piątek, 13 września 2019

Trudne sprawy, czyli potrajamy widownię Polsatu


      No i nie trzeba było czekać długo, jak stało się i mamy temat, w dodatku temat nie byle jaki. Otóż oglądałem wczoraj trochę telewizję i powiem szczerze, że nie pamiętam dnia, kiedy działo się tak mało i tak nieinteresująco. W pewnym momencie doszło wręcz do tego, że praktycznie jedyną informacją, wałkowaną w koło Macieju, była wizyta ministra Glińskiego w Łodzi. Powiem szczerze, że ani tego nie wiem, ani nie chciało mi się też sprawdzać, czy nie jest przypadkiem tak, że Gliński kandyduje do Sejmu z Łodzi właśnie i podobnie jak premier Morawiecki wozi się dzień za dniem po Katowicach i okolicach, tak tenże Gliński zamieszkał ostatnio w Łodzi. Nie to jest jednak tu ważne, w końcu każdy skądś kandyduje i jego zbójeckim prawem, a i przy okazji zwykłym politycznym obowiązkiem, jest się pokazywać ludziom, o których głosy się walczy.
       No ale, jak już powiedziałem, nie wiem, jak to jest z ministrem Glińskim, natomiast, owszem, siłą rzeczy sprawdziłem nieco ścieżki, po których on się po owej Łodzi prowadzał, oraz, naturalnie, wysłuchałem szeregu jego wystąpień i to co mnie zdecydowanie uderzyło, to, że gdziekolwiek by on nie przemawiał, to każde jego wystąpienie ostatecznie musiało się koncentrować na polskiej kinematografii, która rzekomo jest chlubą Łodzi. Użyłem tu słowa „rzekomo”, choć przyznaję, że nie mogę wykluczyć iż dziś, kiedy już dwa niegdyś słynne piłkarskie kluby ŁKS oraz Widzew przestały być tego miasta chlubą i jedyną konkurencją dla każdego aspirującego tam jeszcze podmiotu pozostała pani prezydent Zdanowska, polska kinematografia może robić pewne wrażenie, ale nawet wtedy byłbym ostrożny z ocenami.
      Bo o co chodzi? Otóż w moim najszczerszym przekonaniu, gdy chodzi o polską kinematografię, to ona jest dziś w stanie konkurować wyłącznie z książkami Szczepana Twardocha, a to i tak z tym zastrzeżeniem, że nie mam na myśli całej polskiej kinematografii, ale, powiedzmy tylko filmy Patryka Vegi, które, przyznaję, przynajmniej dają mu zarobić. Cała reszta to już wyłącznie odpowiednik wspomnianego tu niedawno literata Kazimierza Michała Ujazdowskiego. A więc jeśli minister rządu, który ja, wbrew wszystkim i wszystkiemu, traktuję jako swój, jeździ po Łodzi i pieprzy androny na temat polskiej kinematografii, to zaczynam się poważnie zastanawiać, co przed nami.
      Ale od początku. Proszę sobie wyobrazić, że parę dni temu siedzieliśmy tu sobie w leniwej atmosferze przed telewizorem i oglądaliśmy sport. Ponieważ sport był nieciekawy, przełączyliśmy na TVP Info, ale TVP Info było jeszcze mniej ciekawe i w tym momencie moja żona zażądała pilota i wzięła sprawy w swoje ręce, co skończyło się na tym, że nas zatkało na Polsacie, a tam właśnie leciał program zatytułowany „Trudne sprawy”. Krótko powiem, co to takiego. Otóż od pewnego czasu w różnych telewizjach, ze szczególnym uwzględnieniem TVN-u, pojawia się format polegający na tym, że aktorzy-amatorzy odgrywają jakieś pisane na kolanie scenariusze na temat tak zwanego „prawdziwego życia”, których wspólnym wątkiem jest to, że między bohaterami dochodzi do ciężkiego kryzysu, ale w końcu wszystko się szczęśliwie kończy, a wszystko jest zrealizowane tak, jakbyśmy mieli do czynienia z historią prawdziwą, by nie powiedzieć – dokumentem. Ze wstydem przyznaję, że wiem o czym mówię stąd, że od kilku lat moja córka w chwilach szczególnego zgnuśnienia przełącza telewizor na TVN i sobie to puszcza, muszę jednak powiedzieć, że to co trafiłem niedawno na Polsacie, to było coś absolutnie wyjątkowego. Tam zawsze było raczej słabo, jednak pewne standardy były zachowywane, tu natomiast, pomijając to co sprawia, że człowiek jednak czeka na to co będzie dalej, wszystko było do tego stopnia upiorne, że myśmy się autentycznie od tego nie mogli oderwać. Przede wszystkim mieliśmy tam aktorów – i to zarówno kobiety jak i mężczyzn – którzy robili wrażenie, jakby tam pracowali za kieliszek wódki i papierosa. I nie chodzi mi tylko o ich grę, ale o samą prezencję. Czy mieliśmy przed sobą dyrektora szkoły, czy panią nauczycielkę, czy jej kochanka, czy jej ucznia, czy szkolnego psychologa, do tej roboty zostali wynajęci ludzie, w sposób oczywisty i bez zachowania najbardziej podstawowych pozorów, w najlepszym razie wyciągnięci z opieki społecznej, a najpewniej zwyczajnie znalezieni na ulicy. A więc najpierw ich tam sprowadzono, przeprowadzono podstawowy casting, kazano się im nauczyć odpowiednich kwestii, oni owe kwestie wyrecytowali, a myśmy to oglądali jak wryci.
