Racjonalizm, jaki mnie chyba od zawsze wiąże w moim podejściu do życia, do ludzi i do świata, jest z reguły tak bezdyskusyjny, że czasem aż się tym martwię. Oczywiście najbardziej w sytuacjach, kiedy na przykład jest czas wakacji, człowiek ma poczucie, że będzie żył wiecznie i z tej radości mógłby się na przykład upić… ale się boi, że straci czujność, a to już jest prawie tak, jakby umarł. Albo gdy życie nagle robi się tak cudownie chaotyczne i naprawdę nie byłoby źle się w tym chaosie zanurzyć, a tu nie ma na to sposobu, bo wszystko musi być poukładane, i to w dodatku poukładane tak, by prawda była prawdą, kłamstwo kłamstwem, a szaleństwo szaleństwem. Bardzo ciężko jest żyć tą obsesją.
Weźmy wczorajszy – ale przecież nie tylko wczorajszy – występ Stefana Niesiołowskiego w telewizji TVN24. Gdybym był człowiekiem o duszy i sercu dziecka, prawdopodobnie patrzyłbym na marszałka Niesiołowskiego i słuchał jego słów z zachwytem, lub przynajmniej z rozbawieniem, i czuł ten dreszcz emocji, jaki się pojawia u ludzi wrażliwych, kiedy nagle przed ich oczami zaczyna się rozciągać widok zupełnie nieznany i tak bardzo egzotyczny. Na przykład, nie widzę zupełnie takiej możliwości, żeby moja najmłodsza córka słuchała tego człowieka, patrzyła na jego oczy, i jej serce rozrywało pragnienie, by ktoś przyszedł i pomógł jej rozwiązać tę zagadkę. Ona nie ma potrzeby, by wstawać na dźwięk budzika, by schować do zmywarki naczynia po obiedzie, by powycierać brudny stół, a więc tym bardziej nie ma też potrzeby, by zadręczać się pytaniem, co się dzieje w umyśle kogoś, kto przypomina plazmę.. Tymczasem ja, z całą tą swoją nieszczęsną potrzebą porządku, w którym każde pytanie ma swoją odpowiedź, siedzę jak osłupiały i się zadręczam. A już najgorzej, gdy chcę na ten temat coś powiedziec, a tu nie ma jak.
Są, na szczęście – choć wcale nie jestem pewien, czy rzeczywiście to jest taka szczęśliwa okoliczność – dwie sytuacje, kiedy mój racjonalizm diabli biorą. Dosłownie diabli, zwłaszcza w sytuacji pierwszej. Pisałem już o tym przy okazji rozważań na temat ateizmu. Dziś tylko przypomnę. Otóż nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że nasza religijność i w ogóle wiara w Boga są wynikiem nie tego, co niektórzy nazywają złudzeniem, marzeniem, czy zwykłym prymitywnym lękiem, lecz najbardziej ewidentnym zwycięstwem rozumu. Jeśli wierzymy w Boga, to nie dlatego, że słyszymy grzmot, widzimy błyskawice i nasze serce woła o ratunek, ale odwrotnie – nasze serce woła o ratunek, kiedy nagle uznajemy, że Boga nie ma. Kiedy nagle z jakiegoś powodu nasze serce i duszę ogarnia zwątpienie i zaczynamy drżeć. To właśnie ateizm jest wynikiem najbardziej prymitywnych lęków i zabobonów. To ateizm się budzi, gdy zasypia rozum. I tu, przyznaję, niekiedy – wbrew wszelkim racjonalnym argumentom, wbrew żywym dowodom, wbrew rozumowi – ogarnia mnie zwątpienie i lęk. Że co będzie, jeśli się okaże, że to co widzę, to tylko złudzenie? Że nie ma nic, jak tylko chaos i przypadek. Że to zmarły niedawno Maciej Zembaty miał rację, spędzając – jak nam donoszą i świadkowie, i on sam przecież na swoim blogu – swoje ostatnie dni na idealnie fizycznym upojeniu seksem, narkotykami i w efekcie obłędem, a nie my – ludzie odpowiedzialni, wierni, czujni i zawsze gotowi.
