje miejsca starszej osobie. Dżentelmen przytrzymuje drzwi kobiecie. I muszę przyznać, że choć większość owych zaleceń syn mój przyjął z umiarkowanym niezadowoleniem, w tym ostatnio wypadku  fuknął z oburzeniem. „Mamo”, powiedział. „To jest tak, jakby uznać, że dziewczyny są lepsze. Jesteś zwykłą... feministką!”
      Teraz to ja prychnęłam. „Owszem, jestem feministką w tym sensie, że uważam iż kobiety powinny być równe wobec prawa oraz że są równe w oczach Boga, poza tym jednak uważam, że kobiety i mężczyźni, chłopcy i dziewczęta są bardzo różni i często potrzebują innego traktowania, i myślę, że tak samo uważa każdy, kto ma oczy by widzieć i uszy by słyszeć”.
       Tu jednak syn mój postawił sprawę jasno. W telewizji, powiedział, kobiety są zawsze lepsze i mądrzejsze i wszystko się dzieje wedle ich życzenia. W programie Home Improvement, telewizyjna żona Tima Allena wciąż go ustawia i jest zawsze szefem. Dziewczyny są wciąż puszczane przodem, a chłopcy zostają z tyłu.
       Mówię mu więc, że faktycznie feministki uważają, że chłopcy nie powinni się kłaniać kobietom, bo to by mogło sugerować, że kobiety są słabsze, a poza tym one rzeczywiście nie chcą, by kobiety były damami; one chcą, by ich traktowano jak osoby, która wołają: „Jestem kobietą, posłuchaj mojego ryku”. Jednak moim zdaniem, on akurat powinien traktować kobiety ze szczególnym szacunkiem, a jeśli tak mu zależy, by dokuczać feministkom, to powinien je przepuszczać w drzwiach jak najczęściej.
       Jednak moje dziecko upiera się, że niezależnie od wszystkiego dziewczyny i tak nie są prawdziwymi damami. Dziewczyny są twarde i nieustępliwe; są gwiazdami w drużynach piłki nożnej; to one najpierw cię upiją, a potem wykorzystają; owszem, mają babskie zainteresowania, ale ogólnie wcale nie są takie słabe, a więc powinny być traktowane tak jak wszyscy inni. 
       Ja zdaję sobie sprawę, że go namawiam do tego, by przestrzegał zasad świata, który już przeminął. Wolę jednak owe dawne zasady i uważam, że należy je utrzymać. A jeśli to stoi w sprzeczności z tym co realne, to niech ów realny świat nauczy się żyć z naszym sprzeciwem.
       Mój syn i ja doszliśmy do porozumienia. Powiedziałam mu, że faktycznie zapomniałam zaznaczyć, że grzecznie jest też przytrzymać drzwi również drugiemu mężczyźnie. Na co on: „Super! To już do końca życia będę wchodził ostatni”.
       A ja na to: „Wcale niekoniecznie. Może się zdarzyć, że i ciebie jakiś mężczyzna zaskoczy i wpuści przed sobą. A jeśli nawet stanie się tak, że już zawsze będziesz wchodził jako ostatni, w sercu twojej biednej mamy będziesz zawsze na pierwszym miejscu, a ponadto zostaniesz wysoko postawionym członkiem niewidzialnej, ale bardzo szanowanej grupy o nazwie Ludzie Grzeczności, gdzie wszyscy, gdziekolwiek się spotkają, będą się rozpoznawali i pozdrawiali dyskretnym skinięciem głowy”.
       I w ten sposób będę się dalej upierać. Mam bowiem poczucie, że uczenie manier przypomina nauczanie Wiary. Nie da się zmusić dziecka by uwierzyło, można jednak nauczyć je odpowiednich rytuałów i dróg wiary, no i pokazać mu, dlaczego coś jest właściwe i dobre. Podobnie, nie da się zmusić dziecka do przestrzegania dobrych manier, gdy akurat nie ma cię w pobliżu, możesz jednak nauczyć je, dlaczego powinno je zachowywać – no i możesz też spróbować sprawić, by ono ów styl polubiło.




sobota, 16 listopada 2019

Adrian kocha wszystkie kobiety, czyli jestem mała oficerka


        Miniony długi weekend, zawdzięczany w głównej mierze Świętu Niepodległości, spędziliśmy w Gdyni i okolicach. Z owej wycieczki czytelnikom „Warszawskiej” przywożę dwie refleksje. Pierwsza z nich to taka, że ja wreszcie zrozumiałem fenomen Trójmiasta, gdy chodzi o politykę. Otóż obserwując przez te niemal pełne cztery dni wręcz unikalną urodę owych miejsc, doszedłem do przekonania, że zamieszkujący okolice tu i ówdzie durnie, dla zachowania owej z trudem zdobytej wyjątkowości, gotowi są sprzedać się Niemcom, Rosji, a nawet, jeśli trzeba będzie, to i Wenezueli, jeśli ci tylko im zagwarantują, że nikt tam nie będzie im nic mieszał. I stąd też wreszcie zrozumiałem ów prosty zupełnie fakt, że Gdańsk, Sopot, Gdynia z przyległościami możemy potraktować jako teren dla Polski stracony.
       Jednak nie to akurat zrobiło na mnie wrażenie największe. Otóż proszę sobie wyobrazić, że właśnie podczas owej wyprawy, po raz pierwszy miałem okazję obejrzeć sobie – i to nie raz i nie dwa – bardzo już spopularyzowany przez media billboard, na którym niejaka Karolina Piasecka, ucharakteryzowana na brutalnie pobitą żonę, reklamuje rajstopy firmy „Adrian”. Kim jest owa Piasecka, już tłumaczę. Otóż jest to, dziś już chyba była, żona jednego z lokalnych polityków Prawa i Sprawiedliwości, Rafała Piaseckiego, który jej podobno przez lata masakrował twarz, za co zresztą jak najbardziej słusznie poszedł siedzieć, no a sama Karolina robi z tej okazji dziś karierę jako twarz popularnej marki.
       Pozwolę tu sobie ów billboard krótko opisać. Otóż widzimy tam leżącą na podłodze nadzwyczaj atrakcyjną kobietę, w nadzwyczaj atrakcyjnej pozie, w nadzwyczaj atrakcyjnym anturażu, tyle że z okrutnie zdemolowaną twarzą, i pod hasłem „Walcz o siebie! Ja to zrobiłam!!” reklamującą rajstopy firmy „Adrian”.
      Czytam dyskusję, jaką owa reklama wywołała i muszę przyznać, że powszechna opinia jest taka, że Piasecka się wygłupiła. Niemal wszyscy komentujący tę akcję przyznają, że tu poszło wyłącznie o biznes i pieniądze. Sama Piasecka się oczywiście tłumaczy, że jej chodziło wyłącznie o dobro kobiet, a właścicielka marki dodaje, że Piasecka tak naprawdę wzięła udział w tym przedsięwzięciu pro publico bono, na mnie jednak największe wrażenie robi męska koszula, którą Adrian założył Piaseckiej. Otóż jest dla mnie jasne, że to co tam oglądamy to bardzo prosty apel do wszelkiej maści zboczonych sadystów, którzy od tego momentu już tylko będą lać swoje żony. Tu chodzi wyłącznie o to, by im pokazać, jak to może być ciekawie, gdy on i ona zgodzą się pójść naprawdę „na ostro”.
      A to mnie prowadzi do refleksji kolejnej. Oto stoimy wobec cywilizacji, gdzie w ogóle nie chodzi o dobro kobiet, czy w ogóle słabszych, ale o owych słabszych wyzysk, jedynie dla zwiększenia sprzedaży. I nie dajmy się nabrać na te wszystkie „ministerki”, „psycholożki”, czy „marszałkinie”. To wszystko jest wyłącznie przykrywka i mięso armatnie na czasy, które przed nami.

