Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ojciec Chrzestny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ojciec Chrzestny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 czerwca 2016

Ile kosztuje zdradzić rodzinę?

Dziś przy niedzieli proponuję swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Zdaję sobie naturalnie sprawy z kolejnej porcji oskarżeń kierowanych przez środowisko „Gazety Polskiej” pod adresem zarówno tygodnika, jak i Piotra Bachurskiego, ale biorę je wszystkie na pierś, a panią Dorotę Kanię, Tomasza Sakiewicza i całe to towarzystwo mam tym bardziej na oku.

Każdy kto czytał książkę „Ojciec Chrzestny”, ewentualnie widział film pod tym tytułem, pamięta scenę, kiedy to Michael Corleone przyjeżdża do Nevady porządkować interesy i podczas wyjątkowo nieprzyjemnej rozmowy z lokalnym gangsterem nazwiskiem Moe Greene, brat Michael’a, Fredo, niespodziewanie wykonuje gest poparcia dla Greene’a, który Michael automatycznie odbiera jako akt wrogi wobec Rodziny. Wszyscy pamiętamy owo słynne, zimne spojrzenie Ala Pacino, kiedy zwraca się do Fredo i mówi: „Jesteś moim starszym bratem, kocham cię, ale pamiętaj, nigdy więcej nie występuj przeciwko rodzinie”
Wiemy wszyscy, a niektórzy z nas doświadczają tego codziennie na własnej skórze, polityczna wojna, jaka toczy Polskę od czasu, kiedy Prawo i Sprawiedliwość po raz pierwszy wygrało wybory parlamentarne, a śp. Lech Kaczyński został wybrany Prezydentem R.P., dzieli już nie tylko Naród, nie tylko przyjaciół, ale również rodziny właśnie. Temperatura owego konfliktu jest niekiedy tak duża, że nawet ludzie sobie najbliżsi zwyczajnie się nienawidzą. Bracia nie rozmawiają ze sobą, rodzice nie odwiedzają swoich dzieci, dzieci unikają rodziców, choćby tylko po to, by uniknąć kolejnych awantur. Bywa naprawdę różnie, jedno, jak sądzę, pozostaje – nikt nigdy nie występuje przeciwko rodzinie. Nikt nigdy nie angażuje się w ten spór w taki sposób, by po przeciwnej stronie postawić rodzinę.
(No dobrze, przyznać muszę, że raz, niedawno, podczas któregoś z marszów KOD-u, Jarosław Kurski przeprosił wszystkich za swoje nazwisko, no ale powiedzmy, że tu mamy problem głębszy).
I oto zaledwie parę tygodni temu, brat Agaty Dudy, krakowski poeta Jakub Kornhauser, udzielił wywiadu „Gazecie Wyborczej”, w którym z najdrobniejszymi szczegółami opisał swoje trudne relacje wewnątrzrodzinne, a następnie ogłosił, że jest zawiedziony prezydenturą swojego szwagra, o którym kiedyś miał znacznie lepsze mniemanie, a dziś generalnie mu współczuje, że ten musi się tak fatalnie kompromitować i przysparzać wstydu nazwisku. Przyznaję, że o ile o starym Kornhauserze, też poecie, i ojcu Agaty, słyszałem wcześniej, z tym Kubusiem przyjemności nie miałem. Nawet nie wiedziałem, że on istnieje, a co dopiero, jako poeta. I oto nagle on się pojawia najbardziej publicznie, jak tylko można to sobie wyobrazić, bo w „Wyborczej”, i przeprasza za swoją siostrę. A jakby tego było mało, tydzień po tym wystąpieniu zgarnia okrągłe 100 tysięcy nagrody Fundacji im. Wisławy Szymborskiej za jakąś książkę. Mówimy o Jakubie Kornhauserze, człowieku, o którym dotychczas pies z kulawą nogą nie słyszał i który nie ma nawet swojej notki w Wikipedii, co, jak wiemy, dotyczy dziś już tylko osób prywatnych.
Nam pozostaje się więc może zastanowić, czy te 100 tysięcy to dobra cena, by sprzedać rodzinę. W „Ojcu Chrzestnym” nie wyjaśniono, za ile to biedny Fredo wykonał swój fatalny gest, natomiast wiemy, że za to, co zrobił, musiał umrzeć. Ciekawe, że już w latach 70-tych, kiedy pierwszy raz widziałem ten film, wiedziałem, że tak było sprawiedliwie.

