Pokazywanie postów oznaczonych etykietą demoralizacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą demoralizacja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 grudnia 2020

O korycie i życiu na maksa za 3,39

Ponieważ decyzja Orlenu odkupienia od Niemców udziałów w naszym lokalnym rynku prasowym – w odróżnieniu od wielu innych rzekomo bardzo istotnych zdarzeń – zasługuje moim zdaniem na naszą uwagę, pomyślałem sobie, że wreszcie napiszę coś prawdziwie oryginalnego. Zwłaszcza że, gdy chodzi o powszechne dość przekonanie, że problemem polskich mediów jest to że one nie są polskie, jestem pełen wątpliwości. A utrzymuje mnie w nich doświadczenie jakie mam z jak najbardziej polskim Onetem, zanim ten jeszcze został wykupiony przez Niemców, z również jak najbardziej polskim Polsatem, z jeszcze bardziej polską Wirtualną nomen omen Polską, niewątpliwie polską „Polityką”, czy wreszcie z, cokolwiek by na ten temat nie mówić, również ani niemiecką, ani francuską, ani amerykańską „Gazetą Wyborczą”, no i przede wszystkim całym legionem naszych rodzimych redaktorów, używających sobie we wszelkiego rodzaju mediach, bez oglądania się na to, kto im płaci, bo jak wiemy, oni mają wyłącznie swoje własne poglądy i z radością je eksponują. Mimo to jednak, bardzo liczę na to, że Orlen, a więc i automatycznie Polskie Państwo nie pozwolą na to, by owe gazety przeszły w ręce tak zwanych „niezależnych” redakcji, bo nie mam najmniejszej wątpliwości, że dopóki wspomniana niezależność będa nam gwarantować  ludzie i organizacje, dla który Polska jest wyłącznie powodem do rechotu, ale też cwaniacy, którzy jeśli nie rechoczą, to wyłącznie dlatego, że są skupienia na poważnym geszefcie.

A zatem, miałem naprawdę zamiar napisać coś na tę okazję, jednak i tym razem okazało się, że żadne nowe słowo nie przebije tego, co już zostało powiedziane dawno temu. I tu przechodzę do pierwszego powodu, dla którego zdecydowałem się po raz kolejny przypomnieć pewien swój bardzo stary tekst. Otóż obawiam się, że to wszystko są ludzie, którzy, niezależnie od tego, jak ich zawodowa i osobista kariera się potoczyła, zostali wychowani przez Niemców właśnie, a którzy, o czym warto zawsze pamiętać, nie zmarnowali ani chwili z czasu, który Polska im tak bezmyślnie w pewnym momencie ofiarowała. Bardzo proszę więc na chwilę wrócić do tych wspomnień. W nich znajduje się odpowiedź, dlaczego ja tak bardzo się boję tego co się może teraz stać, a jednocześnie mam wielką nadzieję, że tym razem się jednak uda.

     

 

 

      Tym razem wszystko się zacznie od końca. Zapytałem wczoraj moją najmłodszą córkę, czemu ona i jej koleżanki kupują magazyn zatytułowany „Dziewczyna”. Wyjaśnienie było krótkie i jednoznaczne – „Żeby się pośmiać”. Nie poddawałem się. „Ale czy to nie jest wstyd, pokazywać się z czymś takim?” spytałem. „Czemu ma być wstyd? Przecież każdy wie, że to dla jaj,” odpowiedziało moje dziecko. „No ale przecież to pismo nie jest po to, żebyście sobie robiły jaja. Dla kogo oni to wydają?”. Toyahówna wzruszyła ramionami, odburknęła: „Bo ja wiem? Dla dzieci,” wzięła swojego misia i pojechała do Gdyni na Open’er Festival.

      Wszystko zaczęło się od tego, że w łazience znalazłem wakacyjne wydanie wspomnianego magazynu. Standard. Błyszcząca, kolorowa okładka, na okładce wymalowane dziecko, albo kobieta – podobnie, jak na okładkach pornograficznych czasopism, trudno powiedzieć – i zapowiedź: „Weź kurs na miłość. Gorące kissy: szkoła całowania”. Zajrzałem do środka, a tam spis treści i odredakcyjny komentarz: „Hejka! Wreszcie wakacje! Przed Wami mnóstwo wspaniałych dni. Zobaczcie, w co się ubrać, żeby być na topie. I sprawdźcie, gdzie odbywają się megaimprezy. Wykorzystajcie na maksa każdą godzinę. Miłej zabawy!” Szczególnie zainteresowało mnie to wykorzystywanie każdej godziny „na maksa”. Jak, z punktu widzenia Axela Springera (bo to oczywiście on), może wyglądać ten ‘maks’. A więc szybciutko przeleciałem przez tych wszystkich ‘gostków’, ‘bibki’, ‘looki’, ‘pełne profeski’, ten ‘biżut co pasi’, i w końcu doszedłem do okładkowych ‘kissów’.

