piątek, 20 lipca 2018

O walce idiotów pod dywanem


      Miało być dziś o sztuce więziennej, ale nie będzie, a czemu, to wyjaśnię później. Aby jednak nie robić niepotrzebnych wstępów, przejdźmy do tematu.
      Wszyscy, lub prawie wszyscy, znamy go pod imieniem Borat, jednak pewnie znacznie mniej z nas wie, że autorem owego popularnego dość projektu i jego głównym wykonawcą jest brytyjski Żyd nazwiskiem Sasha Baron Cohen, człowiek dziś niezwykle wpływowy w świecie, który reprezentuje, a wszystko zaczęło się nie od owego Borata, lecz zupełnie innej postaci, tak zwanego Ali G. Kim był – i jest – Borat, to już wiemy, kim był natomiast Ali G pozwolę sobie tu przedstawić. Mówiąc bardzo krótko, Ali G przedstawiał mieszkającego na przedmieściach Londynu Azjatę, prawdopodobnie muzułmanina pakistanskiego pochodzenia, absurdalnie karykaturalnego macho, pozującego na afro-amerykańskiego gangstera, zakochanego w przemocy, narkotykach i bezmyślnym hedonizmie idiotę. Stojący za projektem pomysł polegał na tym, że cudacznie wyszykowany, poobwieszany ciężkimi, udającymi złoto łańcuchami, będzie on w tym swoim ledwo zrozumiałym dla normalnego człowieka narzeczu przeprowadzał rozmowy z niczego nieświadomymi osobistościami z pierwszych stron gazet i, jeśli to tylko możliwe, je kompromitował, a jeśli to niemożliwe, zaledwie i aż, dostarczał widzom zabawy. Kiedy prowokacja wyszła na jaw i każdy, kogo on zaczepił, jak choćby David Beckham z żoną, wiedział, że to wszystko jest jedynie żartem, Cohen przeniósł się do Ameryki, gdzie mógł już naprawdę sobie poużywać. I to był chyba najpiękniejszy okres w jego karierze, a prawdopodobnie szczytowym występem był ten, z wtedy jeszcze zaledwie biznesmenem, Donaldem Trumpem. No ale potem przyszedł Borat i cała reszta i wszystko to powoli zeszło na psy.
      Proszę sobie jednak wyobrazić, że dawny Ali G własnie odżył, i to w najwyższej formie, tyle że ów program nosi nazwę „Who is America?” i tam już Cohen wciela się w najróżniejsze postaci, tak jak oryginalnie, kompletnych idiotów i prowokuje do tych czy innych zachowań ludzi mniej lub bardziej aktywnych w życiu społecznym Ameryki.
      To co sprawiło że zdecydowałem się o tym napisać, a ostatecznie pomyślałem, że jednak nie wypada wchodzić w szczegóły, to była rozmową z pewną nadzwyczaj elegancką panią, właścicielką którejś z większych kalifornijskich galerii sztuki nowoczesnej, gdzie Cohen, upozowany na niezwykle uzdolnionego byłego więźnia, przedstawił jej serię swoich wykonanych podczas pobytu w więzieniu prac malarskich, prosząc o ocenę. Dowcip polegał na tym, że owe portrety – bo były to głównie portrety współwięźniów – były wykonane przy pomocy gówna i spermy, oraz przy użyciu pędzelka zrobionego z włosów łonowych kolegów z celi. To był dowcip, a jego efekt był taki, że owa znakomita specjalistka w temacie sztuk plastycznych po kilku już chwilach w rzekomym artyście się tak aż zakochała, że zaoferowała mu kilka swoich włosów łonowych do ubogacenia jego pędzla, by na końcu, prosto do kamery ogłosić, że miała do czynienia z geniuszem.
