Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karol Antoniewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karol Antoniewicz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 kwietnia 2021

O dobrym księdzu i świętym poecie

 

Wczoraj przeleciała mi przez ucho informacja o księdzu, który opiekował się chorymi na cholerę i na cholerę solidarnie z nim umarł. W pierwszej chwili pomyślałem, że może chodzić o księdza Antoniewicza, o któ®ym tu już kiedyś było, ale okazało się, że ten akurat ksiądz miał inne nazwisko. Przypomniał mi się jednak ksiądz Antoniewicz i tamten tekst, więc pomyślałem, że nie jest to najgorszy moment, by go tu powtórzyć. A więc bardzo proszę.

 

 

 

       7 kilometrów na południowy-zachód od Wolsztyna, przy drodze Poznań-Nowa Sól znajduje się wioska o nazwie Obra. W wiosce znajduje się barokowy klasztor pocysterski, obecnie należący do Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, kiedyś dom dla miejscowych jezuitów. W klasztorze mieści się seminarium duchowne, oraz muzeum misyjne, a tuż obok wznosi się niezwykle piękny kościół pod wezwaniem św. Jakuba Apostoła, z równie pięknym osiemnastowiecznym obrazem "Wniebowzięcie", freskami, ołtarzami stallami, do których by wejść, należy najpierw zdeptać łeb Złemu. Kiedy obejrzymy to już wszystko, a być może weźmiemy udział w odprawionym specjalnie dla nas nabożeństwie, będziemy mogli zejść w podziemia kościoła i znajdziemy tam grobowiec z następującą inskrypcją:

Za wszystko dobro z bożej ręki wzięte,
za skarby wiary, za pociechy święte,
za trudy pracy i trudów owoce,
za chwile siły i długie niemoce,
za spokój walki, zdrowie i choroby,
za uśmiech szczęścia i za łzy żałoby,
i za krzyż ciężki na barki włożony,
niech będzie Jezus Chrystus pochwalony


A pod spodem podpis: O.K. Antoniewicz S.J.

      Ponieważ mija jesień, a z nią dzień 14 listopada, kiedy to, jak co roku, obchodziliśmy kolejną rocznicę śmierci Karola Antoniewicza, wydaje się, że nie zaszkodzi przypomnieć nam wszystkim historię życia tego świętego człowieka, a może jeszcze bardziej historię właśnie jego śmierci. Proszę posłuchać.

      Karol Bołoz Antoniewicz urodził się jako syn Józefa Antoniewicza w roku 1807 w od zawsze osiadłej w Polsce ormiańskiej rodzinie w miejscowości Skwarzawa pod Lwowem. Nauki w dzieciństwie pobierał pod kierunkiem nauczycieli prywatnych, a następnie rozpoczął studia prawniczych na Uniwersytecie Lwowskim. Dzięki swojej pracy i talentom, biegle władał pięcioma obcymi językami: niemieckim, francuskim, angielskim, włoskim i łaciną.

      Po ukończeniu studiów zdecydował się na wyprawę do Siedmiogrodu, gdzie mieszkała część jego rodziny, i gdzie pracował nad przygotowaniem historii Ormian. Pod koniec 1830 r. powrócił do Lwowa i podjął decyzję o wstąpieniu w szeregi powstańców listopadowych. Po upadku Powstania, poznał we Lwowie Zofię Antoniewicz, swoją kuzynkę, z którą po uzyskaniu dyspensy od samego Ojca Świętego, w toku 1833 r. wziął ślub, i z którą ostatecznie zamieszkał w rodzinnej Skwarzawie.

      Tam też przyszło na świat pięcioro dzieci Karola i Zofii, z których wszystkie nieszczęśliwie, jak się podejrzewa właśnie z powodu tego, że zostały poczęte ze związku kazirodczego, zmarły w wieku niemowlęcym. Przypuszcza się również, że ten właśnie ciąg nieszczęść ostatecznie zadecydował o dalszym życiu Antoniewicza.

      Otóż po śmierci ostatniego dziecka, biedna kobieta straciła zdrowie, i ostatecznie, w ostatnich dniach lipca 1839 roku, w szóstym roku ich małżeństwa, zmarła we Lwowie na gruźlicę. Po śmierci dzieci i małżonki Karol Antoniewicz postanowił zrealizować plany, które – jak sam wspominał po latach, a my nie mamy powodu, by mu nie wierzyć – snuł jeszcze z chorą żoną, że jeśli ona wyzdrowieje, ona wstąpi do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia, on zaś do Towarzystwa Jezusowego. A zatem, już w miesiąc po śmierci żony, Antoniewicz zlikwidował majątek i zwrócił się z prośbą o przyjęcie do nowicjatu.

      Bezpośrednio po uzyskaniu święceń, Antoniewicz podjął pracę kaznodziejską we Lwowie i w okolicy. Nauczał religii w szkołach jezuickich, a także w domach prywatnych. W lutym 1846 r. jak wiemy, na terenach ówczesnej Galicji wybuchło jedno z najbardziej okrutnych w historii Polski chłopskich powstań. W okręgach jasielskim, sanockim, tarnowskim, bocheńskim i sądeckim uzbrojeni chłopi napadali grupami na majątki i plebanie, paląc, grabiąc i mordując mieszkańców. Wielkie talenty kaznodziejskie ojca Antoniewicza, które szczególnie być może zaznaczyły się podczas rozpoczętej przez niego krucjaty przeciwko pijaństwu, sprawiły, że już po zakończeniu powstania trafił on do grupki księży, których na prośbę gubernatora Galicji, księcia Ferdynanda d’Este, prowincjał jezuitów, ojciec Jakub Pierling, wysłał w rejony porabacyjne, aby tam głosili Słowo Boże. Rejony, należy wspomnieć, najcięższe, bo obejmujące tereny podgórskie. Swoją misję ojciec Antoniewicz rozpoczął w trzecim dniu po Wielkanocy, czyli zaledwie kilka tygodni po okrucieństwach powstania, a zakończył w październiku. Wraz z towarzyszącym mu ks. Ignacym Skrockim głosił nauki w Brzanach, następnie w Bobowej, Bruśniku, Ciężkowicach, Lipnicy, Gromniku, Wilczyskach, Podolu, Rożnowie, Korzennej, Tropiu, Staniątkach, Brzeźnicy, Nagoszynie i Wiewiórce.

      W swoich „Wspomnieniach misyjnych” pisał ojciec Antoniewicz tak:

Niemałe to zadanie, lud rozhukany i rozpasany na wszelkie zbrodnie, nawrócić do Boga, poruszyć do żalu i skruchy, nakłonić do zwrócenia podług sił i możności szkód uczynionych, a to w czasie, gdy jeszcze krew przelana się kurzyła, gdy wszelka powaga kapłańska, wszelka powaga Boska i ludzka zniszczona. Potrzeba było stanąć na tej ziemi krwią zbroczonej, patrzeć na łzy, żyć między rozpaczą i zbrodnią, i z kazalnic znieważonych kościołów gromić zbrodnie, pocieszać smutek, uspokoić rozpacz, okazać w całej wielkości i potędze sąd sprawiedliwości i miłosierdzia Boskiego”.

      Nienawiść do księży była potężna i powszechna. Ci jednak, gdy nie wpuszczano ich do kościołów, głosili nauki w opuszczonych karczmach, budynkach gospodarczych, na cmentarzach. Misje zakończyły się sukcesem, skłaniając miejscową ludność do czasem bardzo spektakularnych aktów żalu i pokuty. Chłopi gremialnie przystępowali do spowiedzi, mordercy błagali o wybaczenie win, winni sami oddawali się w ręce urzędników prosząc o sprawiedliwą karę. Po zakończeniu misji, z inicjatywy ojca Antoniewicza i ówczesnego biskupa tarnowskiego, odbyła się wielka pielgrzymka ekspiacyjna chłopów na Jasną Górę.

