Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarosław Marek Rymkiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarosław Marek Rymkiewicz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 lipca 2011

I widział, że wszystko co uczynił...

Racjonalizm, jaki mnie chyba od zawsze wiąże w moim podejściu do życia, do ludzi i do świata, jest z reguły tak bezdyskusyjny, że czasem aż się tym martwię. Oczywiście najbardziej w sytuacjach, kiedy na przykład jest czas wakacji, człowiek ma poczucie, że będzie żył wiecznie i z tej radości mógłby się na przykład upić… ale się boi, że straci czujność, a to już jest prawie tak, jakby umarł. Albo gdy życie nagle robi się tak cudownie chaotyczne i naprawdę nie byłoby źle się w tym chaosie zanurzyć, a tu nie ma na to sposobu, bo wszystko musi być poukładane, i to w dodatku poukładane tak, by prawda była prawdą, kłamstwo kłamstwem, a szaleństwo szaleństwem. Bardzo ciężko jest żyć tą obsesją.
Weźmy wczorajszy – ale przecież nie tylko wczorajszy – występ Stefana Niesiołowskiego w telewizji TVN24. Gdybym był człowiekiem o duszy i sercu dziecka, prawdopodobnie patrzyłbym na marszałka Niesiołowskiego i słuchał jego słów z zachwytem, lub przynajmniej z rozbawieniem, i czuł ten dreszcz emocji, jaki się pojawia u ludzi wrażliwych, kiedy nagle przed ich oczami zaczyna się rozciągać widok zupełnie nieznany i tak bardzo egzotyczny. Na przykład, nie widzę zupełnie takiej możliwości, żeby moja najmłodsza córka słuchała tego człowieka, patrzyła na jego oczy, i jej serce rozrywało pragnienie, by ktoś przyszedł i pomógł jej rozwiązać tę zagadkę. Ona nie ma potrzeby, by wstawać na dźwięk budzika, by schować do zmywarki naczynia po obiedzie, by powycierać brudny stół, a więc tym bardziej nie ma też potrzeby, by zadręczać się pytaniem, co się dzieje w umyśle kogoś, kto przypomina plazmę.. Tymczasem ja, z całą tą swoją nieszczęsną potrzebą porządku, w którym każde pytanie ma swoją odpowiedź, siedzę jak osłupiały i się zadręczam. A już najgorzej, gdy chcę na ten temat coś powiedziec, a tu nie ma jak.
Są, na szczęście – choć wcale nie jestem pewien, czy rzeczywiście to jest taka szczęśliwa okoliczność – dwie sytuacje, kiedy mój racjonalizm diabli biorą. Dosłownie diabli, zwłaszcza w sytuacji pierwszej. Pisałem już o tym przy okazji rozważań na temat ateizmu. Dziś tylko przypomnę. Otóż nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że nasza religijność i w ogóle wiara w Boga są wynikiem nie tego, co niektórzy nazywają złudzeniem, marzeniem, czy zwykłym prymitywnym lękiem, lecz najbardziej ewidentnym zwycięstwem rozumu. Jeśli wierzymy w Boga, to nie dlatego, że słyszymy grzmot, widzimy błyskawice i nasze serce woła o ratunek, ale odwrotnie – nasze serce woła o ratunek, kiedy nagle uznajemy, że Boga nie ma. Kiedy nagle z jakiegoś powodu nasze serce i duszę ogarnia zwątpienie i zaczynamy drżeć. To właśnie ateizm jest wynikiem najbardziej prymitywnych lęków i zabobonów. To ateizm się budzi, gdy zasypia rozum. I tu, przyznaję, niekiedy – wbrew wszelkim racjonalnym argumentom, wbrew żywym dowodom, wbrew rozumowi – ogarnia mnie zwątpienie i lęk. Że co będzie, jeśli się okaże, że to co widzę, to tylko złudzenie? Że nie ma nic, jak tylko chaos i przypadek. Że to zmarły niedawno Maciej Zembaty miał rację, spędzając – jak nam donoszą i świadkowie, i on sam przecież na swoim blogu – swoje ostatnie dni na idealnie fizycznym upojeniu seksem, narkotykami i w efekcie obłędem, a nie my – ludzie odpowiedzialni, wierni, czujni i zawsze gotowi.
Druga sytuacja, kiedy mój racjonalizm przestaje funkcjonować to mój patriotyzm, moja miłość do Polski. Ktoś powie, że o ile rzeczywiście, w poprzednim przypadku uwaga, że mój rozum„diabli biorą” jest całkowicie na miejscu, to tu akurat nie bardzo. Bo wszyscy przecież wiemy, że Polska to nasze szczęście, nasza radość i nasza duma. Że kiedy Rymkiewicz mówi, że polskość „przetrwała, bo jest wieczna. Polskość to jest szczęście Polaków. Polacy mają w swoich domach to, co jest najpiękniejsze na świecie, i dlatego są szczęśliwi”, to ma całkowitą rację. Tyle że nie oszukujmy się. Za tymi słowami nie może stać przecież rozum. One tak naprawdę rozum kwestionują. One niosą w sobie wyłącznie wiarę i nadzieję. No i własnie miłość. A więc upojenie właśnie.
Wspomniałem Macieja Zembatego nie dlatego, że był on w moim odczuciu człowiekiem wybitnym, a jego życie może dla nas stanowić jakąś inspirację. Wspomniałem o nim, bo był znany, niedawno zmarł, no i zostawił po sobie parę interesujących nas wspomnień. No i też trochę dlatego, że niedawno w „Przekroju” ukazało się na jego temat wspomnienie zaprzyjaźnionego z nim Marka Raczkowskiego, które trochę koresponduje z tym, co ja tu dziś piszę, a w którym czytam:
Potrafił zadzwonić i zakomunikować, że jest u niego jakiś nieuprzejmy kierowca z agencji towarzyskiej. Pojawił się problem, bo pochopnie przedłużył czas pobytu dziewczyny (wyjątkowo dobrze mu się wtedy śpiewało). Zabrakło mu pieniędzy, więc wysyła do mnie tego kierowcę po brakujące 300 zł. […] Opowiadał, że jego ostatnią wolą jest, by po śmierci go spalić i wciągać przez nos, bo składa się głównie z kokainy”.
A ja, choć wiem już wprawdzie, że Maciej Zembaty z całą pewnością był ateistą, to nie mam pewności, czy był patriotą? Czy kochał Polskę? A czy jeśli ją kochał, to na tej samej zasadzie co ja, czy Rymkiewicz, a więc przez kompletnie nieprzytomny odruch serca, czy może on coś wiedział na ten temat takiego, czego nikt nie jest w stanie zakwestionować w sposób rozumny. A jeśli jej nie kochał, to czy dlatego, że w ogóle najczęściej był kompletnie nieprzytomny i nie miał nawet jak o Polsce myśleć, czy może też coś o niej wiedział takiego, czego nie wiemy my? Czego nie wiem ja. Jest jeszcze coś, o czym już Raczkowski nie wspomina, ale o czym pisze sam Zembaty w swoim wpisie na blogu. Otóż zachodzi on – stary, półprzytomny, niemal ślepy – na jakiś ‘event’ organizowany w Muzeum Powstania Warszawskiego i czuje się źle, bo to miejsce budzi w nim wyłącznie obrzydzenie i wściekłość. W pewnym momencie tym swoim jednym, ledwo czynnym okiem, widzi, jak dyrektor Muzeum demonstruje jakiemuś zwiedzającemu Piat, czyli przeciwczołgowy granatnik z czasów Powstania. I myśli sobie tak:
