Ponieważ nie udało mi
się na dziś przygotować niczego oryginalnego, odświeżyłem sobie trochę pamięć i jeszcze w styczniu 2012 roku
znalazłem tekst moim zdaniem wręcz porażający. Mamy oto ów rok 2012, Platforma
Obywatelska nie oglądając sie na nic wprowadza swój, jak to swego czasu określił
Paweł Śpiewak, „mięki reżim”, Prawo i Sprawiedliwość cierpliwie, na jednej
nodze, czai się do skoku, a prawicowe media przeżywają swoje najlepsze lata. Napisałem
wówczas ten tekst, zatytułowany „Towarzystwo świńskiego truchtu wzywa do akcji”,
chyba najdłuższy w całej historii tego bloga, a dziś widzę, że mógłbym go
powtórzyć niemal słowo w słowo, tyle że z zamienionymi bohaterami i paroma
podmienionymi szczegółami i nikt by się nie zorientował. Nie zrobię tego
jednak, bo i tak wszyscy się zorientują, w czym rzecz, a dla porządku
zmienię tylko trochę tytuł. Proszę uważać:
Ja świetnie
zdaję sobie sprawę z tego, że zajmowanie się tu tak zwanym dziennikarstwem
prawicowym i tak zwanymi prawicowymi publicystami jest zajęciem co najmniej
jałowym. Piszę „co najmniej”, bo sama jałowość może by i aż tak bardzo nie
szkodziła, natomiast istnieje obawa, że w pewnym momencie ktoś może dojść do
przekonania, że ja, walcząc z tą ostatnią już częścią polskich mediów, która
stara się przekazywać prawdę o naszej rzeczywistości, zwariowałem, i zacznie
mnie traktować tak, z szyderczą wyższością. Z
drugiej jednak strony, mam nadzieję, że nikt nie sądzi, że jeśli ja nie
polemizuję z dorobkiem publicystycznym tak wybitnych przedstawicieli mediów
stricte reżimowych, jak Jacek Żakowski czy Janusz Majcherek, to dlatego, że ja
im nie mam nic do powiedzenia. Otóż ja mam im do powiedzenia bardzo dużo – i
nie tylko do powiedzenia – tyle że zwyczajnie z nimi gadać mi się nie chce.
Natomiast z braćmi Karnowskimi jak najbardziej.
Ktoś z kolei
powie mi w tym momencie, że
tak jest jeszcze gorzej. Że Karnowscy od Żakowskiego są jeszcze gorsi, i
przedstawi mi na to swoje dowody. I ja jak najbardziej biorę pod uwagę taką
możliwość. Że czym dłużej będziemy się tu tak męczyć ze sobą i z tym wszystkim,
co nas otacza, tym coraz częściej będzie dochodziło do sytuacji, że już nie
nazwisko na przykład Marii Czubaszek będzie wywoływało reakcje sprowadzające
się do wzruszenia ramionami i pełnego poczucia wyższości pytania: „Że też ci
się chce słuchać tego babska”, ale już choćby wspomnienie samego, żeby się już
trzymać towarzystwa dawnej „Trójki”, Marcina Wolskiego. Tyle że w jaki sposób
ma to zmienić sytuację tego bloga? Czy to znaczy, że w ogóle już z nikim
rozmawiać nie warto? Że ja już mam się tylko zajmować głoszeniem Słowa Bożego?
Jak, nie przymierzając, Tomasz Terlikowski?
Jak zatem
widzimy, jesteśmy troszeczkę na rozdrożu. I stoimy tu kompletnie sami, ze swoim
rozczarowaniem i nieufnością do wszystkich i wszystkiego. Myślę ostatnio o tym
dużo i bardzo się staram odpowiedzieć sobie na pytanie, co sprawiło, że jest
tak właśnie jak jest. Kto jest temu najbardziej winien, i konsekwentnie – na co
trzeba mieć przede wszystkim oko? Przepraszam bardzo jeśli kogoś tu urażę, ale
gdziekolwiek bym próbował szukać, dochodzę do wniosku, że wrogiem są przede
wszystkim media. Nie media tak zwane mainstreamowe, nie liberalne, nie
lewicowe, ale wszystkie. Media, w jakikolwiek sposób stanowiące część Systemu.