      Jest tak: „Pocałunki są super! Szereg korzyści i zero wad. Podczas całowania w Twoim organizmie następuje istna eksplozja pozytywnych reakcji. Tempo wzrasta do 120 uderzeń na minutę, podnosi się też temperatura ciała. Długi namiętny kiss sprawia, że mozg wysyła sygnały wprost do nadnerczy. Te z miejsca zaczynają produkować hormon szczęścia – endorfinę! To właśnie dzięki niej serce bije dwukrotnie szybciej, a cale ciało silniej reaguje na bodźce. Mało tego! Od całowania stajesz się też szczuplejsza i piękniejsza, bo przy jednym pocałunku pracuje 39 mięśni twarzy i spalasz ok. 12 kcal! Nie czekaj więc ani chwili, tylko całuj się – to taka piękna gra!” A dalej już jest to, na co wszyscy czekamy: „Błyskawiczny kurs zrobi z Ciebie mistrzynię. Każda z nas marzy o tym, żeby pierwszy pocałunek był idealny. Zastosuj się do kilku rad, aby uniknąć katastrofy. STEP 1 Jeśli któreś z Was nosi okulary, niech je jak najszybciej zdejmie. W trakcie całowania, możecie sobie zrobić nimi krzywdę, np. podrapać, a nawet uszkodzić oko partnerowi. STEP 2 Rękami obejmij chłopaka za szyję. Przechyl głowę tak, żeby podczas pocałunku Wasze nosy się nie zderzyły. Aby dodać pikanterii chwili, przeczesz dłonią jego włosy. STEP 3 Nim Wasze usta natrafią na siebie, rozchyl nieco wargi i przymknij oczy. Dzięki temu, będziesz mogła zapomnieć o wszystkim dookoła. STEP 4 Gdy dojdzie już do pocałunku, nie wciskaj swoich warg w wargi partnera. Pozwól, niech delikatnie się muskają. STEP 5 Po pierwszym pocałunku chłopak z pewnością nabierze ochoty na więcej. Postaraj się, aby kolejny całus był dłuższy i bardziej namiętny”.

      I teraz następuje opis ośmiu najpopularniejszych ‘kisów’, a ponieważ wciąż ciekawi jesteśmy, czym jest owo wykorzystywanie każdej godziny „na maksa”, zaglądamy do punktu ostatniego: „Najbardziej podniecający z pocałunków. Swoim językiem drażnisz język partnera. Początkowo lekko rozchyl wargi i delikatnie wsuń mu w usta język. Potem zacznij krążyć wokół jego języka. Teraz kolej na niego. Niech zacznie robić to samo, tyle że coraz mocniej i namiętniej. Totalna jedność!”. Przy okazji, dowiadujemy się, że moja córka zdiagnozowała publiczność „Dziewczyny” prawidłowo. Targetem Springera są te dzieci, które jeszcze się nigdy nie całowały, a powinny. Co to za dzieci? Redakcja wyjaśnia tę kwestię w rubryce zatytułowanej „Ciekawostki” – „Blisko 90% dziewcząt całuje się po raz pierwszy w wieku 11-13 lat”.

