Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Maria Rokita. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Maria Rokita. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 czerwca 2022

Kogo się boi Jan Maria Rokita?

 

      Praktycznie od początku wojny na Ukrainie staram się, co wydaje się dość oczywiste, śledzić sposób w jaki przebieg zdarzeń oraz roztaczające się perspektywy komentują tzw. eksperci, w tym ci związanie ze służbami wywiadowczymi to tu to tam. Jednocześnie jednak, co też jak sądzę jest zrozumiałe, w stosunku do tych doniesień pozostaję z każdym dniem coraz bardziej zdystansowany. Czemu tak? Otóż odnoszę wrażenie, że mimo iż, owszem, z owych analiz można się czegoś dowiedzieć, to one często są tak niekonsekwentne i wzajemnie sprzeczne, że nie ma większego sensu wyciągać z nich poważniejszych wniosków. Oto dowiaduję się że służby wywiadowcze Stanów Zjednoczonych poinformowały, że Rosja rzuciła na front ostatnie już swoje siły i prawdopodobnie w ciągu najbliższych tygodni nastąpi ukraińska kontrofensywa, która bieg wojny kompletnie odmieni. Chwilę później okazuje się, że brytyjskie służby poinformowały, że Władimir Putin jest umierający w szpitalu i prawdopodobnie w najbliższym czasie na Kremlu nastąpi kluczowa dla przyszłości Europy zmiana. W następnej już chwili jednak okazuje się, że wedle analiz niemieckiego wywiadu, wojna może potrwać jeszcze wiele lat i będzie to wojna na wyniszczenie. I oto nagle inny ośrodek informuje, że Rosja jest gotowa przeprowadzić atak nuklearny na kraje wschodniej Europy i w tej sytuacji może dojść do III Wojny Światowej. A za wszystkimi tymi informacjami niezmiennie stoją jak najbardziej poważne wywiady jak najbardziej poważnych państw.  

      Jak mówię więc, od dawna już z docierających do mnie tego typu informacji staram się nie wyciągać radykalnych wniosków i jeśli mam być szczery, to równie dużym, czy może bardziej małym, zaufaniem darzę komentarze zwykłych telewizyjnych ekspertów w osobie takich czy innych choćby i  generałów, tu w Polsce, czy tam w stacji BBC, czy CNN – zwłaszcza gdy nie wiem, w jakim stopniu oni wszyscy mówią to co im leży na sercu, a w jakim to, co uzyskali mniej lub bardziej bezpośrednio od służb kremlowskich. I oto, proszę sobie wyobrazić, w tym całym informacyjnym chaosie odezwał się nie kto inny jak Jan Maria Rokita, czołowy polityczny komentator tygodnika „Sieci”. Pisałem niedawno o Rokicie w tonie jednoznacznie szyderczym, a to po tym jak ten, w odstępie zaledwie trzech tygodni, przedstawił zupełnie na poważnie dwie całkowicie sprzeczne ze sobą analizy, dotyczące perspektyw jakie w obliczu rosyjskiej agresji stoją przed Ukrainą. Tuż po wizycie prezydenta Bidena w Polsce, w dramatycznie pesymistycznym tonie, przedstawił Rokita opinię, że Ukraina przez Amerykę i Zachód została pozostawiona sama sobie, a wszystko co ewentualnie możemy obserwować to działania czysto pozorowane, o czym zresztą najlepiej świadczyła ponura mina prezydenta Dudy w wywiadzie dla TVN24, już po odjeździe Bidena. Nie minął miesiąc, jak Rokita zmienił swoje oceny o 180 stopni, z najwyższym entuzjazmem ogłaszając, że oto Ameryka nie dość że zaangażowała się po stronie Ukrainy, to jeszcze owo zaangażowanie robi wrażenie długofalowej strategii, której celem jest doprowadzenie do zniszczenia Rosji jaką znamy i przedefiniowanie układu sił w Europie i na świecie. Wyszydziłem więc odpowiednio Rokitę i jego analityczne talenty i tak naprawdę jedyne pytanie jakie mi na koniec zostało, to to, ile Karnowscy mu za idiotyzmy które on wypisuje płacą.

     I oto dziś, jak wspomniałem, Rokita zabrał głos ponownie, a ja już mam pytanie dodatkowe: czy to faktycznie ci dwaj mu płacą, czy może ktoś inny? W czym rzecz? Otóż stało się tak, że w najnowszym numerze tygodnika „Sieci” Rokita przedstawił trzystronicowy tekst zatytułowany „Na co liczy Zełenski?”, w którym jednoznacznie zasugerował, że do końca tego nie wiadomo, pomijając jedną rzecz oczywistą: na pewno nie na zwycięstwo Ukrainy, która w sposób oczywisty skazana jest na porażkę. Skąd Rokita ma tę informację? Czyżby tak mu wyszło z jego pracowitych przemyśleń? Ależ skąd. Przeczytał mianowicie Rokita w angielskim „The Independent” rzekomy raport brytyjskiego wywiadu i ruszył w te słowa:

„Jeśli kto jeszcze żywił jakieś złudzenia, to po wyciekłym (raczej celowo) raporcie brytyjskiego wywiadu powinien je porzucić. [...] Jego sens można streścić w pięciu punktach. Po pierwsze – od jakiegoś czasu na Ukrainie mamy do czynienia z ‘absolutną nierównowagą na polu bitwy i całkowitą dominacją wrogich samolotów w powietrzu’.  Po drugie – armii ukraińskiej skończyły się własne ciężkie pociski artyleryjskie, więc siła rażenia jej artylerii sięga 25 km, rosyjskiej zaś – 300 km. Ta przewaga rodzi skutki ‘katastrofalne’, wedle słów jednego z dowódców ukraińskich w Donbasie. Po trzecie – żołnierzy ukraińskich w niewoli rosyjskiej jest ok. 5,6 tys., a Moskali [to jest jedyna nomenklatura, jakiej Rokita, prawdopodobnie dla swoistego uwiarygodnienia się używa w stosunku do Rosjan] w niewoli ukraińskiej – 550. Jeśli się to wie, to się też łatwo rozumie, dlaczego praktycznie ustała wymiana jeńców w proporcjach 1:1, na co chętnie godzi się Moskwa, ale nie Kijów. Po czwarte – ‘poważnie demoralizujący wpływ’ na kondycję armii ukraińskiej wywiera rosnąca fala dezercji. Ten fakt z kolei współgra ze świeżo podanymi danymi polskiej Straży Granicznej, wedle których w Polsce schroniło się pół miliona Ukraińców w wieku poborowym. Wreszcie po piąte, jak formułuje to wywiad brytyjski – ‘oczywiste jest, że dotychczasowa wojna konwencjonalna nie może być przez Ukrainę wygrana’”.