      Kiedy w roku 1848 to rząd austriacki wydał rozporządzenie o likwidacji
klasztorów jezuickich w Galicji, ojciec Antoniewicz wyruszył do Krakowa, a potem dalej na zachód. W roku 1851 roku, w raz z sześcioma innymi jezuitami, rozpoczął głoszenie Słowa Bożego na Górnym Śląsku. Sukces owych misji był tak wielki, że w wielu miejscowościach na Śląsku wierni zaczęli stawiać krzyże misyjne – pierwsze krzyże misyjne w historii tego regionu – a wieść o grupce jezuitów obiegła całą Polskę. Wiosną 1852 roku, arcybiskup gnieźnieńsko-poznański, zaprosił wędrujących jezuitów na Wielkopolskę.

      Ojciec Antoniewicz rozpoczął misje w kwietniu, wygłaszając kazania i spowiadając w Krobi, Krzywiniu. Kościanie i Niechorowie. Jak podają świadectwa tych co widzieli, na jego nauki przybywało niekiedy do 20 tys. wiernych. I wtedy to właśnie, późnym latem roku 1852, Wielkopolskę nawiedziła wielka epidemia cholery, otwierając w ten sposób ostatni okres życia ojca Karola Antoniewicza.

      Władze nakazały natychmiast przerwać misje, i choć w istocie rzeczy zostały one przerwane, to ojciec Antoniewicz nie opuścił ogarniętych nieszczęściem terenów, często do końca towarzysząc biednym mieszkańcom tej części Wielkopolski. Oto jak czas ten opisywał proboszcz z Kościana:

We dnie i w nocy pracują w tutejszej parafii, już to zaraz z rana o godzinie czwartej jeżdżąc do chorych, już to przed i po południu w kościele nie opuszczają konfesjonałów, już to późno w noc,czasem o godzinie pierwszej po północy odwiedzają w mieście i po wsiach chorych na cholerę. Od 10 bm. wzywano pomocy duchowej do 24 chorych dziennie, a umiera od tego czasu do 15 osób dziennie”.

      A tu zachowane świadectwo pewnego chłopa z Kiełczewa:

Wy ani połowy tego nie wiecie, co on czynił. Otóż gdy jednego dnia 13 chorych na śmierć przygotował, przyszedł odpocząć do mojej chałupy. W rozmowie nadmieniłem, iż tu znajduje się jedna rodzina opuszczona, której zapewne ani lekarz, ani ksiądz nie odwiedzi, ponieważ znajduje się w chlewie. Ks. Antoniewicz natychmiast wstał i wyszedł. Drzwi do chlewika były tak niskie, że tylko zupełnie schylonym wejść można było do niego. W środku zastał męża i żonę, leżących na gnoju w ostatnim stopniu cholery. Obok siedziało dwoje skulonych dzieci. Ks. Antoniewicz zaczął zaraz spowiadać chorych. Ale gdy żadne z nich ze słabości nie mogło się podnieść, kładł się kolejno przy każdym z nich na gnoju, żeby ich spowiedzi wysłuchać i nie opuścił ich, aż wydali ostatnie tchnienie. Teraz wyprowadził z chlewa dwoje zanieczyszczonych i brudnych dzieci. Sam je umył przy studni i poprosił mnie, abym miał o nich staranie, póki się kto z krewnych nie znajdzie”.

      I wreszcie refleksja samego ojca Antoniewicza:

Wczoraj trzynaście pogrzebów, dziś już ośmiu zmarło do południa. Dzięki niechaj będą Bogu, ani jeden nie umarł niewydysponowany. Ludu pełno w kościele do spowiedzi, a nie ma komu spowiadać, bo zaledwie siądę do konfesjonału, już wołają do chorego. O! nie wiem, jak Bogu dziękować, że nam najniegodniejszym pozwolił tu pracować”.

      Pewnego dnia, ojciec Antoniewicz komunikował pewnego bardzo już osłabionego chorobą człowieka. Człowiek ów był tak słaby, ze nie był w stanie przyjąć komunii. Po parokrotnych, nieudanych próbach, hostia wypadła mu z ust, spadła na ziemię, a ojciec Antoniewicz, nie chcąc by doszło do skalania Świętego Ciała Chrystusa, sam ją przyjął i w efekcie tego gestu sam zapadł na cholerę.

      Mimo dramatycznie pogarszającego się stanu zdrowia, do samego końca pozostał aktywny. Prowadził misje w Poznaniu, przez krótki czas znów mieszkał w Krakowie, gdzie jednak władze nakazały mu natychmiastowe opuszczenie miasta. Decyzja ta zbiegła się z informacją, o przekazaniu jezuitom dawnego klasztoru cystersów w Obrze i o wyznaczeniu go na przełożonego wspólnoty. W dniu 4 listopada przybył ojciec Antoniewicz do Obry, gdzie jeszcze w niedzielę, 7 listopada, wygłosił w miejscowym kościele kazanie do licznie zgromadzonych wiernych. Jednak stan zdrowia nie pozwolił mu już na jakikolwiek dalszy wysiłek. Wreszcie, w dniu 14 listopada 1852 roku, w obecności kilku członków rodziny zakonnej, mając zaledwie 45 lat, zakończył swoje święte życie. Pochowany został w krypcie miejscowego, wspomnianego na początku obrzańskiego kościoła. W grobie złożyli go współbracia zakonni, gdyż żadna z osób świeckich nie znalazła w sobie na tyle odwagi, by zbliżyć się do zniszczonego chorobą ciała owego dobrego księdza.

      A więc, jeśli zdarzy się nam jechać z Poznania do Nowej Soli, i miniemy już Wolsztyn, spróbujmy zatrzymać się w wiosce o nazwie Obra, wstąpmy do miejscowego kościoła i nawiedźmy grób ojca Karola Antoniewicza, jezuity. Przeczytajmy ów wiersz na płycie grobowca, napisany jak najbardziej ręką tego który tam spoczywa. A jeśli będziemy mieli szczęście, może nam się uda trafić na grupkę małych wiejskich dzieci i usłyszeć jak pięknie śpiewają kościelną pieśń „Chwalcie łąki umajone”. Jego pieśń. Pewnego księdza i poety, i – jak to już zostało powiedziane – dobrego człowieka.



 

wtorek, 10 marca 2020

O Świętej Hostii w czasach zarazy


 Jeszcze w roku 2012, na prośbę ojca Antoniego Rachmajdy, dla redagowanego przez niego kwartalnika „Zeszyty Karmelitańskie” napisałem tekst o pewnym dramatycznie zapomnianym świętym jezuicie, księdzu Karolu Antoniewiczu, by w następnej kolejności, korzystając ze zbliżającej się Wigilii Bożego Narodzenia, opublikować go tu na blogu, no i ostatecznie, jako odpowiedni epilog dla moich 39 wypraw na dziewiąty krąg. Dziś natomiast myślę sobie, że histeria, jaką od pewnego czasu przeżywamy w związku z tak zwaną pandemią koronawirusa, stanowi wręcz znakomity powód, by tamten tekst tu wspomnieć. Owo obsesyjne wykupywanie masek ochronnych, zamykanie szkół, izolowanie coraz większej liczby ludzi oraz coraz szerszych grup społecznych od siebie, odwoływanie kolejnych masowych imprez, apele ministra zdrowia, by nie podchodzić bliżej niż na metr do kaszlących osób, oraz unoszący się nad tym wszystkim ów upiorny obraz z jednej strony służb medycznych w kosmicznych kombinezonach, a z drugiej przemykających ulicami ludzi, zasłaniających sobie twarze szalikami, kołnierzami, czy choćby dłońmi, w obawie przed zakażeniem, nie może nie przywołać postaci tamtego księdza. A zatem przywołujmy i życzmy sobie opamiętania.   