      Jasna sprawa. Teraz tylko potrzebowalibyśmy czegoś, co by tę zabawę ‘na maksa’ opisało tak, by nawet c, którzy uważają, ze w sumie nic się nie dzieje, poza tym, ze „It’s the end of the world as we know it”. W tym celu zaglądamy na stronę, gdzie opisane jest zjawisko o nazwie sexting. Co to takiego? Sam nie wiedziałem, ale już wiem. Otóż chodzi o to, że dzieci (pewnie te 11-13 letnie) robią sobie rozbierane zdjęcia i rozsyłają na komórki do kolegów. Czy to jest zjawisko równie ‘super’ jak ‘kiss’? Czy tu też, tak jak tam, obserwujemy „szereg korzyści i zero wad”? Nie do końca. Zależy od tego, gdzie kto mieszka i z kim się tymi zdjęciami dzieli. W mieście sprawa jest właściwie bezpieczna, bo i ludzie bardziej tolerancyjni i bardziej wykształceni. Gorzej na wsi. No i fatalnie się dzieje, jeśli zdjęcie trafi do tych wieśniackich nauczycieli, albo rodziców. Ogólnie jednak jest w porządku. Sprawę zawodowo wyjaśnia fachowiec, dr Stanisław Dulko – seksuolog. Redakcja „Dziewczyny” pyta tego wybitnego człowieka w imieniu swoich jedenastoletnich czytelniczek: „Czy z dziewczyną, która obnaża się w sieci, wszystko jest w porządku?” A fachowiec odpowiada: „Erotyczna ekspresja to rzecz naturalna, podobnie jak chęć podobania się. Nastolatki są zafascynowane swoimi zmieniającymi się ciałami, są też ciekawe, jak wyglądają chłopcy. Jeśli dziewczynie zdarzy się raz czy drygi przesłać koledze odważne zdjęcie, to jeszcze nie koniec świata – ma wartość poznawczą. Gorzej, gdy nastolatka zaczyna się od tego uzależniać”. Jak by ktoś był ciekawy, to wyjaśniam, numeru swojej komórki, dr Dulko jakoś nie podał.

      A zatem wiemy już, co prawdopodobnie redakcja „Dziewczyny” miała na myśli, kiedy we wstępnej notce do wakacyjnego numeru, polecała dzieciom, by wykorzystały każdą godzinę ‘na maksa’. Zdjąć okulary, wsadzić koledze do ust język, następnie wrócić do domu zrobić sobie gołe zdjęcie i wysłać ‘gostkowi’ na maila, albo na komórkę. Trzeba tylko uważać, żeby mama, albo nauczyciel nie natrafili przypadkiem na tę „manifestację erotycznej ekspresji”, bo się dowie cała wieś i mogą tego nie zrozumieć… no i też należy uważać, żeby się nie uzależnić. Zabawa na ‘maksa’ będzie, jeśli pokażemy koledze pupę raz, może dwa razy, potem już jest uzależnienie. Jak z heroiną. Szczególnie kiedy jest zażywana w większych ilościach i kupowana u przypadkowych dealerów, a nie, na przykład, w siedzibie Axela Springera.

      I teraz czas na podsumowanie. Jak znam życie, część czytelników tego bloga pewnie liczy na to, że ja teraz to wszystko, co tak pieczołowicie przepisałem z leżącego przede mną pisma, skomentuję ostro, bezkompromisowo i możliwie okrutnie. Nic z tego. Nie ma bowiem takich słów – a przynajmniej ja ich nie znam – które potrafiłyby skutecznie skomentować to, z czym na polski rynek weszły niemieckie, a może i holenderskie, francuskie, i cholera wie jeszcze jakie, systemy cywilizacyjno-kulturowe. Wszystko co można było powiedzieć, z mojego punktu widzenia, zostało już powiedziane właśnie w tych cytatach. Ja tylko, trzymając się konsekwentnie dzisiejszej metody, cofnę się jeszcze dalej w przeszłość, do wczesnych lat osiemdziesiątych. Pamiętam, jak dla – jak to mówią moje dzieci – jaj, kupowaliśmy taki magazyn, wydawany przez ówczesne MSW, a którego nazwy już szczęśliwie nie pamiętam, gdzie opisywano jak komunistyczna władza rozwalała demonstrującą Solidarność. Pamiętam zwłaszcza numer tego pisma, w którym zamieszczono reportaż przedstawiający dzień pracy tych zomowców, którzy zamordowali górników w kopalni Wujek. W reportażu było absolutnie poważnie opisywane to, jak ci zomowcy, zmordowani całodzienną pracą, wracają do bazy i myślą tylko o tym, żeby zjeść trochę gorącej zupy. I jedzą tę, zupę, i oczy im się kleją ze zmęczenia, ale serca biją raźnie, bo satysfakcja z dobrze wykonanej pracy jest większa niż głód i zmęczenie.

      Czytaliśmy ten tekst, oglądaliśmy zdjęcia tych bandytów, jak siedzą i żrą zupę, i mieliśmy ubaw po pachy. Ubaw – przyznaję – straszliwie chory i bezwzględnie na nas wymuszony, ale ubaw, którego trzymaliśmy się, jakby to była ostatnia deska ratunku, żeby nie oszaleć.