        



czwartek, 15 listopada 2018

#MeToo, czyli świat kontra kler


      O Peggy Noonan wspominałem tu już parokrotnie, na wszelki wypadek jednak przedstawią tę niezwykłą postać króciutko. Otóż jest to amerykańska konserwatystka, katoliczka, felietonistka, a przede wszystkim może swego czasu osobista asystentka prezydenta Reagana, autorka jego przemówień. Co tu może dla nas szczególnie interesujące, kilka lat temu Noonan wydała zbiór swoich felietonów zatytułowany „John Paul The Great: Remembering a Spiritual Father”, poświęcony pamięci papieża Jana Pawła II.
      Ponieważ Peggy Noonan wciąż regularnie publikuje swoje felietony w „Wall Street Journal”, udostępniając je bezpłatnie i na bieżąco w Internecie, zaglądam tam regularnie, czytam i przeżywam, bo jest to pisarstwo wyjątkowe. Ostatnio jednak trafiłem na coś, co napisała ona jeszcze w listopadzie 2017 roku na fali do sziś żywej akcji #MeToo, a czego treść zawarta jest już w samym - co ciekawe, nadzwyczaj skromnym jak na uznaną felietnoonistkę - tytule owego felietonu: „Proroczy list Jana Pawła II do kobiet z roku 1995”.
      Przeczytałem tekst Noonan, który, co moim zdaniem zupełnie naturalne, w tamtych czasach interesował nas na tyle mało, że pewnie nie tylko ja o nim szybko zapomniałem, i pomyślałem sobie, że odnajdę ów papieski list, zapoznam się z nim i zobaczę, jak on się ma w relacji do tego co pisze Noonan. Siedzę wciąż dziś nad nim, czytam po raz kolejny i myślę sobie, że jakkolwiek bym nie uważał, że w swoim felietonie Peggy Noonan zachowała się nad wyraz ostrożnie komentując słowa Papieża wyłącznie w przestrzeni, którą ona sama nazywa „nowoczesnym feministycznym manifestem w najlepszym sensie tego słowa”, uważam że tekst Noonan stanowi nadzwyczaj celną refleksję na temat tego, jak świat odwrócony plecami do chrześcijańskiej cywilizacji głoszonej w nauce Koscioła, musiał się ostatecznie skorumpować. A przykładem owej korupcji jest wspomniany skandal związany z mającym miejsce na najwyższych poziomach władzy seksualnym wykorzystywaniem kobiet.
       Kto będzie chciał, znajdzie sobie bez trudu tekst Jana Pawła II, a ja tu tylko dla zachęty przytoczę kilka z niego fragmentów - w istocie rzeczy, jak pisze Noonan - proroczych:


     Podziękowanie Panu Bogu za Jego zamysł określający powołanie i posłannictwo kobiety w świecie, staje się także konkretnym i bezpośrednim podziękowaniem składanym kobietom, każdej kobiecie za to, co przedstawia sobą w życiu ludzkości.
Dziękujemy ci, kobieto-matko, która w swym łonie nosisz istotę ludzką w radości i trudzie jedynego doświadczenia, które sprawia, że stajesz się Bożym uśmiechem dla przychodzącego na świat dziecka, przewodniczką dla jego pierwszych kroków, oparciem w okresie dorastania i punktem odniesienia na dalszej drodze życia.
Dziękujemy ci, kobieto-małżonko, która nierozerwalnie łączysz swój los z losem męża, aby poprzez wzajemne obdarowywanie się służyć komunii i życiu.
Dziękujemy ci, kobieto-córko i kobieto-siostro, która wnosisz w dom rodzinny, a następnie w całe życie społeczne bogactwo twej wrażliwości, intuicji, ofiarności i stałości.

      Dziękujemy ci, kobieto pracująca zawodowo, zaangażowana we wszystkich dziedzinach życia społecznego, gospodarczego, kulturalnego, artystycznego, politycznego, za niezastąpiony wkład, jaki wnosisz w kształtowanie kultury zdolnej połączyć rozum i uczucie, w życie zawsze otwarte na zmysł „tajemnicy”, w budowanie bardziej ludzkich struktur ekonomicznych i politycznych.
      
[…]
      
      Dziękujemy ci, kobieto, za to, że jesteś kobietą! Zdolnością postrzegania cechującą twą kobiecość wzbogacasz właściwe zrozumienie świata i dajesz wkład w pełną prawdę o związkach między ludźmi.