       I to jest niemal wszystko z czym do nas dziś przyszedł Rokita. Cała reszta, a więc, jak mówię, bite trzy strony, to powtarzanie tego co powyżej własnymi słowami, ze szczególnym uwzględnieniem informacji podstawowej, że dalsza obrona Ukrainy nie ma najmniejszego sensu. Dwie jednak kwestie Rokita dodaje od siebie, a chodzi tu o dwa pytania, na które sam sobie zresztą udziela odpowiedzi. Pierwsze z nich, to to, czemu, skoro wojna już dziś jest przegrana, świat nadal wspiera Ukrainę i odpowiedź, że on to robi dlatego, by wojna trwała jak najdłużej, przez co być może uda się gospodarczo, politycznie i militarnie osłabić Rosję. Drugie pytanie, zawarte w tytule tego czegoś, czyli na co liczy Zełenski, broniąc przegranej sprawy. I tu proszę się łapać powietrza – otóż Zełeński, nawet gdyby chciał oddać Rosji to czego ona sobie życzy i ogłosić porażkę, to nie może, i tu cytat:

„Mimo to jest całkiem prawdopodobne, iż Zełenski, sam z siebie może być skłonny do porozumienia się z Rosją, jest jednak zakładnikiem  głębokiego narodowego patriotyzmu Ukraińców i naturalnej nienawiści do Moskali, która musiały obudzić znane rosyjskie okrucieństwa. Jeśli tak jest, to Zełenski faktycznie nie podpisze żadnej zgody na częściowy rozbiór Ukrainy, świadom że w takiej sytuacji zostanie odrzucony przez naród albo i zabity przez jakiegoś fundamentalistę narodowca”.

     A już tylko jestem ciekawy czy Państwo widzą to co widzę ja. Czy widzą Państwo, że to co nam dziś chce powiedzieć Jan Maria Rokita w tygodniku „Sieci” to przekaz nawet jeśli nie bezpośrednio inspirowany przez Kreml, to jest w nim zdecydowanie to wszystko, co dociera do nas z Kremla od początku wojny. Pisze Rokita, że on się opiera wyłącznie na tym co znalazła w „poważnej gazecie The Independent, pozbawionej skłonności do tabloidalnych sensacji”, niestety nie ma tam równie mocnego zapewnienia, że pozbawionej też skłonności do wsłuchiwania się w głos rosyjskiej agentury, która, o czym wie już dziś każde dziecko, jest wszędzie. No i nie ma tam jeszcze czegoś, co dla nas dziś może się okazać kwestią najważniejszą, a mianowicie odpowiedzi na pytanie, na co liczy Jan Maria Rokita, lub bardziej precyzyjnie, kim on tak naprawdę jest.



piątek, 29 kwietnia 2022

Czy Jan Maria Rokita to troll z powieści Dostojewskiego?

     Mój stosunek do Jana Marii Rokity determinowany jest przez jego jedną, bardzo dziś już zapomnianą, wypowiedź z czasów gdy pełnił on jeszcze funkcję szefa gabinetu Hanny Suchockiej, a celem systemu było – nie bójmy się tego słowa – zamordowanie Jarosława Kaczyńskiego, a najlepiej obu. Oto ledwo co upadł rząd Jana Olszewskiego, Porozumienie Centrum znalazło się w kompletnej politycznej izolacji i w momencie gdy Jarosław Kaczyński i związani z nim politycy próbowali zwrócić uwage świata na to co się w Polsce aktualnie od – że tak brzydko powiem – pierdala, ów Jan Maria Rokita publicznie ogłosił, że „Polskie Państwo użyje całej swojej siły by zniszczyć jego wrogów”. Możliwe, że on użył innych słów, ale sens był właśnie taki i stąd moje wyjątkowo zimne uczucia w stosunku do Jana Marii Rokity.

       To był ów pierwszy raz i nie były w stanie go przebić wszelkie kolejne wybryki tego dziwnego człowieka, zaczynając na pamiętnym adresie, w którym ów ogłosił, że dla opuszczającego szeregi PiS-u Antoniego Meżydły Paltforma Obywatelska gotowa jest postawić specjalny Łuk Triumfalny, może jeszcze bardziej pamiętne wrzaski: „Ratunku, Niemcy mnie biją!”, czy ostatni wybryk w postaci upozowania się na owego ruskiego mędrca z powieści Dostojewskiego i w owym anturażu cotygodniowego dzielenia się swoimi mądrościami w tygodniku „Sieci”.

       Jednak, przyznać muszę, że to właśnie felietony pisane przez Rokitę dla tygodnika braci Karnowskich sprawiły, że pomyślałem sobie, że ów ekspert, określany przez niektórych z jego znajomych mianem „piekielnie inteligentny”, chyba jednak wspiął się na wyższy poziom bałwaństwa. Oto parę tygodni temu, tuż po wizycie Joe Bidena w Polsce, we wspomnianym tygodniku Jan Maria Rokita przedstawił felieton, który zaczął w następujący sposób:

„Co w sensie strategicznej przyszłości państwa polskiego obiecuje nam Ameryka? To że odpuszcza wojnę z Rosją na terytorium Ukrainy po to, by być może w przyszłości stoczyć tę wojnę na terytorium Polski. Pewnie dlatego tak trudno mi pojąć ową erupcję polskiego samozadowolenia, które zdominowało klimat warszawskiej wizyty Joego [sic] Bidena”.

       Aby pokazać stan umysłu Rokity mógłbym właściwie zacytować cały jego tekst, w którym od początku do końca wyjaśnia nam jak to nie mamy co liczyć na Stany Zjednoczone – a przy okazji na resztę świata – bo Ukraina wobec rosyjskiej agresji pozostaje niemal całkowicie osamotniona, ale nie zrobię tego z dwóch powodów. Raz że jeszcze gdy czytałem tamten tekst, pomyślałem sobie że nie ma o czym gadać, gdy naprzeciwko siebie mamy jeszcze jednego ruskiego trolla, a dwa że zaledwie parę tygodni później, Rokita w sprawie rosyjskiej agresji na Ukraine zabrał właśnie głos po raz drugi i jak donoszą jego kumple z portalu wpolityce.pl napisał co następuje:

„Na naszych oczach zmienia się właśnie amerykański plan dla Ukrainy. Po raz pierwszy w swej historii Ukraina to dla Stanów Zjednoczonych obszar geopolityczny, na którym możliwe stało się militarne pokonanie Rosji przez Zachód oraz odepchnięcie jej daleko i na długo na wschód od granic NATO. To dlatego jadą teraz przez Polskę czołgi, transportery, ciężka artyleria, a za chwilę polecą być może także bojowe samoloty.