Zapraszam wszystkich do kupowania moich książek. Wszystkie są w stałej ofercie w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

czwartek, 28 stycznia 2016

Abe Vigoda, czyli gdy biznes stał się sprawą czysto osobistą

Zmarł Abe Vigoda. Tym razem naprawdę. Wedle doniesień mediów, na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat, Vigoda umierał parokrotnie, tym razem jednak odszedł od nas ostatecznie. W wieku 95 lat Abe Vigoda zmarł i to jest już koniec.
Trudno doprawdy powiedzieć, jak to się stało, że plotki o jego śmierci krążyły praktycznie od początku lat 80., czyli od czasu gdy jego wielka rola Salvatore Tessio, w równie wielkiej produkcji Francisa Forda Copolli „The Godfather”, wciąż jeszcze poruszała serca wielu. Tak się jednak stało, że on wciąż umierał i z martwych powstawał, i to do tego stopnia systematycznie, że w końcu on sam autoryzował powstanie internetowej strony, której jedynym praktycznie celem było informowanie, że Abe Vigoda jeszcze żyje. Tym razem jednak, jak się okazuje, te 95 lat okazało się wszystkim, na co kogoś nawet tak wielkiego jak on było stać.
Dla każdego, kto zna i lubi film Coppoli, jest jasne, że tam pierwszą postacią jest naturalnie sam Don Vito Corleone, no i Michael, grany przez, debiutującego praktycznie, Ala Pacino. To są te dwie całkowicie bezdyskusyjne postaci i trudno dla nich tam znaleźć jakąkolwiek konkurencję. Reszta już jest rozdzielana całkowicie demokratycznie, a zatem dla kogoś rolą, której zapomnieć się nie da, będzie rola Hagena, dla kogoś innego Clemenzy, kto inny poczuje sentyment do Roberta De Niro, ktoś inny jeszcze może poczuć sympatię do samego Luki Brasi, któremu zdarzyło się zginąć jeszcze zanim się wszystko zaczęło, dla mnie jednak gwiazdą pierwszej wielkości był tam od zawsze Tessio, grany przez Abe’a Vigodę.
Nigdy nie zapomnę sceny, kiedy on pojawia się po raz pierwszy, jeszcze na weselu Connie, wysoki, łysiejący, okrutny morderca, tańczący z małą dziewczynką w taki sposób, że ona stoi na jego butach, a on ją w tym tańcu prowadzi. Miły, starszy pan, robiący wrażenie kochanego dziadziusia, który za chwilę powie „ho, ho, tak, tak”. Później jeszcze pamiętam, jak to Tessio właśnie rekomenduje Rodzinie lokal, w którym Michael ma zastrzelić komendanta policji i Virgila Sollozzo. On zna to miejsce i zapewnia, że tam będzie można obu sprzątnąć na czysto.
No i wreszcie pamiętam też scenę niemal finałową, kiedy to Tessio właśnie okazuje się zdrajcą, a potem, kiedy już jego podły czyn wychodzi na jaw, a on sam prowadzony jest na egzekucję, zwraca się do Hagena i mówi: „Powiedz Michaelowi, że to był tylko business. Zawsze go lubiłem”. I jest dokładnie taki sam, jak przed laty, wysoki, łysiejący dziadzio, tańczący z małą dziewczynką, tak, by jej było jak najwygodniej.
To jest zresztą coś bardzo szczególnego. Hasło „To był tylko biznes” stało się częścią naszego języka, naszej kultury, naszego codziennego stylu, a dla tych, którzy jakoś tam znają i lubią film „The Godfather”, jest czymś oczywistym, że ta sentencja pada z ust starego Corleone, ewentualnie Michaela. Tymczasem tak akurat nie jest. To jest owa niezwykła scena pod koniec drugiej części filmu, kiedy Tessio jest prowadzony na śmierć i mówi – on właśnie – „Powiedz Michaelowi, że to był tylko biznes. Zawsze go lubiłem”. Co za scena! Co za rola! Co za aktor! Abe Vigoda. Dziś kiedy go już nie ma, niech dostanie to od nas. Bez niego ten film nawet w połowie nie byłby tym, czym jest dziś.
Zobaczmy sobie tę scenę raz jeszcze. Niestety z tymi głupimi szwedzkimi napisami, no ale niczego lepszego nie znalazłem.