Druga sytuacja, kiedy mój racjonalizm przestaje funkcjonować to mój patriotyzm, moja miłość do Polski. Ktoś powie, że o ile rzeczywiście, w poprzednim przypadku uwaga, że mój rozum„diabli biorą” jest całkowicie na miejscu, to tu akurat nie bardzo. Bo wszyscy przecież wiemy, że Polska to nasze szczęście, nasza radość i nasza duma. Że kiedy Rymkiewicz mówi, że polskość „przetrwała, bo jest wieczna. Polskość to jest szczęście Polaków. Polacy mają w swoich domach to, co jest najpiękniejsze na świecie, i dlatego są szczęśliwi”, to ma całkowitą rację. Tyle że nie oszukujmy się. Za tymi słowami nie może stać przecież rozum. One tak naprawdę rozum kwestionują. One niosą w sobie wyłącznie wiarę i nadzieję. No i własnie miłość. A więc upojenie właśnie.
Wspomniałem Macieja Zembatego nie dlatego, że był on w moim odczuciu człowiekiem wybitnym, a jego życie może dla nas stanowić jakąś inspirację. Wspomniałem o nim, bo był znany, niedawno zmarł, no i zostawił po sobie parę interesujących nas wspomnień. No i też trochę dlatego, że niedawno w „Przekroju” ukazało się na jego temat wspomnienie zaprzyjaźnionego z nim Marka Raczkowskiego, które trochę koresponduje z tym, co ja tu dziś piszę, a w którym czytam:
„Potrafił zadzwonić i zakomunikować, że jest u niego jakiś nieuprzejmy kierowca z agencji towarzyskiej. Pojawił się problem, bo pochopnie przedłużył czas pobytu dziewczyny (wyjątkowo dobrze mu się wtedy śpiewało). Zabrakło mu pieniędzy, więc wysyła do mnie tego kierowcę po brakujące 300 zł. […] Opowiadał, że jego ostatnią wolą jest, by po śmierci go spalić i wciągać przez nos, bo składa się głównie z kokainy”.
A ja, choć wiem już wprawdzie, że Maciej Zembaty z całą pewnością był ateistą, to nie mam pewności, czy był patriotą? Czy kochał Polskę? A czy jeśli ją kochał, to na tej samej zasadzie co ja, czy Rymkiewicz, a więc przez kompletnie nieprzytomny odruch serca, czy może on coś wiedział na ten temat takiego, czego nikt nie jest w stanie zakwestionować w sposób rozumny. A jeśli jej nie kochał, to czy dlatego, że w ogóle najczęściej był kompletnie nieprzytomny i nie miał nawet jak o Polsce myśleć, czy może też coś o niej wiedział takiego, czego nie wiemy my? Czego nie wiem ja. Jest jeszcze coś, o czym już Raczkowski nie wspomina, ale o czym pisze sam Zembaty w swoim wpisie na blogu. Otóż zachodzi on – stary, półprzytomny, niemal ślepy – na jakiś ‘event’ organizowany w Muzeum Powstania Warszawskiego i czuje się źle, bo to miejsce budzi w nim wyłącznie obrzydzenie i wściekłość. W pewnym momencie tym swoim jednym, ledwo czynnym okiem, widzi, jak dyrektor Muzeum demonstruje jakiemuś zwiedzającemu Piat, czyli przeciwczołgowy granatnik z czasów Powstania. I myśli sobie tak:
„Do dzisiaj w razie potrzeby mogę wyjąć żółte papiery i zrobić właściwie wszystko, z mokrą robotą na zlecenie włącznie. To bardzo krzepiąca wiadomość, bo jest na tym świecie parę osób, które zamordowałbym z przyjemnością, gdyby tylko pozwolił mi na to mój kodeks, kurwa, etyczny wykluczający stosowanie przemocy”.