Warto pamiętać, że w kręgu politycznej amerykańskiej elity wojskowo-politycznej związanej z obozem demokratów, presja na zwiększenie zaangażowania militarnego USA na Ukrainie wywierana była niemal od chwili wybuchu wojny

Wyraźnie widać, iż w Waszyngtonie zaczyna być na serio traktowany scenariusz militarnego zwycięstwa nad Rosją osiągniętego rękami Ukraińców”.

      A zatem, jak widzimy, nie minęła więcej jak chwila, gdy Jan Maria Rokita uznał że chyba jednak Ukraina tej wojny nie przegra i postanowił się nagle pokazać nie dość jako „nasz człowiek”, to jeszcze ktoś kto niemal jako pierwszy informował nas, jak to jest z tą wojną i tą naszą Ukrainą.

      Dziś już nawet ślad nie pozostał po mądrościach typu:

„Dokładnie w chwili, gdy w ubiegłą sobotę samolot Josepha [sic!] Bidena startował z Okęcia w drodze powrotnej do Ameryki, prezydent Andrzej Duda udzielał wywiadu telewizji TVN24. Przykry i smutny był to wywiad. A jednoczesność ujęcia obu obrazów na przepołowionym ekranie telewizora tym silniej podkreślała, iż wywiad polskiego prezydenta jest w istocie celnym podsumowaniem całej podróży Bidena do Europa.

Z wyjątkową jak na polityka otwartością Duda konstatował całkowitą rozbieżność pomiędzy coraz bardziej nerowo zgłaszanymi prośbami Wołodymira Zelenskiego o pomoc i coraz bardziej stanowczą odmową ze strony Zachodu”.

      A ja się już tylko zastanawiam, ile temu cwaniakowi Karnowscy płacą za jego popisy. I sam sobie odpowiadam, że diabli wiedzą, jakie są tą pieniądze, ale z całą pewnością większe niż on swego czasu dostawał za szczucie na Polskę. W końcu z punktu widzenia interesów globalnych, wojna na Ukrainie to coś znacznie poważniejeszego niż próba zamordowania Jarosława Kaczyńskiego.



wtorek, 31 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 10

Będziemy musieli zrobić sobie przerwę w tych listach. Nie przez to, że owa powtarzalność tematu mnie już nuży, ani tym bardziej przez to, że bardzo mi zależy, by skupiać uwagę czytelników na sobie. Chodzi o to, że tego jest znacznie więcej, niż początkowo przypuszczałem i zwyczajnie się boję, że jeśli tak pociągniemy jeszcze parę tygodni, to niektórzy z nas w sposób zupełnie naturalny zaczną reagować na kolejne z nich zbyt krytycznie i mruczeć pod nosem, że „wczorajszy był lepszy”, lub że „dziś nie ma tam nic ciekawego”. A tego bym nie zniósł. A zatem, dziś jeszcze coś krótkiego, ale za to naprawdę wystrzałowego, jutro najświeższy felieton z „Warszawskiej Gazety”, potem refleksje z pobytu w Warszawie na targach, może jeszcze coś bieżącego, potem mamy dwa dni na targach w Bytomiu, więc będzie przerwa, a w poniedziałek Ona wróci. Cały czas zastanawiam się, czy jednak nie podjąć tematu Jej choroby. Rzecz w tym, że temat ten stanowi naprawdę znaczną część tej korespondencji i ja mam coraz silniejsze przekonanie, ze Ona tak dużo pisała na ten temat, licząc właśnie, że ponieważ jej akurat i za bardzo nie wypada, ale też nie ma dobrego sposobu, by z tym wychodzić publicznie, ten blog spełni to zadanie znakomicie. We wczorajszym liście w sprawie Seawolfa napisała wystarczająco jasno: „Nie ukrywam, że mam trudności by się z tym pogodzić i milczeć. A Seawolf umiał!” Ona się z tym, co Jej zrobili lekarze, nie godziła i milczeć nie chciała. I nie sądzę też, by chciała, żebym ja milczał. I bardzo by mi się nie podobała sytuacja, gdyby świat miał być już zawsze przekonany, że Ona umarła, bo się pochorowała. Dlatego, że tak prosto to się akurat nie odbyło. Ale jeszcze to przemyślę. Dziś list tuż sprzed wyborów roku 2011.

Dobry wieczór!
Może ma Pan rację, ja czuję się dość dziwnie, ponieważ wyjątkowo nie mam żadnych intuicji co do tych wyników. W 2005 r. wiedziałam, że PO nie wygra i próbowałam
sprowadzać na ziemię J.M. Rokitę, który w sobotę przedwyborczą przyjechał do mnie (do domu, świadkiem był mój mąż i Mama) mobilizować mnie do przyjazdu w poniedziałek do W-wy, bo niby On będzie kompletował rząd (serio!) i ja – pomimo nepotyzmu oraz niesubordynacji – niby mam w tym rządzie się znaleźć. Następnym razem, w 2007 r., na około tydzień przed wyborami wiedziałam, że PiS przegra. A dzisiaj „wiem, że nic nie wiem”. Polska znalazła się w bardzo niebezpiecznym położeniu. W tej kilkuwymiarowej przestrzeni wynik wyborów jest tylko jedną współrzędną.
Co do Pana wpisu – zobaczę co się da zrobić, na pewno przekażę jakąś informację. [Chodziło o przekazanie Jarosławowi Kaczyńskiemu informacji o notce z bloga, przyp. K.O.] Ale teraz koło historii jest tak rozpędzone, że zatrzyma się dopiero za około pół roku. A i to nie jest pewne.
Oczywiście, serdecznie współczuję z powodu wymuszonych kontaktów z uczonymi grafomanami.
Zawsze uważałam, ze zwykła grafomania jest drobną usterką natur prostych i sentymentalnych, natomiast grafomania utytułowana jest grzechem śmiertelnym. Oby dobry Pan Bóg myślał podobnie, jako że „Biada tym, którzy zwodzą maluczkich”.
Howgh,
Zyta Gilowska


Przypominam, że wszystkie moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zachęcam najszczerzej.