      7 kilometrów na południowy-zachód od Wolsztyna, przy drodze Poznań-Nowa Sól znajduje się wioska o nazwie Obra. W wiosce znajduje się barokowy klasztor pocysterski, obecnie należący do Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, kiedyś dom dla miejscowych jezuitów. W klasztorze mieści się seminarium duchowne, oraz muzeum misyjne, a tuż obok wznosi się niezwykle piękny kościół pod wezwaniem św. Jakuba Apostoła, z równie pięknym osiemnastowiecznym obrazem "Wniebowzięcie", freskami, ołtarzami stallami, do których by wejść, należy najpierw zdeptać łeb Złemu. Kiedy obejrzymy to już wszystko, a być może weźmiemy udział w odprawionym specjalnie dla nas nabożeństwie, będziemy mogli zejść w podziemia kościoła i znajdziemy tam grobowiec z następującą inskrypcją:

Za wszystko dobro z bożej ręki wzięte,
za skarby wiary, za pociechy święte,
za trudy pracy i trudów owoce,
za chwile siły i długie niemoce,
za spokój walki, zdrowie i choroby,
za uśmiech szczęścia i za łzy żałoby,
i za krzyż ciężki na barki włożony,
niech będzie Jezus Chrystus pochwalony


A pod spodem podpis: O.K. Antoniewicz S.J.
      Ponieważ mija jesień, a z nią dzień 14 listopada, kiedy to, jak co roku, obchodziliśmy kolejną rocznicę śmierci Karola Antoniewicza, wydaje się, że nie zaszkodzi przypomnieć nam wszystkim historię życia tego świętego człowieka, a może jeszcze bardziej historię właśnie jego śmierci. Proszę posłuchać.
      Karol Bołoz Antoniewicz urodził się jako syn Józefa Antoniewicza w roku 1807 w od zawsze osiadłej w Polsce ormiańskiej rodzinie w miejscowości Skwarzawa pod Lwowem. Nauki w dzieciństwie pobierał pod kierunkiem nauczycieli prywatnych, a następnie rozpoczął studia prawniczych na Uniwersytecie Lwowskim. Dzięki swojej pracy i talentom, biegle władał pięcioma obcymi językami: niemieckim, francuskim, angielskim, włoskim i łaciną.
      Po ukończeniu studiów zdecydował się na wyprawę do Siedmiogrodu, gdzie mieszkała część jego rodziny, i gdzie pracował nad przygotowaniem historii Ormian. Pod koniec 1830 r. powrócił do Lwowa i podjął decyzję o wstąpieniu w szeregi powstańców listopadowych. Po upadku Powstania, poznał we Lwowie Zofię Antoniewicz, swoją kuzynkę, z którą po uzyskaniu dyspensy od samego Ojca Świętego, w toku 1833 r. wziął ślub, i z którą ostatecznie zamieszkał w rodzinnej Skwarzawie.
      Tam też przyszło na świat pięcioro dzieci Karola i Zofii, z których wszystkie nieszczęśliwie, jak się podejrzewa właśnie z powodu tego, że zostały poczęte ze związku kazirodczego, zmarły w wieku niemowlęcym. Przypuszcza się również, że ten właśnie ciąg nieszczęść ostatecznie zadecydował o dalszym życiu Antoniewicza.
      Otóż po śmierci ostatniego dziecka, biedna kobieta straciła zdrowie, i ostatecznie, w ostatnich dniach lipca 1839 roku, w szóstym roku ich małżeństwa, zmarła we Lwowie na gruźlicę. Po śmierci dzieci i małżonki Karol Antoniewicz postanowił zrealizować plany, które – jak sam wspominał po latach, a my nie mamy powodu, by mu nie wierzyć – snuł jeszcze z chorą żoną, że jeśli ona wyzdrowieje, ona wstąpi do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia, on zaś do Towarzystwa Jezusowego. A zatem, już w miesiąc po śmierci żony, Antoniewicz zlikwidował majątek i zwrócił się z prośbą o przyjęcie do nowicjatu.
      Bezpośrednio po uzyskaniu święceń, Antoniewicz podjął pracę kaznodziejską we Lwowie i w okolicy. Nauczał religii w szkołach jezuickich, a także w domach prywatnych. W lutym 1846 r. jak wiemy, na terenach ówczesnej Galicji wybuchło jedno z najbardziej okrutnych w historii Polski chłopskich powstań. W okręgach jasielskim, sanockim, tarnowskim, bocheńskim i sądeckim uzbrojeni chłopi napadali grupami na majątki i plebanie, paląc, grabiąc i mordując mieszkańców. Wielkie talenty kaznodziejskie ojca Antoniewicza, które szczególnie być może zaznaczyły się podczas rozpoczętej przez niego krucjaty przeciwko pijaństwu, sprawiły, że już po zakończeniu powstania trafił on do grupki księży, których na prośbę gubernatora Galicji, księcia Ferdynanda d’Este, prowincjał jezuitów, ojciec Jakub Pierling, wysłał w rejony porabacyjne, aby tam głosili Słowo Boże. Rejony, należy wspomnieć, najcięższe, bo obejmujące tereny podgórskie. Swoją misję ojciec Antoniewicz rozpoczął w trzecim dniu po Wielkanocy, czyli zaledwie kilka tygodni po okrucieństwach powstania, a zakończył w październiku. Wraz z towarzyszącym mu ks. Ignacym Skrockim głosił nauki w Brzanach, następnie w Bobowej, Bruśniku, Ciężkowicach, Lipnicy, Gromniku, Wilczyskach, Podolu, Rożnowie, Korzennej, Tropiu, Staniątkach, Brzeźnicy, Nagoszynie i Wiewiórce.
      W swoich „Wspomnieniach misyjnych” pisał ojciec Antoniewicz tak:
Niemałe to zadanie, lud rozhukany i rozpasany na wszelkie zbrodnie, nawrócić do Boga, poruszyć do żalu i skruchy, nakłonić do zwrócenia podług sił i możności szkód uczynionych, a to w czasie, gdy jeszcze krew przelana się kurzyła, gdy wszelka powaga kapłańska, wszelka powaga Boska i ludzka zniszczona. Potrzeba było stanąć na tej ziemi krwią zbroczonej, patrzeć na łzy, żyć między rozpaczą i zbrodnią, i z kazalnic znieważonych kościołów gromić zbrodnie, pocieszać smutek, uspokoić rozpacz, okazać w całej wielkości i potędze sąd sprawiedliwości i miłosierdzia Boskiego”.
      Nienawiść do księży była potężna i powszechna. Ci jednak, gdy nie wpuszczano ich do kościołów, głosili nauki w opuszczonych karczmach, budynkach gospodarczych, na cmentarzach. Misje zakończyły się sukcesem, skłaniając miejscową ludność do czasem bardzo spektakularnych aktów żalu i pokuty. Chłopi gremialnie przystępowali do spowiedzi, mordercy błagali o wybaczenie win, winni sami oddawali się w ręce urzędników prosząc o sprawiedliwą karę. Po zakończeniu misji, z inicjatywy ojca Antoniewicza i ówczesnego biskupa tarnowskiego, odbyła się wielka pielgrzymka ekspiacyjna chłopów na Jasną Górę.
      Kiedy w roku 1848 to rząd austriacki wydał rozporządzenie o likwidacji