Wszystkich zapraszam gorąco do księgarni pod adresem www.coryllus.pl gdzie można kupować wszystkie moje książki.

sobota, 18 stycznia 2014

O tym, jak Moe Greene kupił sobie Onet

W „Ojcu Chrzestnym”, jak pewnie wszyscy pamiętamy, jest scena, kiedy to Michael Corleone, już jako głowa rodziny, leci do Kalifornii, żeby spotkać się z Moe Greenem i załatwić odkupienie od niego udziałów w branży hazardowej. Ponieważ Moe Greene jest potężnym gangsterem, a w dodatku zdaje sobie sprawę z tego, że rodzina Corleone dopiero nabiera sił po śmierci Dona, mówi Michaelowi, że ani mu w głowie wyzbywanie się swoich udziałów, i żeby Michael nie liczył na wiele, bo jego potęga stoi na glinianych nogach i wszyscy o tym wiedzą.
Co to ja słyszę?” – mówi Moe. „Rodzina Corleone chce mnie wykupić? To ja was wykupię. Mnie się nie wykupuje”.
Oczywiście – to też znakomicie pamiętamy – wszystko się kończy dobrze, bo Moe Greene, człowiek zły i głupi, zostaje zamordowany strzałem prosto w oko, a Michael zabiera wszystko, jak swoje, natomiast ja się zastanawiam, co by było, gdyby sprawy potoczyły się nieco inaczej. To znaczy, jak by wyglądało zakończenie całej tej historii, gdyby na impertynencje Greene’a, Michael powiedział: „Wiesz, Moe, przekonałeś mnie. Dawaj kasę i bierz nas sobie”? Co by było, gdyby Moe Greene, potężny – ale w końcu nie jakoś szczególnie potężny – gangster z Kalifornii, kupił sobie Rodzinę Corleone? Ja on by sobie z tym zakupem poradził?
Przypomniał mi się ów „Ojciec Chrzestny” już jakiś czas temu, jeszcze przed minionymi Świętami, kiedy Onet opublikował serię zdjęć przedstawiających bawiących się w świetle bożonarodzeniowej choinki esesmanów, a może tylko żołnierzy Wehrmachtu – nieważne – z sugestią taką oto mniej więcej, że nawet hitlerowcy kochali Pana Jezusa. Na tę skandaliczną prowokację zareagował natychmiast kolega Maciek Świrski, który zasugerował, że Onet się tak rozbuchał od czasu, gdy go kupili Niemcy, a numer z niemiecką choinką to zaledwie początek tego, co przed nami. Przeczytałem tekst Świrskiego, napisałem krótki komentarz, w którym bardzo krótko wyjaśniłem relacje między Onetem, a jego nowym niemieckim właścicielem, i zacząłem myśleć o tym, że prędzej, czy później będę musiał napisać na ten temat osobny tekst.
Dziś postanowiłem się do sprawy zabrać na poważnie, no i pierwsze, co zrobiłem, to wpisałem sobie w wyszukiwarce słowo „onet”. Po kilku nieudanych próbach, kiedy to zamiast normalnej informacji o firmie, otwierał mi się portal onet.pl, trafiłem wreszcie na stronę o adresie http://ofirmie.onet.pl/wartosci, gdzie przeczytałem, co następuje:
W Onecie przyświecają nam proste, uniwersalne i ponadczasowe wartości:
Otwartość w komunikacji. W każdym wymiarze i przestrzeni.
Pasja oparta na innowacyjności, dążeniu do osiągania najwyższej jakości oraz współzawodnictwie.
Gra zespołowa niezależnie od tego czy chodzi o sprawy wewnętrzne czy zewnętrzne staramy się grać zespołowo, wierząc, że przynosi to najlepsze efekty.
Zero tolerancji dla arogancji. W stosunku do współpracowników, kontrahentów, partnerów biznesowych.
Akcja, czyli skupienie na dostarczeniu produktu. W Onecie mawiamy ‘Vision without execution is a hallucination’:)
”.
Gdyby ktoś nie wiedział, to co oni w Onecie sobie mawiają, na polski tłumaczy się tak: “Niezrealizowana wizja jest halucynacją”. Skoro więc to mamy już wyjaśnione, spójrzmy na tych, co ową wizją się karmią, ale tych, co ją realizują. Szukamy dalej i otwieramy zakładkę zatytułowaną „Ludzie Onetu”. Tam wprawdzie nazwisk żadnych nie znajdziemy, ale za to są zdjęcia i imiona: Gosia, Marcin, Monika, Sławek, Arek, Małgosia, no i oczywiście tekst. Mówi Gosia:
Nakręca nas oglądalność, to, że wrzucamy coś na stronę i widzimy, że się klika, wzbudza zainteresowanie. To jest rzecz, która daje nam kopa – wrzucasz coś i widzisz, że to się ludziom podoba, że chcą to oglądać, że tytuł, który ułożyłeś czy materiał, który promujesz zażarł i wzbudza mocne zainteresowanie. To jest mocna dawka adrenaliny”.
Ja zdaję sobie sprawę, że droga, którą przeszedłem od sceny z Moe Greenem do tej Gosi może się niektórym z nas wydać zbyt długa, a przede wszystkim zbyt kręta, ale tu niestety jestem bezradny. Takimi akurat drogami chodzą moje myśli, i innymi nie chcą. Jedyne co mi pozostaje, to liczyć na to, że większość czytelników tego bloga się już odpowiednio do moich ekstrawagancji przyzwyczaiła. Mimo to, spróbuję trochę przynajmniej problem przybliżyć. Otóż tak się szczęśliwie porobiło, że ja przez ten blog, ale przecież i nie tylko, mam w różnych miejscach swoich informatorów, którzy zawsze chętnie służą mi swoją pomocą. Nie uwierzycie, ale ostatnio, że się pochwalę, dołączył do nich nawet sam Chris Cieszewski, jak się okazuje nasz wierny czytelnik. I oto, jeden z nich, człowiek jak najbardziej stamtąd, poinformował mnie, że kiedy Axel Springer wyciągał z kieszeni ów okrągły miliard, żeby sobie kupić Onet, nawet nie wiedział, co sobie bierze na głowę. Niemcy, w ramach standardowej medialnej ekspansji, którą już od lat prowadzą w Polsce, kupili sobie ten Onet, bo im się wydawało, że to taki fajny portal – popularny i z przyszłością – a tymczasem okazało się, że w ten sposób zwalili sobie na łeb coś, co ich pod każdym względem przewyższa. Zarówno jak idzie o wielkość, rangę, i znaczenie. Kupili sobie ten Onet, a tu się okazało, że Onetowi nawet w głowie, żeby się swoim właścicielem w jakikolwiek sposób przejmować. Więcej: Onet nawet nie bierze pod uwagę, że tam gdzieś w ogóle jest jakiś, nowy, czy stary, właściciel. Onet, jeśli już w ogóle myśli o tym, że gdzieś jest ktoś, kogo należy słuchać, to wspomina wyłącznie System.
Wszyscy pamiętamy, jak to Tomasz Lis, naczelny należącego, podobnie jak Onet, do Niemców, „Newsweeka”, opublikował serię bardzo antykościelnych okładek. Jak mnie informują moi ludzie, kiedy sprawa zaczęła żyć własnym życiem, Lis został wezwany, nawet nie do Niemca, ale do kogoś, kto ma za zadanie zaledwie przekazywać informacje, i otrzymał polecenie, że ma się natychmiast uspokoić, bo jego zachowanie szkodzi wizerunkowi firmy… i on, bez słowa skinął głową i cichutko zamykając drzwi, wyszedł. Z tego, co słyszę, rozumiem, że, ku swojemu potężnemu zdziwieniu, ci sami Niemcy, którzy tak gładko sobie poradzili z Lisem, do Onetu nie mają żadnego dostępu. Tam siedzą Gosia, Arek, Sławek i Marcin i każdy z nich zajęty jest realizowaniem wizji. A jeśli nawet owa wizja wyrzuci z siebie nagle pomysł, by z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia, pokazać nam wszystkim, jak to przed nami te Święta obchodzili nasi kaci i okupanci, owym katom i okupantom nic do tego. Bo z punktu widzenia Systemu, oni są dziś nikim.
Kupił więc sobie Axel Springer Onet… i aż przysiadł od tego ciężaru. I tak siedzi i myśli, co tu zrobić. A przed nim rozciąga się System, i mieni się wszystkimi kolorami tęczy.
Zaglądamy po raz kolejny na stronę Onetu, a tam widzimy zarząd spółki, i same polskie nazwiska: prezes Robert Bednarski, prezes Paweł Leżański, dyrektor Jacek Dzięcielak, dyrektor Renata Morlewska-Sipior, i dopiero na samym końcu tak zwana Rada Nadzorcza, a w niej jakiś Ralph i paru Marcusów. Jestem pod wrażeniem!
Ja wiem, że nasze tak bardzo skomplikowane czasy doprowadziły nas do miejsca, gdzie jesteśmy przekonani, że, jeśli tylko uda nam się wypędzić stąd Niemców i Francuzów, z resztą jakoś sobie poradzimy. Otóż nic z tego. Ten węzeł jest znacznie bardziej skomplikowany. Nawet nie wiemy, jak bardzo.