czwartek, 13 czerwca 2013

Rokita - ostateczna broń czerwonych

Wprawdzie wszystko wskazuje na to, że sprawa, którą od dwóch, czy może już trzech lat żyje cała Polska, a więc Jan Rokita i rzekoma ruina, do jakiej doprowadził go System, była od początku dmuchana, a to, że ona się w ogóle pojawiła, stanowiło zwykłą – którą to już z kolei – prowokację, której ani sensu, ani celu, najpewniej i tak nigdy do końca nie zrozumiemy, mimo to wydaje mi się, że nie zaszkodzi się troszeczkę nad tym wszystkim, na co pozwolono nam zerknąć, zastanowić.
Aby jednak jakoś te krótkie refleksje zacząć, warto chyba najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie, co z tego wszystkiego, co nam powiedziano, jest prawdą. Otóż prawdą jest z całą pewnością to, że Rokita swego czasu – w ramach zorganizowanej przez Platforme Obywatelską nagonkę na rząd Prawa i Sprawiedliwości – zarzucił Konradowi Kornatowskiemu współudział w mordzie sądowym, że Kornatowski go za to postawił przed sądem i sąd kazał Rokicie – chyba w całej najnowszej historii, tylko jemu w tak drastycznej wysokości – opublikować za własne pieniądze oświadczenia, w których Kornatowskiego przeprosi. To wydaje się być niepodważalne. Cała reszta natomiast, to już czysta zgadywanka. Czy Rokitę stać na te ogłoszenia, czy nie; czy on musi je publikować, czy mu je może po cichu już dawno darowano; czy wreszcie oni go w tym całym cyrku traktują, jako zwykłe popychadło, czy może coś tam dla niego ciekawego szykują?
I tu znów, jak się zdaje, jedno możemy stwierdzić na pewno: Jan Maria Rokita to ktoś, komu włos z głowy nie spadnie, a już z całą pewnością nie do czasu, gdy z jego aktywności System będzie czerpał korzyści. Nawet jeśli ten sąd faktycznie zażądał od niego tych absurdalnych pieniędzy, i od strony formalnej nic się tam nie zmieniło, to nawet jeśli jakiś komornik wybierze się do Rokity, żeby mu zabrać cokolwiek, to prędzej go zrzucą ze schodów nieznani sprawcy, niż on przekroczy próg jego domu, czy to w Krakowie, czy gdzie on teraz się bawi w tych Włoszech. Kto będzie zmieniał konia, który wygrywa?
Co nam zatem pozostaje? Tylko właściwie jedno. Z całą pewnością byłoby dobrze wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi? Po ciężką cholerę System rozkręcił całą tę historię, angażując w to całą scenę polityczną, każąc każdemu – dosłownie każdemu – politykowi, od jakichś durnych palikotowców i samego Leszka Millera z jednej strony, po Jarosława Kaczyńskiego z drugiej, deklarować finansową pomoc dla bezlitośnie pozbawionego przez ów System środków do życia Rokity?
Jak mówię, pewności pewnie nigdy mieć nie będziemy, natomiast ja uważam, że to, czego jesteśmy świadkami, to dalszy ciąg akcji odsuwania od władzy Platformy Obywatelskiej. To jest dokładnie to samo, co się działo na początku lat 2000, kiedy to nagle postanowiono zamknąć rozdział pod tytułem „Premier Leszek Miller” i otworzyć drogę do jak najszybszej wymiany władzy. Wtedy podobnie, nie było dnia, kiedy SLD nie traciło kolejnych procentów, a naród otrzymywał kolejne doniesienia na temat kolejnych skandali, afer i kompromitacji poszczególnych polityków rządzącej partii.
To samo mamy dziś. Każdy dzień przybliża nas do momentu, gdy już niemal każdy Polak, z wyjątkiem tych może tylko, których owa straszna choroba, którą nam w roku 2007 przyniósł Donald Tusk i jego ekipa, już tak zniszczyła, że oni pomrą w tym szaleństwie, będzie wiedział, że nic ich gorszego w życiu nie spotkało, jak te 8 lat, kiedy w Polsce rządziło PO. Mam bardzo silne wrażenie, że jeśli nagle wyciągnięto nam tego Rokitę, to tylko po to, by jeszcze paręset, czy parę tysięcy kolejnych obywateli pomyślało sobie, że ten Tusk to nie dość, że bałwan, to jeszcze skurwysyn bez serca.
A my? Cóż my? Stoimy tu i mamy naprawdę bardzo poważne zmartwienie. No bo jeśli faktycznie System szykuje tę zmianę, a na jej końcu – co wydaje się być oczywiste – znajduje się porażające wręcz zwycięstwo PiS-u, to ja bym chciał znać ich dalsze plany. Obawiam się jednak, że jedyne co nam pozostaje, to działać zgodnie z rozpisanym już scenariuszem, mieć oczy i uszy szeroko otwarte, no i trzymać się mocno foteli, bo już za ułamek chwili może zacząć tak trząść, że kto się odpowiednio nie przygotuje, spadnie na mordę tak boleśnie, że z tego zwyczajnie już nie wyjdzie.

Bardzo serdecznie dziękuję wszystkim, którzy w ostatnich dniach zechcieli wspomóc ten blog, czy to przez wpłaty na konto, czy przez Paypala. Bardzo proszę o nas nie zapominać. Dziękuję raz jeszcze.