      Dziś, kiedy dowiaduję się, że moja córka z koleżankami, czytają te potworne idiotyzmy, które obce koncerny medialne wmusiły do czytania naszym dzieciom, a nasza władza z chęcią tę ofertę najpierw przyjęła, a później objęła swoją ochroną, nie wiem, czy one wydają swoje drobne oszczędności na tę rozrywkę, czując, że za tym wszystkim czai się tylko strach i zbrodnia, czy nie. I myślę, że pewnie nie. Pewnie są tak samo nieświadome tego, jak bardzo to wszystko jest groźne dla tych, którzy są zwyczajnie słabsi. Dokładnie tak samo, jak 30 lat temu nieświadomi byliśmy my. Ale to nieważne. Bo to co się liczy to to, że należy wiedzieć, że i ten bolszewicki magazyn sprzed lat, podobnie jak dzisiejsza europejska Dziewczyna, mają swoją wierną publiczność, która to wszystko przyjmuje, wcale nie widząc w tym wszystkim jakiegokolwiek żartu. Jest to bowiem – i wtedy i dziś – bardzo starannie przemyślana oferta i bardzo starannie wytypowany target. A zarówno ta oferta, jak i ten target, są tylko bardzo powoli, ale i bardzo konsekwentnie, poszerzane.

      I teraz już naprawdę trzeba kończyć, bo każde następne zdanie tylko może się skończyć jakimś wybuchem, którego ktoś tam może nie zdzierżyć. Więc chyba tylko zacytuję dowcip, który pod moim poprzednim wpisem umieścił mój kumpel Krzysztof Wołodźko: „Rozmawiają dwie świnie w chlewie. Jedna mówi do drugiej: - A ty wiesz, ze hodują nas, żeby zarżnąć i zjeść? Na co ta druga: - Już nie mogę! Ty znowu z tymi teoriami spiskowymi!”




 

czwartek, 17 lipca 2014

Czy redaktora Lisa dręczą zmazy nocne?