Do dzisiaj w razie potrzeby mogę wyjąć żółte papiery i zrobić właściwie wszystko, z mokrą robotą na zlecenie włącznie. To bardzo krzepiąca wiadomość, bo jest na tym świecie parę osób, które zamordowałbym z przyjemnością, gdyby tylko pozwolił mi na to mój kodeks, kurwa, etyczny wykluczający stosowanie przemocy”.
I dalej:
Nie ukrywam, że przez chwilę pomyślałem i to zupełnie serio, by korzystając z okazji, wynieść z muzeum Piata, a także kilka błyskawic w celu wszczęcia kolejnego Powstania Warszawskiego dla uczczenia jego jakże okrągłej rocznicy. Że jednak konserwator nie chciała mi w tym pomóc, musiałem z żalem zrezygnować, choć wiedziałem dokąd udałbym się z Piatem i w co odpaliłbym rakietę. Pisząc tego bloga, żywię nie skłamaną nadzieję, że jego - co bardziej krewcy czytelnicy, wcielą mój pomysł w życie”.
Nie mam pojęcia, kogo by Zembaty zamordował, gdyby nie był pacyfistą i nie wiem też, gdzie by poszedł z tym Piatem, gdyby mógł. Czy on by pojechał z nim do Milanówka, czy może pod siedzibę redakcji TVN24? I, co może dla nas dziś tu najważniejsze, czy za tym jego czynem stałby odruch serca, czy rozumu. Mogę się oczywiście tego wszystkiego domyślać - on to pisał jeszcze przed Smoleńskiem - ale nie wiem.
Patrzę na to, co dziś tu piszę, i myślę sobie, że strasznie dziwny jest ten mój dzisiejszy wpis. W pewnym sensie złożony z samych dygresji, przez co bardzo niebezpiecznie zbliżający się do tego, co robił na swoim blogu sam właśnie Maciej Zembaty. I jedyne, co mnie przy nim – nie przy Zembatym, ale przy tym tekście – jeszcze trzyma, to przekonanie, że ci, którzy czytają te słowa są już na tyle przyzwyczajeni do tych wszystkich moich kaprysów i zakrętów, że jakoś sobie ostatecznie z nim poradzą, a kto wie, czy nie znajdą i tu swojej odpowiedniej porcji satysfakcji. A plan miałem bardzo konkretny. Chciałem pisać o Polsce i o mojej do Polski miłości. Całkowicie irracjonalnej i niczym nie usprawiedliwionej. Przyszedł mi bowiem ten temat do głowy wczoraj, tuż po wspomnianym już występie Stefana Niesiołowskiego w „Kropce nad i”, kiedy Tomasz Sekielski, aby podeprzeć główną tezę swojej audycji, że oto Polska to kraj nędzy i obciachu, wypowiedział następujące słowa:
Gwiazdy sportu to znakomity towar marketingowy i eksportowy, pod warunkiem, że się je ma. Niestety, poza nielicznymi wyjątkami, nie ma w Polsce wybitnych sportowców, którymi zachwycałby się cały świat”.Przyznam że zdębiałem. Ja oczywiście świetnie wiem, co w Polsce jest nędzne, a co obciachowe. Wiem też, że są rzeczy, które Polska jest nam wszystkim winna i za które prędzej czy później będzie musiała odpowiedzieć. Co więcej, czuję gdzieś podskórnie, że moja miłość do Polski jest bzdurą i złudzeniem. Mimo to jednak, kiedy słucham Sekielskiego, jak mówi coś na temat owych „nielicznych wyjątków”, to zaczynam się poważnie niepokoić. I to nie o Sekielskiego, ale o siebie. Bo co to znaczy, że w Polsce, poza nielicznymi wyjątkami, nie ma wybitnych sportowców? Co to znaczy, że świat się zachwyca Belgią i Grecją, natomiast już nie Polską? Ja mógłbym już w tej chwili przestać pisać swoje kolejne linijki, a zamiast tego zacząć już do końca tej strony wymieniać tylko nazwiska, zaczynając od Justyny Kowalczyk, a kończąc na bokserze Adamku, w międzyczasie zahaczając o tego chłopca, który wczoraj, czy przedwczoraj stał się bohaterem światowego snookera. Nie będę tego jednak robił, bo każdy sobie świetnie poradzi beze mnie. Ale mógłbym też zacząć sprawdzać w ‘googlach’, jakich to „licznych” sportowych mistrzów mają inne kraje na świecie, które w głowie Tomasza Sekielskiego jawią się jako kraje mniej od Polski nędzne i mniej obciachowe. Ale też tego robić nie będę, bo wiem, że rezultat tych poszukiwań będzie dramatycznie mizerny.
Natomiast chętnie się zastanowię, dlaczego Tomasz Sekielski powiedział to co powiedział? Czy on informując nas o tym, że Polska nie ma wybitnych sportowców, wiedział że kłamie, czy on mówił całkowicie szczerze? A jeśli wiedział że kłamie, albo jeśli mówił szczerze, to co takiego stało z tą jego przytomnością, czy może bezprzytomnością? Dlaczego on to zrobił? Otóż jestem przekonany, że – bez względu na to, czy wygłaszając tę horrendalną bzdurę, Sekielski wiedział co robi, czy nie – faktem jest to, że on Polski nienawidzi. On nienawidzi Polski w taki sposób, jak nienawidzą Polski ci wszyscy ludzie, którzy nie mogą znieść tego, że ta Polska wciąż nie jest do końca taka, jak oni by ją sobie wyobrażali. Że ona wciąż jest taka przepołowiona, taka nie do końca zepsuta, taka dumna, taka święta i taka wierna. I taka, jak to mówi Rymkiewicz, szczęśliwa. Myślę, że w pewnym sensie Tomasz Sekielski nienawidzi Polski tak samo, jak Stefan Niesiołowski nienawidzi polskiego Kościoła, polskich księży, polskich biskupów i wiernych temu wszystkiemu Polaków. I nagle, mając w głowie i tego Adamka i tę Kowalczyk, i tych siatkarzy, i tego Gortata, i tę Radwańską – jedną i drugą – i tego Kubota, i nawet tego nieszczęsnego Blanika, a wszystkich tak strasznie ambitnych, zdolnych i wybitnych – wbrew wszystkiemu i naprzeciw wszystkim – myślę sobie, że chyba jednak irracjonalny nie jest patriotyzm, lecz jego brak. Tomasz Sekielski, nagle, tym jednym swoim wybrykiem – jak mówię, niezależnie od tego, czy kłamał, czy był szczery – udowodnił, że ten rodzaj ślepoty musi wynikać z kompletnego opętania. Z tego samego opętania, z jakiego prawdopodobnie wynikało to, jaki kształt przybrały ostatnie lata życia Macieja Zembatego, tego samego opętania, jakie stoi za obecnym postępowaniem Stefana Niesiołowskiego i – zapewne – z tego samego opętania, jakiemu ja ulegam, kiedy nagle zaczynam się bać, że nie ma nic, jak tylko chaos.
A więc, nagle mi przyszło do głowy, że jednak racjonalne jest wszystko. Racjonalny jest cały ten świat, który dostaliśmy od Boga, racjonalna jest nasza wiara, racjonalne jest nasze życie i racjonalne jest wszystko dobro, które je wypełnia. A więc, zapewne, też i myśl Jarosława Marka Rymkiewicza na temat Polski, Polaków i tego naszego szczęścia jest jak najbardziej rozumna i usprawiedliwiona. I jeśli ktoś tego nie rozumie, to wyłącznie dlatego, ze coś mu się pomyliło, albo może się zagapił, czy nagle ogarnął go zwykły ludzki lęk przed nieznanym i na chwilę stracił rozum. I pomyśleć tylko, że po to, bym doszedł do tego przekonania, musiałem na chwilę zainteresować się sportem, który na co dzień mnie obchodzi tyle co pogoda w Warszawie.