sobota, 26 stycznia 2013

O dorzynaniu legendy

Możliwe, że zdarzenie, które chcę dziś opisać stanowi sensację tylko dla mnie, natomiast u czytelników tego bloga wywoła najwyżej wzruszenie ramion. Możliwe. Nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni. Ponieważ jednak ją stanowi, nie widzę powodu, dla którego nie miałbym parę słów na ten temat powiedzieć i tu, na blogu. A nuż ktoś uzna, że coś się jednak stało.
Proszę sobie wyobrazić, że dziś, podczas lekcji, którą miałem z pewnym miłym dzieckiem, przyszło mi do głowy, by puścić mu fragment zamieszczonego na youtubie filmu „Man from the South”, siadłem przed komputerem, włączyłem owego youtuba… i oczom moim pokazała się informacja, że TVN żąda ode mnie usunięcia z mojego konta trzech filmów, a do tego jednoznacznie brzmiąca informacja, że jeśli będę się opierał, oni zablokują mi dostęp do mojego komputera. Okay. Zrozumiałem.
Na dole wspomnianej informacji umieszczono guziczek z napisem „zgadzam się”, w który bardzo chętnie kliknąłem, na ekranie ukazał się animowany filmik, w sposób oczywisty skonstruowany tak, by zrozumiał go największy choćby dureń, i seria pytań, na które należało odpowiedzieć „tak”, lub „nie”. Kiedy już rozwiązałem ów test, pojawił się następny film i kolejna seria pytań, potem jeszcze jeden i jeszcze jeden zestaw pytań, i w końcu informacja, że youtube mi gratuluje ukończenia kursu, i od teraz mogę dalej korzystać z wszelkich przyjemności, jakie oferuje mi Internet i świat, który go stworzył.
Być może ktoś zapyta, w sprawie jakiego to materiału ITI się tak napięło. Otóż moim zdaniem poszło o materiał nie byle jaki. Tych dobrych ludzi do białej gorączki doprowadziło to, że ja, już niemal trzy lata temu, zechciałem na youtubie zamieścić wywiad, jakiego tuż po smoleńskiej katastrofie Jan Maria Rokita udzielił Bohdanowi Rymanowskiemu; wywiad, w którym Jan Maria Rokita zasugerował, że to co się stało stanowi początek wielkiej polskiej romantycznej legendy i nie ma takiej siły, która to jest w stanie zmienić. Mówię o wywiadzie, w którym Rokita ni stąd ni z owąd przyszedł i powiedział, że od tego sobotniego poranka, dnia 10 kwietnia 2010 roku, w polskiej historii nic nigdy już nie będzie takie samo. Mówię wreszcie o wywiadzie, który wtedy jeszcze, w kwietniu, został wyemitowany na żywo w TVN24, a następnie usunięty ze wszystkich dostępnych miejsc w Internecie, który następnie jakimś cudem został przez mnie gdzieś wypatrzony, przez jednego z moich zdolnych bardzo uczniów tak przygotowany, by mógł zostać umieszczony na youtubie, i któremu poświęciłem swój tekst na blogu i do którego zamieściłem tam odpowiedni link.
I oto dziś, owe trzy filmiki, które sobie spokojnie tam wisiały przez niemal trzy lata, zostały usunięte na żądanie właściciela, czyli ITI. I w tym momencie ta rozmowa już nie istnieje. Jest jakby jej nigdy nie było. Może tylko jeszcze sam Rokita ma je gdzieś zarejestrowane i zachowane w jego prywatnym archiwum, choć nie sądzę. Ja bym się tak naprawdę nawet nie zdziwił, gdyby się okazało, że on tej swojej niezwykłej wypowiedzi nawet już nie pamięta.
Pozostaje więc tylko ten blog i tamten tekst, któremu kiedyś towarzyszył link do tego filmu – kiedyś jeszcze jak najbardziej aktywny, a dziś pusty i nikomu niepotrzebny, jeśli oczywiście nie liczyć tego znaku, jaki on już zawsze będzie wysyłał do każdego, który go znajdzie: http://www.youtube.com/watch?v=uXZSMEkE6Aw. Zostaje więc ten nasz blog i oczywiście chyba jednak kluczowe pytanie – co się takiego stało, że po tych trzech już prawie latach, do świadomości właścicieli ITI dotarło, że owa stara rozmowa, którą oni niemal natychmiast tak starannie ukryli, jednak żyła. Bardzo chciałbym wiedzieć, jak oni nagle na ów ślad wpadli, czy ktoś im na niego zwrócił uwagę, a jeśli tak, to kto? Chciałbym go zobaczyć i spojrzeć mu w oczy. Choćby tylko po to, by zobaczyć ich kolor.
Na razie jednak mamy tamten tekst. Przypomnijmy go więc sobie.

Nie mam najmniejszego pojęcia, jak będzie wyglądała Polska za parę miesięcy. W jaki sposób to co się stało 10 kwietnia wpłynie na nasz los i los naszego kraju? Czy ten dzień stał się dla nas ostateczną klęską, czy może, dzięki bożej łasce, otworzył nam drzwi do czegoś nowego i lepszego? Towarzyszy mi oczywiście nadzieja, którą – od czasu, gdy zła ręka dokonała owego aktu zniszczenia – wyrażałem tu wielokrotnie, że ta cena wprawdzie była wielka, ale w paradoksalny sposób to myśmy sami ją dla siebie ustalili i że właśnie dlatego nie mogła być ona niższa. To myśmy prosili o taką ofiarę. Ale właśnie dlatego, ta ofiara musi przynieść coś naprawdę dobrego. Więc mam dziś nadzieję na większe dobro.
Nie wiem, co stanie się teraz. Nie wiem ani tego, kto w nadchodzących wyborach zostanie kandydatem, jak to ktoś ładnie określił, wszystkich zwykłych Polaków, ani tym bardziej tego, czy ta kandydatura zdoła pokonać to zło, które się mobilizuje w sposób bezprecedensowy, wygra dla nas i dla Polski dobrą przyszłość. Nie wiem, czy to Jarosław Kaczyński poprowadzi nas do tego nowego etapu, czy może już ktoś inny, bardziej w tym momencie skuteczny. Nie wiem dziś prawie nic. Ale widziałem niedawno Jarosława Kaczyńskiego i wierzę – co też już miałem okazję podkreślić – że on wie. I że to nie on teraz się boi, ale że źli ludzie boją się jego. I boją się jak nigdy pewnie dotąd. I wiem, że tak jest dobrze.
Wiem tez jeszcze coś, o czym miałem okazję rozmawiać wczoraj z pewnym bliskim moim przyjacielem, a dziś z moim synem i o czym cały czas myślę. Że mianowicie to co się stało, to wielkie nieszczęście, pozostanie już zawsze w naszej polskiej świadomości, w naszej historii i w naszej pamięci, legendą i mitem. A właścicielem tej legendy i tego mitu będą ci, dla których Polska nie była nigdy sposobem na robienie brudnych interesów, lecz ci którzy ją kochali i jej służyli. Przez najbliższe lata, a może i dziesiątki lat, a może już i zawsze, naszą najbardziej patriotyczną tradycję, będzie symbolizowało to nieszczęście 10 kwietnia, to wszędzie już obecne hasło „Katyń 2010”, i wreszcie postać człowieka, którego miłość do Polski, odwaga i determinacja stały się pierwszą i jedyną pewnie przyczyną tego co się musiało stać. Pierwszą i pewnie jedyną przyczyną tej ofiary. Ta legenda będzie już zawsze miała postać Lecha Kaczyńskiego. Bo, wbrew temu, co powiedział niedawno pewien obłąkany staruszek, samoloty nie spadają co chwilę, a jak już spadną, świat nie kiwa głową i nie wraca do codziennych zajęć.
Bardzo pięknie o tym opowiadał jeszcze przed pogrzebem na Wawelu Jan Maria Rokita, w telewizyjnym wywiadzie, najpierw okrutnie ocenzurowanym, a potem skazanym na zapomnienie. Przez ostatnie dni, starałem się bardzo zdobyć to nagranie i je tu udostępnić w całości. Bo wierzę, że – co by o nim nie myśleć i czego mu z przeszłości nie pamiętać – w tej bardzo starannie przemyślanej i przygotowanej wypowiedzi, powiedział on coś, co daje nadzieję właśnie na to, że ta pamięć będzie już zawsze z nami i nie ma takiej siły, która by była w stanie ją zniszczyć. Że ona będzie funkcjonowała w naszej historii i patriotycznej świadomości co najmniej tak mocno, jak w świadomości Amerykanów do dziś funkcjonuje choćby śmierć prezydenta Kennedy’ego, czy zamach na WTC z 11 września. I że ten mit i ta legenda – jeszcze raz to podkreślmy – będzie naturalnie własnością całej Polski, ale zwłaszcza jednak Polski wiernej i patriotycznej. I to będzie własność bezcenna.
Proszę sobie posłuchać tego, co powiedział Jan Maria Rokita. Wierzę, że w dobrym odruchu dania dobrego świadectwa. Nie ze względu na niego, ale właśnie ze względu na to świadectwo, którego akurat nikt inny – tak się jakoś złożyło – nie potrafił tak dobrze przekazać.