        Ktoś mi w tym momencie powie, że ani Gliński, ani Łódź nie ma z tym nic wspólnego, a ja z miłą chęcią potwierdzę, że owszem, ani on ani owo miasto nie odpowiadają za to, co produkuje Polsat. Tym gorzej jednak dla nich, bo oto, proszę sobie wyobrazić, w momencie gdy doszło do punktu gdzie się tego już oglądać nie dało, żona moja znów wzięła w dłoń pilota, zaczęła szukać dalej i... na ekranie naszego telewizora pojawił się film „Zimna wojna”.
      Gdyby ktoś nie wiedział, o czym mówię, to rzecz jest o najwybitniejszej polskiej produkcji filmowej ostatnich dekad. Ja wiem, że właściwie każda polska produkcja powstała w ostatnich latach jest wybitna, niemniej „Zimna wojna” to jest wydarzenie. Mówimy tu o filmie, który odniósł międzynarodowy sukces, od Paryża przez Berlin po Nowy Jork, nieporównywalny z niczym, co powstało wcześniej i zapewne jeszcze długo później. Ja oczywiście „Zimnej wojny” wcześniej nie oglądałem, więc jak zawsze tliło się we mnie marzenie, że może faktycznie mamy do czynienia z przełomem, jednak to co zobaczyliśmy podczas opisywanego przeze mnie wieczoru, załatwiło owe marzenie krótko i do końca. Nie będę tu recenzował tych w sumie zaledwie kilku minut wspomnianej produkcji, wystarczy że powiem, że bardzo nam się spodobało, że Canal+ wyposażył ów film w napisy. Skąd ten pomysł, nie mam pewności, natomiast z naszego punktu widzenia, był to pomysł pierwszorzędny, ponieważ bez tych napisów, ze względu na realizację dźwięku, nie mielibyśmy pojęcia, o czym bohaterowie rozmawiają. A więc to akurat było okay.
        I to jest moment kiedy zmuszony jestem wrócić do ministra Glińskiego i jego uwag na temat Łodzi i jej zasług dla naszej kinematografii. Otóż wszystko – włącznie z Vegą, Pasikowskim, Smarzowskim, czy Saramonowiczem – jest jakie jest, i Bogu niech będą dzięki, jeśli w którymkolwiek z tych filmów pojawi się wystarczająco dużo grepsów, byśmy dali radę zmęczyć te dwie godziny. Gdy chodzi jednak o „Zimną wojnę” – przypomnijmy że mamy do czynienia ze zdobywcą kiludziesięciu międzynarodowych nagród filmowych czy to za zdjęcia, czy też scenariusz, reżyserię, czy grę aktorską – to było coś tak strasznego, że po kilku minutach wspólnie i w porozumieniu zdecydowaliśmy, że przełączamy się na Polsat i dalej oglądamy tamtych meneli, jak ciężko pracują na swoją flaszkę.
     Mówię to z pełną odpowiedzialnością. Program Polsatu był zrealizowany zdecydowanie bardziej profesjonalnie, a przede wszystkim był znacznie, znacznie ciekawszy niż produkcja w ten czy inny sposób reklamowana przez ministra Glińskiego, jako polska duma i sukces.
      Sytuacja, jak widzimy, jest coraz bardziej dramatyczna i powstaje pytanie, jakie na to wszystko mamy propozycje. Otóż moja jest taka, że gdy już Prawo i Sprawiedliwość wygra jesienne wybory, w pierwszej kolejności likwidujemy Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, jednocześnie budżet państwa przestaje finansować tak zwaną „sztukę”, czy to filmową, czyli teatralną, czy plastyczną, czy jakąkolwiek inną, a pozostaje wyłącznie Dziedzictwo Narodowe. Gdy chodzi o mnie, korzyści z tego ruchu będą do tego stopnia wymierne, że może być nawet z Gombrowiczem.
        No i jeszcze jedno. Minister Gliński niech idzie wykładać na którejś z wielu polskich uczelni. Jestem pewien, że znajdzie coś odpowiedniego dla siebie, no i sobie tam świetnie poradzi.