Wprawdzie ostatnio w Sieci pojawiła się fala kolejnych komentarzy dotyczących żebractwa, jakie ja tu na blogu uprawiam, ja jednak nie za bardzo widzę inne wyjście, jak prosić wszystkich o wsparcie. Ostatnie trzy dni to była niemal kompletna pustka, i myśmy to natychmiast odczuli. Dziękuję za zrozumienie.



wtorek, 26 marca 2013

Posłaniec

Poprzedni tekst, o energetycznym przekręcie, uważam za jeden z ważniejszych, jakie udało mi się napisać, a w związku z tym chciałbym, żeby on tu jednak jeszcze trochę powisiał. No ale, jak wiemy, człowiek nie tylko żyje sprawami poważnymi, i trzeba się od czasu do czasu trochę zabawić, a więc dziś, bardzo proszę rzucić okiem na ten króciutki felieton, który zamieściłem w ostatnim wydaniu Warszawskiej Gazety. Mam nadzieję, że się spodoba. No ale o tym się dowiem być może jutro. Prawda? Dziękuję.

Dla każdego, kto wie, kim jest Radek Sikorski, a przy okazji być może, zna jego rozliczne intelektualne i czysto biologiczne możliwości, wydaje się, że nie ma takiej rzeczy, która mogłaby, jak idzie o tego szczególnego człowieka, zaskakiwać. Ja na przykład nigdy nie zapomnę, jak jeszcze przed laty, zanim im się skutecznie udało wyeliminować ze sceny Prezydenta, podczas pewnej konferencji prasowej z udziałem jego właśnie, premiera Tuska i właśnie Sikorskiego, podczas wystąpienia Lecha Kaczyńskiego, ów Sikorski robił wszystko, by – skutecznie zresztą – rozśmieszyć Donalda Tuska, do tego stopnia, że w końcu Lech Kaczyński poczuł się zmuszony, by zwrócić mu publicznie uwagę. Pamiętam to i obiecuję, że kiedy przyjdzie wreszcie czas, gotów jestem wystąpić w tej sprawie, jako świadek oskarżenia.
A więc pamiętam naprawdę wiele i to wcale niekoniecznie z czasów całkiem świeżych. Otóż śpieszę donieść, że do tej czarnej kolekcji dziś właśnie doszedł kolejny przypadek. Otóż rzeczony Radek Sikorski, polski Minister Spraw Zagranicznych udzielił publicznej wypowiedzi, i poinformował nas, że Rosjanie dlatego nie chcą oddać nam gnijącego w smoleńskim błocie wraku tupolewa, ponieważ boją się, że kiedy go oddadzą, zabierze się za niego Antoni Macierewicz ze swoim Zespołem i ogłoszą, że znaleźli na nim ślady bomby atomowej.
Skąd Sikorski to wie? Otóż podobno poinformowali go o tym radzieccy towarzysze, a on nam tę informacje przekazuje. Powiem szczerze, że ja do końca nie wiem, czy Sikorski mówi prawdę, czy sobie stroi żarty. Z jednej strony, o ile go znam, on zupełnie spokojnie może w ten sposób żartować, z drugiej jednak strony – też na ile go znam – on może faktycznie występować w roli emisariusza władz rosyjskich. On się tam z kimś spotkał, ten ktoś mu powiedział, co powiedzieć chciał, a ten wrócił do Polski i co trzeba nam przekazał.
Ponieważ sprawa jest bardzo poważna, a ja bardzo bym nie chciał uważać naszego ministra – i to w dodatku nie jakiegoś przyszywanego, ale bardzo ważnego – za idiotę, zakładam, że on tym razem nie żartuje, ale rzeczywiście bardzo serio przekazuje nam wiadomość od Rosjan.
A w tej sytuacji ja już mam tylko jedną refleksję, związaną ze znanym nam wszystkim filmem pod tytułem „Ojciec Chrzestny”. Otóż, jak może niektórzy z nas pamiętają, pod koniec filmu, kiedy Ojciec Chrzestny już się dawno wycofał, a szefem rodziny jest Michael, któregoś dnia Don bierze go na bok i mówi, że ma bardzo uważać na to, kto, gdy nadejdzie czas, zjawi się, jako emisariusz nowojorskich rodzin z propozycją spotkania. Tak właśnie brzmi ta nauka: Ten, kto wystąpi w imieniu rodzin, będzie zdrajcą. Właśnie tak. Zdrajcą będzie ten, kto przyjdzie z wiadomością od nich.
No i mamy deja vu. Przychodzi ten człowiek i przekazuje nam wiadomość. A my słuchamy i od dziś śpimy z jednym okiem otwartym.