Przypominam, że w najbliższy poniedziałek w Klubie Ronina odbędzie się spotkanie z autorem zarówno tego bloga, jak i książki o dolarach, markach, bananach i pewnym biustonoszu. Z tego co słyszę, wstęp do tego klubu jest tylko dla członków, ale może uda się coś z organizatorami wytargować. Poza tym, przed faktycznym spotkaniem, trzech niepokornych komediantów będzie tradycyjnie dostarczało rozrywki na tematy bieżące, a ja będę pewnie stał na zewnątrz i spędzał czas na bardziej towarzysko budujących zajęciach. A zatem – mimo wszystko zapraszam. Przy okazji, proszę tradycyjnie o wspieranie tego bloga w każdy możliwy sposób, również przez bezpośrednie wsparcia na podany obok numer konta. Dziękuję.

niedziela, 11 lipca 2010

O legendzie która nie powstała



Jak sobie może niektórzy z nas przypominają, po smoleńskiej katastrofie raz jeden odezwał się Jan Maria Rokita. Został zaproszony przez Bogdana Rymanowskiego do programu i przedstawił wypowiedź, która z jednej strony stanowiła świadectwo o wymiarze nieporównywalnym z żadnym innym świadectwem tamtych dni, a z drugiej – jak wszystko na to wskazywało już wtedy, a dziś może wskazuje jeszcze dobitniej – pogrążyła go jako osobę publiczną ostatecznie. Występowi Rokity i jego słowom poświęciłem swój wpis, który uzupełniłem zapisem tej niezwykłej wypowiedzi i zamieściłem i w Salonie i tutaj. Kto pamięta tamte dni, pewnie też pamięta, jak bardzo trudno było wtedy natrafić na tę rozmowę. TVN – w drodze bezwstydnego wyjątku – akurat to wydanie rozmów Rymanowskiego ocenzurował, a i wszelkie inne miejsca, które zajmują się umieszczaniem tego typu zdarzeń w sieci, Rokitę i jego słowa zlekceważyły. Dzięki pomocy przyjaciół, udało nam się tę rozmowę odnaleźć i umieścić na youtubie. Dla tych co dziś i tych co będą tu jutro. Dziwne, ale ona tam wciąż jest. Naprawdę dziwne. Proszę sprawdzić. http://www.youtube.com/watch?v=uXZSMEkE6Aw
Od tamtych dni minęło już dużo czasu. A jeśli rozejrzymy się wokół siebie zobaczymy, że tego czasu upłynęło jeszcze więcej, niż by się wydawało. Nie ma ani Prezydenta, ani nawet za bardzo pamięci po nim. Jest lato, ludzie wyjeżdżają na wakacje i z nich wracają, straszny upał. Rosjanie odesłali żałobny strój dla Przemysława Gosiewskiego, a już nie oni, lecz nasi mówią, że i krzyż, który swego czasu postawiliśmy na Krakowskim Przedmieściu zostanie usunięty. No i nie ma Rokity. Szkoda. Chętnie dowiedziałbym się, co on ma nam do powiedzenia właśnie dziś. W tamtej rozmowie, która zrobiła tak wielkie wrażenie, zapowiedział nam Jan Maria, że wraz ze śmiercią Prezydenta narodziła się nowa, wielka romantyczna legenda o dobrym, kochającym swoją ojczyznę królu, którego ludzie tak nienawidzili, że ta nienawiść go zabiła. Ciekawy jestem, co by nam dziś powiedział Rokita. Chyba jednak nic z tego nie będzie.
Wszyscy znamy Rokitę. Wiemy, jaki on potrafił być mądry i bezmyślny i przebiegły i inteligentny i wygadany i cyniczny i nieuczciwy. Dziś kiedy wszystko wskazuje na to, że nad każdą z tych cech bardziej wyrosła właśnie jego uczciwość i autentyczne zaangażowanie, tym bardziej brakuje Rokity, który potrafiłby nam może coś właśnie dziś powiedzieć. Coś, z czego, jak w przypadku większości z jego gestów i wypowiedzi i tak by nic nie było, ale czego z pewnością warto by było posłuchać. Jak wszystkiego co mówił. Tak czy inaczej. Wygląda jednak na to, że już nie tym razem. Wygląda na to, że własnie wtedy, te kilka dni po katastrofie, Rokita ostatecznie wypadł.
Mówią nam, że nie należy się załamywać. Że to długa walka i że są chwile, kiedy najgorszą rzeczą jest uwierzyć, że będzie albo szybko i łatwo, albo w ogóle nic nie będzie. I ja to wiem. Wierzę i płonę. Ale myślę też dziś o Janie Marii Rokicie i jego wypowiedzi jeszcze z tamtych dni, kiedy czarny garnitur Przemysława Gosiewskiego i czarne buty i biała koszulka czekały spokojnie w Moskwie na jego pożegnanie i o tej legendzie, która wtedy wydawała się być tak bardzo oczywista i sensowna, a dziś jakby choć jeden ślad po niej nie został. I tylko słychać jak się w tym upale nawołują i naradzają nad najlepszym momentem, kiedy będzie można usunąć ten krzyż.
Ciekawy jestem, kiedy to zrobią. No i przede wszystkim, czy w dzień, czy w nocy. I czy, jak go będą stamtąd zabierać, to będzie przy tym choć jeden ksiądz, czy wyłącznie ludzie w niebieskich drelichach z jednej strony i grupa płaczących kobiet z drugiej. I zastanawiam się czy jest taki poziom zła, którego nawet nasz grzech i nasze grzeszne zaniedbania nie pokonają.