      Ale - jak wiemy - samo podziękowanie nie wystarczy. Jesteśmy, niestety, spadkobiercami dziejów pełnych uwarunkowań, które we wszystkich czasach i na każdej szerokości geograficznej utrudniały życiową drogę kobiety, zapoznanej w swej godności, pomijanej i niedocenianej, nierzadko spychanej na margines, a wreszcie sprowadzanej do roli niewolnicy. Nie pozwalało jej to być w pełni sobą i pozbawiało całą ludzkość prawdziwych bogactw duchowych. Z pewnością niełatwo ustalić dokładnie odpowiedzialność za ten stan rzeczy, z uwagi na głęboki wpływ wzorców kulturowych, które w ciągu wieków kształtowały mentalność i instytucje. Ale jeśli, zwłaszcza w określonych kontekstach historycznych, obiektywną odpowiedzialność ponieśli również liczni synowie Kościoła, szczerze nad tym ubolewam. Niech to ubolewanie stanie się w całym Kościele bodźcem do odnowy wierności wobec ducha Ewangelii, która właśnie w odniesieniu do kwestii wyzwolenia kobiet spod wszelkich form ucisku i dominacji, głosi zawsze aktualne orędzie płynące z postawy samego Chrystusa.      

      Chociaż czas zatarł wiele materialnych świadectw działania [kobiet], nie sposób nie dostrzec ich błogosławionego wpływu na życie kolejnych pokoleń aż do naszych czasów. Ludzkość zaciągnęła ogromny dług wobec tej „tradycji” kobiecej. Jakże często oceniano kobietę w przeszłości i ocenia się jeszcze dzisiaj bardziej według wyglądu zewnętrznego niż jej zdolności, profesjonalizmu, inteligencji, bogactwa wrażliwości, czyli ostatecznie według jej godności!

      A cóż powiedzieć można o przeszkodach, które w tylu częściach świata nadal nie pozwalają kobietom włączyć się w pełni w życie społeczne, polityczne i gospodarcze? Wystarczy pomyśleć, w jak trudnej sytuacji stawia często kobiety dar macierzyństwa, któremu ludzkość zawdzięcza swoje przetrwanie i który powinien być odpowiednio doceniany. Z pewnością pozostaje wciąż jeszcze wiele do zrobienia, aby kobieta i matka nie była dyskryminowana. Sprawą naglącą jest uzyskanie we wszystkich krajach rzeczywistej równości praw osób, a więc równej płacy za tę samą pracę, opieki nad pracującą matką, możliwości awansu zawodowego, równości małżonków z punktu widzenia prawa rodzinnego, oraz uznania tego wszystkiego, co wiąże się z prawami i obowiązkami obywateli w ustroju demokratycznym.

      Rozpatrując następnie jeden z bardziej delikatnych aspektów w sytuacji kobiety w świecie, jakże nie przypomnieć długiej i pełnej upokorzeń - choć tak często „niewidocznej” - historii nadużyć popełnianych wobec kobiet w dziedzinie seksualnej? Na progu trzeciego milenium nie możemy pozostać w obliczu tego zjawiska bierni i niewrażliwi. Nadszedł czas, by z całą mocą potępić - stwarzając odpowiednie środki obrony prawnej - różne formy przemocy seksualnej, której ofiarą padają często kobiety. W imię poszanowania osoby ludzkiej musimy również demaskować rozpowszechnianie kultury hedonistycznej i komercyjnej, która skłania do nadużyć w dziedzinie seksualnej, wciągając nawet bardzo młode dziewczęta w kręgi moralnego zepsucia i prostytucji.

      W obliczu takich wypaczeń, na jakież uznanie zasługują natomiast kobiety, które z heroiczną miłością wobec swych dzieci akceptują ciążę będącą następstwem niesprawiedliwości, jaką stanowią akty gwałtu, i to nie tylko wtedy, gdy należą one do okrucieństw, popełnianych podczas wojen, tak częstych jeszcze na świecie, ale także w warunkach dobrobytu i pokoju, przez kulturę permisywizmu hedonistycznego, w której łatwo rodzą się tendencje do agresywnego maskulinizmu. W takich warunkach zanim odpowiedzialnością za decyzję o przerwaniu ciąży - zawsze pozostającą grzechem ciężkim - obarczy się kobiety, trzeba uznać, że winę ponosi tutaj również mężczyzna i współdziałające z nim otoczenie”.


      To jest zaledwie niewielki fragment owego listu, jest on jednak wystarczająco pełny, byśmy potrafili dostrzec problem, który się tu nam ukazuje. Jan Paweł II wypowiedział swoje słowa w roku 1995, a więc wtedy, gdy, jak pisze Noonan, nowoczesny świat ograniczał się zaledwie do „papugowania” zawsze modnych haseł. Rzućmy może okiem na nieco dłuższy fragment owej refleksji:

      „Kiedy znajoma wysłała mi tekst Papieża, przeczytałam go i oto co sobie pomyślałam: Gdyby wszyscy ci dziś tak sławni gwałciciele kiedykolwiek szczerze rozaważyli te myśli (zamiast papugować je w swoich filmach po to, by następnie zamknąć się na klucz w swoich gabinetach) I zastanowili się nad tym, czym jest prawdziwa równość, nigdy nie zrobili by tego, co w rzeczywistości zrobili. Nie potrafiliby myśleć o kobiecie jak o przedmiocie, czy ledwie towarze zdobytym po to, by zaspokajać swoje imperialne przyjemności. Musieliby wziąć pod uwagę jej godność. W samym bowiem centrum obecnego skandalu jest brak zwykły brak szacunku do kobiety i brak zdolności, by ją kochać”.  
      
      Jak już zaznaczyłem, od czasu gdy Jan Paweł II opublikował swój list minęło ponad 20 lat. Od niemal już 15 lat już go z nami nie ma. I, co też już powiedziałem, obawiam się, że nie tylko ja o jego słowach zapomniałem. I myślą sobie, że przed nami, z jednej strony, kolejne fajerwerki, a za nami świadectwo dane nam przez nawet nie kolejnych papieży, ale przez Kościół, tak dziś pogardzany i dręczony przez - nie bójmy się gwałtownych słów - „szpiclów, katów i tchórzy”.
      Wierzę głęboko, że jednak nie wygrają.