Wszystkich tych, którzy, mimo wszystko, wciąż tu jednak znajdują tę swoją codzienną "porcję satysfakcji", bardzo proszę o wsparcie. Ono jest nam dziś potrzebne może bardziej niż kiedykolwiek.

poniedziałek, 21 lutego 2011

To idzie młodość!

Rzeczpospolitą czytam tylko w weekendy z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że pani Toyahowa, kiedy w sobotę rano idzie kupić coś do jedzenia, przynosi to do domu, a drugi, już bardziej osobisty, to ten, że w sobotę w Rzeczpospolitej Mazurek z kimś rozmawia, a ja mam niemal stuprocentową pewność, że będzie to wywiad ciekawy. Czytam więc tego Mazurka, a resztę ewentualnie przeglądam, najczęściej w sytuacjach, jak to się mówi, ‘niewymownych’. I tak wygląda mój kontakt z Pawłem Lisickim i jego zdychającym projektem.
Ostatnio wpadł mi w oko artykuł jakiegoś Horubały o wielbicielach Rymkiewicza, jego myśli i słów, a więc też i o mnie. Pisząc o Horubale „jakiś”, trochę się wyzłośliwiam, ale tylko trochę. Bo wprawdzie nazwisko to nie jest mi obce, ale za to tak samo dokładnie znane, jak powiedzmy Magda Piekorz, z tą nawet różnicą, że o Piekorz wiem, że jej jest Magda, a z Horubały pamiętam tylko to nazwisko. Natomiast jeśli zwróciłem uwagę na ten tekst, to wyłącznie ze względu na tytuł – „Zachód rozumu w Milanówku”. Najpierw więc zobaczyłem ten tytuł, a więc w tym ów rymkowiczowski Milanówek, domyśliłem się, że mowa będzie o tym, że Rymkiewicz jest symbolem upadku rozumu, i się zamyśliłem. Jak ta pinkloydowska krowa na moim obrazku.
Myślałem więc i myślałem i cały czas po głowie mi się kołatał ten Milanówek. Bo jak się zastanowić, to jest w sumie bardzo ciekawe, jak to się dzieje, że nawet intelektualiści z trzeciego, a niekiedy nawet i pierwszego szeregu, znajdują takie upodobanie do podpierania się w swojej argumentacji czyimś nazwiskiem, imieniem, wyglądem, czy nawet miejscem zamieszkania, w każdym razie nic nie znaczącym szczegółem. Proszę sobie na przykład przypomnieć, jak przez całe swoje późne życie ś.p. Przemysław Gosiewski był zupełnie bez sensu tytułowany jako Edgar. Albo jak to Jarosław Kaczyński do dziś ma wypominane, że jest z Żoliborza. Czy wreszcie wszystkie te przypadki, kiedy to Dornowi wciąż przypominano, że ma psa Sabę. I wcale nie chodziło o to, że ten pies był głupi i brzydki, albo że imię Edgar jest jakoś kompromitujące. Nic z tych rzeczy. Ten argument zawsze występował ot tak sobie. Bez przyczyny. Natomiast zawsze niósł ze sobą jakiś taki dziwaczny chichot. No i bardzo często był używany przez ludzi podobno inteligentnych.
Pojawił się ten Milanówek, a ja siedziałem i myślałem, co za cholera? Ja mógłbym napisać tekst o Komorowskim i zatytułować go na przykład „Polska zachodzi nad Ruską Budą”. No ale nasz prezydent jest osobistością na tyle skomplikowaną w swojej prostocie, że ta Ruska Buda aż huczy symbolem. Natomiast Milanówek? Tu z całą pewnością musiało pójść o coś bardzo, ale to bardzo głupiego. Siedziałem więc i myślałem i spojrzałem na początek tekstu. A tam stoi tak:
Nie jest problemem pytanie, czy Rymkiewicz jest wielkim pisarzem, bo wszystko nam mówi, że jest. Ma zniewalającą mocną frazę, wręcz magnetyczną, hipnotyzującą. Nikt ze współczesnych nie pisze tak jak on, nikt z eseistów nie ma tak dobrze ustawionego głosu, nikt nie jest tak zakorzeniony w tradycji, jednocześnie nawiązując dialog ze współczesnością.
Czytając Rymkiewicza, człowiek ma poczucie uczestnictwa w jakimś niesamowitym święcie, pisarz magią słów przenosi nas w zamierzchłe epoki, unaocznia nam przez detal, anegdotę, supozycję, wątpliwość, blask dawnych czasów, odkurza dla nas zapomniane księgi, wertuje nieczytelne notatki. I jest hipnotyzerem”.
Myślę więc sobie że ho-ho! Ten Horubała to prawdziwe cudo. Z jednej strony ten Milanówek, nad którym zachodzi rozum, a z drugiej „wielki pisarz”, „zniewalająca, mocna, magnetyczna i hipnotyzująca fraza”, jakieś „niesamowite święto”, „magia słów”. Co ten Horubała kombinuje? Siedziałem tak i myślałem nad tymi dwoma akapitami i wymyśliłem, że od tego szaleństwa droga może być tylko jedna. Horubała na pewno nam powie, że to wszystko jest gówno warte, jeśli za tym nie stoi jakiś konkret w postaci choćby skype’a, lub linku do twittera. Że jeśli mamy takiego utalentowanego durnia z Milanówka jak Rymkiewicz, to jego natychmiast należy zastrzelić, albo – bardziej nowocześnie – zatruć polonem. Bo normalny człowiek, który chce żyć w normalnym kraju, gdzie może spokojnie liczyć na normalne towarzystwo normalnych ludzi, tego dysonansu nie jest w stanie znieść. Bo nie da się normalnie funkcjonować, jak tu ktoś do ucha wyśpiewuje zamierzchle epoki, blask dawnych czasów, zapomniane księgi, nieczytelne notatki i jeszcze robi to tak, że taki Horubała zaczyna zwyczajnie świrować. A więc pomyślałem sobie, że to tak musi dalej pójść.
Przepuściłem więc cały środek i zajrzałem do ostatniego akapitu. No i jest. Horubała pisze tak:
Upajanie się pieśnią wiedzie nas wszystkich na manowce. Republika wymaga racjonalności”.
W pierwszej chwili po przeczytaniu tych dwóch fragmentów plus tytułu tekstu Horubały, miałem ochotę coś napisać, ale zaraz potem zobaczyłem, że zajął się nim skutecznie mój kolega Coryllus i sobie z ulgą darowałem. No ale, jak wszyscy wiemy, kiedy coś się człowieka uczepi, to już później często tylko rośnie i rośnie i musi pęknąć. A więc dziś pomyślałem sobie, że ja też będę musiał coś na ten temat powiedzieć. Otóż Rymkiewicza znam w stopniu minimalnym, za to go do końca uwielbiam. A mówiąc „uwielbiam” mam na mysli bardzo klasyczną sytuację, kiedy mogę z czystym sercem powiedziec, że chciałbym być jak on. Po prostu. Znam Rymkiewicza z tych paru współczesnych wypowiedzi na temat Polski i Polaków i z jednej książki, którą przeczytałem w całości, mianowicie ‘Kinderszenen’. Muszę się od razu przyznać, że jako człowiek od wielu lat czytający bardzo mało, za ‘Kinderszenen’ wziąłem się głównie z tego powodu, ze bardzo mnie zafrapowało, co musi być w książce o Powstaniu Warszawskim takiego, żeby wzbudziła ona w elitach czystą, bezinteresowną wściekłość. Natomiast to, że ją przeczytałem, wynikało już tylko z tego, że kiedy zacząłem, nie mogłem przestać. A czytając te słowa, właściwie cały czas płakałem. I nawet kiedy teraz tę książkę wspominam, to się wzruszam. I to wzruszenie jest dla mnie czymś tak zrozumiałym i oczywistym, że jeśli Horubała go nie rozumie, to dla mnie jest zwyczajnym głupkiem. I to zwyczajnym dokładnie tak, jak jakiś wyżelowany pracownik ochrony w punkcie obsługi klientów Orange. A biorąc pod uwagę fakt, że on, w odróżnieniu od tego ochroniarza, zapewne czytać potrafi, uważam, ze jego sytuacja jest jeszcze bardziej dramatyczna.
A zatem mamy sytuacje dość niezwykłą. Jest sobie taki Horubała, człowiek wykształcony, oczytany, wiedzący – jak się dowiaduję od Coryllusa – kto to jest Platon (ja na przykład nie wiem), i potrafiący tę wiedzę jakoś w miarę zgrabnie wyrazić, a z drugiej strony jest ten Milanówek, chętnie przez mnie traktowany jako symbol czegoś, co dla Horubaly, ale również dla wielu innych jego pobratymców, jest zwyczajnie nieosiągalne. I skłonny nawet tu jestem w stanie przyjąć taką oto optykę, że Horubała reprezentuje tu życie, a Milanówek to śmierć. Tyle że, nawet przyjmując tę opcję – a może nawet dzięki temu – widzę bardzo wyraźnie, że zbliżamy się do końca czasów. Że jeśli, tak jak pisze Horubała, owe „zapomniane księgi” i „nieczytelne notatki” to ja, a z drugiej stronie już mamy tylko pełnych życia republikanów z ich racjonalizmem, to najwyższy czas się pakować. Z nadzieją, że jeśli weźmiemy się za to odpowiednio szybko, Horubała zostanie na peronie, a my jeszcze w ten pociąg wskoczymy.
Powinienem zakładać, że to co ja tu piszę, Horubała, czy ktoś kto go zna, przeczyta lub może mu o tym wspomni. Pewnie tak się nie stanie, ale powinienem mieć taką nadzieję. A zatem na wszelki wypadek, spróbuję na koniec powiedzieć coś, co jest jak najbardziej w miarę świeże. Z Wikipedii wiem, że on się urodził w 1962 roku, więc w latach 80 był już, że tak powiem, jeszcze głupi, ale już na nogach. A więc powinien zrozumieć, o co mi chodzi. Też bowiem będzie o życiu i śmierci. Otóż ruch skierowany przeciwko władzy komunistycznej, zwany potocznie, choć przecież nie do końca słusznie, ‘Solidarnością’ miał już swoje lata, ale właśnie wtedy można było zacząć robić pewne podsumowania. I jak bym nie liczył, wychodzi mi na to, że to wszystko było po gówno. No bo niech Horubała spojrzy, ile czy to prawdziwych działaczy, czy tylko niechcąco zaangażowanych kibiców, oddało za to co dziś mamy życie. Stu? Dwustu? A może trzystu? Oczywiście Powstania Warszawskiego nie liczymy, bo dla racjonalnie myślącego republikanina, to byłby z pewnością ciężki obciach. Zajmujemy się tylko tymi, o których Horubała słyszał na bieżąco i na własne uszy. A więc niech będzie dwustu. Dwustu ludzi dało się wystawić i zostało sprzątniętych przez reżim jak banda głupców. No bo czy są z tego jakieś zyski? O ile pamiętam tylko jeden milicjant głupio zastrzelony w tramwaju przez jakieś dzieci. Nawet legendarni bracia Kowalczykowie ostatecznie spudłowali. Jaruzelski wciąż żyje, Kiszczak podobnie. Urban jak najbardziej też. Szukam i szukam i wciąż mi się nie kalkuluje. Tych dziewięciu z Wujka? Cośmy za nich dostali? Wałęsę? To już niech sobie Horubała go weźmie. Na dokładkę może ode mnie osobiście dostać flaszkę. Niektórzy mówią, że pieśń. Że dostaliśmy pieśń. No ale już wiemy że Horubałę pieśni brzydzą.
A może Horubała mi powie, że mamy wolną Polskę? Dzięki nim, mieliśmy najpierw rok 1989, a później całą resztę. A więc może to jest ten zysk? Może o to Horubale chodzi? A może Horubała, w jakimś dla nikogo już z nas, starych już ludzi, niepojętym wykwicie republikańskiej wrażliwości, uważa, że dostaliśmy Smoleńsk? Niech mu więc będzie. Niech się cieszy. Tylko ja bym miał w tej sytuacji do niego jedną prośbę, jako do przedstawiciela obozu zwycięzców. Jak mu kiedyś przyjdzie do głowy, żeby zgłosić postulat w sprawie zburzenia tych wszystkich pomników, włącznie z tym kompletnie – zgadzam się – bezużytecznym i w dodatku brzydkim jak noc, krzyżem z Wujka, a na ich miejscu wybudowaniu paru stadionów, niech mi chociaż da spokojnie pośpiewać.