sobota, 19 kwietnia 2008

Rokita XXI, czyli jak paść na starcie

Ponieważ po umieszczeniu mojego poprzedniego wpisu o Rokicie i jego zdesperowanych kolegach ogarnęły mnie wyrzuty sumienia, postanowiłem wykonać parę “serdecznych”, jak by to ujął premier Tusk, gestów.
Przede wszystkim pomyślałem, że skoro już postanowiłem zająć się fenomenem portalu Polska XXI, zwykła intelektualna uczciwość wymaga, żeby oprócz telewizyjnego wysłuchania naszych bohaterów, zapoznać się z faktycznym owocem ruchu ich myśli, a mianowicie z tym, co ujrzymy po wkliknięciu w pasek przeglądarki: www.polskaxxi.pl.
Stało się. Strona jest przepiękna. A na stronie: Dutkiewicz, Ujazdowski, Rokita, Matyja i Karasiewicz (sic!)
I tu pierwsze zaskoczenie. Dotychczas uważałem, że Dutkiewicz, Ujazdowski, Rokita i Matyja, to tylko nazwiska symbole, a Polska XXI, to istna burza mózgów, nazwisk i uniesionych wielkością czół. A tymczasem okazuje się, że oprócz tych czworga, tylko ten biedny, smutny poseł Karasiewicz, którego jedynym życiowym wyczynem jest to, że podobno wymyślił go poseł Polaczek.
Ale, jak mówię, strona ładna, kolorowa, jak kto chce klikać, droga wolna.
Więc klikam w Rokitę. Czytam. “Kopiuj”, “wklej” i proszę uprzejmie:
Kochani, będzie tylko parę słów, bo musze niestety pędzić do pociągu do Warszawy (Choć nie lubię wyjeżdżać), umówiliśmy się bowiem z Ujazdowkim i Dutkiewiczem na późno wieczorną dyskusje z internautami najpierw na Onecie, a potem w TV u red. Pospieszalskiego. Napiszcie wieczór albo jutro, co o tych dyskusjach sądzicie. W każdym razie bardo są mi bliskie opinie takie jak te które na naszym blogu wygłosili ostatnio Lidia Blaszka, Artur Gołąbek, Jerzy Maciejowski czy Krzysztof Jagłowski. Potrzebujemy wśród ludzi o raczej konserwatywnych poglądach poważnej wymiany myśli jak kania dżdżu! W życiu publicznym rodzą się ciekawe plany i projekty tylko wtedy jak ludzie mają otwarta głowę , rozmawiają i traktują siebie i innych serio! Bo słowa i myśli nie służą tylko do salonowej zabawy. Jak kiedyś napisał Słonimski: Świat nie jest piłką futbolową, świat się podbija głowa, głową!!! Ja jestem pod dużym wpływem Hannah Arendt, która uważała, że istotą republiki jest właśnie to, że jest ona trenem dla bezinteresownej ekspresji tych, którzy się uważają za obywateli. Jak zaczynamy się słuchać nawzajem (nie jak posłowie, którzy przecież w ogóle nie słuchają tego co mówią do siebie), to właśnie czynimy pierwszy krok w stronę stawania się obywatelami. Z każdym, kto do mnie pisze podejmę rozmowę bo jest to korzyść także dla mnie. Niech się więc Parakalein tak nie irytuje, bo i na porządną debatę z nim nadchodzi już chwila. Odezwę się dłużej, jak wrócę do Krakowa jutro wieczorem. Cześć!
To nie fragment, to nie wycinek jakiejś znaczącej, poważnej refleksji. To całość wpisu J.M. Rokity na portalu Polska XXI.
W ostatnich dniach w Salonie, na temat Rokity pojawiły się najróżniejsze opinie, miłe i niemiłe. Wśród tych dobrych, dominowały dwie: Rokita jest inteligentny i oczytany.
A ja czytam Rokitę w dniach jego politycznego odrodzenia, jego ponownego intelektualnego debiutu, jego tryumfalnego powrotu do polskiej polityki i polskiego życia publicznego. Oto nadchodzi człowiek, który zasieje ziarno zdarzeń nowych i wielkich. Jan Maria Rokita – człowiek historia, człowiek symbol, człowiek znak.
I oto przed nami: "Kochani" i "Cześć”; a między tymi dwoma gejzerami najzwyklejszego obciachu, informacja, że Rokita się śpieszy na pociąg do Warszawy (niechętnie - a jakże!) i dalej to już tylko nawet nie bełkot, tylko senne snucie się po opłotkach najbardziej prymitywnej paplaniny, okraszonej tak nieprawdopodobnym niechlujstwem, że młodzież licealna, w wigilię matur, powinna jak najszybciej zerknąć do omawianego portalu, by trochę poćwiczyć.
Nie planowałem dziś nic już pisać. Wlazłem nieopatrznie na ten nieszczęsny portal i stało się. Trzeba więc jakoś zakończyć.
Niech więc będzie elegancko, grzecznie, uprzejmie.
Mili Państwo, z tego na 100% nic nie będzie.