Nie wiem, czy to tylko ja zauważyłem, czy może sprawa zainteresowała wielu z nas, tyle że ja się sprawą przejąłem, na wszelki wypadek jednak chciałbym zwrócić uwagę na pewien uprawiany z zadziwiającą zawziętością przez szereg reżimowych mediów proceder polegający na kuszeniu nas rzekomo poważnymi, socjologicznymi analizami, a dotyczącymi najróżniejszego typu patologii, jakie podobno zżerają polski naród. I broń Boże nie chodzi o to, że my Polacy jesteśmy głupi, leniwi, zabobonni, czy choćby zbyt pobożni. W żadnym wypadku. Można by wręcz powiedzieć, że całkiem na odwrót. Oto nagle okazuje się, że na przykład znakomita większość młodych wykształconych mieszkańców Warszawy korzysta z usług luksusowych burdeli i że zjawisko to ma nawet już swoją unikalną nazwę; chwilę później w którymś z tak zwanych tygodników opinii znajdujemy raport, że owi wykształceni pracownicy warszawskich korporacji uzależnili się od szybkiego seksu w porze lunchu i w tej chwili ów proceder – też już mający swoją jak najbardziej naukową nazwę – stał się autentyczną modą; w tym samym niemal czasie jakiś „Newsweek”, czy „Polityka” publikują raport na temat studentek uniwersytetów, które świadczą usługi seksualne bogatym biznesmenom, i że najczęściej są to dziewczyny przybyłe do wielkich miast z podkarpackich wiosek; nie zdążymy się nawet jeszcze temu nadziwić, kiedy z innej strony dochodzi do nas wiadomość na temat gimnazjalistek udzielających się erotycznie swoim nauczycielkom; po gimnazjalistkach pojawiają się uczniowie podstawówek świadczący usługi homoseksualne podstarzałym gejom w galeriach handlowych; po dzieciach z podstawówek, nadchodzi plaga kierowców jeżdżących po polskich drogach po zażyciu kokainy; za chwilę już dowiadujemy się, że pojawił się kolejny proceder, a mianowicie coś, co się nazywa „bumerang” i polega na tym, że polscy trzydziestolatkowie postanawiają żyć na koszt rodziców, bo, po zaspokojeniu wszystkich przyjemności – zapewne związanych z wcześniej opisywanymi usługami ze strony studentek spod Rzeszowa i gimnazjalistek z Kutna – 3 tysiące miesięcznie nie wystarcza na podstawowe utrzymanie; po „bumerangach” idą absolwenci liceów, którzy w obawie przed bezrobociem wstępują do seminariów duchownych, licząc na to, że kiedy już zostaną tymi księżmi, będą mogli pozwolić sobie i na ekskluzywne dziwki z Ustrzyk czy Komańczy i na wypasione wakacje w egzotycznych krajach. I tak dalej, i w ten sam od zawsze sposób, byleby stworzyć wrażenie, że Polacy to naród na tak zaawanasowanym poziomie moralnego upadku, że nie pozostaje już nic innego, jak „ten kraj” wystawić na aukcji na niemieckim e-bayu. Obok Bułgarii, Rumunii i oczywiście Białorusi.
„Newsweeka” nie biorę do ręki, a nawet, gdzie tylko mam okazję, staram się omijać go szerokim łukiem, natomiast oto właśnie na Onecie przeczytałem, że w najnowszym wydaniu tej szmaty ukazał się raport sporządzony przez niejakiego Wojciecha Staszewskiego, a zatytułowany „Sekskolonie polskich nastolatków”. Tekst, dużo za długi nawet jak na moje możliwości, opisuje z chirurgiczną precyzją, jak to polska młodzież na zorganizowanych wakacjach za granicą chleje, ćpa i się – przepraszam za wyrażenie, ale tu nie ma bardziej adekwatnego określenia – kurwi na wszelkie możliwe sposoby, za darmo, za grosze, lub za ciężkie euro z każdym, kto tylko się pojawi z jęzorem na wierzchu i działką amfetaminy w kieszeni. I powiem szczerze, że tym razem nie wytrzymałem. Otóż ja biorę pod uwagę, że dzisiejsi trzydziestolatkowie zaludniający warszawskie korporacje mają najróżniejsze fiksacje – choć i tu mam poważne wątpliwości i chętniej wierzę, że oni są tak zarobieni fizycznie i psychicznie, że choćby skromnego wzwodu nie doświadczyli od miesięcy – natomiast jeśli idzie o dzieci, to niech Lis z kolegami nie próbują mnie tu naciągać, bo na dzieciach to ja akurat znam się świetnie. Obraz przedstawiony przez owego Staszewskiego jest tak niedorzeczny i tak prymitywnie kłamliwy, że nie mam wątpliwości, że gdyby któreś z tych opisanych przez niego chłopców czy dziewcząt miało okazję się z nim zapoznać, to w najlepszym wypadku wybuchłoby pełnym najwyższej pogardy rechotem, a niewykluczone, że by Staszewskiemu splunęło prosto w oko, ze znanym mi z minionych już dawno lat, wiecznie dźwięcznym zawołaniem: „Ale ciuuuul!” Ja z młodzieżą najróżniejszego pochodzenia i wieku bowiem mam do czynienia zawodowo na codzień od wielu już lat, w swoim życiu miałem kontakt z dziećmi, które były naprawdę bardzo zdemoralizowane, jednak