A więc i media Lisa i media Lisickiego i media Sakiewicza. Bez jakiegokolwiek
rozróżnienia. Dlaczego tak uważam? Najprościej oczywiście – a przy okazji,
niewykluczone, że najbardziej celnie – byłoby powiedzieć, że dlatego
mianowicie, że Lis z Lisickim z całą pewnością są „na ty”. Że „na ty” są ze
sobą Karnowski i Wołek, Ziemkiewicz i Żakowski, Semka i Wielowiejska i wreszcie
Sakiewicz i Stasiński. Że oni wszyscy są ze sobą dokładnie tak samo
zakolegowani, jak – po stronie podobno przeciwnej – Kalisz z Cymańskim i Kurski
z Szejnfeldfem. To jest jedno towarzystwo, i jakkolwiek byśmy się starali tu
szukać jakichś wciąż jeszcze niezajętych miejsc, to ich nie znajdziemy.
Tak by było
oczywiście najprościej, jednak chyba tylko wtedy, gdybyśmy chcieli przekonywać
tych co już i tak wiedzą, lub choćby się tylko domyślają. A zatem wypada
troszkę ten temat podrążyć. Otóż jestem pewien, że wszyscy, którzy się tu na
tym blogu regularnie spotykamy, zgodzimy się co do tego, że gdyby nie media,
Platforma Obywatelska już dawno przestałaby istnieć, a wspomnienie o niej
ograniczałoby się wyłącznie do jakichś nikomu niepotrzebnych uwag gdzieś na
blogach. W ciągu minionych 5 lat było tyle okazji, żeby ten dziwny projekt –
wraz z tą dziwną załogą – wysłać na Księżyc, lub jeszcze wyżej, że jeśli tak
się nie stało, to wyłącznie dzięki temu, że System stworzył wokół niego pas
ochronny, który gwarantuje, że choćby nie wiadomo co się działo, do rewolucji
nie dojdzie. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że cała klasa polityczna,
ale w ogóle cała polska inteligencja, znajdują się w tak dramatycznym kryzysie,
że trudno jest naprawdę kogokolwiek bronić. Fakt pozostaje jednak faktem. Jeśli
obecna władza w Polsce, z premierem, prezydentem i ministrami, ale też i
wymiarem sprawiedliwości i mediami radzą sobie wciąż tak dobrze, to w żaden
sposób nie dlatego, że mamy słabą opozycję. A to jest właśnie to, co słyszymy z
każdej możliwej strony. Że gdybyśmy mieli opozycję z prawdziwego zdarzenia, to
już dawno mielibyśmy od tego dziadostwa święty spokój. Że przy tak marnej
opozycji, nie ma się czemu dziwić, że zło, korupcja, kłamstwo i to
wszechogarniające amatorstwo tryumfują.
I to jest coś co
mnie nieustannie zadziwia. Proszę zwrócić uwagę. Nikt normalny chyba nie
kwestionuje faktu, że niemal każdy element tej układanki działa na najgorszym
możliwym poziomie. Że zarówno państwo, jak i cała sfera aktywności prywatnej,
pogrążone są w totalnym kryzysie. Zbliża się Euro 2012, a my już wiemy, że ta
nasza szansa na wielki polski skok cywilizacyjny została ostatecznie i do końca
zmarnowana. Nie będzie ani dróg, ani stadionów, ani dworców, ani lotnisk. Może
co najwyżej pojawi się parę nowych galerii handlowych. Dlaczego? Z czyjej winy?
Przede wszystkim bezsprzecznie z winy rządu, ale też z winy wszystkich tych,
którzy w to Euro w ten czy inny sposób byli zaangażowani, i potrzebowali na nim
coś tam zarobić. Ale przecież nie chodzi tylko o Euro. Policja, sądy,
prokuratura, urzędy, Poczta Polska, ZUS, polska sztuka, film, muzyka… można by
wymieniać, powoli przestają istnieć. Nawet banki, o których się mówi, że
stanowią tę zieloną wyspę na polskiej współczesności, jeśli wciąż tak dobrze
funkcjonują, to wyłącznie dlatego, że wokół jest wystarczająco dużo tej wyżej
wymienionej nędzy, by im akurat się powodziło. Bo jeśli się zastanowić, to ten
akurat biznes jest akurat z tego wszystkiego najprostszy do opanowania. Gdyby
mnie ktoś umożliwił uruchomienie czegoś w rodzaju banku, a on by wyglądał tak,
że z naszych czterech pokoi trzy zostałyby przeznaczone na skład pieniędzy
przynoszonych przez ludzi, a jeden na pieniądze przeznaczone do pożyczania, to
ja bym musiał tylko zorganizować porządny system egzekucji długów, a wtedy
nawet nie musiałbym tego interesu doglądać. Zresztą spójrzmy, jak działają te
wszystkie firmy, rozlepiające ogłoszenia na murach, z których każde zaczyna się
od słów „Nie jesteśmy bankiem”, a kończy „Starszym obywatelom zapewniamy
darmowy transport”. A więc ta cała gadka o tym, że polskie banki świetnie sobie
radzą w czasach kryzysu, to zwykłe zawracanie głowy. Dokładnie tak samo
świetnie sobie radzi ów lokalny bandzior, który chodzi wkoło, daje w mordę i
zabiera ludziom pieniądze.