piątek, 18 kwietnia 2008

Warto rozmawiać, warto obserwować, warto wiedzieć

Myślę, że Jan Pospieszalski, zapraszając przed kamery trzech panów z czegoś, co się nazywa chyba Polska XXI, osiągnął znacznie więcej niż się wcześniej mógł spodziewać on sam, i ktokolwiek inny.
Otóż, kiedy na ekranie telewizora pojawił się jednocześnie Rokita, poseł Ujazdowski i prezydent Dutkiewicz, cała zainteresowana programem Pospieszalskiego Polska mogła ujrzeć w jednej chwili, co to jest jałowość i nijakość w postaci najczystszej.
Ktokolwiek przez chwilę się zastanowił nad tym co widzi, mógł w jednej sekundzie, zanim ktokolwiek otworzył usta, zdać sobie sprawę z tego, jak wielkiego talentu i jakich zdolności wymaga bycie politykiem.
Chodzi mi o to, że, kiedy widzimy czy to Schetynę, czy Kaczyńskich, czy Pawlaka, Oleksego, czy nawet Olejniczaka lub Sierakowskiego, czujemy instynktownie, że przed nami stoi ktoś, kto po prostu się na tym wszystkim jakoś tam zna.
Możemy ich nienawidzić, możemy nimi gardzić, nie możemy jednak powiedzieć, że nie odnieśli sukcesu, i to najczęściej sukcesu nieprzypadkowego. Bo polityka, jak się zdaje, pod tym jednym względem nie różni się od pisarstwa, wyczynu sportowego, aktorstwa, czy piosenkarstwa. Tu też trzeba mieć czy to talent, czy jakiś spryt, czy też coś, co niektórzy nazywają iskrą bożą.
Wczoraj u Pospieszalskiego siedziało przed kamerą trzech panów, z których jeśli którykolwiek odniósł w życiu jakiś sukces, to być może tylko prezydent Wrocławia, który okazał się urzędnikiem bardziej kompetentnym, niż jego lokalni konkurenci.
Dodatkowo jeszcze, w odróżnieniu od swoich kolegów, Dutkiewicz się prawie nie odzywał i to też sprawiło, że ktoś mniej wymagający mógł pomyśleć, że on akurat coś tam może ukrywa.
Ktoś powie, że nie mam racji, ponieważ Dutkiewicz może za trzy lata zostać prezydentem kraju, a nie każdy przecież ma takie perspektywy. Otóż może nie każdy, ale jednak wielu. Przypomnę tylko i Cimoszewicza i Kuronia i prof. Strzembosza i nawet gen. Wileckiego. Kuroń zmarł, więc nie zdążył trafić do Demokratów. A gdzie reszta?
"Whatever happened to all the heroes, all the Shakespearoes...", że zacytuję klasyków. Tak na marginesie: oni sukces odnieśli, taki Tomasz Wołek powiedzmy – już nie.
Więc to by była kwestia Dutkiewicza.
Na Ujazdowskim nie ma co się na dłużej zatrzymywać i to wcale nie dlatego, że we wczorajszym występie u Pospieszalskiego utrzymywał, że to Reagan, jako pierwszy, korzystał z Internetu dla politycznej promocji, ani też dlatego, że pewnego byłego posła PiSu, którego nazwiska nikt poza nim samym nie zna, promował argumentem, że jest świetny, bo “bardzo młody”.
Ujazdowski się politycznie nie liczy, bo jest po prostu zaledwie jednym z ludzi o miłej powierzchowności, których spotykamy na ulicy codziennie, a jeśli są naszymi sąsiadami, to jest nam bardzo miło ich od czasu do czasu spotkać na schodach.
Powiedzmy, że to iż ludzie widzą w nim miłego człowieka, to sukces. Jednak, o ile się nie mylę, ta akurat zaleta nie stanowi kategorii politycznej.
Ciekawsza sprawa jest z Rokitą, bo Rokita nie ma nawet tego. Rokita przez wszystkie swoje lata obecności w polityce osiągnął jeden sukces; został mianowicie szefem URM-u u Suchockiej i zdążył przez ten niecały rok chyba zasłynąć jedną krótką kwestią: “Państwo użyje całej swojej siły, żeby zwalczyć antypaństwowe działania niektórych polityków”.
No i jeszcze ożenił się ze zdolną kobietą.
Niektórzy, w tym nawet red. Paliwoda w Salonie, utrzymują, że Rokita jest inteligentny. Przede wszystkim bycie inteligentnym jest tak samo kategorią polityczną, jak bycie miłym. Ja w końcu też jestem inteligentny, ale ani mi do głowy nie przyjdzie, żeby się z tym pchać do polityki i wykorzystywać, jako element promocji.
Umiem też pisać okrągłe zdania, ale to akurat też nie jest kwestia inteligencji, tylko tak jakoś jedne rzeczy człowiek umie, a innych nie.
Z tą rokitową inteligencją jednak, w moim najgłębszym przekonaniu, wcale też nie jest taka sprawa czysta. I znowu, wcale nie dlatego, że we wczorajszym programie Rokita stwierdził, że w Internecie nie ma chamstwa i brudu, bo jak on napisał tekst na swoim blogu, to dostał 125 komentarzy i 124 z nich było grzecznych i merytorycznych.
Również nie dlatego, że na pytanie, czy przypadkiem nie po to wyszedł z kuchni swojej żony, żeby pokazywać się jak dawniej w telewizji, odpowiedział, że absolutnie nie, bo on zrezygnował z występów w telewizji na dobre.
Rokita w moim odczuciu nie jest bardziej inteligentny od przeciętnego wykształconego Polaka, bo tej szczególnej inteligencji, przynajmniej od czasu, jak jest medialnie znany, po prostu nie wykazuje.
Inteligentny jest Zbigniew Boniek, inteligentna jest nawet Doda Elektroda, inteligentni są oczywiście red. Wildstein i red. Pospieszalski. Rokita nie.
Jedyne, co Rokita posiada to wyjątkowy talent do jednoczesnego budowania bardzo elokwentnie skonstruowanych zdań i robienia od 20 lat jednej i ciągle tej samej miny. A przez to robić wrażenie, że to co mówi, skrywa coś jeszcze, ale tylko on wie, co.
Nie rozumiem, jak można tego nie widzieć? Rokita się pokazuje, zaczyna gadać i pierwsza myśl, jaka przychodzi do głowy, to mu powiedzieć: “Idźże pan już stąd!”.
Żeby jeszcze mówił coś odkrywczego, lub świeżego. Tymczasem on, z tym swoim, nawet nie spojrzeniem, bo w jego spojrzeniu jest jeszcze mniej, niż w spojrzeniu Lecha Wałęsy, tylko przebiegłym wyrazem twarzy mówi, że dobrze by było, gdyby Trybunał Konstytucyjny oceniał etyczny wymiar ustaw.
Rozpisałem się o Rokicie, podczas gdy miało być o Pospieszalskim i trzech nieudanych politykach, a trzeba kończyć. Więc, żeby zamknąć te refleksje podziękuję raz jeszcze Pospieszalskiemu, że w sposób tak graficzny pokazał, że polityka to jednak sztuka i talent.
No i pogratuluję mojej koleżance i kolegom z Salonu. Byliście świetni pod każdym dosłownie względem.
Zupełnie jak The Stranglers.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...