Zachęcam wszystkich do kupowania mojej ostatniej książki o języku Imperium Brytyjskiego. To jest druga odsłona tego, co opisałem w swoim „listonoszu”, tyle że szerzej i moim zdaniem znacznie ciekaiej. Książkę zamawiać można albo w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, albo bezpośrednio u mnie pisząc na adres k.osiejuk@gmail.com.
       


16 komentarzy:

  1. Napisy to dobra rzecz. Oglądam TV przed zaśnięciem, i żeby nie budzić żony, wyciszam dźwięk.

    OdpowiedzUsuń
  2. @Toyah
    Odnośnie polityki prowadzionej przez Min. Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz samego min. Glińskiego muszę wspomnieć o reklamowanym przez całe wakacje w Polskim Radiu koncercie finałowym "Lato z Radiem", gdzie jedną z gwiazd była piosenkarka Natalia Przybysz. Kim jest Natalia Przybysz, co robi (zrobiła) i gdzie bywa, gdy nie śpiewa soul'u, to z pewnością wiesz. Ja się zastanawiam, że w Polskim Radiu, tj. organizatorze tej imprezy oraz Ministerstwie Kultury, które zarządza tą instytucją, nie znalazł się choćby jeden człowiek, który po usłyszeniu jej nazwiska nie miał refleksji: "hej, coś tu nie halo". Muszę powiedzieć, że kiedy dzień w dzień słyszałem w PR zapowiedzi tego koncertu i jej nazwisko, to nóż mi się w kieszeni otwierał. Jeżeli zależałoby to ode mnie, to Natalia Przybysz nie miałaby żadnej możliwości do promocji swojej osoby w mediach publicznych, a co za tym idzie swojej działalności artystycznej. A tak, smutne to wszystko, również w kontekście Twojego wczorajszego (bardzo dobrego wpisu)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @zawiślak
      Obawiam się, że jeśli oni wprowadzą tu kategorie moralne, to pozostanie nam się już tylko bawić w towarzystwie Jana Pietrzaka. A i tak wciąż będziemy mieli swoje wątpliwości. Moim zdaniem jedynym ratunkiem jest likwidacja ministerstwa kultury i likwidacja finansowania kultury przez Państwo.