klasztorów jezuickich w Galicji, ojciec Antoniewicz wyruszył do Krakowa, a potem dalej na zachód. W roku 1851 roku, w raz z sześcioma innymi jezuitami, rozpoczął głoszenie Słowa Bożego na Górnym Śląsku. Sukces owych misji był tak wielki, że w wielu miejscowościach na Śląsku wierni zaczęli stawiać krzyże misyjne – pierwsze krzyże misyjne w historii tego regionu – a wieść o grupce jezuitów obiegła całą Polskę. Wiosną 1852 roku, arcybiskup gnieźnieńsko-poznański, zaprosił wędrujących jezuitów na Wielkopolskę.
      Ojciec Antoniewicz rozpoczął misje w kwietniu, wygłaszając kazania i spowiadając w Krobi, Krzywiniu, Kościanie i Niechorowie. Jak podają świadectwa tych co widzieli, na jego nauki przybywało niekiedy do 20 tys. wiernych. I wtedy to właśnie, późnym latem roku 1852, Wielkopolskę nawiedziła wielka epidemia cholery, otwierając w ten sposób ostatni okres życia ojca Karola Antoniewicza.
      Władze nakazały natychmiast przerwać misje, i choć w istocie rzeczy zostały one przerwane, to ojciec Antoniewicz nie opuścił ogarniętych nieszczęściem terenów, często do końca towarzysząc biednym mieszkańcom tej części Wielkopolski. Oto jak czas ten opisywał proboszcz z Kościana:
We dnie i w nocy pracują w tutejszej parafii, już to zaraz z rana o godzinie czwartej jeżdżąc do chorych, już to przed i po południu w kościele nie opuszczają konfesjonałów, już to późno w noc,czasem o godzinie pierwszej po północy odwiedzają w mieście i po wsiach chorych na cholerę. Od 10 bm. wzywano pomocy duchowej do 24 chorych dziennie, a umiera od tego czasu do 15 osób dziennie”.
      A tu zachowane świadectwo pewnego chłopa z Kiełczewa:
Wy ani połowy tego nie wiecie, co on czynił. Otóż gdy jednego dnia 13 chorych na śmierć przygotował, przyszedł odpocząć do mojej chałupy. W rozmowie nadmieniłem, iż tu znajduje się jedna rodzina opuszczona, której zapewne ani lekarz, ani ksiądz nie odwiedzi, ponieważ znajduje się w chlewie. Ks. Antoniewicz natychmiast wstał i wyszedł. Drzwi do chlewika były tak niskie, że tylko zupełnie schylonym wejść można było do niego. W środku zastał męża i żonę, leżących na gnoju w ostatnim stopniu cholery. Obok siedziało dwoje skulonych dzieci. Ks. Antoniewicz zaczął zaraz spowiadać chorych. Ale gdy żadne z nich ze słabości nie mogło się podnieść, kładł się kolejno przy każdym z nich na gnoju, żeby ich spowiedzi wysłuchać i nie opuścił ich, aż wydali ostatnie tchnienie. Teraz wyprowadził z chlewa dwoje zanieczyszczonych i brudnych dzieci. Sam je umył przy studni i poprosił mnie, abym miał o nich staranie, póki się kto z krewnych nie znajdzie”.
      I wreszcie refleksja samego ojca Antoniewicza:
Wczoraj trzynaście pogrzebów, dziś już ośmiu zmarło do południa. Dzięki niechaj będą Bogu, ani jeden nie umarł niewydysponowany. Ludu pełno w kościele do spowiedzi, a nie ma komu spowiadać, bo zaledwie siądę do konfesjonału, już wołają do chorego. O! nie wiem, jak Bogu dziękować, że nam najniegodniejszym pozwolił tu pracować”.
      Pewnego dnia, ojciec Antoniewicz komunikował pewnego bardzo już osłabionego chorobą człowieka. Człowiek ów był tak słaby, ze nie był w stanie przyjąć komunii. Po parokrotnych, nieudanych próbach, hostia wypadła mu z ust, spadła na ziemię, a ojciec Antoniewicz, nie chcąc by doszło do skalania Świętego Ciała Chrystusa, sam ją przyjął i w efekcie tego gestu sam zapadł na cholerę.
      Mimo dramatycznie pogarszającego się stanu zdrowia, do samego końca pozostał aktywny. Prowadził misje w Poznaniu, przez krótki czas znów mieszkał w Krakowie, gdzie jednak władze nakazały mu natychmiastowe opuszczenie miasta. Decyzja ta zbiegła się z informacją, o przekazaniu jezuitom dawnego klasztoru cystersów w Obrze i o wyznaczeniu go na przełożonego wspólnoty. W dniu 4 listopada przybył ojciec Antoniewicz do Obry, gdzie jeszcze w niedzielę, 7 listopada, wygłosił w miejscowym kościele kazanie do licznie zgromadzonych wiernych. Jednak stan zdrowia nie pozwolił mu już na jakikolwiek dalszy wysiłek. Wreszcie, w dniu 14 listopada 1852 roku, w obecności kilku członków rodziny zakonnej, mając zaledwie 45 lat, zakończył swoje święte życie. Pochowany został w krypcie miejscowego, wspomnianego na początku obrzańskiego kościoła. W grobie złożyli go współbracia zakonni, gdyż żadna z osób świeckich nie znalazła w sobie na tyle odwagi, by zbliżyć się do zniszczonego chorobą ciała owego dobrego księdza.
      A więc, jeśli zdarzy się nam jechać z Poznania do Nowej Soli i miniemy już Wolsztyn, spróbujmy zatrzymać się w wiosce o nazwie Obra, wstąpmy do miejscowego kościoła i nawiedźmy grób ojca Karola Antoniewicza, jezuity. Przeczytajmy ów wiersz na płycie grobowca, napisany jak najbardziej ręką tego który tam spoczywa. A jeśli będziemy mieli szczęście, może nam się uda trafić na grupkę małych wiejskich dzieci i usłyszeć jak pięknie śpiewają kościelną pieśń „Chwalcie łąki umajone”. Jego pieśń. Pewnego księdza i poety, i – jak to już zostało powiedziane – dobrego człowieka.



czwartek, 20 grudnia 2012

O dobrym księdzu i świętym poecie (opowieść wigilijna)

7 kilometrów na południowy-zachód od Wolsztyna, przy drodze Poznań-Nowa Sól znajduje się wioska o nazwie Obra. W wiosce znajduje się barokowy klasztor pocysterski, obecnie należący do Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, kiedyś dom dla miejscowych jezuitów. W klasztorze mieści się seminarium duchowne, oraz muzeum misyjne, a tuż obok wznosi się niezwykle piękny kościół pod wezwaniem św. Jakuba Apostoła, z równie pięknym osiemnastowiecznym obrazem "Wniebowzięcie", freskami, ołtarzami stallami, do których by wejść, należy najpierw zdeptać łeb Złemu. Kiedy obejrzymy to już wszystko, a być może weźmiemy udział w odprawionym specjalnie dla nas nabożeństwie, będziemy mogli zejść w podziemia kościoła i znajdziemy tam grobowiec z następującą inskrypcją:

Za wszystko dobro z bożej ręki wzięte,
za skarby wiary, za pociechy święte,
za trudy pracy i trudów owoce,
za chwile siły i długie niemoce,
za spokój walki, zdrowie i choroby,
za uśmiech szczęścia i za łzy żałoby,
i za krzyż ciężki na barki włożony,
niech będzie Jezus Chrystus pochwalony


A pod spodem podpis: O.K. Antoniewicz S.J.