to co opisuje w swoim tekście Staszewski stanowi tak piramidalną bzdurę, że ja nie mam słów, by go choćby w miarę skutecznie obrazić. Problem z dzisiejszą młodzieżą bowiem jest taki, że jeśli oni w ogóle zgadzają się pojechać na jakieś kolonie, gdzie nie ma lodówki z maminym obiadem, McDonalda z frytkami i ketchupem za 5 złotych, i komputera z darmowym Internetem, to seks jest ostatnią rzeczą, jaka im przychodzi do głowy. Problem z tymi dziećmi jest taki, że one na wycieczkach od rana do wieczora siedzą zamknięte w pokoju i albo śpią, albo esemesują, albo słuchają piosenek z komórki, albo po prostu gapią się w sufit, a na myśl o seksie wzruszają ramionami, bo z kim one by miały ów seks uprawiać? Ze swoimi kolegami? A w jaki to niby sposób? Przy pomocy papierosa? Oczywiście zawsze można się upić, tyle że wódka akurat jest niesmaczna, wino kwaśne, a piwo? W końcu ile można wypić piwa, zanim się człowiek wyrzyga? No a poza tym, to wszystko przecież kosztuje, nawet jeśli założyć, że się znajdzie sprzedawca-desperat, który im ten alkohol sprzeda. Tymczasem ten dureń Staszewski opisuje jak to te właśnie dzieci żądają od kierowcy autokaru, by się zatrzymał na stacji benzynowej, bo im się właśnie skończył alkohol i prezerwatywy. Czy ten człowiek nie ma wstydu? Czy oni naprawdę uważają, ze mają do czynienia z idiotami?
Powstaje więc pytanie: czemu oni to robią? Dlaczego Tomasz Lis, człowiek wydawałoby się jednak przynajmniej potrafiący liczyć, odstawia takie bałwaństwo? Otóż ja tu widzę trzy opcje. Pierwsza z nich to taka, że, jak już wspomniałem wcześniej, oni uprawiają zwykłą propagandę, której celem jest pokazanie nam, że opinia jakoby Polska była ostatnim bastionem konserwatywnych wartości na świecie, to mit; że jest wręcz przeciwnie – Polska to moralny upadek i degeneracja. I oczywiście jest to możliwe. Biorąc pod uwagę opisany przeze mnie dopiero co fakt, że telewizja TVN24 uznała, iż podniesie sobie oglądalność zatrudniając tych nudziarzy Wróbla i Kurkiewicza, możliwe jest też, że stan umysłu tych ludzi jest taki, że oni faktycznie wierzą w to, że normalny czytelnik weźmie te idiotyzmy za dobrą monetę; że skoro uwierzył w to, że gdzieś w warszawskich korporacjach jacyś młodzi biznesmeni wydają tysiące złotych dziennie na ekskluzywne dziwki, uwierzą też w to, że ich dzieci to afrykańskie ogiery i hiszpańskie lale.
Jest też jednak inna ewentualność, ta mianowicie, że za tego typu tekstami stoi przekonanie Lisa i jego współpracowników, że przeciętny czytelnik bardzo lubi sobie poczytać o 12-letnich dziewczynkach ściągających majtki; że przeciętny czytelnik „Newsweeka” to tak naprawdę pedofil-sadysta, który w dodatku jest tak głupi, że po to, by się podniecić, gotów jest wydawać 6 złotych tygodniowo, zamiast włączyć sobie Internet i mieć za darmo to samo, tyle że 10 razy lepiej. Czy to jest w ogóle możliwe? Myślę że nie, ale diabli ich wiedzą, co w tych pustych łbach się dzieje.
Jest wreszcie trzecia możliwość i powiem uczciwie, że ona mi najbardziej przemawia do wyobraźni. Otóż zarówno Lis, jak i ten Staszewski, a kto wie, czy nie oni wszyscy, to ludzie, którzy sami osobiście znaleźli się na tym poziomie perwersyjnego zdziczenia. Myślę sobie, że dla każdego z nich obraz jakiejś biednej, zapuszczonej, ledwo żywej z alkoholowego upojenia gimnazjalistki obmacywanej przez wychowawcę kolonijnego, czy jakiegoś włoskiego alfonsa gdzieś w bułgarskiej dyskotece, to jest taka atrakcja, że oni układając te teksty czują autentyczne wzruszenie. To musi tak właśnie wyglądać. Życie, jakie oni prowadzą, w tym krańcowym już wręcz zepsuciu i upadku, musiało ich doprowadzić do stanu, gdzie ów tak frustrujący przecież brak tak zwanej normalności, każe im wierzyć, że to właśnie jest świat, którego im brakuje: nie świat tych luksusowych modelek, tych piosenkarek, telewizyjnych prezenterek, których nagle zrobiło się już zwyczajnie za dużo, ale właśnie takich biednych, byle jakich dzieci, z którymi można zrobić co się chcę za parę złotych, albo choćby flaszkę piwa. To ich dopiero jara. To jest to ich ostateczne marzenie o zwykłym, normalnym życiu, którego tak bardzo im brakuje, a które tak właśnie sobie wyobrażają. On, ona, ten smutny ledwo wyrośnięty biust i te majtki. Gdybym miał więcej możliwości, myślę, że zorganizowałbym ogólnopolską akcję pod hasłem: „Wysyłamy Lisowi dziecięce majtki”, a tak, to nie pozostaje mi nic innego, jak zakończyć ten tekst życzeniem, by każdy z nich jeden po drugim zdechli. I to jeszcze dziś. Teraz.