sobota, 14 stycznia 2012

A jeśli nie napiszą, czyli o samotności ostatecznej

Oczywiście, jak niedawno zauważył to choćby nasz kolega, Orjan, kino stanowi jedną z moich podstawowych pasji, jednak, jeśli idzie o ten blog, to, poza drobnymi wzmiankami, jedynie „Ojciec Chrzestny” Coppoli znalazł tu swoje zasłużone miejsce, w tym sensie, w jakim gdzieniegdzie funkcjonuje Biblia. Chodzi o to, że ten „Ojciec Chrzestny”, moim zdaniem, zawiera tak strasznie dużo, i tak bardzo uniwersalnych i pouczających, wątków, że właściwie nie ma tematu, którego nie można by było, w ten czy inny sposób, przy pomocy tej historii skomentować. I oto nagle wychodzi na to, że prawdopodobnie „Ojciec Chrzestny” zostanie tu zdetronizowany, a to dzięki czemuś, co ja oglądałem wiele razy, jednak już bardzo dawno temu, a dziś zostało mi przypomniane własnie przez Orjana – a mam tu na myśli film „Trzy dni Kondora”. Obejrzałem go sobie wczoraj ponownie i wydaje mi się, że, mimo iż z każdym rokiem on się robi coraz starszy i tym samym irytująco teatralny, nigdy dotąd nie zrobił na mnie takiego wrażenia.
Tam oczywiście jest całe mnóstwo scen, które warto by było przypominać, niemniej w naszej sytuacji chyba szczególnie by się przydało opowiedzieć scenę finałową. Zanim jednak to zrobię, parę słów krótkiego bardzo streszczenia. Otóż Robert Redford, z grupą sześciu innych osób, pracuje w czymś co się nazywa Amerykańskim Towarzystwem Literackim, czy jakoś tak, a w rzeczywistości jest ukrytą komórką CIA. Pewnego dnia, z całkowicie nieznanych przyczyn, do biura wchodzi paru bardzo zawodowych zabójców i wszystkich kolejno mordują. To znaczy, wszystkich, z wyjątkiem Redforda, który akurat na chwilę wyszedł. Wraca więc Redford na miejsce, widzi, co się stało i od tego czasu musi, z jednej strony, uważać, by i jego nie sprzątnięto, a z drugiej bardzo się stara odgadnąć przyczynę tej masakry, no i, jak najbardziej, przechytrzyć złych ludzi. Myślę że tego już nie muszę dodawać, ale tak jak to często się dzieje w amerykańskim kinie, wrogiem nie jest już jakaś marna grupka przestępców, ale państwo, a może nawet i coś więcej – mianowicie System.
I teraz opowiem, jak wygląda ta końcówka. Kiedy wreszcie Redfordowi udaje się wykręcić od nieuchronnej wydawałoby się śmierci, ale też odkryć tajemnicę tego, co się faktycznie stało – tajemnicę, należy dodać, całkowicie kompromitującą właśnie państwo – stoi on sobie na jednej z nowojorskich ulic z głównym winowajcą całego zamieszania, obok nich przechodzi zajęty sobą tłum, i informuje go tryumfalnie, że o wszystkim właśnie został poinformowany „New York Times”, a więc – sorry Winnetou. Ten zły najpierw wpada w czarną rozpacz, wyrywa sobie włosy z głowy i krzyczy do Redforda, że coś ty idioto zrobił najlepszego, wszystko zniszczyłeś itd. itp., jednak już po chwili się uspokaja i chytrze pyta Redforda: „A co zrobisz jeśli tego nie wydrukują?” Redford kamienieje, jednak zaraz mówi: „Spokojna głowa, wydrukują”. Na co zły: „A jeśli nie?” I dodaje: „Wówczas będziesz najbardziej samotnym człowiekiem na świecie”. I tak się ten film kończy. Jeśli ktoś ma do mnie pretensje o spoilerowanie, niech je kieruje tylko do siebie. Trzeba oglądać klasykę, a nie Harrego Pottera.
Przez parę ostatnich dni rozmawialiśmy tu sobie o tym przedziwnym wydarzeniu, kiedy to pułkownik Wojska Polskiego, wojskowy prokurator, Mikołaj Przybył publicznie wsadził sobie w usta pistolet, przestrzelił sobie policzek, a kiedy go zabierano do szpitala, by mu tę dziurę oporządzić, poinformował media, że on tak naprawdę chciał się zastrzelić, ale mu nie wyszło. W trakcie tej naszej internetowej rozmowy, w pewnym momencie pojawiło się pytanie, czy istnieje jeszcze coś tak oburzającego, kompromitującego, szokującego, zawstydzającego – można wymieniać – by opinia publiczna w Polsce postanowiła się tym czymś zainteresować na dłużej, niż na parę godzin, i dość zgodna odpowiedź brzmiała, że nie. Nic takiego nie ma. I ja chciałem tu parę słów na ten temat, trochę oczywiście powtarzając to, co już zostało i tak powiedziane, ale wydaje mi się, że nigdy zbyt dużo prostych prawd.