Serdecznie zachęcam do kupowania moich książek. Są one dostępne w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, w sklepie Foto-Mag w Warszawie, oraz ewentualnie tu u mnie. Zapinteresownaych poroszę o kontakt mailowy: k.osiejuk@gmail.com.

   
      






wtorek, 17 stycznia 2017

Gdy nawet feministki nie są prawdziwymi mężczyznami

               Zastanawiałem się, o czym ma być jutrzejszy tekst, kiedy nagle rzuciłem okiem w telewizor i zobaczyłem Magdalenę Ogórek, jak rozmawia z Rafałem Ziemkiewiczem, i uświadomiłem sobie coś absolutnie fascynującego. Nie wiem, o czym oni rozmawiali, bo przez to, że moje dziecko oglądało jakiś film w Internecie, telewizor był w tym czasie odpowiednio ściszony, nie mogłem jednak nie zauważyć tego, co tam robiło wrażenie wręcz porażające. Podczas gdy Magdalena Ogórek, wybierając się do telewizyjnego studia, starannie się uczesała, założyła śliczną sukienkę, gdzie trzeba udekorowała się elegancką biżuterią, Ziemkiewicz – jak zawsze zresztą – zachował swój ulubiony image szmaciarza.
     Tu jednak, zanim pójdę dalej z wątkiem Ziemkiewicza, pozwolę sobie na małą dygresję. Otóż w kamienicy, w której mieszkam, znajduje się coś co nosi nazwę Muzeum Barbary i Stanisława Ptaków. Kim są ci państwo, już tłumaczę. Otóż, pomijając fakt, że oboje przez lata byli moimi sąsiadami z dołu, nieżyjący już dziś Stanisław Ptak był znanym lokalnie śpiewakiem operetkowym, natomiast pani Ptakowa jeszcze bardziej znanym projektantem kostiumów, której nazwisko można znaleźć w napisach do takich filmów, jak „Faraon”, „Nóż w wodzie”, czy „Ziemia Obiecana”. Jak mówię, pan Ptak dziś już nie żyje, jednak pani Ptakowa radzi sobie fantastycznie, w związku z czym to ona ma oko na ów projekt, o którym już wspomniałem, a który nosi nazwę Muzeum Barbary i Stanisława Ptak. Proszę sobie jednak wyobrazić, że ile razy tu się odbywa jakaś uroczystość, a jest ich regularnie cała masa, pierwszą zasadą, ustaloną przez panią Ptakową, jest ta, że do środka nie zostanie wpuszczony nikt, kto ma na sobie dżinsy. Właśnie tak. Dżinsy. To jest zresztą pewnie główny powód, dla którego, mimo regularnych zaproszeń, ja tam się nie wybieram. Nie bardzo sobie bowiem umiem wyobrazić, że będę zakładał garnitur tylko po to, by zejść piętro niżej.
      I oto wracam do telewizyjnego programu, gdzie zabawiają nas Ziemkiewicz i Magda Ogórek. Jak wygląda Ogórek, już opisałem. Gdy natomiast chodzi o Ziemkiewicza, on jest oczywiście zarośnięty, jak pierwszy z brzegu menel, na tyłku ma oczywiście wytarte dżinsy, a wyżej rozchełstaną koszulę. Patrzę na te dżinsy, myślę o pani Ptakowej i nagle zaczynam rozumieć to, co jakiś czas temu powiedziała moja żona, kiedy zobaczyła w telewizji Piotra Semkę. Otóż zwróciła ona moją uwagę na fakt – a ja dziś jestem pewien, że to jest prawda nie do pokonania – że gdyby do którejś z telewizyjnych stacji przyszła kobieta, opasła jak świnia, spocona, niedomyta, rozczochrana i cuchnąca ową niezwykłą mieszaniną perfum i zleżałego potu, nie zostałaby wpuszczona dalej, niż przez te piszczące bramki na parterze. Gdy w telewizji pojawiają się kobiety, one zawsze muszą prezentować ten choćby standard, który zobowiązuje każdego z nas, by przynajmniej publicznie nie cuchnąć. Jestem pewien, że nawet prof. Magdalena Środa, wyglądając, jak wygląda, nie stwarza przy tym atmosfery, jaka zwyczajowo panuje w przedsionkach prowadzonych do miejskich bankomatów. Tymczasem, jak mówię, gdy chodzi o tych mądrali, oni się absolutnie nie oszczędzają. Spójrzmy proszę na te menażerię: oto wspomniany Semka z tymi swoimi przetłuszczonymi i nie znającymi grzebienia włosami, Marcin Wolski z chorym okiem, nie mieszczący się w krześle Ryszard Kalisz, Gadowski o twarzy pijaka z sąsiedztwa, symboliczny już dziś Piotr Niemczyk, niezmiennie zapraszany do wygłaszania swoich mądrości przez stację TVN24, do opisania którego brakuje słów, no a teraz jeszcze ten Ziemkiewicz naprzeciwko tego – właśnie tak, w tym wypadku mamy do czynienia z prawdziwym zjawiskiem – anioła.  
      I to już koniec. Jeśli ktoś miał nadzieję, że ja to jakoś pociągnę w kierunku naprawdę ciekawym, był w błędzie. To już koniec. Jedyne co mi jeszcze przychodzi do głowy, to jak to się dzieje, że te wszystkie strasznie mądre feministki, których wszędzie mamy dziesiątki, tak zawsze chętne do tego, by bronić praw kobiet, w tym akurat wypadku nabrały wody w usta? Czemu jest tak, że gdy nagle któraś z nich, jeśli tylko nie spełnia podstawowych wymagań, gdy chodzi o tak zwany wdzięk i elegancję, zostaje natychmiast wyeliminowana? Co ciekawe, najczęściej przez tych, co reprezentują to samo niedomyte męskie towarzystwo.  Czy to możliwe, że podobnie, jak oni nie są mężczyznami, to one tak naprawdę nie są kobietami?
     No i proszę. Miałem napisać tekst o Ziemkiewiczu i Ogórek, a wyszła mi bardzo poważna refleksja na temat współczesnego feminizmu.

