Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katarzyna Bratkowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katarzyna Bratkowska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 grudnia 2013

O przedświątecznej fryzurze ojca Grzegorza Kramera

Zabierając się za pisanie tekstu o Katarzynie Bratkowskiej, kobiecie, która ogłosiła, że zamorduje swoje dziecko, że, aby było zabawniej, zrobi to w Wigilię Bożego Narodzenia, no i że zrobi to tak, by nikt jej nie był w stanie niczego udowodnić, miałem prawdziwy dylemat. Z jednej strony, wiedziałem, że muszę zwrócić uwagę na fakt, że wystąpienie Bratkowskiej to nędzna prowokacja, która właściwie nie warta jest choćby splunięcia, a z drugiej, bałem się, że poza mną i może paroma szczególnie zaczadzonymi tak zwanymi „obrońcami życia poczętego”, na ten występ nikt nie zwrócił uwagi, a ja tylko się niepotrzebnie wychylę.
Tymczasem wystarczy choćby rzucić okiem na Salon24, by wiedzieć, że w tym świętym okresie nie ma praktycznie tematu, który byłby w stanie konkurować z Bratkowską. Nawet Coryllus, człowiek, który wręcz demonstracyjnie unika angażowania się w problemy pozorne, napisał tekst o Bratkowskiej, i nawet to, że on, jako nieomal jedyny z komentujących, zwrócił uwagę na fakt, że ta wigilijna aborcja, to jedynie bezczelna wrzutka Systemu, w dodatku wrzutka z jakąś biedną narkomanką w roli głównej, nie zmienia faktu, że Bratkowska zdecydowanie wygrywa.
Nie byłoby jeszcze tak źle, gdyby większość komentarzy oscylowała wokół przedstawionej na moim, czy Coryllusa blogu, diagnozy, niestety, z tego, co się zdążyłem zorientować, ogromna ich większość ogranicza się albo do potępiania Bratkowskiej, jako przedstawicielki najdzikszego genderyzmu, albo do wznoszenia modlitw za życie tego dziecka, a jej nawrócenie.
I to uważam za prawdziwe nieszczęście. Zbliża się Święto Niepodległości, „Gazeta Wyborcza” ogłasza, że dla Polski zabory okazały się cywilizacyjnym zbawieniem; dobrzy ludzie przygotowują się do tego, by wspominać masakrę w Kopalni Wujek, ta sama „Wyborcza” przeprowadza wywiad z jakimś komunistycznym generałem; przed nami rocznica sowieckiej agresji na Polskę – możemy być pewni, że oni zrobią wszystko, żeby zająć naszą uwagę jakimś skandalem. A teraz ta Bratkowska, jako niezapowiedziany gość przy wigilijnym stole. Co za rozpacz!
Dziś mój kolega Lemming przysłał mi link do bloga nieznanego mi krakowskiego jezuity, nazwiskiem Grzegorz Kramer, na którym uznał on za stosowne zamieścić swój list do Bratkowskiej, skromnie zatytułowany „Do Pani Katarzyny Bratkowskiej”, zaczynający się od słów „Pani Katarzyno! Proszę Panią, jako mężczyzna – niech Pani nie zabija swojego Dziecka”, a kończący się deklaracją, że jeśli ona zechce jednak urodzić to dziecko, on zrzuci habit i je adoptuje.