A czytelników tego bloga zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie można kupić wszystkie moje książki, a jeśli ktoś już je ma, to również ostatni numer „Szkoły nawigatorów” z rewelacyjnym tekstem na temat wewnętrznej granicy celnej w Indiach. Jedynym takim w języku polskim. Również zwracam się do przyjaciół o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Okres wakacyjny to czas zawsze wyjątkowo ciężki. Bez Waszej pomocy pewnie jakoś pociąniemy, ale daję słowo, że nie wiem, jak.

środa, 9 maja 2012

Niszcz Polskę... z faszyzmem można poczekać.

Wciąż patrzę na zakończenie poprzedniej notki – tej o Śpiewaku i jego szwindlu – i jakoś mi głupio z powodu tej „cipki”, którą zdecydowałem się tam umieścić. Oczywiście, głupio nie na tyle, żeby się z niej wycofywać, czy choćby przyznawać do błędu, ale zwyczajnie – głupio, bo boję się, że bez odpowiedniego wyjaśnienia – a wyjaśnienia nie było – ktoś mógłby sobie pomyśleć, że to jest właśnie to co mam w głowie, nie daj Boże na co dzień. Bo nie mam.
A wszystko zaczęło się od tego, że, jak wiemy, ja piszę kolejną książkę, i ona mnie tak wciąga, a jednocześnie tak mnie wykańcza, że pod koniec dnia, jedyne na co mam ochotę, to siedzieć rozwalony w fotelu i gapić się w ścianę. A jeśli ta ściana jest zasłonięta telewizorem, to i w telewizor. Powiem więcej – jeśli ten telewizor jest włączony, i to włączony choćby i na kanał pod nazwą „Polsat Cafe” – to też nic nie szkodzi. Jak idzie o mnie, wszystko mi jedno. I tak to właśnie było, że siedziałem sobie przed zasłonięta przez telewizor ścianą, a tam we wspomnianym telewizorze leciał dokumentalny film produkcji nieznanej o południowoamerykańskich transwestytach, w prawym górnym rogu widniał napis Polsat Cafe, natomiast w roku górnym lewym – żółty trójkąt z liczbą 12.
Nie będę ukrywał, że przynajmniej od czasu gdy jednym z naszych czołowych parlamentarzystów został przebrany za kobietę człowiek o przezwisku Anna, rozumiem i zmuszony jestem akceptować fakt, że publiczne prezentowanie pewnego rodzaju perwersji stało się czymś normalnym. Może być oczywiście tak, że jeśli ktoś chce opublikować felieton na przykład w Salonie24, lub napisać tam jakiś komentarz, ów tekst zostanie opatrzony ostrzeżeniem: „Uwaga! Wchodzisz na właśnie ryzyko”. W końcu tu chodzi o interes państwa. Natomiast trudno już jest sobie wyobrazić, by chwilę przed pojawieniem się na ekranie posła Anny Grodzkiej, w lewym rogu ekranu ukazywał się żółty trójkąt z wyrysowaną elegancko liczbą 18, lub wyświetlany był tekst informujący, że rodzice mają zasłonić dzieciom oczy. Raz że nie wypada, a dwa, że w dobie Internetu, nie takie rzeczy one mają okazję oglądać. Co ja mówię – Internetu? Pierwsza część „X-manów”, czy „Facetów w czerni”, swoje już potrafi zrobić.
Film o transwestytach, to było jednak już co innego. On przede wszystkim – zachowując całe swoje obrzydlistwo – był materiałem w sposób oczywisty propagandowym, mającym na celu wyjaśnienie wszystkim zainteresowanym, lub nie, że jeśli któremuś mężczyźnie przyjdzie do głowy, by zostać kobietą – lub ewentualnie na odwrót – to i nawet lepiej, bo to i świat się przez to staje lepszy pod każdym względem, a i robi się kolorowej. Poza tym, warto wiedzieć, że w takim Meksyku istnieje region, gdzie właściwie, jeśli ktoś rodzi się mężczyzną, to pierwsze co robi, natychmiast się zmienia w kobietę. I wcale nie musi nawet do tego przechodzić plastycznych operacji, czy kuracji genetycznych, ale normalnie – przyczepia sobie perukę, zakłada sukienkę i dopiero wtedy jest pełnoprawnym obywatelem. I to jest jak najbardziej w porządku. Film był długi jak cholera, i – jak mówię – jego cały sens i zamiar sprowadzał się do tego, by każdy wiedział, że tak jak jest – jest źle. Ma być inaczej. A zatem, muszę uznać, że Polsat Cafe, oznaczając swoją prezentację informacją, że oto jest program dla dzieci – miał na oku właśnie te dzieci. A to, już aż tak bardzo mi się nie podobało.