W księgarni na stronie www.coryllus.pl są do kupienia moje książki. Szczerze polecam.
    
    


niedziela, 21 lutego 2010

Babilon z gwiazdami



Nie tak dawno temu wspominałem tu, że większość moich znajomych i przyjaciół, to ludzie ode mnie mądrzejsi, zdolniejsi, a przy tym często po prostu osoby wybitne. Dzięki temu układowi, ludzie którzy bliżej mnie nie znają, mogą niekiedy sądzić, że to światło, które niekiedy widzą, to moje własne światło i moje osiągnięcia. Tymczasem fakt jest taki, że to jest wyłącznie odbicie. W pewnym sensie, wszystko co robię, to pasożytowanie na osiągnięciach ludzi ode mnie wybitniejszych, a świetnie widać choćby to tu, na tym blogu, który jest jaki jest, w dużym stopniu nie dzięki temu co ja tu piszę, ale choćby dzięki komentarzom, które są tu uprzejmie umieszczane. A i to nie tylko. Pamiętam jak na urodzinach Salonu24, parę osób powiedziało mi, że ten blog jest dla nich czymś szczególnym przez zdjęcie Grzegorza Przemyka, które go zdobi niemal od początku. Rozumiecie, o co mi chodzi? To jest właśnie owa kwestia zasług, o których piszę. Ale weźmy choćby moją rodzinę. Moją żonę i dzieci. Szkoda że ich nie znacie. Oni są tak niezwykli, że gdybym dziś jeszcze spróbował zrobić karierę, i mógł, zamiast mojego CV, przedstawić ich, z całą pewnością byłbym dziś zupełnie gdzie indziej, niż jestem teraz. I to jest też to właśnie, co chcę powiedzieć, wspominając o sobie, jako o swego rodzaju pasożycie.
Właśnie otrzymałem mail od jednego z moich kolegów, który zarówno zachwycił mnie swoją treścią, jak i zawartością że tak powiem obrazkową, no i – jak to często bywa – zainspirował mnie do tego, by napisać ten tekst. I to jest też bardzo interesujące, jeśli idzie o to co napisałem na początku. Wczoraj wieczorem zobaczyłem powtórkę programu telewizyjnego zatytułowanego Babilon, a raczej jego fragment. Jak to często z tego typu programami u mnie bywa, od razu pomyślałem sobie, że muszę coś na ten temat napisać u siebie na blogu… i nagle zrozumiałem, że nie dam rady. Że wprawdzie materia z którą mam do czynienia, bardzo często wydaje się być tak skomplikowana, że robi wrażenie wręcz nie do ogarnięcia, jednak w ostateczności zawsze udaje się znaleźć jakieś rozwiązanie. Jednak w tym wypadku, to co zobaczyłem i usłyszałem było tak kosmiczne, że choć bardzo chciałem coś na ten temat powiedzieć, to ani nie wiedziałem jak to zacząć, a tym bardziej jak skończyć i co z tego w ogóle wyciągnąć. A więc machnąłem ręką na te panie i to co one zrobiły ze swoim życiem.
I w tym momencie dostałem ten mail. Pozwolę sobie najpierw zacytować, a następnie pokazać ten obrazek:

…dla obrony przed nastrojami buzie uśmiechnięte na obrazku Ci przesyłam. I jest w tym ukłon mój dla polityki i dla konserwatyzmu specjalnie, bo jak konserwatystą nie być, kiedy na to photo popatrzysz? Oto kampania się nam zaczyna, prezydenta nowego szukamy, kandydaci niby są, nowi i aktualni, ale takiego jak dawniej bywało nawet ze świecą nie znajdziesz! Kto by się dzisiaj tak zbliżyć do ludu i munduru potrafił, kobiety uszanował, ramieniem opiekuńczym ogarnął i tak czule rozpoznał jak biją serca? A była to wiedza z pierwszej ręki, a nie tam jakieś miraże…
No i teraz to „photo”:
Kiedy przeczytałem ten tekst i obejrzałem zdjęcie, pomyślałem sobie najpierw, że gdybym ja umiał w ten sposób skomentować coś takiego, to ten jeden wpis mógłby mi dać tytuł Blogera Roku równie zasłużenie, jak cała reszta tych wpisów. I poczułem zazdrość. Ale już po chwili, wszystko zaczęło się dziać tak jak to zwykle się tu dzieje i pomyślałem, że jednak napiszę tekst o tych feministkach z programu Babilon. Najpierw o samym programie. Pomysł jest taki, że TVN24 na kanapie sadza pięć ambitnych kobiet o jeszcze bardziej ambitnych publicznych postawach i pozwala im gadać na bieżące tematy. Skąd taki pomysł.? Podejrzewam, że chodziło o to, że ponieważ według pewnych koncepcji mądre kobiety mają w sobie taką niezwykła umiejętność komentowania i oceniania świata w sposób zwykłemu człowiekowi niedostępny, to tego typu panel, z pewnością ubarwi i uwzniośli naszą debatę. Wystarczy tylko tak tę prezentację zorganizować, żeby każda z zaproszonych kobiet miała tytuł profesorski, albo przynajmniej była pracownikiem uniwersytetu, i wszystko zagra jak trzeba. Z jakiś powodów, co do których mam swoje podejrzenia, ale wolę się nimi nie dzielić, przedsięwzięcie to skończyło się tym, że PiS prawdopodobnie w obliczu nieuchronnej kompromitacji swojego wizerunkowego skarbu, jakim są kobiety, wycofał swoją przedstawicielkę z tego towarzystwa, a to co zostało, to cztery wystrojone idiotki prowadzące niby-poważną dyskusję na poziomie znanym z dowcipów o blondynkach. I to jeszcze tych najbardziej dowcipów bezwzględnych.
O co poszło wczoraj? Znam tylko fragment, ale o ten fragment właśnie mi chodzi. Cztery panie gadały o polityce, zapewniając się nawzajem jedna przez drugą, jak to te wszystkie komisje je śmieszą i nudzą, i jak one już nic z tego nie rozumieją, i jak już tego wszystkiego mają dość, i że to chyba trzeba być mężczyzną, żeby zajmować się takimi bzdurami, gdy w pewnym momencie prowadzący program dziennikarz, powiedział, że ponieważ on się naturalnie zgadza, że normalny człowiek nie jest w stanie zajmować się czymś tak żenująco niskim i nudnym, jak polityka, to on by zaproponował rozmowę o prawdziwych aferach, a mianowicie o aferze seksualnej Tigera Woodsa. Pierwsza w panikę wpadła filozofka Środa i profilaktycznie – z pogardą na twarzy i ze szczerą dumą – oświadczyła, że ona w ogóle nie wie kto to ten Woods. Ponieważ prowadzący program nie ustępował, trzeba było zająć stanowisko. I okazało się, że w zgodnej opinii wszystkich zgromadzonych w studio filozofek, prawniczek i literatek, to co zrobił Woods, to żadna afera i one by nawet postulowały, żeby w Polsce było więcej takich właśnie afer, a nie jakichś hazardów, bo przynajmniej byłoby normalnie, a nie tak pruderyjnie. Żadna z nich – podkreślam, żadna – nie wyraziła ani oburzenia, ani zdziwienia, ani nawet większego zainteresowania sprawą Woodsa. Wręcz przeciwnie, wszystkie zgodnie poinformowały, że one nie widzą ani problemu, ani tym bardziej sensacji i że te Woodsowe przeprosiny są kompletnie zbędne i nikomu niepotrzebne. No i że to całe gadanie o seksoholizmie to zwykła propaganda, rozpuszczana przez zainteresowane finansowo branże. Żeby sprawę zamknąć, literatka Kofta, na nieopatrzną uwagę Marciniaka, że panie, w odróżnieniu od mężczyzn, z całą pewnością są wierne, obraziła się i oświadczyła uroczyście, że ona sobie wyprasza i w ogóle nie życzy, żeby mówić na nią, że jest wierna… i dalej już nie patrzyłem.
Kiedy minął pierwszy szok, zacząłem się zastanawiać, dlaczego żadna z tych kobiet nie uznała za stosowne odnieść się do postępowania Woodsa, nie dość że z pogardą, to w ogóle z jakimkolwiek zainteresowaniem? Czy to możliwe, że każda z nich w gruncie rzeczy uważa, że to co zrobił Woods jest całkowicie naturalne, a więc jak najbardziej do przyjęcia? Czy jest prawdopodobne, że one w gruncie rzeczy uważają, że – tak jak to zasugerowała Kofta – wierność to obciach? Czy wreszcie jest możliwe, że gdybym ja podszedł do Magdaleny Środy i najpierw klepnął ją w pupę, a potem złapał za biust, to ona by w najlepszym wypadku poczuła rozczarowanie, że jest atrakcyjna wyłącznie dla katolickiej prawicy?
Patrzę dziś na zdjęcie Kwaśniewskiego wśród tych policjantek i myślę, że znam już odpowiedź na wszelkie pytania dotyczące naszych feministek, które mnie męczą dziś i mogą męczyć w przyszłości. One – co wiem skądinąd – nie mają zaufania ani do PiS-u ani do PO. Dla nich wzorem prezydentury nie jest ani to co oferuje Lech Kaczyński, ani to co reprezentuje Donald Tusk, ani Bronisław Komorowski, ani nawet Andrzej Olechowski. Gdyby to od nich zależało, to one by załatwiły sprawy tak, by dożywotnim prezydentem był Aleksander Kwaśniewski i nikt inny. A więc człowiek, którego znamy wszyscy aż za bardzo i to z każdej możliwej strony. Trochę pijak, trochę intelektualista, trochę brutal; ktoś kto i potrafi zażartować i zakląć i zatańczyć, wyrzygać się, i jak trzeba to może nawet i dać po pysku. Ale też człowiek, którego tak pięknie opisał w mailu, o którym pisałem, mój zdolny kolega. Pozwolę sobie przytoczyć tę refleksję raz jeszcze:

Kto by się dzisiaj tak zbliżyć do ludu i munduru potrafił, kobiety uszanował, ramieniem opiekuńczym ogarnął i tak czule rozpoznał jak biją serca?
Po co o tym wszystkim piszę? Po co po raz kolejny narażam się na zarzut, że jak idiota oglądam telewizję i to jeszcze na najniższym możliwym poziomie? Otóż uważam, że to musi zostać powiedziane. Może nie tyle w interesie tego bloga i jego czytelników, ale w obronie wszystkich kobiet, które są dumne ze swojej kobiecości, w tym tych trzech, z którymi mieszkam i z których czerpię ile mogę; i w obronie tych wszystkich dziewczyn i pań, które komentują na tym blogu i tak go pięknie ozdabiają. TVN24, prawdopodobnie w intencji demokratyzowania przestrzeni publicznej i wyrównywania szans, postanowił pokazać światu, że kobiety nie są gorsze od mężczyzn. Że – wręcz przeciwnie – to one mogą stanowić przykład rozsądku, przenikliwości i intelektualnej wrażliwości. I w związku rozejrzał się wokoło, zorganizował grupę najgorszych możliwie idiotek, zakomunikował, że to co przed nami to sól tej ziemi, i z ich udziałem stworzył program, za który kobiety jakie znam i z którymi mam przyjemność się spotykać, rozmawiać i spędzać czas, powinny podać ITI do sądu. Bo uważam, że jest swego rodzaju, jeśli nawet nie przestępstwem, to bardzo poważnym występkiem uruchomić oficjalnie przekaz, który sączy w publiczną przestrzeń jedną informację: baby to kretynki.
Bo równie dobrze TVN24 mógłby uruchomić program rozrywkowy, gdzie główna zabawa polegałaby na tym, że banda wypasionych byczków w garniturach goniłaby po studio bandę pań z tytułami naukowymi, w kozaczkach i mini spódniczkach, one by piszczały, a panowie w krawatach usiłowaliby by im ściągnąć majtki. Program by miał tytuł Babiniec, Babilon, albo Gdzie diabeł nie może, a gdyby ta formuła się przyjęła, to możnaby nawet rozszerzyć tę ofertę i stworzyć coś co by się nazywało na przykład Babilon Intelektualny i wtedy mogłyby tam wystąpić te najbardziej szanowane filozofki, socjolożki, politolożki i prawniczki.
Ja rozumiem, że filozofki Robson i Środa byłyby zachwycone. Ich sprawa. Ja nie. I stąd ten tekst.