Otóż ja już pomijam kuriozalność tej oferty. W końcu, jak on sobie dalszy rozwój wypadków wyobraża? Bratkowska, korzystając z krótkiej chwili przytomności, przyjmuje deklarację ojca Kramera, donosi swoją ciążę do przepisowego końca, następnie zostawia to dziecko w szpitalu z przyczepioną do nóżki karteczką „Dla Grzegorza Kramera” i podanym przez niego na blogu numerem telefonu, szpital dzwoni do Kramera, zawiadamia go, że czeka na niego przesyłka, a on wsiada w samochód i odbiera małego Kramera? Przepraszam za ten złośliwie-ironiczny ton, ale mam nadzieję, że wszyscy rozumiemy, że ojciec Kramer nie dał mi zbyt dużego pola manewru.
Jednak nie oto chodzi. Prawdziwy problem nie jest ani w tym, że ów świątobliwy mąż najzwyczajniej w świecie bredzi, ani też w tym, że on bredzi, bo chciał się najnormalniej w świecie podlansować, tyle że mu nie wyszło, ale w tym, że on najwyraźniej jest głęboko przekonany, że ta Bratkowska jest bytem całkowicie autonomicznym i że to, co ona będzie jeszcze prawdopodobnie przez dwa dni powtarzała, to coś, na co ona ma choćby podstawowy wpływ. Mogę się mylić, ale, kiedy czytam list ojca Kramera do Bratkowskiej, nie mogę przestać myśleć, że – choć oczywiście, jak już wspomniałem, wykorzystuje całe zdarzenie wyłącznie do tego, by się nieco podlansować – on wierzy, że Bratkowska jest faktycznie w ciąży i chce dokonać aborcji. A to już jest zmartwienie bardzo poważne.
Ojciec Kramer w pewnym momencie swojego listu pisze „jestem księdzem, od przeszło pięciu lat mam to szczęście ‘słuchać spowiedzi’, to znaczy, że przez cały ten czas mam okazję być świadkiem Bożej Miłości i Miłosierdzia”. I, powiem szczerze, że to oświadczenie robi na mnie wrażenie z jednego względu. Otóż ja jestem głęboko przekonany, że księża – i to księża wszyscy, niezależnie od osobistych niedostatków – właśnie przez to, że spowiadają, i w ten sposób właśnie, jak nikt inny, są nie tylko wiarygodnymi świadkami Bożej Miłości i Miłosierdzia, są też pierwszymi świadkami ludzkiego upadku i zawsze go wyprzedzającego kłamstwa. I oto nagle przed jednym z nich pojawia się jakaś półprzytomna oszustka, w sposób ewidentny nasłana przez ludzi od niej nieskończenie ważniejszych i cwanych, a on ją gotów jest utulić do swojego ojcowskiego serca. Ja rozumiem, że z konfesjonału nie widać za bardzo twarzy, więc ten element mógł ojcu Kramerowi umknąć, no ale przecież on widział zdjęcie Bratkowskiej, widział jej oczy, zamieścił je nawet na swoim blogu. I co? To wciąż za mało? Gdybym był bardziej cyniczny, to bym się pewnie zastanowił, czy ten Kramer to też nie jest jakaś prowokacja.
Pora kończyć. Powiem więc już tylko na koniec, że, bez względu na to, co zrobimy i co powiemy, tegoroczne Święta już i tak mamy z głowy. Oni już je nam zorganizowali, a my nie mamy już żadnego ruchu. List ojca Grzegorza Kramera to sprawa, o ile się nie mylę bardzo świeża, więc jest bardzo możliwe, że do naszego wigilijnego stołu będzie trzeba dostawić dwa, a nie jeden talerz. Dla niej, ale też i dla niego. Ewentualnie możemy faktycznie jeszcze spróbować się pomodlić. Tylko, broń Boże, za nią. Za nas. Już tylko za nas.