I dalej:
„Nie ukrywam, że przez chwilę pomyślałem i to zupełnie serio, by korzystając z okazji, wynieść z muzeum Piata, a także kilka błyskawic w celu wszczęcia kolejnego Powstania Warszawskiego dla uczczenia jego jakże okrągłej rocznicy. Że jednak konserwator nie chciała mi w tym pomóc, musiałem z żalem zrezygnować, choć wiedziałem dokąd udałbym się z Piatem i w co odpaliłbym rakietę. Pisząc tego bloga, żywię nie skłamaną nadzieję, że jego - co bardziej krewcy czytelnicy, wcielą mój pomysł w życie”.
Nie mam pojęcia, kogo by Zembaty zamordował, gdyby nie był pacyfistą i nie wiem też, gdzie by poszedł z tym Piatem, gdyby mógł. Czy on by pojechał z nim do Milanówka, czy może pod siedzibę redakcji TVN24? I, co może dla nas dziś tu najważniejsze, czy za tym jego czynem stałby odruch serca, czy rozumu. Mogę się oczywiście tego wszystkiego domyślać - on to pisał jeszcze przed Smoleńskiem - ale nie wiem.
Patrzę na to, co dziś tu piszę, i myślę sobie, że strasznie dziwny jest ten mój dzisiejszy wpis. W pewnym sensie złożony z samych dygresji, przez co bardzo niebezpiecznie zbliżający się do tego, co robił na swoim blogu sam właśnie Maciej Zembaty. I jedyne, co mnie przy nim – nie przy Zembatym, ale przy tym tekście – jeszcze trzyma, to przekonanie, że ci, którzy czytają te słowa są już na tyle przyzwyczajeni do tych wszystkich moich kaprysów i zakrętów, że jakoś sobie ostatecznie z nim poradzą, a kto wie, czy nie znajdą i tu swojej odpowiedniej porcji satysfakcji. A plan miałem bardzo konkretny. Chciałem pisać o Polsce i o mojej do Polski miłości. Całkowicie irracjonalnej i niczym nie usprawiedliwionej. Przyszedł mi bowiem ten temat do głowy wczoraj, tuż po wspomnianym już występie Stefana Niesiołowskiego w „Kropce nad i”, kiedy Tomasz Sekielski, aby podeprzeć główną tezę swojej audycji, że oto Polska to kraj nędzy i obciachu, wypowiedział następujące słowa:
„Gwiazdy sportu to znakomity towar marketingowy i eksportowy, pod warunkiem, że się je ma. Niestety, poza nielicznymi wyjątkami, nie ma w Polsce wybitnych sportowców, którymi zachwycałby się cały świat”.Przyznam że zdębiałem. Ja oczywiście świetnie wiem, co w Polsce jest nędzne, a co obciachowe. Wiem też, że są rzeczy, które Polska jest nam wszystkim winna i za które prędzej czy później będzie musiała odpowiedzieć. Co więcej, czuję gdzieś podskórnie, że moja miłość do Polski jest bzdurą i złudzeniem. Mimo to jednak, kiedy słucham Sekielskiego, jak mówi coś na temat owych „nielicznych wyjątków”, to zaczynam się poważnie niepokoić. I to nie o Sekielskiego, ale o siebie. Bo co to znaczy, że w Polsce, poza nielicznymi wyjątkami, nie ma wybitnych sportowców? Co to znaczy, że świat się zachwyca Belgią i Grecją, natomiast już nie Polską? Ja mógłbym już w tej chwili przestać pisać swoje kolejne linijki, a zamiast tego zacząć już do końca tej strony wymieniać tylko nazwiska, zaczynając od Justyny Kowalczyk, a kończąc na bokserze Adamku, w międzyczasie zahaczając o tego chłopca, który wczoraj, czy przedwczoraj stał się bohaterem światowego snookera. Nie będę tego jednak robił, bo każdy sobie świetnie poradzi beze mnie. Ale mógłbym też zacząć sprawdzać w ‘googlach’, jakich to „licznych” sportowych mistrzów mają inne kraje na świecie, które w głowie Tomasza Sekielskiego jawią się jako kraje mniej od Polski nędzne i mniej obciachowe. Ale też tego robić nie będę, bo wiem, że rezultat tych poszukiwań będzie dramatycznie mizerny.