Ponieważ mija jesień, a z nią dzień 14 listopada, kiedy to, jak co roku, obchodziliśmy kolejną rocznicę śmierci Karola Antoniewicza, wydaje się, że nie zaszkodzi przypomnieć nam wszystkim historię życia tego świętego człowieka, a może jeszcze bardziej historię właśnie jego śmierci. Proszę posłuchać.
Karol Bołoz Antoniewicz urodził się jako syn Józefa Antoniewicza w roku 1807 w od zawsze osiadłej w Polsce ormiańskiej rodzinie w miejscowości Skwarzawa pod Lwowem. Nauki w dzieciństwie pobierał pod kierunkiem nauczycieli prywatnych, a następnie rozpoczął studia prawniczych na Uniwersytecie Lwowskim. Dzięki swojej pracy i talentom, biegle władał pięcioma obcymi językami: niemieckim, francuskim, angielskim, włoskim i łaciną.
Po ukończeniu studiów zdecydował się na wyprawę do Siedmiogrodu, gdzie mieszkała część jego rodziny, i gdzie pracował nad przygotowaniem historii Ormian. Pod koniec 1830 r. powrócił do Lwowa i podjął decyzję o wstąpieniu w szeregi powstańców listopadowych. Po upadku Powstania, poznał we Lwowie Zofię Antoniewicz, swoją kuzynkę, z którą po uzyskaniu dyspensy od samego Ojca Świętego, w toku 1833 r. wziął ślub, i z którą ostatecznie zamieszkał w rodzinnej Skwarzawie.
Tam też przyszło na świat pięcioro dzieci Karola i Zofii, z których wszystkie nieszczęśliwie, jak się podejrzewa właśnie z powodu tego, że zostały poczęte ze związku kazirodczego, zmarły w wieku niemowlęcym. Przypuszcza się również, że ten właśnie ciąg nieszczęść ostatecznie zadecydował o dalszym życiu Antoniewicza.
Otóż po śmierci ostatniego dziecka, biedna kobieta straciła zdrowie, i ostatecznie, w ostatnich dniach lipca 1839 roku, w szóstym roku ich małżeństwa, zmarła we Lwowie na gruźlicę. Po śmierci dzieci i małżonki Karol Antoniewicz postanowił zrealizować plany, które – jak sam wspominał po latach, a my nie mamy powodu, by mu nie wierzyć – snuł jeszcze z chorą żoną, że jeśli ona wyzdrowieje, ona wstąpi do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia, on zaś do Towarzystwa Jezusowego. A zatem, już w miesiąc po śmierci żony, Antoniewicz zlikwidował majątek i zwrócił się z prośbą o przyjęcie do nowicjatu.
Bezpośrednio po uzyskaniu święceń, Antoniewicz podjął pracę kaznodziejską we Lwowie i w okolicy. Nauczał religii w szkołach jezuickich, a także w domach prywatnych. W lutym 1846 r. jak wiemy, na terenach ówczesnej Galicji wybuchło jedno z najbardziej okrutnych w historii Polski chłopskich powstań. W okręgach jasielskim, sanockim, tarnowskim, bocheńskim i sądeckim uzbrojeni chłopi napadali grupami na majątki i plebanie, paląc, grabiąc i mordując mieszkańców. Wielkie talenty kaznodziejskie ojca Antoniewicza, które szczególnie być może zaznaczyły się podczas rozpoczętej przez niego krucjaty przeciwko pijaństwu, sprawiły, że już po zakończeniu powstania trafił on do grupki księży, których na prośbę gubernatora Galicji, księcia Ferdynanda d’Este, prowincjał jezuitów, ojciec Jakub Pierling, wysłał w rejony porabacyjne, aby tam głosili Słowo Boże. Rejony, należy wspomnieć, najcięższe, bo obejmujące tereny podgórskie. Swoją misję ojciec Antoniewicz rozpoczął w trzecim dniu po Wielkanocy, czyli zaledwie kilka tygodni po okrucieństwach powstania, a zakończył w październiku. Wraz z towarzyszącym mu ks. Ignacym Skrockim głosił nauki w Brzanach, następnie w Bobowej, Bruśniku, Ciężkowicach, Lipnicy, Gromniku, Wilczyskach, Podolu, Rożnowie, Korzennej, Tropiu, Staniątkach, Brzeźnicy, Nagoszynie i Wiewiórce.
W swoich „Wspomnieniach misyjnych” pisał ojciec Antoniewicz tak:
Niemałe to zadanie, lud rozhukany i rozpasany na wszelkie zbrodnie, nawrócić do Boga, poruszyć do żalu i skruchy, nakłonić do zwrócenia podług sił i możności szkód uczynionych, a to w czasie, gdy jeszcze krew przelana się kurzyła, gdy wszelka powaga kapłańska, wszelka powaga Boska i ludzka zniszczona. Potrzeba było stanąć na tej ziemi krwią zbroczonej, patrzeć na łzy, żyć między rozpaczą i zbrodnią, i z kazalnic znieważonych kościołów gromić zbrodnie, pocieszać smutek, uspokoić rozpacz, okazać w całej wielkości i potędze sąd sprawiedliwości i miłosierdzia Boskiego”.
Nienawiść do księży była potężna i powszechna. Ci jednak, gdy nie wpuszczano ich do kościołów, głosili nauki w opuszczonych karczmach, budynkach gospodarczych, na cmentarzach. Misje zakończyły się sukcesem, skłaniając miejscową ludność do czasem bardzo spektakularnych aktów żalu i pokuty. Chłopi gremialnie przystępowali do spowiedzi, mordercy błagali o wybaczenie win, winni sami oddawali się w ręce urzędników prosząc o sprawiedliwą karę. Po zakończeniu misji, z inicjatywy ojca Antoniewicza i ówczesnego biskupa tarnowskiego, odbyła się wielka pielgrzymka ekspiacyjna chłopów na Jasną Górę.
Kiedy w roku 1848 to rząd austriacki wydał rozporządzenie o likwidacji
klasztorów jezuickich w Galicji, ojciec Antoniewicz wyruszył do Krakowa, a potem dalej na zachód. W roku 1851 roku, w raz z sześcioma innymi jezuitami, rozpoczął głoszenie Słowa Bożego na Górnym Śląsku. Sukces owych misji był tak wielki, że w wielu miejscowościach na Śląsku wierni zaczęli stawiać krzyże misyjne – pierwsze krzyże misyjne w historii tego regionu – a wieść o grupce jezuitów obiegła całą Polskę. Wiosną 1852 roku, arcybiskup gnieźnieńsko-poznański, zaprosił wędrujących jezuitów na Wielkopolskę.
Ojciec Antoniewicz rozpoczął misje w kwietniu, wygłaszając kazania i spowiadając w Krobi, Krzywiniu. Kościanie i Niechorowie. Jak podają świadectwa tych co widzieli, na jego nauki przybywało niekiedy do 20 tys. wiernych. I wtedy to właśnie, późnym latem roku 1852, Wielkopolskę nawiedziła wielka epidemia cholery, otwierając w ten sposób ostatni okres życia ojca Karola Antoniewicza.
Władze nakazały natychmiast przerwać misje, i choć w istocie rzeczy zostały one przerwane, to ojciec Antoniewicz nie opuścił ogarniętych nieszczęściem terenów, często do końca towarzysząc biednym mieszkańcom tej części Wielkopolski. Oto jak czas ten opisywał proboszcz z Kościana:
We dnie i w nocy pracują w tutejszej parafii, już to zaraz z rana o godzinie czwartej jeżdżąc do chorych, już to przed i po południu w kościele nie opuszczają konfesjonałów, już to późno w noc,czasem o godzinie pierwszej po północy odwiedzają w mieście i po wsiach chorych na cholerę. Od 10 bm. wzywano pomocy duchowej do 24 chorych dziennie, a umiera od tego czasu do 15 osób dziennie”.
A tu zachowane świadectwo pewnego chłopa z Kiełczewa:
Wy ani połowy tego nie wiecie, co on czynił. Otóż gdy jednego dnia 13 chorych na śmierć przygotował, przyszedł odpocząć do mojej chałupy. W rozmowie nadmieniłem, iż tu znajduje się jedna rodzina opuszczona, której zapewne ani lekarz, ani ksiądz nie odwiedzi, ponieważ znajduje się w chlewie. Ks. Antoniewicz natychmiast wstał i wyszedł. Drzwi do chlewika były tak niskie, że tylko zupełnie schylonym wejść można było do niego. W środku zastał męża i żonę, leżących na gnoju w ostatnim stopniu cholery. Obok siedziało dwoje skulonych dzieci. Ks. Antoniewicz zaczął zaraz spowiadać chorych. Ale gdy żadne z nich ze słabości nie mogło się podnieść, kładł się kolejno przy każdym z nich na gnoju, żeby ich spowiedzi wysłuchać i nie opuścił ich, aż wydali ostatnie tchnienie. Teraz wyprowadził z chlewa dwoje zanieczyszczonych i brudnych dzieci. Sam je umył przy studni i poprosił mnie, abym miał o nich staranie, póki się kto z krewnych nie znajdzie”.
I wreszcie refleksja samego ojca Antoniewicza:
Wczoraj trzynaście pogrzebów, dziś już ośmiu zmarło do południa. Dzięki niechaj będą Bogu, ani jeden nie umarł niewydysponowany. Ludu pełno w kościele do spowiedzi, a nie ma komu spowiadać, bo zaledwie siądę do konfesjonału, już wołają do chorego. O! nie wiem, jak Bogu dziękować, że nam najniegodniejszym pozwolił tu pracować”.
Pewnego dnia, ojciec Antoniewicz komunikował pewnego bardzo już osłabionego chorobą człowieka. Człowiek ów był tak słaby, ze nie był w stanie przyjąć komunii. Po parokrotnych, nieudanych próbach, hostia wypadła mu z ust, spadła na ziemię, a ojciec Antoniewicz, nie chcąc by doszło do skalania Świętego Ciała Chrystusa, sam ją przyjął i w efekcie tego gestu sam zapadł na cholerę.
Mimo dramatycznie pogarszającego się stanu zdrowia, do samego końca pozostał aktywny. Prowadził misje w Poznaniu, przez krótki czas znów mieszkał w Krakowie, gdzie jednak władze nakazały mu natychmiastowe opuszczenie miasta. Decyzja ta zbiegła się z informacją, o przekazaniu jezuitom dawnego klasztoru cystersów w Obrze i o wyznaczeniu go na przełożonego wspólnoty. W dniu 4 listopada przybył ojciec Antoniewicz do Obry, gdzie jeszcze w niedzielę, 7 listopada, wygłosił w miejscowym kościele kazanie do licznie zgromadzonych wiernych. Jednak stan zdrowia nie pozwolił mu już na jakikolwiek dalszy wysiłek. Wreszcie, w dniu 14 listopada 1852 roku, w obecności kilku członków rodziny zakonnej, mając zaledwie 45 lat, zakończył swoje święte życie. Pochowany został w krypcie miejscowego, wspomnianego na początku obrzańskiego kościoła. W grobie złożyli go współbracia zakonni, gdyż żadna z osób świeckich nie znalazła w sobie na tyle odwagi, by zbliżyć się do zniszczonego chorobą ciała owego dobrego księdza.
A więc, jeśli zdarzy się nam jechać z Poznania do Nowej Soli, i miniemy już Wolsztyn, spróbujmy zatrzymać się w wiosce o nazwie Obra, wstąpmy do miejscowego kościoła i nawiedźmy grób ojca Karola Antoniewicza, jezuity. Przeczytajmy ów wiersz na płycie grobowca, napisany jak najbardziej ręką tego który tam spoczywa. A jeśli będziemy mieli szczęście, może nam się uda trafić na grupkę małych wiejskich dzieci i usłyszeć jak pięknie śpiewają kościelną pieśń „Chwalcie łąki umajone”. Jego pieśń. Pewnego księdza i poety, i – jak to już zostało powiedziane – dobrego człowieka.