I w tym całym
nieszczęściu, przychodzą do nas dziennikarze i informują, że to wszystko przez
opozycję. Że gdyby opozycja była na poziomie, to można by było przejąć władzę i
powoli zacząć wszystko odbudowywać. Niestety, z taką opozycją tego zrobić się
nie da. Z taką opozycją, o jakiejkolwiek zmianie nie ma co nawet marzyć. Że gdybyśmy
mieli opozycję z prawdziwego zdarzenia, to wspólnie z dziennikarzami –
oczywiście tymi naszymi – zrobilibyśmy w jednej chwili porządek. Swoje media
już mamy, odpowiednie przyczółki „na mieście”, w postaci Klubów Gazety Polskiej
i Solidarnych 2010, a podobno ostatnio nawet jakichś Archipelagów Polskości,
służących wszystkim potwierdzonym patriotom odpowiednim coachingiem. Nawet owym
coaching, jak najbardziej. No i teraz tylko jeszcze przydałaby się nam porządna
reprezentacja polityczna. A tu, niestety, jest kłopot, bo Jarosław Kaczyński
jest zbyt mało profesjonalny, jak na wyzwania współczesności.
I ja właśnie o
to mam żal do tak zwanych „naszych” dziennikarzy. O to, że oni postanowili
uczestniczyć w tej naszym wspólnej boju, nie mając kompletnie pojęcia, o co w
tym wszystkim chodzi i co jest czego przyczyną i powodem. Oni uznali nagle, że
skoro społeczeństwo jakoś już tam się zorganizowało, że te 20, czy 30 procent
to siła stosunkowo duża i względnie stabilna, to fakt, że i oni jakoś się w to
zgodzili zaangażować i będą pisać wyłącznie prawdę, sprawia, że droga do
zwycięstwa staje się prosta. Niech no tylko ten PiS zrobi u siebie porządek, to
może nawet w samym środowisku dziennikarskim zawrze i kto wie, czy do nas nie
dołączą też inni? Choćby tak jak to niedawno zrobili Majewski z Reszką.
Otóż nic
podobnego! To jest diagnoza tak kompletnie błędna, że gdyby nie to, że tak
wielu z nas ją przyjmuję, byłoby mi wręcz wstyd o niej pisać i z nią
dyskutować. Prawda jest bowiem taka, że jeśli cokolwiek ma się w Polsce
zmienić, początek tym zmianom nie ma dać Jarosław Kaczyński i jego partia.
Oczywiście, byłoby świetnie, gdyby tam się coś poprawiło. Byłoby znakomicie,
gdyby nagle każdy z nich się zabrał do roboty i pokazał, że mu zależy na
Polsce. Powiem szczerze, że mi by nawet wystarczyło, gdyby nie tylko Jarosław
Kaczyński, ale wszyscy pozostali politycy PiS-u przestali się kumplować z tą
całą bandą zdrajców i zaprzańców. Nie zmienia to jednak faktu że wszystko musi
się zacząć w mediach. Dopóki media – choćby i te tak zwane „nasze” – będą
stanowiły część Systemu, nie ma w ogóle o czym mówić. A media się nie zmienią –
mam tu wciąż na myśli wyłącznie media prawicowe, bo tamte mnie nie interesują –
dopóki ich bazę stanowić będą durnie i osły bez pojęcia i bez kręgosłupów.
Czy stało się
coś, co mi kazało pisać dziś ten tekst, właśnie w takim kształcie? Owszem.