sobota, 27 listopada 2010

Rymkiewicz - część 5

Przed nami piąta część refleksji rymkiewiczowskich. I na razie ostatnia. Mam nadzieję, że jej kształt, miejsce i czas, jakie znalazła – akurat po tych refleksjach na temat Ambasadora w Bazylice – są najlepsze z możliwych. Poczytajmy:


Nie można wyobrazić sobie Polski bez Kościoła, bo on jest nam koniecznie potrzebny. Uważam, że Kościół i wojsko to są dwie najważniejsze instytucje narodowe. Obie są odpowiedzialne za to, co stanie się z Narodem. Ludzie Kościoła zdają sobie oczywiście z tego sprawę, a jak jest w wojsku, tego nie wiem. Korpus oficerski to jest zapoznana siła, która jest teraz lekceważona i marginalizowana, a która w dziejach Polski wielokrotnie się Narodowi dobrze przysłużyła. Trzeba przywrócić jej dawne znaczenie i możliwość jawnego patriotycznego działania - także w czasach pokoju. Natomiast wszystkie ataki na Kościół są w gruncie rzeczy atakami na interes narodowy Polaków. Kto atakuje Kościół, atakuje Polskę. To jest tak jak z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Jak każdy krzyż, był to oczywiście symbol religijny, ale jednocześnie, jak to wielokrotnie w dziejach Polski się zdarzało, ten krzyż stał się symbolem naszego życia narodowego. Myślę, że obecne ataki na Kościół są bardzo dobrze przemyślane - tu nie chodzi tylko o ateizację społeczeństwa, może nawet w ogóle o nią nie chodzi. Ludziom, którzy tak widowiskowo atakują religię i lżą ludzi wierzących, jest z pewnością kompletnie obojętne, czy ktoś wierzy, czy nie wierzy w Boga, czy ktoś chce być zbawiony, czy nie chce. Im chodzi o coś innego - o to mianowicie, żeby zniszczyć podstawy polskości. To jest bardzo przemyślane, a nawet budzi domniemanie, że nad tym myśli się nie tylko w Polsce, lecz także w innych krajach europejskich. Wracam do początku naszej rozmowy - są w Polsce i w Europie siły, i to siły potężne, którym zależy, by zniszczyć narody, a z Europy uczynić krainę ufundowaną na komunistycznych ideach Róży Luksemburg - nieśmiertelnej Rozy. […]

Ta agresja [wobec obrońców krzyża] stanie się zrozumiała, jeśli jeszcze raz uprzytomnimy sobie, że żyjemy w kraju postkolonialnym - a więc takim, w którym błąkają się różne postkolonialne zmory nocne, upiory postkomunistycznego życia, widma naszej niedawnej przeszłości. One ciągle, jak zjawy z Mickiewiczowskich "Dziadów", mają do nas jakiś interes i próbują nas ugryźć. Trzeba je stąd przeganiać, cały czas przeganiać. Chciałbym przypomnieć scenę z drugiej części "Dziadów", która rozgrywa się na cmentarzu. Guślarz jako jedno z wcieleń poety mówi tam, przeganiając nocne zmory atakujące tę wspólnotę ludową zgromadzoną na cmentarzu: "Czy widzisz Pański krzyż?/ Nie chcesz jadła, napoju?/ Zostawże nas w pokoju./ A kysz, a kysz!". Powtarzajmy więc sobie: "A kysz, a kysz!" - i te zjawy wreszcie znikną. Powtarzajmy to, biorąc do ręki ich gazety, oglądając ich telewizję, słuchając ich upiornych polityków: "A kysz, a kysz!".

czwartek, 25 listopada 2010

Teraz Rymkiewicz - część 4

Dziś dotarła do nas wiadomość, że Bronisław Komorowski – gdyby komuś udało się zapomnieć, prezydent RP – z okazji Święta Niepodległości wziął udział w Mszy Świętej, po czym publicznie zwymyślał księdza pułkownika Sławomira Żarskiego za to, że ten wygłosił kazanie, w którym Komorowskiemu nie spodobało się parę zdań. Przy okazji, w rozmowie z ministrem Klichem zapowiedział, że ów ksiądz zostanie za swój wybryk ukarany.
Czytajmy więc dalej Rymkiewicza.


"Oni nie potrzebują Polski. Albo - potrzebują jej po trosze. Potrzebują jakiegoś fantomu Polski, jakiejś zjawy. Jeśli na Polskę spojrzymy od tej strony, to będziemy musieli też uznać, że jej los nie rozstrzygnie się w najbliższym czasie, tak jak nie rozstrzygnął się w ciągu ostatnich 20 lat częściowej niepodległości. On się nie rozstrzygnie ani za 10, ani za 20 lat. Ten stan postkolonialny będzie trwał znacznie dłużej, może pół wieku, może jeszcze wiek. I Polacy muszą to przetrwać. A po drugie, trzeba powiedzieć, że jeśli w takim kraju, który dopiero co wyszedł spod jarzma kolonialnego, spod władzy kolonizatorów, powstała - w ciągu 20 lat jego postkolonialnego istnienia - niepodległościowa partia tubylców i jeśli tę niepodległościową partię popiera 30 procent tubylców, to jest to po prostu cud. Gdyby na niepodległościową partię Jarosława Kaczyńskiego, która reprezentuje interesy wolnych tubylców, głosowało 5 lub 10 procent Polaków, to też uważałbym to za cud.[…]
Jestem przekonany, że o tym, czym jest Polska, czym ona była i czym będzie, decydują ci, którzy chcieli, chcą i będą chcieli być Polakami. To znaczy ci, którzy rozumieją (lub tylko czują - to wystarczy), że ich życie uzyskuje sens dzięki temu, że są Polakami. Jest jakaś ogromna siła przymusu w tym naszym przekonaniu, że chcemy być Polakami. To jest stara, tysiącletnia siła, która ożywia pokolenie za pokoleniem. Nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie, dlaczego chcemy być Polakami, dlaczego to wydaje się nam najpiękniejsze, najlepsze na świecie, dlaczego to nam najbardziej odpowiada. Tak po prostu jest. Jest bardzo wielu ludzi, którzy od swojej polskości nie odstąpią, to jest oczywiste. Całe dzieje Polski to poświadczają. A jeśli są tacy ludzie, to polskość przetrwa wszystkie swoje dziwne (i niekiedy straszne) przygody.
Także i sprawę [tych, którzy wyjeżdżają masowo na Zachód] moim zdaniem, tłumaczy fenomen postkolonialnej sytuacji Polski. Sytuacja psychiczna hinduskiego lokaja obsługującego angielskich panów w Indiach czy sytuacja murzyńskiego tragarza, który w Rodezji czy w Nigerii nosił walizki za białym człowiekiem, była dwoista. Ci tubylcy jednocześnie nienawidzili swoich opresorów, a z drugiej strony podziwiali - ich siłę, ich przebiegłość oraz ich potęgę. To się łączyło z pogardą dla swojej słabości, dla swojej podrzędności. I to jest cechą wszystkich krajów postkolonialnych, że znaczna część zamieszkujących je tubylców (trzeba powiedzieć, że także znaczna część Polaków), po pierwsze, często nienawidząc swoich dawnych opresorów, jednocześnie podziwia ich siłę, potęgę, umiejętności. A po drugie, gardzi sobą i gardzi swoim podrzędnym krajem, który dał się podbić i stał się kolonią jakichś obcych mocarstw. Stąd właśnie bierze się polska ucieczka od polskości - wielu Polakom ich polskość wydaje się czymś podrzędnym, czymś gorszym, czymś godnym pogardy w porównaniu z siłą i potęgą kolonizatorów. Ci ludzie chcieliby uwolnić się od swojej (boleśnie odczuwanej) podrzędności, chcieliby uciec od swojej podrzędnej (w ich przekonaniu) polskości.
Ze mną jest całkiem inaczej, bo mnie od dziecka wychowano w przekonaniu, że polskość to jest coś najlepszego i najwyższego; do późnej starości, w którą teraz wkroczyłem, zachowałem przekonanie, że dane mi zostało coś wspaniałego. Nie mam żadnego podziwu dla rosyjskiej siły ani dla niemieckiego porządku, bo wiem, że moja polska istota, czyli moje polska wolność (bo uważam, że wolność jest w samym centrum polskości) - to jest coś najlepszego z tego wszystkiego, co człowiek może mieć na świecie. Więc choć jestem postkolonialnym pisarzem (bo piszę dla postkolonialnych Polaków), to jestem wolnym tubylcem w kraju postkolonialnym. Dlatego patrzę z żalem, a nawet z litością na tych, którzy mówią, że polskość to jest coś gorszego, podrzędnego. Wiem, że oni są nieszczęśliwi. Nie trzeba nimi gardzić, oni są godni litości. Nie chcą być Polakami, bo nie rozumieją, co zostało im dane.[…]
Jestem starym człowiekiem, 20 lat temu przez chwilę wydawało mi się, że umrę w wolnej Polsce, teraz wiem, że tak się nie stanie. Ale jestem przekonany, że moje wnuki - no może prawnuki - będą obywatelami wolnej Polski i będą szczęśliwe, że są Polakami."