      Usuń
    2. Ona to chyba powiedziała jednorazowo. Jakaś akcja proaborcyjna wtedy była, a ona jak nie przymierzając Maja O. się do niej przyłączyła. Za obietnicę promocji zrobi wszystko. Udzieliła parę wywiadów, a potem cisza, bo kolejny temat się szykuje. Wykorzystała swoją minutę. Cytuję: Jak ja was kurwy nienawidzę, jak ja się za was kurwy wstydzę - powiedział Kukiz, po czym przeprosił organizację przestępczą ZSL i dla uwiarygodnienia się do nich przyłączył. Tak ma większość artystów. Kazik o tym śpiewał, m.in. o sobie. Tak mniemam. Gdyby ona była konsekwentna, to nie wystąpiłaby w koncercie finałowym. To tylko biznes. Mówię to z obrzydzeniem.

      Usuń
  3. toyahu miły ... profesora Glińskiego poznałem kiedyś w okolicznościach quasi-naukowych, gdzie mówiąc głośno i wyraźnie potrafił się jedynie ośmieszyć ... przynajmniej w mojej opinii ... a dotacje na kulturę pewnie być powinny i "chyba raczej na pewno" od jej mecenasów, a nie z budżetów publicznych ... problem sprowadza się natomiast do tego, że poprzez wyjmowanie ludziom pieniędzy z kieszeni przez ich horrendalne, w porównaniu z dawnymi czasy, opodatkowanie, zaczyna brakować mecenasów ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Grek_Zorba
      Co masz na myśli mówiąc o "dawnych czasach"?

      Usuń
    2. sprzed rządów sanacji :o)

      Usuń
    3. @Grek_Zorba
      A wiesz jakie były wówczas warunki życia?

      Usuń
    4. o jakie warunki życia się pytasz? oczywiście, że nie wiem, bo wtedy nie żyłem - podobnie jak Ty ... możemy jedynie z przekazu naszych przodków i tekstów źródłowych je sobie wyobrazić ... abstrahując od samych stawek podatkowych we współczesnych czasach, to bardzo bliska mi przestrzeń emerytalna obarcza Cię i mię obecnie składką na poziomie 19,52% od zarobków (dochodów) ... kiedy w 1891 wdrażana była w życie firmowana autorytetem Bismarcka niemiecka ustawa dająca początek ubezpieczeniom społecznym w Europie przeciętna wysokość składki, zróżnicowana dla różnych grup dochodowych, wynosiła 1,7% wynagrodzenia ... ponad 11 raz mniej niż teraz w Polsce ...

      Usuń
  4. @Toyah
    A jaki bedzie pożytek z prywtanego mecenatu, poza tym, że podatnik nie będzie płacił na artystę poprzez ministerstwo?

    OdpowiedzUsuń
  5. @zawiślak
    Taka że tych pieniędzy będzie mniej.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Toyah
    Nie znam kraju w Europie Zachodniej, gdzie przeprowadzonoby taką "reformę", więc ciężko mi sobie to wyobrazić, tym bardziej, w wykonaniu partii, która chce wywrócić porządek ustalony w '89 r. oraz utrzymać władzę, przy czym potrzebuje do tego narzędzi propagandowych (w tym również wszelkiej maści estradowców). Więc dla mnie postulat likwidacji Min. Kultury to mrzonka. To jeśli chodzi o finanse. A co do tzw. morale, to wydaje mi się, że w USA nie ma takiej instytucji i pomimo tego świat rozrywki wcale nie jest wolny od zdeprawowanych ludzi. Polański, gdyby nie prokuratura dalej kreciłby filmy w Stanach, bo jest tam jakieś (myślę, że niemałe) zapotrzebowanie na jego usługi. Podobnie ma się rzecz z Allenem czy do niedawna Weinsteinem (który został "odstrzelony" z pewnością nie z powodu niemoralnych propozycji). Pokazuje to, że na eliminację zdeprawowanych nie ma co liczyć przy prywatnym mecenacie. Reasumując, nie wyobrażam sobie w najbliższej przyszłości likwidacji Ministerstwa Kultury i dlatego oczekuję, że ludzie pokroju Natalii Przybysz nie będą lansowani za pieniądze podatnika (wyrwę sobie wszystkie zęby, ale będę słuchał zawodzeń Pietrzaka). Myślę, że nie prezentuję standardów moralnych Terlikowaskiego czy Kai Godek, ale czyn któego ona dokonała powinien eliminować ją z dostępu do publicznego koryta. To czego dokonała, to jednak nie podrygi dziadka Tomka Lipińskiego na POwskich parteitagach, po których Kurski kupuje go na Opole jak panienkę na wieczór kawalerski.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @zawiślak
      Ależ ja jednym słowem nie sugerowałem, że moim marzeniem jest moralne uzdrowienie twórców kultury. Wręcz przeciwnie, napisałem Ci wyraźnie że na to nie ma co liczyć. Ja wyłącznie mam nadzieję, że jeśli oni stracą państwowe dofinansowanie, zaczną robić lepsze filmy.