Wprawdzie to nic takiego, ale owszem – stało się. Otóż poszło, jak się można
domyślać, o „Uważam Rze” i Karnowskich. Prawdopodobnie w celu zaznaczenia
swojej otwartości na inne środowiska i udobruchania wszystkich tych, których po
ubiegłotygodniowej rozmowie z ojcem Rydzykiem udobruchać należało, tym razem
przeprowadzili oni rozmowę z przewodniczącym KRRiT Janem Dworakiem, poświęcili
ją niemal w całości próbie przekonania Dworaka, że radio i telewizja kłamią, i
w tej rozmowie od początku do końca polegli. Ktoś się spyta, czemuż to
mianowicie polegli oni przy zadaniu, wedle wszelkich danych, tak nieprzyzwoicie
prostym? Otóż z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że oni nie są w stanie
dyskutować z Dworakiem na temat medialnej opresji, bo zwyczajnie nie mają o
niej pojęcia, a drugi to ten, że oni się jak zwykle – czy to z lenistwa, czy ze
zbyt dużej pewności siebie – do tej rozmowy kompletnie nie przygotowali.
Karnowscy, próbując zaczepiać Dworaka o brak pluralizmu w mediach i o medialne
manipulacje, od samego początku przyjęli jego metodę, a więc wyszli z
założenia, że wszystko zależy od tego, by sprawiedliwie porozkładać wpływy,
wpuścić na antenę kilku „niepokornych” dziennikarzy, upomnieć paru wariatów, by
przestali wykorzystywać antenę do manifestowania swoich prywatnych obsesji, a
wszystko się ułoży. Słysząc te idiotyzmy, Dworak zrobił to co się wręcz
narzucało, a więc poinformował Karnowskich, że on się oczywiście stara wszystko
bardzo sprawiedliwie podzielić, ale że przecież każdy widzi, że pluralizm już
jest i ma się dobrze. O czym świadczy choćby to, że ukazuje się taki magazyn
jak „Uważam Rze”, a jak idzie o telewizję, to chyba każdy widzi, jak się
ostatnio bezlitośnie krytykuje rząd.
Daję słowo, że
tak było. Dokładnie tak to wyglądało. Jeden z Karnowskich, prawdopodobnie po
to, żeby ostatecznie Dworaka pogrążyć, i w najgłębszym przekonaniu, że świetnie
wie, jak to zrobić, zwrócił się do niego w taki oto sposób: „Nie można mówić o
zdrowej demokracji, kiedy wszystkie główne stacje telewizyjne chwalą rząd dzień
po dniu”. Gdybym nie wiedział, kto tu jest kim i że prawdopodobnie jednak mamy
tu tylko do czynienia ze zwykłą tępotą dwóch panów, musiałbym uznać, że oto
mamy tak zwaną ustawkę, gdzie para reżimowych dziennikarzy prowadzi udawany
wywiad z reżimowym urzędnikiem, gdzie wszyscy się wcześniej umówili, że pytania
muszą być ostre, a odpowiedzi spokojne i nie znoszące sprzeciwu. No bo co to
się tu dzieje? Karnowscy są naprawdę przekonani, że problemem naszych mediów
jest to, że one chwalą rząd. Oni naprawdę widzą rzeczywistość w ten sposób, że
media od rana do wieczora, wbrew faktom i wbrew najbardziej przejrzystej
rzeczywistości, chwalą rząd, zgnuśniała opozycja na te kłamstwa nie jest w
stanie przedstawić choćby pozorów aktywności, a biedny naród daje się tu tak
fatalnie nabierać? Otóż wygląda na to że tak. Że oni dokładnie w ten sposób to
widzą. Reżimowe media chwalą nieustannie rząd, a oni – niepokorni dziennikarze
– bez pomocy silnej opozycji nie sa w stanie się przebić.
Nie ma się więc
co dziwić, że Dworak – człowiek, który, w odróżnieniu od tych dwóch bęcwałów
świetnie wie, co się dzieje – z zupełnie czystym sumieniem może na to
odpowiedzieć, ze ależ on się zgodzić nie może. Przecież każdy widzi, że
ostatnio rząd jest nieustannie we wszystkich telewizjach atakowany, za „aferę
lekową, opóźnienia w budowie autostrad, ACTA, Stadion narodowy, a teraz już i
wiek emerytalny”, i że oczywiście, wciąż można ich atakować jeszcze bardziej,
ale niedługo, kiedy już wejdą te multipleksy, na pewno Karnowscy będą mieli
jeszcze więcej powodów do satysfakcji.