Teraz Rymkiewicz - część 3

Mój cykl rymkiewiczowski, ze względu na pewne drobne, choć z mojego punktu widzenia zabawne, wczorajsze wydarzenie, musi ulec lekkiej modyfikacji. Otóż właśnie wczoraj w telewizji pojawił się Jarosław Kaczyński i zachowując bardzo, jak na ostatnie miesiące, dobry nastrój, wykpił najnowszy wizerunek Michała Kamińskiego. Oczywiście natychmiast zareagował sam zainteresowany i niemal ze łzami w oczach poskarżył się, że takie chamstwo Kaczyńskiego sprawia mu przykrość i że on, kiedy wszyscy śmiali się z wyglądu Kaczora, wcale się nie śmiał. Po Kamińskim wystąpił Krzysztof Daukszewicz i swym oburzeniem wsparł Kamińskiego, mówiąc, że z wyglądu i nazwisk śmianie się jest podłością. Na koniec przyszedł mój syn i powiedział, że jego zdaniem, może jednak Jarosław Kaczyński nie powinien był gadać o tej łysej pale.
Właśnie ze względu na Toyaha juniora, ale też i w związku z tym, że sam niedawno zwróciłem uwagę na to, do jakiego stanu Kamiński się doprowadził, chciałem tu wrzucić parę krótkich refleksji. Otóż kiedy niemieccy kolonizatorzy – że odwołam się do Rymkiewicza – a za nimi znaczna część tubylczej ludności, urządzili nad Lechem i Jarosławem Kaczyńskim kartoflowy festiwal szyderstw, nie stało się tak dlatego, że Kaczyńscy postanowili nagle chodzić w przebraniu ziemniaka, a nazwisko sobie zmienili na Kartofel. Przez całą kolonię niósł się wesoły śmiech wyłącznie dlatego, ze obaj bracia byli niewielkiego wzrostu, i że „kwa-kwa”. Po prostu. Jedynym bezpośrednim powodem tego ataku histerii był ich wzrost, ich naturalna sylwetka, i to „kwa-kwa”. Jeśli obaj do tego co się działo przyłożyli rękę, to tylko w taki sposób, że mieli swoje poglądy i talent w ich głoszeniu. A to że Kamiński wtedy się nie śmiał, nie jest w żaden sposób jego zasługą, lecz czymś zupełnie zwykłym, a więc nie ma się czym chwalić. Natomiast to że wśród rozradowanych tubylców brylował Daukszewicz –dziś kazałoby mu raczej siedzieć cicho.
Syn mój mówi, że może z Kamińskim było tak, że on wie jak wygląda i to go dręczy. Że widział wciąż te swoje nażelowane, lub spocone włosy, nie wiedział, co z nimi zrobić, więc w końcu je zgolił. A więc w pewnym sensie jemu należy współczuć, a nie się z niego śmiać. Tego argumentu nie p[przyjmuję. Jestem bowiem przekonany, że ktoś o takich pieniądzach i takich kontaktach jak Kamiński miał z pewnością wiele możliwości, żeby znaleźć parę solidnych rozwiązań. Z pewnością znacznie solidniejszych niż golenie łba na łyso. Ja się na tym nie znam, ale na przykład jednym z pierwszych mogło być nie zakładanie spranych jeansów do krawata i eleganckiej marynarki.
Powtarzam. Za śmiechami z Kamińskiego nie stoi żadna naturalna, choć zła, ludzka skłonność do szyderstw. On się najzwyczajniej wystawił. Ja za bardzo nie wiem, o co wczoraj Daukszewiczowi chodziło z tymi nazwiskami. Akurat tego nigdzie nie zauważyłem. Ale one mi tu bardzo dobrze pasują, żeby jakoś zamknąć ten wątek. Otóż wprawdzie ani Kamiński ani Kowal, ani Kluzik nie mają szczególnie interesujących nazwisk, ale to co oni zrobili ostatnio na poziomie polityki, bardzo mi przypomina sytuację, gdyby ktoś właśnie o nazwisku Kowal, czy Kamiński, nagle uznał, że tak jest źle, i lepiej byłoby się nazywać jakoś inaczej. Jak? Nie wiadomo. Ale inaczej. A zatem, gdyby nagle Michał Kamiński, w ramach jakiś niezbadanych decyzji politycznych ogolił się na łyso i zmienił nazwisko na Michał Dupa, to z całą pewnością nie powinien się dziwić, gdy nagle wokół niego zrobi się wesoło. I podobnie Paweł Kowal – akurat człowiek, którego zachowanie łamie mi serce nawet jeśli pamiętam, że on w swoim czasie słuchał głównie zespołu Banda i Wanda – jeśli mu przyjdzie do głowy, by zrobić sobie różowego irokeza i zmienić nazwisko na Paweł Kupa, to niech się nie spodziewa, że będzie traktowany z uwagą i szacunkiem. I to nie do mnie, lecz do siebie, będzie musiał kierować pretensje.
I tyle. Dziś mamy ten wczorajszy obraz Jarosława Kaczyńskiego, wesołego, w bardzo pięknie dobrym nastroju, a więc obraz, szczególnie dziś, bardzo pozytywny i napełniający nadzieją. No i Rymkiewicza i jego święte – niemal w sensie dosłownym – słowa. Myślmy więc o Jarosławie Kaczyńskim i słuchajmy Rymkiewicza.

Co się dość rzadko zdarza w historii – zwykle musi upłynąć trochę czasu, żeby pojawiła się mityczna opowieść. Mit ma swoje tajemnicze zawiłości. Pewne wydarzenia – nie bardzo wiadomo dlaczego – szybko się symbolizują. Jak choćby śmierć księcia Józefa skaczącego do Elstery, śmierć, prawdę mówiąc, trochę przypadkowa, nawet niepotrzebna. A inne ważne wydarzenia w ogóle nie wchodzą w przestrzeń mityczną. Jak choćby nieudane samobójstwo Tadeusza Kościuszki na pobojowisku pod Maciejowicami. Świetna scena, która powinna stać się symbolem polskiego losu – i nic z tego, historia ją gdzieś schowała, zatarła. A jeśli już mówimy o mitycznych symbolizacjach, to chcę powiedzieć, że Jarosław Kaczyński też już staje się, a nawet stał się symbolem. Dlatego na początku naszej rozmowy porównałem go do walecznego Władysława Łokietka, który przegrywał, wygrywał, i znów przegrywał, i znów wygrywał, i tak przez całe swoje życie, bitwa po bitwie, z Krzyżakami, z Wacławem II, aż zrekonstruował zrujnowane Królestwo Polaków. Co do wzrostu, to też zachodzi wyraźne podobieństwo. Jarosław Kaczyński jest świetnym, zręcznym politykiem, ale to już nie jest takie ważne, bo ważniejsze jest teraz coś innego. Otóż ten człowiek, już niemłody, ale przecież też nie stary, któremu nie wszystko się udawało, który musiał znieść wiele upokorzeń i porażek, pewnie wcale nie myśląc o tym, że zmierza w takim właśnie kierunku, stał się obecnie żywym symbolem niepodległej Polski, którą ma dla nas wywalczyć. Jak Łokietek ze swojej rycerskiej groty pod Ojcowem, tak on wyszedł ze swojej inteligenckiej żoliborskiej groty, żeby walczyć z wrogami Polski. Patrzę teraz na niego i widzę mitycznego bohatera Polaków. Niech się Pan trzyma, Drogi Panie Jarosławie. […]
Przecież było wiadomo, że ugryziony żubr gdzieś ucieknie, no i uciekł, gdzieś pomknął. Ale ja w tej rozmowie mówiłem też, że żubr galopuje w jakąś nieznaną przyszłość. Teraz to już widać trochę lepiej, a moja koncepcja Polski postkolonialnej pozwala to lepiej zrozumieć – żubr przez jakieś straszne ostępy, chaszcze, zarośla galopuje ku niepodległości. Słyszę jego tętent, tętent odradzającego się polskiego życia. Będziemy mieli wspaniałe państwo wolnych Polaków, w którym Jarosław Kaczyński będzie miał pomniki. Będzie stał obok Lecha. Albo będą siedzieli na murku, pijąc wodę z sokiem z żoliborskiego saturatora.”