Myślę sobie bowiem, że kiedy w grudniu roku 1981 specjalny oddział ZOMO, na rozkaz ówczesnych władz partyjno-państwowych – tak się to wtedy nazywało – zamordował 9 górników niemal na miejscu, a jeszcze kilka osób z pewnym opóźnieniem, pamięć o nich trwa w ten czy inny sposób do dziś. I nawet jeśli ktoś – i to wcale niekoniecznie przede wszystkim młodzież – ma tych górników na co dzień w nosie, to jednak, wspominając tamten dzień, potrafi choć na moment skłonić głowę. Myślę, że w gruncie rzeczy każdy – nawet prezydent Komorowski. Tymczasem, odnoszę coraz częściej wrażenie, że gdyby dziś doszło do podobnego wydarzenia, a więc, gdyby oddziały policji, czy jacyś specjaliści z ABW, przeprowadzili akcję przeciwko dowolnej grupie powszechnie traktowanej jako opozycja, pies z kulawą nogą by się tym wydarzeniem nie zbulwersował. Gdyby dziś policja lub jakiekolwiek służby na zimno zamordowały – no niech będzie, że dziewięciu protestujących górników – na początku oczywiście na dole ekranu telewizora pojawiłby się żółty napis, że oto doszło do tragedii, następnie w telewizji wystąpiłby minister Cichocki, powiedziałby, że doszło do tragedii i że sprawa będzie wyjaśniana z pełną starannością, następnie Justyna Pochanke zaprosiłaby do studia Leszka Millera i Jerzego Dziewulskiego, którzy by potwierdzili, że doszło do tragedii i że sprawę powinna wyjaśnić niezależna komisja, no a w związku z żałobą narodową, którą właśnie ogłosił prezydent Komorowski, w dniu dzisiejszym nie będzie „Szkła kontaktowego”.
W tym momencie do głosu doszłaby opinia publiczna, i ta sprzed telewizorów, ale również komentująca w mediach – zarówno mainstreamowych, jak i tak zwanych obywatelskich. Przede wszystkim, rozdzwoniłyby się telefony do TVN-u, że nie ma najmniejszego powodu, by zawieszać nadawanie codziennej audycji, zwłaszcza że każdy wie, że prawdziwą żałobę można obchodzić w milczeniu, a nie tak demonstracyjnie. No ale wiadomo, że PiS nawet śmierć musi wykorzystać. Na drugi dzień dyskusja stałaby się już nieco bardziej demokratyczna, a więc pojawiliby się politycy Platformy Obywatelskiej, którzy by – najpierw dość nieśmiało, a następnie już zupełnie otwarcie – przypomnieli, że to za rządów PiS-u doszło do pierwszych przypadków nadużycia władzy, a więc, żeby może niektórzy w tej sytuacji siedzieli cicho. Oczywiście, dyskusja by już sunęła pełną parą na blogach, a tam, jak to na blogach. Głos ludu. A więc, na poziomie bardziej intelektualnie zaawansowanym, dowiedzielibyśmy się, że dobrze tak skurwysynom i nierobom, bo niech się nikomu nie wydaje, że można bez końca okradać polskie państwo, natomiast najbardziej schamiała blogerska drobnica by już tylko w swoim zwykłym stylu informowała, że trzeba było przy okazji ustrzelić Jarusiowi kota, lub że ciekawe kto i za czyje pieniądze zapłaci za te pogrzeby. Po tygodniu, z tej tragedii nie pozostałby najdrobniejszy ślad, a jeśli kiedykolwiek by o niej wspominał, to oczywiście tylko my, niestety ku coraz większemu społecznemu zniecierpliwieniu, że jak długo można wałkować wciąż ten sam temat.
