Kiedy byłem jeszcze w wieku, który mi ułatwiał różnego rodzaju zabawy intelektualne, a w tym zdobywanie przeróżnego rodzaju wiedzy, również przez czytanie najróżniejszej literatury, czytałem też dużo na temat historii Anglii. Było to oczywiście, ze względu na rodzaj studiów jaki sobie wybrałem, przede wszystkim moim studenckim obowiązkiem, ale też przy okazji dużą przyjemnością. Muszę się pochwalić, że w pewnym momencie potrafiłem nawet wymienić z pamięci imiona wszystkich królów, włącznie z datami ich panowania. Dziś już, mówiąc brutalnie, gówno z tego wszystkiego pamiętam. Nie wiem, kto to był Edward, kto się nazwał Jerzy, jaki miał numer, a już zupełnie nie pamiętam, kiedy i kto mu ten numer przyczepił. Takie życie. Przykro mi bardzo, ale tak to jest. Taki jest ten mój grzech.
Ostatnio jednak, przy okazji takiej oto, że anonsowana jest publicznie, pod tradycyjnie idiotycznym polskim tytułem ‘Jak zostać królem’, premiera nowego brytyjskiego filmu ‘King’s Speech’, historia Anglii wróciła do naszego domu z nowym impetem. Pani Toyahowa, która jest osoba niezwykle intelektualnie aktywną, dostarczyła nam wszystkim odpowiednie materiały, resztę wyjaśniła osobiście, i teraz ja – jaką ten pasożyt – mogę wszystkim tym, którzy mają tu pewne luki, przypomnieć pewne fakty jeszcze sprzed II Wojny Światowej. Otóż król Jerzy V, mąż Marii, syn króla Edwarda VII i wnuk królowej Wiktorii, miał też dwóch synów – starszego Davida, młodszego Alberta. I tak się stało, że zgodnie ze świętą tradycją, ów straszy David, po śmierci króla wstąpił na tron. I wszystko byłoby jak należy, według tradycji i zasad, gdyby nie pewien problem.
Otóż jeszcze za swojego życia, król Jerzy zdawał sobie świetnie sprawę z tego, że jego starszy syn to baran, dziwkarz, a w dodatku niemiecki szpieg i kolaborant. Gryzł się tą wiedzą tak bardzo, że, jak donoszą źródła, zwykł był wciąż powtarzać, że jeśli David zostanie królem „zniszczy ten kraj w ciągu roku”. No ale, tradycja jest tradycją, więc po śmierci Jerzego, na tron wstąpił ten idiota i przyjął tytuł Edwarda VIII. Oficjalna wersja jest taka, że jeśli po niecałym roku, został zmuszony do abdykacji, było to spowodowane tym, że żył w związku z niejaką Simpson, dwukrotną rozwódką i kobietą rozpustną, i że prowadził kompromitujący go styl życia. Jednak są też opinie, że jego romans i rozpustna natura były tylko pretekstem. Prawdziwy powód, dla którego brytyjski rząd odmówił przyjęcia Simpson jako angielskiej królowej był taki, że Anglicy przede wszystkim nie chcieli, by ich królem był kumpel Ribbentropa, zdrajca i kolaborant. Kiedy więc premier Baldwin, przedstawił Edwardowi trzy opcje, a więc że albo zrezygnuje z małżeństwa z tą kurtyzaną, albo abdykuje, lub ewentualnie doprowadzi do dymisji rządu i kryzysu konstytucyjnego, dobrze wiedział, że on jest tak zakochany, że nie ma możliwości, by zaczął nagle normalnie myśleć. No i tak się szczęśliwie sprawy potoczyły, że pod koniec roku Edward abdykował, a po latach wyjechał z tą kobietą do Francji. Ponieważ, również szczęśliwie, był impotentem i nie miał dzieci, królem został jego młodszy brat i, jak dziś go oceniamy – był władcą wielkim.