Powyższy tekst został napisany specjalnie dla "Zeszytów Karmelitańskich" ojca Antoniego Rachmajdy, i został opublikowany w ich najnowszym numerze. Do nabycia choćby w Empikach. Polecam.



niedziela, 2 września 2012

O nich świętych i o nas grzesznikach

Najpierw wczoraj wieczorem, no ale też troszeczkę i dziś, daję słowo, że planowałem napisać coś porządnego, by ten weekend minął nam jako tako. Stało się jednak tak, że ojciec Rachmajda już jakiś czas temu poprosił mnie, żebym przygotował dla „Zeszytów Karmelitańskich” tekst o księdzu Karolu Antoniewiczu, świętym jezuicie i poecie spod Lwowa, człowieku dziś niemal kompletnie zapomnianym zarówno przez ludzi jak i Kościół. No i kiedy pisałem ową historię jednego życia, ogarnęło mnie najpierw takie napięcie, a potem już taka pustka, że już wiem, że na razie nic z tego politykowania nie będzie.
Wydaje mi się, że wspominałem tu już kiedyś o księdzu Antoniewiczu. Na początku lata byłem w wizytą u naszego księdza Don Paddingtona, który wraz ze swoimi dziećmi zabrał mnie na parogodzinną szkolną wycieczkę do kościoła w Obrze, pokazał mi ten grobowiec i pokrótce opowiedział mi tę historię. Historię człowieka, który udzielał Komunii Świętej umierającemu na cholerę, i gdy owemu biedakowi hostia wypadła z ust i spadla na ziemię, ten ją podniósł i by ją uratować przed zbrudzeniem, sam ją przyjął, w następstwie czego zachorował i umarł.
Tak byłem poruszony tą opowieścią – poruszony na wszystkich możliwych jej piętrach – że wspólnie z ojcem Rachmajdą uznaliśmy za konieczne, opisać ją wraz z całym tym życiem i opublikować ją w „Zeszytach”. No i siedziałem wczoraj i dziś z postacią księdza Antoniewicza przed oczyma, i teraz jestem tu gdzie jestem. Myślę, że jesienią, jeszcze zanim w listopadzie będziemy obchodzić najpierw rocznicę urodzin, a chwilę później i śmierci, Karola Antoniewicza, ukażą się redagowane przez ojca Rachmajdę „Zeszyty”, i każdy kto będzie miał ochotę znajdzie okazję, by się z tym życiem i tym dziełem zapoznać. Póki co – bo, jak mówię, na nic innego dziś już nie mam siły – chciałbym przytoczyć świadectwo pewnego chłopa, który miał to szczęście by być naocznym świadkiem pracy misyjnej księdza Antoniewicza w owym tak tragicznym roku:
Wy ani połowy tego nie wiecie, co on czynił. Otóż gdy jednego dnia 13 chorych na śmierć przygotował, przyszedł odpocząć do mojej chałupy. W rozmowie nadmieniłem, iż tu znajduje się jedna rodzina opuszczona, której zapewne ani lekarz, ani ksiądz nie odwiedzi, ponieważ znajduje się w chlewie. Ks. Antoniewicz natychmiast wstał i wyszedł. Drzwi do chlewika były tak niskie, że tylko zupełnie schylonym wejść można było do niego. W środku zastał męża i żonę, leżących na gnoju w ostatnim stopniu cholery. Obok siedziało dwoje skulonych dzieci. Ks. Antoniewicz zaczął zaraz spowiadać chorych. Ale gdy żadne z nich ze słabości nie mogło się podnieść, kładł się kolejno przy każdym z nich na gnoju, żeby ich spowiedzi wysłuchać i nie opuścił ich, aż wydali ostatnie tchnienie. Teraz wyprowadził z chlewa dwoje zanieczyszczonych i brudnych dzieci. Sam je umył przy studni i poprosił mnie, abym miał o nich staranie, póki się kto z krewnych nie znajdzie”.
Ostatnio bardzo dużo dyskutujemy na temat kondycji naszego Kościoła. Wielu z nas już deklaruje, że skoro nasi kapłani tak demonstracyjnie wyrzekają się swoich obowiązków, to niech radzą sobie sami. Chciałbym więc wszystkich zapewnić, że Kościół zarówno dziś ma swoich bohaterów i świętych, jak i wtedy, w czasach księdza Antoniewicza, miał swoich zdrajców i grzeszników. Nie odwracajmy się więc od Niego. Nie bądźmy głupi. Ze względu choćby na tych pierwszych, do których, tak na marginesie – o czym jestem przekonany – każdemu z nas i tak jest znacznie dalej, niż do tych co ich tak przeklinamy.