środa, 24 listopada 2010

Teraz Rymkiewicz - część 1

Kiedy na początku tego roku byłem w Warszawie, by odebrać nagrodę za blog, miałem okazję udzielić krótkiej wypowiedzi jakimś dwóm młodziakom z Onetu, i w trakcie tej rozmowy bardzo wyraźnie zaznaczyłem, że sukces tego bloga, to w bardzo dużej mierze sukces osób, które tu komentują. Że gdyby nie komentarze – komentarze tej a nie innej jakości – ten blog nie bylby tym czym jest nawet w marnym procencie. Od tamtego dnia, wiele się zmieniło i w Polsce i też tu u nas. Został zamordowany prezydent Lech Kaczyński, mafia w swojej wojnie z narodem radykalnie się rozepchała, a my w międzyczasie przenieśliśmy się z Salonu do siebie. Jedno pozostało z pewnością nietknięte – poziom komentarzy.
Od razu muszę wygłosić pewne oświadczenie. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to ja jestem głównym autorem tego bloga, że ja nim kieruję i że w ogóle to jest mój blog. Zdaję sobie też sprawę, że dla wielu osob, które tu przychodzą moje pisanie stanowi inspirację i jest źródłem wszelkiej satysfakcji. Moja wiara w to jednak, że bez tych komentarzy, ani to pisanie, ani to miejsce nie byłyby tym czym są, jest szczera i coraz bardziej niezachwiana. Jak stali czytelnicy zauważyli, ostatnio coraz częściej udzielam tu miejsca naszemu księdzu. Niedawno opublikowałem tu znakomity tekst Coryllusa. Wciąż myślę, jak by to zrobić, żeby tu mogli pisać inni, często - w moim szczerym przekonaniu – autorzy z pewnością nie mniej zdolni ode mnie. Dlaczego takie myśli chodzą mi po głowie? Przecież nie dlatego, że nie chce mi się pisać, albo, że nie mam o czym. Ani jedno, ani drugie nie jest prawdą. Po prostu co chwilę widzę gdzieś jakiś tekst, który jest tak wybitny, że nie mogę znieść myśli, że on miałby gdzieś się zagubić, a z drugiej – bardzo samolubnie – kombinuję sobie, że jak by to było dobrze, gdyby i on mógł uświetnić to miejsce. Jest jeszcze jedno. Ja tak bardzo bym chciał powiedzieć znacznie więcej niż potrafię, i ta moja bezradność tak często i tak bardzo mi dokucza, że kiedy widzę, jak ktoś nagle zechciał wyrazić to, czego ja nie jestem w stanie, a w dodatku umie to zrobić znacznie ode mnie lepiej i intensywniej – po prostu i zwyczajnie chcę to tu umieścić.
Tak dużo jest do powiedzenia. Tyle rzeczy się dzieje w jednej chwili, rzeczy tak ważnych i tak bogatych w znaczenia, że powoli robi się tu już pełny chaos. Nawet widać to w tych komentarzach, które coraz częściej stanowią pełne odbicie tych moich trosk, o których wyżej, a wśród nich tej głównej – że tyle jest do powiedzenia. Ksiądz pisze o Poznaniu, a nasz przyjaciel Orjan o Świebodzinie. Choćby coś takiego! A wszystko takie piękne!
I co chwilę ktoś zwraca uwagę na kolejną wypowiedź Rymkiewicza, który nam ostatnio tak cudownie się uaktywnił. Otóż to – Rymkiewicz. Ja wiem, co dla nas znaczy choćby Herbert. I ten szacunek w pełni podzielam. Jeśli jednak idzie o Rymkiewicza, muszę przyznać, że takiej intensywności czystej prawdy i tak niewzruszonej odwagi i bezkompromisowości w jej głoszeniu osobiście nie spotkałem chyba nigdy. Nie jestem – o czym tu już wspominałem – kimś bardzo oczytanym. Kiedy byłem znacznie młodszy, owszem, czytałem dość dużo, ale później jakoś mi się odechciało i teraz jest mi niezwykle trudno do tego sportu wrócić. Pamiętam jednak stare lektury i to, jak bardzo przeżywałem to moje czytanie. Pamiętam choćby jak siedziałem nad Pod wulkanem Lowry’ego i każde zdanie czytałem wielokrotnie, bo jego siła – i ta wspomniana tu już dziś dwukrotnie intensywność – nawet w tłumaczeniu, były tak porażające, że nie mogłem przejść dalej. Tego Lowrego czytałem jak wiersze Lowella, albo Delmore’a Schwartza, Pounda, czy Eluarda.
I nagle, po latach wziąłem do ręki Rymkiewicza i jego Kiderszenen… i właściwie cały czas płakałem. Dziś czytam z nim rozmowy, i to moje wzruszenie mnie nie opuszcza na wszystkich możliwych poziomach. I jeśli idzie o intensywność słowa, i o jego urodę i o samą myśl. Myśl, głoszoną – jak już wspomniałem – z bezkompromisowością wręcz na poziomie pierwszego, jeszcze sprzed okresu komercyjnego, punk rocka. Wiem, że Rymkiewiczowi by się to porównanie mogło nie spodobać, ale akurat on się na tym nie zna.. Choć gdyby się znał, wiedziałby jak ja bardzo go podziwiam. Czytam te wywiady z Rymkiewiczem i jest bezradny. Bezradny jako ktoś, kto by chciał umieć wyrażać swoje myśli tak czysto i na takim poziomie wręcz świętej powagi, ale też dlatego, że ja nie jestem w stanie zrozumieć, jak w tych naszych parszywych czasach mógł uchować się taki diament. Rymkiewicz mówi, a przed nami otwiera się obraz czegoś tak nieludzkiego – a może własnie tak bardzo ludzkiego, że aż egzotycznego – że myślimy sobie, że mamy do czynienia albo z szaleństwem, albo z Prawdą. Ewentualnie wyłącznie z talentem. Ale, z drugiej strony, jeśli to ma być tylko talent, to mi to też wystarczy.
Gdyby ktoś mnie kiedyś spytał, po co ja prowadziłem ten blog i na co liczyłem, to dziś już wiem, co bym odpowiedział – żeby spróbować wyrazić coś co uważam za prawdę i zrobić to tak poważnie i tak intensywnie, jak to tylko możliwe. Ja tu ani przez moment nie chciałem powtarzać tego, co można sobie poczytać w prawicowych tygodnikach, czy na prawicowych i patriotycznych blogach. Ja z każdym miesiącem coraz mniej chciałem, by ten blog służył doraźnemu komentowaniu wydarzeń. To na przykład z tego powodu, nie mam ochoty pisać dziś o tym, jak to Komorowski zaprosił do siebie Jaruzelskiego, czy analizować kolejne ruchy rusko-polskiej prokuratury w sprawie Smoleńska. Tak jak napisałem w notce obok, ja bardzo sobie zamierzyłem, żeby to – jeśli cokolwiek – była zwyczajna poezja konfesyjna. Taki bardzo poważny i najbardziej przejmujący skowyt. Choć trochę taki jaki znajduję i u Eluarda i u Rymkiewicza.
Wiem, że wielu z czytelników bardzo czeka na to, bym wreszcie powiedział coś od siebie. Zapewniam, że powiem, jednak jeszcze nie dziś. I nie jutro. Nawet nie pojutrze. Przede mną trzy ostatnio opublikowane rozmowy z Rymkiewiczem. Uważam jak najbardziej uczciwie, że byłoby grzechem, gdybym je w jakikolwiek sposób zlekceważył. Dla mnie grzechem, a dla tych, którzy z jakiegoś powodu, albo ich nie czytali, albo przeczytali szybko i niestarannie. Własnie dlatego, poniżej jeden f4agment z jednego z nich. W kolejnych kilku wpisach przedstawię kilka następnych. Jestem pewien, ze tak trzeba. To jest gest dla naszego wspólnego dobra.
Jak niektórzy wiedzą, trwa rozprawa, jaką Rymkiewiczowi wytoczył Michnik. O co? Nieważne. Cel jest zawsze ten sam. Powody też. Oto, co na ten temat mówi Rymkiewicz:

Prześladowanie i ograniczanie wolności słowa jest w naszym kraju rzeczą tak oczywistą, niemal codzienną, że właściwie nie warto już o tym mówić. W mojej mowie chciałbym raczej pokazać, w jaki sposób idee wczesnego komunizmu, czyli idee Róży Luksemburg, sformułowane na przełomie XIX i XX wieku, działają do dzisiaj i jaki mają wpływ na nasze życie. Róża Luksemburg była wybitną działaczką komunistyczną, najpierw w Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy (SDKPiL), a potem w Komunistycznej Partii Niemiec, którą założyła. Siła jej idei była co najmniej równa sile idei Lenina. Potem nieśmiertelna Róża, jak ją nazywano (biessmiertnaja Roza), została trochę zapomniana, bo tak się złożyło, że ją zamordowano, a Lenin i Stalin potępili tzw. błąd luksemburgizmu, czyli wykluczyli jej pisma teoretyczne ze swojego dziedzictwa. Ale idee nieśmiertelnej Rozy, choć tępione przez komunistów, dalej działały. Gdy czyta się dziś jej arcyciekawe rozprawy, mówiące o tym, jak ma być rozwiązana w Europie kwestia narodowa, to widać, że jesteśmy u samych fundamentów Unii Europejskiej, że Unia Europejska została wymyślona właśnie wtedy, we wczesnym komunizmie. Idea stworzenia społeczeństwa globalnego, takiego, które nie będzie dzielić się na różne narody, a więc idea wynarodowienia, została sformułowana właśnie wtedy i właśnie przez Różę Luksemburg, i niemal nienaruszona, w różnych przebraniach, dotrwała do naszych czasów. Mamy więc obecnie do czynienia z ideami rdzennie komunistycznymi - zresztą nie tylko w tej dziedzinie życia, w innych też - które występują w przebraniach liberalnych, demokratycznych, socjaldemokratycznych, a niegdyś stanowiły fundament światowego ruchu komunistycznego. Biessmiertnaja Roza uważała, że Polacy nie powinni istnieć, nie powinni też domagać się niepodległości, ponieważ musi powstać w Europie jedna europejska klasa proletariuszy, a nie da się osiągnąć tego celu, jeśli będą istniały narody i narodowości. Roza przewidywała ponadto, że powstaną Stany Zjednoczone Europy, które będą początkowo tworem ‘burżuazyjnym’, ale potem, kiedy wybuchnie rewolucja, zostaną przejęte przez klasę robotniczą, przez proletariat. No i teraz trochę to się sprawdza, co prawda nie ma klas, nie ma proletariatu, nie ma nieśmiertelnej Róży, niby nie ma i komunizmu, ale wszystko układa się właśnie tak, jak to zaprojektowała ta wielka Roza. Coraz częściej słyszymy, że narodów nie będzie, bo nie są potrzebne. Wydaje mi się, że ludzie Adama Michnika są propagatorami właśnie tej idei, idei Europy ponadnarodowej, takiej Europy, która będzie się obywać bez narodów. To bardzo poważna sprawa, która dla mnie przybiera kształt pytania: czy Polacy mają szansę na przetrwanie, czy będą istnieli? […]
Pragnę coś przypomnieć, na co może nikt nie zwrócił dotąd uwagi. Otóż Order Orła Białego został ustanowiony na początku XVIII wieku przez Augusta II, naszego pierwszego króla z dynastii saskiej. Początkowo kosztował 10 000 czerwonych złotych i mógł go dostać niemal każdy, kogo było na to stać. Wśród jego pierwszych kawalerów byli dygnitarze carscy, Aleksander Mienszykow i Nikołaj Repnin. Order Orła Białego został więc zhańbiony już na początku swojej historii. Potem przyznawano go w bardzo różny sposób - niekiedy prawdziwym bohaterom, niekiedy wielkim łajdakom. Pod koniec wieku XVIII otrzymywali go targowiczanie, czyli Stanisław August, król zdrajca, dekorował nim zdrajców. To była już tradycja ruska, wedle której im większy łajdak, tym większy ma order. W ogóle przyznawanie orderów jest ruską tradycją, a w naszej I Rzeczypospolitej noszenie jakichkolwiek orderów było zakazane przez prawo. Dobrze byłoby wrócić do tamtych naszych obyczajów. Po Powstaniu Listopadowym, po roku 1831, Orzeł Biały został włączony do hierarchii orderów carskich. Był trzecim pod względem znaczenia orderem imperium rosyjskiego: po św. Andrzeju i po Aleksandrze Newskim. Jeśli więc tak spojrzymy na dzieje Orderu Orła Białego, to będziemy mogli powiedzieć, że i w tym wypadku historia Polski zatacza teraz krąg - wciąż mamy do czynienia z czymś, co już się kiedyś wydarzyło".