A ja akurat
podejrzewam, że on specjalnie wspomniał o tych multipleksach, żeby ich
skutecznie sprowokować do zadania pytania o Rydzyka, gdzie ich – jak już
wspomniałem, kompletnie nieprzygotowanych – rozniósł na strzępy. A im nawet nie
przyszło do głowy, by go spytać, dlaczego, skoro jest taki serdeczny i szczery,
do ojca Rydzyka zwraca się per „pan”, i, zamiast tego – naprawdę! – błagali go,
żeby jako „człowiek ‘S’, wyrosły z tradycji katolickiej”, zechciał wesprzeć
polski patriotyzm. A w tej sytuacji oczywiście, to on ma rację, a nie
Karnowscy. Czy dlatego, że on stoi po stronie światła, a oni po stronie
ciemności? Ależ skąd! Tu w ogóle chodzi o co innego. Sprawa polega na tym, że
on wie, że reprezentuje System i czego ów System od niego wymaga, a oni,
nieboraczki, tego nie wiedzą, a ponieważ są całkowicie bezwolni, wystarczy ich
odpowiednio popchnąć, by robili dokładnie to, czego się od nich oczekuje.
Karnowscy – a z nimi cała reszta tej naszej prawicowej żurnalistyki – są
szczerze przekonani, że jeśli rząd krytykuje jedynie Miecugow z Morozowskim, to
ta krytyka jest niepełna, ta krytyka krytyką nie jest. Dopiero sytuacja, kiedy
obok Miecugowa i Morozowskiego pojawi się Lisicki z Wildsteinem, to ludzie
pojmą, co tak naprawdę się wyprawia i odwrócą się od złych rządów Donalda
Tuska. Oni są o tym przekonani, bo zwyczajnie nie mają pojęcia, że stan, w
jakim dziś znalazła się Polska, jest utrzymywany we względnej stabilności nie
dzięki prostemu kłamstwu, ale dzięki bardzo skomplikowanej manipulacji. Że
nawet jeśli wszystkie informacyjne i publicystyczne programy we wszystkich
telewizjach i stacjach radiowych, i wszystkie poważne analizy we wszystkich
poważnych dziennikach i magazynach, nagle zamienią się w antyrządową
strzelnicę, to większość społeczeństwa w najlepszym wypadku pozostanie na stan
w jakim znalazła się Polska obojętna. Dlaczego? Bo za tym strzelaniem nie
będzie stał jakikolwiek poważny plan, poza jednym – że wszystko ma zostać tak
jak jest. Z dominującym poczuciem beznadziei i równie powszechnym życzeniem, by
wreszcie Jarosław Kaczyński zdechł.
Napisałem, że
Karnowscy są tępi. Czy tak jest w rzeczywistości? Możliwe. Ale możliwe jest też
inne wyjaśnienie tej zagadki, i, powiem szczerze, że ono mnie być może
przekonuje jeszcze bardziej. Otóż biorę pod uwagę, że za tym co oni robią i
mówią, nie stoi jakieś szczególne bałwaństwo, ale że ich determinuje to, że są
częścią branży dziennikarskiej, a więc branży, która się niemal w całości
sprostytuowała na rzecz Systemu, i że ci wszyscy ich koledzy, którzy biorą
udział w tym procederze, to nie są jacyś tam błądzący zwolennicy Platformy
Obywatelskiej, lecz normalni kolaboranci. I gdyby im to przeszkadzało, to by
się z tego uwikłania wyzwolili. Tyle tylko że im to akurat w ogóle nie
przeszkadza. Dlatego właśnie sobie wmawiają, że to nie chodzi o System, ale
wyłącznie o ludzkie postawy. O walkę prawdy z kłamstwem na poziomie czysto
indywidualnym. Że kiedy oni piszą, że są „autorami niepokornymi”, oni
autentycznie w to wierzą. Bo inaczej musieliby uznać, że nie są nawet
dysydentami. I że to oni tak naprawdę są winni temu, że w Polsce dzisiejszej
tryumfuje przemoc i kłamstwo. A gdyby to uznali, następnym krokiem musiałoby
być to, że zaczęliby się zwracać do Dominiki Wielowiejskiej per „proszę pani”.
A tego nie zrobią. Bo to jest całe ich życie. I, powiem uczciwie, że ja to
jestem w stanie zrozumieć i przyjąć. Tylko niech oni przestaną wreszcie pieprzyć,
że to wszystko przez marną opozycję. Bo słuchając tych idiotyzmów, można dostać
jasnej cholery. A cholera, jak wiemy, jest bardzo niezdrowa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.