Myślę, że do jutra dojdę do siebie i coś mądrego wymyślę. Idzie ciekawy tydzień. Wiele rzeczy się wyjaśni, jak idzie o szanse na kolejny rok. I na poziomie zawodowym i, że tak powiem, literackim. W najbliższy piątek, sobotę i niedzielę, w katowickim Spodku będą odbywały się targi książki, na których wraz z Coryllusem będziemy się udzielać. Już za tydzień, w następny poniedziałek, w Warszawie w klubie Ronina, również w duecie, z paroma jeszcze wybitnymi gośćmi, będziemy mieli spotkanie i dyskusję na tematy bardzo poważne. Jak idzie o finanse, jestem póki co na co najmniej zerze, a więc bardzo proszę o każdy możliwy gest. Dziękuję.

czwartek, 28 czerwca 2012

O poświęceniu, oddaniu i tryumfie prawdy

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze myśli rodzące się w głowie, a następnie wychodzące na świat spod języka Lecha Wałęsy, miały przynajmniej pozornie jakąś wartość, pojawiło się coś co nazwał on „ładowaniem akumulatorów”. Jeśli ktoś nie pamięta, chodziło o to, że ile razy Wałęsa miał się spotkać z Ojcem Świętym, mówił, że to mu dobrze robi, bo on w ten sposób ładuje swoje akumulatory, a więc że dla niego Papież to taka swego rodzaju ładowarka, po skorzystaniu z której Wałęsa będzie mógł ze zdwojoną energią wyciągać Polskę z postkomunistycznego dna. Dziś Jan Pawel II już nie żyje, a Wałęsa w międzyczasie pokazał, że, jak idzie o niego, żadne granice nie istnieją, więc on już działa bez żadnych akumulatorów, napędzany wyłącznie energią Kosmosu.
Problem „ładowania akumulatorów” jednak w jakiejś tam formie to tu to tam pozostał. Weźmy takiego Donalda Tuska. On ładuje swoje akumulatory, wypluwając z siebie swą wściekłość na piłkarskim boisku. Bronisław Komorowski czyni to, spędzając czas na zmianę to z panią Dziadzią, to z Tomaszem Nałęczem. Kuba Wojewódzki, upalając się do utraty świadomości, bloger Sowiniec – że już pozwolę sobie zejść na poziom najniższy – pisząc komentarze na blogu Marka Migalskiego. Jak idzie o mnie, ja swoje akumulatory ładuję regularnie, wyjeżdżając do Poznania i do pobliskiej Łomnicy, a więc, jak to osobiście lubię określać, na flaszkę z ojcem Rachmajdą i naszym księdzem Paddingtonem.
Tym razem mój pobyt w Wielkopolsce trwał aż trzy noce, z czego jednak – z uwagi na fakt, że ksiądz Paddington pije tylko w dzień – jedna była wyjątkowo krótka. Dwie kolejne jakkolwiek obfitowały w naprawdę wyjątkowe wydarzenia, i wcale nie koniecznie tylko dlatego, że Coryllus, który zechciał nam uprzejmie towarzyszyć, potrafi być nie mniej inspirujący niż najwybitniejszy ksiądz. Nie będę tu zajmował naszej wspólnej uwagi opowieściami o tych wspólnie spędzonych wyjątkowych chwilach, bo raz że nie wypada mi gorszyć maluczkich szczegółami na temat okultyzmu, czarowników, satanistów i zwykłych pedałów, bo o tym najlepiej sobie poczytać u źródeł, czyli w drugim tomie Baśni Coryllusa. Natomiast uważam, ze powinienem podzielić się refleksjami na temat wspomnianych wcześniej akumulatorów, jak już tylko idzie o moją – i niech się Robert Mazurek zadławi z głupiej satysfakcji – osobę.
Jeśli można, zanim przejdę do rzeczy, parę słów wyjaśnienia. U księdza Paddingtona byłem z wizytą czysto towarzyską. Głównym celem mojej obecnej wyprawy był jednak Poznań i zorganizowany przez ojca Rachmajdę benefis Coryllusa i Toyaha – dwóch prawdopodobnie najwybitniejszych dziś polskich blogerów. Troszkę na temat samego spotkania i towarzyszących mu wydarzeń okolicznych, takich jak cykl audycji dla Radia Emaus, czy naszego wspólnego wywiadu dla popularnego poznańskiego tygodnika ukazującego się pod nazwą „Przewodnik Katolicki”. Wbrew temu na co dotychczasowa treść niniejszej notki wskazuje, to wszystko nie jest głównym tematem i ideą, dla której ona powstała – o tym za chwilę – jednak z czysto kronikarskiego obowiązku muszę jeszcze ten akapit wypełnić pewną informacja. Otóż, wbrew temu co u siebie pisze Coryllus, na spotkanie z nami nie przyszło 50 osób, lecz znacznie więcej. To ja, być może przez moje nauczycielskie nawyki, miałem cały czas oko na salę i świetnie się orientowałem, ile tam jest ludzi, kto wchodzi, kto wychodzi, i jaka jest atmosfera. A zatem, na moje oko, było tam jakieś 80 osób, i przez cale spotkanie nie wyszedł – z wyjątkiem jednej osoby – nikt, i wszyscy siedzieli jak urzeczeni. Spotkanie było sukcesem bezdyskusyjnym, a ja – nie mając wcześniej na koncie tego typu doświadczeń – muszę powiedziec, że byłem autentycznie poruszony. Może jedynie sprzedaż nie poszła najlepiej, ale to w sposób oczywisty przez to, że do kupienia były aż trzy książki Coryllusa i dwie moje, a więc wydatek, jakby nie patrzeć, ogromny. Całość jednak została w Klasztorze, a więc tak czy inaczej mam nadzieję, że rozejdzie się w najbliższym czasie.
Ktoś powie, że głupie 80 osób – plus jeszcze ta nie najlepsza sprzedaż – to dowód na to, że to spotkanie wcale nie było zwycięstwem, lecz zwykłą szarą porażką. W tej sytuacji przypomnę coś, o czym wcześniej wspominał Coryllus. Plan oryginalny mianowicie był taki, że mieliśmy mieć dwa spotkania. Jedno u Karmelitów, a drugie w jakimś nieznanym mi bliżej poznańskim lokalu o prawicowo-konserwatywnej proweniencji. Okazało się jednak, że tamci państwo uznali, że spotkanie dwóch nikomu nieznanych blogerów nie gwarantuje jakiegokolwiek sukcesu, i postanowili oni w tym samym co my czasie zorganizować spotkanie ludzi z Teologii Politycznej ze znaną wszystkim gwiazdą nazwiskiem Dariusz Gawin (nie mylić z Gowinem). Z tego czego się dowiaduję dzisiaj wynika, że w tamtym spotkaniu uczestniczyło jakieś dwadzieścia osób. Co do tego, czy handlowano książkami, i jakie zanotowano wyniki, nie mam informacji.