piątek, 11 września 2009

Polska, czyli elity kontra chłopek roztropek

Gdy myślę osobie jako o podróżniku, dochodzę do wniosku, że pewnie nie ma na świecie zbyt wiele osób, które, tak jak ja, tak bardzo niechętnie ruszałyby się z domu. Gdybym miał wymienić wszystkie miejsca, gdzie powinienem już dawno być wiele razy, a nie byłem – weźmy choćby taki Mikołów, Wrocław, czy Szczecin – to mógłbym czuć wyłącznie zakłopotanie. Fakt pozostaje faktem. Głównie siedzę w domu, a jeśli już gdzieś jadę, to wciąż w te same kilka miejsc, które znam i lubię, trochę pewnie na zasadzie opatentowanej przez inżyniera Mamonia, który lubił tylko te piosenki, które już wcześniej znał.
W zeszłym tygodniu, ze względów ściśle rodzinnych, udałem się samochodem na zachód, a ściślej na północny zachód, Polski, niemal pod rzeczony już Szczecin. Bardzo się cieszyłem na tę podróż z wielu względów, ale też z tego powodu, że od dawna chciałem zobaczyć, jak wyglądają te cywilizacyjnie kultowe już tereny między Wrocławiem, Poznaniem, a Szczecinem, czyli, w odróżnieniu od tak zwanej „Polski B”, tak zwana „Polska A”. Skąd mi przyszło do głowy, że prowincja, przez którą będę miał okazję przejeżdżać, stanowi coś, co można nazwać „Polską A”? No, sam przecież tego nie wymyśliłem. Będąc kulturowo i historycznie związany ze wschodnią częścią naszego kraju, byłem wielokrotnie objaśniany i przekonywany, że cała tak zwana Ściana Wschodnia,to druga – a może i nawet trzecia – liga, zarówno pod względem rozwojowym, jak i czysto ludzkim. Przemyśl, Lublin,. Białystok, Siedlce, Rzeszów, Biała Podlaska, Tarnów – według tych niemal już oficjalnych ocen – to taki Reymont w pigułce, podczas gdy Opole, Wrocław, Poznań i wszystko co w bok i co wyżej, to – pozostając przy literackich porównaniach – co najmniej Żeromski. Co najmniej.
Jechaliśmy więc przez te poniemieckie tereny, a ja coraz bardziej otwierałem oczy ze zdumienia. To co widziałem, to był kraj kompletnie wyzuty z jakiegokolwiek charakteru. Puste, rozległe, wysprzątane tereny, gdzieniegdzie zabudowane albo jakimiś komunistycznymi mikro-osiedlami, lub starymi budynkami z czerwonej cegłówki. Przez całą drogę, nie widziałem jednej, porządnej wsi, którą można by było nazwać choćby namiastką społeczności. I w pewnym momencie doszło do tego, że zacząłem się rozglądać, czy z naprzeciwka nie nadjadą Ruskie na motocyklach w drodze z koszar do koszar. Oczywiście biorę pod uwagę, że gdzieś tam za horyzontem rosły sobie piękne domki z pięknym rynkiem, kościołem z boku i z plotkującymi na ławeczkach kobietami, których mężowie swoją solidną pracą pokazywali światu że Polak potrafi nie gorzej od przeciętnego Europejczyka. A nawet jeśli ten obraz jest zbyt idylliczny, to nie wykluczam, że nawet wówczas, z punktu widzenia mieszkańców, te miejsca i tak mają w sobie dużo uroku. Ja jednak, jadąc po praz pierwszy w życiu tamtymi drogami, nie mogłem przestać myśleć o tym, że o co do cholery chodzi z tą „Polską A” i „Polską B”. No i – naturalnie – cały czas dziękowałem Bogu, że nie muszę tam mieszkać, a na wakacje mogę jeżdzić zupełnie w przeciwnym kierunku. No i jeszcze przyszła mi do głowy jedna myśl. Że ja się absolutnie nie dziwię, że gdy dochodzi do podejmowania decyzji politycznych, ci ludzi, których tam widziałem kręcących się wokół tych samotnych domków i porzuconych bloków, to oni będą wybierali albo jakichś lokalnych biznesmenów, którzy im zaimponują swoim sukcesem, albo partie, które ci biznesmeni im zarekomendują. No i że gdziekolwiek zobaczą kogoś kto im mówi o wartościach i w ogóle o ideach, będą się wyłącznie irytowali. Że wreszcie, z punktu widzenia tej estetyki i tej cywilizacji, to wszystko co się dzieje po drugiej stronie Wisły, to kupa śmiechu i obciach.
I jeszcze może jedna – już bardzo kontrowersyjna – refleksja. Że może to całe gadanie o dwóch Polskach, z których ta świeża jest lepsza od tej starej, może być wynikiem tego, że ktoś, po ponad 60 jałowych latach, w ramach tak zwanego wyrównywania szans, uznał, że skoro nie udało się normalnie, to może choćby propagandowo uda się dowartościować tych, którzy owego dowartościowania najwyraźniej bardzo potrzebują.
Bardzo mi zależy, żebym został dobrze zrozumiany. Siedząc nad tym tekstem, nie mam w najmniejszym stopniu zamiaru pisać o tych krytykowanych przeze mnie dwóch Polskach, tyle że zmieniając literki. To nie ja ten podział wymyśliłem, to nie ja go wykorzystywałem w moich sporach, to w końcu nie ja – i to każdy uczciwy czytelnik tego bloga przyzna uczciwie – roztrząsałem kwestię mojego Polactwa, mojego kraju polskości i wszystkich kłopotów z tym bagażem związanych. Jeśli chciałem kiedykolwiek wyrazić swoja pogardę dla niektórych ludzi, czy niektórych postaw, nigdy nie mówiłem o Polsce gorszej i lepszej, lecz o Polsce i nie-Polsce. Czyli na przykład o Niemcach i Rosji. Polska jako państwo, przestrzeń i ludzie, nigdy nie była dla mnie tematem zmartwień, czy choćby kontrowersji. Jeśli więc dziś pisze o tej mojej podróży i wyrażam moje zdziwienie tym co zobaczyłem, to się tylko dziwię. I to zdziwienie to wszystko co w tym jest.
Jarosław Marek Rymkiewicz w rozmowie, którą przeprowadziła z nim Teologia Polityczna (niestety nie umiem znaleźć odpowiedniego linku; może ktoś mi pomoże), dzieli nas na dwa typy: na „prostych ludzi” i na „elity”. I mówi tak:
Tych ‘prostych ludzi’, zwykłych Polaków, odróżnia od tych drugich przede wszystkim to, ze oni nie zadają sobie wyraźnego pytania dotyczącego ich polskości, ponieważ przyjmują to za rzecz naturalną i oczywistą, że są Polakami i nie chcą a nawet nie mogą być czymś innym. Mówiąc inaczej, są wewnątrz polskości, w takim miejscu, w którym w ogóle nie pojawia się pytanie o przynależność”.
Ja bym może tylko pozwolił sobie tę refleksję Rymkiewicza uzupełnić uwagą, że skoro ci „prości ludzie” nie traktują swojej polskości ani jako dylematu, ani jako w ogóle zjawiska, to tym bardziej by im nawet do głowy nie przyszło rozważać swojej pozycji wobec innych narodów, właśnie z punktu widzenia tej ich polskości, a już z cała pewnością nie widzieliby sensu w debatowaniu na temat taki, na przykład, jak by tu można było przystrzyc naszą polskość do gustów innych, lepszych. Oczywiście, nie jest też tak, że Polacy, o których Rymkiewicz tak pięknie mówi, że są zanurzeni „wewnątrz polskości” wierzą, że tu, w tej ich polskości, nie ma lenistwa, pychy, bałaganiarstwa, zawiści, małostkowości i wszelkich innych grzechów. Oczywiście, oni wiedzą to świetnie. Tyle że, wiedząc to, wiedzą też i to, że ta ich marność to RÓWNIEŻ ich grzech, a nie WYŁĄCZNIE ich grzech. I tak jak idąc do spowiedzi, nie biją się w cudze piersi, tak też nie życzą sobie, żeby inni bili się w ich piersi. Zwłaszcza gdy ci inni, odstawiając ten popis obłudy, każą im się zastanawiać nad związkami między ich grzechem (który jest oczywistym nieszczęściem), a ich polskością (która jest ich oczywistą naturą).
Opisałem tu moje wrażenia z podróży po tzw. „Polsce A”, zacytowałem refleksję Rymkiewicza na temat polskości. Nie napisałem słowa o „Polsce B”, jeśli nie liczyć uwagi, że to są te tereny na wschód od Wisły i że tzw. elity uważają je za swego rodzaju rezerwat bez przyszłości. Nie napisałem, no bo cóż ja mogę na ten temat? Na temat tych pól, tych walących się płotów, tych gniazd na dachach, tych babć w chustkach na głowach, tych dziadków na rowerach i tych facetów w czarnych garniturach snujących się po rynku po mszy? Jest jednak coś, czego zdecydowanie brakuje. Brakuje głosu elit. Proszę więc posłuchać. Oto artykuł, obecnego tu już od jakiegoś czasu, Rafała Ziemkiewicza z Rzeczpospolitej jeszcze z roku 2002, zatytułowany (a jakże!) „Czy Polacy zasługują na niepodległość?”:
Na pytanie zadane w tytule każdy Polak bez namysłu odpowie twierdząco, dziwiąc się, jak w ogóle można je zadawać. Jeśli jednak zapytać, dlaczego - najpewniej usłyszymy tylko o Sierpniu, Westerplatte czy Monte Cassino. Dla międzynarodowej polityki nie jest to jednak żaden argument. Z punktu widzenia potęg rządzących światem na niepodległość zasługują tylko te narody, które potrafią zbudować państwo skuteczne i stabilne, gwarantujące ład i porządek, obliczalne w podejmowanych działaniach.[…] Polska jawi się światu jako partner z każdym rokiem coraz mniej atrakcyjny. Trudno się w tym stanie rzeczy dziwić Zachodowi, że maleje jego gotowość do włączenia w swe struktury kraju, który coraz mniej skrycie liczy na to, że to Europa, za swoje pieniądze, zrobi u nas wreszcie porządek ze wszystkim, czego sami Polacy uporządkować nie umieją. Po złych doświadczeniach ze wschodnimi landami Niemiec i w obliczu własnych problemów krajom UE trudno będzie przekonać do tego swych wyborców. Problem zasadniczy polega na tym, że w tym punkcie świata, w którym leżymy, nie ma miejsca na twór przypominający swą niewydolnością i stopniem korupcji państwa afrykańskie lub latynoamerykańskie. Jeśli Zachód nabierze przekonania, że nie potrafimy się rządzić sami, i nie będzie miał ochoty nas tego uczyć, jedynym rozsądnym wyborem będzie dla jego przywódców zgoda, aby stabilizację w regionie pozostawić zawsze do tego gotowej i chętnej Rosji.”http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_020413/plus_minus_a_5.html
Dlaczego uznałem, że po tych moich refleksjach niedzielnego podróżnika i po cytacie z Rymkiewicza, należy koniecznie przytoczyć ten absolutnie kuriozalny fragment wypowiedzi przedstawiciela elit? Wbrew pozorom, nie po to, by wchodzić w kolejną z nim polemikę, lub nawet po to, by jeszcze troszkę Ziemkiewiczowi dołożyć. Szczerze powiedziawszy, nie mam na to już za bardzo sił, a jeszcze teraz, gdy, po raz kolejny, czytam o europejskich pieniądzach, za które europejscy wyborcy nie będą sprzątać naszego pieprzonego polskiego bałaganu, i czytam te słowa ułożone z takim szykiem i na takim poziomie… chciałem powiedzieć inteligencji, ale to wciąż nie to samo, co angielski wit… to czuję, jak to wszystko autentycznie przekracza moje możliwości. Więc po co? Po to mianowicie, żeby jak najstaranniej zilustrować to, czym opisana przez Rymkiewicza polskość nie jest. Albo jeszcze lepiej. Żeby pokazać, czym jest – skoro już tak bardzo niektórzy się uczepili podziału na „Polskę A” i „Polskę B” – w moim rozumieniu – „Polska B”. W rozumieniu moim, czyli tego Polaka, że jeszcze raz na koniec powołam się na głos elit, dla którego „chłopek roztropek jest […] większym autorytetem niż profesor, być może dlatego, że profesora rzeczywiście mądrego trudno mu odróżnić od profesora z układu, jakich po półwieczu rządów PZPR pozostało sporo”.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...