Przypominam dziś tę historię z dwóch powodów. Przede wszystkim chciałem najlepiej jak tylko umiem pokazać, że nawet narody cywilizacyjnie znacznie od nas starsze i sprawdzone w boju, mają swoje chwile upadku. Chciałem podzielić się tu myślą, że jeśli Brytyjczycy musieli w swojej historii – i to przecież historii nie tak bardzo zamierzchłej i dzikiej – cierpieć tak poważny kryzys, nie ma powodu, by wpadać w przesadną rozpacz, jeśli i nam się coś cięższego i bardziej przykrego przytrafi. Oczywiście, brytyjska demokracja miała znacznie więcej od nas siły, by odpowiednio zareagować na zagrożenia. Państwo brytyjskie było wystarczająco silne, a i władza państwowa w rękach ludzi rozumiejących, czym jest odpowiedzialność za naród, a więc też było mu łatwiej pokonać chorobę nawet tak pozornie nie do pokonania, bo wynikającą wprost z tradycji. Oczywiście, my po wielu latach niewoli i chaosu, mamy znacznie trudniej. Ale jedno powinniśmy wiedzieć. Źle już bywało. I tam i tu i w wielu innych miejscach historii i świata.
A więc to jest pierwszy powód, bardziej, że tak powiem, pośredni. Bezpośrednią natomiast przyczyną, dla której postanowiłem dziś pisać o królu Edwardzie VIII i Brytyjczykach, jest taki, że wczoraj obejrzałem sobie telewizyjny występ prezydenta Bronisława Komorowskiego u Moniki Olejnik. I, wbrew pozorom, nie poszło o cały wywiad, ani o czysto ludzki całokształt tego co ten człowiek sobą przedstawia. Nie poszło ani o dziennikarski kunszt Moniki Olejnik, ani też nie poszło o to, że Komorowski, właściwie jak nigdy dotąd głośno i wyraźnie, pokazał, czyim jest prezydentem i na czyich usługach. To co mnie zainteresowało w tym jego wczorajszym wystąpieniu, to tylko jeden mały fragment jego wypowiedzi. Otóż, Bronisław Komorowski, zapytany przez Olejnik o swoją słynną wypowiedź odnośnie tego, że przyczyna katastrofy w Smoleńsku jest „boleśnie oczywista”, odparł, że dla niego prawda jest ważniejsza niż honor. Może nie powiedział tego aż tak bezpośrednio, ale użył tych dwóch słów – „prawda” i „honor”, i wyraził opinię, że nie może być tak, by honor stał ponad prawdą. Nie powiedział też jednak, że honor i prawda to jedno. Powiedział wyraźnie, że prawda od honoru jest ważniejsza, i że kto uważa inaczej jest szkodnikiem.
Oto nasz prezydent Bronisław Komorowski. Człowiek, który rezygnuje z honoru na rzecz czegoś, co, czy to jego możliwości intelektualne, czy może nieuświadomione uwikłania, czy wreszcie uwikłania jak najbardziej świadome i przyjęte przez niego z radością, każą mu przyjąć za prawdę. Jestem pewien, że my byśmy mu nawet wybaczyli to, że on w swoim sercu, duszy i rozumie nie jest w stanie pojąć, że prawda i honor to jedno. To mu możemy wybaczyć, bo umiemy sobie wyobrazić, że to może stanowić zbyt wysoki pułap, jak na techniczne możliwości, jakie on posiadł. Natomiast to, że on – całkowicie otwarcie i bez śladu wstydu – szydzi z honoru na rzecz czegoś, co mu ktoś tak szczególny jak ruski prezydent podał jako prawdę, sytuuje go gdzieś w okolicach właśnie kogoś takiego jak ów przedstawiony wcześniej król Edward VIII. Oczywiście z należnym zachowaniem proporcji. Wprawdzie jeden i drugi mieli swoich kumpli, swoje sprawy i swój wstyd, ale, jak by nie patrzeć, tamten przynajmniej nosił tytuł „Edward VIII Windsor – z bożej łaski Wielkiej Brytanii, Irlandii i brytyjskich dominiów zamorskich król, Obrońca Wiary, cesarz Indii”, a jego brat i matka całowali go w rękę. Ten tu natomiast może się zaledwie cieszyć, że jego oficjalny tytuł może służyć do głupiej reklamy beznadziejnego sera, a jak idzie o całowanie, to najwyżej głupi naród może go pocałować w gruby tyłek.