A ja już mam tu tylko jedną refleksję. Kłamstwo nie popłaca. To co się liczy, to bezwzględna szczerość, prawdomówność i poświęcenie. Może poświęcenie najbardziej. Na wczorajszym spotkaniu pojawił się problem naszego stosunku do ludzi typu Semka, Ziemkiewicz, czy Karnowski. I ja spróbowałem się z niego wytłumaczyć w taki oto sposób. Jestem mianowicie pewien, że gdyby mnie się zdarzyło wziąć udział w spotkaniu z którymś z nich, i strzeliłoby mi do głowy podejść do niego i mu się wyżalić, on by mnie najzwyczajniej w świecie nie zrozumiał i, że się wyrażę potocznie, spuścił w swojej osobistej toalecie. Dlaczego? Dlatego, że on jest właśnie taki. I dokładnie takie jest jego zaangażowanie i jego solidarność i poświęcenie w owej solidarności demonstrowaniu. Za tą obojętnością stoi tylko to. Owa obojętność i będąca jej żywą konsekwencją nieszczerość. W pewnym punkcie spotkania podszedł do mnie bardzo już stary karmelita w swoim brązowym habicie. Jak się okazało był to niejaki ojciec Kasjan, od wielu już lat posługujący w syberyjskim mieście Usole, miejscu zsyłki św. Rafała Kalinowskiego. Jest to człowiek, o którym ojciec Rachmajda mówi, że kiedy on się pojawia na lotnisku w Moskwie, witany jest przez tych którzy na niego czekają, jak, nie przymierzając, David Beckham. A więc podszedł z książkami, które tam sprzedawaliśmy, zapytał, ile one kosztują, ja mu powiedziałem, on wyjął stary portfel, dał mi te pieniądze, książki zabrał i poszedł. Z tego co mówi ojciec Rachmajda wynika, że on te książki weźmie ze sobą na tę Syberię i tam je będzie sobie czytał. Cóż, proszę Państwa, więcej? No cóż?
Bo trzeba nam wiedzieć, że najważniejsze jest to, do kogo mówimy, komu jesteśmy potrzebni, i po co. Chodzi o to, że to czego nam wszystkim potrzeba, to jest właśnie szczerość, poświęcenie i oddanie. Bez tego nie ma nic. Do prawdy trzeba mieć szacunek. Prawda to nie towar. Dzień wcześniej, z księdzem Paddingtonem i grupką bardzo małych dzieci ze szkoły w której Paddington uczy, pojechaliśmy na krótką wycieczkę do miejscowości Obra. Celem tej wyprawy było zwiedzanie przepięknego pocysterskiego kompleksu, dziś służącego Oblatom jako Seminarium Duchowne. Kiedy już Obra przestała służyć Cystersom, a jeszcze nie przeszła w opiekę Ojców Oblatów, przez jakiś czas należała do Księży Jezuitów. Otóż w krypcie kościoła w Obrze znajduje się sarkofag pewnego jezuity nazwiskiem Karol Antoniewicz. Mam bardzo silne przypuszczenie, że niewielu z nas kiedykolwiek o tym człowieku słyszało. To już pewnie bardziej znamy napisane przez niego kościelne pieśni, takie jak „Chwalcie łąki umajone”, „O Maryjo, przyjm w ofierze”, czy „W krzyżu cierpienie”.
Kto chce, z pewnością, jeśli mocno poszuka, znajdzie na temat księdza Antoniewicza, wszystko co mu będzie potrzebne. Ja tu, za księdzem Paddingtonem, opowiem o nim bardzo krótko. Otóż Karol Antoniewicz urodził się w roku 1807 jako syn Ormian o nazwisku Nikorowicz z podlwowskiej Skwarzawy. Ukończył studia prawnicze, następnie walczył w Powstaniu Listopadowym, a po upadku Powstania ożenił się ze swoja kuzynką Zofią Nikorowicz, z którą miał pięcioro dzieci. Tak się nieszczęśliwie stało – kto wie, czy nie przez to, że w pewnym sensie pochodziły ze związku kazirodczego – że wszystkie te dzieci kolejno zmarły. Żona Antoniewicza popadła w szaleństwo, a następnie zmarła. Najpierw po śmierci śmierci dzieci, a następnie już po stracie żony, życie Antoniewicza nabrało nowego sensu. Swój dwór zmienił w szkolę i szpital dla dzieci chorych i opuszczonych, a następnie wstąpił do zakonu jezuitów. Był misjonarzem i kaznodzieją, zwalczał pijaństwo wśród chłopstwa i nieustannie prowadził działalność dobroczynną. W Obrze stworzył placówkę jezuicką, której został pierwszym przełożonym. Kiedy w okolicy wybuchła epidemia cholery, całe swoje życie poświecił na opiekę nad chorymi. Pewnego dnia poszedł z Komunią do umierającego. Niestety człowiek ten był już tak słaby, że nie był w stanie przyjąć hostii. Po wielu nieudanych próbach, hostia wypadła mu z ust, a ksiądz Antoniewicz, żeby ją ochronić przed skalaniem, sam ją przyjął. W następstwie czego zachorował i zmarł.
Taka to historia. Jakie z niej wynika przesłanie dla nas? Co ta akurat historia robi w tej właśnie, tak małej i tak byle jakiej notce? Robi mnóstwo różnych rzeczy i służy wielu różnym celom. Ale pokazuje przy tym pewien typ wrażliwości, pewien typ wzruszenia, który jednych zainteresuje, a innych co najwyżej rozbawi. A ja piszę z myślą o tych pierwszych.

Przepraszam, że na tak długo pozostawiłem ten blog z tym, może i ładnym, wpisem o Lady Godivie. Musiałem jednak dojść do siebie, a prędzej zamknę ten blog, niż zacznę tu coś publikować na odczepnego. Proszę więc być ze mną, kupować książki, wspierać nas pod podanym numerem konta. I jak mówię – nie odchodzić. Dziękuję.

Czekając na ruską brzozę

  Dziś już niemal 15 lat temu zamieściłem tu tekst zatytułowany „Józek, czyli Polska w budowie”, o pewnym moim znajomym, tak zwanym fachowc...