niedziela, 8 marca 2009

O damach, chamach i czerwonych goździkach

Lubię święta. Nawet bardzo. Kiedy myślę o świętach – na przykład wielkanocnych – robi mi się ciepło na sercu i na duszy. I nawet jeśli jedynym skojarzeniem, jakie mnie nawiedzi, będzie to jajko i ten baran wśród zielonych liści, i tak uważam, że jest to coś, czego akurat mi nikt nie odbierze. Jest to uczucie do tego stopnia sympatyczne, że w takich chwilach nawet zaczynam sobie wierzyć, że będę żył jeszcze bardzo długo i szczęśliwie. Nie każdy jednak dzień świąteczny jest mi tak miły i bliski. Weźmy takie Święto Kobiet. W wypadku tej uroczystości czuję obojętność, a jeśli nie obojętność, to najwyżej lekkie rozbawienie. Natomiast w kwestii skojarzeń, to oprócz Związku Radzieckiego i Walentyny Tiereszkowej, pod moją czaszką pojawia się wyłącznie goździk, ewentualnie zielona szmata na stole. Tak już mam i – biorąc pod uwagę mój posunięty już wiek – tak pewnie zostanie.
Całe szczęście, że każda z trzech kobiet z którymi mieszkam, jak sądzę, podziela moje w tej kwestii emocje. W tej sytuacji, ani ja ani mój syn, nie musimy się rok w rok wygłupiać, a i one – jestem przekonany – gdybyśmy któregoś dnia wystartowali do nich z tym kwiatkiem, zareagowałyby podobnie jak na szklankę wody na głowę w śmigusa dyngusa. Czyli wrogo.
Nie znaczy to jednak, że kwestia walki płci, czy ogólnie losu kobiet, a tym bardziej wielkości kobiet jest mi w jakikolwiek obojętna. Mam na ten temat swoje osobiste przemyślenia i zawsze jestem chętny się nimi dzielić. Ponieważ nie ma żadnego powodu, żebym miał ten swój blog traktować jak oblężoną twierdzę, i w ten sposób lekceważyć uczucia i emocję tej części moich czytelników, które są mi obce, postanowiłem dzisiejszy mój wpis poświęcić jednemu tylko tematowi. Mianowicie kobietom. Proszę uprzejmie. Ponieważ – jak już wspomniałem niejednokrotnie – od wielu, wielu lat, każdy mój dzień wypełniony jest, często aż zanadto, towarzystwem kobiet, nie mam innego wyjścia jak nieustannie o kobietach myśleć. Na ten właśnie szczególny dzień, przygotowałem dwie niezwykle, moim zdaniem, interesujące refleksje. Pierwsza z nich dotyczy lata, wakacji, słońca i cudownych wiejskich klimatów. Otóż każdego roku, ja i dzieci jeździmy na wieś do mojej cioci. Ponieważ rodzina z tamtej strony jest bardzo duża, w naszym wiejskim, wakacyjnym domu jest nieustanny ruch i cudowny chaos. Jest przy tym też tak, że po męskiej stronie panuje nieprzytomne lenistwo, natomiast po stronie żeńskiej równie nieprzytomna bieganina. Jest więc też tak, że w piękne dni mężczyźni siedzą na werandzie, ględzą o wszystkim i o niczym, natomiast kobiety jeśli nie uganiają się za dziećmi, to szykują przez pół dnia obiad.
I o tym obiedzie chciałem parę słów tutaj. Siedzimy więc my, jak ci tępi, schamiali wieśniacy na ganku i pieprzymy trzy po trzy, a w kuchni kobiety obierają ziemniaki, skubią fasolę, kroją pomidory, cebulę, ogórki, jednocześnie – jak już wspomniałem – uganiając się za dziećmi, zmuszając je, żeby coś zjadły. Przychodzi pora obiadu i wtedy któraś z dziewczyn przynosi nam pod pysk żarcie. My to jedzenie zjadamy, po czym któraś z nich zabiera nam talerze i zanosi do kuchni i wtedy któraś inna z nich te nasze uświnione naczynia myje. I tak wygląda każdy dzień.
Ja w tej sytuacji, ponieważ zostałem przez Toyahową odpowiednio wyćwiczony, czuję się dość nieswojo. Niemniej jakoś się staram przystosować. Gorzej ze Starszą Toyahówną. Ona tych obyczajów po prostu nie akceptuje. Ile razy musi znosić uczestnictwo w tym procederze, złości się i nieustannie narzeka. I wcale nie chodzi jej o to, że ona musi obierać kartofle, a na przykład Toyah junior, albo ja zbijamy w tym czasie bąki. Nie. Szczerze powiedziawszy, ona tam w kuchni też nie za bardzo ma co do szukania, bo z jakiegoś powodu ile razy chce iść pomoc, to natychmiast zostaje przepędzona. Albo dlatego, że jest gościem, albo ponieważ któraś z miejscowych dziewcząt nagle uzna, że ona się nie nadaje. Toyahówna się piekli wyłącznie dlatego, że jej zdaniem cała ta sytuacja jest chora, niesprawiedliwa i bezwzględnie skandaliczna.
Nie zmienia to faktu, że kiedy ona i młodszy Toyah idą na zakupy, to kiedy wracają wszystko niesie on, bo ona w tym czasie je loda i ma zajęte ręce. Faktem też jest, że od rana do wieczora, każdy mężczyzna jaki się kręci po tym domu jest od rana do wieczora opieprzany za dokładnie wszystko i nie ma żadnych szans na normalną rozmowę, bo jak spróbuje, to będzie jeszcze gorzej. Mało tego – od czasu do czasu każdy z nich nagle dostaje jakieś ekstra zlecenie, które musi zrealizować natychmiast. A więc albo musi naprawić dach, albo coś przyczepić, albo coś wykosić, albo coś odkręcić, lub wykręcić, albo wsiąść w samochód i pojechać gdzieś natychmiast, żeby kogoś przywieźć, albo kogoś gdzieś zawieźć. W efekcie jest tak, że tak naprawdę wszyscy się jednocześnie męczą i jednocześnie są bardzo szczęśliwi, z wyjątkiem może mojej skromnej osoby i młodszej Toyahówny, którzy jesteśmy wyłącznie szczęśliwi. Ja mam dobrze, bo Toyahowa na ogół w tym czasie siedzi w Katowicach, więc nikt ode mnie nic nie chce, a moja młodsza córka też nie narzeka, bo ma wszystkich w nosie i w większości przypadków i tak niczym się nie przejmuje.