Jak to się stało, że pamięć o Dziewięciu z Wujka jednak przetrwała? Przecież z całą pewnością nie jest tak, że w tamtych latach, media bardziej niż dziś, czuły obowiązek wobec społeczeństwa. Że tamci dziennikarze bardziej niż ci dzisiejsi wiedzieli, czym jest ten ich jakiś etos. Oczywiście, że nie! Wtedy jednak my wszyscy z jednej strony mieliśmy Kościół, a z drugiej jednak dostęp do tak zwanego drugiego obiegu – głównie w postaci radia Wolna Europa i Głos Ameryki. Co jednak może jeszcze ważniejsze, nie byliśmy tak okropnie zabiegani, tak tragicznie zaplątani w tę nieustanną konsumpcję i tak fatalnie zniewoleni na poziomie duchowym. A więc zdecydowanie mieliśmy czas na to, by sobie niekiedy bardziej niż zwykle pomyśleć. Dziś ta możliwość została nam ograniczona do minimum. Dziś ów „drugi obieg” w rzeczywistości nie istnieje, a więc nie istnieje też dostęp do alternatywnej informacji. Wtedy, Wolnej Europy mogła słuchać niemal cała Polska; dziś – czy to media toruńskie, czy blogi – stanowią czystą niszę. Zresztą, prawdę powiedziawszy, media w ogóle stanowią niszę, tyle że System ma szereg innych bardzo skutecznych sposobów docierania do społeczeństwa. Wielokrotnie zresztą o nich na tym blogu wspominaliśmy.
Właśnie – media. Ciekawa sprawa z tymi naszymi mediami. Z wszelkich dostępnych informacji wynika, że zdecydowana większość aktywnego – a więc tego, które nie musi zajmować się wyłącznie walką o przetrwanie – społeczeństwa, poza kolorowymi magazynami i bezpłatnymi dziennikami, gazet praktycznie nie czyta, w radiu słucha wyłącznie muzyki, a jak idzie o telewizję, ogląda tylko pierwszy program TVP. Reszta pije, śpi i trzeźwieje. A zatem, zastanówmy się, w jaki sposób ci właśnie obywatele mieliby zareagować na informacje o dziewięciu zamordowanych górnikach, zwłaszcza w sytuacji, gdy cały System jest gotów użyć wszelkich dostępnych sposobów, by do niech na ten temat docierała maksymalnie chaotyczna informacja, a – jak już powiedzieliśmy – reszta to nisza? A co z tymi, co są bardziej aktywni? Oni akurat swoje wiedzą i nowych wyjaśnień słuchać nie zamierzają. Im nawet już media do zdobywania wiedzy są niepotrzebne. W filmie „Trzy dni Kondora” Robert Redford wie, że choćby System nie wiadomo jak był potężny, od niego potężniejsze są wolne media, a więc kiedy pojawia się zapowiedź – czy może tylko zła wróżba – że to wcale nie jest takie pewne, czy te media są faktycznie takie wolne, ona brzmi tam jak autentyczna apokalipsa. Dlaczego? No właśnie dlatego, że dla Redforda ten „New York Times” to prawdziwa opoka. To coś, czego bramy piekielne nie przemogą. On wie, że to wszystko jest tak ułożone, że tam System się nie przedostanie… i w tym momencie nagle sobie uświadamia, że może to akurat już nie jest takie pewne. Widzimy ten piękny, nowoczesny budynek redakcji, ten przepyszny napis „New York Times”, tę fantastycznie nowoczesną nowojorską ulicę, ten piękny i fantastycznie prosperujący tłum i tego biednego Redforda, nagle uświadamiającego sobie, że jest całkiem możliwe, że on już niedługo zostanie „najbardziej samotnym człowiekiem na świecie”. Przepraszam, czy w tym kontekście ktoś chciałby się mnie jeszcze pytać o Polskę?
Jest w filmie „Trzy dni Kondora” jeszcze jedna wstrząsająca scena. Po tym jak Robert Redford dowiaduje się, że zlecenie na niego zostało cofnięte, razem ze swym niedoszłym zabójcą, wychodzą przed dom, w którym miał zginąć, i sobie, już bez żadnego napięcia, rozmawiają. I wtedy Von Sydow – to on gra tę straszną postać – uśmiecha się łagodnie i mówi, że on właściwie lubi swoją pracę. Tam wszystko jest jasno określone, człowiek wie, co do niego należy, no a poza tym, wyjątkowo komfortowa jest sytuacja, kiedy nie trzeba się opowiadać za żadną ze stron. Właśnie tak. Że nie trzeba się deklarować po żadnej ze stron. A później Von Sydow pyta: „Podrzucić pana?”, na co Redford mówi „Bardzo proszę”. A ja sobie myślę, że gdyby ten film skończył się w tym miejscu, można by to wszystko uznać wręcz za kino familijne. Nie? No, przepraszam, ale faktyczny koniec to, że mam rację, zdecydowanie potwierdza.

Jeśli komuś się ten tekst spodobał, a stać go jeszcze na pewne finansowe fanaberie, bardzo proszę kupować książkę o liściu, lub wspierać ten blog pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...