      Jak mówię, po pewnym namyśle uznałem, że ani nie mam tu możliwości opowiadać o szczegółach tego przedstawienia, ani też nie bardzo widzę sens w tym, by po raz kolejny tu komentować sytuację na rynku szeroko pojętej kultury, zarządzanej pod każdą długością i szerokością geograficzną przez dokładnie te same osoby, a w tej sytuacji pomyślałem sobie, że opowiem o kolejnej prowokacji tego cwanego Żyda, tym razem wobec najbardziej eksponowanych lobbystów na rzecz zalegalizowania prawa do posiadania broni dla wszystkich, wszędzie i zawsze. Tym razem, Cohen upozowany na byłego oficera izraelskich służb wojskowych, spotyka się kolejno z wszystkimi najbardziej rozpoznawalnymi wojownikami wspomnianego lobby, poczynając od Philipa Van Cleave, prezesa organizacji o nazwie Virginia Citizens Defense League, walczącej o pełną realizację Drugiej Poprawki do Konstytucji, gwarantującej prawo do posiadania broni, przez niejakiego Larry Pratta, szefa organizacji pod nazwą Gun Owners of America, aż po całą serię kongresmenów, biorących aktywny udział w walece o powszechne prawo do posiadania broni. Tym razem dowcip polega na tym, że Cohen przedstawia im wszystkich swój plan o nazwie „Kinderguardians” sprowadzający się do tego, by uzbroić w broń półautomatyczną dzieci w przedszkolach, a każdy z nich – dosłownie każdy – słysząc o tym pomyśle dostaje prawdziwie małpiego rozumu i aż dławi się z ekscytacji na myśl, jak to będzie pięknie, kiedy nawet trzyletnie dzieci będą potrafiły zastrzelić tego złego.
      Oni wszyscy oczywiście wesoło sobie rozmawiają, i to nawet gdy w tle pojawia się reklama, gdzie w stylu Gumisi oferuje się małym dzieciom broń w kształcie misiów i królików, hitem wieczoru jednak jest moment, gdy jeden z zaczepionych przez Cohena adwokatów powszechnego dostępu do broni decyduje się z odbijającego się w jego okularach promptera napisane dla niego specjalnie na tę okazję wystąpienie o następującej treści:
      Czterolatki są czyste i niezmalnipulowane przez fake newsy i homoseksualizm. Nie martwią się, czy zastrzelnie uzbrojonego szaleńca jest poprawne politycznie. One po prostu to robią. Program oparto na badaniach naukowych. 4-letnie dziecko przetwarza obrazy 80% szybciej niż dorosły. Krótko mówiąc, niczym sowa, widzi w zwolnionym tempie. Dzieci poniżej piątego roku życia mają też podwyższony poziom feromonu Blink-182, wytwarzanego przez cześć wątroby zwaną Rita Ora. Pozwala on impulsom nerwowym podróżować przez szlak Cardi B do Wiz Khalifa 40% szybciej, co oszczędza czas i ratuje życie”.
      Wszystkich tych, którzy nie rozumieją w czym rzecz, zachęcam do skorzystania z Google’a, tak jak to chwilę temu zrobiłem sam, a jako komentarz mam coś takiego. Przede wszystkim, wygląda na to, że po raz kolejny okazuje się, że gdy chodzi o poziom zidiocenia po obu stronach ideologicznej barykady, ten najwyższy jest wciąż dla nas tu w Polsce nie do osiągnięcia. A więc Amerykanie pozostają nadal w czołówce. Druga rzecz jest już bardziej serio. Otóż dotychczas, jeśli miałem się w jakikolwiek sposób deklarować, trzymałem stronę tych, którzy postulują powszechny dostęp do broni. Dziś, gdy widzę to, co mają do powiedzenia najbardziej prominentni adwokaci owej idei, zmieniam zdanie i rezygnuję. Żadnej broni, poza policja i wojskiem.
       No i jeszcze jedno. Uwaga na tych, co są jeszcze głupsi i bardziej niebezpieczni niż posłanka Joanna Schmidt, przewożąca w bagazniku swojego samochodu dwóch działaczy tak zwanych Obywateli RP.



Wszystkich tych, którzy mieliby ochotę poczytać sobie w to deszczowe lato jakąś porządną książkę, ewentualnie umilić ten czas komus bloskiemu, zapraszam do kontaktu pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Dedykacja w cenie.
     


2 komentarze:

  1. Tytuł tego tekstu to jeden z najlepszych jakieś Pan wymyślił :)

    OdpowiedzUsuń
  2. @Remo
    W pewnym sensie, tytuł to podstawa. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.