Oto moja pierwsza refleksja na temat losu kobiet we współczesnym świecie. Druga dotyczyć już będzie sytuacji o wiele bardziej cywilizowanych i świata o wiele nowocześniejszego, niż ta stara chałupa gdzieś daleko, gdzie Europa dociera tylko przez telewizor. Już jakiś czas temu zauważyłem bardzo interesujące zjawisko. Otóż ile razy widzę na ulicy chłopca i dziewczynę, tworzących tak zwaną parę, dziewczyna niemal za każdym razem jest wystrojona, umalowana, uczesana, wesoła, natomiast jej kawaler wygląda nieodmiennie jak ostatnie nieszczęście. Na tyłku ma najczęściej jakieś wyleniały dres, na łbie najstarszą na świecie czapkę z daszkiem, a na twarzy taką minę, że lepiej dla niego byłoby w ogóle nie wychodzić z domu. Co jeszcze ciekawsze, dziewczyna, nawet jeśli nie jest jakąś szczególną gwiazdą, w swój ogólny wygląd wkłada tyle zaangażowania, że zawsze wygląda jak kobieta. Odwrotnie jej chłopak. On, raz że robi wrażenie jakby wygląd się zupełnie nie liczył, to jeszcze całym swoim zachowaniem, wręcz całą swoja obecnością udowadnia, że nawet za bardzo nie jest mężczyzną. A już na pewno nie kimś, kto potrafi tej dziewczynie zapewnić podstawową opiekę.
Zawsze się zastanawiałem, dlaczego tak to się poukładało. Kiedy chodziłem do szkoły, dziewczyny wyglądały ładnie, zachowywały się jak dziewczyny i wiadomo było, ze jeśli któryś z nas chce mieć w ogóle szanse na to, że któraś z nich zwróci na niego uwagę, to też musi prezentować podstawową staranność, a już na pewno nie powinien cuchnąć. Dręczyła mnie ta zagadka do czasu, gdy w pewnym momencie uświadomiłem sobie, że ten dziwny kształt jest bardzo dokładnym odzwierciedleniem stanu, który obowiązuje w świecie, że tak powiem, oficjalnym. Nagle zdałem sobie sprawę z faktu, że choćby w telewizji nie ma absolutnie żadnych zasad co do prezencji występujących tam mężczyzn. Odbywa się jakaś debata i przychodzi zwykły menel – nieogolony, w rozchełstanej koszuli, z tłustymi włosami – i nagle okazuje się, ze to jest jakiś poważny dziennikarz, czy ekspert od ważnych spraw. Oglądam telewizyjny program, gdzie przy stole siedzi kilku bardzo ważnych panów i jeden z nich jest ewidentnie niedomyty, drugi obrzydliwie gruby, trzeci w stroju którego na ogół używa do pracy w garażu i żadnemu z nich nie przyjdzie do głowy, że przed chwilą wyszedł z domu i znalazł się wśród ludzi. Dlaczego mnie ta sytuacja tak wzrusza? Z prostego powodu. Raz że w ogóle nie lubię tego typu tandety, a dwa, że w takich sytuacjach zawsze myślę o kobietach. Otóż nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby jakakolwiek z dam, czy to dziennikarka, czy to polityk, czy to feministka, czy działaczka Samoobrony, czy w ogóle ktokolwiek, wykazała się tego typu brakiem świadomości, prawdopodobnie nie zostałaby wpuszczona do studia. Jestem pewien, że gdyby którakolwiek z pań, które oglądamy na co dzień na naszych telewizorach wyglądała tak jak Krzysztof Daukszewicz, Piotr Najsztub, Piotr Niemczyk, czy niektóre z moich ulubionych skądinąd gwaizd, kórych nazwisk tu nie wymienię (wszyscy wiedzą, a ja nie muszę przecież kalać własnego gniazda), to całe Szkło Kontaktowe zostałoby poświęcone najbardziej wymyślnemu szydzeniu z tej pani, a ludzie słaliby listy protestacyjne, że oni nie życzą sobie oglądać tego rodzaju obrzydlistwa.
Inna sprawa, że nie znam ani jednej kobiety, funkcjonującej publicznie, a prawdę powiedziawszy również niepublicznie, której by przyszło do głowy, żeby przed wyjściem z domu gdziekolwiek, nie popatrzeć choć przez moment w lustro. Przecież nawet posłanka Senyszyn wygląda tak jak wyglada nie dlatego, że jej na niczym nie zależy, lecz wręcz przeciwnie. Kolejna jednak sprawa jest taka, że obawiam się, że te wszystkie menele też patrzą w lustro. Tyle że oni patrzą w to lustro i myślą sobie; „Jest okay. Nie ruszać. Tak ma być”. I zupełnie niechcąco tworzą nowy styl i nową modę. I choćby przez ten swój grzech zasłużyli na niniejszy tekst.
Jaki więc jest morał z tej zupełnie niecodziennej, specjalnej dedykacji, którą przygotowałem specjalnie dla Was, które zaglądacie na mój blog? Chyba taki, że jakkolwiek nie patrzeć, to Wy zawsze jesteście o setki kilometrów do przodu. To Wy, wbrew wszystkim codziennym perypetiom, pozostajecie sobą. Silnymi, eleganckimi, zawsze na czasie kobietami. Niestety przy okazji, okazuje się, że tę poprzeczkę ustawiłyście zbyt wysoko, co szczególnie dla tych bardzo młodych nie tworzy zbyt ciekawej perspektywy.
Tak czy siak, z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet, wszystkiego najlepszego!

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...