      Usuń
    2. A ja się obawiam, że jak stracą państwowe dotacje, to zrobią wszystko dla kogokolwiek, no bo przecież muszą tworzyć, bo się uduszą, bo niczego więcej nie potrafią. Ale ponieważ i tak robią, co chcą, a dotacje od Państwa traktują jak na przysłowiowe waciki i, że się to należy jak pieskowi micha i buda, to ja bym na 5 dekad je obcięła. W latach 90-tych kazali ludziom wziąć swój los we własne ręce. Proponuję, żeby ci "twórcy" na własnej skórze poznali działalność wolnego rynku. Lepsze filmy będą robić może za 70 lat. Jak propagandyści i sponsorzy wymrą. Ale jak wiemy, oni przetrwają każdą wojnę, nawet nuklearną, jak karaluchy. Niestety. Konflikt dobra ze złem będzie trwał do końca świata. Ja jestem z tym pogodzona. I zniesmaczona.

      Usuń
  7. Cały wpis jest super. Nooo, jeszcze jeden komentarz muszę puścić, bo się uduszę:) Skoro muszę, to wrzucę tylko dwie perełki, coby nie przedłużać komentarza. Ale od początku "Proszę sobie wyobrazić... i w tym momencie moja żona zażądała pilota i wzięła sprawy w swoje ręce, co skończyło się na tym, że nas zatkało na Polsacie, a tam właśnie leciał program zatytułowany „Trudne sprawy” i ja w tym momencie zaczęłam się śmiać. W marcu tego roku zrobiliśmy urodzinowe ćwierćwiecze mojemu pierworodnemu, dużo przygotowań. Dla żartu puściłam im jeden z odcinków. Okazało się, że tylko ja toto oglądałam. Moi rodzice zachowali spokój,choć ich też zatkało. A mój jubilat skwitował to tak: Mamooooo. Ja miałam ubaw, z gośćmi poszłam na układ. Czyli nigdy więcej. I drugi: "Ze wstydem przyznaję, że wiem o czym mówię stąd, że od kilku lat moja córka w chwilach szczególnego zgnuśnienia przełącza telewizor na TVN i sobie to puszcza" :::))) Ja też tak mam. Jakieś 3-4 razy w roku odwiedzam moją najlepszą koleżankę, która znając mnie, chyba bardziej niż ja samą siebie, tym swoim żmijowatym spojrzeniem. nie pyta mnie o nic, tylko w odpowiednim momencie złośliwie puszcza tego dziwoląga:)

    OdpowiedzUsuń
  8. @Jola Plucińska
    Ja mam bardzo bliskiego kolegę - swoją drogą autora większości okładek do moich książek - który, jak się własnie dowiedziałem, kiedy nie ma czasu by to oglądać, to sobie nagrywa i puszcza wieczorem. W pełni świadomie, z czym ma do czynienia. Jutro spróbuję coś o tym napisać.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.