Natomiast chętnie się zastanowię, dlaczego Tomasz Sekielski powiedział to co powiedział? Czy on informując nas o tym, że Polska nie ma wybitnych sportowców, wiedział że kłamie, czy on mówił całkowicie szczerze? A jeśli wiedział że kłamie, albo jeśli mówił szczerze, to co takiego stało z tą jego przytomnością, czy może bezprzytomnością? Dlaczego on to zrobił? Otóż jestem przekonany, że – bez względu na to, czy wygłaszając tę horrendalną bzdurę, Sekielski wiedział co robi, czy nie – faktem jest to, że on Polski nienawidzi. On nienawidzi Polski w taki sposób, jak nienawidzą Polski ci wszyscy ludzie, którzy nie mogą znieść tego, że ta Polska wciąż nie jest do końca taka, jak oni by ją sobie wyobrażali. Że ona wciąż jest taka przepołowiona, taka nie do końca zepsuta, taka dumna, taka święta i taka wierna. I taka, jak to mówi Rymkiewicz, szczęśliwa. Myślę, że w pewnym sensie Tomasz Sekielski nienawidzi Polski tak samo, jak Stefan Niesiołowski nienawidzi polskiego Kościoła, polskich księży, polskich biskupów i wiernych temu wszystkiemu Polaków. I nagle, mając w głowie i tego Adamka i tę Kowalczyk, i tych siatkarzy, i tego Gortata, i tę Radwańską – jedną i drugą – i tego Kubota, i nawet tego nieszczęsnego Blanika, a wszystkich tak strasznie ambitnych, zdolnych i wybitnych – wbrew wszystkiemu i naprzeciw wszystkim – myślę sobie, że chyba jednak irracjonalny nie jest patriotyzm, lecz jego brak. Tomasz Sekielski, nagle, tym jednym swoim wybrykiem – jak mówię, niezależnie od tego, czy kłamał, czy był szczery – udowodnił, że ten rodzaj ślepoty musi wynikać z kompletnego opętania. Z tego samego opętania, z jakiego prawdopodobnie wynikało to, jaki kształt przybrały ostatnie lata życia Macieja Zembatego, tego samego opętania, jakie stoi za obecnym postępowaniem Stefana Niesiołowskiego i – zapewne – z tego samego opętania, jakiemu ja ulegam, kiedy nagle zaczynam się bać, że nie ma nic, jak tylko chaos.
A więc, nagle mi przyszło do głowy, że jednak racjonalne jest wszystko. Racjonalny jest cały ten świat, który dostaliśmy od Boga, racjonalna jest nasza wiara, racjonalne jest nasze życie i racjonalne jest wszystko dobro, które je wypełnia. A więc, zapewne, też i myśl Jarosława Marka Rymkiewicza na temat Polski, Polaków i tego naszego szczęścia jest jak najbardziej rozumna i usprawiedliwiona. I jeśli ktoś tego nie rozumie, to wyłącznie dlatego, ze coś mu się pomyliło, albo może się zagapił, czy nagle ogarnął go zwykły ludzki lęk przed nieznanym i na chwilę stracił rozum. I pomyśleć tylko, że po to, bym doszedł do tego przekonania, musiałem na chwilę zainteresować się sportem, który na co dzień mnie obchodzi tyle co pogoda w Warszawie.
Wszystkich tych, którzy, mimo wszystko, wciąż tu jednak znajdują tę swoją codzienną "porcję satysfakcji", bardzo proszę o wsparcie. Ono jest nam dziś potrzebne może bardziej niż kiedykolwiek.