No ale w końcu wspomniany dokument szczęśliwie dobiegł końca, pojawiły się reklamy – o ile dobrze zauważyłem, nie reklamujące prezerwatyw – a po reklamach zaczął się kolejny film, też dokumentalny, tym razem jednak o urokach życia w związkach lesbijskich, i korzyściach z niego płynących. Na żółtym trójkącie w dalszym ciągu widniała liczba 12, tyle że – być może z tego powodu, że już było po północy – tym razem było znacznie ostrzej. I to od samego początku. Pojawiło się bowiem jakieś ledwo co dorosłe dziecko, i opowiedziało nam jak to pewnego dnia poszło do koleżanki, no i tam tak jakoś wyszło, że one się zaczęły całować… i tak dalej i tak dalej, no i w końcu ono sobie uświadomiło, że inaczej już nie chce. No i wówczas padły tełowa: „Wtedy pierwszy raz w życiu poczułam jak cudowne jest lizanie cipki”.
W tym momencie wyłączyłem telewizor, poszedłem spać, a od rana już tylko sobie myślałem – co to jest za cholera? Czy jest już może tak, że te żółte trójkąty z informacją o tym, kto co może i powinien w swoim telewizorze oglądać, to już jest kompletna fikcja, czy za tym stoi może jakaś metoda? Czy to możliwe – ja programu Polsat Cafe nie oglądałem nigdy wcześniej, a i od tego czasu też tam nie zaglądałem, więc nie wiem – że oni mają tam wszystko dozwolone od lat 12? Że tam jest tylko ta jedna plansza, i nawet jeśli od godziny 2 w nocy Polsat Cafe zaczyna transmisję pornograficznych stron internetowych, to ta dwunastka tam nadal wisi? A może oni mają jednak programy, których dzieciom, w obawie przed interwencją KRRiT, nie pozwalają oglądać? Na przykład film „Lewy Czerwcowy”, albo dokument o zbrodni katyńskiej? Tyle że taka jest właśnie polityka, by polskie dzieci uczyły się o cipkach i na tych cipkach wyrastały?
Otóż obawiam się, że ta druga opcja jest prawdziwa. Oni oczywiście są bezczelni i głupi, ale nie na tyle bezczelni i nie na tyle głupi, by ryzykować jakieś przypadkowe kary. Oni muszą świetnie wiedzieć, że jeśli po północy nadadzą film o zaletach bycia transwestytą, lub o lesbijkach i przyjemnościach płynących z „lizania cipek” – nic im nie będzie. Bo taki jest plan i taka potrzeba chwili. Ludzi – a już z całą pewnością ludzi młodych – nie wolno pozostawiać samych sobie. Obowiązek tworzenia nowego społeczeństwa jest naszym wspólnym obowiązkiem.
Niedawno syn mój znalazł w Internecie ofertę kupna T-shirtów z wydrukowanym napisem „Kurwa”. T-shirty te produkuje jakiś mieszkający w Niemczech Polak i robi to na skalę przemysłową. Przemysłową, co znaczy ma otwartą linię i sklep i odpowiednio bogatą ofertę. Jak sam tłumaczy, chodzi o to, by z okazji zbliżających się Mistrzostw Europy w piłce nożnej, wypromować Polskę, a tym samym dać Polakom dać satysfakcje i powód do dumy. Dlaczego „kurwa”? Odpowiedź jest prosta. „Kurwa” to znak rozpoznawczy Polski. Polski znak handlowy. Polskie logo. Każdy kto usłyszy o Polsce w świecie, powinien znać słowo „kurwa”. Każdy kto do Polski przyjedzie, powinien to słowo umieć zastosować. A my powinniśmy mieć satysfakcję, że tak jak inne kraje, my też mamy czym się pochwalić. Że mamy coś naprawdę swojego.
Przepraszam bardzo, ale to nie jest przypadek. To w żaden sposób nie jest przypadek. To też nie jest błąd. Podobnie jak nie było wczoraj błędem poinformowanie przez Wirtualna Polskę o tym, że 64% Polaków nie chciałoby mieć Władimira Putina jako prezydenta informacją następującej treści: „Głosów krytykujących nowego - starego prezydenta Rosji jest tylko garstka. Zdecydowana większość Internautów WP zazdrości Rosjanom tak charyzmatycznego przywódcy”.
Nie. To nie jest błąd. Dlatego, proponuję, by – kiedy już przyjdzie czas – się nie patyczkować.

Bardzo wszystkich proszę o finansowe wspieranie tego bloga. Inaczej, leżymi i kwiczymy. Oni bowiem, jak już zostało wspomniane wyżej, błędów raczej nie popełniają. Poważnie. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...