Do końca roku księgarnia Coryllusa, gdzie normalnie można kupować książki jego i moje, będzie zamknięta. W związku z okołoświąteczną gorączką, Gabriel najzwyczajniej w świecie nie dał rady utrzymać tego szaleńczego tempa. Ponieważ u mnie panuje jako taki spokój, jeśli ktoś ma ochotę na którąkolwiek z moich książek z podpisem, plus ewentualnie zapis video całego występu o Szatanie, bardzo proszę się zgłaszać na adres toyah@toyah.pl. Jeśli jednak komuś z jakiegoś powodu na książkach nie zależy, bardzo proszę nas wspierać pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 21 grudnia 2013

O przedświątecznej fryzurze Katarzyny Bratkowskiej

Jak się dowiadujemy, w tych oto dniach telewizja Polsat zaprosiła do siebie gowinowskiego posła Żalka, któremu do towarzystwa dodano córkę Stefana Bratkowskiego, Katarzynę, i poproszono ich, żeby się trochę poawanturowali w sprawie aborcji. Bratkowska nie kazała nikomu długo czekać, wystrzeliła z najcięższego działa i ogłosiła, że ona podczas najbliższej Wigilii zamorduje swoje poczęte dziecko, a gdyby ktoś pytał, dlaczego akurat wtedy, odpowiedziała, że jej zdaniem tak właśnie będzie weselej.
Ponieważ Polsatu nie oglądam, na portal Frondy nie wchodzę, a kiedy widzę nazwisko Terlikowski, skromnie odwracam wzrok, nie wiem, czy sprawa spotkała się z – jak się domyślam – starannie zamierzonym odzewem, jednego natomiast jestem pewien: jeśli on nastąpił, był dokładnie taki, jaki być miał. W końcu, nie po to się wyciąga jakąś Bratkowską, i każe się jej wygłaszać takie teksty, jak wyżej, żeby z tego nie powstało jakieś poważniejsze zło.
W czym rzecz? Pisałem o tym już wiele miesięcy temu, a dziś myślę, że nie zaszkodzi ów tekst przypomnieć. Otóż problem aborcji już praktycznie nie istnieje. I to nie istnieje wcale nie dlatego, że świat uznał życie poczęte za wartość, a ludzie się opamiętali i postanowili to życie konsekwentnie chronić, ale dlatego, że aborcja stała się sprawą niemal całkowicie prywatną. Oczywiście, wciąż ginekolodzy na całym świecie – jak choćby w Wielkiej Brytanii, Chinach, czy Rosji – bardzo chętnie świadczący swoje usługi kobietom, które albo się w odpowiednim momencie zagapiły, albo zbyt późno nabrały przekonania, że jednak dziecko im nie jest do niczego potrzebne, i zabijają dzieci na tyle już duże, że do wczesnego poronienia się zwyczajnie nie nadają, jednak zdecydowana większość tych zabójstw odbywa się, jak mówię, w domu, dyskretnie, bez niepotrzebnego zamieszania.
Mam kuzyna, który jest bardzo doświadczonym lekarzem-ginekologiem, jak również znanym obrońcą życia poczętego. I to on mnie jeszcze w zeszłym roku poinformował, że walka o prawny zakaz aborcji pozbawiona jest jakiegokolwiek sensu, ponieważ aborcja jako taka, w formie najbardziej rozpowszechnionej, a więc we wczesnej fazie, praktycznie nie jest już więcej stosowana. Jak się okazuje, dziś kobietom, które nie życzą sobie donosić ciąży, ginekolodzy, ale też zwykli interniści, powszechnie przepisują tabletki zwykle stosowane w chorobie wrzodowej. Metoda ta nie wiąże się z jakimkolwiek specjalnym wysiłkiem, koszt jej jest minimalny, a skuteczność niemal stuprocentowa – jeśli dwie tabletki nie wystarczą, należy tylko zażyć kolejne dwie – lekarze i pacjentki bardzo chętnie z niej korzystają. I to właśnie od mojego kuzyna uzyskałem tę informację, że przy stosowaniu tej metody, wywołanie sztucznego poronienia w okresie do trzeciego miesiąca ciąży nie sprawia jakichkolwiek kłopotów, a ponieważ zabiegi po tym terminie należą do rzadkości, aborcja w klasycznym sensie już się nie zdarza. A więc, nie ma o czym gadać.
Jak mówię, pisałem o tym już przed rokiem, a dziś tylko powtórzę coś, co uważam za kwestię tu kluczową:
Problem aborcji umarł śmiercią naturalną, w tym sensie, że świat zwyczajnie go przegonił. Przemysł farmaceutyczny okazał się bardziej sprawny niż cały ów przeklęty System”.
A zatem, jeśli dziś telewizja Polsat sadza naprzeciwko siebie posła Żelka i tę Bratkowską, zachęca ich, żeby dyskutowali na temat legalizacji – czy delegalizacji – aborcji, a Bratkowska zaczyna coś opowiadać o tym, że w Wigilię zażyje tabletkę przeciwko chorobie wrzodowej i w ten sposób zabije swoje dziecko, ta wiadomość jest równie interesująca, jak, dajmy na to, wydanie przez nią oświadczenia, że w Wigilię pójdzie do McDonalda, zeżre hamburgera, a następnie uda się za darmo do toalety i tam zrobi kupę. A to, że ona może publicznie takie rzeczy opowiadać, świadczy tyle o niej, co o telewizji Polsat, czy o samym Żalku, który zgadza się brać w tym udział.
Jak się dowiaduję, Żalek, wysłuchawszy deklaracji Bratkowskiej, zaapelował do niej, by ona jednak odkryła w sobie macierzyński instynkt i oszczędziła to dziecko. Kiedy to słyszę, żałuję, że ci nasi posłowie nie są ludźmi na tyle wybitnymi, by potrafić robić jakieś ekstra sztuczki poza robieniem min i udawaniem głosów. Na przykład rzygać na zawołanie. Weźmy tego Żalka i Bratkowską. Ona opowiada o tej swojej Wigilli, a on – hop! – i rzyga jej prosto na przedświąteczną fryzurkę. To by dopiero był pokaz siły i determinacji. Tymczasem on poszedł się modlić. Obawiam się, że jeszcze chwila, a Dobry Bóg się nami autentycznie zniecierpliwi.

Do końca roku księgarnia Coryllusa, gdzie normalnie można kupować książki jego i moje, będzie zamknięta. W związku z okołoświąteczną gorączką, Gabriel najzwyczajniej w świecie nie dał rady utrzymać tego szaleńczego tempa. Ponieważ u mnie panuje jako taki spokój, jeśli ktoś ma ochotę na którąkolwiek z moich książek z podpisem, plus ewentualnie zapis video całego występu o Szatanie, bardzo proszę się zgłaszać na adres toyah@toyah.pl. Jeśli jednak komuś z jakiegoś powodu na książkach nie zależy, bardzo proszę nas wspierać pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...